Sunday, November 24, 2019

III Opolski Maraton Teatralny (Teatr Kochanowskiego w Opolu)


O tym, że warto jeździć do opolskiego Teatru im. Kochanowskiego już nieraz pisałem. Trzeci maraton, podczas którego można było w trzy dni obejrzeć najnowsze realizacje tej sceny, premiery z ostatnich kilkunastu miesięcy, tylko potwierdził, że jest to dziś miejsce, gdzie tworzy się wartościowy i bardzo różnorodny teatr, gdzie dyrektor Norbert Rakowski buduje niezwykle interesujący zespół.

Dwa spektakle widziałem podczas maratonu po raz drugi. Interesujące to doświadczenie. Nie było owacji stojących po prezentacji ‘Mistrza i Małgorzaty’, frekwencyjnego przeboju teatralnej jesieni w Opolu. Co zgadza się z moimi odczuciami wobec tego pokazu (poprzednio widownia wstała). Mnie też za pierwszym razem podobało się bardziej, mimo że wtedy – z powodów technicznych – nie wypaliła duża część multimedialnych projekcji. Propozycja inscenizacyjna adaptatora i reżysera Janusza Opryńskiego jest z tych radykalnych. To ‘Mistrz i Małgorzata’ pozbawiony humoru, który niesie lekturę książki. Opryński zaproponował podejście intelektualne, gruntownie serio, jego wersja to poważna opowieść o wolności, przede wszystkim artysty, kobiety, ale i uwikłanych w swoje funkcje, dylematy i czyny ludzi. Problemem spektaklu nie jest wizja reżyserska, bo ona jest ciekawa, oryginalna. Wszystko dzieje się w półmroku, na chłodno, kolory pojawiają się czasem w projekcjach, klarownym znakiem staje się ofiarna nagość Małgorzaty. Problemem tego ‘Mistrza i Małgorzaty’ w stylu noir jest nieobecność emocji, błyskotliwości, lekkości, polotu. Nie można ich wygenerować (jak próbowali aktorzy na tym moim drugim pokazie), grając po prostu szybciej. Problemem jest postać Mistrza, pozbawiona wdzięku. Ktoś, kto napisał taką powieść, kto głosił takie nauki (Michał Kitliński wciela się tu też w rolę Jezusa), nawet cierpiąc tortury w rzymskim więzieniu i syberyjskim łagrze, ma w sobie siłę uwodzenia. Ten Mistrz jej nie ma. W rezultacie trudno uwierzyć nie tylko w jego geniusz, lecz także w to, że Małgorzata tak go, do końca, kocha. Jednakże zalety opolskiego przedstawienia są liczniejsze niż uchybienia. Rałał Kronenberger jako Woland, Magdalena Maścianica jako Małgorzata (i jej alter ego Martyny Pytel), cała diabelska trupa (Monika Stanek, Katarzyna Osipuk, Radomir Rospondek, Kacper Sasin), Piłat Andrzeja Jakubczyka, Iwan Artura Paczesnego, Berlioz Leszka Malca, kilka wcieleń Michała Świtały to znakomite role. Działa muzyka (Rafała Rozmusa). Jeśli wejdziecie w gąszcz rozmyślań prowokowanych przez wizję Opryńskiego, czeka Was sporo satysfakcji. Bez wątpienia.

Co do spektaklu ‘Wątpliwość’ mam natomiast wątpliwość jedną. O której za moment. To słynny tekst, sfilmowany w 2008 roku przez autora pulitzerowej sztuki Johna Patricka Shanleya (z Meryl Streep i Philipem Seymourem Hoffmanem). Samograj, pod warunkiem, że zostanie z pietyzmem wystawiony. Norbert Rakowski i czwórka aktorek i aktorów (Judyta Paradzińska, Karolina Kuklińska, Michał Rolnicki, Dorota Kaniecka) zadanie wykonali. Nie dziwią Złote Maski, jakie opolsko-katowicka ‘Wątpliwość’ dostała. Konflikt progresywnego księdza z zakonnicą (dyrektorką szkoły) ma wiele podtekstów i płaszczyzn, uruchamia gamę napięć, podobną do mocy kryminalnej zagadki. W oryginale mamy rok 1964, Nowy Jork, Bronx. Dziś w Polsce, w okresie ujawniania pedofilii w Kościele, inne konteksty w związku z tym tekstem w grę wchodzą. Po premierze filmu Sekielskich (premiera spektaklu odbyła się wcześniej, w 2018 roku) zyskujemy dodatkowe emocje. Już nie kryzys wiary ani konfrontacja postaw wysuwają się na plan pierwszy, lecz pytanie, czy on to zrobił. Mam zatem wątpliwość, czy spektakl nie zostawi po sobie w głowach wielu widzów (którzy gremialnie wstają do owacji) głównie takiej konstatacji: o, i tak zamiotą sprawę pod dywan. Nie byłoby to sprawiedliwe dla sztuki, dobrze zagranej, dopracowanej, rozegranej na małej powierzchni, ze skromną, pomysłową a gęstą scenografią (Marii Jankowskiej).

Podwójne doświadczenie mam dziś też z oglądaniem ‘Grotowski non fiction’. We Wrocławiu widziałem ten spektakl z udziałem Romana Pawłowskiego w roli prowadzącego i było lepiej. Pawłowski jest aktywniejszy od Krystyny Duniec, wydaje się zdecydowanie bardziej zanurzony w sceniczne wydarzenia od dublerki. I jako niegłupie show na temat postaci Grotowskiego, przyczynek do rozmowy o biografii artysty w ogóle to przedstawienie się broni. Przez godzinę, tyle, ile trwa quasi konferencja, powierzchowna lecz przebiegająca w tempie, przymrużeniu oka. Gdy brylują Monika Stanek, Ewelina Paszke, Rafał Kronenberger, Jerzy Senator. Ale po scenie rekonstrukcji legendarnego ‘Chleba życia’ z ‘Apocalypsis cum figuris’ spektakl siada, wędrując z komediowej konwencji w niby pogłębienie, w rzecz o jednostkowych, ludzkich wolnościach, wyborach, sztuce etc. Jest to zabieg logiczny w kontekście historii teatru Grotowskiego, wchodzimy w parateatr, dla widza męczący, ale też przecież nieprzewidziany dla publiczności. Tutaj wciąga się nas do współuczestnictwa, kilka osób się znajduje i dołącza do aktorów, leżąc sobie na podłodze. Może to i metoda, by nieco przysnąć w tym momencie. Zatem doświadczamy dwóch rodzajów teatru: tego będącego widowiskiem i tego będącego warsztatem, medytacją. To ma sens, choć nudzi. Może i dlatego, że w stosunku do zapisanego w anonsach planu (godzina trzydzieści minut) ta prezentacja spektaklu trwała co najmniej kwadrans dłużej. Tak czy tak, ‘Grotowski non fiction’ dowodzi jednego: nie da się w dwugodzinnej pigule ogarnąć fenomenu Grotowskiego, taki skrót musi płynąć po powierzchni. Prawda oczywista, lecz opolsko-wrocławskie przedstawienie próbuje przekonać, że jednak się da. Tyleż to ambitne, co niemądre. Ale gdyby zrobić serial… – jak kiedyś ‘Z biegiem lat, z biegiem dni’ – to kto wie…

W przypadku 'Reality show(s). Kabaretu o rzeczach strasznych' siedziałem na widowni sceny Bunkier jak zaczarowany, w lekkim szoku, głębokim zadziwieniu, że młody reżyser bierze się za tak anachroniczny tekst i formę. To czysto studenckie, może nawet licealne deliberowanie, by nie powiedzieć paplanie, o kłopotach tzw. zwykłych ludzi z transformacją. Do wyrzucenia z głowy sekundę po obejrzeniu. Forma telewizyjnego programu jest tak ograna, tak prosta i niewyszukana jak rzucane w rozmaitych skeczach i stand-upach przekleństwa (i tu są). A przy tym ani dramaturg Przemysław Pilarski, ani reżyser Jan Hussakowski nie zauważyli, że ich bohaterka Bożenka wyszła już co najmniej kilka lat temu z meblościanki i poszła do Ikei, bierze 500 plus, trzynastą emeryturę. Zrobiła w domu remont. Czy dosadniejszy akcent na żydowskie trupy w szafie, politykę historyczną by temu kabaretowi pomógł? Wątpię, bo: ale to już było. Szkoda do tego opolskich aktorów.

Utalentowana Karolina Kuklińska wystąpiła w ‘Reality show(s)…’ w zupełnie odmiennej roli niż dzień wcześniej w 'Wątpliwości'. Ona jest dla mnie odkryciem tych trzech dni w Opolu. To młoda aktorka z dużym wachlarzem umiejętności, potrafi wygrywać bardzo różne emocje, tony, nie powiela środków sprawdzonych gdzie indziej. Potrafi być inna. W zamykającym maraton spektaklu (używam tego słowa nie bez wątpliwości) ‘Czarna skóra, białe maski’ również jest inna. Ma niełatwe zadanie aktorskie, w dodatku nie w pełni potrzebne. Nie rozebrałbym się dla tego reżysera, nie widzę sensu w rekonstruowaniu tej sceny na pół gwizdka. Jeśli już, to idźmy na całość. Jak wieki temu w ‘Grach’ we Wrocławskim Teatrze Współczesnym wg ‘Zabaw na podwórku’ Edny Mazyi. W poprzedniej scenie sam reżyser Wiktor Bagiński sapał po dość realistycznym odegraniu ofiary przemocy, a Kornel Sadowski jako Paź kąpał się w złotych majtkach. Gdzie tu konsekwencja? Piszę enigmatycznie, żeby nie psuć efektu, jeśli się na ‘Czarną skórę…’ wybierzecie. Jest to raczej seans terapeutyczny, nie przedstawienie teatralne i chyba niedobrze, że młody twórca zaczyna swą karierę od takiej formy. Spektakl, owszem, może prowokować do dyskusji, lecz teatralna robota leży, pogrążona przez marną dramaturgię. Uczestniczymy w spotkaniu Stowarzyszenia Anonimowych Rasistów i przyglądamy się, jak rekonstruują pewne sytuacje z historii Polski, kiedy nasza arystokracja trzymała na swych dworach afrykańskich niewolników, do dekoracji i chwalenia się przed gośćmi. Ale po jakichś dwudziestu minutach zaciera się granica między teatrem a rzeczywistością. Trochę podobnie jak w ‘Grotowski non fiction’, tyle że ‘Grotowski non fiction’ napędzany był przez absolutnie spójny logiczny pomysł na całość. Tutaj tej wizji nie ma. Jest pół pomysł na rodzaj performansu na temat rasizmu lub przemocy człowieka wobec człowieka. Wiktor Bagiński to czarnoskóry Polak, urodzony w Dzierżoniowie. Zobaczymy w spektaklu też Sibonisiwe Ndlovu-Sucharską, która przyjechała do Polski z Zimbabwe, wyszła za mąż za Polaka. Oni prowadzą terapię, opowiadając własne przeżycia, sytuacje, zachowania rasistowskie, jakich doznali. Oburzeni, przywołują wiersz ‘Murzynek Bambo’, krytykując jego treść i wymowę. Nie zgadza się z takim odbiorem Tuwimowego klasyka jedynie Michał Świtała (używamy prawdziwych imion aktorów), najstarszy w grupie. Rasizm jest ważnym tematem, także dziś w Polsce, kiedy poczytny pisarz bezwstydnie wydaje ‘Malarstwo białego człowieka’, kwitną etnofobie. Jednak zabierając się do realizacji przedstawienia teatralnego, warto wiedzieć, na czym ten rodzaj artystycznej ekspresji polega. Raczej nie na inscenizowanym spotkaniu autorskim Wiktora Bagińskiego, podczas którego gadamy i pokazujemy to, o czym gadaliśmy w formie scenki rodzajowej. Słuchałem rozmów widzów po spektaklu. Pewien pan przy tuszy mówił do kolegi: jestem rozczarowany, tak można robić sztuki o każdej ludzkiej właściwości. Ja wyglądam jak wyglądam, od urodzenia, o mnie by mógł być podobny spektakl. O każdej cesze wyróżniającej ludzi. Można by to i na plus policzyć Bagińskiemu: rasizm jako przykład, pars pro toto. Lecz forma tej wypowiedzi artystycznej kuleje, ‘Czarna skóra, białe maski’ nie jest przeżyciem teatralnym, jest fake teatrem. Który w dodatku kończy się tańcem, sekwencją choreograficzną. Znana to rzecz: gdy nie wiadomo jak skończyć, kończymy chocholim tangiem. Treściowo sztuka zaproponowana przez Bagińskiego (i dramaturga Pawła Sablika), zwycięska w przeznaczonym dla młodych twórców konkursie na wystawienie przedstawienia na scenie Modelatornia, to co najwyżej punkt wyjścia do rozmowy z młodzieżą. Jeżeli Bagiński chce robić teatr dla młodzieży, trzeba mu kibicować, wysyłając najpierw jako czeladnika do wrocławskiego Układu Formalnego. Usłyszy z pewnością: popracuj nad strukturą, rozpisz sobie wyraźne linie, wątki, cele, pamiętaj o architekturze spektaklu. Ale po ‘Czarnej skórze, białych maskach’ mam, hm, wątpliwości, czy Wiktor Bagiński chce w ogóle robić teatr. Potencjał widzę, w paru scenach teatr się dzieje (kąpiel Pierre'a - Kornel Sadowski, Karolina Kuklińska, znakomicie zaśpiewana przez Katarzynę Osipuk i Karola Kossakowskiego piosenka), w paru się zaledwie zapowiada (wykorzystanie schodów i piętra).

Warto było przyjechać do Opola, aby zobaczyć rodzący się nowy zespół aktorski Teatru Kochanowskiego, w świetnej formie. Zobaczyć, jak się tam myśli o zagospodarowaniu artystycznych talentów i ogromnej przestrzeni (cztery sceny w jednym budynku!), jak się tworzy wokół teatru wspólnotę żądną zajść i przygód, debat i przejęć. Kiedy nawet mocno niedoskonała realizacja prowokuje do nocnych – międzynarodowych – rozmów. JK Opole Theatre – jak w anglojęzycznym komunikacie nazywa swój teatr Norbert Rakowski – to miejsce o temperaturze, za którą tęskni teatralny widz. Cudownie, że tak niedaleko od Wrocławia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
III Opolski Maraton Teatralny, 22-24.11.2019, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Tuesday, November 19, 2019

CHŁOPI (Teatr AST)


Nie zepsuję przyjemności odbioru tego spektaklu, gdy przytoczę treść kończącej go kwestii. Dwie aktorki siadają na proscenium, a jedna drugiej opowiada, jak to Monika Strzępka rozmawiała z przyjaciółką o życiu w Polsce przed wiekami. Jak to pięknie było jeździć powozami, być damą, księżną, jak Izabela Lubomirska w Łańcucie. Na to Strzępka: „Jesteś pewna? Czy na pewno jeździłaś powozem, czy może po tobie ktoś wsiadał na konia?”. Cytuję z pamięci, na pewno nieściśle, Sebastianie i Tomku (dramaturdzy), wybaczcie. Większość tego naszego społeczeństwa dumnych Polaków cieszących się z wielkopańskiej Polski szlacheckiej, tej od morza do morza, Jagiellonów i Wazów, pochodzi – powiedzmy sobie szczerze – z chłopów. I z takiej konstatacji, napisanej i wyłożonej w finale przedstawienia wdzięcznie, choć jak dla mnie jakoś tak zbyt wprost i edu, wyłonił się jeden z najbardziej w ostatnich latach udanych dyplomów wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych.

Ale oczywiście nie o chłopskości Polaków to opowieść. Ta chłopskość powinna nas aż i jedynie skłonić do trochę innego myślenia, społecznego współżycia, do dystansu, do porozumienia. Ani nie musimy wywozić Jagny na taczkach ze wsi, ani też dla Jagny ten wyrok nie musi być tragicznym końcem, raczej początkiem nowego, w innym miejscu, mieście, innym kraju, wśród ludzi o szerszych horyzontach niż lipczacki. Zresztą i w tych teatralnych Lipcach dzieje się inaczej niż u Reymonta. W scenie, gdy goście wręczają młodym weselne prezenty, winszując szczęśliwego związku, wręczają je trójkątowi małżeńskiemu. Obok Nastusi i Szymka stoi odmłodzony w stosunku do powieści pan Jacek. Z drugiej strony, ksiądz przekazuje swój hełm, z wymalowaną na nim między innymi swastyką, chłopakowi, którego łatwo utożsamić z dzisiejszym skrajnym narodowcem. Mamy w spektaklu i pojedynek na hasła: w odpowiedzi na ONR pada LGBT, rewersem Jezusa jest Dalajlama. Współczesna Polska przegląda się w reymontowskich Lipcach nienachalnie, z uśmiechem inteligentnie podszytym dyskusją o naszym teraz, a nawet naszym za chwilę.

Bo najpoważniejszy akcent – moim zdaniem – pada w spektaklu na młodość. Jej energię, naturalną siłę, potencjał, także erotyzm (aktorki i aktorzy mają do cielistych trykotów przyczepione rzepami sztuczne intymności). Ekspresyjna scena lipcowych bachanaliów czy też kupaliów – fantastycznie wymyślona i perfekcyjnie wykonana przez artystów – daje widzom dużo czystej radości z jej oglądania, odczuwania, a równocześnie niebezpieczną refleksję. Czy aby naprawdę należy pokładać nadzieję w młodym pokoleniu, tak podatnym na prze-moc instynktów? I manipulacji? Boryna góruje gdzieś nad światkiem, jest bogiem-panem-władcą-gospodarzem, od którego dostaje się baty, żyjąc w jego cieniu, w obawie przed karą. A jednak nic nie jest w stanie schłodzić pierwotne rządze i Jagna z Antkiem nie unikną płomiennej miłości. Więc skoro impulsywne młode Lipczaki (Polaki), głosują – jak wiemy – chętniej od starszych pokoleń na lewicę i prawicę, omijając w swych wyborach centrum, to jak rysuje się przyszłość?

Sebastianowi Majewskiemu wraz z pozostałymi realizatorami oraz nadzwyczajną grupą utalentowanych i bardzo różnorodnych aktorek i aktorów udało się, na bazie powieści genialnej lecz trudnej nie tylko dla dzisiejszego odbiorcy, stworzyć spektakl atrakcyjny i mądry. Dodający literackiej klasyce nerw teraźniejszości, a młodym artystom dający niezwykle pożyteczny materiał do wejścia w niełatwą rzeczywistość po szkole. „Chłopi” są pracą zespołową, niepozbawioną pokazowych solówek, ujawniających duże umiejętności i potencjał dyplomantów. A przy tym to, co najważniejsze: są spójnym przedstawieniem, którego widz nie wyrzuci z pamięci wraz z ostatnią obronioną przez Dominikę, Agatę, Aleksandrę, Annę, Magdę, Paulinę, Polę, Igora, Pawła, Piotra, Antoniego, Adama, Mikołaja, Michałów czy Tomka magisterką.

[0-6] > 5

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………
CHŁOPI, reż. Sebastian Majewski, spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego, na podstawie "Chłopów" Władysława Reymonta, 18.11.2019, miejsce skrajne z lewej strony, rząd chyba szósty

Reżyseria i dramaturgia: Sebastian Majewski
Scenografia i kostiumy: Karolina Mazur
Dramaturgia i adaptacja: Tomasz Jękot
Choreografia i ruch sceniczny: Mateusz Flis
Asystenci reżysera: Paulina Krupa, Antoni Rychłowski
Producent: Radosław Frąk

Występują: Piotr Czarniecki, Pola Dębkowska, Agata Harat, Igor Korus, Paulina Krupa, Mikołaj Krzeszowiec, Aleksandra Mirecka, Anna Nowak, Tomasz Ostach, Adam Rosa, Antoni Rychłowski, Michał Surma, Michał Tokarski, Magda Walkiewicz, Paweł Wydrzyński, Dominika Zdzienicka

TRAVIATA (Opera Wrocławska)


Jest takie stare powiedzenie, że artystę poznaje się nie po debiucie, lecz dziele nr 2. Grażyna Szapołowska dała radę z debiutem ('Halka' Moniuszki), z 'Traviatą' jest gorzej. Choć, jak podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej, należałoby poprosić o trzeci utwór, żeby wydać wyrok. Czy będzie z niej operowa reżyserka, czy nie będzie.

W pierwszej części nie przeszkadzała ani nie pomagała. Oprócz wprowadzenia postaci dziewczynki, symbolu niewinności, czystości, jaka w głównej bohaterce-kurtyzanie pozostała, nie zrobiła właściwie nic. Sceny z pierwszego i połowy drugiego aktu rozłamała na dwie chwile zbiorowe i resztę intymnych. Ale co to za intymność? Jesteśmy niby we współczesnym świecie (choć nie wiemy gdzie), a między Alfredem i Violettą nie ma nawet fizycznego kontaktu, są spojrzenia i śpiewanie o miłości, której nie widać i nie czuć. Senior Germont, cóż, jak na seniora przystało, stoi jak słup i śpiewa. Czy miałby ochotę na ostatni wybryk z urodziwą kobietą? Chyba tak, daje nam o tym znać szarfa, jaką Violetta opasuje zarówno oczy syna, jak i ojca, niby flirtując. Pani Grażyno, gdyby Pani w tych wspaniałych filmach posługiwała się znakami tylko, czy te role miałyby siłę rażenia?

Na mało pomysłowym, również symbolicznym, multimedialnym tle rozgrywa się cokolwiek pensjonarska gra towarzyska. Gdyby nie Edyta Piasecka i jej znakomity śpiew, wolumen głosu, który doskonale wybijał się ponad czasem nazbyt szaloną w tempach i watach orkiestrę, można by przysnąć. Zwłaszcza że do najlepszych swych występów nie zaliczą wieczoru premierowego ani nieco drewniany Adam Kruszewski, ani Andrzej Lampert, mający po prostu gorszy dzień.

Po antrakcie było lepiej. Viola i Violetta przespacerowały się przed widzami, skracając dystans, patrząc na nas z wyrzutem, oskarżeniem, pytaniem: za co ta krzywda? Ale scenę balu warto by zaplanować z większym rozmachem i polotem. Tak jak lubię balet wrocławskiej opery w spektaklach tanecznych, tak nijaki bywa w choreografiach tytułów operowych (tutaj marnie się spisał Karol Urbański). Znów całość ciągnęła Edyta Piasecka, górująca wokalnymi możliwościami nad innymi solistami. Dopiero w końcówce Alfred zbliżył się do kochanki, bardzo zresztą subtelnie. Rozumiem, że 'Traviata' to samograj, przebój, że Verdi zawsze się obroni, ale jeśli zakładamy tak przezroczystą reżyserię, to wystarczy lekko podrasowana wersja koncertowa. Dlaczego Violetta nosi przez cały spektakl jedną kreację i te same buty? Baron taki skąpy czy reżyserka ze scenografką? A ciemnoniebieska koszula Alfreda, idealnie się komponująca z równie ciemnoniebieską kanapą, coś znaczy?

Uboga więc inscenizacyjnie 'Traviata' trafia się wrocławskim widzom, a mimo to premierowa widownia wstała do oklasków. Jest natomiast w tej 'Traviacie' reżyserskie światełko w tunelu i dla mnie. To postać Anniny, służącej, przyjaciółki Violetty, kaleki, za którą czai się jakaś tajemnica. Jaka? Możemy się domyślać. Takich domysłów zabrakło w przypadku reszty bohaterów, także protagonistki nr 1. To ta okuta i kulejąca Annina (Dorota Dutkowska) wydaje się tytułową upadłą, pobłądzoną, pokutującą, a nie - mimo nie takich znów usilnych starań Edyty Piaseckiej - jednowymiarowa w sumie Violetta Valery.

[0-6] > 3

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………
Giuseppe Verdi, Francesco Maria Piave TRAVIATA, reż. Grażyna Szapołowska, dyrygent Adam Banaszak, 17.11.2019, Opera Wrocławska, parter, rząd IV, miejsce 20

PS
I proszę wybaczyć jeszcze jedno pytanie: dlaczego Violettę, w żadnej obsadzie, nie śpiewa najlepsza aktualnie solistka Opery Wrocławskiej Hanna Sosnowska? Dlaczego po otrzymaniu Wrocławskiej Nagrody Muzycznej jej aktywność w Operze spadła? 'Traviata' to partia dla niej, na co my czekamy? Nie wiem, kto mi odpowie - dyrektora Nałęcz-Niesiołowskiego już nie ma we Wrocławiu, speca od castingu chyba też nie. Ale za takie marnotrawstwo ktoś odpowiedzieć powinien.

WOJOWNIK (Teatr Pieśń Kozła)


Jeśli są Państwo zdania, że nowy spektakl Teatru Pieśń Kozła jest formalnie absolutnie zachwycający, że to piękne dzieło, wiele mówiące o ludzkiej naturze, losie kobiet w czasie i w wyniku wojny, o przemocy, że to niezbędny głos-ostrzeżenie dla naszej cywilizacji i kultury, to dajcie sobie spokój z doczytywaniem tego tekstu. Po co sobie psuć wrażenie?

Ale ja to muszę powiedzieć: Grzegorz Bral potrafi skłonić widownię do owacji na stojąco, ma patent na efektowny muzyczny teatr, rękę do współpracowników, zaprasza do swych projektów artystów świetnych wokalnie i wydobywa z nich najlepsze. Lecz 'Wojownik' to wcale nie jest nowy spektakl, to dobrze już znany Kozłowy schemat. Wcześniej był to schemat oparty na dramatach Shakespeare'a, teraz na antycznych tragediach (tu 'Trojankach' Eurypidesa). Owszem, są kroki do przodu:
1/ więcej tekstu i dramaturgii – i nie wiem, czy to dobrze, aktorstwo nie wzlatuje nad poziomy; śpiewacy może nie deklamują - przynajmniej nie wszyscy - ale i nie kreują - z wyjątkiem Magdaleny Szczerbowskiej (Wojnarowskiej), która jako Hekabe błysnęłaby na każdej scenie,
2/ multimedialna wstawka (film będący clipem-summą okrucieństwa, jakie ludzie ludziom zgotowali),
3/ większa niż poprzednio rola kostiumów (Alicji Grucy).

Reszta po staremu: Bral narrator, pieśni jak z Leara, scenki, kompozycje Macieja Rychłego bez zaskoczenia. Na mnie to już nie działa. Wręcz zamiast poruszać, skłania do wyszukiwania skaz na tym niezłym, pompatycznym widowisku. Drobnych - jak bardzo ładna ballada Heleny (przepięknie wykonana przez Hannę Sosnowską), lecz jakby (stylistycznie) wyjęta z 'Króla lwa' czy 'Pocahontas', oraz generalnych - tą jest pomysł na temat. Teatr tak markowy i doświadczony jak Teatr Pieśń Kozła, powinien wyprzedzać rzeczywistość, tymczasem robi przedstawienie o piekle kobiet (z pewnym niezrozumiałym dla mnie tytułowym twistem na końcu), w momencie gdy kobiety się buntują, ba, już zbuntowały i idą po zwycięstwo. Dziś tematem nowszym jest bunt tłumów, społeczne podziały, spór religii z ateizmem, problemy ideologiczne i polityczne, zapędy dyktatorskie etc.

Zauważam jednak w tej powtórce z Kozłowej rozrywki iskrę nadziei i dla mnie. Jeśli znajdzie się dyrektor, który Alicji i Grzegorzowi Bralom powierzy realizację spektaklu operowego. Czuję, że są na to gotowi. Alicja dołoży do libretta pewne współczesne znaczenia, a będzie musiała powściągnąć nie zawsze trafioną poetyckość i pompę, Grzegorz sprawi, że operowa umowność zyska realizm, wigor i temperament teatru napięć, z jakiego go znamy. Chciałbym, aby to się ziściło, bo na kolejny taki spektakl Kozłów, taki jak 'Wojownik', 'Anty-gone', 'Hamlet' czy 'Wyspa' nie mam ochoty. Zbyt one wszystkie podobne, za wiele czerpiące z arcydzielnych 'Pieśni Leara'. Co z tego, że śpiewają inni artyści, co z tego, że dodamy coś do schematu lub ujmiemy. Obawiam się jednak, że dopóki publiczność będzie gremialnie wstawać po takich 'Wojownikach', dopóty Grzegorz Bral będzie je, tak - użyję tego słowa - produkował. Wielu, większość to cieszy, mnie przestaje.

[0-6] > 4

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………
WOJOWNIK, Teatr Pieśń Kozła, dramaturgia Alicja Bral, muzyka Maciej Rychły, reżyseria Grzegorz Bral, 16.11.2019, Piekarnia, rząd II, miejsce 20

Monday, October 14, 2019

MOCK - CZARNA BURLESKA (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)


Ostatnia piosenka tego spektaklu wyzwala we mnie nadzieję, że Artur Caturian (tytułowy Eberhard) kiedyś (oby szybko) będzie miał możliwość wykreowania tzw. rólska na deskach Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu - albo gdziekolwiek indziej - bo z takim głosem może wszystko.

Chociaż nie podzielam hurra entuzjazmu premierowej widowni 'Mocka - czarnej burleski', to chcę wyraźnie powiedzieć, że Konrad Imiela bardzo solidnie podszedł do literackiego pierwowzoru i stworzył przekonujący portret i miasta, i przestępczego środowiska, i wreszcie policjanta. Mock jest tu zaledwie figurą, nie protagonistą, raczej towarzyszy bohaterom tego kryminału, od czasu do czasu wychodząc ze swojego kąta czy boku na pierwszy plan, najbardziej, najmocniej w finale. Kiedy chłopak z Wałbrzycha, który stał się radcą kryminalnym w niestołecznym mieście Breslau - i, co tu kryć, brutal, pijak i cham - zauważa pustkę w swoim życiu. Na coś się ta filologia klasyczna, poparta doświadczeniem, zdała (tak, łacina brzmi w tym spektaklu).

Wydaje mi się, że nad najnowszą propozycją Capitolu unosi się trochę cień stylu Wojciecha Kościelniaka, choć może to już po prostu styl capitolowy. To nie jest zarzut, wręcz przeciwnie. A umiejętność wypośrodkowania rozrywki i ambicji powiedzenia czegoś więcej zawsze warto zauważyć i pochwalić. Imiela potrafi uśmiechnąć się do publiczności, zna jej potrzeby, nienachalnie wciąga w trochę inne klimaty. Wraz ze swoimi artystami buduje krwiste postaci, nawiązuje do różnych, także tragicznych, momentów w historii Europy. Jak wystawianie niewolników w ludzkim zoo, jak faszyzm. Wszystkie te wątki, rzecz jasna, znaleźć można w powieściach Marka Krajewskiego. Imiela i Roman Kołakowski (autor części tekstów) wyłowili z kilku książek wrocławskiego autora sceny i bohaterów, ich prezentację powierzając sześciu konferansjerkom - Damom ulicy (wszystkie aktorki sprawnie się w tych rolach znajdują: Elżbieta Kłosińska, Klaudia Waszak, Justyna Woźniak, Małgorzata Fijałkowska, Alicja Kalinowska, Marianna Linde). Owe panie lekkich obyczajów, z temperamentem i wdziękiem, ukulelowym rytmem wprowadzają kolejne numery.

Tak to trzeba nazwać. 'Mock - czarna burleska' z numerów właśnie się składa. Te najlepsze należą do gwiazd. Helena Sujecka i Katarzyna Pietruska pięknie się zgrywają w duecie zabitych prostytutek, Emmy i Klary, także fizycznie wędrujących do nieba. Zasłużony aplauz wzbudza (jak zwykle) piosenka w wykonaniu Emose Uhunmwanhgo. Znakomita jest Ewa Szlempo jako żona Mocka, kobieta pragnąca innego życia, zdaje się, z kimś innym, nie z cokolwiek prostackim maczo. Inna rzecz, że wpada z Mocka pod rynnę. Doskonała jest hrabina Gertruda - Bogna Woźniak-Joostberens, morderczyni z wiarą. Rola Bogny Woźniak musi przypominać arcydzielną Fridę ze słynnego 'Mistrza i Małgorzaty', podobnie jak scena w kinie Capitol przyciąga wspomnienia z brelowskiej gali Przeglądu Piosenki Aktorskiej.
Oba przedstawienia reżyserował Wojciech Kościelniak. Siedzący zresztą w drugim rzędzie na widowni premierowego 'Mocka' i chyba zadowolony z tego, co widzi. Raz jeszcze podkreślam: jeśli nazywam Konrada Imielę uczniem Kościelniaka w tym akurat nurcie jego artystycznej działalności, w konkretnym przypadku 'Mocka - czarnej burleski', widzę w tym siłę, nie słabość, to szczere uznanie.

Talenty scenografki Anny Haudek i kostiumolożki Anny Chadaj znamy nie od dziś, potwierdza je również ta realizacja. Jacek Gębura jest choreografem, którego pracę chciałbym podziwiać zdecydowanie częściej. Grzegorz Rdzak debiutuje w kompozytorskim fachu musicalowym i jest to debiut obiecujący. Różnorodność numerów świadczy o dużej kulturze muzycznej kompozytora, forma burleski usprawiedliwia gatunkowy miszmasz i korzystanie z dobrze znanych patentów. Samba, tango, rock, hip-hop czy blues słuchają się przyjemnie, lecz trudno mówić o wyrazistym stylu kompozytorskim i oryginalności. Identyczne odczucia towarzyszyły mi przed rokiem w odbiorze 'Blaszanego bębenka' (muzyka Mariusza Obijalskiego).

'Mocka - czarną burleskę' ogląda się bez znużenia, ale chwilami ze zmęczeniem. Nie zawsze bowiem liryczny destylat z prozy Krajewskiego daje się z sukcesem osiągnąć. Czasem słychać dłużącą się, w piosenkowej formie, narrację. A czasem, przyznajmy, brzmi celny szlagwort, jak 'siedzimy w kinie Capitol/kino ma to do siebie, że siedzimy incognito' (pysznie wyśpiewany przez Michała J. Bajora), jak 'Ebi, wybacz, że nie podlałam dzisiaj kwiatków'. Na koniec tylko jedno jeszcze zdanie: wreszcie legendarna już literacka postać i w ogóle twórczość Marka Krajewskiego (nie do pokazania w pełni na scenie) doczekała się udanej inscenizacji. Nie wyszła próba we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, nie wypalił spektakl w Teatrze Telewizji, ale od czego mamy Capitol.
GCH
[0-6] = 4,5
...........
MOCK - CZARNA BURLESKA, reż. Konrad Imiela, muz. Grzegorz Rdzak, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, rząd 3, miejsce 25, 12.10.2019

Sunday, September 15, 2019

Stacja Literatura 24


jurorzy w sporze o kanon poetycki 30-lecia

Dobrze, że są takie enklawy, takie Czarne Góry, Stronia Śląskie, gdzie się może rozgościć poezja i w bezpiecznej bliskości zaprzyjaźnionych od kiedyś lub teraz ludzi istnieć jako coś drogiego i ważnego. Co warto oklaskiwać, czego warto słuchać, o czym się z pasją mówi. Takich potrzeb nie ma dziś tak zwane społeczeństwo, pisanie wierszy jest zajęciem dziwnym, mega niszowym. Choć potrafi przynieść i materialny sukces. Najważniejsze poetyckie nagrody to kwoty nawet ponad stutysięczne.

Na tegoroczną Stację Literaturę (kiedyś Port Literacki, z którego bezsensownie zrezygnowało miasto Wrocław) jej szef Artur Burszta wymyślił m.in. stworzenie kanonu polskich książek poetyckich 30-lecia. 1989-2019. Jasna cezura, czemu nie? Przy okazji jednak wyszła inna istotna dla poezji i poetów sprawa. Bo skoro kanon idzie w świat, podobnie zresztą jak nagrody literackie (za tom, za całokształt), dlaczego nic z tego nie wynika? Poezja dziś ma mniejsze znaczenie także jako emocja rynku literackiego niż w latach 1990., z nostalgią zresztą przywołanych podczas spotkania z Martą Podgórnik. A kanon? Jurorzy (Anna Kałuża, Karol Maliszewski, Joanna Mueller, Joanna Orska, Jakub Skurtys) przyznali otwarcie, że interesowały ich językowe, mowowe innowacje. Wiec awangarda została doceniona, a tzw. klasyka pominięta z góry, programowo. Jest to zatem kanon poezji awangardowej, innowacyjnej, progresywnej, nie polskiej poezji w ogóle. No a to, że tak niewiele się różnią listy jurorów i publiczności może być, niestety, objawem owego wąskiego zainteresowania poezją (oba kanony poniżej). Czytają i interesują się sami poeci i krytycy, nie czytelnicy. Kim jest czytelnik poezji dzisiaj - oto jest pytanie.

Pojawiły się w dyskusji sędziów - nie wzbudzając oburzenia, raczej aklamacyjną akceptację - takie głosy: 'Świetlicki przegrywa z Sosnowskim, jego dykcja się skończyła', raczej bywa teraz dla młodych punktem odbicia, zaprzeczenia. Jeśli tak rzeczywiście jest, to co to znaczy? Może że wpływ Marcina Świetlickiego jest jednak tak duży, że trzeba się od niego drastycznie uwolnić? Ale trzeba przy tym pamiętać o roli autora 'Zimnych krajów' w kulturze. Jego zasługi polegają też na tym, że jako poeta przeniknął do tzw. popkultury czy głównego nurtu kultury (przy wysokiej jakości samego dzieła). Sosnowski w tej konkurencji nie dorównuje MŚ.

I tak dalej. A kanon układany za 10, 20 lat może Sosnowskiego zrzucić z piedestału. Wątków do poruszenia, pociągnięcia, pospierania się, a przede wszystkim pomyślenia - dzięki festiwalowi Stacja Literatura - mamy na cały rok. Byle się ten festiwal tutaj, czyli na Dolnym Śląsku, znowu odbył, co wcale nie takie pewne. Niebogate jest Stronie, nie wiadomo, jak długo prywatni właściciele Czarnej Góry Resortu będą wspierać, na jak długo wystarczy organizatorom (Biuru Literackiemu) energii i szczęścia w pozyskiwaniu środków. Za rok jubileuszowe ćwierćwiecze, doskonała okazja, by zasłużony a zaskakująco młody, świeży festiwal poezji jakoś ściślej z regionem, gdzie powstał i trwa od tylu lat, związać. Zadanie to dziś do wykonania dla Urzędu Marszałkowskiego, bo - zdaje się - powrót do Wrocławia nierealny. Chociaż... Na pewno byłoby wręcz stosowne, by w mieście, gdzie Port działał najdłużej, a także w Legnicy, gdzie zaczynał, przygotować jubileuszowe wydarzenia.

Stacja Literatura 24 - odbyta pod hasłem 'Nie gódź się' (czyli było i politycznie, i społecznie, i ekologicznie na przykład) - dowiodła, że w poezji tkwi moc i myśl, że dotyka kluczowych zjawisk życia, bywa przy tym atrakcyjna (większość czytań wierszy prezentowanych przez samych autorów/autorki wręcz porywała). Dlatego dobrze by dziś, tu i teraz, poezji i jej Stacji konkretnie pomóc. Urzędnicy - wierzę w to - wiedzą, co robić, a czytelnicy? Mam nadzieję, że również.
GCH
...
Stacja Literatura 24, Stronie Śląskie/Sienna, dyr. art. Artur Burszta, producentka Aleksandra Olszewska, 12-15.09.2019

KANON 30-LECIA CZYTELNIKÓW:

Justyna BARGIELSKA „Dwa fiaty”
Konrad GÓRA „Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem”
Roman HONET „alicja”
Krystyna MIŁOBĘDZKA „Imiesłowy”
Marta PODGÓRNIK „Paradiso”
Tadeusz RÓŻEWICZ „Płaskorzeźba”
Robert RYBICKI „Dar Meneli”
Andrzej SOSNOWSKI „Życie na Korei”
Marcin ŚWIETLICKI „Zimne kraje”
Eugeniusz TKACZYSZYN-DYCKI „Nenia i inne wiersze”

KANON JURORÓW:

Piotr SOMMER „Dni i noce”
Justyna BARGIELSKA „Dwa fiaty”
Krystyna MIŁOBĘDZKA „Imiesłowy”
Eugeniusz TKACZYSZYN-DYCKI „Nenia i inne wiersze”
Marta PODGÓRNIK „Paradiso”
Bohdan ZADURA „Prześwietlone zdjęcia”
Konrad GÓRA „Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem”
Darek FOKS „Wiersze o fryzjerach”
Marcin ŚWIETLICKI „Zimne kraje”
Andrzej SOSNOWSKI „Życie na Korei”

Thursday, September 12, 2019

Jan Szurmiej dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu?

Radio Wrocław właśnie podało: "Jak udało nam się nieoficjalnie dowiedzieć dyrektorem artystycznym zostanie reżyser teatralny Jan Szurmiej". [choć sam Jan Szurmiej o niczym nie wie: LINK DO ARTYKUŁU].

Szczerze mówiąc, osobiście przestałem się już jakiś czas temu emocjonować wyborem dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, bo nie dyrektor w tym teatrze jest teraz najistotniejszy. Raczej relacje międzyludzkie, dalekie od nie tyle koleżeńskich, co obojętnych. Wydaje się, że w Polskim zwycięża właśnie konserwatywne podejście do sztuki teatralnej, niech zwycięża, zobaczymy, co na to publiczność. 20, 30 lat temu Jan Szurmiej byłby intrygującym wyborem, dziś nie stoi za taką decyzją urzędników artystyczne wyzwanie, lecz apetyt na święty spokój. Nawet to rozumiem.

Ostatnie lata pokazały, że bez poszukującego, eksperymentującego, ale też sięgającego po najważniejszych inscenizatorów Teatru Polskiego da się żyć. Przemija żal za świetnymi, historycznymi spektaklami (‘Wycinka’, ‘Dziady’), bo – jak to zwykle bywa – czas leczy. Ja zacząłem częściej jeździć poza Wrocław, do Legnicy, Wałbrzycha, do Opola, odrobinę dalej jest np. Teatr Śląski. A i we Wrocławiu można dzięki marazmowi w Polskim odkrywać choćby rosnący w siłę teatr offowy. No i powstał Teatr Polski w Podziemiu, któremu ten sam wskazujący dziś Szurmieja Urząd Marszałkowski finansowo sprzyja.

Jan Szurmiej przygotował za niesławnej kadencji Cezarego Morawskiego ‘Xięgi Schulza’, bardzo przyzwoite przedstawienie. Jedyne, jakie z obecnego afisza Polskiego z czystym sercem mogę polecić. Czy byłby w stanie ten afisz ożywić, zaprosić nieprzejrzałych twórców i otworzyć drzwi przed buzującymi ideami? Nie wiem. On sam, jak słyszymy, jeszcze nie wie, skoro nie uzgadniano z nim nominacji. Na pewno zna we Wrocławiu wszystkich, pracował tu kiedyś jako szef Teatru Muzycznego, zrobił legendarnego ‘Sztukmistrza z Lublina’. Dał się poznać zarówno jako reżyser z wizją na spektakl, jak i rzemieślnik powielający własne pomysły i tytuły na kolejnych scenach. Miewa rękę do młodych talentów i – z drugiej strony – potrafi ordynarnie obrażać swych oponentów.

Funkcja dyrektorska to duża odpowiedzialność, zwłaszcza we wrocławskim tu i teraz. Jan Szurmiej nie jest gwarantem lepszej przyszłości Polskiego ani nowego otwarcia. Ale przynajmniej jakaś decyzja zapada, by zakończyć okres chaosu. Przypuszczam, że finansowym dyrektorem zostanie Kazimierz Budzanowski, co ostatecznie pozbawi złudzeń tę część zespołu Polskiego opowiadającą się za tzw. teatrem progresywnym. Sprawiedliwie byłoby więc może podzielić dotację. Przeznaczyć dla Teatru Polskiego w Podziemiu Scenę na Świebodzkim i skończyć ten jątrzący się niepotrzebnie spór między byłymi kolegami i koleżankami. Niech każda ze stron – bez krzyków, donosów i kłód – robi własny teatr. Ten lepszy wybiorą widzowie.
GCH