Wednesday, December 5, 2018

GISELLE (Opera Wrocławska)

Wrocławska 'Giselle' jest zanadto i za płytko zapląsana w pierwszej części, na szczęście w drugiej zwycięża taniec na wysokim poziomie, chwilami akrobatyczny.
Kiedy Giselle wariuje z miłości oszukanej i żegna się z życiem, my żegnamy się wreszcie z przedszkolną pantomimą, z zamaszystymi gestami rąk, z minami rodem z niemego kina. Nie lubię gdy balet wchodzi na to pole minowe. Tancerze nie są mimami, tak jak mimowie nie są artystami baletu. Jedni i drudzy władają innymi środkami, stąd i gatunkowe różnice. Tak, wiem, że libretto pierwszego aktu jest - delikatnie mówiąc - naciągane, ale od czego mamy inwencję. Doceniam pojawiające się sygnały choroby bohaterki, uwiarygodniające jej szaleństwo z dość błahego impulsu. Może należałoby właśnie tym tropem pójść mocniej zamiast reprodukować przeciętną choreografię tej części w skromnej, bajeczkowej scenerii. Pląsy, pląsy i tyle.
Ale - jak napisałem wyżej - po antrakcie mamy rasowy balet, zatańczony doskonale. Nikt się już tutaj - w świecie pozagrobowych willid - nie uśmiecha, lecz każdym ruchem wyraża napięcie baśni, już nie bajki. Nie przeszkadza nam pusta scena. Mitra - nieugięta królowa tego towarzystwa (Hannah Cho) pięknie wypada w tańcu solowym, zbiorowy imponuje, fascynuje nas przeniesiona w byt-niebyt bohaterka (cudowna Natsuki Katayama), wreszcie spóźniona miłość nieszczęsnej pary (Łukasz Ożga w znakomitej formie). Ich pas de deux to świetna robota. Nic jednak nie poradzę, że ogląda się ten spektakl bardziej jak galę baletową niż balet romantyczno-dramatyczny. Dlaczego jedno z bohaterów znika za kulisami, gdy drugie ma moment solowy? Nie tęsknią do siebie tak mocno? Przydałby się reżyser, oprócz choreografek, które wrocławski ensemble przygotowały - do tańca - bardzo dobrze. Jest dyscyplina, jest polot. Uznanie należy się i orkiestrze pod wodzą Rafała Karczmarczyka. Przemelodyjnej muzyki Adama słuchało się z przyjemnością. Zatem: ta - klasyczna do bólu - wersja 'Giselle' nie porywa, w pierwszym akcie wręcz nudzi, za to drugi warto zobaczyć dla zaprezentowanej na europejskim poziomie sztuki tańca. Z naprawdę trudnymi figurami wszyscy radzą sobie perfekcyjnie. Ale gwiazda wieczoru jest oczywiście jedna. Natsuki Katayama to tancerka-zjawisko. Nawet gdy inscenizacja nie przynosi satysfakcji. [0-6] 4
GCH
A. Adam GISELLE, opracowanie i realizacja choreograficzna Ewa Głowacka, Zofia Rudnicka, Opera Wrocławska, 4.12.2018, balkon I, rząd 1, miejsce 14

Friday, October 12, 2018

ROMEO I JULIA (Teatr Kochanowskiego w Opolu)

O OBROTACH ZIEMSKICH CIAŁ (I DUSZ)



Opolska wersja ‘Romea i Julii’ (niewiarygodne, że to pierwsza realizacja tego tytułu w Teatrze im. Kochanowskiego) nie jest pozbawiona niedociągnięć (nie mówimy o wadach), ale – proszę Państwa – we Wrocławiu, w teatrze dramatycznym, nie ma dziś spektaklu na tym poziomie inscenizacyjnym. Jedyny Capitol ratuje honor. We Współczesnym techniczne możliwości są mniejsze, a w Polskim – wiadomo.

Norbert Rakowski, dyrektor opolskiej sceny, w parę lat potrafił sprawić, że Plac Teatralny żyje i rześko oddycha. Nie wiem, jak było przedtem, nikt mnie nie zachęcał do teatralnych wizyt w Opolu. Może dlatego, że we Wrocławiu dostawałem ‘Wycinkę’ czy ‘Dziady’, ‘Cząstki elementarne’ czy ‘Sprawę Dantona’… Gdy w Teatrze Polskim zdarzyło się to, co się zdarzyło, zacząłem się rozglądać, a Opole dodatkowo zamachało na powitanie. Pod swoje skrzydła przygarnął dyrektor Rakowski niezwykły dyplom studentów PWST (AST) we Wrocławiu – ‘Cesky diplom’ – którego nie chciała grać na jednej ze scen przy Braniborskiej szkoła (nie pojmę nigdy, dlaczego), zatrudnił Piotra Ratajczaka (reżysera ‘Cesky’ego...’, byłego szefa artystycznego w Wałbrzychu), przyjął na aktorski etat pełną temperamentu, talentu i entuzjazmu Monikę Stanek (po PWST Wrocław), znakomitego Rafała Kronenbergera (jedną z sierot po Teatrze Polskim), uwierzył, że młoda wrocławianka Marta Streker (druga reżyserka wrocławskich ‘Dziadów’ w całości) potrafi zrobić bardzo dobrze niełatwą sztukę Leśmiana (‘Zdziczenie obyczajów pośmiertnych’). I tak dalej.

I tak poznałem Magdalenę Maścianicę, kolejną z nowych nabytków aktorskich Teatru Kochanowskiego, w najnowszej premierze kreującą szekspirowską Julię. Jak niejednokrotnie podkreślałem, nieśmiertelna tragedya o Capuletich i Montecchich, opiera się na przemianie Julii z dziewczyny (dziewczynki) w kobietę. I trzeba to zrobić niemal natychmiast, akcja dzieje się wszak w ciągu kilku dni. Maścianica jest w idealnym momencie, by grać Julię. Ma już spore doświadczenie, ale i świeżość, wygląda jak anioł, lecz przypuszczam, że byłaby i wiarygodną Dejanirą. To ważne, żeby tego momentu w aktorskim rozwoju nie przeoczyć. Chwała więc dyrektorowi i reżyserowi (Węgier Attila Keresztes) za nieprzeoczenie i szansę na Julię przez prawdziwe J. I Maścianica robi tutaj swoje, mówi szekspirowsko-barańczakową frazą z impetem współczesnej dziewczyny. Gdy w grobie wyrzuca Romeowi (już otrutemu): ‘No co?’, czemu nie wstajesz, czemu nie ruszamy do Mantui i nowego, wspólnego życia, nie sposób nie poczuć tych emocji.

Więc Maścianica to magnes, ma wszelkie zadatki na nie tylko lokalną gwiazdę, dobrze, że nie idzie w byle serial, tylko rozwija umiejętności. Za chwilę zagra w koprodukcji opolsko-wrocławskiej ‘Grotowski non-fiction’. Wraz z Moniką Stanek, aktorką, której sceniczne dżule nie mają chyba skali. Każde jej pojawienie się to zastrzyk, potrojona dawka kofeiny (tak nazywa się modna teatralna kawiarnia istniejąca w budynku teatru). Monika jest w opowieści o kochankach z Werony Martą, mniej tu służącą, bardziej przyjaciółką Julii, choć znającą swoje miejsce w domowej hierarchii. Ma okazję, by poszarżować, rozśmieszyć, miewa chwile powściągliwe, a kiedy wali otwartą dłonią w rozmemłanego Romea, jest kobietą z krwi i kości, taką, co wie, o co chodzi w życiu.

Ciekawie ujęta w tej wersji ‘Romea i Julii’ została postać Ojca Laurentego. Nie mamy bowiem do czynienia z jednoznacznym, dobrym księdzem-pomocnikiem miłości. Laurenty zmaga się z siłami zła na równych prawach, bywa szamanem, próbuje coś zmienić w zdecydowanym z góry losie werońskiej młodzieży. Przegrywa, ale walczy, co Rafał Kronenberger oddaje celnie, świetnie się w opolskim zespole odnajdując. Po przeciwnej stronie stoi fatum-śmierć (skupiony Andrzej Jakubczyk), wróg nie do pokonania – to z jego ust brzmią prolog i epilog, to on ustawia ludzkie pionki na obrotowej szachownicy przeznaczenia, to on wreszcie wypowiada słynny wers o rękawiczkach.

Wszystko więc wiemy z góry. Znamy przecież tę historię doskonale, zdajemy sobie sprawę z tego, jak się skończy. Węgierski reżyser nie stara się nawet komplikować sytuacji, przeciwnie: upraszcza i skraca (spektakl trwa dwie godziny) – słusznie spotykając się z zarzutami, jednak w czym innym – też słusznie – szukając sensu wystawienia ‘Romea i Julii’ po raz enty (choć – podkreślmy raz jeszcze – pierwszy w opolskim teatrze). Ten sens to wyzwolona energia, emocja, euforia skazanej na klęskę (czy klęskę?) miłości nastolatków. I w efekcie przejęcie, wzruszenie widzów. Tak, Szekspir był mistrzem, więc po co mu przeszkadzać. Sprzyjają niezwyczajne techniczne możliwości opolskiej sceny. Świat bohaterów prawie nieustannie się obraca, jak ziemia dookoła słońca, jak czas w ludzkim życiu, wielokrotnie się zapadając i wznosząc dzięki ruchomym platformom. Po to, by w ostatniej sekundzie zrównać się z powierzchnią przy ostatnim mrocznym akordzie fortepianu. Ma być efektownie, w tempie, rytmicznie i jest, co publiczność (siedząca wokół sceny, blisko wydarzeń, współuczestnicząca) nagradza owacjami na stojąco.

Zgadza się tu i muzyka, i kostium, pomysł na scenografię, światło, są akcenty tragiczne, są komiczne, wygrane z wyczuciem. Na deser zostawiłem sobie słowo o Merkucju. To jeszcze jeden wrocławski element, na razie gościnny, opolskiego teatru. Kacper Sasin (m.in. Teatr Grupa) tworzy kreację imponującą, w tonacji dur, z niesamowicie napisanej przez autora postaci wykorzystuje to, co najważniejsze i najbłyskotliwsze (uważaj Kacper, tylko nie przeholuj). Z bardzo działającą na widzów mocą się przyjaźni, pojedynkuje, polemizuje i w końcu umiera. Ktoś powiedział o Merkucju, że Szekspir musiał go w sztuce uśmiercić, żeby mu nie zabił (czyli nie zdominował) całości. Dużo w tym prawdy, choć oczywiście zależy kto i jak Merkucja zagra. Dodajmy, że niezłego partnera ma Kacper Sasin w Antonim Rychłowskim, niepokojącym i nowoczesnym Benvoliu.

Najmniej w tym towarzystwie daje sobie radę Romeo – Michał Włodarczyk, występujący gościnnie student łódzkiej PWST. Pewnie, że Romeo ma gorzej zarysowaną rolę od Julii, ale można to nadrobić osobowością i warsztatem, czego – jeszcze – młodemu aktorowi brakuje. Sam wdzięk i zapał wystarczają na jedną scenę (za to jaką: balkonową), choć jestem przekonany, iż za rok będzie już zdecydowanie innym kochankiem, mężem, kompanem. Trzeba – po pierwsze – poczekać aż natura zrobi swoje, po drugie – pomóc, pracując ciągle nad dialogami, także dykcją. Niedosyt pozostawiają również niewygrane tony współwinnych nieszczęść, czyli rodziców kochanków z Werony. Państwo Capuleti i Montecchi istnieją w tej inscenizacji zbyt lakonicznie. Może warto by coś z tym zrobić?

Warto, bo opolska wersja ‘Romea i Julii’ to spektakl rockowy (mimo że nie brzmi w nim muzyka rockowa), dynamiczny, zajmujący, estetycznie atrakcyjny, z wszelkimi szansami na długą obecność na afiszu. Tylko z wyjazdami będzie kłopot. Niewiele scen w Polsce dysponuje taką paletą technologicznych wariantów. W Gdańskim Teatrze Szekspirowskim obrotówki nie ma, a na festiwalu sztuk geniusza ze Stratfordu z takim przedstawieniem Opole mogłoby się spodobać.

0-6: *****
gch
...
12-10-2018

Sunday, October 7, 2018

BLASZANY BĘBENEK (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)


Po pierwszej części: Trudno nie być pod wrażeniem najnowszej premiery Capitolu i kolejnego tu dzieła Wojciecha Kościelniaka. Nie wiem, czy jest dziś w Polsce inny artysta teatru, co tak potrafi przemienić legendarną powieść w pełnowartościowy muzyczny spektakl. Od pierwszej sceny nie niknie uwaga widza, który zabawiony gęstymi inscenizacyjnie, choreograficznie i wykonawczo numerami, pełen podziwu i zachwytu nad tintamareską-Oskarem (genialna Agata Kucińska) płynnie wchodzi w zupełnie inny świat, tuż przedwojennego rozpadu wielokulturowej społeczności, tak celnie ujętej przez Grassa w symboliczny trójkąt partnersko-małżeński Matzerathów-Brońskich.

I - cóż - właściwie dla mnie tu ten 'Blaszany bębenek' mógłby się skończyć. Spójny w jazzowym brzmieniu (muzyka Mariusza Obijalskiego), różnorodny, dziejący się na kilku planach, sensownie i pracowicie roztańczony (znakomita choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk), pomysłowy również wizualnie (scenografia i kostiumy Anny Chadaj). I wypełniony udanymi kreacjami zbiorowymi oraz indywidualnymi: imponującej aktorsko i wokalnie Agnieszki Oryńskiej-Lesickiej (Agnieszka - mama Oskara - to ona powinna być Małgorzatą w poprzedniej Capitolowej pracy reżysera), Justyny Szafran w smacznej roli Anny - babci Oskara (śpiewającej - kto wie - czy nie najciekawszą piosenkę spektaklu), doskonałego Macieja Maciejewskiego (domniemany ojciec Oskara), wielce zdolnego tintamareskowego duetu Bebra&Roswita (Tomasz Leszczyński, Katarzyna Pietruska), dojrzałego w ekspresji Mikołaja Woubisheta (żydowski kupiec Markus), temperamentnej Justyny Woźniak (Panna Spollenhauer) czy Barbary Olech w niepokojącej niemej, tanecznej roli Czarnej Kucharki (ciągle jary kościelniakowy pomysł na organizującą postać-fatum, obecną niemal stale na scenie). 

Druga część to pogoń za domknięciem fabuły w kilku obrazach, musicalowa, wręcz rozrywkowa, krótsza od pierwszej, a długa, bo powierzchowna. Muzycznie niekonsekwentna.
I nie pomaga sprytnie rozegrany i słuszny song o naszym mieszkaniu w przeciągu historii, nieustannym narażeniu na jej wichry, wiatraki i śniegi (kolejne uznanie dla autorki/autorów tych detali). Nie działa na mnie po serii i cytatów (West Side Story), i wokalnych popisów (zakonnice na krabobraniu) dobrze wymyślony wzrost Oskara. Brakuje równowagi akcentów, wodewil zabija dramat. Jest zbyt lekko. Śmierć Jana w obronie Poczty Polskiej łatwo przeoczyć, scena z Gangiem Wyciskaczy dramaturgicznie przezroczysta. Mimo to cieszy oczywiście niesamowity śpiew Artura Caturiana i pojawienie się bardzo utalentowanej Katarzyny Janiszewskiej (mam nadzieję, że tylko na razie gościnnie) - niedawnych laureatów PPA.

Ten spektakl jest najlepszy, gdy zapomina, że jedyna w sezonie duża premiera Capitolu musi być przebojem, przyciągnąć widza wybierającego się do teatru muzycznego, nie na teatr muzyczny. I ten kompromis, który Capitol niepotrzebnie w tym przypadku pielęgnuje, jest jak decyzja Oskara, by nie rosnąć. Zamiast zadziwić, zainspirować, jedynie (choć może i aż) zadowala.
0-6: ****
GCH
...........

6-10-2018, rząd III/25

Wednesday, October 3, 2018

GARBUS (Wrocławski Teatr Współczesny)


Niby (wytłumaczę się z tego słowa na końcu) przyzwoicie zagrany spektakl, który być może ma opowiadać o tym, jak łatwo manipulować ludźmi poprzez tzw. dyżurne tematy. Jak stosunek do innych, obcych, jak kłamstwo i pomówienie. Ale subtelność ujmowania i wyrażania takich emocji to nie jest trafiony sposób na dzisiejszego 'Garbusa'. Współczesny Garbus powinien być którąś z wyrazistych postaci naszego dyskursu społecznego (mamy do wyboru: uchodźcę, emigranta, transseksualist(k)ę, a może po prostu kogoś o skrajnych poglądach), wtedy ta sztuka miałaby szansę na nowe istnienie. Do tak napisanego tekstu potrzeba mocno uwydatnionego lub uświadomionego kontekstu, a reżyser tego przedstawienia odmalował uniwersalny stan społeczno-ludzkiej ruiny delikatną kreską (choć bardzo dobrą, znaczącą scenografią). To kreska zbyt delikatna. Kto tu jest manipulatorem? Baron? Jeśli, to nieudacznym, manipulatorem-partaczem. A może Garbus, inwigilujący gości swego pensjonatu w stroju bacy, totalnie obojętny wobec ludzi i zdarzeń? Po co mu w takim razie te metody? Brzmi fragment piosenki Chłopców z Placu Broni o wolności, ale zanucony jak w grze towarzyskiej, nie na serio. Pada ktoś ofiarą, lecz motywu zabójstwa domyślić się niełatwo. Wszystko tu jest zniuansowane, pastelowe, matowe w emocjach jak kolor peruki Onki. I nie wiem, czy to do końca wina reżysera, czy za współudział nie obwinić aktorów, którzy urządzają nam nieźle zrytmizowane a jałowe czytanie tekstu zamiast elektryzować temperamentami. Na wyświetlanym na dużym ekranie filmie idą bohaterowie tej sztuki pośród łąk i lasów - w jakiej sprawie? Z jakimi niewidocznymi transparentami? Komu chcą je pokazać, skoro w promieniu kilometrów żywego ducha nie spotkasz? Rozumiem, że miało nie być dosłownie, że liczymy na inteligencję i przenikliwość mądrej widowni (jedynie wydaje mi się, że wiem, o co chodzi w spotkaniu Garbusa z Garbusem-bliźniakiem). Liczmy się więc także z tej widowni rozczarowaniem.
0-6: ***
GCH
...............
S.Mrożek GARBUS, reż. M.Fiedor, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena Ciśnień Capitolu, 29.09.2018, rząd 7, miejsce 16

Wednesday, September 19, 2018

STACJA LITERATURA 23


Tym razem - z osobistych przyczyn - byłem krótko, zaledwie jeden dzień, ale i ten spędzony w Stroniu Śląskim i Siennej piątek daje pojęcie i o rozwoju festiwalu (co przecież po portowym rozstaniu z Wrocławiem nie było takie oczywiste), i o formie, w jakiej poezja i - szerzej - literatura się znajduje. Pytano podczas Stacji o przyszłość literatury, ale najlepiej świadczy o niej liczba uczestników festiwalowych warsztatów i spotkań. To setki osób zainteresowanych i tworzących. Mocnym punktem Stacji był konkurs na wiersz, koniecznie trzeba go kontynuować w kolejnych latach. To dowód na to, że energia poezji ciągle działa, a poezja potrafi ujmować ludzkie emocje i czas, w którym żyjemy, doskonale. Przyciągając nowe, intrygujące osobowości. Performatywną siłę literatury potwierdziły czytania (niemal teatralne) własnych przekładów prozy Cave'a i Dylana uczynione na scenie strońskiego CETiK-u przez niezrównanych Filipa Łobodzińskiego i Tadeusza Sławka. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Biuro Literackie i Łobodziński planują drugi tom tłumaczeń piosenek Boba Dylana, a także antologię legendarnych tekstów muzyki tzw. rozrywkowej. W ogóle ten muzyczny pazur towarzyszący literaturze znów pięknie wybrzmiał na festiwalu, warto go pielęgnować. W ubiegłym roku niezapomniana Kora, teraz bardowie, spuścizna Grzegorza Ciechowskiego, co za rok? I jeszcze jedna rewelacja: Bohdan Zadura. Nie wiedziałem, że wybitny poeta, jedna z najbardziej wpływowych (i sympatycznych) postaci polskiej literatury, redaktor naczelny 'Twórczości', laureat Silesiusów, jest takim performerem. Czytał (i mówił) swoje mocne/błyskotliwe/dowcipne wiersze wręcz fantastycznie. Wyjeżdżałem przedwcześnie ze Stronia-Siennej z żalem, ale i radością. Bo Stacja Literatura to dziś jeden z najlepiej zorganizowanych i zaprogramowanych festiwali kulturalnych w Polsce.
GCH
........................
Stacja Literatura, Stronie Śląskie (CETiK)-Sienna/Czarna Góra (Aparthotel), 14-15 września 2018, szef festiwalu: Artur Burszta, producentka: Aleksandra Olszewska

Monday, June 11, 2018

XIĘGI SCHULZA (Teatr Polski we Wrocławiu)

To nie jest ani magiczny, ani wizjonerski spektakl, ale też nie manieryczny. To tradycyjna inscenizacja, momentami pomysłowa, częściej podstawowa w idei i formie. Jan Szurmiej postawił na to, na czym się zna, czyli klimaty kultury żydowskiej, muzycznie oprawione (nieodkrywczą lecz niezłą partyturę przygotował Marcin Partyka) i zrobił przyzwoite przedstawienie. Trochę o Schulzowskim poszukiwaniu tajemnicy, bardziej o tamtym świecie, utraconym rajskim Drohobyczu, utkanym ze strzępów wspomnień.

Aktorzy mówią językiem Schulza, bez dodatków, co okazuje się zbawienne, bo wreszcie nikogo tu nie ponosi sceniczny nadtemperament. Dobrą narracyjną rolą Józefa zaskoczył mnie Dariusz Bereski, mocno zdyscyplinowany w środkach. I właśnie solidność i dyscyplina to określenia, które od razu przyszły mi do głowy po wyjściu z teatru przy Zapolskiej. To 'coś więcej' dawało się odczuć w dialogach Józefa ze Szlomą. Mariusz Kiljan potrafił w niemałej roli zasiać w tym przewidywalnym widowisku niepokój z innej półki. Górującej nad wszystkim Lunarnej Bogini, czyli Roksanie Vikaluk taka sztuka się nie udała, ale jej songów - podobnie jak innych - słucha się przyjemnie. 

Słabiej wypada konwencjonalna choreografia, widać, że aktorów nie da się w dwa miesiące przerobić na tancerzy. Ci podobno zostali zaangażowani w castingu, lecz trudno ruchową biegłość tu zauważyć. Nieźle śpiewają. Nie czuć w 'Xięgach Schulza', że istnieje w Polskim prawdziwie skupiony na tworzeniu, nie odtwarzaniu, zespół, są wykonawcy w mniej lub bardziej ciekawych scenach. Mobilna metalowa scenografia zbyt grzeszy surowością, za to rzucenie na ogromną zasłonę mapy miasteczka ujmuje ładną prostotą. Za często też Szurmiej używa dymów, nie mając zwiewniejszego pomysłu na zaakcentowanie dziania się całości w głowie Józefa-Brunona. 

W sumie jednak tym razem - wreszcie - wieczór w Polskim to nie wieczór stracony, choć nowego 'Sztukmistrza z Lublina' nie zobaczycie.

Ocena (0-6): -4.
gch
-------------------

Jan Szurmiej, Wojciech Jankowiak XIĘGI SCHULZA, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, 10 czerwca 2018, rząd X, miejsce 7

Saturday, April 28, 2018

I CAPULETI E I MONTECCHI (Opera Wrocławska)


Patrzę na biogram inscenizatora tego spektaklu (dotąd głównie dramaturga) i rzeczywiście na takiej podstawie pewnie dałbym mu szansę spróbowania sił w reżyserii. Z daleko idącą ostrożnością, po tym, jak katastrofalnie się spisał jako współtwórca ubiegłorocznego koncertu noworocznego w NFM. Niestety, dziś wypada tylko napisać: do trzech razy sztuka. Może nadchodzący 'Nabucco' nie będzie inscenizacyjną porażką, jak ów koncert oraz 'I Capuleti e i Montecchi'.

Nadziwić się nie mogę, że ktoś, kto współpracował z kimś takim jak Ivo van Hove, podpisuje to pomieszanie z poplątaniem. Niby aluzyjne, bo 'panie prezesie' (zauważyła to pani siedząca za mną), bo myśliwi kontra eko, siła kobiet versus męskie szowinistyczne ś...rodowisko. Ale jeśli ma być aktualnie, to nie tak subtelnie. Jeśli komicznie, to równocześnie nie serio, jeżeli poetycko, to nie publicystycznie, jeśli LGBT, to odważniej. Z oglądania kiczowatych projekcji wideo z pieszczotkami dłoni będę się tylko trochę krócej leczył niż z obserwowania scenicznego ruchu (chórzyści kroczą powoli, by zmieścić się z metą w arii) i bezruchu (ojciec Julii zastygnięty w oglądaniu zwierzaka w gablocie). Tak, te sceny świadczą o braku doświadczenia (to łatwo wybaczyć), ale i braku smaku reżysera. We wspomnianym koncercie noworocznym nie miał Krystian Lada umiaru w serwowaniu wstawek niemuzycznych, tu też wpina w spektakl fragment z 'Romea i Julii' w szkolnej recytacji niezłego śpiewaka (słowo 'długi' trzeba przecież podkreślić przytrzymaniem samogłoski) Tomasza Rudnickiego. Pretensjonalnie było i chaotycznie w inscenizacji i nie pomogły też tym razem kostiumy zwykle nie schodzącej z wysokiego poziomu Magdaleny Maciejewskiej (naprawdę w butach New Balance?, naprawdę ze sztucznymi kwiatami?, bo szpanersko-syntetyczny jest ten świat?). Scenograf Didzis Jaunzems słusznie zachwycił się ewentualnościami maszynerii wrocławskiej sceny, tylko że tutejsi widzowie je dobrze znają z sensowniejszych propozycji.

Na miejscu reżysera zrezygnowałbym w połowie prób z własnych ambicji, widząc, co się dzieje i przede wszystkim słysząc dwie główne wokalistki. Za Bellinim bowiem realizatorzy tego przedstawienia zestawili Julię-sopran z mezzosopranem-Romeem. To najczęstsza zresztą droga realizacji opery włoskiego mistrza. Wersję z La Scali sprzed 50 lat z tenorem w tej partii można znaleźć na CD (Aragall ze Scotto, dyryguje Abbado, Tebaldem Pavarotti), ale nie jest ich znów tak wiele jak tradycyjnych z dwiema śpiewaczkami. A obie role śpiewały największe, z Julią-Gruberową na przykład Agnes Baltsa. Na DVD dostępny jest zapis paryskiego spektaklu z Anną Netrebko i Joyce DiDonato. Lubię tamtą prostą a jakościową inscenizację, wrocławską zniosłem jedynie dzięki duetowi Aleksandry Opały (Romeo) i Hanny Sosnowskiej (Julia). Po prostu: nie przeszkadzać! Kiedy ma się takie perły w obsadzie, to sztuką niemożliwą jest pozostawić widownię zmieszaną, nie wstrząśniętą. To się tutaj reżyserowi jednak - niestety - udało. Orkiestrę prowadzoną jak zwykle dynamicznie przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego chwalić bym chciał bez zastrzeżeń, lecz nie mogę. Trzeba bowiem zwracać uwagę na najcichszego w zespole (skoro już taki nasz wybór), nawet gdy uderzamy w tutti i forte. Zbyt często Tebald Jędrzeja Tomczyka przypomina aktora z niemego kina, za rzadko go słychać. Wina tkwi również w umieszczeniu akcji niektórych scen głęboko. Za to sola brzmią ładnie (i dęte, i smyczkowe, zwłaszcza wiolonczelowe).

Nie, nie powiem Wam: nie idźcie na 'I Capuletich...'. Bo jeśli nie pójdziecie, nie usłyszycie urzekającej i zjawiskowej (po raz drugi w tym sezonie używam tego przymiotnika w stosunku do niej) Hanny Sosnowskiej i fantastycznej Aleksandry Opały. To jest śpiewanie przepiękne, europejskie, warte przesiedzenia tych ponad 2 godzin w wygodnym operowym fotelu, choć lepiej nie spoglądać na scenę nieustannie.
(0-6) > ***
..................
Vicenzo Bellini, Felice Romani I CAPULETI E I MONTECCHI, reż. K.Lada, kier. muz. M.Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, 28 kwietnia 2018, balkon 1, rząd I, miejsce 14