Monday, August 22, 2016

Morawski za Mieszkowskiego (Teatr Polski we Wrocławiu)

To było do przewidzenia, że nie Krzysztof Mieszkowski poprowadzi Teatr Polski we Wrocławiu w nowym sezonie. Że MKiDN nie zgodzi się na żaden status dotychczasowego dyrektora w TP, było jasne dla wszystkich na chłodno obserwujących tzw. konkurs na szefa tego teatru. Wchodząc do polityki Krzysztof Mieszkowski też musiał zdawać sobie z ewentualnych konsekwencji sprawę. Nie jest to dla mnie zatem żadne zaskoczenie. Ale... po cichu liczyłem na jakiś cud. Bo:
1/ powinno mieć znaczenie zdanie zespołu, który w większości za Mieszkowskim stanął,
2/ powinna mieć znaczenie silna pozycja wrocławskiego Teatru Polskiego w Europie, wypracowana przez ostatnią dekadę.
Nic z tego. Swoim werdyktem urzędnicy powiedzieli: my wiemy lepiej.

Po raz kolejny powtórzę: nie pojmuję, dlaczego w Polsce to urzędnicy decydują o artystycznej przyszłości instytucji kultury, dlaczego komisja konkursowa nie składa się wyłącznie z uznanych ekspertów. Po co np. wśród jej członków rzecznik urzędu, a nie kurator ESK ds. teatru?

Jakim dyrektorem będzie Cezary Morawski - nie wiem. O jego programie nie wiadomo nic, dorobek teatralno-dyrektorski ma niewielki. Ale Mieszkowski też go nie miał w chwili obejmowania funkcji. Dziś zatem wypada kibicować nowemu, lecz...

Budzi wątpliwości sam konkurs, no niestety, transparentny inaczej. Budzi niepokój reakcja Krystiana Lupy, który najpewniej nie dokończy pracy nad PROCESEM wg Kafki. Odchodzą aktorzy z Bartoszem Porczykiem na czele. I jeszcze jedno: Morawski postawił pewien warunek. Że obejmie stanowisko tylko wtedy, gdy dług teatru zostanie anulowany. To ponad milion złotych. Z czyich pieniędzy urząd marszałkowski ten dług zapłaci?

Jakie chmury pojawią się nad Teatrem Polskim we Wrocławiu jesienią? Odpowiedź poznamy wraz z pierwszą premierą pod wodzą nowego szefa. Sukces da nadzieję, porażka pójdzie na konto urzędników popierających w głosowaniu Cezarego Morawskiego i osobiście na konto aktualnego wicemarszałka odpowiedzialnego za kulturę w regionie, którego najważniejsze miasto jest właśnie Europejską Stolicą Kultury.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI, Radio Wrocław Kultura

Saturday, July 23, 2016

NIEZNAJOMA DZIEWCZYNA, CREATIVE CONTROL, MARAZM, ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI (16 NH)

2 dni temu niepochlebnie pisałem o 'Juliecie' Pedra Almodovara, czyli reżysera, który mnie kiedyś otwierał estetycznie i tematycznie, nie opuszczałem żadnej premiery, a dziś... A dziś - nie wiem, dlaczego akurat podczas oglądania filmu braci Dardenne - pomyślałem, że może jednak zbyt surowo oceniam mistrza. Nie wiodło mu się ostatnio, krytykowali go nawet miłośnicy, więc może trochę z bezradności i pragnienia przełamania tej passy sięgnął po prozę Alice Munro, nie zrobił filmu całkowicie autorskiego. I trzeba na tę - moim zdaniem nieudaną - próbę popatrzeć łagodniej...



'Nieznajoma dziewczyna' Jean-Pierre'a i Luca Dardenne'ów to dzieło na szóstkę (w skali do sześciu). Mówi właściwie o tym samym, co 'Julieta'. O sumieniu, poczuciu winy, uczuciach i sekretach, które rosną. I też mamy grecką tragedię jako punkt odniesienia. Z tą różnicą, że Dardenne'owie są sobą, nie usiłują, opowiadają prostą i niesamowicie nasyconą treścią historię młodej lekarki, poświęcającej się swojemu zawodowi i pacjentom. Jenny popełnia jeden błąd, który spróbuje naprawić. Dzięki takim ludziom jak ona (znakomita Adele Haenel) świat może być lepszy, dzięki takim filmom jak 'Nieznajoma dziewczyna' chce się inaczej na siebie i innych spojrzeć. Zobaczcie tę Antygonę z Liege koniecznie, na festiwalu lub później.


Z dotąd zobaczonych na Nowych Horyzontach filmów na piątkę z plusem oceniam amerykański 'Creative Control'. Nie ma cienia przesady we frazie: tak kręciłby dziś młod(sz)y Woody Allen. Nawet decyzja o zrealizowaniu opowieści dziejącej się w niedalekiej przyszłości w czarno-białych kolorach zbliża dzieło Benjamina Dickinsona do Allenowego 'Manhattanu'. Główny bohater (grany przez samego scenarzystę i reżysera) to copywriter w agencji reklamowej, zakochany w nie tej, co trzeba, w dodatku dziewczynie najlepszego przyjaciela. I w związku z nie tą, co trzeba. Uwikłany w naczelne uzależnienia współczesnych pokoleń: środki napędzające, technologię, pracę. A przy tym szukający miłości. Podobnie jak w przypadku Jenny, jego działania ujawnią fałszywe nuty życia kręgu osób. Tylko czy ktoś z tej lekcji coś zapamięta? Dickinson to artysta, na którego nie można nie zwrócić uwagi, już stworzył film absolutnie spełniony. Nowoczesny i ponadczasowy.


Oglądałem jeszcze izraelski 'Marazm', typowo nowohoryzontowe niespieszne kino o przełomowym momencie w czyimś życiu. Mira, niepracująca żona swego męża, tego męża traci i zaczyna zauważać, że istnieje coś więcej niż tytułowa inercja, jaka zapanowała w jej domu. Sporo tu niedomówień, czających się w zaułkach problemów, lecz jest to też droga w jedną - jaśniejszą, bo aktywną, przygodową - stronę. Chyba. Niezły film, ale nie niezbędny (na minus cztery).

I wreszcie 'Zjednoczone stany miłości' Tomasza Wasilewskiego. Premierowy polski pokaz właśnie we Wrocławiu, zjawiły się wszystkie gwiazdy, wszyscy aktorzy wymienieni w filmowej czołówce (bardzo dobrze to świadczy o pozycji Nowych Horyzontów). Panowie (Chyra, Simlat, Tyndyk) oraz panie: Magdalena Cielecka, Julia Kijowska, Dorota Kolak, Marta Nieradkiewicz. Ten film znów należy do kobiet i o kobietach mówi. A może chodzi o jedną kobietę? O Polskę? Bez zinterpretowania 'Zjednoczonych stanów miłości' jako alegorii Polski tuż po przełomie 1989 roku też da się film Wasilewskiego oglądać z zaciekawieniem (naprawdę dobry scenariusz - nagrodzony na festiwalu w Berlinie, peany na cześć aktorek i aktorów oczywiste), lecz poza feministyczny nurt lub tradycję moralnego niepokoju nie wychodzi (tyle że tamto kino opowiadało o swoim tu i teraz). Bez myślenia symbolicznego film kuleje z prostego powodu: wszyscy znamy kobiety (i mężczyzn), które także w tamtym okresie miłość znalazły. Za to alegoria od czasu do czasu w polskim widzeniu nie tak dalekiej historii może się przydać. Tylko nie mam pojęcia komu pozwoliliśmy się wykorzystać. Rynkowi? Nie przekonuje mnie konkluzja 'Zjednoczonych stanów miłości', ale 100 minut mija niepostrzeżenie. W skali 0-6: mocna czwórka.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
NIEZNAJOMA DZIEWCZYNA, reż. J. i L. Dardenne, CREATIVE CONTROL, reż. B. Dickinson, MARAZM, reż. I. Haguel, ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI, reż. T. Wasilewski; 16 Międzynarodowy Festiwal Filmowy T-Mobile Nowe Horyzonty, 22-23 lipca 2016, miejsca zawsze kiedy się da z brzegu (tzw. aisle)

Thursday, July 21, 2016

JULIETA i ZAGUBIONA AUTOSTRADA (16 NOWE HORYZONTY)


Dzięki Almodovarowi wielu polskich artystów (i widzów) nauczyło się kiedyś, jak niewiele czasem od kiczu do sztuki. Hiszpański reżyser używał emocji melodramatu obficie w swoich najlepszych filmach i zawsze trafiał w serce, potrafiąc zaintrygować również intelekt. Właściwie jedno i drugie stawało się jednym podczas doświadczania tych więcej niż kilku arcydzieł i dzieł, jakie się Almodovarowi (i widzom) zdarzyły.

Ale najnowsza 'Julieta' tego szlifu już nie ma. Próba zekranizowania kompletnie niepasujących do poetyki Almodovara opowiadań Alice Munro to chyba największa porażka w filmografii Hiszpana (OK - 'Skóra, w której żyję' to mocna konkurencja w tej kategorii). Emocji malutko, fabuła przewidywalna, makabrycznie tym razem dosłowna muzyka towarzysząca niby zwrotom akcji, takie sobie role (wyjątkiem Rossy de Palma i Inma Cuesta). I ta namolna sugestia płynąca z ekranu, żebyśmy może poszukali niuansów w błahej opowieści o matce i córce, winie i karze, losie powtórzonym. Niuanse u Almodovara to my znajdowaliśmy nieraz, ale w powodzi, sztormie, w ogniu nieoczekiwanych wydarzeń, w południowej temperaturze napięć. Tutaj się nudzimy. No dobrze, ja się nudzę. Koleżanka recenzentka stwierdziła, gdy użyłem przymiotnika 'słaby' w odniesieniu do 'Juliety': 'bo nie jesteś kobietą'. Czyżby to rzeczywiście było babskie kino? I czy to komplement?

Ciekawsze od głównego są wątki z tła. Postać rzeźbiarki Avy (co ma symbolizować falliczny bożek jej autorstwa?) znacznie wydaje się ciekawsza od bohaterki tytułowej, bardziej interesująca jest relacja między rodzicami Juliety, niż biografia dziewczyny, która się zakochała w pociągu w pewnym Xoanie, też kochającym, nie do końca wiernym rybaku. Oglądałem ten film, momentami zadając takie pytanie: po co pan, panie Pedro, chce być nasyconym kolorami Bergmanem? To nie pański świat, nie pańskie buty. Zagadnięty pomiędzy seansem a seansem znany polski reżyser, bywalec Nowych Horyzontów, nazwał 'Julietę' nieporozumieniem i szmirą. I coś w tym, niestety, jest. Czytajcie Munro zamiast oglądać Almodovara w tej wersji.

Tak mi się zaczął szesnasty festiwal T Mobile Nowe Horyzonty. Słabo, ale i tak uwielbiam klimat tej imprezy, bezpośredniość, uśmiechy i chęć rozmowy obcych sobie osób połączonych oglądaniem tych samych filmów. Nie ma tego żaden inny wrocławski festiwal.

Po 'Juliecie' pobiegłem na 'Zagubioną autostradę' do NFM-u. O operze na podstawie filmu Lyncha na razie (a może i na zawsze) mam do powiedzenia mało. Muzycznie brzmi intrygująco, co orkiestra pewnie cyzelowana przez Marzenę Diakun oddała idealnie w akustycznym ogrodzie rozkoszy przy Placu Wolności. No ale istnieje płyta i można sobie posłuchać bez wychodzenia z domu (na dobrym sprzęcie efekt podobny). Doskonała była - wokalnie, interpretacyjnie i aktorsko - Barbara Kinga Majewska. To sporo, bo prawdziwy diament, lecz nie przyszedłem na recital. Więcej mi po tym wieczorze nie zostanie w głowie. Przeszarżowane role (szczególnie nieudany Mr Eddie Davida Mossa), nijakie libretto, przeciętne rozwiązania sceniczne, zero niepokoju, jakim tchnął pierwowzór. Jeśli robić z filmu teatr, to sama nowa ścieżka dźwiękowa nie wystarczy. Trzeba dużo, dużo więcej.

Jutro kolejne filmy i - jak to na Horyzontach - ryzyko wyboru. To też uwielbiam.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
---------------------------------
JULIETA, reż. Pedro Almodovar (kino Nowe Horyzonty, sala 1, rząd V, miejsce 9; ZAGUBIONA AUTOSTRADA, reż. Natalia Korczakowska (Narodowe Forum Muzyki, sala główna, rząd VII, miejsce 7; 16 MIędzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty, 21 lipca 2016  

Sunday, May 22, 2016

37 Przegląd Piosenki Aktorskiej


1. Trzonem tegorocznej edycji Przeglądu miały być trzy koncerty specjalne, opowiadające historie wrocławskie. Powiodły się, choć nie w pełni. Po BUDORIGUM zostanie nam - wrocławianom - sporo zabawnych, aluzyjnych anegdot i doskonałych wykonań, ale nie wiem, na jak długo. To było pełne uciechy widowisko, szybko jednak ulatniające swój kabaretowy czar. Nie czepiałbym się, gdyby Formacja Chłopięca Legitymacje występowała częściej, lecz po 11 latach, po przeglądowej gali oczekiwałem trochę więcej. Mimo to daję piątkę.

Najwyżej z całego tryptyku oceniam jednak A. w reżyserii Wiktora Rubina, pomyślane zupełnie inaczej. Muzyka T'ien Lai na dziedzińcu Arsenału zabrzmiała wyjątkowo, a sam koncert celował raczej w naszą wewnętrzną aurę niż w intelekt. Efekt: bardzo nowoczesny, pod skórę wdzierający się zestaw spójnych songów o uniwersalnym wymiarze. Na szóstkę z minusem (bo, niestety, czasem nie było słychać tekstów).

Spektakl kresowo-easternowy (3:10 DO YUMY) miał szansę, aby stać się tą wieńczącą festiwal galą (bo co to za gala, która zaczyna PPA). Ale chyba z powodu szybkości pracy i braku czasu na przygotowania wyszła połówka. Z bardziej lub mniej udanymi występami. Zamiast wzruszającej opowieści rekapitulującej powojenne dzieje miasta i jego napływowych mieszkańców dostaliśmy tej opowieści próbę. Obiecującą, niespełnioną. Z niezrównaną Beatą Fudalej (i potem długo nic). Na czwórkę.

2. Na czwórkę oceniam koncert finałowy z przedwojennymi hitami. Szanuję wizję Natalii Korczakowskiej, by przenieść tamte harmonie w czasie i przestrzeni, ale nie odczułem pod hełmem i kombinezonem scenicznych kosmonautów emocji. Mimo znakomitych aranżacji (Adam Lepka) jakoś te poszczególne propozycje (choć świetnie zaśpiewane) przelatywały przez uszy, a scenograficzno-scenariuszowe spoiwo wyprało też wartość tamtych przebojów może największą: wdzięk.

Za to konkurs aktorskiej interpretacji piosenki mógł się naprawdę podobać. Do tego stopnia, że my, dziennikarze, mieliśmy ogromny kłopot z podjęciem decyzji, kto ma otrzymać przez nas przyznawanego Tukana. Podobali się właściwie wszyscy laureaci-finaliści i nie byłoby żadnego ale, gdyby wygrał ktoś inny. Poziom wysoki, pomysły ciekawe, konkurs - jak widać - na dobre odżył. Jurorzy wskazali na Artura Caturiana, dziennikarze na Adama Turczyka, publiczność na Ewę Prus. Trudno o trafniejsze rozwiązania.

No właśnie, publiczność. Bywała zdezorientowana. Wybierając Ewę Prus, zdaje się, zasugerowała dyrektorowi Ceziemu Studniakowi, by nie zapominał o przeglądowej tradycji, o tych tzw. długich sukniach, które są na tym festiwalu potrzebne, bo to nie powinien być tylko festiwal dla młodszych. EUROPEJCZYCY to trochę za mało dla starszych bywalców PPA (brytyjski cover band Beatlesów okazał się nieporozumieniem).

3. Ale też trzeba powiedzieć, że Studniak to dyrektor odważny, dzięki czemu zobaczyliśmy we Wrocławiu genialny spektakl TR Warszawa pt. NIETOPERZ Kornela Mandruczo (część widzów wychodziła z niego właśnie z powodu dezorientacji). To mój prywatny nr 1 tegorocznego przeglądu. Nie widziałem jednak mocno oklaskiwanego Benjamina Clementine'a ani JERUSALEM Jordiego Savalla (choć znam ten projekt z płyty), nie udało mi się posłuchać Lior Schoov (jak pisze moja radiowa koleżanka 'absolutnie zachwycającej'). Z przyjemnością wspominam za to amerykański duet Faun Fables i ich serdeczną bezpretensjonalność przy zachowaniu wysokiej jakości wykonawczej wraz z czymś, co nazwałbym podejściem amatora. 'Karuzela z Madonnami' w ich wersji kołacze mi się ciągle w głowie.

Pokazał się z bardzo dobrej strony ubiegłoroczny zwycięzca konkursu Maciej Musiałowski. W monodramie pt. BOHATER ujawnił to, o co nie tylko go podejrzewaliśmy, wręcz byliśmy pewni, że mamy w mieście sceniczną Osobowość. I rzeczywiście. Maciej wyszedł z pozytywnym przekazem, domagając się w imieniu bohaterów (nie jedynie literackich) więcej luzu, uśmiechu, pomyślniejszych losów (fantastyczny pomysł autora Michała Pabiana). Zamiast pakować nas w kabałę depresji, cierpienia czy samobójstwa - dajcie nam kawał tekstu niosącego ludziom otuchę. O TAK!

4'12" i koniec. No a na zwieńczenie 37 PPA zobaczyliśmy ponad czterominutowy performans Agaty Dudy-Gracz, która wprawdzie zasłużenie otrzymała dyplom mistrzowski, stając się członkinią Kapituły im. Aleksandra Bardiniego, ale tą akurat propozycją nie zachwyciła. To, co zrobili artyści zaproszeni do 4'12" I KOŃCA, spokojnie wykonaliby statyści pod wodzą Takiej reżyserki. Przesłanie, owszem, czytelne: niczego się z historii Europy kolejne pokolenia nie uczą, depcząc Ideały w imię własnych idei, zabijając niepokornych, innych, nie naszych. Ale nie robiła ta seria ezgekucji do muzyki Leszka Możdżera i wystrzałów z pistoletów, karabinów wrażenia. I wcale nie dlatego, że jesteśmy na zbrodnie dziś nieczuli. Przeciwnie. Jesteśmy czuli, tylko chcemy od teatru niosącego podobną wiadomość czegoś więcej niż show. Więcej ugrałoby ustawienie jednej dramatycznej sceny - jako stopklatki - i przeczekanie jej przez 4 minuty, by przez 12 sekund obserwować, jak postaci padają na scenę od wystrzałów. Może udałoby się wtedy poczuć więź z ofiarami.

Oczywiście, nie widziałem wszystkiego, ale: 37 Przegląd Piosenki Aktorskiej to edycja bardziej niż udana, nadaktywna pod względem ilości wydarzeń, lecz trzymająca wysoki poziom. Czy przegląd powinien zostać w majowym terminie? Sądząc także po funkcjonującej przy Teatrze Muzycznym Capitol estradzie plenerowej, zdecydowanie TAK.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
37 Przegląd Piosenki Aktorskiej, Wrocław, 2017. Ocena (w skali 0-6): 5

Wednesday, May 4, 2016

TRUDNY WYBÓR NOWEGO DYREKTORA OPERY WROCŁAWSKIEJ

Można by rzec: i wszystko wiadomo. Że konkurs został rozstrzygnięty i nowym dyrektorem Opery Wrocławskiej zostaje Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Ale to na razie jedynie rekomendacja komisji konkursowej. Jedynie?

Ostatnie słowo należy do zarządu województwa. Zarząd nie musi się zgodzić z decyzją komisji - to nawet dość częsta praktyka. Bywa i tak, że to ostatni w postępowaniu konkursowym na koniec wygrywa. Oczywiście, taka sytuacja zawsze rodzi wątpliwości. Dlaczego nie postawiono na kandydata komisji, której członkowie byli przy tzw. przesłuchaniach, mieli więc okazję na rozmowę, dodatkowe pytania do złożonego na piśmie planu artystyczno-finansowego, na bliższe poznanie osoby mającej kierować tak ważną dolnośląską instytucją, jak Opera Wrocławska. Kwestii zdobytego podczas rozmów zaufania nie da się nie docenić.

Ale też można zrozumieć ewentualne różnice zdań co do wizji operowej przyszłości, zwłaszcza w momencie, gdy z dyrektorskiego fotela odchodzi jedna z najważniejszych osobowości tutejszej kultury ostatnich kilkudziesięciu dekad. Zaakceptować zatem werdykt komisji (byli w niej przedstawiciele Urzędu Marszałkowskiego) czy jeszcze się wahać? Odpowiedzialność za sukces lub porażkę spada na zarząd, nie komisję.

W kategoriach sportowych w większości dyscyplin wynik 5:4 (tak rozłożyły się głosy komisji) jest ostateczny i klarowny, w kategoriach artystyczno-kulturalnych niekoniecznie. Przyjrzyjmy się finałowym kandydatom.

Ten, który teoretycznie wygrał: Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Dyrygent z dorobkiem, nagraniami, znaczącymi osiągnięciami, laureat srebrnej Glorii Artis, doktor habilitowany. Wieloletni szef naczelny i artystyczny filharmonii w Białymstoku, to on doprowadził do powstania Opery i Filharmonii Podlaskiej - Europejskiego Centrum Kultury. W środowisku bardzo ceniony za śrubowanie poziomu orkiestr, za pamięć o muzycznej edukacji. No ale z powodu konfliktu ze współpracownikami musiał się z Białymstokiem pożegnać. Chciał za bardzo? W sądzie pracy wygrał proces o niesłuszne odwołanie. We Wrocławiu jako kierownik muzyczny zrealizował jeden tytuł: nieźle przyjetego EUGENIUSZA ONIEGINA. Ma poczucie humoru, nie stroni od scenicznych żartów, potrafi na koncercie zaśpiewać. Podobno ma poparcie Ewy Michnik.

Ten, który teoretycznie przegrał: Tomasz Janczak. Tenor, reżyser, dyrektor artystyczny Filharmonii Sudeckiej, były szef artystyczny Teatru Muzycznego w Lublinie. Wiele ról zaśpiewanych w Lublinie i na innych scenach, w Polsce i Europie, realizator superprodukcji operowych. Doktor wokalistyki, absolwent wrocławskiej Akademii Muzycznej, śpiewał w Teatrze Muzycznym - Operetce Wrocławskiej, w Operze Wrocławskiej występuje w udanym aktorskim przedstawieniu pt. KWARTET (wraz z żoną Elżbietą Kaczmarzyk-Janczak). Od początku było wiadomo, że jeśli zostanie dyrektorem, pomagać mu będzie (w roli dyrektor artystycznej) Aleksandra Kurzak - jedna z najbardziej znanych w świecie i rozchwytywanych polskich sopranistek. Wrocławianka. Zatem tę kandydaturę trzeba rozpatrywać jako duet.

I którą z opcji by Państwo wybrali?

Trudny orzech do zgryzienia. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że urzędnicy marszałkowscy byli w komisji za wyborem duetu Kurzak-Janczak, ministerialni poparli Nałęcz-Niesiołowskiego. Z tym też podczas dyskusji przed ostateczną decyzją zarząd województwa będzie się musiał liczyć. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego współprowadzi (czyli współfinansuje) operę. Marcin Nałęcz-Niesiołowski to opcja bardziej elitarna, gwarancja jakości. Tomasz Janczak stawiał w swojej twórczości operowej na dzieła - powiedzmy - lżejsze, popularne. Aleksandra Kurzak sprawdza się w różnym repertuarze, na najlepszych scenach świata z Metropolitan Opera na czele, ma znajomości, jej mężem jest słynny śpiewak Roberto Alagna. Oboje ciągle ewentualni dyrektorzy wystąpili w ubiegłym roku na koncercie DWA ŻYWIOŁY. Z wałbrzyską orkiestrą w Hali Stulecia śpiewali Aleksandra Kurzak z Krzysztofem Cugowskim, pod dyrekcją Tomasza Janczaka - pomysłodawcy wydarzenia.

Nie zazdroszczę wyboru. Czy decydujemy się na rozwiązanie może pewniejsze i bezpieczniejsze (Nałęcz-Niesiołowski), czy dajemy trzyletnią szansę bardzo intrygującemu tandemowi? Hm.

Cóż, zarząd sam sobie winien, bo w przypadku takich instytucji, jak Opera Wrocławska, w chwilach szczególnie znaczących - po ponad dwudziestoletniej dyrekcji Ewy Michnik - nie trzeba koniecznie ogłaszać konkursu. Trzeba mieć na następcę pomysł. A są ludzie, którzy mogli w tej sprawie pomóc. Niestety, w komisji nie zasiadali.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Tuesday, May 3, 2016

POŁAWIACZE PEREŁ (Opera Wrocławska)


Mam problem z POŁAWIACZAMI PEREŁ w wersji Waldemara Zawodzińskiego. Nie mam żadnych zastrzeżeń do POŁAWIACZY PEREŁ w wersji Ewy Michnik.

Świetnie zagrana i zaśpiewana całość (no, może można było orkiestrę poprowadzić ciszej w scenach, gdy soliści są głębiej na scenie) ma pewne braki i irytacje inscenizacyjne. Moim zdaniem. Publiczność - w wielkiej większości - była zachwycona.

Co to za braki?

Przede wszystkim to, co dolegało też przebojowym OPOWIEŚCIOM HOFFMANA. Czyli umowność. Tam w trzecim akcie Zawodziński przypiął tancerkom paryskiego kabaretu sztuczny biust (bo przecież nagiego biustu w polskiej operze być nie może), tu zaaranżował scenę niby-gwałtu przez ubranie. Nie wierzę, że w teatrze dramatycznym zrobiłby to samo. W teatrze dramatycznym widzowie by się śmiali. W operze... wyciągali głowy, szeroko otwierając oczy i pytając towarzyszy: co się dzieje. To ważna scena, znacząca dla odbioru postawy bohaterów, a zostajemy w niepewności. Był gwałt czy tylko przystawianie się? Zbytnia umowność i symboliczność we współcześnie wystawianej operze, w mieście na wskroś kulturalnie europejskim, nie powinna się zdarzać. Albo, albo. Niech wreszcie trochę realizmu, trochę życia w te operowe złocenia ktoś tchnie.

Po drugie, właśnie złocenia. Czyli kostiumy (Małgorzaty Słoniowskiej). Nie mam pojęcia, jak ubierali się poławiacze pereł na cejlońskiej wyspie, ale dziwnie przypominali bojarów z BORYSA GODUNOWA. I te długie płaszcze solistów... Trochę więcej wyobraźni, please.

Po trzecie, sztampa. Jeśli się widziało sceny zbiorowe (z chórem) w BORYSIE GODUNOWIE (poprzedniej realizacji Waldemara Zawodzińskiego przy Świdnickiej) i porówna się je z tym, co wykreowano tym razem, hm, widać różnicę? Podobne jest myślenie o scenicznej przestrzeni, a naprawdę od TAKIEGO inscenizatora chciałoby się nie tyle więcej, co inaczej.

Nie zdobył mojej uwagi balet. Nie olśniła ani choreografia (Janina Niesobska), ani jej wykonanie. Doceniam intencje i starania, sięganie po różne taneczne tradycje, lecz tym razem wyszło poprawnie, nie błyskotliwie. Również technicznie.

I jeszcze jedno: nie trzeba tak precyzyjnie dogrywać ruchu do muzycznych fraz. To trąci zaledwie rzemiosłem.

Ale poza tym:

Wokalnie było znakomicie!!! To wspaniałe przeżycie posłuchać  Sang-Jun Lee (Nadir - piękny głos, rewelacja wieczoru), Mariusza Godlewskiego (Zurga - Godlewski to od kilku sezonów pewniak), Makariya Pihury (mocny Nurabad) i Joanny Moskowicz (Leila). Ich partie-role musiały przekonać każdego. Najtrudniej miała Joanna Moskowicz, bo suspense, z jakim oczekujemy pojawienia się kapłanki, jest spory, a akurat dla tej postaci Bizet nie okazał się zbyt łaskawy w melodie. Dotrzymać kroku mężczyznom, których arie same się słuchają - zadanie podwójnie niełatwe. Leila to postać kluczowa, trzeba ją zinterpretować i zaprezentować zmysłowo, wydobyć i prostą dziewczynę wciągniętą w los kapłanki-dziewicy, i drzemiącą (wybuchającą) w niej kobietę, która kocha i pożąda. Wrocławska sopranistka dała radę, nie tylko w koloraturach, nie tylko śpiewając leżąc, połowę spektaklu grając boso. Szkoda, że tak rzadko widzimy ją w premierowych spektaklach. Częstsze pojawianie się śpiewaczki podczas pierwszego wieczoru = większa pewność siebie.

Atutem POŁAWIACZY PEREŁ jest takie potraktowanie miłosnego trójkąta, jakie chyba wcześniej nie wybrzmiało w podobnie przekonujący sposób. Miłość i przyjaźń rzadko w historii opery i literatury są sobie wierne. Tu tak się dzieje, w poświęceniu znajdując ofiarę i ukojenie.

Na osobne uznanie zasługuje operowy chór, potrafiący - dowodem to przedstawienie - wszystko.

Jednym zdaniem:

Na POŁAWIACZY PEREŁ pójść warto dla muzyki, śpiewu i dla nieoczywistej historii. Nie pożałujecie, mimo wątpliwości.

Ocena (0-6): 4,5

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
......................................
G. Bizet POŁAWIACZE PEREŁ, reż. W. Zawodziński, kier. muz. Ewa Michnik, Opera Wrocławska, 30 kwietnia 2016, balkon I, rząd 2, miejsce 10

Thursday, April 21, 2016

Silesius dla Kornhausera



W maju na corocznej gali laury za całokształt twórczości odbierze Julian Kornhauser. Tak zdecydowali jurorzy Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. To naprawdę znakomity wybór. Wzruszające wiersze. Tak, przede wszystkim wzruszające. Przypomnijcie sobie: 'Moja kochana mama', a nawet 'Moja żona śpi, Iljiczu' z Leninem wychodzącym na palcach z pewnego domu. Albo 'Było minęło' o szczelinach pomiędzy. A wiersz 'Księgarnie'? 'W księgarniach nie ma już duszy', ale 'książki/ogrody zapuszczone złe z kłującymi kolcami głogów/wchodzę w nie ryzykując/i pożera mnie dziki śpiew stronic'. Jest w poezji Kornhausera sporo z Różewicza, pobrzmiewa Herbert (nie może być inaczej w przypadku Nowej Fali), jest też ten 'dziki śpiew', który z poety tworzy artystę, żeby nie powiedzieć pisarza i Człowieka. Pisze Kornhauser: 'Jestem tu na swoim miejscu,/choć daleko od siebie'. Tak się już dzisiaj, niestety, nie pisze i nie wie się tyle o świecie i sobie, o 'zjadaczu kartofli'. Czytajcie Kornhausera, nie pożałujecie./GCH