Wednesday, July 29, 2020

ENL w ESK (Europejska Noc Literatury w Europejskiej Stolicy Kultury)

Taka informacja o najnowszej edycji:  

We wtorek organizatorzy wydarzenia ogłosili nazwiska pierwszych gości tegorocznej edycji ENL. Wśród aktorów, którzy przeczytają fragmenty wybranych dzieł literackich znaleźli się Eliza Rycembel, która na koncie ma role w takich filmach jak „Boże Ciało” Jana Komasy czy „Nina” Olgi Hajdas”; Jarosław Boberek, który ostatnio znany jest także jako aktor dubbingowy - wystąpił m.in. w takich animowanych produkcjach jak „Shrek”, „Madagaskar” i „Epoka lodowcowa”, oraz Andrzej Zieliński znany m.in. z filmów „Chłopaki nie płaczą” „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” czy „Ziarno prawdy". Kuratorem 9. odsłony wydarzenia jest dziennikarz literacki i pisarz Max Cegielski. (radiowroclaw.pl)

Mam od paru lat mieszane uczucia dotyczące tego wydarzenia. Wrocław je finansuje, a występują tzw. gwiazdy z Warszawy. Kuratorami są też przyjezdni. Jaki to ma sens w mieście, które było Europejską Stolicą Kultury? To jest przykład myślenia europejskiego - powiedzą jedni, ja jednak skłaniałbym się ku temu, że to przykład myślenia zaściankowego. Nie mam nic przeciwko zapraszaniu gości, wspaniale było usłyszeć Magdalenę Cielecką czytającą kiedyś Shakespeare'a w Katedrze Marii Magdaleny (to był akurat 2016), ale proporcje się nam chwieją. Niech gościnni lektorzy będą w mniejszości (jako dodatkowy magnes), przeważać powinni tutejsi artyści. Już nie mówię o kosztach (zakwaterowanie, gaże etc.), choć w sytuacji epidemicznych zawieszeń działalności teatrów to szczególnie ważne (wsparcie by się artystom przydało). Mówię o rodzaju myślenia. Wrocław to brzmi dumnie, nie prowincjonalnie. W ubiegłym roku nie było ani jednego/ani jednej aktora/aktorki stąd. No i kuratorów u nas też byśmy znaleźli natychmiast. Naturalnym wyborem na ten rok byłaby zresztą nasza Noblistka. Nie wiem, czemu organizująca ENL Strefa Kultury tak marnie w swoją stołeczność kulturalną wierzy 4 lata po ESK.
GCH

Monday, June 8, 2020

Teatr Polski we Wrocławiu: Likwidujemy "Dziady". Tylko: Czemu teraz?



Zastanawia mnie moment decyzji nowej dyrekcji Teatru Polskiego we Wrocławiu o zdjęciu z afisza „Dziadów”. Decyzji podjętej ze świadomością, że Publiczności Teatru Polskiego prawie udało się zorganizować festiwal wokół tego dzieła, po negocjacjach z Urzędem Marszałkowskim naszego województwa i miastem Wrocław. Po co robić to teraz? W dokumencie datowanym na 3 czerwca „Dziady” znalazły się wśród spektakli przeznaczonych do likwidacji, usunięcia z repertuaru. Z jeszcze groźniejszą adnotacją: „zobowiązuję kierowników do podjęcia niezbędnych działań wynikających z decyzji, w tym w zakresie gospodarki materiałowej”. Czyli co: palimy, niszczymy, przekształcamy? Żeby już nikt nigdy nie mógł tych „Dziadów” reanimować? Bo teraz to ja decyduję, „po uzyskaniu pozytywnej opinii Rady Artystyczno-Programowej”. Oj, bardzo złych doradców ma dyrektor Polskiego, inicjując kolejną awanturę, nikomu dziś niepotrzebną.

Mickiewiczowskie „Dziady” po raz pierwszy i jedyny w historii światowego teatru właśnie we Wrocławiu miały swoją realizację bez skreśleń. Wystawiono cały tekst wieszcza, włącznie z przypisami. Spektakl szybko stał się rzeczywiście kultowym, na kilka czternastogodzinnych prezentacji całości szybko sprzedawały się bilety, było to święto teatru, jego artystów, pracowników i widzów. Docenione nie tylko w prestiżowym Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa” nagrodą główną, reżyserską i aktorską. Przedstawienie zbierało i inne laury, części I, II i IV oraz wiersz „Upiór” (grane jako osobny spektakl) pojechały na bezprecedensowe tournee do Chin. Z tej okazji ukazał się również pierwszy przekład naszego romantycznego arcydzieła poezji i dramatu na język chiński. Festiwal, organizowany z inicjatywy Publiczności Teatru Polskiego, miał być uroczystym pożegnaniem z tytułem i – co być może najważniejsze – czasoprzestrzenią profesjonalnej rejestracji wideo epokowego spektaklu, by zachować dzieło nie jedynie w pamięci pewnego pokolenia. Nie ma już w Teatrze Polskim większości głównych aktorów, wiadomo, że nie ma szans na regularną eksploatację ani całości, ani części. Czy można tak szlachetnej misji nie wesprzeć?
  
Okazuje się, że można. Od paru miesięcy władający teatrem duet dyrektorski, Jacek Gawroński i Jan Szurmiej, decyduje: zdejmujemy „Dziady”, co tam jakieś fanaberie festiwalowo-rejestracyjne. Mają prawo, owszem, wybierać tytuły do istnienia w repertuarze ich sceny, lecz czy to jest akurat właściwy moment na tak ostateczny wyrok? Gdy mamy pandemię, więc wszelkie masowe, wielkoobsadowe widowiska i wydarzenia są zamrożone. Igrzyska olimpijskie przesunięto o rok, czy nie byłoby właściwie, a nawet po prostu przyzwoicie, poczekać na rozwój sytuacji? Uważam, że to najlepsze wyjście, ciągle zresztą możliwe. Choćby jeszcze rok przetrzymania scenografii nikogo nie zbawi, nic nikomu nie zabiera i nie szkodzi. Na miejscu dyrektorów poczekałbym nawet dłużej, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie mówimy o jakimś spektaklu, lecz – także z dzisiejszej perspektywy – najważniejszym wydarzeniu artystycznym i około artystycznym we Wrocławiu w ostatniej dekadzie.

A jeśli już dyrektor Jacek Gawroński, wraz z dyrektorem Janem Szurmiejem i Radą Artystyczno-Programową uprą się, aby „Dziady” znikły z Teatru Polskiego, czy to z powodów ekonomicznych, czy programowych, to rozważmy jeszcze jedną opcję. Nie niszczcie scenografii i dokumentacji, sprzedajcie je. Ja bym to zrobił za przysłowiową złotówkę, ale można też podać wyższą cenę. Chętnie wpłacę cegiełkę w zbiórce społecznej. Państwo pewnie także. Po to, by – miejmy nadzieję za rok – przypomnieć sobie, że we Wrocławiu (i w przeżywającym teraz artystyczny kryzys Teatrze Polskim) powstawały wspaniałe dzieła, które trzeba ocalić od przysłowiowego zapomnienia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Tuesday, May 19, 2020

OSTATKI JANA STANISŁAWA WITKIEWICZA (Wydawnictwo Iskry)


O swojej książce sam pisać nie będę, więc poniżej znajdą Państwo wstęp i spis treści, by wiedzieć czego się spodziewać. To owoc rozmów z bardzo ciekawym człowiekiem, a także - w drugiej części - rezultat jego pasji do muzyki i kultury. Na okładce portret autorstwa Hanny Bakuły.

WSTĘP
Nie pamiętam dokładnie w jakich okolicznościach i kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Janem Stanisławem Witkiewiczem. Na pewno było to we Wrocławiu, z pewnością dotyczyło spraw operowych, baletowych. Nigdy nie wiemy zresztą, co tak naprawdę staje się iskrą inicjującą takie międzyludzkie kontakty, że potrafią przetrwać kilkanaście lat. Tyle się z Janem Stanisławem Witkiewiczem znamy. Nie są to kontakty częste, ale – każdy to zna z autopsji – spotykamy w życiu nieliczne osoby, które od razu wydają się nam w jakiś sposób bliskie, i wcale nie musimy się regularnie widywać, by nie stracić więzi. Bohater tej książki sam się przyznaje do podobnej znajomości z pewną genialną tancerką i nauczycielką wielu pokoleń artystek i artystów z całego świata. Kiedy Jan Stanisław Witkiewicz napisał do mnie i zapytał, czy byłbym zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu do niniejszej książki, moja odpowiedź była jednoznaczna i natychmiastowa. Natomiast dziś – gdy książka jest już gotowa i znajduje drogę do Czytelników – mam jeszcze jedną refleksję na jej temat. Bo nie tylko wypowiada się w niej niezwykle interesująca osobowość, o ciekawym, bogatym, jednostkowym życiorysie i poglądach, lecz przeglądają się tu również czasy, wyjątkowe, przełomowe, no i… nasze. I możliwe, że chwilami oddadzą się Państwo nastrojom sentymentalnym, ale zapewne dominującą refleksją będzie owo odwieczne: jakim cudem, mimo upływu lat, tak niewiele się zmienia człowiek i świat. I na to pytanie chyba nie udzielimy tutaj satysfakcjonującej odpowiedzi. Proszę też nie brać dosłownie tytułowych „Ostatków” – na taki tytuł uparł się bohater – bo są to raczej ostatki karnawałowe, po których – jak wiadomo – przychodzi wiosna, lato, jesień, zima i znów mamy bal. Nad bale, jak pięknie pisała poetka. Będę szczęśliwy, mój rozmówca oraz autor drugiej części tego tomu także, jeśli czytając, poczują Państwo dreszcz porozumienia w choćby kilku istotnych sprawach, jakie porusza nasza książka. Życzę pobudzającej lektury!
Grzegorz Chojnowski    

SPIS TREŚCI
Wstęp
I O wszystkim oprócz poezji
II W Szwajcarii
III Powrót do Polski
IV Wiadomości Kulturalne
V Opera – moja pasja
VI Balet – moja miłość
VII Akt przedostatni: ludzie, miejsca, czas
Aneks
Dziennik muzyczny
Wywiady Jana Stanisława Witkiewicza
Indeks nazwisk



Thursday, April 30, 2020

TERESA KUJAWA (1927-2020)

fot. Wrocławska Księga Pamięci

Gdy Teresa Kujawa reżyserowała ‘Carmen’ w szczecińskiej operze, główna solistka Joanna Cortes zachorowała. Żeby oszczędzić i podreperować zdrowie śpiewaczki przed premierą, pani Teresa poleciła jej zostać w hotelu i nie przychodzić na próbę. Sama szczegółowo odegrała rolę Carmen, o czym długo opowiadali artyści. Zmarłą w tym tygodniu Teresę Kujawę wymienia się od lat w gronie najwybitniejszych twórców polskiego baletu.
Urodziła się w Bydgoszczy, debiutowała we Wrocławiu. Zanim została solistką tańczyła choćby mazura w ‘Strasznym dworze’, w parze z innym późniejszym wielkim Witoldem Grucą. Przez ładnych kilka dekad od lat 50. ubiegłego wieku zapisywała się artystyczna karta Teresy Kujawy w księdze baletu. Pisali o niej recenzenci: Ta sama Teresa Kujawa, która w trykotach była tylko jedną z licznych sprężynek w skomplikowanej budowli klasycznej, w roli Dziewczyny Połowieckiej narzuciła widzom nieprawdopodobny impet żywiołowości (Tomasz  Chrośnicki); Teresa Kujawa to nie tylko świetna tancerka, to także bardzo dobra aktorka, jej sposób chodzenia, poruszania wachlarzem, spojrzenia zza niego rzucane, jej cały taniec podporządkowany jest jednej myśli (Andrzej Kafliński).
Związana była z Operą Wrocławską (Dolnośląską), ale i z teatrami Łodzi, Poznania, Warszawy, Szczecina. Współpracowała również ze słynnym Leonidem Ławrowskim w Moskwie, parę lat spędziła w Paryżu. Na warsztat brała nie tylko klasykę, interesował ją taniec nowoczesny. W 2018 roku Opera Wrocławska powtórzyła jej znakomitą choreografię do ‘Exodusu’ Wojciecha Kilara w spektaklu ‘Wieczór polski’. Tych osiągnięć, także pedagogicznych, było mnóstwo, pani Teresa zmarła mając 92 lata. W wywiadzie udzielonym na początku lat 1980. w ‘Kobiecie i życiu’ mówiła: Zawsze czułam potrzebę wypowiedzenia się przez taniec, przez ruch, który mam teraz możność choreografować. Sądzę jednak, że gdyby moim przeznaczeniem było zostać pielęgniarką czy krawcową, tak samo zatraciłabym się w tych zawodach jak w sztuce tańca. Jako choreograf, mówiąc wprost, robię teatr i to nie dla siebie, ale dla innych.
Realizowała najpopularniejsze tytuły baletowej literatury, nie rezygnowała z prapremier (najważniejszą była chyba ‘Medea’ Juliusza Łuciuka w Polskim Teatrze Tańca i potem w TVP), ‘Halkę’ wystawiła w Paryżu i w Meksyku. Jej choreografie pojawiały się w przedstawieniach teatru dramatycznego, co mocno ceniła, twierdząc, że dzięki temu bogatsze są realizacje baletowe i operowe. W malutkim epizodzie Sąsiadki można ja zobaczyć nawet w filmie Sylwestra Chęcińskiego ‘Roman i Magda’. Pełnospektaklowym debiutem choreograficznym Teresy Kujawy był wrocławski ‘Spartakus’, w którym wystąpił jej mąż Franciszek Knapik, tancerz równie wybitny jak żona, zmarły zaledwie trzy miesiące przed nią, pochowany w Alei Zasłużonych Cmentarza Osobowickiego. Dziś odchodzi i ona, i to kolejne smutne w ostatnich miesiącach rozstanie w świecie wrocławskiego teatru, po tym jak w ten lepszy, niebieski wybrali się inni mistrzowie: Danuta Balicka, Andrzej Mrozek, Janusz Zipser.
W rozmowie opublikowanej w programie do szczecińskiej ‘Coppelli’, przygotowanej na jubileusz półwiecza pracy artystycznej, Teresa Kujawa wyznawała Renacie Mazurowskiej: 50 lat pracuję w swoim zawodzie, na różnych stanowiskach, ale właściwie mogłabym powiedzieć, że są takie pozycje, które jeszcze chciałabym w życiu zrealizować, a nie zdążyłam z takich czy innych względów. Chyba żaden człowiek nie może do końca spełnić się w swoich marzeniach i dokonaniach – myślę o pracy. Ale kiedy mi przyjdzie odejść z tego świata, nie będę żałowała życia – ani zawodowego ani prywatnego. Myślę, że mogę sie nazwać człowiekiem szczęśliwym. Miałam możliwość spełniania się, był to okres bardzo piękny dla artystów, byliśmy szanowani, byliśmy uwielbiani, publiczność nas kochała, władze nas kochały – to jest bardzo ważne.
Warto przytoczyć jeszcze jeden fragment tamtego wywiadu (Opera i Operetka w Szczecinie, 1998):

Czy jest taka realizacja w Pani przebogatej pracy artystycznej, która kosztowała Panią wiele emocji, wysiłku, nerwów?
Odpowiem inaczej – nie ma takiej, która by nie kosztowała. Przedstawienie baletowe wymaga ogromnej pracy – choreograf musi wybrać temat, musi mieć to szczęście, że ma dyrektora, który ten temat zaakceptuje, trzeba poznać libretto, muzykę, nauczyć się jej dokładnie na pamięć, wiedzieć, co się z tą muzyką zrobi. Znacznie łatwiej jest reżyserować niż tworzyć spektakl baletowy. Śpiewak musi się nauczyć zarówno słów, jak i muzyki, ale ma to już podane, a choreograf całą treść przekazuje w geście, w technice, w wyrazie. To jest strasznie trudna robota. Ale wszystkie pozycje sprawiały mi bardzo wiele radości i miałam szczęście, że pracowałam ze wspaniałymi artystami. Mogę powiedzieć, że w całym moim życiu zawodowym raz tylko spotkała mnie wielka przykrość, a mianowicie w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1985 roku, kiedy kończyłam tam swoją pracę realizacją „Pana Twardowskiego". Pan Różycki napisał piękną końcową scenę, kiedy wchodzą dzieci z księdzem i śpiewają pieśń do Matki Boskiej. Poszły trzy przedstawienia po premierze i pan dyrektor, nieżyjący już Robert Satanowski zlecił mi, abym tę modlitwę wyeliminowała z przedstawienia. Nie wiem, jakie czynniki tu zadziałały, w każdym razie powiedziałam, że jest to po prostu niemożliwe, że albo pójdzie tak, jak na premierze, albo proszę zdjąć spektakl. I rzeczywiście zdjęli. Po jakimś czasie wszystko się rozmyło i przedstawienie wróciło, ale zaczęli mówić, że jest niedobre i w końcu zeszło z afisza. Po tym zdarzeniu odeszłam na emeryturę i od tej pory pracuję jako wolny strzelec.
Co jest najważniejsze w pracy z tancerzami?
Odpowiedź jest bardzo krótka: dar boży czyli talent i praca, praca i jeszcze raz praca. Mówię o tancerzach świetnych. Jeżeli praca nie jest połączona z talentem i wielką muzykalnością, to nie ma o czym marzyć. Jeżeli ktoś mówi, że tancerz pracuje nogami, to jest to taka bzdura, że nawet mi się śmiać nie chce.

GCH


Saturday, February 29, 2020

ŻEGLARZ (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu)

popiersie Jerzego Szaniawskiego przy wejściu do teatru

Z gracją i lekkością, wręcz śpiewająco, mierzą się wałbrzyscy artyści z tekstem swojego patrona Jerzego Szaniawskiego. Trochę się uśmiechając, wchodząc w dygresje i wycieczki na tematy 'Żeglarzem' zainspirowane. Choćby: sposób interpretacji sztuki. Znacie te tyrady o dziełach, które coś głębokiego wyrażają, będąc kulą z kamienia lub czarnym kwadratem na białym tle. Genialne, za pierwszym razem. Jak pisuar Duchampa i utwór bez muzyki Cage'a. W 'Żeglarzu' chodzi przede wszystkim o potrzebę prawdy i istnienie mitu, a raczej odwrotnie: istnienie prawdy i potrzebę mitu, co jest zagadnieniem ponadczasowym, aktualnym i w 1925 (kiedy Szaniawski ten dramat napisał), i w 1955 (kiedy debiutował nim Konrad Swinarski w Kaliszu), i w 2020, gdy debiutuje w teatrze instytucjonalnym Wojtek Rodak. Ale robienie spektaklu koturnowo poważnego młodych dziś (może nigdy?) nie interesuje, więc i Rodak wraz z zespołem realizatorów rozgrywają rzecz po swojemu-młodemu. Stawianie pomników i fałszowanie lub podrasowywanie biografii to problem wybrzmiewający tutaj, lecz chyba najciekawiej to brzmienie odbija się w naszych własnych lustrach. Bo przebranie wszystkich postaci w barwne (świetne!, Marty Szypulskiej) kostiumy sugeruje od razu, że właściwie wszyscy sobie stawiamy pomniczki, chcąc być bohaterami choć we własnym domu. A najlepiej zażyć jakiejś wersji sławy publicznie.

Wojtek Rodak i dramaturżka Marcelina Obarska mówią tym spektaklem wyraźnie, choć nie wprost, jakiego teatru nie będą robić. Bo mogliby na przykład wpleść tu wątek Wałęsy, któremu odbierają tam i ówdzie tytuły, czy upadku niegdysiejszych legend w zderzeniu z przemijaniem, kłopotami finansowymi, polityką, życiem. Ale oni dają do zrozumienia jasno: nas to nie interesuje. Te wasze swary, pomniki, pamiątki, jakie to ma znaczenie? Znaczenie może i ma, i w końcu się jakoś każdy z tym pewnie zgodzi (z wiekiem), lecz konstatacja słuszna. Czy się Państwo rzeczywiście interesują, kto stoi na tych licznych pomnikach i kim są patroni Waszych ulic? W niemieckim mieście Schwedt nad Odrą przejeżdżam czasem ulicą Juliana Marchlewskiego. U nas nie do pomyślenia, a tam to po prostu ulica (w Warszawie aleję Marchlewskiego zmieniliśmy na Jana Pawła II, w Rzeszowie na płk. Lisa-Kuli, we Wrocławiu na mjr. Jana Piwnika-Ponurego). A czy z Bierutowem nie kojarzy się raczej towarzysz Bolesław, a nie wiek XVIII, gdy ta nazwa pojawiła się w dokumentach? No cóż, więcej w naszej codzienności zajmuje przepis na zupę tajską i zakupy w Lidlu. Stety, niestety. To już od nas zależy.

Na taką diagnozę nie ma się co oburzać, tylko się wokół rozejrzeć. I konsekwencją takiego spojrzenia już teatralnego jest również ów lekki (ale daleki od zgrywy) ton przedstawienia oraz brak spektakularnych ról. Bo jak by one tu mogły zagrać? Jedynie fałszywie. Dlatego wyróżniam cały zespół, łącznie z autorem instalacji (Przemek Branas) i autorami ceramicznych rzeźb powstałych na warsztatach. Wałbrzyski 'Żeglarz' to inteligentny, zgrabny spektakl, dający nieco wytchnienia, dystansu, przypominający o zdrowym rozsądku w podejściu do spraw ważnych, lecz czy najważniejszych? Nikt stąd nie wyjdzie obrażony ani dotknięty. Może z pewnym niedosytem. Bo mając tak fantastycznych aktorów (Karolina Bruchnicka, Joanna Łaganowska, Irena Sierakowska, Rafał Kosowski, Czesław Skwarek, Ryszard Węgrzyn), będąc debiutantem, warto by było pozwolić sobie na większe artystyczne szaleństwo, odważniejszy estetyczny, sytuacyjny odjazd. Może następnym razem?

[0-6] 4,5
GCH
...
rząd I, Scena Kameralna, 29.02.2020
http://teatr.walbrzych.pl/spektakle/spektakle-na-afiszu/zeglarz/

Tuesday, February 11, 2020

INNI LUDZIE (Teatr AST)


Kolejny udany dyplom wrocławskiej AST, choć tym razem nie bez ale. Ale nie chodzi o wykonawców, na pewno też nie o adaptatora. Z odbiorem twórczości Doroty Masłowskiej mam pewien kłopot od lat, a teraz mi się on pogłębia nie tylko w lekturze czy słuchaniu/oglądaniu jej teledysków, także poprzez teatr. Jakkolwiek bowiem inscenizacja Macieja Stuhra jest rozrywkowa i dynamiczna, dają aktorski popis młodzi i młode (choć nad nutą słowa trzeba jeszcze popracować), to jest we mnie rozdźwięk. Nie czuję w języku 'Innych ludzi' literatury, raczej echo, tekst pełen pop-cytatów, muzę złożoną z sampli. Przy czym: nie ma nic złego w literackim felietonizmie autorki, często bywa i błyskotliwy lingwistycznie, i celny w obserwacji, ale jeśli coś udaje coś... Zawsze mam z tym problem. Bo nie jest to ani współczesny hip-hop, ani tuwimowski poemat. Pytanie zasadnicze, dla kogo i do kogo adresowana ta hybryda. Tamci nie zrozumieją, ci się pośmieją (czy też porechoczą), jeszcze inni zlekceważą. A, no i są też tacy, co twierdzą, że autorka genialnie czuje ojczyznę polszczyznę.

Jeśli idzie o przedstawienie, to kilka osób wyszło w przerwie. I nie sądzę, by zrobili to z powodu spektaklu. Spektakl bowiem jest atrakcyjny, czytelny, o Polsce. Może za czytelny nawet i zbyt dosłowny czasem w obrazie. Biało-czerwone krzesło w centrum scenografii trąci przesadą, arabscy terroryści w autobusie kabaretem pod tzw. publiczkę. Jednakże sporo tu scen ciekawych, jak mocny finał złożony z obrazoburczo zmiksowanej muzyki (mieszają się m.in. hymny Polski i Niemiec: 'Jeszcze Polska nie zginęła-Deutschland uber alles') czy Jezus biorący na plecy nie krzyż, a kobietę-lalkę. Stuhr z naddatkiem komentuje masłowską rzeczywistość. Lecz czekam na propozycje. Co, jeśli nie tak mamy się prowadzić jak Maciek i Iwona? Kto i dlaczego ma pokochać Kamila, skoro ten w swojej agresywności, prostactwie, skrajności nie da się lubić? To wina matki i domu? Konsumpcyjny styl życia, rosmany, aldi, tesko i lidle? Tam też da się kupić sałatę, pomidory, chleb, krem do rąk. Nie całym złem politycy, nie wszyscy politycy, podobnie jak nie wszystek nauczycieli. I tak dalej.

W tytule książki Masłowskiej i spektaklu Stuhra wcale się nie ukrywa ta przewrotna sugestia, że inni to my, lecz gdy świat i ludzi opowiada się takimi postaciami, takim językiem, łatwo te zamierzoną ironię odironicznić, odcedzić niejednoznaczność. Tak się tu dzieje. Słuszne ocalenie wyrażone w 'ona wciąż należy do siebie' umyka i ginie pod naporem licznych gier frazeologicznych i scenicznych. Zresztą i ta fraza brzmi oczywistością, jak większość wersów i sytuacji. Szczęśliwie ratuje te treści rytm teatralnej akcji, wkomponowanej w bardzo dobrą scenografię Mateusza Stępniaka, ubranej w także jego autorstwa efektowne (gdy trzeba) kostiumy, no i role: drugoplanowe (Agata Harat, Anastazja Małocha, Paulina Krupa, Paweł Wydrzyński) i te z pierwszego planu (zwłaszcza na początku Iwona Dominiki Zdzienickiej, wiarygodna kreacja i bity Adama Rosy jako Kamila). Przez spektakl przewija się muzyczny motyw z 'Nie pytaj o Polskę' Ciechowskiego (muzyka nieźle zaplanowana przez Michała Gorczycę), lecz z pytania, które - rzecz jasna - sobie zadajemy nie wynika wiele poza tym, co już wiemy, setki razy zaobserwowaliśmy. Natomiast jeżeli ktoś by zapytał, czy będzie z Macieja Stuhra reżyser teatralny, bez wahania odpowiadam: już jest.

[0-6] 4
GCH
...
10 lutego 2020, rząd 3, miejsce 4, Duża Scena Teatru AST we Wrocławiu

Saturday, January 25, 2020

MAX EMANUEL CENCIC i WROCŁAWSKA ORKIESTRA BAROKOWA - Koncert w Narodowym Forum Muzyki


Z rozczarowaniem słuchałem śpiewu Maxa Emanuela Cencica w Sali Głównej NFM. Na płytach jego głos brzmi absolutnie wyjątkowo, to nie kontratenor, lecz coś więcej, coś innego. Na koncercie było przeciętnie, zaledwie przyzwoicie. Nie wiem, może trzeba kontratenorów nagłaśniać? Pamiętam, że parę lat temu Philippe Jarrousky też nie był zbyt słyszalny, tyle że... pięknie śpiewał. Cencic sobie nie poradził, po pierwszej części ktoś rzucił: chyba się oszczędza. Tylko na co? To nie próba, lecz koncert w znaczącym muzycznym mieście, goszczącym artystów wielkich. Aria Porpory, którą zaczął po antrakcie, przywróciła nadzieje na wyjątkowe spotkanie z geniuszem głosu, Farinellim naszych czasów, ale - pomimo lepszego śpiewania - wrażenie słabszego dnia wykonawcy pozostało. Dobra wiadomość? Mamy światowej klasy orkiestrę, Wrocławską Orkiestrę Barokową, której nie zawsze są w stanie kroku dotrzymać światowej sławy soliści. Najlepszy moment wieczoru? Bezwzględnie utwór Richtera, zagrany w drugiej części. Jak mówię, Cencic po przerwie też się bardziej starał, ale nie dość, nie na tyle, by doskonałość nagrań znalazła odbicie w koncertowej wersji. Niestety, weryfikacja tego, co na płycie, z tym, co live czasami wypada nie najlepiej. Tak było tym razem.

[0-6] 3 (Cencic)
[0-6] 5 (Wrocławska Orkiestra Barokowa, pod batutą Benjamina Bayla)

GCH
...
24.01.2020, amfiteatr, wejście D, rząd I, miejsce 50