Sunday, November 26, 2017

IMMANUEL KANT (Opera Wrocławska)


Na to wydarzenie melomani - także ci na co dzień niespecjalnie zainteresowani operą - czekali z napięciem. Premierowa widownia stawiła się więc tłumnie, by przekonać się, jak Leszkowi Możdżerowi wyszła opera do dramatu Thomasa Bernharda. Niektórzy pamiętali musicalowy 'Scat' w Capitolu, przygotowany ponad 10 lat temu z Wojciechem Kościelniakiem, inni przywoływali 'Kanta' Krystiana Lupy, zrealizowanego w Teatrze Polskim przed ponad 20 laty. Zatem: oczekiwania ogromne i co?

Ogólnie nieźle. Dynamicznie i eklektycznie. Słusznie kierownik muzyczny Przemysław Fiugajski (który orkiestrę poprowadził z werwą i dyscypliną wręcz wzorową) nazywa ten spektakl musicalem zdekonstruowanym. Ja bym dodał: szalonym musicalem zdekonstruowanym, ulepionym i z klasyki, i rozrywki. Pędzi przedstawienie jak Orient Express, nie Stefan Batory, wypełnione w całości śpiewnymi rozmowami na statku płynącym do Ameryki. Sytuacja jest oczywiście umowna i wyobrażona, Kant nigdy się z Królewca nie ruszył, nie miał też żony ani (chyba) papugi. Ogląda się to i słucha tego w rozbawieniu, szybko akceptując ilość i jakość nut skomponowanych przez Możdżera, wchodząc w barwny, nieco retroplastikowy świat zaproponowany przez reżysera i scenografa Jerzego Lacha. Widać pracę choreograficzną Jarosława Stańka, sprostali jej wykonawcy. Niemal każda z postaci otrzymała od choreografa charakterystyczną cechę ruchową. Czujemy się trochę jak w domu wariatów, co podkreśla czasem kontrolowany chaos scen, a zwłaszcza duetów i tercetów, wykonywanych polifonicznie i przez to - niestety - irytująco nieczytelnych.

Chociaż z początku wydaje się, że nie będzie niespodzianki, że prym powiedzie tytułowy Kant (solidny Artur Janda), to kiedy na scenie w błyszczącej sukni (kostiumy Ewy Minge) zjawia się autentycznie zjawiskowa Hanna Sosnowska jako Milionerka, właściwie patrzymy tylko na nią i jej słuchamy. Ma bowiem najwięcej do powiedzenia (wyśpiewania), a raczej wypaplania. O tym, jak amerykańscy lekarze wymienili jej rzepkę w kolanie, bo są najlepsi na świecie. Między innymi. Sosnowska będzie niedługo gwiazdą, pewnie wyfrunie z wrocławskiego gniazda, cieszmy się więc jej obecnością tu i teraz i na nią chodźmy do opery, nie na zaproszone na premiery gościnne głosy z zagranicy. W tym przypadku na szczęście polski język stanowi skuteczną barierę dla tej praktyki, Sosnowska jest w pierwszej obsadzie i jest rewelacyjna.

To, co u Bernharda czai się pod ową dialogową i monologową paplaniną, czyli to, co najważniejsze i co tak genialnie potrafi wydobyć Lupa, w operowym wydaniu nie ma szansy na zaistnienie. 'Immanuel Kant' Lacha i Możdżera to komedia i tyle, zabawa i kropka. Nie udają się próby pogłębienia poprzez ewolucję postaci Fryderyka ze stylowej papugi w niepokojącego człowieka (niełatwa, niezła rola Jędrzeja Tomczyka), nie działa w oka mgnieniu rozegrany finał. I nie wiem. Winić muzykę, dobrze napisaną, ale czy oddającą kunszt jednego z najwybitniejszych dramatopisarzy? Czy inscenizację, że nie odnalazła odpowiedniego tonu?

Jednakże, mimo iż brakuje w tym spektaklu tzw. czegoś więcej, to nie mamy po wszystkim poczucia straconego czasu, przeciwnie: w operze też można się rozerwać. Nie zawsze trzeba wzniośle podbijać nowe lądy, cierpieć z miłości, czasem warto zamówić u Stewarda (świetny drugi plan Mirosława Godfryda) flaczki i dać się ponieść lżejszej fali. Nie wiem, czy tak miało być, czy Bernhard oskubany ze znaczeń był celem, ale odrobinę sztuki dla sztuki nikomu nie powinno zaszkodzić.

gch [0-6] > 4
...................
Leszek Możdżer IMMANUEL KANT, reż. J. Lach, kier. muz. P. Fiugajski, Opera Wrocławska, 25.11.2017, balkon I, rząd II, miejsce 18

RUT... ZA ZASŁONĄ (Anna Zubrzycki Studio)


Najnowsza propozycja wybitnej wrocławskiej aktorki, która kiedyś przyjechała do Polski z Australii i tak już zostało, to teatr opowieści. A będąc precyzyjniejszym: storytelling. W nowej, obiecującej, przestrzeni Muzeum Teatru. Wcielając się w postaci z biblijnej Księgi Rut, Anna Zubrzycki opowiada niepowszechnie znaną historię kobiet sprytnych, dumnych, zdolnych, przez los doświadczonych, potrafiących się jednak w nowych okolicznościach odnaleźć. Buzuje pod skórą tego pogodnego spektaklu (w oszczędnej reżyserii Moniki Braun) kilka refleksji na temat pozycji kobiet w kulturze. Rut, choć jest silną osobowością, opowiada, uzyskuje głos, potrzebuje męża, by istnieć w społeczności, pamięta się ją jako babkę króla Dawida. Zubrzycki doskonale te wszystkie tematy zbiera w spójny monodram z muzyką na żywo (Igora Pietraszewskiego). Znakomity pomysł z prześcieradłami jako rekwizytami, lalkami, elementami scenografii sprawdza się do końca kilkudziesięciominutowego spektaklu, którego może nie byłoby, gdyby nie przepiękne obrazy Miry Żelechower-Aleksiun (tu wklejone w multimedialne tło). Wrocławska malarka ma też inne, dotyczące innych kobiet Biblii (domyślam się, że od wystawy 'Ester. Za zasłoną' wziął się tytuł tego przedstawienia). Jak wiadomo, w Starym Testamencie są trzy księgi nazwane imionami kobiet, może jest to pomysł na teatralną trylogię? A lepiej: tetralogię. Bo poprzez postaci Judyty czy Estery dałoby się wprowadzić sporo mroku, który finalnie warto by wygasić poezją Pieśni nad Pieśniami. I koniecznie muszą to być pieśni właśnie. Tych w RUT... ZA ZASŁONĄ mamy niedosyt, wiedząc, jak niezwykłym warsztatem w tej dziedzinie dysponuje Anna Zubrzycki. I koniecznie z polskimi napisami.

gch [0-6] > 5
..................
RUT... ZA ZASŁONĄ, scenariusz i reż. M. Braun, Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, 17.11.2017, rząd II

Sunday, November 12, 2017

KRAKOWIACY I GÓRALE (Opera Wrocławska)


Dobrze się dzieje w teatrze, kiedy spektakl wytrąca nas z poczucia bezpieczeństwa. Jeśli to wytrącanie ma sens. We wrocławskich ‘Krakowiakach i góralach’ ma, choć pewnie znajdą się krytycy, którzy woleliby tę ramotkę z przyjemnymi melodiami odebrać bez goryczy. Sam byłem zagubiony po pierwszej części, nie bardzo wiedząc, jak to wszystko ugryźć. To, czyli konsekwentnie biało-czerwone, eklektyczne stroje krakowiaków, ciężką, dominującą scenografię, pracowicie przygotowane, ale jednak deklamacje pomiędzy śpiewami, no i zachowaną w tekście gwarę.

Zaintrygował mnie niepokój, obecny w tej błahej niby i znanej z wielu fabuł wojnie o Basię, co chce wyjść za mąż z miłości, nie przymusu i targu. Scena weselnego spotkania krakowiaków z góralami opowiedziała bowiem dramat kobiet w męskiej opresji. Lepiej od razu się poddać rączemu góralowi (i krakowiakowi), gdy ma on na pannę ochotę, niż bronić dostępu, marzyć o uczuciu i niezależnych decyzjach. Druga część spektaklu wzmacnia tę opowieść, podkreślając przemoc i oskarżając. Główną postacią staje się Dorota, żona młynarza, starszego od niej patriarchy, ta, która została żoną, bo musiała. Zdradza, bo nie kocha, także z zemsty, że oszukano jej młodość. A on ją za tę zdradę bije. Wyjdzie co prawda Młynarz na durnia, ale widz go w duchu słusznie skaże. Płynące z offu kwestie Fedr z dramatów Enquista, Eurypidesa, Racine’a (w wykonaniu Dagmary Mrowiec-Matuszak, Katarzyny Strączek, Janki Woźnickiej) wątpliwości nie zostawiają. Czy Bogusławski doceniłby taką interpretację? Jeśli był wielkim artystą - jak głosi historia – powinien.

Można się zżymać na to i owo, najbardziej na komunikacyjny chaos, bo często trudno zrozumieć i dosłyszeć teksty arii (trzeba spojrzeć na angielskie napisy, by zorientować się, o czym śpiewają, a w angielskich napisach w dodatku Stach jest... Stanleyem). Szkoda też, że za cicho wystartowała taśma z Fedrami, rozpraszając uwagę i efekt. Zrezygnowałbym z ostatniego słowa Doroty. Ostatnia scena działa mocno, nie wymaga dojaśnień, znakomitych aktorek Teatru Polskiego w dramacie przebić nie zdoła Jadwiga Postrożna. Której zresztą biłem silne brawa za w sumie przekonującą kreację i mistrzowski śpiew. Pomijając szczegóły, wykonawcy się bronią, tworząc - dzięki młodej reżyserce Barbarze Wiśniewskiej - sugestywny świat, ambitnie uniwersalizując klasyczną śpiewogrę, wydobywając nowy ton. Gubią się czasem, gdy mają podszyć ruchem i gestem momenty instrumentalne.

To ciekawe, że z jednej strony słucha się wrocławskich 'Krakowiaków...' z przyjemnością (Jan Stefani potrafił komponować melodie, Bogusławski pisać), ogląda bez znużenia (tempo narracji nie zwalnia), z drugiej - przekonuje ów uwierający niepokój, skryty pod skórą konwencji. To dużo. Wyróżnijmy jeszcze szczególnie Karolinę Filus w partii Basi (sopran z przyszłością!) i Łukasza Klimczaka jako studenta Bardosa (aktorski talent i mnóstwo wdzięku). No i powiedzmy wprost: cud to to nie jest, ale obejrzeć nie zaszkodzi, zarówno z poznawczego, jak i artystycznego powodu. A na kolejną realizację Barbary Wiśniewskiej czekam z prawdziwym zainteresowaniem. Mimo kompromisów, dbając o jakość swojego przedstawienia, pokazała jaki współczesny potencjał tkwi w 'Krakowiakach i góralach'. Obejrzani we Wrocławiu, w Dniu Niepodległości, podpowiadają jeszcze odważniejsze kierunki.

(0-6): 4

gch

Jan Stefani, Wojciech Bogusławski KRAKOWIACY I GÓRALE, reż. Barbara Wiśniewska, kier. muz. Adam Banaszak. Premiera w Operze Wrocławskiej 11.11.2017, parter, rząd VII, miejsce 8

Saturday, October 14, 2017

FIDELIO (Opera Wrocławska)


Nie wiem, czy łatwo to zrozumieć w czasach wszędobylskiego internetowego hejtu, ale wyznam, że wyrażenie drastycznej opinii o dziele artystycznym łatwym zadaniem nie jest. Ocenia się czyjąś, często pełną wysiłku i poświęceń, pracę. Kiedy byłem bardzo młody i wiadomo jaki, zżymałem się na deklaracje starszych recenzentów: ja już nie piszę recenzji ze złych spektakli, szkoda czasu, zwracam uwagę tylko na te dobre. Wtedy twierdziłem, iż to nieuczciwe wobec czytelników/odbiorców, zwłaszcza gdy recenzent wie, że stale go czytają. I ciągle nie zmieniam zdania, choć krytykowanie (w negatywnym tego słowa znaczeniu) przychodzi mi coraz trudniej. Dziś już doskonale rozumiem ludzkie słabości i przyznaję każdemu prawo do błędu. No ale, jak mus, to mus.

Nie widziałem osobiście w Operze Wrocławskiej dziwniejszej inscenizacji niż 'Fidelio', podpisany przez słoweńskiego reżysera Rocca. Jego 'Fidelio' to rzecz - nawet dosłownie - przestrzelona. Pogubi się w scenicznych wydarzeniach każdy, tzw. konia z rzędem temu/tej, kto się zorientuje, w kim zakochała się Marzelina, kto tu jest Fideliem, co robi w więzieniu Leonora, jakim cudem osadzony na głodówce i pragnieniówce wygląda lepiej niż gubernator i jakąż to mocą trupy ożywają. Fabuła nie klei się, pauzy quasi napięcia irytują, a wybrane do przedstawienia listy Beethovena straszą autorską grafomanią (można znaleźć w internecie). OK, niech kochankowie mówią do siebie te banały i niech pozostaną objęte tajemnicą korespondencji. Nawet jeśli przeczytacie przed pójściem do opery libretto, nic to nie da. Jeden marny pomysł na dodanie postaci dublującej, towarzyszącej Leonorze i leżymy. Wszystko odtąd jest symboliczne, umowne, wszystko jest sennym majakiem. Owszem, za pomocą poetyki snu łatwo wytłumaczyć fabularne niezborności, lecz najpierw trzeba tę poetykę kupić. Mnie się nie udało, widzę raczej kolejną niepotrzebną próbę poprawiania libretta (w epoce Beethovena poprawiano je dwukrotnie), może niezbyt kunsztownego, ale przynajmniej pasującego do muzyki. Śmiesznie podrygujących (ciężko uwierzyć w pracę choreografa Gregora Lustka) chórzystów w pieśni finałowej (w śpiewie chór jak zwykle bezbłędny) i uwierającą marmurowość scen usprawiedliwić nie sposób. Karolina Micuła robi co może, by się jako Anioł obronić i broni się szczęściem i siłą własnego talentu.

No chyba, że tak miało być. Ułożyć najstatyczniejsze obrazy ze statycznych, porozstawiać po prostu śpiewaków po scenie, niech śpiewają. Czasem przyświecić (i przeświecić niezłą scenografię) innym kolorem. Po co? Żeby skupić się na muzyce i głosach. Bo te są przednie. Wprawdzie premierowa obsada to efemeryda (Sandra Trattnigg, Peter Wedd, Saša Čano), ale znamy wrocławskich śpiewaków, wiemy, na co ich stać (Maria Rozynek-Banaszak i Jacek Jaskuła już o tym przypomnieli). Z tak dynamicznie grającą orkiestrą (pod kierownictwem Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego) i na tzw. zwykłych spektaklach będzie czego posłuchać. Okazuje się bowiem, że 'Fidelio' to rzeczywiście muzycznie dzieło niedoceniane. Kwartety, tercety, duety, momenty chóralne potrafią dostarczyć melomańskiej przyjemności. Pod jednym wszakże warunkiem: trzeba zamknąć oczy. Gdyby istniała w operze funkcja producenta spektaklu, kogoś, kto po pierwszej generalnej decyduje o losie przedstawienia, taki ktoś powinien wstrzymać premierę tego 'Fidelia', powiedzieć stanowczo: albo pracujemy dalej, albo wystawiamy wersję koncertową.

Ponieważ do opery chodzę po to, by nie tylko posłuchać: (0-6) > 2 (dla samej muzyki byłoby 5)

gch
...
L.van Beethoven FIDELIO, reż. Rocc, kier. muz. Marcin Nałęcz-Niesiołowski, premiera w Operze Wrocławskiej, 14X2017, balkon 1, rząd I, miejsce 9

Friday, October 13, 2017

MAKBET (Teatr Muzyczny Capitol)


Panie i Panowie, klątwa 'szkockiej sztuki', przed którą drżą teatry, na tego ‘Makbeta’ nie działa. 13 października, piątek. Pech? Nic z tych rzeczy, choć szóstki nie będzie.

Inscenizacja (podkreślam to słowo) Agaty Dudy-Gracz to spektakl zachwycająco-imponujący wizją plastyczno-muzyczną, krystaliczny i idealnie zrównoważony w pierwszych dwóch godzinach, do antraktu. Po nim trudno wejść na ten poziom odbioru, zwłaszcza że druga część trwa niecałą godzinę. Zamiast napięcia, osiągniętego wcześniej obrazem, słowem i brzmieniem, dostajemy kilka scen opartych wyłącznie na słowie, dobrze zagranych i rozegranych, ale zaskakujących, bo do innego rodzaju percepcji się przyzwyczailiśmy. Kiedy powoli zaczynałem wracać do transu, trzeba się było zbierać po doskonale wymyślonym finale. Te trzy godziny powinny istnieć w całości, w rytmie, w upojeniu i opętaniu, w ferworze krwi, krzyku, lęku, ruchu, niepokojących i iluzorycznie kojących nut. To bardzo widowiskowy dramat sumienia, ale przede wszystkim przeznaczenia. Tytułowy bohater nie rusza się ze swojego kwadratu ani na moment, tkwi uwięziony w przestrzeni przepowiedzianego losu. Obok krążą wiedźmy i panująca nad wszystkim mroczna bogini czarnej magii Hekate. One prowokują wydarzenia i decyzje. Makbet nie ma wyjścia, nie jest w stanie się z tej celi uwolnić, więc skończy zatracony w tyranii i mordzie. Jeśli ogarną go wątpliwości, będzie mógł liczyć na żonę, która w chwili trudnej rzuci: ‘bądź mężczyzną’. Zrobi dla niego wszystko, będzie złą, jeśli tak być musi.

Trudną rolę ma Cezary Studniak, wycięto mu sporo tekstu, nie pozwalają chodzić, i świetnie daje radę, Magda Kumorek jako kulejąca (czy słusznie?) Lady Makbet to diament (piękna scena ich pierwszego po wojnie spotkania), ale bez głosu i emocji wprowadzanych przez śpiew Emose Uhunmwangho nie byłoby połowy wrażeń. Maja Kleszcz i Wojtek Krzak stworzyli niezwykły soundtrack, sięgając po style i dawne, i współczesne (muzyka live), co daje efekt piorunujący. W połączeniu z ekspresją kostiumu, charakteryzacji, zalanej krwią scenografii od startu wprowadza nas w nadstan. I nie odpuszcza, do antraktu. Gdyby przewidziano ukłony (skoro jest przerwa, to ukłony bezwzględnie być powinny), biłbym mocne brawa wykonawcom, każdy znalazł na siebie pomysł. Silniej przyłożyłbym w dłonie przy Macieju Maciejewskim (nie tylko za etiudę Sługi), Justynie Szafran i Klaudii Waszak (za energię dialogu), Łukaszu Wójciku (za pieśni), Wojciechu Brzezińskim i Tomaszu Wysockim (za realizm), schyliłbym głowę przed Wiedźmami-sępami (Heleną Sujecką, Agnieszką Oryńską-Lesicką, Justyną Antoniak), znakomitego Artura Caturiana prosiłbym wzrokiem, by powściągnął trochę temperament, gdy przyjdę na ‘Makbeta’ po raz kolejny. I tak dalej.

Nie przeszkadza mi i nie myli rozpisanie tekstu Shakespeare’a na postaci niekoniecznie zgodnie z oryginałem. Duże skróty, dodanie państwu Makbetom ryzykownego bezpośredniego motywu do zabójstwa Duncana szekspirologów przyprawią może o migotanie przedsionków, mojego sprzeciwu nie budzą. Tym bardziej więc szkoda, że zabrakło satysfakcji pełnej. Rozumiem, że Capitol sprzedaje bilety VIP i częstuje ich posiadaczy w przerwie, ale... to nie jest spektakl dla VIP-ów. Oni – mimo wykwintnego posiłku – wyjdą z teatru pierwsi. Grajcie to w 2h 40’ BEZ PRZERWY.

(0-6): na razie 4,5.

gch
...
W. Shakespeare MAKBET, przekład Stanisława Barańczaka, inscenizacja Agata Duda-Gracz, Teatr Muzyczny Capitol, Duża Scena, 13X2017, rząd II, miejsce 24

Monday, October 2, 2017

TERAZ WSZYSTKIE DUSZE RAZEM (Teatr PWST we Wrocławiu)


Niesamowitą pracę wykonali młodzi aktorzy wrocławskiego Teatru PWST, studenci IV roku Wydziału Lalkarskiego. Widać ją w całym spektaklu, imponuje. Szkoda jednak, że to, ile dała im twórcza kopalnia reżyserska Pawła Passiniego, nie przekłada się na podobny parametr w odbiorze widowni.

Na niełatwej Dużej Scenie przy Braniborskiej pięknie się prezentuje scenografia, fizyczno-medialna, ale z akustyką trzeba umieć sobie radzić. I w tej pierwszej sekwencji niemal rockowego transowego koncertu-wywoływania Mickiewiczowskich dusz z II części 'Dziadów' sporo słów ginie. OK, znamy to, ale nie wszyscy. Bardzo trudno osiągnąć mistrzostwo w wypowiadaniu tekstu chórem, poległa już w tej bitwie rzesza doświadczonych zawodowców, po co wszczynać ją na nowo? Inaczej się mówi, inaczej śpiewa, a i chór NFM-u niespecjalnie tu się sprawił w oglądanych (i słuchanych) miesiąc temu 'Widmach' (w chwalonej przecież za brzmienie sali głównej Narodowego Forum Muzyki).

'Widma' Moniuszki/Mickiewicza są istotnym tropem, bo i Passini, i studenci (i artyści odpowiadający za stronę wizualną) brali w nich udział, a reżyser nie ukrywa relacji między jednym i drugim tytułem. Jednakże spektakl pod tytułem 'Teraz wszystkie dusze razem' to dzieło autonomiczne. Zaczyna się od fragmentu muzyczno-choreograficznego do Moniuszki, potem ewoluuje w koncert 'Dziadów', by w końcu utknąć w mieliznach - niestety - Eurypidesowych. Mało bowiem czytelne okazują się historie antycznych bohaterów. Trzeba by ostrzec widzów, aby przed przyjściem do teatru odświeżyli mityczną pamięć. Albo środkami teatralnymi zadbać o streszczenia. Nie dajemy się wciągnąć w wir opowieści Klitajmestr i Orestesów, bo mało są konkretne, raczej poetyckie. Chciałoby się mocniej wejść w spektakl fabularnie, nie tylko podziwiać pomysły na poszczególne etiudy i ich wykonania. Apriorycznie interesujące zestawienie obrzędu 'Dziadów' z grecką tragedią nie klei się, za dużo też słyszymy krzyku, czy też - powiedzmy wprost - wkurwu, by wniknąć w znaczenia.

Ale potencjał w tym spektaklu tkwi ogromny. Dzięki zarówno szerokiej wizji Pawła Passiniego, jak i energii, gotowości aktorskiej młodzieży. Dla nich tych parę miesięcy przygotowań do premiery (i 'Widm', i 'Teraz wszystkich dusz razem') z pewnością było jednym z absolutnie najważniejszych zawodowych doświadczeń. Chciałoby się natomiast mniej abstrakcyjnego przegadywania, więcej takich scen jak symultaniczna finałowa (w Pieśni Kozła wyraziliby uznanie za śpiew) czy wcześniejsza podsumowująca (nazwijmy ją sceną rzucania mięsem). A jeśli muszę ustawić podium, wybierając swoich faworytów-wykonawców, wyróżniłbym: Annę Wieczorek (Hekabe), Annę Zachciał (Guślarza, czy też Guślarkę), Magdalenę Zabel w może przesadnej w inwektywach, ale skupiającej uwagę roli wieszczki, oraz znakomitego ruchowo i muzycznie Piotra Michalczuka. Tak, podium ma 4 stopnie (i nie przypisuję numeru do żadnego z nazwisk), lecz pozostała szóstka też godna zapamiętania.

(0-6): 4.
gch
.....................
TERAZ WSZYSTKIE DUSZE RAZEM, reż. Paweł Passini, Teatr PWST Wrocław, 2.10.2017, rząd 11, miejsce 18

Sunday, October 1, 2017

SZABERPLAC.MOJA MIŁOŚĆ (Wrocławski Teatr Współczesny)


To przedstawienie mogłoby być wizytówką Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Takich spektakli powstaje tu więcej. Poważny temat, prymat słowa i jego znaczeń, raczej dystans niż emocjonalność, słowem teatr środka, do którego chyba przywykła już publiczność.

W SZABERPLACU intrygujące wydawało się zetknięcie historii wrocławian sprzed 72 lat z doświadczeniami narodów byłej Jugosławii, przywiezionymi przez reżyserkę Tanyę Miletić Orucević. Nie pierwszy to pomysł na rzecz o uniwersalnym wymiarze ludzkiej natury i mechanizmów społeczno-psychologicznych w chwili skrajnej, ale skoro nic nas historia nie uczy, artyści muszą przypominać. Byle ciekawie, po nowemu, ujmując temat z innej perspektywy, tu bośniacko-polskiej.

I właściwie zgrabną sztukę na Scenie na Strychu oglądamy przez 80 minut, tyle że bez zaangażowania. Bo teksty wypowiadane przez postaci i sytuacje między nimi nie wychodzą poza schemat. Obojętna w odbiorze jest już pierwsza opowieść młodej Polki zmuszonej wraz z rodzicami do opuszczenia kresowej wsi (mimo absolwenckiej werwy Katarzyny Pilichowskiej). Można było wziąć z teki wspomnień z 1945 roku coś bardziej interesującego niż w pigułce streszczony los. W ogóle przypowieściowość tekstu mocno stępiła jego potencjalne ostrze. Koincydencja wakacyjnych spotkań Polaka, Ruska, Bośniaka, Ukraińca drażni, podobnie działają komediowe w zamierzeniu chwyty aktorskie z początku spektaklu (kreskówkowy informatyk - Maciej Kowalczyk, Przemysław Kozłowski we wschodniackim półzaśpiewie). Wymyślono bowiem, że nie od świadków-uczestników wydarzeń dowiemy się ludzkich biografii, lecz z odgrywanych scenek. To nie ma prawa wywołać wzruszeń (jak kiedyś TRANSFER Klaty/Majewskiego), nawet refleksji, nie na tym poziomie stereotypowości treści i formalnych umowności. Lepiej wychodzi, gdy aktorzy najmniej udają. Jak Jolanta Solarz-Szwed (Ukrainka) w finałowej solówce czy we wcześniejszym duecie z Krzysztofem Kulińskim (muzułmanin z Mostaru). Tylko że po chwili wszystko wraca do normy, do sytuacji na niby.

Na poważnie za to pojawia się teza o istnieniu ponadpokoleniowego instynktu szabru. Zgadzam się, jakiś jego pociotek zauważam w gonitwie po promocje w Lidlu. Ale bogaty mieszkaniec apartamentowca w nocnym amoku szabrowania? To mi się jakoś nie mieści, nawet w zawodowym wykonaniu Piotra Łukaszczyka. Perfekcyjne panie domu szabrujące sobie mężów i wypieki? Nie, do tego nie przekonają mnie nawet Beata Rakowska wespół z Ireną Rybicką. Szanuję próbę, popieram świeże spojrzenia i wszelkie wzloty ponad historyczno-edukacyjny teatr i temat, lecz po co go spłycać na siłę?

(0-6): =4
gch
....................
Szymon Bogacz SZABERPLAC.MOJA MIŁOSĆ, reż. T. Miletić Orucević, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu, rząd 3, miejsce skrajne

Monday, September 18, 2017

AFROAZJA (Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu)


Od mocnego akcentu rozpoczął się III Festiwal Prapremier, organizowany przez wałbrzyski Teatr Lalki i Aktora. Gospodarz zaprezentował spektakl Martyny Majewskiej (autorka i reżyserka) pt. 'Afroazja'. Pełen atrakcji i ukrytych pod nimi sensów.

Bohaterką jest Polianna, ale nie, nie kojarzcie jej z postacią z książki Eleanor Porter, choć parę wspólnych pól tu znajdziemy. Wałbrzyska Polianna nie jest sierotą, choć rodzinę ma niepełną. Właściwie wychowuje ją babka (intrygująca Patrycja Rojecka), która stara się jak umie i być towarzyszką zabaw (piękna scena z mąką), i trzymać względną dyscyplinę. Tata jest zapewne świetny, ale zapracowany (Kamil Król). 13 godzin w wirtualnych kamieniołomach, do których dojazd trwa 5 godzin. Jak łatwo obliczyć, na sen zostaje godzina, na kontakt z córką... Mamy nie ma. Od początku się nad tym zastanawiamy, może umarła? Polianna żyje na pograniczu świata realnego i wyobrażonego. Jej przyjaciółmi są krówka, topola i płot, podpowiada też tajemniczy ktoś (Jakub Grzybek), kto za chwilę stanie się foliozębnym przewodnikiem w podróży. Tylko czy mama naprawdę jest gdzieś daleko, czy istnieje tylko w głowie dziewczynki?

Jak to się rozwiąże, zdradzić nie mogę, bo spektakl na pierwszym planie przygodowo-komediowy, wiele zyskuje dzięki drugiemu dnu, zaciekawieniu widza niedopowiedzeniem. Dla mnie, dorosłego i nieprzepadającego za teatralnymi bajkami, 'Afroazja' jest manifestem wolności. Owszem, okupionej wyrzeczeniem, ale i odkupionej opieką. Bo Polianna otrzymuje od mamy prezenty (dostarcza je bezbłędny paczkonosz Paweł Pawlik), zawsze trafione, dziewczynka czuje, że to mama najlepiej ją rozumie i wie, czego córce potrzeba. I nic dziwnego, że w końcu nie wytrzymuje, ucieka, chcąc mamę spotkać. I o tę podróż po świecie (ze wsi Polska) chodzi tu najbardziej, o odmianę, odwagę, poznanie, dojrzewanie. Matki i córki, kobiety.

Tempo przedstawienia imponuje, pomysły scenograficzne (Anny Haudek) to poziom gór wyrafinowanych, wysokich, muzyka (Dawida Majewskiego) - tym razem na gitarowo - doskonale rytmizuje poszczególne sceny, widać reżyserską dbałość o szczegół, aktorzy potrafią wejść w każdą postać z werwą i humorem. Katarzyna Kłaczek w roli Polianny bardzo umiejętnie i energicznie wygrywa zmienne nastroje, wydobywając przede wszystkim jej niezależność i - wraz z rozwojem fabuły - empatyczność (tu znów kłania się Porterowa Polyanna). Trochę rozczarowuje finał, niezdecydowany, może zbyt zniuansowany, choć mimo to czytelny.

'Afroazja' to ważny spektakl młodej reżyserki, która - tylko patrzeć - zrobi coś absolutnie niezwykłego. Zarówno widowiskowej 'Yemayi, królowej mórz' zrealizowanej we Wrocławskim Teatrze Lalek, jak i najnowszej 'Afroazji' brakuje niewiele do dzieła. Niewiele, czyli ile? Martynie Majewskiej trzeba zaufać do końca, dać jej zrobić spektakl bezkompromisowy. I chyba nie da się tego osiągnąć w - choćby najlepszym z najlepszych - teatrów lalek, skierowanym do dzieci. Marzy mi się Majewska niepokojąca i wyzwalająca, idąca na całość.

(0-6): 4,5.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Martyna Majewska AFROAZJA, reż. M. Majewska, Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu, 17.09.2017

Thursday, September 14, 2017

WIDMA (Wratislavia Cantans)


W czasach dewaluacji, zwłaszcza w naszych teatrach, owacji na stojąco pisanie o takim aplauzie niewiele waży, ale w przypadku 'Widm' Kosendiaka/Passiniego reakcja widowni Narodowego Forum Muzyki była absolutnie trafiona. Mniej więcej od 20 minuty tego spektaklu, gdy - po nieco zbyt długiej sekwencji choreograficznej - już się upewniłem, że wszystkie elementy mają sens, a wykonanie jest ektraklasowe, mimowolnie poczułem wewnętrzną radość. Z fantastycznego przedstawienia.

Andrzej Kosendiak, któremu przyszła do głowy ta inscenizacyjna wersja 'Widm', zadbał o - paradoksalnie - bardzo nowoczesne brzmienie orkiestry i śpiewaków. Nie programowy sentymentalizm i nostalgia, jakich można by się po muzyce Stanisława Moniuszki spodziewać, lecz rytm, tempo i kolor zwyciężyły w moim odbiorze. Mimo - a może właśnie także dlatego - że Wrocławska Orkiestra Barokowa grała na instrumentach romantycznych. Oczywiście, inscenizację odbieramy jako całość, więc szumnie i wyraźnie trzeba podkreślić ogromne zasługi reżysera Pawła Passiniego, który zamienił scenę NFM-u w arenę pełną niezwykle sugestywnych zjaw. I choć na pamięć znam obrzęd z Mickiewiczowskich 'Dziadów', moje zainteresowanie wykreowanym tu teatrem tylko rosło. A gdzieś w tyle głowy pojawiło się nawet gorzkie wzruszenie na myśl o 'Dziadach' Michała Zadary i tamtego Teatru Polskiego, tak niedawno i tak niedaleko, po sąsiedzku, nas unoszących, w tak przykry sposób zniszczonych.

Passini zrobił własne 'Dziady' nie po raz pierwszy, w czym muzyka Moniuszki ani przez chwilę nie przeszkadzała. Sprawili się doskonale soliści, dbając o stylistyczną powściągliwość. Ciągle słyszę głosy Jarosława Bręka (Guślarza) i Aleksandry Kubas-Kruk (Zosi), ale też ciągle mam przed oczami Annę Wieczorek w trudnej roli wcielonego Cierpienia i znakomitą jako podwojona Zosia Franciszkę Kierc-Franik. W ogóle idea dublowania, a nawet potrojenia postaci (i planów) okazała się odkrywczo płodna w kolejne pomysły. Przekonywał aktorski Guślarz (Paweł Janyst), działający trochę na wzór Tadeusza Kantora, mistrzowsko wypadł Mariusz Bonaszewski jako Medium przemawiające różnym głosami i tonami. Koniecznie pochwalić trzeba studentów-lalkarzy z PWST we Wrocławiu za energiczną ruchową aurę, bez której spektakl byłby o niebo uboższy. Duże wrażenie robiły lalki i kostiumy (autorstwa scenografki Zuzanny Srebrnej), inspirowane malarstwem Zdzisława Beksińskiego.

Jedną scenę wrocławskich 'Widm' wyróżnić warto szczególnie. To moment, kiedy słychać pamiętne 'Bo kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże', a na płótnie-ekranie (projekcje Aleksandry Konarskiej) widzimy wideo z płynącymi łodzią emigrantami. Mogę sobie wyobrazić, że to jest to, co by nam dziś chciał powiedzieć Adam Mickiewicz, sam przecież kiedyś w podobnej sytuacji.

Nie mogę się doczekać wersji płytowej i emisji telewizyjnej realizacji 'Widm', którą ma pokazać w okolicach Święta Zmarłych TVP Kultura. Na płycie - mam nadzieję - wysłyszę wszystkie słowa, co niestety nie udało się na żywo w sali. Mimo iż Chór NFM-u śpiewał wspaniale, to sporo tekstu uciekło, w chmurze dźwięku nie docierając do publiczności. Wersja filmowa pozwoli skupić się na szczegółach, inaczej przeżyć te magiczne 80 minut. A w tzw. międzyczasie, końcem września, pojawi się dyplomowe przedstawienie studentów PWST Wrocław, mające być 'Widmami/Dziadami' w jeszcze innej interpretacji, i bez muzyki Moniuszki.

Ocena (0-6): 6.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Stanisław Moniuszko/Adam Mickiewicz WIDMA, kierownictwo muzyczne Andrzej Kosendiak, reżyseria Paweł Passini. Narodowe Forum Muzyki, 12 września 2017, amfiteatr, rząd I, miejsce 62

Saturday, September 9, 2017

Stacja Literatura 22

Olga Tokarczuk, Kora, Olo Walicki i pudełka Kory na Stacji Literatura 22

Okazuje się, że Artur Burszta i Biuro Literackie po rozstaniu z Wrocławiem, wiodą życie szczęśliwe. Że Port Literacki zamieniony w Stację Literatura, ma podobny klimat i poziom, a Stronie Śląskie i Sienna doskonale odgrywają rolę literackiej stolicy Dolnego Śląska przez trzy wrześniowe dni. To Europejska Stolica Kultury powinna żałować tego rozstania, zwłaszcza mając w świadomości jakość wydawnictw i nagrody, jakie książki Biura otrzymały w ciągu ostatnich dwóch lat. Nike, nagroda im. Szymborskiej, Silesius, no i Dylanowski Nobel.

Na Stację Literatura trzeba się dziś wybrać na południe, w kotlinę i góry, by tam doświadczyć na przykład energii, z którą Filip Łobodziński czyta własny przekład 'Glorii' Patti Smith albo poczuć niezwykły temperament Kory w rozmowie z Olgą Tokarczuk. Dowiedzieć się, że niedługo ma się pojawić piosenka Sweet Noise z refrenem 'Krakowskiego Spleenu', nagranym na nowo przez byłą frontwoman Maanamu w tym roku, mimo choroby. I że największym przyjacielem jest książka, bo literatura chroni przed samotnością:

Jesteśmy przesiedleńcami, wszyscy, którzy tutaj są. Historia to nam zafundowała, los. Jednego zabije, uszkodzi, a drugiemu, być może dlatego, że ma jakąś fajną schedę genową, pozwoli przetrwać i iść jak wojownik do przodu. Życie takie jest. A nie musi takie być, nie musi być opresyjne, pełne bólu. Życie jest tak krótkie, że powinno być cudowne, miłe, piękne, bez bólu i opresji, która powinna iść i idzie zawsze od ciała żywego, czyli od tego, że ulegamy zniszczeniu, jak wszystko. Ale nie niszczmy się sami. Ja się cały czas musiałam ocalać, od początku wiedziałam i czułam, że moim ocaleniem jest książka. Gdy miałam pięć lat, już umiałam czytać. Książka, pisarz to mój największy przyjaciel. Dopiero potem idzie muzyka, natura i co innego. Taka jest moja gradacja. Najpierw słowo pisane i pisarz. To największy przyjaciel człowieka. Masz książkę, nigdy już nie jesteś sam.

Uczestnicy Stacji Literatura niezłomnie wierzą w poezję, w wiersz zrozumiały i niezrozumiały - jak przy muzyce na żywo tworzonej przez Ola Walickiego deklamował Marcin Sendecki. Są wśród nich artyści wdzięcznie w szaleństwie wyrafinowani (jak Robert Rybicki z 'Darem Meneli'), są klasycy potrafiący ciągle zaskoczyć (eklektyczny poemat 'Palamedes' Piotra Matywieckiego), są półmistrzowie (pół, bo jeszcze jednak niestarzy - jak Marta Podgórnik czy Roman Honet), jest i grupa zdolnych młodych (Martyna Buliżańska, Szymon Słomczyński), których nie zniechęca wąski rynek poezji w Polsce. Jedni marzą o debiucie, inni zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że 'po debiucie trudniej niż przed' (tak Matywiecki nazwał prowadzone przez siebie warsztaty).

Kilka dni przed startem Stacji zmarł John Ashbery, jeden z patronów pewnego pokolenia nie tylko polskiej poezji, poświęcono mu zorganizowane spontanicznie specjalne czytanie z udziałem również gości zagranicznych. 5 lat temu czytano na ówczesnym Porcie - zdaje się, w Studiu na Grobli - fragmenty poematów nowojorczyka. W tamtym samym roku tragicznie odszedł Tomasz Pułka, mocno istniejący podczas Stacji przy okazji właśnie wydanego zbioru wierszy. Ale nie śmierć z hasłowej triady tegorocznego festiwalu, nie miłość nawet, lecz życie ma w sobie pojemność nieskończoną. - John Ashbery umarł? Nie sądzę - mówił Kacper Bartczak, tłumacz, autor tomu 'Pokarm suweren'. - Ile jeszcze będzie myśli z tego człowieka?*

No i innych, tych, którzy przystanek Stronie Śląskie traktują może nawet z większym sercem niż przystań Wrocław. Wedle ostatnich zasług.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Festiwal Stacja Literatura 22, Stronie Śląskie/Sienna, 7-9.09.2017

*Nie znam przekładu tego wiersza Ashbery'ego, sam nie mam nań czasu (teraz). Wiele z tego, o czym pisze poeta, istnieje w Stacji Literatura: How to Continue

Thursday, August 24, 2017

Marek Krajewski MOCK. LUDZKIE ZOO (Posłuchaj)

Jaka jest nowa powieść o Mocku? Jednym słowem: stylowa. Mamy więc mroczny Breslau i wszystko, czego się po książkach z tej serii spodziewamy. Ale Marek Krajewski potrafi tu też zaskoczyć rysunkiem swego bohatera. Bo dobrze nam znany smakosz życia, owszem, chodzi już do sprzedajnych kobiet, ale ma jeszcze pewne braki jako przyszły koneser rozkoszy ziemskich. Spójrzcie na taki passus: 'Eberhard wielokrotnie czuł w ustach smak alkoholu zarówno wtedy, gdy przyjmował jego spore dawki, jak i wtedy, gdy zwracał. Nawet jeśli by dobrze nie pamiętał, jaki alkohol dominował dnia poprzedniego, mógł rano rozpoznać jego rodzaj po woniach, które dochodziły z jego własnych trzewi. To, co czuł teraz, przesuwając sztywnym drewnianym językiem po szorstkich dziąsłach i po obolałym podniebieniu, nie przypominało mu jednak niczego. Nic dziwnego, jeszcze nigdy wcześniej nie pił whisky'. Jeśli idzie o jadło, również preferuje proste posiłki. W końcu jest rok 1914, a syn wałbrzyskiego szewca ma zaledwie 31 lat. Śledztwo, które tym razem prowadzi, zawiedzie go m.in. do... Afryki. Naprawdę, kolejna znakomita powieść, w sam raz na koniec wakacji i/lub wrocławską jesień. A Autor czyta jej fragment tradycyjnie stylowo:

Thursday, August 3, 2017

PODWÓJNY KOCHANEK (reż. Francois Ozon)



JEDNYM SŁOWEM: SZKODA

Jeśli Francois byłby Quentinem, może bym się i ubawił, ale jest tym samym Ozonem, jednym z najbardziej przecenionych reżyserów w światowym kinie. 'Podwójny kochanek' to ni to, ni owo. Ani satyra na kino klasy C (i literaturę tej klasy), ani dreszczowiec, ani kino, które mówi coś ważnego. To strata czasu (szkoda czasu). Czytam u dystrybutora: Światowa krytyka przyrównała najnowszy film François Ozona do wczesnych filmów Romana Polańskiego, takich jak „Dziecko Rosemary” czy „Wstręt”. Oj... Jeśli już Polański, to raczej z "Frantica". Chociaż... Może jednak światowa krytyka ma rację? Może to niezwykle konsekwentnie zrealizowane dzieło z co prawda obojętnymi aktorami, lecz za to niespotykanie spójne w każdej warstwie? No bo skoro mówimy o bliźniakach, to wszyscy bohaterowie (mieszkający w Paryżu) powinni jeździć samochodami marki Skoda. Nawet biała taksówka spod szpitala to... Skoda.

Ocena (0-6): wymęczona 2.

Saturday, May 20, 2017

PANNA NIKT (Wrocławski Teatr Współczesny)

od lewej: Paweł Passini, Katarzyna Pietruska, Artur Pałyga w Radiu Wrocław Kultura

Wreszcie! Mamy na dużej scenie Współczesnego spektakl inscenizacyjnie spełniony, z pomysłem, bardzo dobrymi rolami, spektakl ważny i ciekawy.

Dla kogo? Idealnie chyba dla młodzieży, dla rodziców tej młodzieży oraz dla wszystkich, którzy lubią teatr. Poszczególne elementy pracują tu na całość wysoką jakością estetyczną i motoryczną.

Chociaż obecny na widowni autor Tomek Tryzna szczerze oklaskiwał artystów po zakończeniu przedstawienia, to fani jego powieści nie ukrywali w rozmowach, że mają wątpliwości. Jeśli ktoś szuka tego nieustającego książkowego monologu Marysi, to rzeczywiście, w wersji Pałygi-Passiniego na pierwszy plan wysuwają się ekwiwalenty. Nic w tym złego, przeciwnie, w końcu teatr to nie książka, lecz i ja mam pewien problem z akceptacją zmiany narratora. Nie Marysia bowiem, ale niejaki Pan Nikt jest naszym przewodnikiem - obserwator, pisarz, ktoś, kto przychodzi z drugiego świata. Z życia po życiu, a może po prostu ze świata sztuki. Czytając powieść Tryzny, jesteśmy w emocjach bohaterki, bo przez nią tę historię poznajemy, w przypadku adaptacji tkwi między nami a Marysią pośrednik. Intrygujący i znakomicie zagrany przez Krzysztofa Boczkowskiego. Nie wiem, czy potrzebny.

Z drugiej strony, ów zabieg podwojenia uprawnia sama opowieść o trudnym okresie dojrzewania, okresie pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, tych przedziwnych kilku latach, kiedy nie wiemy, kim jesteśmy i co ze sobą zrobić, ulegamy wpływom, nasłuchując siebie, czując jeszcze dziecko, jakim już przestajemy być.

                                     fot. Natalia Kabanow

Uboższa jest za to bezpośrednia, realistyczna siła oddziaływania tej opowieści. Coś za coś. Wyraźnie akcent przesuwa się na wewnętrzny kosmos nastolatki, osłabiając impulsy środowiskowe. Passini z Pałygą wydobywają na wierzch zło czy też pierwiastek szaleństwa dochodzący do głosu w osobowości Marysi, w tło spychając społeczne aspekty dochodzenia do samobójstwa. Rozmowa koleżanek (Kasi i Ewy) dzieje się w off-ie, jakby autorzy spektaklu sugerowali, że werdykt został podjęty wcześniej, że ostateczny lot Marysi nie był skutkiem splotu wydarzeń, lecz wynikał z samej osobowości dziewczyny.

Może mają rację, pojemna powieść Tryzny daje i tę możliwość interpretacyjną. Zastanawiam się, czy do objęcia takiego kierunku przez inscenizatorów nie przyczyniła się odtwórczyni roli tytułowej Katarzyna Pietruska, aktorka, którą ogląda się z podziwem, tak intensywna w swej scenicznej obecności, że może aż się prosi, by jej postaci oddać decyzję. 


Na sukces tego przedstawienia składają się wszyscy aktorzy, bez wyjątku świetni, w epizodach i partiach wiodących. Obok niesamowitej Katarzyny Pietruskiej (ile daje edukacja aktora-lalkarza plus doświadczenie antropologicznego Teatru Wierszalin!) na szczególne wyróżnienie zasługuje Aleksandra Karpiuk w roli Kasi. Wulkan emocji, chwilami na granicy szarży. Kto wie, czy to nie będzie kiedyś jedna z największych polskich aktorek*. Doskonała jest kryminalno-ekranowa scenografia Zuzanny Srebrnej, znaczące kostiumy Elbruzdy, sugestywnie steruje naszą percepcją muzyka (i piosenka) skomponowana przez Łukasza Wójcika (przy współpracy z Pawłem Passinim).
Ogromna to przyjemność widzieć tak udany spektakl na scenie, która powoli zapominała o tym, że to tutaj działy się kiedyś rzeczy nawet historyczne. 'Panna Nikt' dołącza do istotnych premier w dziejach Współczesnego, na pewno jest numerem jeden ostatniej pięciolatki. To naprawdę wiele, Współczesny ma spore szanse na festiwalowe laury.

Ocena (0-6): 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
------------------------------------
Tomek Tryzna PANNA NIKT, reż. Paweł Passini, scenariusz Artur Pałyga, Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena, rząd IV, miejsce 2


Tuesday, May 16, 2017

TECHNOLOGIA JEST ISTOTĄ (Cloud Theater)


Mimo pół żartem, pół serio rzuconej frazy 'nie próbujcie niczego zrozumieć', nie da się oczywiście nie myśleć, o czym to jest opowieść. Samo zanurzenie w na żywo tworzone efemeryczne wizje plastyczne i mocną, pełną przestrzeni muzykę nie jest możliwe. Za dużo w spektaklu Cloud Theater przestojów. Czego brakuje do pełnego zanurzenia? Choreografii. Gdyby dołożyć ten element, nie chciałbym chyba namawiać twórców do skrótów i rezygnacji z kilku mielizn. Bo cyfrowo-mechaniczno-artystyczno-estetyczny potencjał Cloud Theater ma ogromny, momentami wręcz imponująco realizowany (np. scena, którą nazwałem 'zbiorową', scena 'gwiezdna' lub scena 'jedności').

Intelektualnie ciągle jesteśmy w czasie spektaklu aktywni, zastanawiając się, co znaczą symbole i obrazy, sceniczne działania czwórki aktorów. Nie sposób się uwolnić od spostrzeżenia, że jakkolwiek sami posługujemy się technologiami, urządzeniami, systemami operacyjnymi, również i my jesteśmy taką technologią z kosmicznej perspektywy. I to najciekawsza z myśli zakwitających w głowie analogowego widza.

Intrygującym pomysłem wydaje się sporadyczne zintegrowanie sceny z widownią poprzez drobne zachowania agentów siedzących wśród publiczności, udających ją, przeszkadzających włączeniem świetlistego ekranu telefonu komórkowego czy przepychaniem się po to, by wejść na scenę i doświadczyć tamtego świata, zagubić się w nim. Nie zapominając o powrocie na swoje miejsce. Właściwie mamy ochotę zrobić to samo, i warto pójść za podobnym pragnieniem. Reżyser obecny, więc odpowiednio zareaguje. Już kiedyś Ivo van Hove w hali dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych do fizycznego uczestnictwa w 'Tragediach rzymskich' zachęcał.

Lecz to, co najważniejsze, to, co jest istotą tego teatru na dziś, to forma. Teo Dumski znalazł formę, którą trzeba teraz tylko szlifować, no i włączyć w nią historię, która albo zainteresuje widzów fabularnie, albo poniesie ich emocjonalnie. A najlepiej jeśli wydarzy się i jedno, i drugie. Przewinęła się w moim umyśle nieraz w trakcie oglądania chmura z pytaniem, czy może warto w takim stylu spróbować opowiedzieć którąś z historii klasycznych. Choćby dla sprawdzenia, jak się ten teatr obroni i jak zadziała, mając solidny dramatyczny grunt. Traktując tę próbę jako etap w drodze do... arcydzieła.

Ocena (0-6): 4 z plusem.
GCH
.........................................
REŻYSERIA LIVE: TEO DUMSKI
MUZYKA LIVE: IGOR GAWLIKOWSKI
GRAFICY LIVE: SEBASTIAN SIEPIETOWSKI, ADAM SIOD KABAT
SPEC. TECHNOLOGICZNY: FRANCISZEK MAROSZEK
KOSTIUMY: GABRIELA BUDZYŃSKA
OBRAZ I VIDEO: EDGAR DE PORAY
PRZYGOTOWANIE MOTORYCZNE: SŁAWOMIR CHOMIAK
KONSULTACJA ARTYSTYCZNA: PATRYCJA OBARA, TOBIASZ PAPUCZYS
ASYSTENT REŻYSERA: ALEKSANDER TATAREK
WYSTĘPUJĄ: Bożena Bukowska, Magdalena Górnicka-Jottard/Magdalena Bocianowska, Davit Baroyan, Kamil Dysiewicz, Ola Sakowska
Centrum Technologii Audiowizualnych we Wrocławiu, 15 maja 2017, rząd III

Friday, May 12, 2017

JÓZEF K. i KOBIETY (Studium Musicalowe Capitol)


Niesamowita muzyka Piotra Dziubka, sensowna scenografia Grzegorza Policińskiego, dokładna reżyseria i inteligentnie skonstruowana adaptacja Jacka Bończyka prowadzą młodych dyplomantów Studium Musicalowego przez bardzo dobry spektakl o zaskakującym potencjale interpretacyjnym. Kafkowski spleen o mechanizmach władzy zyskuje tu bowiem świeży, dodatkowy rym.

Uwolnienie niemożliwe, pozorne uwolnienie, przewleczenie, o których z przerażeniem dowiaduje się bohater, mogą się wydać także tytułami uwikłań męsko-damskich, wcale nie spłycając odbioru genialnego dzieła praskiego nieszczęśnika. Dzięki temu, jak blisko i intensywnie w wycyzelowanych scenach znajdują się aktorki i aktor, można na 'Proces' spojrzeć inaczej.


To z pewnością - oprócz adaptacji - rezultat bezbłędnego obsadzenia poszczególnych ról. Od nieznośnych strażniczek i ich przywódczyni, przez galerię kobiecych postaci niby innych, a mających tę jedną, najważniejszą cechę wspólną: przemożną tęsknotę za bliskością i miłością.

W zetknięciu z kobiecością Józef K stoi na pozycji przegranej, mimo żałosnych prób zachowania dumy i zdobycia dominacji. Nie, jego życiem sterują one, równie bezradne: Panna Burstner, ciotka, malarka sądowa (powieściowy Titorelli wymieniony na Titorellę, również narratorkę) czy rudowłosa Leni w układzie z uzależnioną od niej adwokatką.

I to wszystko zanurzone w aurze niepokojącego muzycznego komentarza Piotra Dziubka, szefa Studium Musicalowego, naprawdę działa z siłą 10 beaufortów. Jasne, jest co szlifować, ale co ciekawe, właściwie brak tutaj piosenek, aktorki i aktor posługują się słowem, gestem, ruchem i rytmem. Duże Brawa za ten dyplom, rezerwujcie bezpłatne wejściówki, szykujcie się na czerwcowy festiwal Studium na Scenie Ciśnień Capitolu!

Narrator – Karolina Micuła 
Józef K. – Filip Zaszewski
Nieznajoma 1 – Małgorzata Urbanowicz 
Nieznajoma 2 – Natalia Borysiewicz 
Nieznajoma 3 – Katarzyna Szkudlarek 
Nieznajoma 4 – Agata Daniluk 
Pani Grubach – Alicja Konarska 
Nadzorca – Malwina Stępińska
Panna Burstner – Natalia Brudniak 
Ciotka – Anna Malek 
Leni – Paulina Jeżewska 
Pani A – Sylwia Rubczak

Ocena (0-6): 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
----------------------------
JÓZEF K. i KOBIETY (na motywach 'Procesu' Franza Kafki), reż. Jacek Bończyk, muzyka Piotr Dziubek, Scena Studium Musicalowego Capitol, 12 maja 2017 (zdjęcia ze strony Studium)

Sunday, May 7, 2017

POCZEKALNIA sześć-dwa-zero (Teatr PWST we Wrocławiu)


To kolejny bardzo udany dyplom wrocławskiej szkoły teatralnej. Znakomicie zagrany - można pozazdrościć młodym aktorom palety środków, pamiętając ich role w poprzednich spektaklach: 'Szantażu' i 'Miłości'. Naprawdę, świetny rok, następny zresztą.

No i - uwaga - to chyba najlepsza, obok 'Zamku' - premiera przedstawienia w reżyserii Marka Fiedora we Wrocławiu. Energia młodzieży pobudziła teatr dyrektora Współczesnego do twórczego działania. Przydałoby się trochę tej świeżej krwi na stałe przy Rzeźniczej.

Udany to dyplom, mimo nie do końca (mnie) przekonującego tekstu Marty Guśniowskiej. Rozumiem, że gra się tu absurdem, ale przecież nie całkiem. Za wiele tu umowności, ja bym szedł w absurd piętrowy. Zatrzymanie w pół drogi zawsze w sztuce utrąca zachwyty. To pewnie dlatego śmiech z tej godnej momentami rozpaczy komedii pojawia się nie od razu. Musimy się do czegoś przyzwyczaić, tak jak pewnie autorka musiała finalnie zdecydować, jaki obrać kierunek.

To, co w tym przypadku odmienne od innych dyplomów, to rozdanie ról. Nie każdy ma tyle samo do zagrania. Jak w repertuarowym teatrze, jedni mogą rozpościerać skrzydła, inni muszą pozostać w drugim planie, ciesząc się z epizodów. Wszyscy stanęli na wysokości swoich aktorskich zadań, niezależnie od wielkości roli. Zdaje się, że ci niezwykle zdolni młodzi aktorzy po prostu wiedzą, na czym ten zawód polega, potrafią z drobiazgu uczynić kawałek sztuki.

Tytułowa poczekalnia oznacza życie bez pomysłu na życie, wegetację w oczekiwaniu na z góry wiadome nic specjalnego. Skąd my to znamy. Ale czy nas ruszy z piastowanych posad historia fajtłapowatego męża, emeryta-ignoranta, aktorki walczącej o swoje 5 minut? Mnie ruszyło od kwestii 'gryczotto z liofilizowanym jarmużem na kleksie z owsianej śmietany z łodygą karmelizowanego szczypioru'. Do śmiechu, nie do refleksji nad ludzkim charakterem. I dobrze!

Ocena (0-6): 4,5.
GCH
.............................
Marta Guśniowska POCZEKALNIA sześć-dwa-zero, reż. Marek Fiedor, obsada: Michał Bajor, Mariusz Bąkowski, Malwina Brych, Kacper Gaduła-Zawratyński, Janiszewska Katarzyna, Jan Kardasiński, Grzegorz Karłowicz, Igor Kowalunas, Monika Kulczyk, Magdalena Lamża, Jakub Łopatka, Aleksandra Pałka, Krzysztof Satała, Tomasz Taranta, Adam Turczyk, Mateusz Wiśniewski, Paulina Wosik.




Sunday, April 30, 2017

FACE THE MUSIC (XXIV Festiwal Piosenki Angielskiej w Brzegu)

UWAGI JURORA

jurorzy - od lewej: niżej podpisany, Mariusz Kiljan, Jarosław Wasik, w tle szef festiwalu Wojciech Toporowski (fot. J. Wasik)

Od czterech edycji oceniam brzeskie zmagania. To wyjątkowy festiwal, bo z sercem przygotowywany i z pasją wymyślony, bez kompromisów oceniany. A z poziomem - jak to w przypadku takich wydarzeń - bywa różnie. W tym roku zwłaszcza kategoria młodzieżowa, zwykle bardzo mocna, rozczarowała. Nie było problemu z wyborem kilku najlepszych. Dlaczego? Czyżby telewizyjne talent-shows wydrenowały tzw. rynek muzycznych klejnotów?

Grzechy główne:

> Wybór piosenek: jednostronny, znów królują numery adelopodobne. Kiedyś Whitney, potem Amy, teraz Adele. Po dzisiejszym dniu mam dość dźwięku elektrycznego fortepianu. Nauczyciele śpiewu, przekonujcie podopiecznych do muzycznych poszukiwań. Młodzi wokaliści, przełączcie Zetki, Eski, Eremefy. A jeśli już się przykleicie do tego repertuaru, bądźcie w nim rewelacyjni, jakoś oryginalni. Tylko tak można się przebić przez gąszcz jednorodności. No i ballady: tworzyły 80% repertuaru. To błąd myśleć, że piosenka na festiwal powinna być typową piosenką festiwalową. Przeciwnie, powinna być inna od wszystkich. Albo tak zabrzmieć, że Edyta Górniak z Eurowizji idzie w zapomnienie.

> Wybór piosenek w kategorii dziecięcej: trudno uwierzyć jedenastolatce, która śpiewa o miłosnych meandrach, kochaniu lub odrzuceniu. Tylko czy są piosenki dla tego wieku? Przecież nie chcemy słyszeć soundtracku z czegoś w rodzaju 'Akademii Pana Kleksa'? 'Król Lew' itp.? OK - 'Can You Feel the Love Tonight' pojawiło się raz, szkoda, że nie najlepiej zaśpiewane.

> Stroje. Albo kreacja na szkolny bal, albo czarny mundurek. To też jest ważne i warto mieć na ubiór pomysł. Tzw. image dodaje pewności siebie, i punkty od oceniających.

> Zaśpiewać z zespołem na żywo czy do przywiezionego podkładu? To nie jest dylemat Hamleta. Wybór bowiem oczywisty: tylko z zespołem! Od startu grozi przychylnością jurorów.

> No i przede wszystkim: ODWAGI! Repertuarowe bezpieczeństwo na etapie młodzieżowych eksperymentów może się opłacić, ale tylko może. Dziś szukamy czegoś więcej. Repertuarowe bezpieczeństwo nas nie interesuje.

Dlatego tak liczy się to, czym ujęli laureaci (i czego im jeszcze brakuje):

KATEGORIA DZIECIĘCA:
Chłopiec w czerwonej marynarce i ze skrzypcami musi zwrócić wstępną uwagę, ale i tę uwagę trzeba podtrzymać (połowiczny sukces Mikołaja Dyki - Starachowice). Piosenka 'Hallelujah' to wybór nieoczywisty w kategorii dziecięcej (Mateusz Gędek - Strojec), a jeśli do tego wykonawca daje radę, nagroda prawdopodobna. Podobnie jak w przypadku w szczegółach dopracowanego show (Oliwia Kopiec - Radomsko > radość scenicznej obecności). A Hanna Sztachańska (Rokietnica) nie dość, że śpiewała z zespołem, to ujęła bardzo dobrą już techniką (choć to perfekcja osiągana kosztem emocjonalności). Osobiście mi szkoda, że do koncertu finałowego nie weszła Maja Nadolska (Piaseczno) - dziewczyna z potencjałem na ciary, nieodpuszczająca, łapiąca rytmy i napięcia utworu.

KATEGORIA MŁODZIEŻOWA: Weronice Kozłowskiej z Wieliczki (kawał głosu i dynamika) brakuje zabawy, lekkości, scenicznego ruchu. Damianowi Lisowi z Brzegu przyda się już zaraz pomysł na siebie, bo nie jest pewne, że z tak intrygująco wysokim głosem zostanie na zawsze. Sabina Tombars z Przemyśla-Krakowa stylowo zabrała się za 'Bad Girls' - inaczej niż w oryginale, jamowo, z dyscypliną, bez maniery, za mało transowo. Paulina Karasińska (Kielce) ma wielki głos i wszystko się w jej występie zgadza, poza tym, że za bardzo brzmi jak dziewczyny z mainstreamowego radia. Przy Zofii Sydor z Krakowa zanotowałem: poprawna pełnoletnia, co znaczy, że jej 'End of the Road' (Boyz II Men:) słuchało się z przyjemnością (i zostało w głowie na wieczór - to dużo), lecz nie było się w tę interpretację jak wczepić głębiej. Wreszcie Alicja Dąbrowska - niestety z playbacku, ale ładnie, czekając na decyzję, co z tym śpiewaniem zrobić.

Odpowiedź jest i prosta, i niełatwa do wykonania: WYRÓŻNIĆ SIĘ. Czego życzę kolejnym uczestnikom. Za rok XXV Festiwal Piosenki Angielskiej. FACE THE MUSIC, czyli ZMIERZ SIĘ Z MUZYKĄ. I jurorskimi ocenami. Ale jeśli całą sobą/całym sobą czujesz, że to Ty masz rację, idziesz jedyną dla siebie właściwą drogą, to... 'get rich or die trying'.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Koncert laureatów 1 maja:

Lista laureatów i ich miejsca wkrótce TUTAJ.

Thursday, April 27, 2017

PROSZĘ PAŃSTWA, TO PERFORMANS (Teatr Polski we Wrocławiu)

Jeśli ktoś przeoczył jeden z news dnia, to w pigule: Remigiusz Lenczyk, p.o. dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, pojawił się w pracy po 11.00. Jednak szef administracji TP Tadeusz Tworek, jak twierdzi na polecenie dyrektora Morawskiego (przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim), zablokował wejście. Pracownicy teatru niezgadzający się z uchwałą zarządu Urzędu Marszałkowskiego wezwali policję. Przypomnijmy, że uchwałę zarządu wstrzymał wojewoda dolnośląski, czego z kolei nie uznaje zarząd. I tak dalej. No, w każdym razie policja w teatrze, Lenczyk też, ale bez aprobaty (choć zna wszystkich pracowników, był tu zastępcą dyrektora). Pat jednym słowem.

Policja w Teatrze to rzeczywiście sytuacja ekstremalna. Ale proszę Państwa, to nie dzieje się naprawdę. Pamiętajmy, jesteśmy w teatrze, gdzie jeśli nie tam należy wystawiać mocne spektakle i performanse. Ten nie jest szczególnie oryginalny, inspirowany zapewne mnóstwem zdarzeń rzeczywistych i prawdziwymi osobami, lecz podobieństwo jest przypadkowe. Długawy tytuł wyjaśnia wszystko: "Tp.pl, czyli sztuka o dwóch dyrektorach, dwóch urzędach, dwóch związkach i dwóch rzeczywistościach albo awangardowy Wrocław not dead".

Autor Sławomir Mrarzek mówił mi dziś w nocy podczas próby generalnej:
-To, co widzimy tu teraz to jeszcze atrapa, bo nie mogłem wykorzystać aktorów, dlatego ćwiczymy na wolontariuszach. Ale jutro już będą zawodowcy, którzy jeszcze przebywają na L4. Może z jednym wyjątkiem, i nie wiem, czy zorganizujemy zastępstwo, czy zagramy nieobecnością.
- No tak, to dość częsta technika dramaturgiczna. To będzie jednorazowe przedsięwzięcie? - pytam.
- Moim zamiarem jest spektakl w odcinkach, na bieżąco pisany i realizowany. Nie wiem, kiedy się skończy, niby wiem jak, ale postaci zwłaszcza w teatrze, potrafią zaskoczyć i zacząć żyć własnym życiem - odpowiada Sławek, z miejsca nominowany do naszych nagród Emocji.

Tak więc, drodzy wrocławianie, spokojnie to tylko performans i, jeśli wierzyć autorowi, leci z nami pilot.

GCH

Monday, April 17, 2017

REQUIEM (Opera Wrocławska)


Odświeżyć, ubarwić, umodzić ograne i osłuchane dzieło to zawsze dobry pomysł. Na hasło 'Requiem' Mozarta reaguję - szczerze - od pewnego czasu obojętnością. Ileż można. 

Kiedy więc pojawiła się zapowiedź wersji baletowej, poczułem więcej niż zainteresowanie. Zwłaszcza że w Polsce tego podobno jeszcze nikt nie próbował. Na świecie pierwsi byli Amerykanie, Adam Hougland w 2010 roku przygotował prapremierę w  Cincinatti Ballet. Dziś arcydzieło Mozarta okraszone choreografią można oglądać i na innych scenach, w Lipsku z dodatkiem tekstów Pasoliniego. 

Oczywiście, istnieje potężne ryzyko w takich przedsięwzięciach. Taniec musi bowiem nie odstawać poziomem.

W Operze Wrocławskiej baletowa wersja 'Requiem d-moll' doskonale się udała. Choreografia Jacka Tyskiego jest gęsta, wiele się w niej dzieje, i ruchowo, i znaczeniowo. Do końca utworu zastanawiamy się, jaką rzeczywistość oglądamy. Czy sytuację tuż po niepotrzebnej katastrofie, wojnie, rewolucji, gdy jedyna energia jaką ludzie dysponują, to energia obezwładnienia, a podejmowane próby rewitalizacji nie wychodzą? Czy może widzimy na scenie rodzaj czyśćca, przestrzeni pomiędzy, gdzie decydują się losy trafiających tu dusz? Każda odpowiedź uprawniona, pole do kolejnych interpretacji wolne.

Bezbłędni są wykonawcy wizji Tyskiego, tańcząc z dyscypliną, polotem, bardzo zespołowo. Soliści (z zasłużenie najmocniej oklaskiwaną Dajaną Kłos na czele) skupiają uwagę przez chwilę, podporządkowując swoje uprzywilejowanie pracy całego ensemblu. To jest tu najważniejsze: wyrażenie stanu, w jakim znalazła się zbiorowość, ludzkość. I choć przetrwają jednostki, współodczuwanie z tymi, którym się nie powiodło, zostanie z nami jako uczucie pierwszoplanowe.

Zgadza się tu wszystko, od kostiumów po scenografię. Niedosyt pozostawiają jedynie chyba nazbyt oszczędne multimedia. A jeśli dodamy do powyższego wokalno-instrumentalny top w postaci zajmująco grającej orkiestry, przejmująco śpiewających wokalistów (Moskowicz, Zhytynska, Rudnicki, Zuchowicz - kwartet doskonały) i podziwu godny także w zachowaniach scenicznych chór, otrzymamy bezsprzeczny, pierwszy taki w tym sezonie, sukces przy Świdnickiej. 

Z tym 'Requiem' można się pokazać wszędzie, widzowie będą zachwyceni i poruszeni.

Ocena (0-6): Mocna 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................
W.A.Mozart REQUIEM D-MOLL, choreografia Jacek Tyski, kierownictwo muzyczne Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, 14 kwietnia, I balkon, rząd II, miejsce 17

Saturday, April 1, 2017

38 PRZEGLĄD PIOSENKI AKTORSKIEJ II


Końcówka 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej wprowadziła trochę zamieszania w emocjach widzów, ale nikogo obojętnym nie pozostawiła. Tegoroczny przegląd jest zaangażowany w świat (kraj) i wydarzenia, ale warsztat artystyczny i forma trzymają się mocno.

Dobrze było to widać w galowym spektaklu Pożaru w Burdelu, który zaprosił publiczność do Muzeum Wolności. Padały ze sceny słowa nienadające się do powtórzenia, skecze na tematy aktualne, dostaliśmy ironię, ostry i śmieszny dowcip, a najważniejsze okazały się idea organizująca całość (znaleźliśmy się w przyszłości, kiedy wolność to tylko jedna ze sfer do kontrolowania) oraz konkretny kontekst. To wszystko połączone z wykonawczym mistrzostwem zaowocowały galą znakomitą, chwilami poruszającą. Słyszałem śmiech, widziałem łzy. Mówiąc skrótem: Maciej Stuhr (jako minister kultury) bawił, Marta Zięba wzruszyła, przedstawiając się nazwiskami osób zwolnionych przez dyrektora Cezarego Morawskiego z teatru, w którym gala się odbywała. Schizofreniczna ta sytuacja zdominowała mój odbiór spektaklu, przypominając, że poczucie kompletnie niesprawiedliwej krzywdy wyrządzonej ludziom (artystom, publiczności) i tej scenie (Teatrowi Polskiemu we Wrocławiu)  w okresie apogeum rozwoju będzie czymś, co będę przywoływał do końca życia w rozmowach-wspomnieniach-sentymentach. Obrywa dyrektor Morawski zasłużenie (bo podjął się realizacji snu o kierowaniu teatrem w złym miejscu, czasie, stylu), ale w prezentowanym przez Pożar w Burdelu (inteligentne teksty Michała Walczaka, Macieja Łubieńskiego, dynamiczne aranżacje Wiktora Stokowskiego) systemie zmiany dla zmiany i Morawski staje się ofiarą. Tak łatwo - czy tylko scenicznie? - dyrektora wymienić.

Kabaret to nie jest mój gatunek sztuki, nieważne, czy Qui Pro Quo, Starszych Panów, czy Hrabi. Jednak wrocławski Pożar w Burdelu swoją błyskotliwością, przewrotnością i jakością nie tylko mnie postawił na nogi do niejednych owacji. Podziw budzi swoboda istnienia w tej formule aktorów na stałe związanych z Pożarem (od Andrzeja Konopki po Karolinę Czarnecką, wciąż świeżo pamiętaną za tutejszy występ w konkursie) i naturalne odnalezienie się w niej gwiazd. Od Aplikacji Muzealnej 'Wolność' (Magdaleny Cieleckiej) nie sposób oderwać słuchu i wzroku, podobnie dzieje się w przypadku Szatana-Chochlika (Bartosza Porczyka). Magda Umer (kustoszka działu Piosenka) zdobywa nas z miejsca pierwszą zaśpiewaną frazą, a Anja Orthodox (Królowa Minoga) wbija w fotel własnym przebojem 'W moim kraju' (z albumu 'Violet' z 1993 roku). Niezwykła potrafi być moc i przenikliwość piosenki. 5 października Pożar w Burdelu znów wystąpi we Wrocławiu i zapewne wypełni Halę Stulecia.

                                                                            fot. A. Owczarek

Podtrzymał opinie o wysokim poziomie finał tegorocznego Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki. Zaskoczeniem było zwycięstwo Marcina Januszkiewicza, bo w drugim etapie nie wszystkich przekonał zwłaszcza drugim utworem ('Nim wstanie dzień'). Gdy odpalił w finale - jeszcze raz, ale o niebo lepiej śpiewając Osiecką/Komedę plus narodowy hymn - sześć koleżanek musiało ustąpić pola doświadczonemu w przeglądowych bojach artyście. Jak mówił tuż po werdykcie, na ostatnią prostą trzeba zostawić największy gaz. Publiczność postawiła na czytelną protestsongową kreację Karoliny Micuły, wyróżnienia zdobyły Alicja Juszkiewicz (minimalistyczny w środkach mądry teatr piosenki) i Julita Wawreszuk (wielkie możliwości interpretacyjne). Żal pozostałych: Katarzyny Janiszewskiej, Katarzyny Kłaczek, a także Doroty Kuzieli. Kto wie, co by się zdarzyło, gdyby repertuar dobrały inaczej. Gdyby Janiszewska zaśpiewała tę drugą piosenkę Waitsa ('Jesteś tą formą zła, co ja'), Kłaczek 'Brudną Dariannę' zamiast Waitsa, a Kuziela autorską 'Łajkę', a nie nużący 'Taki pejzaż'...


Wymęczyła widzów Agata Duda-Gracz, która wraz z Piotrem Dziubkiem przygotowała 'Dziubaninę'. Bodaj najbardziej nieprzewidywalna inscenizatorka polskiego teatru zawsze idzie na sto procent, nigdy na kompromis, czasem przestrzeliwując. Spójna to była i godna szacunku wizja twórczej niemocy, niewiele wszakże wspólnego miała z rzeczywistością. Bohater wieczoru - Piotr Dziubek - na 'composer's block' nie cierpiał nigdy, a poza tym zawsze przesada (w dodatku serio podana) błądzi. Miotające się po scenie postaci może i niosły sens, tylko za długo, za ciężko, za chaotycznie. Akustyczne przeszkody w dotarciu do słuchaczy również skutecznie odrywały uwagę, zamiast w trans wprowadzając w letarg. Wokaliści w większości ginęli w ścianie Dziubkowych dźwięków. Szkoda, muzyka Piotra zasługuje na panteon. Lżej podana broni się sama, co słychać na właśnie wydanej płycie.


To, czego nie udało się osiągnąć reżysersko (tym razem) Agacie Dudzie-Gracz, z nawiązką powiodło się w przypadku Agaty-autorki tekstów. Jej poezja inspirowana przepięknymi obrazami ojca zabrzmiała w wykonaniu Kwartetu Prowincjonalnego z Mają Kleszcz na czele wprost uskrzydlająco. Czwartkowy audiowizualny koncert na Scenie Ciśnień Capitolu pozostanie moim numerem jeden premier tegorocznego, niezwykle wprost, udanego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Tego rodzaju uniesienie za sprawą sztuki, muzyki, literatury to rzadkość. Wybrane przez córkę płótna ojca wciągały w swój świat bez reszty, dzieląc się znaczeniami dzięki muzyce i tekstom. Koncert-marzenie! W poniedziałek pędzę po album, mający tego dnia wydawniczy debiut.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Sunday, March 26, 2017

FEMME FATALE (Opera Wrocławska)

Tytuł tego wieczoru obiecuje wiele, przede wszystkim emocje, napięcie, może i krew, skoro mamy oglądać baletową 'Carmen'. Tymczasem nic z tych trzech rzeczy nie wydarza się na scenie przy Świdnickiej.

Pierwsza część upływa leniwie, na obserwowaniu tancerzy nieźle wypadających w trudnych do fabularnego poskładania etiudach. Tyle że nie mają za bardzo co tańczyć. Duch męża gdzieś się zapodział, niełatwo go wyłuskać z akcji, a wraz z nim ucieka sens jednoaktówki de Falli/Sierry. Dość powiedzieć, że najcieplej została przyjęta przez widzów Iryna Zhytynska, z balkonu śpiewająca swym super mezzosopranem. Ale OK, poczekajmy, pewnie to wstęp do głównego dania.

Niestety, 'Carmen' Szczedrina choreograficznie również nie porywa. Jeśli w scenach zbiorowych jeszcze coś czasem zaciekawia, to pas de deux kuleją.  Nie sposób uwierzyć w namiętności i uczucia. No chyba że przyjmiemy, iż fatalizm Carmen polega na jej... chłodzie wobec obydwu mężczyzn: Don Josego i Escamilla. Trochę inaczej to jednak brzmi w nutach. Gdyby nie wysiłki Sergii Oberemoka, po duetach nie byłoby skrawka wspomnienia. Solo Carmen było grzeczne i tyle, a - wszyscy wiemy - nie o to w tej opowieści chodzi. Magdalena Ciechowicz długo wchodziła w spektakl, gdy weszła, jej Carmen zabito. Szkoda tylko, że w sposób tak umowny jak zrzucenie szabli z sufitu i wbicie jej w podłogę. W tym czasie bohaterka umierała krótko po drugiej stronie sceny. Symbolicznie, nie dramatycznie. Ale był to chociaż pomysł inscenizacyjny, z dalszym ciągiem po egzekucji Don Josego (przezroczysty Andrzej Malinowski). No i te atrapy strzelb... Bajka dla dorosłych?

Pochwalić wypada zespół, a z solistów Łukasza Ożgę, który pokazuje się z mrocznej strony, potwierdzając swoje możliwości, oraz udany choć mało wyrazisty (nie jej to wina, lecz choreografa) występ Anny Gancarz w 'Czarodziejskiej miłości' jako... Matki (wyglądającej na Carmen). Najlepszą rolę wieczoru kreuje Natsuki Katayama, bardzo dobra technicznie i absolutnie przekonująca aktorsko jako Micaela.

Nie wystarczy to jednak na ogłoszenie, że Opera Wrocławska gra w baletowej pierwszej lidze. Jeżeli największą radość z uczestniczenia w premierze tanecznej daje słuchanie doskonale poprowadzonej przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego orkiestry w niezwykłej urody suicie Szczedrina, to coś jest nie tak. Rozrzedzonej choreografii Jacka Tyskiego rzuciłaby pomocną dłoń scenografia, ale nie taka surowa, wręcz prowizoryczna. Na pewno trzeba dać nowemu kierownictwu moment na rozruch, w końcu trochę istotnych strat osobowych ostatnio w balecie miało miejsce. Rewolucja dokonana - dla tutejszych artystów i publiczności - to partnerstwo żywej orkiestry!

I jeszcze jedno. 'Carmen' nie jest spektaklem oryginalnie przygotowanym dla wrocławskiej opery, wcześniej Jacek Tyski zrobił ją w Szczecinie. Biorąc pod uwagę to, że 'Trubadur' z początku sezonu był przeniesieniem z Rygi, a majową (zapewne uroczą) 'Pchłę szachrajkę' Anna Seniuk już inscenizowała w Teatrze Narodowym, nasuwa się pewna obawa co do artystycznego pomysłu na operę we Wrocławiu. Mam nadzieję, że to sprawa trudnego sezonu, nie wizja. Wystarczą nam już 'premiery' w Teatrze Polskim, Europejska Stolica Kultury czeka na nowości i oryginały.

Ocena (0-6): 3 z ćwiartką plusa.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................
M.De Falla/R.Szczedrin FEMME FATALE, choreografia Jacek Tyski, kierownictwo muzyczne Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, 26.03.2017, balkon I, rząd 2, miejsce 15

Saturday, March 25, 2017

38 PRZEGLĄD PIOSENKI AKTORSKIEJ


Pięknie rozpoczął Cezary Studniak, szef 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, od wzruszającej mowy i piosenki Wojciecha Młynarskiego (‘Jeszcze w zielone gramy’), a potem?

Czego nie robił Jamie Cullum sobotniego wieczoru w Teatrze Muzycznym Capitol. Fizycznie, wokalne i instrumentalnie. Krótką chwilę zajęło mu zdobycie publiczności, po kilkunastu chwilach już tłum był pod sceną, robiąc wszystko, czego artysta chciał. Od klaskania przez śpiew po skakanie w rytm muzyki wcale nie pod tzw. publiczkę. O takich owacjach i takiej satysfakcji widzów marzy każdy dyrektor programowy festiwali, Cezaremu Studniakowi spełniło się to marzenie już na starcie tegorocznej edycji. Bezpretensjonalny, na wysokim poziomie muzycznej sztuki, popis Culluma i jego zespołu przeszedł do przeglądowej historii. A przy okazji dowiedzieliśmy się, że muzyk uwielbia polskie kino, bywał na wykładach w łódzkiej Filmówce, jego babcia pochodziła z Prus, obszaru dzisiejszej Polski.


Mógł się podobać spektakl ‘Kilka sposobów na to, jak schudnąć, ale zostać szczęśliwym. Czyli jak kapitalizm nas tuczy i nie pozwala dojeść’, w którym reżyser Jakub Skrzywanek i scenarzysta Mateusz Atman opowiedzieli bardziej jednak o głównym aktorze Arturze Caturianie niż uzależnieniu od aplikacji i modzie na fitness. Choć trzeba przyznać, że finałowe przesłanie o tym, że wraz z wagą ubywa człowieka, brzmi ciekawie i zastanawiająco. Doskonale zaprezentował się i Caturian, i drugi aktor tego spektaklu Patryk Szwichtenberg. Piosenka autotematyczna w niesamowitym wykonaniu Artura - zwycięzcy konkursu poprzedniej edycji - jest wielką ozdobą przedstawienia (trzeba ją nagrać jako wideo!), pozostawiającego wszakże niedosyt. Artysta z takim głosem i zdolnościami pozawokalnymi mógłby się porwać na ambitny recital, po którym trudno byłoby się otrząsnąć. Teatralne chudnięcie nie ma specjalnej pozaprzeglądowej mocy, nie jest też czystą rozrywką (jak koncert Culluma). Dobrze było to zobaczyć, ale czy będzie miało dłuższy żywot?

Konkurs w tym roku jest więcej niż bardzo dobry. Co prawda w odwrocie są panowie – tylko dwóch wystąpiło w półfinale (na dwudziestkę startujących) – lecz siła kobiet całkowicie tę nierównowagę rekompensuje. Nie mam pojęcia, która ze słusznie wybranych przez jurorów finalistek ma większe szanse na wygraną, rodzynka Marcina Januszkiewicza też na straty nie spisuję. Na ostatniej prostej wszystko się może wydarzyć, tym bardziej że Konrad Imiela, reżyser koncertu kończącego konkurs, z pewnością ułoży program w znaczącą całość. A jest kilka mocnych akcentów z zacięciem społecznym. Rzeczony rodzynek Januszkiewicz zaśpiewał w II etapie ‘Pieśń Legionów Polskich we Włoszech’ (czyli nasz narodowy hymn), zwracając swoją zwyczajną, pozornie pozbawioną temperatury interpretacją uwagę na być może nadmierną, denominującą eksploatację polskości. Karolina Micuła podbiła widzów gorzką wersją ‘Arahji’ Kultu, puentując piosenkę półnagim aktywistycznym protestem przeciw podzieleniu, oraz ‘Piosenką konkursową’ pobrzmiewającą wrocławskim konfliktem w i o - nie tylko - Teatr Polski. Katarzyna Janiszewska również zabrała głos w gorącej dyskusji. Jej autorski przekład piosenki Toma Waitsa (najczęściej młodzi uczestnicy sięgali właśnie do twórczości amerykańskiego mistrza) ‘Bad As Me’ (‘Jesteś tą formą zła, co ja’) wraz ze znakomitą sceniczną etiudą to song wolności od instrumentalnie wykorzystywanych i wykorzystujących religii. Feministyczne, kulturowo zaangażowane wydaje się ujęcie ‘Brudnej Darianny’ - youtube’owego przeboju niejakiego Popka Monstera - przez Katarzynę Kłaczek, która podobała się zwłaszcza jako ‘Rebeka’ z klasycznego evergreenu Białostockiego/Własta. A i ‘Łajka’ imponującej w muzycznej samowystarczalności Doroty Kuzieli niewinnym utworem o pieskim życiu nie jest. Mamy jeszcze do kompletu Alicję Juszkiewicz z godnym podziwu coverem ‘Ogrzej mnie’ (zawierającym sample z ‘Kolorowych snów’ Just 5) oraz Julitę Wawreszuk, wywołującą aplauz m.in. za ‘Ciche mieszkanko’, adaptację hitu z repertuaru amerykańskiej aktorki i śpiewaczki Kristin Chenoweth. Zapowiada się ostra konkursowa jazda. Sam jeszcze nie wiem, jak zagłosuję.

Koncert finalisty i finalistek Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki będziemy transmitować w Radiu Wrocław Kultura w piątek 31 marca od 16:00. Bądźcie w Capitolu (biletów nie ma…) lub przy odbiornikach radiowych KONIECZNIE: www.radiowroclawkultura.pl, aplikacje mobilne, odbiorniki z systemem DAB+.

TUTAJ posłuchasz dodatkowo miksu kilku piosenek konkursowych.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Wednesday, March 22, 2017

CHORY Z UROJENIA (Teatr Polski we Wrocławiu)

Jest takie porzekadło: jaki pan, taki kram. W tym przypadku znaczy: jaki dyrektor, taki repertuar. Teatr Polski za czasów dyrekcji Cezarego Morawskiego to smutne miejsce. I nawet artysta znaczący w polskim teatrze ostatniego ćwierćwiecza poległ w tych smutnych okolicznościach. Jego 'Chory z urojenia' to spektakl chory na niezdecydowanie. Według Molière'a, czyli przepisany, dopisany, odpisany (czy obrońcy retro teatru będą 'Chorego...' krytykować tak jak spektakle według Gombrowicza czy Shakespeare’a sprzed kilku sezonów?). - Co mam zrobić? - gdzieś tam zapytał reżyser. Dyrektor: - Coś w pańskim stylu, ale bardziej dla ludzi.

Pamiętajmy bowiem, że Janusz Wiśniewski jeszcze kilka lat temu potrafił - w swoim stylu - przygotować przedstawienie o czymś, po coś i jakoś(ć). 'Arka Noego' miała dobre recenzje, fragmenty dostępne w sieci robią wrażenie. Ja z autopsji pamiętam 'Olśnienie' wg Tołstoja - bardzo sugestywny obraz ludzkości-małości. A że styl to czerpiący z estetyki teatru Tadeusza Kantora? To nie powinien być zarzut. Wielki Mistrz powinien mieć twórczych epigonów i kontynuatorów.

Ale 'Chory z urojenia' po prostu Wiśniewskiemu… i tu mam wątpliwość: wyszedł czy nie wyszedł. Na pewno miało go tu i teraz nie być. Reżyser chciał 'Makbeta', zrezygnował, bo w Polskim nie miał obsady, a może dlatego, że ktoś się jednak wystraszył słynnej makbeckiej klątwy. No to dobra: weźmy Molière'a. - O świetnie, drogi Januszu, tylko jak już to robisz, to dodaj proszę do farszu trochę farsy – mógł poprosić dyrektor. No i wziął Janusz Wiśniewski z farsy pierdnięcia puszczane z playbacku. Dlaczego? Żeby dyrektorowi pokazać, że nie tędy droga? Widocznie innej drogi, innego sposobu nie było. Sabotaż.

I chyba tą samą drogą poszli wykonawcy. Mało kto i tylko chwilami daje sobie radę. Jeśli z ruchem i mimiką jest nieźle, to deklamacje tekstów, także wierszy świetnych poetów, naprawdę uwierają. Oglądamy aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu w rolach aktorów prowincjonalnych. Największymi sabotażystami są Stanisław Melski i Sebastian Ryś (czyli – proszę nie regulować ekranów – Śmierci w Ikonach Rejenta i Karawaniarza). Bardzo irytują przeponowe doły Krzysztofa Franieczka (Argana). Nie ustępują Stażyści – Jakub Grębski, Marek Korzeniowski (rzeczywiście stażyści). Karykaturą współczesnego aktora teatru w dużym jednak mieście jest Dariusz Bereski (Chirurg Wojskowy z perfekcyjną dykcją i emisją głosu z lat przed Solskim). Przeciętne i podobnie do panów koturnowe są panie, bez wyjątku. Teoretycznie najwięcej do zagrania miała Paulina Chapko (Aniela), ale i tu na realistyczny dramat kobiety, która straciła dziecko, nie ma co liczyć. Ciśnie się na usta słowo akademia. Jak to wytłumaczyć? Aktorka wspaniale rozwijająca się w spektaklach Jana Klaty (pamiętacie 'Tytusa Andronikusa', ‘Ziemię obiecaną’, ‘Utwór o Matce i Ojczyźnie’?) grająca tak naiwnie? Dlaczego? Jedyna odpowiedź to SABOTAŻ. Próbuje się wyłamać Jakub Giel (Tomasz-Osioł), lecz rolę ma tak charakterystyczną, że zrobić wiele nie może. Przekonał mnie jedynie Marian Czerski jako narrator (interesujący i niepokojący gdy pojawiał się na scenie, z offu niekoniecznie), znalazł się w tym niewytrawnym sosie Michał Białecki (Doktor Lestibudua). Nie rozumiem, czemu aktorzy się nie postawili reżyserowi, czemu brną w głośne tony i mocne akcenty, w sztuczność. Taki zespół jak zespół Teatru Polskiego może sobie pozwolić na partnerską relację z inscenizatorem, zamiast bezwzględnego posłuszeństwa oczekiwałbym raczej współautorstwa. Naprawdę, kilka lepiej zagranych scen, bardziej kontrastowe do cyrkowo-groteskowej konwencji role, a sporo dałoby się uratować.

Chciał reżyser na swój znany od lat sposób opowiedzieć o nieuchronności śmierci i o marności ludzkiej nad marnościami i - jeśli to jednak nie był akt terrorystyczny wobec dyrekcji - zrobił teatr-chuchro, z jakimś tam wyjściowym pomysłem, który się nie przebił. W czym bardzo pomogli aktorzy, od czego nie odwiedli znakomity kompozytor ani sławny choreograf. Muzyka Jerzego Satanowskiego bezsensownie zależy od suwaka obsługiwanego przez Wojciecha Bielacha (nie dało się powalczyć z reżyserem o poziom?). A sceniczny ruch autorstwa Emila Wesołowskiego? Poprawnie wykonany banalny korowód i chodzenie po kwadracie. Że tak chciał Janusz Wiśniewski? Panowie, poczujcie się na drugi raz odpowiedzialni za całość, nazwiska na afiszu zobowiązują. To, co nie zawiodło, to charakteryzacja (Doroty Sabak).

Oddajmy na koniec głos publiczności. Brawa po dzisiejszym (czwartym już) spektaklu były takie jak sam spektakl. Marne. I nie była to, jak głosi strona teatru, 591. premiera Teatru Polskiego we Wrocławiu, lecz 589. Nieudana, niewarta udziału grupy dzieci oraz tych 60 złotych za bilet, lecz przynajmniej premierowa.

Ocena (0-6): 2

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
CHORY Z UROJENIA (słowami: Molière’a, Achmatowej, Audena, Strindberga, Eliota, Rilkego, Dickinson, Frosta, Księgi Hioba), inscenizacja Janusz Wiśniewski, Scena Grzegorzewskiego Teatru Polskiego we Wrocławiu, 22.03.2017

Saturday, February 25, 2017

SZANTAŻ (Teatr PWST Wrocław)


Cytat: "W przedstawieniu 'Szantaż' młodzi ludzie epatują publiczność ordynarnymi wulgaryzmami i wyuzdanym erotyzmem". Z listu dolnośląskiej Solidarności (związek zawodowy) do marszałka województwa. Cel: zachowanie p. Cezarego Morawskiego na stanowisku dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Co ma piernik do opornika? To, że w Teatrze Polskim za czasów poprzedniego dyrektora też nie przebierano w środkach.

Przywoływanie dyplomowego spektaklu studentów IV roku PWST w tym kontekście jest wielkim nieporozumieniem. Mam nadzieję, że ew. podpisy złożą tylko ci, którzy widzieli tę sztukę. Nie ma w 'Szantażu' (w reż. Eweliny Marciniak) niczego ordynarnego ani wyuzdanego. Jest chwilami mocny język, momentami nagość. Różnica wręcz kosmiczna. W dodatku, i język, i nagość wydobywają bardzo ważne etycznie treści tego niejednoznacznego przedstawienia o konieczności przełamania tzw. tradycyjnych modeli uprzedmiotowiania ludzi przez ludzi, ale też o tęsknocie i potrzebie istnienia Wartości. Pytanie - jak je definiować.

Czy naprawdę musimy wracać do dyskusji pt. 'dwa teatry'? Warto przypomnieć, że dyrektor Morawski chciał współpracy z Eweliną Marciniak, deklarował współpracę z na przykład Agatą Dudą-Gracz, wreszcie z Krystianem Lupą. To reżyserzy nie chcieli tworzyć w teatrze tego dyrektora, nie odwrotnie.

'Szantaż' Teatru PWST to znakomite i przejrzyste studium choroby trawiącej ludzkość różnych (wszystkich) geograficznych stref, a przy tym niezwykły przejaw teatralnej gry zespołowej, do jednej bramki, w pełni przekonujący wyraz niezwyczajnej - nie tylko w realiach szkoły - aktorsko-reżyserskiej współpracy w znaczącej społecznie sprawie. Z inspiracji tekstem Noblistki Elfriede Jelinek.

Ocena (0-6): 5.

Więcej o spektaklu tutaj: O 'Szantażu' w Radiu Wrocław Kultura.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
SZANTAŻ, tekst Marcin Cecko, reż. Ewelina Marciniak, Scena Główna Teatru PWST Wrocław, 20.02.2017, strona prawa

Występują: Magdalena Gorzelańczyk, Monika Kulczyk, Pamela Płachtij, Paulina Wosik, Michał Bajor, Mariusz Bąkowski, Kacper Gaduła-Zawratyński, Krzysztof Satała, Tomasz Taranta, Mateusz Wiśniewski oraz Katarzyna Strączek i Adam Cywka/Krzysztof Boczkowski

Czterogodzinne pasmo teatralne w Radiu Wrocław Kultura w każdy wtorek od 16:00. Zapraszają Magda Piekarska i Grzegorz Chojnowski.