Thursday, April 27, 2017

PROSZĘ PAŃSTWA, TO PERFORMANS (Teatr Polski we Wrocławiu)

Jeśli ktoś przeoczył jeden z news dnia, to w pigule: Remigiusz Lenczyk, p.o. dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, pojawił się w pracy po 11.00. Jednak szef administracji TP Tadeusz Tworek, jak twierdzi na polecenie dyrektora Morawskiego (przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim), zablokował wejście. Pracownicy teatru niezgadzający się z uchwałą zarządu Urzędu Marszałkowskiego wezwali policję. Przypomnijmy, że uchwałę zarządu wstrzymał wojewoda dolnośląski, czego z kolei nie uznaje zarząd. I tak dalej. No, w każdym razie policja w teatrze, Lenczyk też, ale bez aprobaty (choć zna wszystkich pracowników, był tu zastępcą dyrektora). Pat jednym słowem.

Policja w Teatrze to rzeczywiście sytuacja ekstremalna. Ale proszę Państwa, to nie dzieje się naprawdę. Pamiętajmy, jesteśmy w teatrze, gdzie jeśli nie tam należy wystawiać mocne spektakle i performanse. Ten nie jest szczególnie oryginalny, inspirowany zapewne mnóstwem zdarzeń rzeczywistych i prawdziwymi osobami, lecz podobieństwo jest przypadkowe. Długawy tytuł wyjaśnia wszystko: "Tp.pl, czyli sztuka o dwóch dyrektorach, dwóch urzędach, dwóch związkach i dwóch rzeczywistościach albo awangardowy Wrocław not dead".

Autor Sławomir Mrarzek mówił mi dziś w nocy podczas próby generalnej:
-To, co widzimy tu teraz to jeszcze atrapa, bo nie mogłem wykorzystać aktorów, dlatego ćwiczymy na wolontariuszach. Ale jutro już będą zawodowcy, którzy jeszcze przebywają na L4. Może z jednym wyjątkiem, i nie wiem, czy zorganizujemy zastępstwo, czy zagramy nieobecnością.
- No tak, to dość częsta technika dramaturgiczna. To będzie jednorazowe przedsięwzięcie? - pytam.
- Moim zamiarem jest spektakl w odcinkach, na bieżąco pisany i realizowany. Nie wiem, kiedy się skończy, niby wiem jak, ale postaci zwłaszcza w teatrze, potrafią zaskoczyć i zacząć żyć własnym życiem - odpowiada Sławek, z miejsca nominowany do naszych nagród Emocji.

Tak więc, drodzy wrocławianie, spokojnie to tylko performans i, jeśli wierzyć autorowi, leci z nami pilot.

GCH

Wednesday, April 26, 2017

SIEDEM (błędów Cezarego Morawskiego)

1. DREAMS. Marzenia są po to, by je spełniać, tylko wszystko trzeba robić z głową i mierzyć siły na zamiary. Zabrakło Cezaremu Morawskiemu instynktu, a może po prostu refleksji. Ktoś rzucił: szukamy nowego dyrektora (Wałbrzych, Wrocław...), czemu nie spróbujesz? Akurat ta waga to nie jest waga dla tego zawodnika. Ktoś, kto grywa od lat raczej dla zarobku, kto nie ma w środowisku artystycznym dostatecznego oparcia, nie powinien porywać się na posadę ponad stan. Więc może nie DREAMS, lecz PRIDE (IN THE NAME OF...)?

2. FAITH. Niczym niepoparta wiara w to, że reżyserzy, którzy współpracowali wcześniej z Teatrem Polskim, z radością będą kontynuować tę współpracę, lecz za kadencji innego dyrektora. No nie, tak to nie działa. Kontakty i autorytet buduje się nie przez wygranie farsowego konkursu, tylko przez artystyczny dorobek i szacunek dla dokonań i/lub wizji. Nieświadomość tych oczywistych mechanizmów dyskwalifikuje na starcie.

3. IN THE SHADOWS. Ludzie są najważniejsi. Oddani, pełni pasji fachowcy, idealnie już z doświadczeniem w konkretnej dziedzinie, także miejscu i czasie. Gdy usłyszałem, że z teatru odchodzi tej klasy specjalistka od teatralnej promocji, co Agnieszka Tiutiunik, świetna producentka i animatorka Katarzyna Majewska, gdy podziękowano Alicji Szumańskiej (dział literacki), Natalii Kabanow (grafika, fotografie) i tak dalej, domyślałem się, że będzie źle. Trudno ot tak zatrudnić innych na tym samym poziomie profesjonalizmu. W efekcie szefem marketingu jest przyjaciel dyrektora, który - uwaga - nie odstępuje go na krok od początku kadencji, konsultując każde wystąpienie publiczne. W świecie teatru (i chyba nie tylko) respekt zdobywa się samodzielnością i osobowością.

4. WIND CRIES ZIĘBA (i inni). Co tam to, co było. Dawnych, niepokornych aktorów zwolnię, wezmę nowych. Tamci mają talent i nazwiska, ale się nie chcą bezwzględnie podporządkować, ci będą tylko mi zawdzięczać zawodową nobilitację. Co z tego, że mniej umieją, nie potrafili się przebić. U mnie zakwitną. Jak pokazało życie, nie zakwitli. Gorol, Ilczuk, Skibińska, Zięba, Kłak, Pempuś, Porczyk versus anonimowi aktorzy. Czy trzeba mówić więcej?

5. LOSE YOURSELF. Strategiem Cezary Morawski nie jest. Owszem, kiedy przychodzi nowy dyrektor do teatru, rezygnuje z niektórych (czasem większości) tytułów pozostałych po poprzedniku. Ale robi to stopniowo, wymieniając repertuar po wyważeniu za i przeciw. Cezary Morawski broni się mówiąc, że zdjął z afisza siedem sztuk, bo tak zdecydował jeszcze za swoich rządów dyrektor Krzysztof Mieszkowski. Nawet jeśli by tak było (choć zostało to już zdementowane przez poprzedników), czy nie powinien tym decyzjom przyjrzeć się bliżej? Czy wszystkie przedstawienia zasługiwały na śmierć, właśnie teraz?

6. DON'T LOOK BACK (FORWARD) IN ANGER. Dyrektor Cezary Morawski donosi ZAIKS-owi, że aktorzy grający w spektaklach, które zdjął z afisza (albo ich nie gra, bo tak), popełnili przestępstwo, używając cytatów w performansie Teatru Polskiego w Podziemiu. 'Uważam, że to kradzież praw autorskich' - dosłowny cytat. I kolejna to odsłona zemsty za bunt w zespole, z którym dyrektor miał od początku tzw. kosę, mediacji jednak nie szukał - mimo sugestii z Urzędu Marszałkowskiego. Jeśli tak szef buduje swoją pozycję w teatralnym świecie, nie dziwi, iż nikt ważny nie chce firmować swoim nazwiskiem działalności teatru. Z ZAiKS-em Cezary Morawski ma za to własne problemy, wynikające z braku doświadczenia na stanowisku dyrektora (m.in. sprawa z prawami do fragmentu monodramu 'Kalina', użytego wbrew córce autora Stanisława Dygata).

7. SWEET LITTLE LIES. Bodajże największym grzechem tej kilkumiesięcznej dyrekcji są butem wciskane w oficjalne zestawienia 'premiery'. Od września rzeczywistych debiutów doczekaliśmy się dwóch ('Chory z urojenia', 'Mirandolina'), pozostałe tytuły wskazywane przez dyrektora jako premiery nijak nimi nie są. Pojawiły się po to, by nieświadomym zamydlić oczy, a może nawet by w razie ewentualnej rozprawy w sądzie wykazać się ilością. Osobiście, ani urzędników, ani sędziów o nieświadomość nie posądzam.

8 (Bonus track). THE END. Cezary Morawski został odwołany przez zarząd województwa 26 kwietnia 2017 (po prawie ośmiu miesiącach urzędowania). Nie przyjął wypowiedzenia umowy o pracę, zasłaniając się zwolnieniem lekarskim. Hm, oby to była choroba urojeniowa... Wojewoda wstrzymał uchwałę zarządu. Sprawa pewnie skończy się w sądzie. Dire Straits na 'Brothers in Arms' miało taką piosenkę: YOUR LATEST TRICK. Ale było też: THE MAN'S TOO STRONG...

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Monday, April 17, 2017

REQUIEM (Opera Wrocławska)


Odświeżyć, ubarwić, umodzić ograne i osłuchane dzieło to zawsze dobry pomysł. Na hasło 'Requiem' Mozarta reaguję - szczerze - od pewnego czasu obojętnością. Ileż można. 

Kiedy więc pojawiła się zapowiedź wersji baletowej, poczułem więcej niż zainteresowanie. Zwłaszcza że w Polsce tego podobno jeszcze nikt nie próbował. Na świecie pierwsi byli Amerykanie, Adam Hougland w 2010 roku przygotował prapremierę w  Cincinatti Ballet. Dziś arcydzieło Mozarta okraszone choreografią można oglądać i na innych scenach, w Lipsku z dodatkiem tekstów Pasoliniego. 

Oczywiście, istnieje potężne ryzyko w takich przedsięwzięciach. Taniec musi bowiem nie odstawać poziomem.

W Operze Wrocławskiej baletowa wersja 'Requiem d-moll' doskonale się udała. Choreografia Jacka Tyskiego jest gęsta, wiele się w niej dzieje, i ruchowo, i znaczeniowo. Do końca utworu zastanawiamy się, jaką rzeczywistość oglądamy. Czy sytuację tuż po niepotrzebnej katastrofie, wojnie, rewolucji, gdy jedyna energia jaką ludzie dysponują, to energia obezwładnienia, a podejmowane próby rewitalizacji nie wychodzą? Czy może widzimy na scenie rodzaj czyśćca, przestrzeni pomiędzy, gdzie decydują się losy trafiających tu dusz? Każda odpowiedź uprawniona, pole do kolejnych interpretacji wolne.

Bezbłędni są wykonawcy wizji Tyskiego, tańcząc z dyscypliną, polotem, bardzo zespołowo. Soliści (z zasłużenie najmocniej oklaskiwaną Dajaną Kłos na czele) skupiają uwagę przez chwilę, podporządkowując swoje uprzywilejowanie pracy całego ensemblu. To jest tu najważniejsze: wyrażenie stanu, w jakim znalazła się zbiorowość, ludzkość. I choć przetrwają jednostki, współodczuwanie z tymi, którym się nie powiodło, zostanie z nami jako uczucie pierwszoplanowe.

Zgadza się tu wszystko, od kostiumów po scenografię. Niedosyt pozostawiają jedynie chyba nazbyt oszczędne multimedia. A jeśli dodamy do powyższego wokalno-instrumentalny top w postaci zajmująco grającej orkiestry, przejmująco śpiewających wokalistów (Moskowicz, Zhytynska, Rudnicki, Zuchowicz - kwartet doskonały) i podziwu godny także w zachowaniach scenicznych chór, otrzymamy bezsprzeczny, pierwszy taki w tym sezonie, sukces przy Świdnickiej. 

Z tym 'Requiem' można się pokazać wszędzie, widzowie będą zachwyceni i poruszeni.

Ocena (0-6): Mocna 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................
W.A.Mozart REQUIEM D-MOLL, choreografia Jacek Tyski, kierownictwo muzyczne Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, 14 kwietnia, I balkon, rząd II, miejsce 17

Saturday, April 1, 2017

38 PRZEGLĄD PIOSENKI AKTORSKIEJ II


Końcówka 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej wprowadziła trochę zamieszania w emocjach widzów, ale nikogo obojętnym nie pozostawiła. Tegoroczny przegląd jest zaangażowany w świat (kraj) i wydarzenia, ale warsztat artystyczny i forma trzymają się mocno.

Dobrze było to widać w galowym spektaklu Pożaru w Burdelu, który zaprosił publiczność do Muzeum Wolności. Padały ze sceny słowa nienadające się do powtórzenia, skecze na tematy aktualne, dostaliśmy ironię, ostry i śmieszny dowcip, a najważniejsze okazały się idea organizująca całość (znaleźliśmy się w przyszłości, kiedy wolność to tylko jedna ze sfer do kontrolowania) oraz konkretny kontekst. To wszystko połączone z wykonawczym mistrzostwem zaowocowały galą znakomitą, chwilami poruszającą. Słyszałem śmiech, widziałem łzy. Mówiąc skrótem: Maciej Stuhr (jako minister kultury) bawił, Marta Zięba wzruszyła, przedstawiając się nazwiskami osób zwolnionych przez dyrektora Cezarego Morawskiego z teatru, w którym gala się odbywała. Schizofreniczna ta sytuacja zdominowała mój odbiór spektaklu, przypominając, że poczucie kompletnie niesprawiedliwej krzywdy wyrządzonej ludziom (artystom, publiczności) i tej scenie (Teatrowi Polskiemu we Wrocławiu)  w okresie apogeum rozwoju będzie czymś, co będę przywoływał do końca życia w rozmowach-wspomnieniach-sentymentach. Obrywa dyrektor Morawski zasłużenie (bo podjął się realizacji snu o kierowaniu teatrem w złym miejscu, czasie, stylu), ale w prezentowanym przez Pożar w Burdelu (inteligentne teksty Michała Walczaka, Macieja Łubieńskiego, dynamiczne aranżacje Wiktora Stokowskiego) systemie zmiany dla zmiany i Morawski staje się ofiarą. Tak łatwo - czy tylko scenicznie? - dyrektora wymienić.

Kabaret to nie jest mój gatunek sztuki, nieważne, czy Qui Pro Quo, Starszych Panów, czy Hrabi. Jednak wrocławski Pożar w Burdelu swoją błyskotliwością, przewrotnością i jakością nie tylko mnie postawił na nogi do niejednych owacji. Podziw budzi swoboda istnienia w tej formule aktorów na stałe związanych z Pożarem (od Andrzeja Konopki po Karolinę Czarnecką, wciąż świeżo pamiętaną za tutejszy występ w konkursie) i naturalne odnalezienie się w niej gwiazd. Od Aplikacji Muzealnej 'Wolność' (Magdaleny Cieleckiej) nie sposób oderwać słuchu i wzroku, podobnie dzieje się w przypadku Szatana-Chochlika (Bartosza Porczyka). Magda Umer (kustoszka działu Piosenka) zdobywa nas z miejsca pierwszą zaśpiewaną frazą, a Anja Orthodox (Królowa Minoga) wbija w fotel własnym przebojem 'W moim kraju' (z albumu 'Violet' z 1993 roku). Niezwykła potrafi być moc i przenikliwość piosenki. 5 października Pożar w Burdelu znów wystąpi we Wrocławiu i zapewne wypełni Halę Stulecia.

                                                                            fot. A. Owczarek

Podtrzymał opinie o wysokim poziomie finał tegorocznego Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki. Zaskoczeniem było zwycięstwo Marcina Januszkiewicza, bo w drugim etapie nie wszystkich przekonał zwłaszcza drugim utworem ('Nim wstanie dzień'). Gdy odpalił w finale - jeszcze raz, ale o niebo lepiej śpiewając Osiecką/Komedę plus narodowy hymn - sześć koleżanek musiało ustąpić pola doświadczonemu w przeglądowych bojach artyście. Jak mówił tuż po werdykcie, na ostatnią prostą trzeba zostawić największy gaz. Publiczność postawiła na czytelną protestsongową kreację Karoliny Micuły, wyróżnienia zdobyły Alicja Juszkiewicz (minimalistyczny w środkach mądry teatr piosenki) i Julita Wawreszuk (wielkie możliwości interpretacyjne). Żal pozostałych: Katarzyny Janiszewskiej, Katarzyny Kłaczek, a także Doroty Kuzieli. Kto wie, co by się zdarzyło, gdyby repertuar dobrały inaczej. Gdyby Janiszewska zaśpiewała tę drugą piosenkę Waitsa ('Jesteś tą formą zła, co ja'), Kłaczek 'Brudną Dariannę' zamiast Waitsa, a Kuziela autorską 'Łajkę', a nie nużący 'Taki pejzaż'...


Wymęczyła widzów Agata Duda-Gracz, która wraz z Piotrem Dziubkiem przygotowała 'Dziubaninę'. Bodaj najbardziej nieprzewidywalna inscenizatorka polskiego teatru zawsze idzie na sto procent, nigdy na kompromis, czasem przestrzeliwując. Spójna to była i godna szacunku wizja twórczej niemocy, niewiele wszakże wspólnego miała z rzeczywistością. Bohater wieczoru - Piotr Dziubek - na 'composer's block' nie cierpiał nigdy, a poza tym zawsze przesada (w dodatku serio podana) błądzi. Miotające się po scenie postaci może i niosły sens, tylko za długo, za ciężko, za chaotycznie. Akustyczne przeszkody w dotarciu do słuchaczy również skutecznie odrywały uwagę, zamiast w trans wprowadzając w letarg. Wokaliści w większości ginęli w ścianie Dziubkowych dźwięków. Szkoda, muzyka Piotra zasługuje na panteon. Lżej podana broni się sama, co słychać na właśnie wydanej płycie.


To, czego nie udało się osiągnąć reżysersko (tym razem) Agacie Dudzie-Gracz, z nawiązką powiodło się w przypadku Agaty-autorki tekstów. Jej poezja inspirowana przepięknymi obrazami ojca zabrzmiała w wykonaniu Kwartetu Prowincjonalnego z Mają Kleszcz na czele wprost uskrzydlająco. Czwartkowy audiowizualny koncert na Scenie Ciśnień Capitolu pozostanie moim numerem jeden premier tegorocznego, niezwykle wprost, udanego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Tego rodzaju uniesienie za sprawą sztuki, muzyki, literatury to rzadkość. Wybrane przez córkę płótna ojca wciągały w swój świat bez reszty, dzieląc się znaczeniami dzięki muzyce i tekstom. Koncert-marzenie! W poniedziałek pędzę po album, mający tego dnia wydawniczy debiut.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Sunday, March 26, 2017

FEMME FATALE (Opera Wrocławska)

Tytuł tego wieczoru obiecuje wiele, przede wszystkim emocje, napięcie, może i krew, skoro mamy oglądać baletową 'Carmen'. Tymczasem nic z tych trzech rzeczy nie wydarza się na scenie przy Świdnickiej.

Pierwsza część upływa leniwie, na obserwowaniu tancerzy nieźle wypadających w trudnych do fabularnego poskładania etiudach. Tyle że nie mają za bardzo co tańczyć. Duch męża gdzieś się zapodział, niełatwo go wyłuskać z akcji, a wraz z nim ucieka sens jednoaktówki de Falli/Sierry. Dość powiedzieć, że najcieplej została przyjęta przez widzów Iryna Zhytynska, z balkonu śpiewająca swym super mezzosopranem. Ale OK, poczekajmy, pewnie to wstęp do głównego dania.

Niestety, 'Carmen' Szczedrina choreograficznie również nie porywa. Jeśli w scenach zbiorowych jeszcze coś czasem zaciekawia, to pas de deux kuleją.  Nie sposób uwierzyć w namiętności i uczucia. No chyba że przyjmiemy, iż fatalizm Carmen polega na jej... chłodzie wobec obydwu mężczyzn: Don Josego i Escamilla. Trochę inaczej to jednak brzmi w nutach. Gdyby nie wysiłki Sergii Oberemoka, po duetach nie byłoby skrawka wspomnienia. Solo Carmen było grzeczne i tyle, a - wszyscy wiemy - nie o to w tej opowieści chodzi. Magdalena Ciechowicz długo wchodziła w spektakl, gdy weszła, jej Carmen zabito. Szkoda tylko, że w sposób tak umowny jak zrzucenie szabli z sufitu i wbicie jej w podłogę. W tym czasie bohaterka umierała krótko po drugiej stronie sceny. Symbolicznie, nie dramatycznie. Ale był to chociaż pomysł inscenizacyjny, z dalszym ciągiem po egzekucji Don Josego (przezroczysty Andrzej Malinowski). No i te atrapy strzelb... Bajka dla dorosłych?

Pochwalić wypada zespół, a z solistów Łukasza Ożgę, który pokazuje się z mrocznej strony, potwierdzając swoje możliwości, oraz udany choć mało wyrazisty (nie jej to wina, lecz choreografa) występ Anny Gancarz w 'Czarodziejskiej miłości' jako... Matki (wyglądającej na Carmen). Najlepszą rolę wieczoru kreuje Natsuki Katayama, bardzo dobra technicznie i absolutnie przekonująca aktorsko jako Micaela.

Nie wystarczy to jednak na ogłoszenie, że Opera Wrocławska gra w baletowej pierwszej lidze. Jeżeli największą radość z uczestniczenia w premierze tanecznej daje słuchanie doskonale poprowadzonej przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego orkiestry w niezwykłej urody suicie Szczedrina, to coś jest nie tak. Rozrzedzonej choreografii Jacka Tyskiego rzuciłaby pomocną dłoń scenografia, ale nie taka surowa, wręcz prowizoryczna. Na pewno trzeba dać nowemu kierownictwu moment na rozruch, w końcu trochę istotnych strat osobowych ostatnio w balecie miało miejsce. Rewolucja dokonana - dla tutejszych artystów i publiczności - to partnerstwo żywej orkiestry!

I jeszcze jedno. 'Carmen' nie jest spektaklem oryginalnie przygotowanym dla wrocławskiej opery, wcześniej Jacek Tyski zrobił ją w Szczecinie. Biorąc pod uwagę to, że 'Trubadur' z początku sezonu był przeniesieniem z Rygi, a majową (zapewne uroczą) 'Pchłę szachrajkę' Anna Seniuk już inscenizowała w Teatrze Narodowym, nasuwa się pewna obawa co do artystycznego pomysłu na operę we Wrocławiu. Mam nadzieję, że to sprawa trudnego sezonu, nie wizja. Wystarczą nam już 'premiery' w Teatrze Polskim, Europejska Stolica Kultury czeka na nowości i oryginały.

Ocena (0-6): 3 z ćwiartką plusa.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................
M.De Falla/R.Szczedrin FEMME FATALE, choreografia Jacek Tyski, kierownictwo muzyczne Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, 26.03.2017, balkon I, rząd 2, miejsce 15

Saturday, March 25, 2017

38 PRZEGLĄD PIOSENKI AKTORSKIEJ


Pięknie rozpoczął Cezary Studniak, szef 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, od wzruszającej mowy i piosenki Wojciecha Młynarskiego (‘Jeszcze w zielone gramy’), a potem?

Czego nie robił Jamie Cullum sobotniego wieczoru w Teatrze Muzycznym Capitol. Fizycznie, wokalne i instrumentalnie. Krótką chwilę zajęło mu zdobycie publiczności, po kilkunastu chwilach już tłum był pod sceną, robiąc wszystko, czego artysta chciał. Od klaskania przez śpiew po skakanie w rytm muzyki wcale nie pod tzw. publiczkę. O takich owacjach i takiej satysfakcji widzów marzy każdy dyrektor programowy festiwali, Cezaremu Studniakowi spełniło się to marzenie już na starcie tegorocznej edycji. Bezpretensjonalny, na wysokim poziomie muzycznej sztuki, popis Culluma i jego zespołu przeszedł do przeglądowej historii. A przy okazji dowiedzieliśmy się, że muzyk uwielbia polskie kino, bywał na wykładach w łódzkiej Filmówce, jego babcia pochodziła z Prus, obszaru dzisiejszej Polski.


Mógł się podobać spektakl ‘Kilka sposobów na to, jak schudnąć, ale zostać szczęśliwym. Czyli jak kapitalizm nas tuczy i nie pozwala dojeść’, w którym reżyser Jakub Skrzywanek i scenarzysta Mateusz Atman opowiedzieli bardziej jednak o głównym aktorze Arturze Caturianie niż uzależnieniu od aplikacji i modzie na fitness. Choć trzeba przyznać, że finałowe przesłanie o tym, że wraz z wagą ubywa człowieka, brzmi ciekawie i zastanawiająco. Doskonale zaprezentował się i Caturian, i drugi aktor tego spektaklu Patryk Szwichtenberg. Piosenka autotematyczna w niesamowitym wykonaniu Artura - zwycięzcy konkursu poprzedniej edycji - jest wielką ozdobą przedstawienia (trzeba ją nagrać jako wideo!), pozostawiającego wszakże niedosyt. Artysta z takim głosem i zdolnościami pozawokalnymi mógłby się porwać na ambitny recital, po którym trudno byłoby się otrząsnąć. Teatralne chudnięcie nie ma specjalnej pozaprzeglądowej mocy, nie jest też czystą rozrywką (jak koncert Culluma). Dobrze było to zobaczyć, ale czy będzie miało dłuższy żywot?

Konkurs w tym roku jest więcej niż bardzo dobry. Co prawda w odwrocie są panowie – tylko dwóch wystąpiło w półfinale (na dwudziestkę startujących) – lecz siła kobiet całkowicie tę nierównowagę rekompensuje. Nie mam pojęcia, która ze słusznie wybranych przez jurorów finalistek ma większe szanse na wygraną, rodzynka Marcina Januszkiewicza też na straty nie spisuję. Na ostatniej prostej wszystko się może wydarzyć, tym bardziej że Konrad Imiela, reżyser koncertu kończącego konkurs, z pewnością ułoży program w znaczącą całość. A jest kilka mocnych akcentów z zacięciem społecznym. Rzeczony rodzynek Januszkiewicz zaśpiewał w II etapie ‘Pieśń Legionów Polskich we Włoszech’ (czyli nasz narodowy hymn), zwracając swoją zwyczajną, pozornie pozbawioną temperatury interpretacją uwagę na być może nadmierną, denominującą eksploatację polskości. Karolina Micuła podbiła widzów gorzką wersją ‘Arahji’ Kultu, puentując piosenkę półnagim aktywistycznym protestem przeciw podzieleniu, oraz ‘Piosenką konkursową’ pobrzmiewającą wrocławskim konfliktem w i o - nie tylko - Teatr Polski. Katarzyna Janiszewska również zabrała głos w gorącej dyskusji. Jej autorski przekład piosenki Toma Waitsa (najczęściej młodzi uczestnicy sięgali właśnie do twórczości amerykańskiego mistrza) ‘Bad As Me’ (‘Jesteś tą formą zła, co ja’) wraz ze znakomitą sceniczną etiudą to song wolności od instrumentalnie wykorzystywanych i wykorzystujących religii. Feministyczne, kulturowo zaangażowane wydaje się ujęcie ‘Brudnej Darianny’ - youtube’owego przeboju niejakiego Popka Monstera - przez Katarzynę Kłaczek, która podobała się zwłaszcza jako ‘Rebeka’ z klasycznego evergreenu Białostockiego/Własta. A i ‘Łajka’ imponującej w muzycznej samowystarczalności Doroty Kuzieli niewinnym utworem o pieskim życiu nie jest. Mamy jeszcze do kompletu Alicję Juszkiewicz z godnym podziwu coverem ‘Ogrzej mnie’ (zawierającym sample z ‘Kolorowych snów’ Just 5) oraz Julitę Wawreszuk, wywołującą aplauz m.in. za ‘Ciche mieszkanko’, adaptację hitu z repertuaru amerykańskiej aktorki i śpiewaczki Kristin Chenoweth. Zapowiada się ostra konkursowa jazda. Sam jeszcze nie wiem, jak zagłosuję.

Koncert finalisty i finalistek Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki będziemy transmitować w Radiu Wrocław Kultura w piątek 31 marca od 16:00. Bądźcie w Capitolu (biletów nie ma…) lub przy odbiornikach radiowych KONIECZNIE: www.radiowroclawkultura.pl, aplikacje mobilne, odbiorniki z systemem DAB+.

TUTAJ posłuchasz dodatkowo miksu kilku piosenek konkursowych.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Wednesday, March 22, 2017

CHORY Z UROJENIA (Teatr Polski we Wrocławiu)

Jest takie porzekadło: jaki pan, taki kram. W tym przypadku znaczy: jaki dyrektor, taki repertuar. Teatr Polski za czasów dyrekcji Cezarego Morawskiego to smutne miejsce. I nawet artysta znaczący w polskim teatrze ostatniego ćwierćwiecza poległ w tych smutnych okolicznościach. Jego 'Chory z urojenia' to spektakl chory na niezdecydowanie. Według Molière'a, czyli przepisany, dopisany, odpisany (czy obrońcy retro teatru będą 'Chorego...' krytykować tak jak spektakle według Gombrowicza czy Shakespeare’a sprzed kilku sezonów?). - Co mam zrobić? - gdzieś tam zapytał reżyser. Dyrektor: - Coś w pańskim stylu, ale bardziej dla ludzi.

Pamiętajmy bowiem, że Janusz Wiśniewski jeszcze kilka lat temu potrafił - w swoim stylu - przygotować przedstawienie o czymś, po coś i jakoś(ć). 'Arka Noego' miała dobre recenzje, fragmenty dostępne w sieci robią wrażenie. Ja z autopsji pamiętam 'Olśnienie' wg Tołstoja - bardzo sugestywny obraz ludzkości-małości. A że styl to czerpiący z estetyki teatru Tadeusza Kantora? To nie powinien być zarzut. Wielki Mistrz powinien mieć twórczych epigonów i kontynuatorów.

Ale 'Chory z urojenia' po prostu Wiśniewskiemu… i tu mam wątpliwość: wyszedł czy nie wyszedł. Na pewno miało go tu i teraz nie być. Reżyser chciał 'Makbeta', zrezygnował, bo w Polskim nie miał obsady, a może dlatego, że ktoś się jednak wystraszył słynnej makbeckiej klątwy. No to dobra: weźmy Molière'a. - O świetnie, drogi Januszu, tylko jak już to robisz, to dodaj proszę do farszu trochę farsy – mógł poprosić dyrektor. No i wziął Janusz Wiśniewski z farsy pierdnięcia puszczane z playbacku. Dlaczego? Żeby dyrektorowi pokazać, że nie tędy droga? Widocznie innej drogi, innego sposobu nie było. Sabotaż.

I chyba tą samą drogą poszli wykonawcy. Mało kto i tylko chwilami daje sobie radę. Jeśli z ruchem i mimiką jest nieźle, to deklamacje tekstów, także wierszy świetnych poetów, naprawdę uwierają. Oglądamy aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu w rolach aktorów prowincjonalnych. Największymi sabotażystami są Stanisław Melski i Sebastian Ryś (czyli – proszę nie regulować ekranów – Śmierci w Ikonach Rejenta i Karawaniarza). Bardzo irytują przeponowe doły Krzysztofa Franieczka (Argana). Nie ustępują Stażyści – Jakub Grębski, Marek Korzeniowski (rzeczywiście stażyści). Karykaturą współczesnego aktora teatru w dużym jednak mieście jest Dariusz Bereski (Chirurg Wojskowy z perfekcyjną dykcją i emisją głosu z lat przed Solskim). Przeciętne i podobnie do panów koturnowe są panie, bez wyjątku. Teoretycznie najwięcej do zagrania miała Paulina Chapko (Aniela), ale i tu na realistyczny dramat kobiety, która straciła dziecko, nie ma co liczyć. Ciśnie się na usta słowo akademia. Jak to wytłumaczyć? Aktorka wspaniale rozwijająca się w spektaklach Jana Klaty (pamiętacie 'Tytusa Andronikusa', ‘Ziemię obiecaną’, ‘Utwór o Matce i Ojczyźnie’?) grająca tak naiwnie? Dlaczego? Jedyna odpowiedź to SABOTAŻ. Próbuje się wyłamać Jakub Giel (Tomasz-Osioł), lecz rolę ma tak charakterystyczną, że zrobić wiele nie może. Przekonał mnie jedynie Marian Czerski jako narrator (interesujący i niepokojący gdy pojawiał się na scenie, z offu niekoniecznie), znalazł się w tym niewytrawnym sosie Michał Białecki (Doktor Lestibudua). Nie rozumiem, czemu aktorzy się nie postawili reżyserowi, czemu brną w głośne tony i mocne akcenty, w sztuczność. Taki zespół jak zespół Teatru Polskiego może sobie pozwolić na partnerską relację z inscenizatorem, zamiast bezwzględnego posłuszeństwa oczekiwałbym raczej współautorstwa. Naprawdę, kilka lepiej zagranych scen, bardziej kontrastowe do cyrkowo-groteskowej konwencji role, a sporo dałoby się uratować.

Chciał reżyser na swój znany od lat sposób opowiedzieć o nieuchronności śmierci i o marności ludzkiej nad marnościami i - jeśli to jednak nie był akt terrorystyczny wobec dyrekcji - zrobił teatr-chuchro, z jakimś tam wyjściowym pomysłem, który się nie przebił. W czym bardzo pomogli aktorzy, od czego nie odwiedli znakomity kompozytor ani sławny choreograf. Muzyka Jerzego Satanowskiego bezsensownie zależy od suwaka obsługiwanego przez Wojciecha Bielacha (nie dało się powalczyć z reżyserem o poziom?). A sceniczny ruch autorstwa Emila Wesołowskiego? Poprawnie wykonany banalny korowód i chodzenie po kwadracie. Że tak chciał Janusz Wiśniewski? Panowie, poczujcie się na drugi raz odpowiedzialni za całość, nazwiska na afiszu zobowiązują. To, co nie zawiodło, to charakteryzacja (Doroty Sabak).

Oddajmy na koniec głos publiczności. Brawa po dzisiejszym (czwartym już) spektaklu były takie jak sam spektakl. Marne. I nie była to, jak głosi strona teatru, 591. premiera Teatru Polskiego we Wrocławiu, lecz 589. Nieudana, niewarta udziału grupy dzieci oraz tych 60 złotych za bilet, lecz przynajmniej premierowa.

Ocena (0-6): 2

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
CHORY Z UROJENIA (słowami: Molière’a, Achmatowej, Audena, Strindberga, Eliota, Rilkego, Dickinson, Frosta, Księgi Hioba), inscenizacja Janusz Wiśniewski, Scena Grzegorzewskiego Teatru Polskiego we Wrocławiu, 22.03.2017

Saturday, February 25, 2017

SZANTAŻ (Teatr PWST Wrocław)


Cytat: "W przedstawieniu 'Szantaż' młodzi ludzie epatują publiczność ordynarnymi wulgaryzmami i wyuzdanym erotyzmem". Z listu dolnośląskiej Solidarności (związek zawodowy) do marszałka województwa. Cel: zachowanie p. Cezarego Morawskiego na stanowisku dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Co ma piernik do opornika? To, że w Teatrze Polskim za czasów poprzedniego dyrektora też nie przebierano w środkach.

Przywoływanie dyplomowego spektaklu studentów IV roku PWST w tym kontekście jest wielkim nieporozumieniem. Mam nadzieję, że ew. podpisy złożą tylko ci, którzy widzieli tę sztukę. Nie ma w 'Szantażu' (w reż. Eweliny Marciniak) niczego ordynarnego ani wyuzdanego. Jest chwilami mocny język, momentami nagość. Różnica wręcz kosmiczna. W dodatku, i język, i nagość wydobywają bardzo ważne etycznie treści tego niejednoznacznego przedstawienia o konieczności przełamania tzw. tradycyjnych modeli uprzedmiotowiania ludzi przez ludzi, ale też o tęsknocie i potrzebie istnienia Wartości. Pytanie - jak je definiować.

Czy naprawdę musimy wracać do dyskusji pt. 'dwa teatry'? Warto przypomnieć, że dyrektor Morawski chciał współpracy z Eweliną Marciniak, deklarował współpracę z na przykład Agatą Dudą-Gracz, wreszcie z Krystianem Lupą. To reżyserzy nie chcieli tworzyć w teatrze tego dyrektora, nie odwrotnie.

'Szantaż' Teatru PWST to znakomite i przejrzyste studium choroby trawiącej ludzkość różnych (wszystkich) geograficznych stref, a przy tym niezwykły przejaw teatralnej gry zespołowej, do jednej bramki, w pełni przekonujący wyraz niezwyczajnej - nie tylko w realiach szkoły - aktorsko-reżyserskiej współpracy w znaczącej społecznie sprawie. Z inspiracji tekstem Noblistki Elfriede Jelinek.

Ocena (0-6): 5.

Więcej o spektaklu tutaj: O 'Szantażu' w Radiu Wrocław Kultura.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
SZANTAŻ, tekst Marcin Cecko, reż. Ewelina Marciniak, Scena Główna Teatru PWST Wrocław, 20.02.2017, strona prawa

Występują: Magdalena Gorzelańczyk, Monika Kulczyk, Pamela Płachtij, Paulina Wosik, Michał Bajor, Mariusz Bąkowski, Kacper Gaduła-Zawratyński, Krzysztof Satała, Tomasz Taranta, Mateusz Wiśniewski oraz Katarzyna Strączek i Adam Cywka/Krzysztof Boczkowski

Czterogodzinne pasmo teatralne w Radiu Wrocław Kultura w każdy wtorek od 16:00. Zapraszają Magda Piekarska i Grzegorz Chojnowski.

CESKY DIPLOM (Teatr PWST Wrocław)


Pełen fantastycznej energii portret stworzyli na scenie Teatru PWST studenci ostatniego roku wrocławskiej szkoły. Portret narodu, społeczności, historii, Europy, wreszcie portret ludzki. I wartki, i lekki, i bolesny. Jest tu wiele zabawy, sporo ironii (i autoironii), niemało również dotknięć ciemnych miejsc, których w dwudziestowiecznych dziejach Czech (a sąsiedniej Polski również) nie brakowało. Przygotowana przez Piotra Rowickiego, Piotra Ratajczaka i Wojciecha Brawera adaptacja nie tylko 'Gottlandu' Mariusza Szczygła doskonale oddaje przypowieściowy wymiar książki, unikając - czego się zawsze trochę obawiam przy okazji spektakli na podstawie tekstów jednak reporterskich i przy okazji dyplomów - przesadnej narracyjności. Ona jest, na solówkach to przedstawienie się rozgrywa, ale tak idealnie wpiętych w całość (niemal cały czas wszyscy aktorzy i aktorki na scenie), że dwie godziny mijają jak chwila.

To się nazywa oglądanie z wypiekami na twarzy.

Cała dziesiątka jest wspaniała, w monologach brawurowych i poruszających, w zbiorowych ruchomych obrazach i dialogach. Ten, kiedy wychodzą do publiczności jako tzw. prawdziwi Czesi i za chwilę tzw. prawdziwi Polacy, zapada w pamięć bardzo mocno. Mimo że wygrany na półżarcie, działa na serio. I ten, kiedy dziewczyny oznajmiają, że znalazły sposób na terroryzm, że wystarczy się rozebrać, wyjść na ulice, demaskując islamistów. I kiedy chłopaki się 'spontanicznie' przyłączają. Aktorstwo tych młodych ludzi jest wzorowe, wypełnione umiejętnościami i odwagą, pasją podjęcia nie tylko zadań, lecz przede wszystkim pójścia za reżysersko-dramaturgiczną wizją spraw niekoniecznie jedynie historycznych.

Biłaby z tego diplomu siła jeszcze większa, gdyby przestawiono kilka scen. Nie Hepnarova powinna kończyć całość, bo następująca po niej piosenka i wspólny taniec wydają się przyszyte. Ale to drobiazg.

Lalkarze rządzą tym teatralnym dramatem, w którym nam Polakom XXI wieku trudno się nie przejrzeć.

Żal się robi widzowi, gdy sobie pomyśli, że to spektakl Teatru PWST, więc bez szans na długą eksploatację. Mamy przy Braniborskiej kolejny przebój, więc póki czas korzystajcie. Koniecznie!

Ocena (0-6): Mocna 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
CESKY DIPLOM, wg reportaży Mariusza Szczygła, adaptacja Piotr Rowicki, reżyseria Piotr Ratajczak, Wojciech Brawer, Sala Czarna Teatru PWST Wrocław, 25.02.2017, rząd VI, miejsce 1

Występują: Wiktoria Czubaszek, Anna Gabrysz, Helena Hajkowicz, Agata Jakoniuk, Joanna Kowalska, Monika Stanek, Mikołaj Bańdo, Kornel Sadowski, Tomasz Tywoniuk, Hubert Waljewski

Friday, February 10, 2017

BALLADYNA (Teatr Muzyczny Capitol)


To bardzo udane przedstawienie, najlepsze z wrocławskich spektakli Agnieszki Olsten, której twórczy świat zdążyliśmy tu trochę poznać. Od razu trzeba zwrócić uwagę na to, jak istotna w tej teatralnej układance jest plastyczno-audialna sfera (muzyka Kuby Suchara i scenografia plus kostiumy Olafa Brzeskiego, niepokojący otchłanny obraz Beaty Rojek), ale kluczowy dla sukcesu tego przedstawienia jest pomysł na główną postać, sam układ tekstu wieszcza (plus dodatki - uznanie dla reżyserki-scenarzystki, Tomasza Jękota, Sebastiana Majewskiego), no i Agnieszka Kwietniewska jako Balladyna.

Od startu jesteśmy w pałacu-nie pałacu, w siedzibie jakiegoś sztabu rządzącego. Stopniowo w ciągu spektaklu będą się stąd wykruszać, wychodzić kolejne osoby, liderzy, doradcy, by w końcu została ona - królowa. Ktoś tę piastowską koronę (ciężką, pogmatwaną, wręcz cierniową) musi przejąć. Niechętnie, z ociąganiem, ale jednak. Co ciekawe, strój, w jakim Agnieszka Wielka Kwietniewska kończy spektakl, świetnie się nadaje na bankiet i wieczór we Wrocławiu 2017. Wystarczy tylko spodnie zamienić na sukienkę.

Jest bowiem w tej krwawej przywódczyni coś mocno kobiecego, coś, co uwodzi, i równocześnie pozwala chyba wierzyć, że po rozprawieniu się z wrogiem, nie stanie się bezwzględnym tyranem. Ale może to ledwie nadzieja głupiego i zauroczonego. Nie mogłaby rewolucyjnego zadania podjąć Goplana - naga pod niebieską farbą Justyna Antoniak. Jej obecność inspiruje, Goplana jest nieagresywna, artystowska, czarodziejska (i skuteczna).

Mężczyźni w tym świecie zaledwie próbują coś znaczyć. Miotają się w dziwnych rolach, zawsze w jakiś sposób sterowani, jak Kirkor (Adrian Kąca w zdyscyplinowanym barytonowym wydaniu operowym) przez trenerkę od fit-wokalu. Grabiec jest niby maczo, a naprawdę nieporadnie romantyczny (udana rola Konrada Imieli).

W ogóle same tu udane role, postaci nieoczywiste, spotykające się ni to w retrospekcji Balladynowej biografii, ni to w komunie odgrywającej Słowackie fabuły. Przekonuje i wyraźną kreską kreślona Alina Ewy Szlempo, i Popiel/Chochlik Artura Caturiana, milczący Fon Kostryn Błażeja Wójcika. Urzekają piosenki, w których wiele się dzieje, intryguje na żywo szkicujący Olaf Brzeski (...Wawel - duch narodu?), towarzyszący wydarzeniom. Pięknie wygląda, brzmi i wiele znaczy ostatnia sekwencja: gdy Kwietniewska mówi tekstem 'Uspokojenia' Słowackiego, Brzeski rysuje jej portret, fantastycznie dialogujący za moment ze sceną chrztu.

Nie jest to 'Balladyna' baśniowa, nie jest również ostentacyjnie brutalna. Nie zadowoli miłośników teatru lekturowego, ale powinna być świetnym punktem wyjścia do rozmowy z mądrymi licealistami. Ten pozornie afabularny performans przypomina kierunki, w jakich szedł jeszcze niedawno sąsiedni Teatr Polski. Poszukiwanie nowego języka dla klasycznych tekstów i historii jest teatru siłą i solą. Tak robili kiedyś i Swinarski, i Hanuszkiewicz. Agnieszka Olsten też szuka. Jest całkiem blisko, by znaleźć.

Ocena (0-6): 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI (Radio Wrocław Kultura)
...........................................
Juliusz Słowacki BALLADYNA, reż. A. Olsten, premiera w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu, Scena Ciśnień, 10.02.2017, rząd VIII, miejsce 1

Thursday, February 2, 2017

POWTÓRKI Z ROZRYWKI - 'PREMIERY' w TEATRZE POLSKIM we WROCŁAWIU

Przypominam sobie Teatr Polski sprzed dwunastu lat. Jest 2005. Dyrektorem Bogdan Tosza. Na afiszu m.in. 'Arkadia', bardzo dobry spektakl w reżyserii znakomitego Krzysztofa Babickiego. Szkoda tylko, że ten sam reżyser wcześniej wystawił tę samą sztukę Toma Stopparda w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (1994). Pokazano ją również w Teatrze Telewizji. Dziwiliśmy się wtedy, że komuś przychodzi do głowy, by do wrocławskiego teatru jako 'premierę' zaprosić przedstawienie de facto niepremierowe. Choć oczywiście obsada była przednia - tutejsza. To jest jednak teatr nieprowincjonalny, nie przystoi korzystanie z produktów gotowych lub półgotowych - mówiliśmy. Rok później Bogdana Toszy już przy Zapolskiej nie było.

Kilkanaście lat później. Wrocław, Teatr Polski, tuż po roku Europejskiej Stolicy Kultury. Dyrektor Cezary Morawski zapowiada m.in. dwie premiery na koniec sezonu: 'Kordiana, czyli pantopticum strachów polskich' w reżyserii Adama Sroki oraz 'Pułkownika Ptaka' w reż. Tomasza Mędrzaka. Hm. Pierwszy spektakl Adam Sroka zrealizował w radomskim teatrze w 2004 roku. Wtedy też - tylko w Teatrze Ochoty - publiczność oklaskiwała... 'Pułkownika Ptaka' w reżyserii... Tomasza Mędrzaka. Chwalono rolę Witolda Pyrkosza, w obsadzie - uwaga - Cezary Morawski. Trzy lata temu Mędrzak wrócił do tego przedstawienia w Teatrze Robotniczym w Nowym Sączu. To nie jedyne sztuki wzięte skądinąd, jakie dyrektor Morawski zamierza pokazać nad Odrą w 2017 roku jako 'premiery'. Zobaczymy też bowiem 'Baśnie Pana Perraulta', wyjęte z repertuaru objazdowego wrocławskiego Teatru Artenes, oraz 'Bar pod Zdechłym Psem' - monodram Dariusza Bereski, który w spektaklu pod tym tytułem występował nieraz, np. w październiku w Polkowicach.

Nowa dyrekcja Teatru Polskiego strzela sobie (i przy okazji zasłużonej scenie) artystycznego samobója, decydując się na produkty premieropodobne, okazując brak szacunku dla wrocławskich artystów i widzów.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

PS
Dostałem kilka maili ws. powyższego tekstu o 'premierach' Teatru Polskiego we Wrocławiu. Za wszystkie bardzo dziękuję, za zgodą autorki (pozdrawiam Cię N.) zacytuję fragment jednego i dojaśnię:

Pamiętasz, jak Szurmiej wystawił w Rzeszowie 'Sztukmistrza'? Przyklasnąłeś temu. Powiedziałeś, że to dobry strzał. A było to długo po wrocławskiej premierze, już chyba we Wrocławiu 'Sztukmistrz' nawet zszedł z afisza. Teraz twierdzisz, że przenoszenie spektakli nie przystoi. A co powiesz o 'Wycince', którą Lupa najpierw zrobił w Grazu? Coś się zmieniło?

No tak. W tamtym czasie Teatrowi Siemaszkowej bardzo taki spektakl jak 'Sztukmistrz z Lublina' był może nawet konieczny. Dziś w Rzeszowie dzieje się teatralnie inaczej i quasi premiery nie są potrzebne. Reżyserują Rychcik, Iber, Kaczmarek, mają dobry festiwal. Ciągle zdarzają im się re-realizacje, no ale tam, cóż, mniej boli. Wrocław i Teatr Polski to - nie muszę tego wyjaśniać - inna bajka.

Co do Lupy. Mógłbym po prostu napisać: on wart jest wyjątkowego traktowania i kropka. Chciałbym jednak dodać, że trzeba rozróżnić twórczy amok i styl pracy Krystiana Lupy, rozwijającego i szlifującego 'Wycinkę' w warunkach polskiego teatru (to wrocławska wersja jeździ po świecie) od przenoszenia czy też przerabiania inscenizacji. Tak było z 'Arkadią'. To się szykuje w Polskim. Próby 'Kordiana' mają się rozpocząć pod koniec lutego, a premierę - tak zapowiadał wczoraj na konferencji dyrektor - zaplanowano już na koniec kwietnia. Sprinterskie tempo. I jeszcze jedno: proporcje. Stosunek premier do 'premier' w Teatrze Polskim w tej chwili wg planów Cezarego Morawskiego, to 3-4. To nie jest sposób na teatr europejskiej klasy. Moim zdaniem.







Sunday, January 29, 2017

WYCINKA do wycinki


DUBLER dla DYREKTORA

Niedługo minie rok od niezwykłej prezentacji DZIADÓW-CAŁOŚCI, kiedy - tak się przynajmniej wtedy wydawało - cały zespół potrafił w artystycznej jedności stworzyć dzieło, które w jeden dzień i noc, w czternaście godzin przeszło do historii polskiego teatru. Dziś nie ustaje konflikt w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Podzielony jest zespół, urząd marszałkowski zwleka z decyzjami, stało się kilka rzeczy, co się nie odstaną. A dyrektor Cezary Morawski wprowadza nowe porządki.

Najnowsze posunięcie: zwrócenie się do Krystiana Lupy o wymianę aktorów w spektaklu 'Wycinka'. Chodzi o zwolnionych w grudniu Annę Ilczuk, Martę Ziębę, Michała Opalińskiego.

Dlaczego tylko ich? Dlaczego w obsadzie mają pozostać Ewa Skibińska, Piotr Skiba czy Marcin Pempuś, którzy z Polskiego odeszli do nowych teatrów? Jeśli już robić wymianę, to od razu taką, żeby za chwilę pisma do reżysera nie ponawiać.

W ogóle proponuję, by od najbliższej premiery w Teatrze Polskim każdy spektakl był przygotowywany na dwie obsady. Jak w amerykańskich teatrach, jak w impresaryjnych przedstawieniach objazdowych, jak w 'Klimakterium', jak w operze. Ach, szkoda, że Jerzy Grotowski nie wiedział, że tak warto. Mielibyśmy dwóch Książąt niezłomnych, dwóch aktorów mogłoby zasłużyć na legendę Ryszarda Cieślaka.

Korzyści oczywiste: 1/ konkurencja o występ w tzw. pierwszej obsadzie wyśrubowałaby poziom, 2/ jeśli ktoś zachoruje, nie trzeba odwoływać spektaklu, widzowie nie będą rozczarowani, kasa nie będzie musiała zwracać biletów, 3/ jeżeli trzeba będzie wyjechać na tournee i gościnne występy, nie ma problemu, by ten sam przebojowy tytuł grać na miejscu i generować kolejne zyski, 4/ a jeśli zaproszą w tym samym terminie na dwa festiwale, super, pojedziemy, 5/ nikt z zespołu nie będzie już nigdy narzekał, że nie gra, że reżyserzy nie biorą, 6/ publiczność będzie chodzić na jedną sztukę podwójnie, by zobaczyć obydwie obsady, 7/ nietrudno w ten kreatywny sposób pomnożyć liczbę premier w sezonie razy dwa.

Czy dyrektor Morawski wprowadzi rewolucyjny w teatrze niekomercyjnym sposób zarządzania spektaklem? Byłaby to menedżerska idea roku. Nominacja do Dolnośląskiego Gryfu w kieszeni.

Mam jeszcze jeden pomysł. Posuńmy się w tym o krok dalej, tego nie zrobił nikt na świecie, bądźmy awangardą. Niech inna ważna teatralna rola - dyrektor - także ma dublurę.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI