Monday, October 14, 2019

MOCK - CZARNA BURLESKA (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)


Ostatnia piosenka tego spektaklu wyzwala we mnie nadzieję, że Artur Caturian (tytułowy Eberhard) kiedyś (oby szybko) będzie miał możliwość wykreowania tzw. rólska na deskach Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu - albo gdziekolwiek indziej - bo z takim głosem może wszystko.

Chociaż nie podzielam hurra entuzjazmu premierowej widowni 'Mocka - czarnej burleski', to chcę wyraźnie powiedzieć, że Konrad Imiela bardzo solidnie podszedł do literackiego pierwowzoru i stworzył przekonujący portret i miasta, i przestępczego środowiska, i wreszcie policjanta. Mock jest tu zaledwie figurą, nie protagonistą, raczej towarzyszy bohaterom tego kryminału, od czasu do czasu wychodząc ze swojego kąta czy boku na pierwszy plan, najbardziej, najmocniej w finale. Kiedy chłopak z Wałbrzycha, który stał się radcą kryminalnym w niestołecznym mieście Breslau - i, co tu kryć, brutal, pijak i cham - zauważa pustkę w swoim życiu. Na coś się ta filologia klasyczna, poparta doświadczeniem, zdała (tak, łacina brzmi w tym spektaklu).

Wydaje mi się, że nad najnowszą propozycją Capitolu unosi się trochę cień stylu Wojciecha Kościelniaka, choć może to już po prostu styl capitolowy. To nie jest zarzut, wręcz przeciwnie. A umiejętność wypośrodkowania rozrywki i ambicji powiedzenia czegoś więcej zawsze warto zauważyć i pochwalić. Imiela potrafi uśmiechnąć się do publiczności, zna jej potrzeby, nienachalnie wciąga w trochę inne klimaty. Wraz ze swoimi artystami buduje krwiste postaci, nawiązuje do różnych, także tragicznych, momentów w historii Europy. Jak wystawianie niewolników w ludzkim zoo, jak faszyzm. Wszystkie te wątki, rzecz jasna, znaleźć można w powieściach Marka Krajewskiego. Imiela i Roman Kołakowski (autor części tekstów) wyłowili z kilku książek wrocławskiego autora sceny i bohaterów, ich prezentację powierzając sześciu konferansjerkom - Damom ulicy (wszystkie aktorki sprawnie się w tych rolach znajdują: Elżbieta Kłosińska, Klaudia Waszak, Justyna Woźniak, Małgorzata Fijałkowska, Alicja Kalinowska, Marianna Linde). Owe panie lekkich obyczajów, z temperamentem i wdziękiem, ukulelowym rytmem wprowadzają kolejne numery.

Tak to trzeba nazwać. 'Mock - czarna burleska' z numerów właśnie się składa. Te najlepsze należą do gwiazd. Helena Sujecka i Katarzyna Pietruska pięknie się zgrywają w duecie zabitych prostytutek, Emmy i Klary, także fizycznie wędrujących do nieba. Zasłużony aplauz wzbudza (jak zwykle) piosenka w wykonaniu Emose Uhunmwanhgo. Znakomita jest Ewa Szlempo jako żona Mocka, kobieta pragnąca innego życia, zdaje się, z kimś innym, nie z cokolwiek prostackim maczo. Inna rzecz, że wpada z Mocka pod rynnę. Doskonała jest hrabina Gertruda - Bogna Woźniak-Joostberens, morderczyni z wiarą. Rola Bogny Woźniak musi przypominać arcydzielną Fridę ze słynnego 'Mistrza i Małgorzaty', podobnie jak scena w kinie Capitol przyciąga wspomnienia z brelowskiej gali Przeglądu Piosenki Aktorskiej.
Oba przedstawienia reżyserował Wojciech Kościelniak. Siedzący zresztą w drugim rzędzie na widowni premierowego 'Mocka' i chyba zadowolony z tego, co widzi. Raz jeszcze podkreślam: jeśli nazywam Konrada Imielę uczniem Kościelniaka w tym akurat nurcie jego artystycznej działalności, w konkretnym przypadku 'Mocka - czarnej burleski', widzę w tym siłę, nie słabość, to szczere uznanie.

Talenty scenografki Anny Haudek i kostiumolożki Anny Chadaj znamy nie od dziś, potwierdza je również ta realizacja. Jacek Gębura jest choreografem, którego pracę chciałbym podziwiać zdecydowanie częściej. Grzegorz Rdzak debiutuje w kompozytorskim fachu musicalowym i jest to debiut obiecujący. Różnorodność numerów świadczy o dużej kulturze muzycznej kompozytora, forma burleski usprawiedliwia gatunkowy miszmasz i korzystanie z dobrze znanych patentów. Samba, tango, rock, hip-hop czy blues słuchają się przyjemnie, lecz trudno mówić o wyrazistym stylu kompozytorskim i oryginalności. Identyczne odczucia towarzyszyły mi przed rokiem w odbiorze 'Blaszanego bębenka' (muzyka Mariusza Obijalskiego).

'Mocka - czarną burleskę' ogląda się bez znużenia, ale chwilami ze zmęczeniem. Nie zawsze bowiem liryczny destylat z prozy Krajewskiego daje się z sukcesem osiągnąć. Czasem słychać dłużącą się, w piosenkowej formie, narrację. A czasem, przyznajmy, brzmi celny szlagwort, jak 'siedzimy w kinie Capitol/kino ma to do siebie, że siedzimy incognito' (pysznie wyśpiewany przez Michała J. Bajora), jak 'Ebi, wybacz, że nie podlałam dzisiaj kwiatków'. Na koniec tylko jedno jeszcze zdanie: wreszcie legendarna już literacka postać i w ogóle twórczość Marka Krajewskiego (nie do pokazania w pełni na scenie) doczekała się udanej inscenizacji. Nie wyszła próba we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, nie wypalił spektakl w Teatrze Telewizji, ale od czego mamy Capitol.
GCH
[0-6] = 4,5
...........
MOCK - CZARNA BURLESKA, reż. Konrad Imiela, muz. Grzegorz Rdzak, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, rząd 3, miejsce 25, 12.10.2019

Sunday, September 15, 2019

Stacja Literatura 24


jurorzy w sporze o kanon poetycki 30-lecia

Dobrze, że są takie enklawy, takie Czarne Góry, Stronia Śląskie, gdzie się może rozgościć poezja i w bezpiecznej bliskości zaprzyjaźnionych od kiedyś lub teraz ludzi istnieć jako coś drogiego i ważnego. Co warto oklaskiwać, czego warto słuchać, o czym się z pasją mówi. Takich potrzeb nie ma dziś tak zwane społeczeństwo, pisanie wierszy jest zajęciem dziwnym, mega niszowym. Choć potrafi przynieść i materialny sukces. Najważniejsze poetyckie nagrody to kwoty nawet ponad stutysięczne.

Na tegoroczną Stację Literaturę (kiedyś Port Literacki, z którego bezsensownie zrezygnowało miasto Wrocław) jej szef Artur Burszta wymyślił m.in. stworzenie kanonu polskich książek poetyckich 30-lecia. 1989-2019. Jasna cezura, czemu nie? Przy okazji jednak wyszła inna istotna dla poezji i poetów sprawa. Bo skoro kanon idzie w świat, podobnie zresztą jak nagrody literackie (za tom, za całokształt), dlaczego nic z tego nie wynika? Poezja dziś ma mniejsze znaczenie także jako emocja rynku literackiego niż w latach 1990., z nostalgią zresztą przywołanych podczas spotkania z Martą Podgórnik. A kanon? Jurorzy (Anna Kałuża, Karol Maliszewski, Joanna Mueller, Joanna Orska, Jakub Skurtys) przyznali otwarcie, że interesowały ich językowe, mowowe innowacje. Wiec awangarda została doceniona, a tzw. klasyka pominięta z góry, programowo. Jest to zatem kanon poezji awangardowej, innowacyjnej, progresywnej, nie polskiej poezji w ogóle. No a to, że tak niewiele się różnią listy jurorów i publiczności może być, niestety, objawem owego wąskiego zainteresowania poezją (oba kanony poniżej). Czytają i interesują się sami poeci i krytycy, nie czytelnicy. Kim jest czytelnik poezji dzisiaj - oto jest pytanie.

Pojawiły się w dyskusji sędziów - nie wzbudzając oburzenia, raczej aklamacyjną akceptację - takie głosy: 'Świetlicki przegrywa z Sosnowskim, jego dykcja się skończyła', raczej bywa teraz dla młodych punktem odbicia, zaprzeczenia. Jeśli tak rzeczywiście jest, to co to znaczy? Może że wpływ Marcina Świetlickiego jest jednak tak duży, że trzeba się od niego drastycznie uwolnić? Ale trzeba przy tym pamiętać o roli autora 'Zimnych krajów' w kulturze. Jego zasługi polegają też na tym, że jako poeta przeniknął do tzw. popkultury czy głównego nurtu kultury (przy wysokiej jakości samego dzieła). Sosnowski w tej konkurencji nie dorównuje MŚ.

I tak dalej. A kanon układany za 10, 20 lat może Sosnowskiego zrzucić z piedestału. Wątków do poruszenia, pociągnięcia, pospierania się, a przede wszystkim pomyślenia - dzięki festiwalowi Stacja Literatura - mamy na cały rok. Byle się ten festiwal tutaj, czyli na Dolnym Śląsku, znowu odbył, co wcale nie takie pewne. Niebogate jest Stronie, nie wiadomo, jak długo prywatni właściciele Czarnej Góry Resortu będą wspierać, na jak długo wystarczy organizatorom (Biuru Literackiemu) energii i szczęścia w pozyskiwaniu środków. Za rok jubileuszowe ćwierćwiecze, doskonała okazja, by zasłużony a zaskakująco młody, świeży festiwal poezji jakoś ściślej z regionem, gdzie powstał i trwa od tylu lat, związać. Zadanie to dziś do wykonania dla Urzędu Marszałkowskiego, bo - zdaje się - powrót do Wrocławia nierealny. Chociaż... Na pewno byłoby wręcz stosowne, by w mieście, gdzie Port działał najdłużej, a także w Legnicy, gdzie zaczynał, przygotować jubileuszowe wydarzenia.

Stacja Literatura 24 - odbyta pod hasłem 'Nie gódź się' (czyli było i politycznie, i społecznie, i ekologicznie na przykład) - dowiodła, że w poezji tkwi moc i myśl, że dotyka kluczowych zjawisk życia, bywa przy tym atrakcyjna (większość czytań wierszy prezentowanych przez samych autorów/autorki wręcz porywała). Dlatego dobrze by dziś, tu i teraz, poezji i jej Stacji konkretnie pomóc. Urzędnicy - wierzę w to - wiedzą, co robić, a czytelnicy? Mam nadzieję, że również.
GCH
...
Stacja Literatura 24, Stronie Śląskie/Sienna, dyr. art. Artur Burszta, producentka Aleksandra Olszewska, 12-15.09.2019

KANON 30-LECIA CZYTELNIKÓW:

Justyna BARGIELSKA „Dwa fiaty”
Konrad GÓRA „Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem”
Roman HONET „alicja”
Krystyna MIŁOBĘDZKA „Imiesłowy”
Marta PODGÓRNIK „Paradiso”
Tadeusz RÓŻEWICZ „Płaskorzeźba”
Robert RYBICKI „Dar Meneli”
Andrzej SOSNOWSKI „Życie na Korei”
Marcin ŚWIETLICKI „Zimne kraje”
Eugeniusz TKACZYSZYN-DYCKI „Nenia i inne wiersze”

KANON JURORÓW:

Piotr SOMMER „Dni i noce”
Justyna BARGIELSKA „Dwa fiaty”
Krystyna MIŁOBĘDZKA „Imiesłowy”
Eugeniusz TKACZYSZYN-DYCKI „Nenia i inne wiersze”
Marta PODGÓRNIK „Paradiso”
Bohdan ZADURA „Prześwietlone zdjęcia”
Konrad GÓRA „Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem”
Darek FOKS „Wiersze o fryzjerach”
Marcin ŚWIETLICKI „Zimne kraje”
Andrzej SOSNOWSKI „Życie na Korei”

Thursday, September 12, 2019

Jan Szurmiej dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu?

Radio Wrocław właśnie podało: "Jak udało nam się nieoficjalnie dowiedzieć dyrektorem artystycznym zostanie reżyser teatralny Jan Szurmiej". [choć sam Jan Szurmiej o niczym nie wie: LINK DO ARTYKUŁU].

Szczerze mówiąc, osobiście przestałem się już jakiś czas temu emocjonować wyborem dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, bo nie dyrektor w tym teatrze jest teraz najistotniejszy. Raczej relacje międzyludzkie, dalekie od nie tyle koleżeńskich, co obojętnych. Wydaje się, że w Polskim zwycięża właśnie konserwatywne podejście do sztuki teatralnej, niech zwycięża, zobaczymy, co na to publiczność. 20, 30 lat temu Jan Szurmiej byłby intrygującym wyborem, dziś nie stoi za taką decyzją urzędników artystyczne wyzwanie, lecz apetyt na święty spokój. Nawet to rozumiem.

Ostatnie lata pokazały, że bez poszukującego, eksperymentującego, ale też sięgającego po najważniejszych inscenizatorów Teatru Polskiego da się żyć. Przemija żal za świetnymi, historycznymi spektaklami (‘Wycinka’, ‘Dziady’), bo – jak to zwykle bywa – czas leczy. Ja zacząłem częściej jeździć poza Wrocław, do Legnicy, Wałbrzycha, do Opola, odrobinę dalej jest np. Teatr Śląski. A i we Wrocławiu można dzięki marazmowi w Polskim odkrywać choćby rosnący w siłę teatr offowy. No i powstał Teatr Polski w Podziemiu, któremu ten sam wskazujący dziś Szurmieja Urząd Marszałkowski finansowo sprzyja.

Jan Szurmiej przygotował za niesławnej kadencji Cezarego Morawskiego ‘Xięgi Schulza’, bardzo przyzwoite przedstawienie. Jedyne, jakie z obecnego afisza Polskiego z czystym sercem mogę polecić. Czy byłby w stanie ten afisz ożywić, zaprosić nieprzejrzałych twórców i otworzyć drzwi przed buzującymi ideami? Nie wiem. On sam, jak słyszymy, jeszcze nie wie, skoro nie uzgadniano z nim nominacji. Na pewno zna we Wrocławiu wszystkich, pracował tu kiedyś jako szef Teatru Muzycznego, zrobił legendarnego ‘Sztukmistrza z Lublina’. Dał się poznać zarówno jako reżyser z wizją na spektakl, jak i rzemieślnik powielający własne pomysły i tytuły na kolejnych scenach. Miewa rękę do młodych talentów i – z drugiej strony – potrafi ordynarnie obrażać swych oponentów.

Funkcja dyrektorska to duża odpowiedzialność, zwłaszcza we wrocławskim tu i teraz. Jan Szurmiej nie jest gwarantem lepszej przyszłości Polskiego ani nowego otwarcia. Ale przynajmniej jakaś decyzja zapada, by zakończyć okres chaosu. Przypuszczam, że finansowym dyrektorem zostanie Kazimierz Budzanowski, co ostatecznie pozbawi złudzeń tę część zespołu Polskiego opowiadającą się za tzw. teatrem progresywnym. Sprawiedliwie byłoby więc może podzielić dotację. Przeznaczyć dla Teatru Polskiego w Podziemiu Scenę na Świebodzkim i skończyć ten jątrzący się niepotrzebnie spór między byłymi kolegami i koleżankami. Niech każda ze stron – bez krzyków, donosów i kłód – robi własny teatr. Ten lepszy wybiorą widzowie.
GCH

Monday, August 26, 2019

FESTIWAL ENSEMBLE


Festiwal Ensemble ma już w nazwie lekkość relacji, które łączą jego uczestników i współtwórców. Nie ma tu słowa międzynarodowy, choć międzynarodowy jest, mamy za to imię patronki, księżnej Daisy. Ona byłaby takim wydarzeniem na swoim Zamku Książ zachwycona. Ensemble, czyli zespół to klucz do formuły, chcącej prezentować, promować muzykę kameralną i uczyć tej muzyki młodych artystów, sprawiać nią przyjemność widzom. Towarzyszą temu także spektakle teatralne, również będące rezultatem kilkudniowej pracy warsztatowej pod okiem tak znakomitych aktorów i pedagogów jak Wojciech Malajkat czy Izabela Kuna (w tym roku). Muzycy ćwiczą i potem występują wraz z wybitnymi wirtuozami z Europy i świata. I nie chodzi tu o tradycyjne lekcje mistrzowskie, raczej sytuacje partnerskie, korzystne dla obu stron. Trzeba zobaczyć, z jakim entuzjazmem oklaskują młodzież (i muzyczną, i aktorską) świetny skrzypek Jakub Jakowicz i inne znakomitości prowadzące swe kilkuosobowe grupy. No i publiczność: tłumna, a ciągle kameralna, pełna ciekawości, co też usłyszy tym razem, jaki nieznany wcześniej i nieograny kwartet lub kwintet. Tak jak Książ jest perłą w kulturalno-turystycznej ofercie Wałbrzycha i Dolnego Śląska, tak klejnotem wśród tutejszych festiwali jest Ensemble, za którym stoi zespół organizatorów z kompozytorem i skrzypkiem Marcinem Markowiczem jako programowym mózgiem całości.

Tegoroczne trzy dni spędzone przeze mnie na Ensemble'u to dni obfitujące we wrażenia. Zapamiętam szczególnie ekspresyjne wykonania utworów Suka (pełen wigoru jego kwartet nr 1 to dla mnie nowość) czy Brahmsa (z wyczuciem zagrana fortepianowo-smyczkowa pieśń o zawiedzionej miłości - Kwartet c-moll). Mimo zanadto wyrafinowanego, przyciężkiego początku nie zawiodłem się na jazzowym koncercie składu pod wodzą jak zawsze niesamowitego Marcina Maseckiego (ten koncert odbył się w Starej Kopalni). A w Starej Kuchni książańskiego zamku czworo młodych aktorów doskonale oddało emocje męsko-damskich związków, posługując się współcześnie podanym tekstem Gabrieli Zapolskiej i zapewne wiele wnoszącymi do ich warsztatu uwagami profesora Malajkata, który stylowo rzecz z nimi przygotował. A na koniec usłyszeliśmy m.in. bogaty, późny Beethovenowski Kwartet tzw. Harfowy i - kolejne odkrycie - młodzieńczy kwartet skomponowany przez - uwaga - Mahlera (i uzupełniony przez Schnittkego). Właśnie ta energia młodości (ze wszystkimi jej cechami) oraz czuły nadzór doświadczonych a rozwijających się wciąż pedagogów okazuje się idealnym wręcz pomysłem na festiwal łączący gusta, pokolenia, muzykę, słowo. Siedemnastka za rok. Ku radości wałbrzyskich melo- i teatromanów, pożytkowi przyszłych artystycznych sław, ku marce zamku, miasta i regionu, dzięki takim wydarzeniom jak Festiwal Ensemble znanych w świecie nie tylko z kwiatów i tajemnic.
GCH
...
XVI Festiwal Ensemble im. Księżnej Daisy, dyr. Katarzyna Markowicz, dyr. art. Marcin Markowicz, producent Tomasz Kwieciński, Wałbrzych-Książ, 2019

Saturday, August 3, 2019

MAGNOLIA (Wrocławski Teatr Współczesny)



Istnieje rodzaj cierpienia, który - gdy ból już przejdzie - traktujemy z szacunkiem. Bo coś nam to cierpienie powiedziało nowego, innego o nas lub/i życiu w ogóle. Takie doświadczenie w teatrze wcale nie jest rzadkie. I właśnie takie doświadczenie proponuje teatralna 'Magnolia'. To spektakl grzeszny, bo zdecydowanie zbyt długi, niewychodzący poza konteksty filmu Paula Thomasa Andersona, oferujący powtórkę z tematów i postaci, spektakl nieco nawet megalomański w rozbuchanej formie, a jednak wartościowy, bardzo cenny dla Wrocławskiego Teatru Współczesnego w tym momencie. Ktoś gdzieś nawet w 3/4 żartem, w ćwierci serio rzucił, że najlepszy od czasów 'Oczyszczonych' Warlikowskiego. No, tak daleko oczywiście nie idźmy, ale spokojnie mogłaby taka 'Magnolia' pojawić się na afiszu Polskiego za czasów dyrekcji Mieszkowskiego. Świetnie więc, że dyrektor Fiedor umówił się ze swoim byłym studentem na tę realizację. Bo taki festiwal aktorskich wiktorii wynagradza cierpienie i przełamuje w końcu szybko dolegający widzowi nawyk spoglądania na fluorescencyjnie majaczące na nadgarstku wskazówki zegarka. Ten efektowny wizualnie spektakl wygrywa nie dzięki twórczej adaptacji czy inscenizacyjnemu rozmachowi, lecz - tak, nie bójmy się frazy - filmowemu aktorstwu. Gdybyż tylko dało się to wszystko trochę bardziej filmowo zmontować. Przyciąć, jednym słowem.
GCH
[0-6] 4
...
MAGNOLIA, reż. K. Skonieczny, Wrocławski Teatr Współczesny, spektakl na Dużej Scenie, 29.05.2019

Thursday, July 25, 2019

Zbigniew Szymczyk nie będzie dyrektorem. Urząd chce menedżera w Pantomimie. Dlaczego?

„- Teatr Pantomimy potrzebuje na stanowisku dyrektora nie tyle artysty co sprawnego menedżera” - mówi Agnieszka Dziedzic, szefowa Wydziału Kultury Urzędu Marszałkowskiego, zapytana przez dziennikarza Radia Wrocław, skąd pomysł, by nie przedłużać kadencji dotychczasowemu dyrektorowi Zbigniewowi Szymczykowi (zamykając mu taką wypowiedzią możliwość udziału w przyszłym konkursie). I dodała, że teatr „wymaga pewnego nowego ducha”. Ręce opadają. Ja bym powiedział, że to Urząd Marszałkowski i jego komórki zajmujące się kulturą potrzebują natychmiastowego dotlenienia. Bo po raz kolejny psują zamiast pomagać. Duchu, przybądź! Dodajmy, że propozycja marszałka była taka: urząd szuka dyrektora naczelnego, Szymczyk zostaje w teatrze jako artystyczny. Nie została przyjęta. I trudno się temu dziwić. Po pierwsze: nie wiadomo, kim będzie nowy, czy da się z nim współpracować i jak długo, po drugie: po co w tak małej i ubogiej instytucji kolejny duży wydatek? Lepiej przecież za te 150 tysięcy złotych (tyle najpewniej ów dyrektor-menedżer musiałby zarobić rocznie) przygotować dodatkową premierę lub dołożyć do planowej, by miała szansę być lepsza i aktorsko liczniejsza. Zbigniew Szymczyk to najlepszy dyrektor, jaki się Wrocławskiemu Teatrowi Pantomimy mógł zdarzyć w ostatnich latach. Sam artysta, mim przyjęty do zespołu przez Henryka Tomaszewskiego i sensownie a bez ekscesów finansowych kierujący niełatwą, bo biedną instytucją. Są sukcesy, wyjazdy, pomysły, widzowie, dobry klimat wokół tego teatru. I rozwój. Na co liczy urząd? Że przyjdzie menedżer i cudownie przyciągnie sponsorów? Rzeczywiście o to chodzi? A może jednak o swojego rodzaju zadośćuczynienie za to, że – także dzięki Szymczykowi – urzędnikom nie udało się zlikwidować Wrocławskiego Teatru Pantomimy? Mówią, że teraz szukają menedżera. Powiedzcie wprost: chcemy likwidatora. Bardzo się dziwię, że artyści i pracownicy teatru nie wydali jeszcze żadnego oświadczenia i nie bronią swojego kolegi i dyrektora. Podoba się Państwu ten urzędniczy plan? Naprawdę?
GCH

Thursday, May 9, 2019

TERAZ KAŻDY Z WAS JEST RZECZPOSPOLITĄ (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, Wrocławski Teatr Współczesny)


Na poziomie filologicznym można oglądać ten spektakl z niemałym zaciekawieniem, zwłaszcza jeśli jesteśmy po świeżym seansie filmu, który tekst Majewskiego i przedstawienie Podstawnego zainspirował. I wtedy trzeba pamiętać o kontekście, intencjach Żuławskiego, o próbie komentarza do wydarzeń i Polski po 1968 roku. Ale i jeżeli tego politycznego klucza uaktualniającego nie znamy, film 'Diabel' i tak zadziała jako uniwersalna przypowieść o społeczeństwie, świecie w czasie chaosu. Gdy kończy się jedna rzeczywistość, zaczyna nie wiadomo co, gdy wartości dotychczasowe (a raczej umowa co do ich przestrzegania i wyniesienia) stają się niewystarczające, podejrzane, skompromitowane. Jak święte polskie 'Bóg, Honor, Ojczyzna', jak patriotyzm. Przypomnijmy, że fabularnie 'Diabeł' rozgrywa się w 1793 roku, po drugim rozbiorze. Była przed dwiema chwilami Konstytucja 3 Maja, przed chwilą jednak Targowica.

Zatem filologicznie i analitycznie konfrontowanie filmu ze sceniczną przeróbką to interesujące doświadczenie. Co od Żuławskiego wzięli twórcy spektaklu do treści i estetyki własnej propozycji, które postaci grają. Jak diegeza dzieła ekranowego przekłada się i nie przekłada na teatr. Tę jednak kwestię zostawmy dziś w spokoju, na zajęcia uniwersyteckie jest jak znalazł, na esej do czasopisma akademickiego jak ulał. Nas zajmują emocje teatralne i temperatura publicystyczna, na co to przedstawienie ma ambicje. Moje odczucia z samego oglądania łatwo podsumować: no dobrze, widzę, że robota teatralna wykonana solidnie i dużej klasy, ale o co chodzi? O czym opowiada? O kim? Nie o przeszłości przecież, kostiumowe (a i nie tylko kostiumowe) sygnały są znaczące. Oczywiście, najtrudniej przyznać, że apokalipsa i chaos dzieją się tu i teraz, lecz nawet biorąc pod uwagę takie założenie, metaforyka spektaklu bardziej przeszkadza niż pomaga w wysnuwaniu wniosków aktualnych.

W marnej jakości trupie cyrkowej przemierzającej kraj targany konfliktami i walką spotykamy dziwolągi: kobietę z wielką stopą, hermafrodytę-Żyda, braci syjamskich, epileptyka. Jest też właściciel tego gabinetu osobliwości, jest podstarzała diwa oraz ksiądz i zakonnica. Układa się ta opowieść w poapokaliptyczną baśń o tym, kto i do jakiego stopnia może być ofiarą, kto niechybnie zostanie wykorzystany przez pozostałych. Bo - właśnie - jest kobietą czy Żydem. Hierarchia musi być, a instrumentem władzy jednych nad innymi staje się przemoc, czyli gwałt. Gwałtu nie uniknie i wisielec w mundurze wojskowym, bohater narodowy, po śmierci użyty jako dostawca ubioru i perwersyjnego seksualnego upustu. I byłby w tym wszystkim może ładunek etyczny, gdyby wyraźniej udało się artystom określić stanowisko. Że krytyczne - czujemy, ale wobec czego. Natury ludzkiej? To już wiemy z niezliczonych utworów przeczytanych i obejrzanych. Mechanizmów politycznych? Ten wątek miałby zapewne szansę na rezonans, gdyby jaśniej go przedstawić. U Żuławskiego w finale mamy pewność kim jest diabeł, kto manipuluje główną postacią (Jakubem Czyścicielem), u Majewskiego-Podstawnego niekoniecznie. Może nie ma tu diabła, zło znajduje się w człowieku? Ujawniając się w czasach zarazy.

Brakuje w spektaklu również konkretnego wskazania na czas, co osłabia siłę oddziaływania. Tak, metafora powinna tę moc zwiększać, ale gdy nie dość jest czytelna, efekt bywa odwrotny. I tak się stało w tym przypadku. Flaga, którą niesie dyrektor cyrku, jest flagą białą, flagą poddania się, punktem wyjścia. Jakie będą na niej kolory (jeśli będą) - zależy od nas. Takie zdaje się przesłanie sztuki, w której nie ma jeszcze triumfu normalności (jest życzenie). Podobne refleksje rodzą się po obejrzeniu spektaklu, w jego trakcie wygrywa zagubienie. Przemetaforyzowanie lub zatrzymanie się w pół drogi to droga do letniości odbioru. Nawet premierowa publiczność była oszczędna w owacyjnych entuzjazmach. Mimo znakomitego zespołowego aktorstwa, klimatycznego grania muzyki na żywo, trafnych rozwiązań scenograficznych i choreograficznych. Dlaczego tak często zadawaliśmy sobie po wyjściu z teatru pytanie: o czym to?
GCH
...
Pilgrim/Majewski TERAZ KAŻDY Z WAS JEST RZECZPOSPOLITĄ, reż. M.Podstawny, Duża Scena WTW, 3 maja 2019, rząd II, miejsce 13