Saturday, May 20, 2017

PANNA NIKT (Wrocławski Teatr Współczesny)

od lewej: Paweł Passini, Katarzyna Pietruska, Artur Pałyga w Radiu Wrocław Kultura

Wreszcie! Mamy na dużej scenie Współczesnego spektakl inscenizacyjnie spełniony, z pomysłem, bardzo dobrymi rolami, spektakl ważny i ciekawy.

Dla kogo? Idealnie chyba dla młodzieży, dla rodziców tej młodzieży oraz dla wszystkich, którzy lubią teatr. Poszczególne elementy pracują tu na całość wysoką jakością estetyczną i motoryczną.

Chociaż obecny na widowni autor Tomek Tryzna szczerze oklaskiwał artystów po zakończeniu przedstawienia, to fani jego powieści nie ukrywali w rozmowach, że mają wątpliwości. Jeśli ktoś szuka tego nieustającego książkowego monologu Marysi, to rzeczywiście, w wersji Pałygi-Passiniego na pierwszy plan wysuwają się ekwiwalenty. Nic w tym złego, przeciwnie, w końcu teatr to nie książka, lecz i ja mam pewien problem z akceptacją zmiany narratora. Nie Marysia bowiem, ale niejaki Pan Nikt jest naszym przewodnikiem - obserwator, pisarz, ktoś, kto przychodzi z drugiego świata. Z życia po życiu, a może po prostu ze świata sztuki. Czytając powieść Tryzny, jesteśmy w emocjach bohaterki, bo przez nią tę historię poznajemy, w przypadku adaptacji tkwi między nami a Marysią pośrednik. Intrygujący i znakomicie zagrany przez Krzysztofa Boczkowskiego. Nie wiem, czy potrzebny.

Z drugiej strony, ów zabieg podwojenia uprawnia sama opowieść o trudnym okresie dojrzewania, okresie pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, tych przedziwnych kilku latach, kiedy nie wiemy, kim jesteśmy i co ze sobą zrobić, ulegamy wpływom, nasłuchując siebie, czując jeszcze dziecko, jakim już przestajemy być.

                                     fot. Natalia Kabanow

Uboższa jest za to bezpośrednia, realistyczna siła oddziaływania tej opowieści. Coś za coś. Wyraźnie akcent przesuwa się na wewnętrzny kosmos nastolatki, osłabiając impulsy środowiskowe. Passini z Pałygą wydobywają na wierzch zło czy też pierwiastek szaleństwa dochodzący do głosu w osobowości Marysi, w tło spychając społeczne aspekty dochodzenia do samobójstwa. Rozmowa koleżanek (Kasi i Ewy) dzieje się w off-ie, jakby autorzy spektaklu sugerowali, że werdykt został podjęty wcześniej, że ostateczny lot Marysi nie był skutkiem splotu wydarzeń, lecz wynikał z samej osobowości dziewczyny.

Może mają rację, pojemna powieść Tryzny daje i tę możliwość interpretacyjną. Zastanawiam się, czy do objęcia takiego kierunku przez inscenizatorów nie przyczyniła się odtwórczyni roli tytułowej Katarzyna Pietruska, aktorka, którą ogląda się z podziwem, tak intensywna w swej scenicznej obecności, że może aż się prosi, by jej postaci oddać decyzję. 


Na sukces tego przedstawienia składają się wszyscy aktorzy, bez wyjątku świetni, w epizodach i partiach wiodących. Obok niesamowitej Katarzyny Pietruskiej (ile daje edukacja aktora-lalkarza plus doświadczenie antropologicznego Teatru Wierszalin!) na szczególne wyróżnienie zasługuje Aleksandra Karpiuk w roli Kasi. Wulkan emocji, chwilami na granicy szarży. Kto wie, czy to nie będzie kiedyś jedna z największych polskich aktorek*. Doskonała jest kryminalno-ekranowa scenografia Zuzanny Srebrnej, znaczące kostiumy Elbruzdy, sugestywnie steruje naszą percepcją muzyka (i piosenka) skomponowana przez Łukasza Wójcika (przy współpracy z Pawłem Passinim).
Ogromna to przyjemność widzieć tak udany spektakl na scenie, która powoli zapominała o tym, że to tutaj działy się kiedyś rzeczy nawet historyczne. 'Panna Nikt' dołącza do istotnych premier w dziejach Współczesnego, na pewno jest numerem jeden ostatniej pięciolatki. To naprawdę wiele, Współczesny ma spore szanse na festiwalowe laury.

Ocena (0-6): 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
------------------------------------
Tomek Tryzna PANNA NIKT, reż. Paweł Passini, scenariusz Artur Pałyga, Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena, rząd IV, miejsce 2


Tuesday, May 16, 2017

TECHNOLOGIA JEST ISTOTĄ (Cloud Theater)


Mimo pół żartem, pół serio rzuconej frazy 'nie próbujcie niczego zrozumieć', nie da się oczywiście nie myśleć, o czym to jest opowieść. Samo zanurzenie w na żywo tworzone efemeryczne wizje plastyczne i mocną, pełną przestrzeni muzykę nie jest możliwe. Za dużo w spektaklu Cloud Theater przestojów. Czego brakuje do pełnego zanurzenia? Choreografii. Gdyby dołożyć ten element, nie chciałbym chyba namawiać twórców do skrótów i rezygnacji z kilku mielizn. Bo cyfrowo-mechaniczno-artystyczno-estetyczny potencjał Cloud Theater ma ogromny, momentami wręcz imponująco realizowany (np. scena, którą nazwałem 'zbiorową', scena 'gwiezdna' lub scena 'jedności').

Intelektualnie ciągle jesteśmy w czasie spektaklu aktywni, zastanawiając się, co znaczą symbole i obrazy, sceniczne działania czwórki aktorów. Nie sposób się uwolnić od spostrzeżenia, że jakkolwiek sami posługujemy się technologiami, urządzeniami, systemami operacyjnymi, również i my jesteśmy taką technologią z kosmicznej perspektywy. I to najciekawsza z myśli zakwitających w głowie analogowego widza.

Intrygującym pomysłem wydaje się sporadyczne zintegrowanie sceny z widownią poprzez drobne zachowania agentów siedzących wśród publiczności, udających ją, przeszkadzających włączeniem świetlistego ekranu telefonu komórkowego czy przepychaniem się po to, by wejść na scenę i doświadczyć tamtego świata, zagubić się w nim. Nie zapominając o powrocie na swoje miejsce. Właściwie mamy ochotę zrobić to samo, i warto pójść za podobnym pragnieniem. Reżyser obecny, więc odpowiednio zareaguje. Już kiedyś Ivo van Hove w hali dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych do fizycznego uczestnictwa w 'Tragediach rzymskich' zachęcał.

Lecz to, co najważniejsze, to, co jest istotą tego teatru na dziś, to forma. Teo Dumski znalazł formę, którą trzeba teraz tylko szlifować, no i włączyć w nią historię, która albo zainteresuje widzów fabularnie, albo poniesie ich emocjonalnie. A najlepiej jeśli wydarzy się i jedno, i drugie. Przewinęła się w moim umyśle nieraz w trakcie oglądania chmura z pytaniem, czy może warto w takim stylu spróbować opowiedzieć którąś z historii klasycznych. Choćby dla sprawdzenia, jak się ten teatr obroni i jak zadziała, mając solidny dramatyczny grunt. Traktując tę próbę jako etap w drodze do... arcydzieła.

Ocena (0-6): 4 z plusem.
GCH
.........................................
REŻYSERIA LIVE: TEO DUMSKI
MUZYKA LIVE: IGOR GAWLIKOWSKI
GRAFICY LIVE: SEBASTIAN SIEPIETOWSKI, ADAM SIOD KABAT
SPEC. TECHNOLOGICZNY: FRANCISZEK MAROSZEK
KOSTIUMY: GABRIELA BUDZYŃSKA
OBRAZ I VIDEO: EDGAR DE PORAY
PRZYGOTOWANIE MOTORYCZNE: SŁAWOMIR CHOMIAK
KONSULTACJA ARTYSTYCZNA: PATRYCJA OBARA, TOBIASZ PAPUCZYS
ASYSTENT REŻYSERA: ALEKSANDER TATAREK
WYSTĘPUJĄ: Bożena Bukowska, Magdalena Górnicka-Jottard/Magdalena Bocianowska, Davit Baroyan, Kamil Dysiewicz, Ola Sakowska
Centrum Technologii Audiowizualnych we Wrocławiu, 15 maja 2017, rząd III

Friday, May 12, 2017

JÓZEF K. i KOBIETY (Studium Musicalowe Capitol)


Niesamowita muzyka Piotra Dziubka, sensowna scenografia Grzegorza Policińskiego, dokładna reżyseria i inteligentnie skonstruowana adaptacja Jacka Bończyka prowadzą młodych dyplomantów Studium Musicalowego przez bardzo dobry spektakl o zaskakującym potencjale interpretacyjnym. Kafkowski spleen o mechanizmach władzy zyskuje tu bowiem świeży, dodatkowy rym.

Uwolnienie niemożliwe, pozorne uwolnienie, przewleczenie, o których z przerażeniem dowiaduje się bohater, mogą się wydać także tytułami uwikłań męsko-damskich, wcale nie spłycając odbioru genialnego dzieła praskiego nieszczęśnika. Dzięki temu, jak blisko i intensywnie w wycyzelowanych scenach znajdują się aktorki i aktor, można na 'Proces' spojrzeć inaczej.


To z pewnością - oprócz adaptacji - rezultat bezbłędnego obsadzenia poszczególnych ról. Od nieznośnych strażniczek i ich przywódczyni, przez galerię kobiecych postaci niby innych, a mających tę jedną, najważniejszą cechę wspólną: przemożną tęsknotę za bliskością i miłością.

W zetknięciu z kobiecością Józef K stoi na pozycji przegranej, mimo żałosnych prób zachowania dumy i zdobycia dominacji. Nie, jego życiem sterują one, równie bezradne: Panna Burstner, ciotka, malarka sądowa (powieściowy Titorelli wymieniony na Titorellę, również narratorkę) czy rudowłosa Leni w układzie z uzależnioną od niej adwokatką.

I to wszystko zanurzone w aurze niepokojącego muzycznego komentarza Piotra Dziubka, szefa Studium Musicalowego, naprawdę działa z siłą 10 beaufortów. Jasne, jest co szlifować, ale co ciekawe, właściwie brak tutaj piosenek, aktorki i aktor posługują się słowem, gestem, ruchem i rytmem. Duże Brawa za ten dyplom, rezerwujcie bezpłatne wejściówki, szykujcie się na czerwcowy festiwal Studium na Scenie Ciśnień Capitolu!

Narrator – Karolina Micuła 
Józef K. – Filip Zaszewski
Nieznajoma 1 – Małgorzata Urbanowicz 
Nieznajoma 2 – Natalia Borysiewicz 
Nieznajoma 3 – Katarzyna Szkudlarek 
Nieznajoma 4 – Agata Daniluk 
Pani Grubach – Alicja Konarska 
Nadzorca – Malwina Stępińska
Panna Burstner – Natalia Brudniak 
Ciotka – Anna Malek 
Leni – Paulina Jeżewska 
Pani A – Sylwia Rubczak

Ocena (0-6): 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
----------------------------
JÓZEF K. i KOBIETY (na motywach 'Procesu' Franza Kafki), reż. Jacek Bończyk, muzyka Piotr Dziubek, Scena Studium Musicalowego Capitol, 12 maja 2017 (zdjęcia ze strony Studium)

Sunday, May 7, 2017

POCZEKALNIA sześć-dwa-zero (Teatr PWST we Wrocławiu)


To kolejny bardzo udany dyplom wrocławskiej szkoły teatralnej. Znakomicie zagrany - można pozazdrościć młodym aktorom palety środków, pamiętając ich role w poprzednich spektaklach: 'Szantażu' i 'Miłości'. Naprawdę, świetny rok, następny zresztą.

No i - uwaga - to chyba najlepsza, obok 'Zamku' - premiera przedstawienia w reżyserii Marka Fiedora we Wrocławiu. Energia młodzieży pobudziła teatr dyrektora Współczesnego do twórczego działania. Przydałoby się trochę tej świeżej krwi na stałe przy Rzeźniczej.

Udany to dyplom, mimo nie do końca (mnie) przekonującego tekstu Marty Guśniowskiej. Rozumiem, że gra się tu absurdem, ale przecież nie całkiem. Za wiele tu umowności, ja bym szedł w absurd piętrowy. Zatrzymanie w pół drogi zawsze w sztuce utrąca zachwyty. To pewnie dlatego śmiech z tej godnej momentami rozpaczy komedii pojawia się nie od razu. Musimy się do czegoś przyzwyczaić, tak jak pewnie autorka musiała finalnie zdecydować, jaki obrać kierunek.

To, co w tym przypadku odmienne od innych dyplomów, to rozdanie ról. Nie każdy ma tyle samo do zagrania. Jak w repertuarowym teatrze, jedni mogą rozpościerać skrzydła, inni muszą pozostać w drugim planie, ciesząc się z epizodów. Wszyscy stanęli na wysokości swoich aktorskich zadań, niezależnie od wielkości roli. Zdaje się, że ci niezwykle zdolni młodzi aktorzy po prostu wiedzą, na czym ten zawód polega, potrafią z drobiazgu uczynić kawałek sztuki.

Tytułowa poczekalnia oznacza życie bez pomysłu na życie, wegetację w oczekiwaniu na z góry wiadome nic specjalnego. Skąd my to znamy. Ale czy nas ruszy z piastowanych posad historia fajtłapowatego męża, emeryta-ignoranta, aktorki walczącej o swoje 5 minut? Mnie ruszyło od kwestii 'gryczotto z liofilizowanym jarmużem na kleksie z owsianej śmietany z łodygą karmelizowanego szczypioru'. Do śmiechu, nie do refleksji nad ludzkim charakterem. I dobrze!

Ocena (0-6): 4,5.
GCH
.............................
Marta Guśniowska POCZEKALNIA sześć-dwa-zero, reż. Marek Fiedor, obsada: Michał Bajor, Mariusz Bąkowski, Malwina Brych, Kacper Gaduła-Zawratyński, Janiszewska Katarzyna, Jan Kardasiński, Grzegorz Karłowicz, Igor Kowalunas, Monika Kulczyk, Magdalena Lamża, Jakub Łopatka, Aleksandra Pałka, Krzysztof Satała, Tomasz Taranta, Adam Turczyk, Mateusz Wiśniewski, Paulina Wosik.




Sunday, April 30, 2017

FACE THE MUSIC (XXIV Festiwal Piosenki Angielskiej w Brzegu)

UWAGI JURORA

jurorzy - od lewej: niżej podpisany, Mariusz Kiljan, Jarosław Wasik, w tle szef festiwalu Wojciech Toporowski (fot. J. Wasik)

Od czterech edycji oceniam brzeskie zmagania. To wyjątkowy festiwal, bo z sercem przygotowywany i z pasją wymyślony, bez kompromisów oceniany. A z poziomem - jak to w przypadku takich wydarzeń - bywa różnie. W tym roku zwłaszcza kategoria młodzieżowa, zwykle bardzo mocna, rozczarowała. Nie było problemu z wyborem kilku najlepszych. Dlaczego? Czyżby telewizyjne talent-shows wydrenowały tzw. rynek muzycznych klejnotów?

Grzechy główne:

> Wybór piosenek: jednostronny, znów królują numery adelopodobne. Kiedyś Whitney, potem Amy, teraz Adele. Po dzisiejszym dniu mam dość dźwięku elektrycznego fortepianu. Nauczyciele śpiewu, przekonujcie podopiecznych do muzycznych poszukiwań. Młodzi wokaliści, przełączcie Zetki, Eski, Eremefy. A jeśli już się przykleicie do tego repertuaru, bądźcie w nim rewelacyjni, jakoś oryginalni. Tylko tak można się przebić przez gąszcz jednorodności. No i ballady: tworzyły 80% repertuaru. To błąd myśleć, że piosenka na festiwal powinna być typową piosenką festiwalową. Przeciwnie, powinna być inna od wszystkich. Albo tak zabrzmieć, że Edyta Górniak z Eurowizji idzie w zapomnienie.

> Wybór piosenek w kategorii dziecięcej: trudno uwierzyć jedenastolatce, która śpiewa o miłosnych meandrach, kochaniu lub odrzuceniu. Tylko czy są piosenki dla tego wieku? Przecież nie chcemy słyszeć soundtracku z czegoś w rodzaju 'Akademii Pana Kleksa'? 'Król Lew' itp.? OK - 'Can You Feel the Love Tonight' pojawiło się raz, szkoda, że nie najlepiej zaśpiewane.

> Stroje. Albo kreacja na szkolny bal, albo czarny mundurek. To też jest ważne i warto mieć na ubiór pomysł. Tzw. image dodaje pewności siebie, i punkty od oceniających.

> Zaśpiewać z zespołem na żywo czy do przywiezionego podkładu? To nie jest dylemat Hamleta. Wybór bowiem oczywisty: tylko z zespołem! Od startu grozi przychylnością jurorów.

> No i przede wszystkim: ODWAGI! Repertuarowe bezpieczeństwo na etapie młodzieżowych eksperymentów może się opłacić, ale tylko może. Dziś szukamy czegoś więcej. Repertuarowe bezpieczeństwo nas nie interesuje.

Dlatego tak liczy się to, czym ujęli laureaci (i czego im jeszcze brakuje):

KATEGORIA DZIECIĘCA:
Chłopiec w czerwonej marynarce i ze skrzypcami musi zwrócić wstępną uwagę, ale i tę uwagę trzeba podtrzymać (połowiczny sukces Mikołaja Dyki - Starachowice). Piosenka 'Hallelujah' to wybór nieoczywisty w kategorii dziecięcej (Mateusz Gędek - Strojec), a jeśli do tego wykonawca daje radę, nagroda prawdopodobna. Podobnie jak w przypadku w szczegółach dopracowanego show (Oliwia Kopiec - Radomsko > radość scenicznej obecności). A Hanna Sztachańska (Rokietnica) nie dość, że śpiewała z zespołem, to ujęła bardzo dobrą już techniką (choć to perfekcja osiągana kosztem emocjonalności). Osobiście mi szkoda, że do koncertu finałowego nie weszła Maja Nadolska (Piaseczno) - dziewczyna z potencjałem na ciary, nieodpuszczająca, łapiąca rytmy i napięcia utworu.

KATEGORIA MŁODZIEŻOWA: Weronice Kozłowskiej z Wieliczki (kawał głosu i dynamika) brakuje zabawy, lekkości, scenicznego ruchu. Damianowi Lisowi z Brzegu przyda się już zaraz pomysł na siebie, bo nie jest pewne, że z tak intrygująco wysokim głosem zostanie na zawsze. Sabina Tombars z Przemyśla-Krakowa stylowo zabrała się za 'Bad Girls' - inaczej niż w oryginale, jamowo, z dyscypliną, bez maniery, za mało transowo. Paulina Karasińska (Kielce) ma wielki głos i wszystko się w jej występie zgadza, poza tym, że za bardzo brzmi jak dziewczyny z mainstreamowego radia. Przy Zofii Sydor z Krakowa zanotowałem: poprawna pełnoletnia, co znaczy, że jej 'End of the Road' (Boyz II Men:) słuchało się z przyjemnością (i zostało w głowie na wieczór - to dużo), lecz nie było się w tę interpretację jak wczepić głębiej. Wreszcie Alicja Dąbrowska - niestety z playbacku, ale ładnie, czekając na decyzję, co z tym śpiewaniem zrobić.

Odpowiedź jest i prosta, i niełatwa do wykonania: WYRÓŻNIĆ SIĘ. Czego życzę kolejnym uczestnikom. Za rok XXV Festiwal Piosenki Angielskiej. FACE THE MUSIC, czyli ZMIERZ SIĘ Z MUZYKĄ. I jurorskimi ocenami. Ale jeśli całą sobą/całym sobą czujesz, że to Ty masz rację, idziesz jedyną dla siebie właściwą drogą, to... 'get rich or die trying'.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Koncert laureatów 1 maja:

Lista laureatów i ich miejsca wkrótce TUTAJ.

Thursday, April 27, 2017

PROSZĘ PAŃSTWA, TO PERFORMANS (Teatr Polski we Wrocławiu)

Jeśli ktoś przeoczył jeden z news dnia, to w pigule: Remigiusz Lenczyk, p.o. dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, pojawił się w pracy po 11.00. Jednak szef administracji TP Tadeusz Tworek, jak twierdzi na polecenie dyrektora Morawskiego (przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim), zablokował wejście. Pracownicy teatru niezgadzający się z uchwałą zarządu Urzędu Marszałkowskiego wezwali policję. Przypomnijmy, że uchwałę zarządu wstrzymał wojewoda dolnośląski, czego z kolei nie uznaje zarząd. I tak dalej. No, w każdym razie policja w teatrze, Lenczyk też, ale bez aprobaty (choć zna wszystkich pracowników, był tu zastępcą dyrektora). Pat jednym słowem.

Policja w Teatrze to rzeczywiście sytuacja ekstremalna. Ale proszę Państwa, to nie dzieje się naprawdę. Pamiętajmy, jesteśmy w teatrze, gdzie jeśli nie tam należy wystawiać mocne spektakle i performanse. Ten nie jest szczególnie oryginalny, inspirowany zapewne mnóstwem zdarzeń rzeczywistych i prawdziwymi osobami, lecz podobieństwo jest przypadkowe. Długawy tytuł wyjaśnia wszystko: "Tp.pl, czyli sztuka o dwóch dyrektorach, dwóch urzędach, dwóch związkach i dwóch rzeczywistościach albo awangardowy Wrocław not dead".

Autor Sławomir Mrarzek mówił mi dziś w nocy podczas próby generalnej:
-To, co widzimy tu teraz to jeszcze atrapa, bo nie mogłem wykorzystać aktorów, dlatego ćwiczymy na wolontariuszach. Ale jutro już będą zawodowcy, którzy jeszcze przebywają na L4. Może z jednym wyjątkiem, i nie wiem, czy zorganizujemy zastępstwo, czy zagramy nieobecnością.
- No tak, to dość częsta technika dramaturgiczna. To będzie jednorazowe przedsięwzięcie? - pytam.
- Moim zamiarem jest spektakl w odcinkach, na bieżąco pisany i realizowany. Nie wiem, kiedy się skończy, niby wiem jak, ale postaci zwłaszcza w teatrze, potrafią zaskoczyć i zacząć żyć własnym życiem - odpowiada Sławek, z miejsca nominowany do naszych nagród Emocji.

Tak więc, drodzy wrocławianie, spokojnie to tylko performans i, jeśli wierzyć autorowi, leci z nami pilot.

GCH

Wednesday, April 26, 2017

SIEDEM (błędów Cezarego Morawskiego)

1. DREAMS. Marzenia są po to, by je spełniać, tylko wszystko trzeba robić z głową i mierzyć siły na zamiary. Zabrakło Cezaremu Morawskiemu instynktu, a może po prostu refleksji. Ktoś rzucił: szukamy nowego dyrektora (Wałbrzych, Wrocław...), czemu nie spróbujesz? Akurat ta waga to nie jest waga dla tego zawodnika. Ktoś, kto grywa od lat raczej dla zarobku, kto nie ma w środowisku artystycznym dostatecznego oparcia, nie powinien porywać się na posadę ponad stan. Więc może nie DREAMS, lecz PRIDE (IN THE NAME OF...)?

2. FAITH. Niczym niepoparta wiara w to, że reżyserzy, którzy współpracowali wcześniej z Teatrem Polskim, z radością będą kontynuować tę współpracę, lecz za kadencji innego dyrektora. No nie, tak to nie działa. Kontakty i autorytet buduje się nie przez wygranie farsowego konkursu, tylko przez artystyczny dorobek i szacunek dla dokonań i/lub wizji. Nieświadomość tych oczywistych mechanizmów dyskwalifikuje na starcie.

3. IN THE SHADOWS. Ludzie są najważniejsi. Oddani, pełni pasji fachowcy, idealnie już z doświadczeniem w konkretnej dziedzinie, także miejscu i czasie. Gdy usłyszałem, że z teatru odchodzi tej klasy specjalistka od teatralnej promocji, co Agnieszka Tiutiunik, świetna producentka i animatorka Katarzyna Majewska, gdy podziękowano Alicji Szumańskiej (dział literacki), Natalii Kabanow (grafika, fotografie) i tak dalej, domyślałem się, że będzie źle. Trudno ot tak zatrudnić innych na tym samym poziomie profesjonalizmu. W efekcie szefem marketingu jest przyjaciel dyrektora, który - uwaga - nie odstępuje go na krok od początku kadencji, konsultując każde wystąpienie publiczne. W świecie teatru (i chyba nie tylko) respekt zdobywa się samodzielnością i osobowością.

4. WIND CRIES ZIĘBA (i inni). Co tam to, co było. Dawnych, niepokornych aktorów zwolnię, wezmę nowych. Tamci mają talent i nazwiska, ale się nie chcą bezwzględnie podporządkować, ci będą tylko mi zawdzięczać zawodową nobilitację. Co z tego, że mniej umieją, nie potrafili się przebić. U mnie zakwitną. Jak pokazało życie, nie zakwitli. Gorol, Ilczuk, Skibińska, Zięba, Kłak, Pempuś, Porczyk versus anonimowi aktorzy. Czy trzeba mówić więcej?

5. LOSE YOURSELF. Strategiem Cezary Morawski nie jest. Owszem, kiedy przychodzi nowy dyrektor do teatru, rezygnuje z niektórych (czasem większości) tytułów pozostałych po poprzedniku. Ale robi to stopniowo, wymieniając repertuar po wyważeniu za i przeciw. Cezary Morawski broni się mówiąc, że zdjął z afisza siedem sztuk, bo tak zdecydował jeszcze za swoich rządów dyrektor Krzysztof Mieszkowski. Nawet jeśli by tak było (choć zostało to już zdementowane przez poprzedników), czy nie powinien tym decyzjom przyjrzeć się bliżej? Czy wszystkie przedstawienia zasługiwały na śmierć, właśnie teraz?

6. DON'T LOOK BACK (FORWARD) IN ANGER. Dyrektor Cezary Morawski donosi ZAIKS-owi, że aktorzy grający w spektaklach, które zdjął z afisza (albo ich nie gra, bo tak), popełnili przestępstwo, używając cytatów w performansie Teatru Polskiego w Podziemiu. 'Uważam, że to kradzież praw autorskich' - dosłowny cytat. I kolejna to odsłona zemsty za bunt w zespole, z którym dyrektor miał od początku tzw. kosę, mediacji jednak nie szukał - mimo sugestii z Urzędu Marszałkowskiego. Jeśli tak szef buduje swoją pozycję w teatralnym świecie, nie dziwi, iż nikt ważny nie chce firmować swoim nazwiskiem działalności teatru. Z ZAiKS-em Cezary Morawski ma za to własne problemy, wynikające z braku doświadczenia na stanowisku dyrektora (m.in. sprawa z prawami do fragmentu monodramu 'Kalina', użytego wbrew córce autora Stanisława Dygata).

7. SWEET LITTLE LIES. Bodajże największym grzechem tej kilkumiesięcznej dyrekcji są butem wciskane w oficjalne zestawienia 'premiery'. Od września rzeczywistych debiutów doczekaliśmy się dwóch ('Chory z urojenia', 'Mirandolina'), pozostałe tytuły wskazywane przez dyrektora jako premiery nijak nimi nie są. Pojawiły się po to, by nieświadomym zamydlić oczy, a może nawet by w razie ewentualnej rozprawy w sądzie wykazać się ilością. Osobiście, ani urzędników, ani sędziów o nieświadomość nie posądzam.

8 (Bonus track). THE END. Cezary Morawski został odwołany przez zarząd województwa 26 kwietnia 2017 (po prawie ośmiu miesiącach urzędowania). Nie przyjął wypowiedzenia umowy o pracę, zasłaniając się zwolnieniem lekarskim. Hm, oby to była choroba urojeniowa... Wojewoda wstrzymał uchwałę zarządu. Sprawa pewnie skończy się w sądzie. Dire Straits na 'Brothers in Arms' miało taką piosenkę: YOUR LATEST TRICK. Ale było też: THE MAN'S TOO STRONG...

GRZEGORZ CHOJNOWSKI