Thursday, February 14, 2019

DON GIOVANNI (Opera Wrocławska)


Plakat do przedstawienia sugerowałby dwoistość, ludzkiej natury, psychiki, podwójność także sztuki (dramma giocoso, tragikomedia). Na dopowiedzianych a priori sugestiach się kończy. Bo nie jest to, niestety, dobry spektakl. Przez jeden niemądry inscenizacyjny pomysł reżyser zabił dramat, jaki z tej opery Wolfganga Amadeusza - zwłaszcza w dzisiejszych czasach - powinno się wydobyć. Oglądałem to trzygodzinne dziwowisko znudzony jak nigdy. To sztuka, by tak znakomite dzieło tak zepsuć. Przeniesienie akcji do domu wariatów umieszczonego w gigantycznej bibliotece - aby pensjonariusze mogli odgrywać książkowe przygody - sprawia, że los poszczególnych bohaterów jest nam obojętny. Nie ma szans na przejęcie, gdy nie uświadczymy choćby grosza realizmu. Morderstwo z początku stawia zaledwie pytanie: jak można kogoś uśmiercić podobnym kawałkiem plastiku? Niemożliwe żeby po takim ciosie pojawiła się taka plama. Chyba że była wcześniej przygotowana, bo - na przykład - to element terapii pacjenta. No ale pomysł tego rodzaju musiałby zostać inaczej wykonany, trzeba by wejść w szaloną konwencję farsy, co 'Don Giovanniemu' pewnie też na dobre by nie wyszło. Mariusz Treliński w poprzedniej (dell'artowskiej) wersji tej opery (premiera odbyła się we Wrocławiu jeszcze w tej dekadzie, więc po co robić nową, gorszą tak szybko?) próbował różnych klimatów, ale jednak zachował mrok finału. Tutaj o żadnym mroku mowy nie ma (finał śmieszy). Chór gdzieś na marginesach nieustannie podryguje w psychiatrycznych konwulsjach, a śpiewacy - cóż - chyba nie bardzo wiedzą, co robić. Co z tego, że Tomasz Rudnicki bardzo porządnie śpiewa, skoro ani przez chwilę nie czujemy do tego intryganta nic, ani negatywnych, ani pozytywnych emocji. Zerlina Iwony Handzlik nijak nie uwodzi, Ottavio Jędrzeja Tomczyka to statysta, Leporello Marco Camastry wypada szkolnie. Zająć uwagę potrafią tylko Donny Anna i Elwira (Tatiana Gavrilowa, Bożena Bujnicka), jedynie im udaje się wyjść poza ramy jednowymiarowej inscenizacji i przytłaczającej scenografii, nawiązując relację z szukającym czegoś innego niż rozrywki widzem. Słyszałem, że pierwsza obsada lepiej sobie radziła, ale czy można uratować tak chybiony pomysł na całość? Od wizyty na tym 'Don Giovannim' w teatrze wolę płytę.
[0-6] > **
GCH
...
W.A.Mozart, L.da Ponte DON GIOVANNI, reż. A. Heller Lopes, kier.muz. M.Nałęcz-Niesiołowski, 10.02.2019, balkon I, rząd 3, miejsce H

Sunday, December 16, 2018

HALKA (Opera Wrocławska, reż. Grażyna Szapołowska)


Grażyna Szapołowska otwarcie deklarowała przed swoją inscenizacją ‘Halki’, że chce się skupić na emocjach i uczuciach wiążących kwartet głównych postaci. Co zrobiła i czym wygrała, choć jedenasta wrocławska wersja najpopularniejszego dzieła Stanisława Moniuszki nie jest wolna od zaniedbań.

Ale nie chodzi tu na pewno o brak pogłębienia prostej fabuły o wątki społeczno-klasowe, one jednak wybrzmiewają, zgodnie z librettem, któremu Szapołowska pozostaje wierna. Niektórzy zwracali na to uwagę w antrakcie, ja – przyznam szczerze – nigdy oglądając ‘Halkę’ jakoś nie przyznawałem temu zagadnieniu szczególnego znaczenia. Zawsze była to dla mnie historia nieszczęśliwie zakochanej i uwiedzionej dziewczyny. Dlatego wybór reżyserki szanuję i akceptuję, choć, powtarzam, i na społeczny element znalazł się czas. Nie chodzi mi również – mówiąc o niedociągnięciach – o słuszność czy niesłuszność prezentacji filmu podczas preludium do drugiej części. Wideo nakręcone na ulicy Świdnickiej przedstawia zagubioną w dużym mieście dziewczynkę z psem, w pewnej chwili zauważa ona budynek opery, wchodzi i zaraz widzimy ją na scenie live zachwyconą, już bezpieczną w świecie sztuki. Ładny to akcent, łączący nieco – przyznajmy – zramociałe dzieło ze współczesnością, tę dziewiętnastowieczną Halinę z jej dzisiejszym odpowiednikiem. Szkoda, że nie poszła tym tropem Szapołowska mocniej, powinien pojawić się bowiem jeszcze jeden film do wyemitowania na uwerturze. Zamiast nieszczęsnych podrygów tancerzy przebranych za szczury (zwierzęcy motyw zresztą okazał się chybiony, sztuczny, w drugiej części niemal nieobecny).

Choreografia to zdecydowanie najsłabszy punkt spektaklu. Szkolna, we wspomnianym wstępie wręcz przedszkolna (bardzo drażnią te naśladowcze łapki zwierząt). Mazur wypada najwyżej przeciętnie, a popisy góralskie wręcz urągają umiejętnościom wrocławskiego corps de ballet. Nic nowego, nic trudnego. I jest to – mam nadzieję – nauczka dla reżyserki, która przyznała, że nad choreografią nie miała kontroli. Dlaczego? Biorąc odpowiedzialność za inscenizację, trzeba zająć się każdym jej miejscem, bo każde jest czułe.

Podobała mi się scenografia (Brage Martin Jonassen), dobrym pomysłem okazał się efekt trójwymiarowości, osiągnięty z sukcesem, górskie pejzaże robią wrażenie (projekcje: Piotr Maruszak). Tradycyjne kostiumy nie rażą w takim kontekście, bo udało się zachować wizualną równowagę. Za to niepotrzebne wydają mi się symbole: krzyż i rzeźba Matki Boskiej z Dzieciątkiem wysyłane na scenę jak desant przestarzałej scenograficznej armii. Pewnie intencją było domknięcie stron dekoracji (i podkreślenie efektu przestrzenności), wyszła zbędna i tania dosłowność. A już zupełnie bezsensownie Jontkowi w pięknej arii towarzyszy wielki plastikowo-koronkowy medalion, może i symboliczny, lecz przyszyty, osłabiający koncentrację na emocjonalności pieśni. Nie trzeba na siłę pomagać artystom i libreciście, czasem warto ich sztukę zostawić w spokoju, dbając o detale interpretacyjne.

I taką pracę reżyserską widać zwłaszcza w scenach kameralnych, gdzie mogą się popisać wokaliści, wiarygodnie wcielający się w swoje postaci. Najlepsza scena? Przedślubna. Zestawienie Halki z Zosią, która – orientując się w występku przyszłego męża – współodczuwa z oszukaną konkurentką, zdejmując weselne szaty. Do ślubu pójdzie ubrana prosto, w identycznym stroju, w jakim od początku widzimy Halkę, na znak solidarności z losem kobiet. Odważne jest też zakończenie, zmienione przez Szapołowską, logiczne, wywiedzione z libretta, sprytnie (acz niebłyskotliwie) rozegrane i w sumie działające. Nie zdradzę go, przeczytacie o nim z pewnością w innych recenzjach – ja, jak zwykle, do takiej recenzenckiej niegodziwości się nie posuwam.

W pierwszej części orkiestra pod kierownictwem Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego grała za głośno, nie przebijał się chór (wiemy przecież, że w Operze Wrocławskiej doskonały), bez zerkania na napisy nie zrozumielibyśmy, o czym się śpiewa również w duetach i tercetach. Ale w drugiej części muzycy ściszyli wolumen, dzięki czemu pięknie zaistnieli soliści. Joanna Zawartko nadzwyczajna, wzruszająco wyrażała dramat tytułowej bohaterki, a Jontek Yurego Horodeckiego jako postać liryczna to pewna nowość. Jego aria ‘Szumią jodły’ zapada w pamięć właśnie dlatego, że jest śpiewana z rzeczywistym zrozumieniem tekstu, dzięki mocno zbudowanej roli przyjaciela dziewczyny, która wybrała innego. Aktorsko słabiej poradził sobie Szymon Mechliński (Janusz), nazbyt zajęty bardzo dobrym wykonywaniem tej partii, mniej poświęcający się zadaniom pozamuzycznym. Zosia Karoliny Filus mniej ma do zagrania, lecz to, co się dało z tej partii wycisnąć (zwłaszcza że reżyserka wymyśliła dodatkową możliwość), utalentowana sopranistka wycisnęła.

Grażyna Szapołowska – to było największym znakiem zapytania przed premierą – poradziła sobie z materią dla niej nową. Debiut reżyserski należy uznać za udany, powiem nawet, że w tej funkcji świetna aktorka prawdziwie rokuje. W przyszłości jednak musi zapanować nad całością teatralnych elementów, wtrącić się i do choreografii. No i: niech soliści nie śpiewają tak obficie zwróceni do publiczności, kiedy ze sobą prowadzą rozmowę. Zwłaszcza w scenach-dialogach wskazana byłaby konsekwencja. Opera to gatunek silnie skonwencjonalizowany, lecz nie niepodatny na zmiany. Ciekawy jestem czerwcowej ‘Traviaty’, którą Grażyna Szapołowska wystawi – zdaje się – najpierw na Placu Wolności, a potem też przy Świdnickiej.

[0-6] -4
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
Stanisław Moniuszko, Włodzimierz Wolski HALKA, reż. G. Szapołowska, kier. muz. M. Nałęcz-Niesiołowski, 14 grudnia 2018, balkon 1, rząd I, miejsce 8

Thursday, December 13, 2018

PREZYDENT. RAFAŁ DUTKIEWICZ (nie tylko) o Wrocławiu


Mniej więcej w 2002 roku zacząłem myśleć o zamieszkaniu we Wrocławiu. Dojeżdżając wtedy okresami z Rzeszowa do pracy w radiu i nauki na uniwersyteckiej anglistyce. Czyli wtedy, gdy Rafał Dutkiewicz rozpoczynał swoje 16-lecie jako prezydent miasta, po wygraniu pierwszych powszechnych wyborów na to stanowisko. Dlatego książka pod tytułem 'Prezydent' ma dla mnie także znaczenie wspomnieniowe i osobiste, i prowokowała do sentymentalnych wycieczek zupełnie (choć może pozornie zupełnie) z nią niezwiązanych. Bo jest ten wywiad-rzeka - oczywiście i głównie - opowieścią o tym, jak budowano Wrocław w ciągu tych lat, przepisem na sukces miasta, ale i historią człowieka: odważnego, z wyobraźnią, bystrego i światowego. Którego nie byłoby, gdyby nie piękne dzieciństwo w Mikstacie, gdyby nie właśnie historia, to miejsce i ten czas.

Maryla Rodowicz śpiewała kiedyś taką piosenkę: 'Ja to mam szczęście, że w tym momencie żyć mi przyszło...'. Pojawiają się w rozmowie, doskonale poprowadzonej przez Jacka Antczaka, wydarzenia i nazwiska kluczowe dla dziejów kraju nad Wisłą i Odrą. Od kardynała Gulbinowicza, Władysława Frasyniuka po Mateusza Morawieckiego. Jest Tusk, wicewojewoda Schetyna, jest Mario Kamiński (tak, szef służb specjalnych użyczał Dutkiewiczowi warszawskiego adresu, gdy ten pracował jako headhunter). Wspomina prezydent swój sztab z wyborów 2002, tworzony wespół w zespół przez późniejszych antagonistów politycznych: Protasiewicza, Jackiewicza czy Adasia Hoffmana. W relacji bohatera tej książki występują jako przyjaciele i znajomi, często nazywani zdrobniale, nawet ksywką. Więc musi dojść w czytelniczym odbiorze do głosu ta refleksja o przedziwnym, może i ludzkim, lecz jednak przedziwnym, podzieleniu niegdysiejszej - symbolicznie ujmując - solidarnościowej rodziny. Niby rzecz dziś banalna, a ciągle robi wrażenie. Zwłaszcza że w kontekście naszych prywatnych żyć pewnie tożsama. Co się z nami dzieje, co się musi stać, że bliscy współpracownicy już nie współdziałają, kiedy wspólnej sprawie brakuje wroga lub po prostu upływa szybko czas, w grę wchodzą ambicje i interesy. Odwieczny mechanizm.

I to spora siła książki Dutkiewicza/Antczaka (skłonienie do zadumy), inspirująca spojrzenie na minione polskie dekady z perspektywy zarówno konkretnego losu, jak i zbiorowego doświadczenia (lub odwrotnie). Którego każdy będzie miał własną wersję. Inaczej opowie te 16 lat krytykowany tu dość otwarcie Bogdan Zdrojewski, inaczej czyni to Rafał Dutkiewicz. Zwłaszcza w tych miejscach, kiedy wygłaszane są opinie. Adam Chmielewski z pewnością odmiennie widzi swój udział i brak w obchodach Europejskiej Stolicy Kultury. Inne będą spostrzeżenia aktywistów miejskich, inne urzędników. Ustępujący prezydent jest w wypowiedziach szczery (na ile ma na to ochotę i na ile uda się go zachęcić przez dociekliwego dziennikarza-współautora), nie udaje też skromnego. O niektórych wydarzeniach trudnych woli nie mówić. Jak o słynnym wypadku na Ostrowie Tumskim czy o relacji z byłym zastępcą Michałem Janickim. Szybko ucina ten wątek.

Dutkiewicza wersja opowieści o Wrocławiu jest atrakcyjna, bo - poza tym wymiarem szerszym - dla wielu odbiorców może najciekawsza w 'Prezydencie' będzie księga anegdot i zakulisowych smaczków, jakimi sypie z prezydenckiego rękawa. Zaczyna się od znajomości z Tadeuszem Różewiczem, któremu za pierwszej kadencji Dutkiewicza miasto ofiarowało willę przy ulicy Promień, kończy wyborem fraszek, z których prezydent słynie, choć myślę, że nie we wszystkich kręgach. Ta podzielona na 15 rozdziałów (plus suplement i fotografie), mniej więcej chronologiczna w narracji, książka prezentuje niezaskakujący portret mocnej osobowości, człowieka pełnego wdzięku, a przy tym sprawnego gracza polityczno-publicznego, specjalistę w samorządowym fachu. I może przynosi też informację-deklarację co do przyszłości Rafała Dutkiewicza? 'Zawodowo zajmowałem się Wrocławiem, a hobbystycznie pewnymi projektami politycznymi i jakbym dzisiaj miał do tego wrócić, to bym tego nie robił - wyznaje, później dodając zdanie o dużym poziomie spełnienia jako 'tylko prezydent Wrocławia'. Czy oznacza to odejście z aktywnego życia społeczno-politycznego, czy jednak przeciwnie? Teraz, kiedy już nie urzęduje w ratuszu, ma szansę rzucić się stuprocentowo w wir ogólnopolski i europejski. Fragment powyższy sugerowałby chyba Dutkiexit, ale... Wkrótce zobaczymy, jak będzie, na razie czytamy barwną i rajcowną książkę - relacjonującą to, jak było. Według Rafała Dutkiewicza.

.......................................
Jacek Antczak, Rafał Dutkiewicz Prezydent. Rafał Dutkiewicz (nie tylko) o Wrocławiu, Wydawnictwo Nieoczywiste, 2018

Wednesday, December 5, 2018

GISELLE (Opera Wrocławska)


Wrocławska 'Giselle' jest zanadto i za płytko zapląsana w pierwszej części, na szczęście w drugiej zwycięża taniec na wysokim poziomie, chwilami akrobatyczny.
Kiedy Giselle wariuje z miłości oszukanej i żegna się z życiem, my żegnamy się wreszcie z przedszkolną pantomimą, z zamaszystymi gestami rąk, z minami rodem z niemego kina. Nie lubię gdy balet wchodzi na to pole minowe. Tancerze nie są mimami, tak jak mimowie nie są artystami baletu. Jedni i drudzy władają innymi środkami, stąd i gatunkowe różnice. Tak, wiem, że libretto pierwszego aktu jest - delikatnie mówiąc - naciągane, ale od czego mamy inwencję. Doceniam pojawiające się sygnały choroby bohaterki, uwiarygodniające jej szaleństwo z dość błahego impulsu. Może należałoby właśnie tym tropem pójść mocniej zamiast reprodukować przeciętną choreografię tej części w skromnej, bajeczkowej scenerii. Pląsy, pląsy i tyle.
Ale - jak napisałem wyżej - po antrakcie mamy rasowy balet, zatańczony doskonale. Nikt się już tutaj - w świecie pozagrobowych willid - nie uśmiecha, lecz każdym ruchem wyraża napięcie baśni, już nie bajki. Nie przeszkadza nam pusta scena. Mitra - nieugięta królowa tego towarzystwa (Hannah Cho) pięknie wypada w tańcu solowym, zbiorowy imponuje, fascynuje nas przeniesiona w byt-niebyt bohaterka (cudowna Natsuki Katayama), wreszcie spóźniona miłość nieszczęsnej pary (Łukasz Ożga w znakomitej formie). Ich pas de deux to świetna robota. Nic jednak nie poradzę, że ogląda się ten spektakl bardziej jak galę baletową niż balet romantyczno-dramatyczny. Dlaczego jedno z bohaterów znika za kulisami, gdy drugie ma moment solowy? Nie tęsknią do siebie tak mocno? Przydałby się reżyser, oprócz choreografek, które wrocławski ensemble przygotowały - do tańca - bardzo dobrze. Jest dyscyplina, jest polot. Uznanie należy się i orkiestrze pod wodzą Rafała Karczmarczyka. Przemelodyjnej muzyki Adama słuchało się z przyjemnością. Zatem: ta - klasyczna do bólu - wersja 'Giselle' nie porywa, w pierwszym akcie wręcz nudzi, za to drugi warto zobaczyć dla zaprezentowanej na europejskim poziomie sztuki tańca. Z naprawdę trudnymi figurami wszyscy radzą sobie perfekcyjnie. Ale gwiazda wieczoru jest oczywiście jedna. Natsuki Katayama to tancerka-zjawisko. Nawet gdy inscenizacja nie przynosi satysfakcji. [0-6] 4
GCH
A. Adam GISELLE, opracowanie i realizacja choreograficzna Ewa Głowacka, Zofia Rudnicka, Opera Wrocławska, 4.12.2018, balkon I, rząd 1, miejsce 14

Friday, October 12, 2018

ROMEO I JULIA (Teatr Kochanowskiego w Opolu)

O OBROTACH ZIEMSKICH CIAŁ (I DUSZ)



Opolska wersja ‘Romea i Julii’ (niewiarygodne, że to pierwsza realizacja tego tytułu w Teatrze im. Kochanowskiego) nie jest pozbawiona niedociągnięć (nie mówimy o wadach), ale – proszę Państwa – we Wrocławiu, w teatrze dramatycznym, nie ma dziś spektaklu na tym poziomie inscenizacyjnym. Jedyny Capitol ratuje honor. We Współczesnym techniczne możliwości są mniejsze, a w Polskim – wiadomo.

Norbert Rakowski, dyrektor opolskiej sceny, w parę lat potrafił sprawić, że Plac Teatralny żyje i rześko oddycha. Nie wiem, jak było przedtem, nikt mnie nie zachęcał do teatralnych wizyt w Opolu. Może dlatego, że we Wrocławiu dostawałem ‘Wycinkę’ czy ‘Dziady’, ‘Cząstki elementarne’ czy ‘Sprawę Dantona’… Gdy w Teatrze Polskim zdarzyło się to, co się zdarzyło, zacząłem się rozglądać, a Opole dodatkowo zamachało na powitanie. Pod swoje skrzydła przygarnął dyrektor Rakowski niezwykły dyplom studentów PWST (AST) we Wrocławiu – ‘Cesky diplom’ – którego nie chciała grać na jednej ze scen przy Braniborskiej szkoła (nie pojmę nigdy, dlaczego), zatrudnił Piotra Ratajczaka (reżysera ‘Cesky’ego...’, byłego szefa artystycznego w Wałbrzychu), przyjął na aktorski etat pełną temperamentu, talentu i entuzjazmu Monikę Stanek (po PWST Wrocław), znakomitego Rafała Kronenbergera (jedną z sierot po Teatrze Polskim), uwierzył, że młoda wrocławianka Marta Streker (druga reżyserka wrocławskich ‘Dziadów’ w całości) potrafi zrobić bardzo dobrze niełatwą sztukę Leśmiana (‘Zdziczenie obyczajów pośmiertnych’). I tak dalej.

I tak poznałem Magdalenę Maścianicę, kolejną z nowych nabytków aktorskich Teatru Kochanowskiego, w najnowszej premierze kreującą szekspirowską Julię. Jak niejednokrotnie podkreślałem, nieśmiertelna tragedya o Capuletich i Montecchich, opiera się na przemianie Julii z dziewczyny (dziewczynki) w kobietę. I trzeba to zrobić niemal natychmiast, akcja dzieje się wszak w ciągu kilku dni. Maścianica jest w idealnym momencie, by grać Julię. Ma już spore doświadczenie, ale i świeżość, wygląda jak anioł, lecz przypuszczam, że byłaby i wiarygodną Dejanirą. To ważne, żeby tego momentu w aktorskim rozwoju nie przeoczyć. Chwała więc dyrektorowi i reżyserowi (Węgier Attila Keresztes) za nieprzeoczenie i szansę na Julię przez prawdziwe J. I Maścianica robi tutaj swoje, mówi szekspirowsko-barańczakową frazą z impetem współczesnej dziewczyny. Gdy w grobie wyrzuca Romeowi (już otrutemu): ‘No co?’, czemu nie wstajesz, czemu nie ruszamy do Mantui i nowego, wspólnego życia, nie sposób nie poczuć tych emocji.

Więc Maścianica to magnes, ma wszelkie zadatki na nie tylko lokalną gwiazdę, dobrze, że nie idzie w byle serial, tylko rozwija umiejętności. Za chwilę zagra w koprodukcji opolsko-wrocławskiej ‘Grotowski non-fiction’. Wraz z Moniką Stanek, aktorką, której sceniczne dżule nie mają chyba skali. Każde jej pojawienie się to zastrzyk, potrojona dawka kofeiny (tak nazywa się modna teatralna kawiarnia istniejąca w budynku teatru). Monika jest w opowieści o kochankach z Werony Martą, mniej tu służącą, bardziej przyjaciółką Julii, choć znającą swoje miejsce w domowej hierarchii. Ma okazję, by poszarżować, rozśmieszyć, miewa chwile powściągliwe, a kiedy wali otwartą dłonią w rozmemłanego Romea, jest kobietą z krwi i kości, taką, co wie, o co chodzi w życiu.

Ciekawie ujęta w tej wersji ‘Romea i Julii’ została postać Ojca Laurentego. Nie mamy bowiem do czynienia z jednoznacznym, dobrym księdzem-pomocnikiem miłości. Laurenty zmaga się z siłami zła na równych prawach, bywa szamanem, próbuje coś zmienić w zdecydowanym z góry losie werońskiej młodzieży. Przegrywa, ale walczy, co Rafał Kronenberger oddaje celnie, świetnie się w opolskim zespole odnajdując. Po przeciwnej stronie stoi fatum-śmierć (skupiony Andrzej Jakubczyk), wróg nie do pokonania – to z jego ust brzmią prolog i epilog, to on ustawia ludzkie pionki na obrotowej szachownicy przeznaczenia, to on wreszcie wypowiada słynny wers o rękawiczkach.

Wszystko więc wiemy z góry. Znamy przecież tę historię doskonale, zdajemy sobie sprawę z tego, jak się skończy. Węgierski reżyser nie stara się nawet komplikować sytuacji, przeciwnie: upraszcza i skraca (spektakl trwa dwie godziny) – słusznie spotykając się z zarzutami, jednak w czym innym – też słusznie – szukając sensu wystawienia ‘Romea i Julii’ po raz enty (choć – podkreślmy raz jeszcze – pierwszy w opolskim teatrze). Ten sens to wyzwolona energia, emocja, euforia skazanej na klęskę (czy klęskę?) miłości nastolatków. I w efekcie przejęcie, wzruszenie widzów. Tak, Szekspir był mistrzem, więc po co mu przeszkadzać. Sprzyjają niezwyczajne techniczne możliwości opolskiej sceny. Świat bohaterów prawie nieustannie się obraca, jak ziemia dookoła słońca, jak czas w ludzkim życiu, wielokrotnie się zapadając i wznosząc dzięki ruchomym platformom. Po to, by w ostatniej sekundzie zrównać się z powierzchnią przy ostatnim mrocznym akordzie fortepianu. Ma być efektownie, w tempie, rytmicznie i jest, co publiczność (siedząca wokół sceny, blisko wydarzeń, współuczestnicząca) nagradza owacjami na stojąco.

Zgadza się tu i muzyka, i kostium, pomysł na scenografię, światło, są akcenty tragiczne, są komiczne, wygrane z wyczuciem. Na deser zostawiłem sobie słowo o Merkucju. To jeszcze jeden wrocławski element, na razie gościnny, opolskiego teatru. Kacper Sasin (m.in. Teatr Grupa) tworzy kreację imponującą, w tonacji dur, z niesamowicie napisanej przez autora postaci wykorzystuje to, co najważniejsze i najbłyskotliwsze (uważaj Kacper, tylko nie przeholuj). Z bardzo działającą na widzów mocą się przyjaźni, pojedynkuje, polemizuje i w końcu umiera. Ktoś powiedział o Merkucju, że Szekspir musiał go w sztuce uśmiercić, żeby mu nie zabił (czyli nie zdominował) całości. Dużo w tym prawdy, choć oczywiście zależy kto i jak Merkucja zagra. Dodajmy, że niezłego partnera ma Kacper Sasin w Antonim Rychłowskim, niepokojącym i nowoczesnym Benvoliu.

Najmniej w tym towarzystwie daje sobie radę Romeo – Michał Włodarczyk, występujący gościnnie student łódzkiej PWST. Pewnie, że Romeo ma gorzej zarysowaną rolę od Julii, ale można to nadrobić osobowością i warsztatem, czego – jeszcze – młodemu aktorowi brakuje. Sam wdzięk i zapał wystarczają na jedną scenę (za to jaką: balkonową), choć jestem przekonany, iż za rok będzie już zdecydowanie innym kochankiem, mężem, kompanem. Trzeba – po pierwsze – poczekać aż natura zrobi swoje, po drugie – pomóc, pracując ciągle nad dialogami, także dykcją. Niedosyt pozostawiają również niewygrane tony współwinnych nieszczęść, czyli rodziców kochanków z Werony. Państwo Capuleti i Montecchi istnieją w tej inscenizacji zbyt lakonicznie. Może warto by coś z tym zrobić?

Warto, bo opolska wersja ‘Romea i Julii’ to spektakl rockowy (mimo że nie brzmi w nim muzyka rockowa), dynamiczny, zajmujący, estetycznie atrakcyjny, z wszelkimi szansami na długą obecność na afiszu. Tylko z wyjazdami będzie kłopot. Niewiele scen w Polsce dysponuje taką paletą technologicznych wariantów. W Gdańskim Teatrze Szekspirowskim obrotówki nie ma, a na festiwalu sztuk geniusza ze Stratfordu z takim przedstawieniem Opole mogłoby się spodobać.

0-6: *****
gch
...
12-10-2018

Sunday, October 7, 2018

BLASZANY BĘBENEK (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)


Po pierwszej części: Trudno nie być pod wrażeniem najnowszej premiery Capitolu i kolejnego tu dzieła Wojciecha Kościelniaka. Nie wiem, czy jest dziś w Polsce inny artysta teatru, co tak potrafi przemienić legendarną powieść w pełnowartościowy muzyczny spektakl. Od pierwszej sceny nie niknie uwaga widza, który zabawiony gęstymi inscenizacyjnie, choreograficznie i wykonawczo numerami, pełen podziwu i zachwytu nad tintamareską-Oskarem (genialna Agata Kucińska) płynnie wchodzi w zupełnie inny świat, tuż przedwojennego rozpadu wielokulturowej społeczności, tak celnie ujętej przez Grassa w symboliczny trójkąt partnersko-małżeński Matzerathów-Brońskich.

I - cóż - właściwie dla mnie tu ten 'Blaszany bębenek' mógłby się skończyć. Spójny w jazzowym brzmieniu (muzyka Mariusza Obijalskiego), różnorodny, dziejący się na kilku planach, sensownie i pracowicie roztańczony (znakomita choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk), pomysłowy również wizualnie (scenografia i kostiumy Anny Chadaj). I wypełniony udanymi kreacjami zbiorowymi oraz indywidualnymi: imponującej aktorsko i wokalnie Agnieszki Oryńskiej-Lesickiej (Agnieszka - mama Oskara - to ona powinna być Małgorzatą w poprzedniej Capitolowej pracy reżysera), Justyny Szafran w smacznej roli Anny - babci Oskara (śpiewającej - kto wie - czy nie najciekawszą piosenkę spektaklu), doskonałego Macieja Maciejewskiego (domniemany ojciec Oskara), wielce zdolnego tintamareskowego duetu Bebra&Roswita (Tomasz Leszczyński, Katarzyna Pietruska), dojrzałego w ekspresji Mikołaja Woubisheta (żydowski kupiec Markus), temperamentnej Justyny Woźniak (Panna Spollenhauer) czy Barbary Olech w niepokojącej niemej, tanecznej roli Czarnej Kucharki (ciągle jary kościelniakowy pomysł na organizującą postać-fatum, obecną niemal stale na scenie). 

Druga część to pogoń za domknięciem fabuły w kilku obrazach, musicalowa, wręcz rozrywkowa, krótsza od pierwszej, a długa, bo powierzchowna. Muzycznie niekonsekwentna.
I nie pomaga sprytnie rozegrany i słuszny song o naszym mieszkaniu w przeciągu historii, nieustannym narażeniu na jej wichry, wiatraki i śniegi (kolejne uznanie dla autorki/autorów tych detali). Nie działa na mnie po serii i cytatów (West Side Story), i wokalnych popisów (zakonnice na krabobraniu) dobrze wymyślony wzrost Oskara. Brakuje równowagi akcentów, wodewil zabija dramat. Jest zbyt lekko. Śmierć Jana w obronie Poczty Polskiej łatwo przeoczyć, scena z Gangiem Wyciskaczy dramaturgicznie przezroczysta. Mimo to cieszy oczywiście niesamowity śpiew Artura Caturiana i pojawienie się bardzo utalentowanej Katarzyny Janiszewskiej (mam nadzieję, że tylko na razie gościnnie) - niedawnych laureatów PPA.

Ten spektakl jest najlepszy, gdy zapomina, że jedyna w sezonie duża premiera Capitolu musi być przebojem, przyciągnąć widza wybierającego się do teatru muzycznego, nie na teatr muzyczny. I ten kompromis, który Capitol niepotrzebnie w tym przypadku pielęgnuje, jest jak decyzja Oskara, by nie rosnąć. Zamiast zadziwić, zainspirować, jedynie (choć może i aż) zadowala.
0-6: ****
GCH
...........

6-10-2018, rząd III/25

Wednesday, October 3, 2018

GARBUS (Wrocławski Teatr Współczesny)


Niby (wytłumaczę się z tego słowa na końcu) przyzwoicie zagrany spektakl, który być może ma opowiadać o tym, jak łatwo manipulować ludźmi poprzez tzw. dyżurne tematy. Jak stosunek do innych, obcych, jak kłamstwo i pomówienie. Ale subtelność ujmowania i wyrażania takich emocji to nie jest trafiony sposób na dzisiejszego 'Garbusa'. Współczesny Garbus powinien być którąś z wyrazistych postaci naszego dyskursu społecznego (mamy do wyboru: uchodźcę, emigranta, transseksualist(k)ę, a może po prostu kogoś o skrajnych poglądach), wtedy ta sztuka miałaby szansę na nowe istnienie. Do tak napisanego tekstu potrzeba mocno uwydatnionego lub uświadomionego kontekstu, a reżyser tego przedstawienia odmalował uniwersalny stan społeczno-ludzkiej ruiny delikatną kreską (choć bardzo dobrą, znaczącą scenografią). To kreska zbyt delikatna. Kto tu jest manipulatorem? Baron? Jeśli, to nieudacznym, manipulatorem-partaczem. A może Garbus, inwigilujący gości swego pensjonatu w stroju bacy, totalnie obojętny wobec ludzi i zdarzeń? Po co mu w takim razie te metody? Brzmi fragment piosenki Chłopców z Placu Broni o wolności, ale zanucony jak w grze towarzyskiej, nie na serio. Pada ktoś ofiarą, lecz motywu zabójstwa domyślić się niełatwo. Wszystko tu jest zniuansowane, pastelowe, matowe w emocjach jak kolor peruki Onki. I nie wiem, czy to do końca wina reżysera, czy za współudział nie obwinić aktorów, którzy urządzają nam nieźle zrytmizowane a jałowe czytanie tekstu zamiast elektryzować temperamentami. Na wyświetlanym na dużym ekranie filmie idą bohaterowie tej sztuki pośród łąk i lasów - w jakiej sprawie? Z jakimi niewidocznymi transparentami? Komu chcą je pokazać, skoro w promieniu kilometrów żywego ducha nie spotkasz? Rozumiem, że miało nie być dosłownie, że liczymy na inteligencję i przenikliwość mądrej widowni (jedynie wydaje mi się, że wiem, o co chodzi w spotkaniu Garbusa z Garbusem-bliźniakiem). Liczmy się więc także z tej widowni rozczarowaniem.
0-6: ***
GCH
...............
S.Mrożek GARBUS, reż. M.Fiedor, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena Ciśnień Capitolu, 29.09.2018, rząd 7, miejsce 16