Saturday, September 26, 2020

LAZARUS (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)



Piękny spektakl! Pełen świadomości, co robi z człowiekiem (kosmitą też) nasz świat, a jednak młodzieńczy. Gdy niezrównany Marcin Czarnik (Newton) mówi bezpretensjonalnie o nadziei, którą poczuł wraz z pojawieniem się wyimaginowanej Dziewczyny (bardzo dobra rola Klaudii Waszak), czujemy się niemal nastolatkami. A finałowa scena - tak, wiem, melomusicalowa - dodaje przedstawieniu jeszcze jeden przymiot-nik. Bo to cholernie potrzebny spektakl dziś. Kiedy zwycieżają autorytaryzmy, a my niby ślepi nie jesteśmy, a przecież nie widzimy, żyjemy jakoś, godzimy się na pustki, osamotnienia, wieczną tęsknotę, wyjałowienie. Bez zauważania tła, marginesów, ograniczeni i uśmierzeni. Oczywiście, sprawy są znacznie bardziej skomplikowane niż w scenariuszu Walsha/Bowiego, w końcu - mimo edukacji, kultury, cywilizacji - liczy się wybór większości. Ale ten na indywidualne myślenie, czucie, wiarę i decyzje nie musi mieć wpływu. My rzeczywiście możemy być heroes choćby przez chwilę, choćby we śnie. To już coś, co może dać dużo więcej po przebudzeniu. 

Są w spektaklu Capitolu wyraźne sygnały  wielkich tematów gorących. Najwyraźniej brzmi (a raczej się wizualizuje multimedialnie) migracyjny, bo łatwo sobie wyobrazić siebie/ludzkość za czas jakiś, kiedy będzie zmuszona szukać nowych lądów, nowej planety z powodów klimatycznych, a może i atomowych. Wtedy Polak stanie się Syryjczykiem. Amerykanin też. No i Węgier. Ale 'Lazarus' to również opowieść intymna, osobista, małżeńska, tożsamościowa, męska, gejowska, kobieca (kolejna znakomita rola Ewy Szlempo, wyrastającej na jedną z najciekawszych osobowości polskiego teatru muzycznego). Można to dzieło analizować i rozkładać na wątki. Zauważać poszczególne sceny, dźwięki, rozwiązania (Maćko Prusak idalnie rozegrał ruch w synchronicznym duecie Ewy ze scenicznym mężem, udanie debiutującym w Capitolu Albertem Pyśkiem). Mnie urzeka w 'Lazarusie' całość, dojrzały namysł nad światem i niezatracenie owej młodzieńczej siły nadziei, a raczej marzenia. I - owszem - przesłanie tak wyrażone może się wydać oczywiste, powtarzalne, nieodkrywcze. Lecz przekonacie się - oglądając spektakl - że daje się jeszcze we współczesnym teatrze zrobić coś naprawdę, otwarcie, nienaiwnie, rzemieślniczo wybitnie, artystycznie cudownie, gdzie Szatan zbiera żniwo, upokarza, zabija miłość (i Konrad Imiela w tego Szatana w dublurze za Ceziego Studniaka celnie się wciela), a jednocześnie zawsze życie, trwanie, wiosna przychodzi, śpiewa. 

W 'Lazarusie' wszyscy wykonawcy śpiewają świetnie, muzycy grają fantastycznie, nie ma tutaj musicalowych swad i spłaszczeń, kompozycje Bowiego zostają w większości wiernie odtworzone. I nie może to być tym razem zarzut, bo to przecież najlepsze co z tak doskonałymi piosenkami powinno się robić. Z początku zastanawiałem się nad zostawieniem w songach języka oryginału (dialogi są polskie), i to bez tłumaczących napisów, po pół godzinie przestałem, wchodząc w relacje bohaterów ze sobą i światem. Skoro tak to działa, OK. Trafna - choć zapewne niełatwa w podjęciu - strategia. Mirek Kaczmarek (scenografia, kostiumy, światło) przypomina, że jest w swoich fachach mistrzem, a Jan Klata wraca do Wrocławia w formie wręcz arcymistrzowskiej. Jest sztuką zrobienie spektaklu według licencji, a z siebie. Lazarusowa licencja na pełne poważnej refleksji, nie ckliwości, wzruszenie prowadzi do najbardziej od kilku lat zasłużonych stojących wrocławskich owacji. 

Jeszcze raz: piękny spektakl!

[0-6] > 6
GCH
........
26 września. rząd IX, miejsce 1

Thursday, September 3, 2020

Jacek Głomb musi odejść? Albo uchwała nr 2531/VI/20


Nie wiem, czy Państwo w to uwierzą, ale zapewniam, że to fakt: Zarząd Województwa Dolnośląskiego podjął 27 sierpnia uchwałę (nr 2531/VI/20) o zamiarze przeprowadzenia konkursu na stanowisko dyrektora Teatru Modrzejewskiej w Legnicy. Aktualnemu dyrektorowi Jackowi Głombowi kończy się w przyszłym roku kontrakt, zgodnie z prawem urząd musi ogłosić zamiar konkursowy w roku poprzedzającym etc. Musi, ale nie powinien. Musi, ale może tego nie robić. Musi, ale gdyby tego nie zrobił, okazałby się zarządem, który chce w końcu z rozumem zarządzać dolnośląską kulturą. Tymczasem dał właśnie znak, że niekoniecznie.

Nie mógł się Legnicy trafić lepszy dyrektor teatru, to wiedzą wszyscy, którzy odrobinę się na kulturze znają. Nie znajdą Państwo osoby mającej inne zdanie, a zajmującej się polskim teatrem. I można by tu wyliczać liczne sukcesy Drużyny Modrzejewskiej z okresu 26 lat dyrekcji Jacka Głomba, może trzeba by o nich przypomnieć, skoro Cezary Przybylski – marszałek odpowiedzialny od pewnego czasu w zarządzie za kulturę – pozwala na uchwałę nr 2531. Piszę: pozwala, bo nie wierzę, że chce zmiany szefa legnickiego teatru. Mam nadzieję, że dla koalicyjnego spokoju tę uchwałę przyjęto i nic z konkursu nie wyjdzie. Nie, nie będę dziś streszczał sagi z Modrzejewskimi osiągnięciami, odsyłam do analiz, felietonów i wywiadów łatwych do znalezienia w Internecie. Moja jubileuszowa rozmowa z dyrektorem Głombem TUTAJ.

No właśnie: jubileuszowa… Z Jackiem Głombem nigdy nie rozmawia się historycznie (mimo że już jest postacią historyczną i zapewne będzie kiedyś w Legnicy ulica Głomba), on zawsze od 26 lat myśli naprzód, o czymś kolejnym, nowym, gasi pożary finansowo-kwarantannowe, a w głowie ma teatr za chwilę, nie tylko teraz. Można się nie lubić, nie zgadzać z wizją, mieć za złe jakiś spektakl, małostkowo mścić się za krytykę i opozycję, można, ale po co? Przecież szefowanie Głomba w niczym dzisiejszej władzy nie zaszkodziło, żaden ‘Hymn narodowy’ ani ‘Popiół i diament’. Takiego dyrektora się nie wymienia konkursem, którym najczęściej ostatnio w naszych realiach rządzi przypadek albo polityczne animozje. Od razu Państwu z zarządu województwa to powiem: nikt poważny się do ewentualnego konkursu nie zgłosi, wybieralibyście spośród kandydatów bezsensownych. Ludzie kultury już dziś to wiedzą, posłuchajcie nas chociaż raz. Nie słuchaliście w sprawie Teatru Polskiego we Wrocławiu, nie popełniajcie tego błędu przy okazji Legnicy.

Uprzedzając typową argumentację: konkurs jest po to, by procedury były transparentne, by wszyscy mieli równe szanse i możliwości. Taka będzie pewnie linia urzędu. Z obowiązkowym dodatkiem: dyrektor Głomb może się również zgłosić. Tak, tak, przerabialiśmy to nieraz. Jan Klata, były szef Starego Teatru w Krakowie (nomen omen: imienia Heleny Modrzejewskiej), mógłby co nieco o tym opowiedzieć. Albo na przykład, na świeżo, Dorota Ignatjew z lubelskiego Osterwy. Wiemy to doskonale: konkurs ogłasza się po to, by się kogoś pozbyć. Powołali Państwo dzisiejszych dyrektorów Teatru Polskiego we Wrocławiu bez konkursu, prawda? Zostawcie sobie zatem wymówkę o transparentności i konkursowości w szufladzie z napisem: nie wyjmować do końca sejmikowej kadencji.

Do tej samej szuflady niech trafi uchwała nr 2531/VI/20. Jeśli jeszcze tam nie trafiła.

GCH

Wednesday, July 29, 2020

ENL w ESK (Europejska Noc Literatury w Europejskiej Stolicy Kultury)

Taka informacja o najnowszej edycji:  

We wtorek organizatorzy wydarzenia ogłosili nazwiska pierwszych gości tegorocznej edycji ENL. Wśród aktorów, którzy przeczytają fragmenty wybranych dzieł literackich znaleźli się Eliza Rycembel, która na koncie ma role w takich filmach jak „Boże Ciało” Jana Komasy czy „Nina” Olgi Hajdas”; Jarosław Boberek, który ostatnio znany jest także jako aktor dubbingowy - wystąpił m.in. w takich animowanych produkcjach jak „Shrek”, „Madagaskar” i „Epoka lodowcowa”, oraz Andrzej Zieliński znany m.in. z filmów „Chłopaki nie płaczą” „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” czy „Ziarno prawdy". Kuratorem 9. odsłony wydarzenia jest dziennikarz literacki i pisarz Max Cegielski. (radiowroclaw.pl)

Mam od paru lat mieszane uczucia dotyczące tego wydarzenia. Wrocław je finansuje, a występują tzw. gwiazdy z Warszawy. Kuratorami są też przyjezdni. Jaki to ma sens w mieście, które było Europejską Stolicą Kultury? To jest przykład myślenia europejskiego - powiedzą jedni, ja jednak skłaniałbym się ku temu, że to przykład myślenia zaściankowego. Nie mam nic przeciwko zapraszaniu gości, wspaniale było usłyszeć Magdalenę Cielecką czytającą kiedyś Shakespeare'a w Katedrze Marii Magdaleny (to był akurat 2016), ale proporcje się nam chwieją. Niech gościnni lektorzy będą w mniejszości (jako dodatkowy magnes), przeważać powinni tutejsi artyści. Już nie mówię o kosztach (zakwaterowanie, gaże etc.), choć w sytuacji epidemicznych zawieszeń działalności teatrów to szczególnie ważne (wsparcie by się artystom przydało). Mówię o rodzaju myślenia. Wrocław to brzmi dumnie, nie prowincjonalnie. W ubiegłym roku nie było ani jednego/ani jednej aktora/aktorki stąd. No i kuratorów u nas też byśmy znaleźli natychmiast. Naturalnym wyborem na ten rok byłaby zresztą nasza Noblistka. Nie wiem, czemu organizująca ENL Strefa Kultury tak marnie w swoją stołeczność kulturalną wierzy 4 lata po ESK.

GCH

Aktualizacja: ENL się odbyła i proszę mi powiedzieć, w którym z dolnośląskich teatrów występują albo w którym mieście w regionie mieszkają: Anna Dziewit-Meller, Grzegorz Małecki, Jarosław Boberek, Krzysztof Czeczot, Eliza Rycembel, Anna Dereszowska, Krystyna Czubówna, Magdalena Popławska, Andrzej Zieliński, Andrzej Konopka (to już cały zestaw czytających)? 
Albo może proszę o odpowiedź na takie pytania:
1/ Czy w Strefie Kultury Wrocław uważa się, że we Wrocławiu nie ma dobrych aktorów?
2/ Czy w Strefie Kultury Wrocław myśli się o widzach Europejskiej Nocy Literatury, że przyjdą tylko i wyłącznie na znane z TV twarze? Że nie chodzi tu o literaturę, lecz o... event?

Monday, June 8, 2020

Teatr Polski we Wrocławiu: Likwidujemy "Dziady". Tylko: Czemu teraz?



Zastanawia mnie moment decyzji nowej dyrekcji Teatru Polskiego we Wrocławiu o zdjęciu z afisza „Dziadów”. Decyzji podjętej ze świadomością, że Publiczności Teatru Polskiego prawie udało się zorganizować festiwal wokół tego dzieła, po negocjacjach z Urzędem Marszałkowskim naszego województwa i miastem Wrocław. Po co robić to teraz? W dokumencie datowanym na 3 czerwca „Dziady” znalazły się wśród spektakli przeznaczonych do likwidacji, usunięcia z repertuaru. Z jeszcze groźniejszą adnotacją: „zobowiązuję kierowników do podjęcia niezbędnych działań wynikających z decyzji, w tym w zakresie gospodarki materiałowej”. Czyli co: palimy, niszczymy, przekształcamy? Żeby już nikt nigdy nie mógł tych „Dziadów” reanimować? Bo teraz to ja decyduję, „po uzyskaniu pozytywnej opinii Rady Artystyczno-Programowej”. Oj, bardzo złych doradców ma dyrektor Polskiego, inicjując kolejną awanturę, nikomu dziś niepotrzebną.

Mickiewiczowskie „Dziady” po raz pierwszy i jedyny w historii światowego teatru właśnie we Wrocławiu miały swoją realizację bez skreśleń. Wystawiono cały tekst wieszcza, włącznie z przypisami. Spektakl szybko stał się rzeczywiście kultowym, na kilka czternastogodzinnych prezentacji całości szybko sprzedawały się bilety, było to święto teatru, jego artystów, pracowników i widzów. Docenione nie tylko w prestiżowym Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa” nagrodą główną, reżyserską i aktorską. Przedstawienie zbierało i inne laury, części I, II i IV oraz wiersz „Upiór” (grane jako osobny spektakl) pojechały na bezprecedensowe tournee do Chin. Z tej okazji ukazał się również pierwszy przekład naszego romantycznego arcydzieła poezji i dramatu na język chiński. Festiwal, organizowany z inicjatywy Publiczności Teatru Polskiego, miał być uroczystym pożegnaniem z tytułem i – co być może najważniejsze – czasoprzestrzenią profesjonalnej rejestracji wideo epokowego spektaklu, by zachować dzieło nie jedynie w pamięci pewnego pokolenia. Nie ma już w Teatrze Polskim większości głównych aktorów, wiadomo, że nie ma szans na regularną eksploatację ani całości, ani części. Czy można tak szlachetnej misji nie wesprzeć?
  
Okazuje się, że można. Od paru miesięcy władający teatrem duet dyrektorski, Jacek Gawroński i Jan Szurmiej, decyduje: zdejmujemy „Dziady”, co tam jakieś fanaberie festiwalowo-rejestracyjne. Mają prawo, owszem, wybierać tytuły do istnienia w repertuarze ich sceny, lecz czy to jest akurat właściwy moment na tak ostateczny wyrok? Gdy mamy pandemię, więc wszelkie masowe, wielkoobsadowe widowiska i wydarzenia są zamrożone. Igrzyska olimpijskie przesunięto o rok, czy nie byłoby właściwie, a nawet po prostu przyzwoicie, poczekać na rozwój sytuacji? Uważam, że to najlepsze wyjście, ciągle zresztą możliwe. Choćby jeszcze rok przetrzymania scenografii nikogo nie zbawi, nic nikomu nie zabiera i nie szkodzi. Na miejscu dyrektorów poczekałbym nawet dłużej, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie mówimy o jakimś spektaklu, lecz – także z dzisiejszej perspektywy – najważniejszym wydarzeniu artystycznym i około artystycznym we Wrocławiu w ostatniej dekadzie.

A jeśli już dyrektor Jacek Gawroński, wraz z dyrektorem Janem Szurmiejem i Radą Artystyczno-Programową uprą się, aby „Dziady” znikły z Teatru Polskiego, czy to z powodów ekonomicznych, czy programowych, to rozważmy jeszcze jedną opcję. Nie niszczcie scenografii i dokumentacji, sprzedajcie je. Ja bym to zrobił za przysłowiową złotówkę, ale można też podać wyższą cenę. Chętnie wpłacę cegiełkę w zbiórce społecznej. Państwo pewnie także. Po to, by – miejmy nadzieję za rok – przypomnieć sobie, że we Wrocławiu (i w przeżywającym teraz artystyczny kryzys Teatrze Polskim) powstawały wspaniałe dzieła, które trzeba ocalić od przysłowiowego zapomnienia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Tuesday, May 19, 2020

OSTATKI JANA STANISŁAWA WITKIEWICZA (Wydawnictwo Iskry)


O swojej książce sam pisać nie będę, więc poniżej znajdą Państwo wstęp i spis treści, by wiedzieć czego się spodziewać. To owoc rozmów z bardzo ciekawym człowiekiem, a także - w drugiej części - rezultat jego pasji do muzyki i kultury. Na okładce portret autorstwa Hanny Bakuły.

WSTĘP
Nie pamiętam dokładnie w jakich okolicznościach i kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Janem Stanisławem Witkiewiczem. Na pewno było to we Wrocławiu, z pewnością dotyczyło spraw operowych, baletowych. Nigdy nie wiemy zresztą, co tak naprawdę staje się iskrą inicjującą takie międzyludzkie kontakty, że potrafią przetrwać kilkanaście lat. Tyle się z Janem Stanisławem Witkiewiczem znamy. Nie są to kontakty częste, ale – każdy to zna z autopsji – spotykamy w życiu nieliczne osoby, które od razu wydają się nam w jakiś sposób bliskie, i wcale nie musimy się regularnie widywać, by nie stracić więzi. Bohater tej książki sam się przyznaje do podobnej znajomości z pewną genialną tancerką i nauczycielką wielu pokoleń artystek i artystów z całego świata. Kiedy Jan Stanisław Witkiewicz napisał do mnie i zapytał, czy byłbym zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu do niniejszej książki, moja odpowiedź była jednoznaczna i natychmiastowa. Natomiast dziś – gdy książka jest już gotowa i znajduje drogę do Czytelników – mam jeszcze jedną refleksję na jej temat. Bo nie tylko wypowiada się w niej niezwykle interesująca osobowość, o ciekawym, bogatym, jednostkowym życiorysie i poglądach, lecz przeglądają się tu również czasy, wyjątkowe, przełomowe, no i… nasze. I możliwe, że chwilami oddadzą się Państwo nastrojom sentymentalnym, ale zapewne dominującą refleksją będzie owo odwieczne: jakim cudem, mimo upływu lat, tak niewiele się zmienia człowiek i świat. I na to pytanie chyba nie udzielimy tutaj satysfakcjonującej odpowiedzi. Proszę też nie brać dosłownie tytułowych „Ostatków” – na taki tytuł uparł się bohater – bo są to raczej ostatki karnawałowe, po których – jak wiadomo – przychodzi wiosna, lato, jesień, zima i znów mamy bal. Nad bale, jak pięknie pisała poetka. Będę szczęśliwy, mój rozmówca oraz autor drugiej części tego tomu także, jeśli czytając, poczują Państwo dreszcz porozumienia w choćby kilku istotnych sprawach, jakie porusza nasza książka. Życzę pobudzającej lektury!
Grzegorz Chojnowski    

SPIS TREŚCI
Wstęp
I O wszystkim oprócz poezji
II W Szwajcarii
III Powrót do Polski
IV Wiadomości Kulturalne
V Opera – moja pasja
VI Balet – moja miłość
VII Akt przedostatni: ludzie, miejsca, czas
Aneks
Dziennik muzyczny
Wywiady Jana Stanisława Witkiewicza
Indeks nazwisk



Thursday, April 30, 2020

TERESA KUJAWA (1927-2020)

fot. Wrocławska Księga Pamięci

Gdy Teresa Kujawa reżyserowała ‘Carmen’ w szczecińskiej operze, główna solistka Joanna Cortes zachorowała. Żeby oszczędzić i podreperować zdrowie śpiewaczki przed premierą, pani Teresa poleciła jej zostać w hotelu i nie przychodzić na próbę. Sama szczegółowo odegrała rolę Carmen, o czym długo opowiadali artyści. Zmarłą w tym tygodniu Teresę Kujawę wymienia się od lat w gronie najwybitniejszych twórców polskiego baletu.
Urodziła się w Bydgoszczy, debiutowała we Wrocławiu. Zanim została solistką tańczyła choćby mazura w ‘Strasznym dworze’, w parze z innym późniejszym wielkim Witoldem Grucą. Przez ładnych kilka dekad od lat 50. ubiegłego wieku zapisywała się artystyczna karta Teresy Kujawy w księdze baletu. Pisali o niej recenzenci: Ta sama Teresa Kujawa, która w trykotach była tylko jedną z licznych sprężynek w skomplikowanej budowli klasycznej, w roli Dziewczyny Połowieckiej narzuciła widzom nieprawdopodobny impet żywiołowości (Tomasz  Chrośnicki); Teresa Kujawa to nie tylko świetna tancerka, to także bardzo dobra aktorka, jej sposób chodzenia, poruszania wachlarzem, spojrzenia zza niego rzucane, jej cały taniec podporządkowany jest jednej myśli (Andrzej Kafliński).
Związana była z Operą Wrocławską (Dolnośląską), ale i z teatrami Łodzi, Poznania, Warszawy, Szczecina. Współpracowała również ze słynnym Leonidem Ławrowskim w Moskwie, parę lat spędziła w Paryżu. Na warsztat brała nie tylko klasykę, interesował ją taniec nowoczesny. W 2018 roku Opera Wrocławska powtórzyła jej znakomitą choreografię do ‘Exodusu’ Wojciecha Kilara w spektaklu ‘Wieczór polski’. Tych osiągnięć, także pedagogicznych, było mnóstwo, pani Teresa zmarła mając 92 lata. W wywiadzie udzielonym na początku lat 1980. w ‘Kobiecie i życiu’ mówiła: Zawsze czułam potrzebę wypowiedzenia się przez taniec, przez ruch, który mam teraz możność choreografować. Sądzę jednak, że gdyby moim przeznaczeniem było zostać pielęgniarką czy krawcową, tak samo zatraciłabym się w tych zawodach jak w sztuce tańca. Jako choreograf, mówiąc wprost, robię teatr i to nie dla siebie, ale dla innych.
Realizowała najpopularniejsze tytuły baletowej literatury, nie rezygnowała z prapremier (najważniejszą była chyba ‘Medea’ Juliusza Łuciuka w Polskim Teatrze Tańca i potem w TVP), ‘Halkę’ wystawiła w Paryżu i w Meksyku. Jej choreografie pojawiały się w przedstawieniach teatru dramatycznego, co mocno ceniła, twierdząc, że dzięki temu bogatsze są realizacje baletowe i operowe. W malutkim epizodzie Sąsiadki można ja zobaczyć nawet w filmie Sylwestra Chęcińskiego ‘Roman i Magda’. Pełnospektaklowym debiutem choreograficznym Teresy Kujawy był wrocławski ‘Spartakus’, w którym wystąpił jej mąż Franciszek Knapik, tancerz równie wybitny jak żona, zmarły zaledwie trzy miesiące przed nią, pochowany w Alei Zasłużonych Cmentarza Osobowickiego. Dziś odchodzi i ona, i to kolejne smutne w ostatnich miesiącach rozstanie w świecie wrocławskiego teatru, po tym jak w ten lepszy, niebieski wybrali się inni mistrzowie: Danuta Balicka, Andrzej Mrozek, Janusz Zipser.
W rozmowie opublikowanej w programie do szczecińskiej ‘Coppelli’, przygotowanej na jubileusz półwiecza pracy artystycznej, Teresa Kujawa wyznawała Renacie Mazurowskiej: 50 lat pracuję w swoim zawodzie, na różnych stanowiskach, ale właściwie mogłabym powiedzieć, że są takie pozycje, które jeszcze chciałabym w życiu zrealizować, a nie zdążyłam z takich czy innych względów. Chyba żaden człowiek nie może do końca spełnić się w swoich marzeniach i dokonaniach – myślę o pracy. Ale kiedy mi przyjdzie odejść z tego świata, nie będę żałowała życia – ani zawodowego ani prywatnego. Myślę, że mogę sie nazwać człowiekiem szczęśliwym. Miałam możliwość spełniania się, był to okres bardzo piękny dla artystów, byliśmy szanowani, byliśmy uwielbiani, publiczność nas kochała, władze nas kochały – to jest bardzo ważne.
Warto przytoczyć jeszcze jeden fragment tamtego wywiadu (Opera i Operetka w Szczecinie, 1998):

Czy jest taka realizacja w Pani przebogatej pracy artystycznej, która kosztowała Panią wiele emocji, wysiłku, nerwów?
Odpowiem inaczej – nie ma takiej, która by nie kosztowała. Przedstawienie baletowe wymaga ogromnej pracy – choreograf musi wybrać temat, musi mieć to szczęście, że ma dyrektora, który ten temat zaakceptuje, trzeba poznać libretto, muzykę, nauczyć się jej dokładnie na pamięć, wiedzieć, co się z tą muzyką zrobi. Znacznie łatwiej jest reżyserować niż tworzyć spektakl baletowy. Śpiewak musi się nauczyć zarówno słów, jak i muzyki, ale ma to już podane, a choreograf całą treść przekazuje w geście, w technice, w wyrazie. To jest strasznie trudna robota. Ale wszystkie pozycje sprawiały mi bardzo wiele radości i miałam szczęście, że pracowałam ze wspaniałymi artystami. Mogę powiedzieć, że w całym moim życiu zawodowym raz tylko spotkała mnie wielka przykrość, a mianowicie w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1985 roku, kiedy kończyłam tam swoją pracę realizacją „Pana Twardowskiego". Pan Różycki napisał piękną końcową scenę, kiedy wchodzą dzieci z księdzem i śpiewają pieśń do Matki Boskiej. Poszły trzy przedstawienia po premierze i pan dyrektor, nieżyjący już Robert Satanowski zlecił mi, abym tę modlitwę wyeliminowała z przedstawienia. Nie wiem, jakie czynniki tu zadziałały, w każdym razie powiedziałam, że jest to po prostu niemożliwe, że albo pójdzie tak, jak na premierze, albo proszę zdjąć spektakl. I rzeczywiście zdjęli. Po jakimś czasie wszystko się rozmyło i przedstawienie wróciło, ale zaczęli mówić, że jest niedobre i w końcu zeszło z afisza. Po tym zdarzeniu odeszłam na emeryturę i od tej pory pracuję jako wolny strzelec.
Co jest najważniejsze w pracy z tancerzami?
Odpowiedź jest bardzo krótka: dar boży czyli talent i praca, praca i jeszcze raz praca. Mówię o tancerzach świetnych. Jeżeli praca nie jest połączona z talentem i wielką muzykalnością, to nie ma o czym marzyć. Jeżeli ktoś mówi, że tancerz pracuje nogami, to jest to taka bzdura, że nawet mi się śmiać nie chce.

GCH


Saturday, February 29, 2020

ŻEGLARZ (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu)

popiersie Jerzego Szaniawskiego przy wejściu do teatru

Z gracją i lekkością, wręcz śpiewająco, mierzą się wałbrzyscy artyści z tekstem swojego patrona Jerzego Szaniawskiego. Trochę się uśmiechając, wchodząc w dygresje i wycieczki na tematy 'Żeglarzem' zainspirowane. Choćby: sposób interpretacji sztuki. Znacie te tyrady o dziełach, które coś głębokiego wyrażają, będąc kulą z kamienia lub czarnym kwadratem na białym tle. Genialne, za pierwszym razem. Jak pisuar Duchampa i utwór bez muzyki Cage'a. W 'Żeglarzu' chodzi przede wszystkim o potrzebę prawdy i istnienie mitu, a raczej odwrotnie: istnienie prawdy i potrzebę mitu, co jest zagadnieniem ponadczasowym, aktualnym i w 1925 (kiedy Szaniawski ten dramat napisał), i w 1955 (kiedy debiutował nim Konrad Swinarski w Kaliszu), i w 2020, gdy debiutuje w teatrze instytucjonalnym Wojtek Rodak. Ale robienie spektaklu koturnowo poważnego młodych dziś (może nigdy?) nie interesuje, więc i Rodak wraz z zespołem realizatorów rozgrywają rzecz po swojemu-młodemu. Stawianie pomników i fałszowanie lub podrasowywanie biografii to problem wybrzmiewający tutaj, lecz chyba najciekawiej to brzmienie odbija się w naszych własnych lustrach. Bo przebranie wszystkich postaci w barwne (świetne!, Marty Szypulskiej) kostiumy sugeruje od razu, że właściwie wszyscy sobie stawiamy pomniczki, chcąc być bohaterami choć we własnym domu. A najlepiej zażyć jakiejś wersji sławy publicznie.

Wojtek Rodak i dramaturżka Marcelina Obarska mówią tym spektaklem wyraźnie, choć nie wprost, jakiego teatru nie będą robić. Bo mogliby na przykład wpleść tu wątek Wałęsy, któremu odbierają tam i ówdzie tytuły, czy upadku niegdysiejszych legend w zderzeniu z przemijaniem, kłopotami finansowymi, polityką, życiem. Ale oni dają do zrozumienia jasno: nas to nie interesuje. Te wasze swary, pomniki, pamiątki, jakie to ma znaczenie? Znaczenie może i ma, i w końcu się jakoś każdy z tym pewnie zgodzi (z wiekiem), lecz konstatacja słuszna. Czy się Państwo rzeczywiście interesują, kto stoi na tych licznych pomnikach i kim są patroni Waszych ulic? W niemieckim mieście Schwedt nad Odrą przejeżdżam czasem ulicą Juliana Marchlewskiego. U nas nie do pomyślenia, a tam to po prostu ulica (w Warszawie aleję Marchlewskiego zmieniliśmy na Jana Pawła II, w Rzeszowie na płk. Lisa-Kuli, we Wrocławiu na mjr. Jana Piwnika-Ponurego). A czy z Bierutowem nie kojarzy się raczej towarzysz Bolesław, a nie wiek XVIII, gdy ta nazwa pojawiła się w dokumentach? No cóż, więcej w naszej codzienności zajmuje przepis na zupę tajską i zakupy w Lidlu. Stety, niestety. To już od nas zależy.

Na taką diagnozę nie ma się co oburzać, tylko się wokół rozejrzeć. I konsekwencją takiego spojrzenia już teatralnego jest również ów lekki (ale daleki od zgrywy) ton przedstawienia oraz brak spektakularnych ról. Bo jak by one tu mogły zagrać? Jedynie fałszywie. Dlatego wyróżniam cały zespół, łącznie z autorem instalacji (Przemek Branas) i autorami ceramicznych rzeźb powstałych na warsztatach. Wałbrzyski 'Żeglarz' to inteligentny, zgrabny spektakl, dający nieco wytchnienia, dystansu, przypominający o zdrowym rozsądku w podejściu do spraw ważnych, lecz czy najważniejszych? Nikt stąd nie wyjdzie obrażony ani dotknięty. Może z pewnym niedosytem. Bo mając tak fantastycznych aktorów (Karolina Bruchnicka, Joanna Łaganowska, Irena Sierakowska, Rafał Kosowski, Czesław Skwarek, Ryszard Węgrzyn), będąc debiutantem, warto by było pozwolić sobie na większe artystyczne szaleństwo, odważniejszy estetyczny, sytuacyjny odjazd. Może następnym razem?

[0-6] 4,5
GCH
...
rząd I, Scena Kameralna, 29.02.2020
http://teatr.walbrzych.pl/spektakle/spektakle-na-afiszu/zeglarz/