Saturday, February 17, 2018

ZDZICZENIE OBYCZAJÓW POŚMIERTNYCH (Teatr im. Kochanowskiego w Opolu)

Ten skromny spektakl ma co najmniej trzy zasługi, które warto podkreślić, zachęcając do wizyty w opolskim teatrze. Odświeża nieznany szerzej tekst jednego z najgenialniejszych naszych poetów, sprawia, że na scenie pojawia się tak tradycyjny wiersz. I to pojawia w sposób idealny, pozbawiony pompy i deklamacji, pełen młodzieńczego wigoru i lekkości, co zwłaszcza w tym przypadku osiągnąć niełatwo. Wreszcie, daje młodym aktorom możliwość nieczęstego poza szkołą teatralną kontaktu z poetyckim dramatem, co z kolei podtrzymuje, czasem wręcz buduje warsztat. Dzięki opolskiemu przedstawieniu również publiczność ma rzadką okazję, by zanurzyć się w osobny świat Leśmiana.

Niecała godzina mija w Bunkrze błyskawicznie. Chłoniemy Leśmianowy trzynastozgłoskowiec z zaciekawieniem, nieobojętnie zaangażowani w rekonstrukcję zbrodni, która wydarzyła się w miłosnym trójkącie. Zwłaszcza że reżyserka nie umieszcza akcji na cmentarzu – jak chciał autor – lecz w prosektorium, a bohaterami są dwudziestokilkuletni kochankowie. Brylują dziewczyny. Temperamentna Marcjanna (Monika Stanek) i pozornie delikatna, ale wiedząca swoje Krzemina (Magdalena Maścianica). Ich relacja jest tutaj kluczowa i może nawet można było inscenizacyjnie odważniej pójść w kobiecość, która mężczyzny (Karol Kossakowski) potrzebuje raczej instrumentalnie, skupiona na własnych celach i właściwościach. Reżyserka Marta Streker parę lat wcześniej współtworzyła słynne wrocławskie ‘Dziady’, tu również zadbała o słowo, wybrzmiewające i liryczną urodą, i ponadczasowymi znaczeniami.

Ta młodopolska lub romantyczna z ducha opowieść o miłości, śmierci, o zdradzie, podana z wyczuwalnym współczesnym nawiasem i, tak, tak, uśmiechem, uwodzi zatem przede wszystkim świeżością bezpretensjonalnej ekspresji, ostrząc w widzach apetyt na następne role młodych aktorów i kolejny spektakl Marty Streker. Skłaniając przy okazji do bliższego kontaktu z samym Leśmianem, poetą niby bez biografii, a jednak żyjącym w podobnym trójkącie (on-żona-kochanka). Bo pan Bolesław ma ciągle siłę oddziaływania, mimo że – nie wiedzieć czemu – większość w polskim Senacie odmówiła mu rok temu jubileuszowych świętowań i zauważeń. ‘Zdziczenie obyczajów pośmiertnych’? Zaiste.

Na szczęście nie wszędzie. W Teatrze Kochanowskiego w Opolu dyrektor Norbert Rakowski stworzył niezwyczajny klimat. Jest w nim miejsce na Leśmiana, jest dla Zapolskiej, Gombrowicza, ale i przedstawienia wg reportaży. To w Opolu Piotr Ratajczak za chwilę wystawi ‘Kolaborantów’ na podstawie tekstu Angeliki Kluźniak, Daria Caban zrobiła ‘Zakonnice odchodzą po cichu’ (na motywach książki Marty Abramowicz), a swoje drugie życie zyskał rewelacyjny ‘Cesky diplom’ studentów PWST we Wrocławiu (wg ‘Gottlandu’ Mariusza Szczygła). Wrocław zazdrości!
(0-6)>4,5
gch
-----------
Bolesław Leśmian ZDZICZENIE OBYCZAJÓW POŚMIERTNYCH, reż. M. Streker, Scena Bunkier, 4.02.2017, rząd I, miejsce 1

Saturday, February 10, 2018

CAFE PANIQUE (Wrocławski Teatr Pantomimy)


Gdybym miał zabrać na pantomimę kogoś, kto się takiego teatru trochę boi, bo może nie zrozumie, to zabrałbym na 'Cafe Panique'. Najnowszy spektakl Wrocławskiego Teatru Pantomimy jest bardzo czytelny fabularnie, atrakcyjny ruchowo i słuchowo, zostawia też miejsce na myśl o sobie w świecie i świecie w nas. Tylko nie oczekujcie od tego przedstawienia, że będzie przeniesieniem Toporowych opowiadań, że uwiedzie Was galopującymi szalonymi wizjami wziętymi z obrazów francuskiego surrealisty (choć akcenty są), tu chodzi bowiem o coś innego, co zresztą lojalnie zapowiadała reżyserka w rozmowie w Radiu Wrocław Kultura i anonsuje w programie. Topor był tym razem inspiracją, jego opowieści bazą, więc szukajmy raczej ducha twórczości Topora, nie litery. Jeśli tak do 'Cafe Panique' podejdziemy, znajdziemy tę śmieszną gorycz wziętą z doświadczania niedoskonałego świata i niedoskonałych siebie oraz tęsknoty za losem lepszym, życiem... własnym. Wyraźnie wybrzmiewa w przedstawieniu Joanny Gerigk taka gorzko-pocieszająca nuta. Gdy postaci przekraczają jakąś barierę, gdy coś porzucą lub odszukają, zjawiają się wielkie ryby-łososie, by poprowadzić do szczęścia, a przynajmniej uwolnienia. Bardzo dobrze potrafią oddać tak psychologicznie ukierunkowany teatr ruchu artyści wrocławskiej Pantomimy. Cieszy powrót na scenę dyrektora-aktora Zbigniewa Szymczyka (perfekcyjny Kelner), radują wszystkie pozostałe portrety ludzi uwikłanych w niekoniecznie zgodne z prawdziwą osobowością role. Zapadają w pamięć zwłaszcza kreacje (w podwójnych rolach) Anny Nabiałkowskiej, Moniki Rosteckiej, Jana Kochanowskiego i Mariusza Sikorskiego jako Mężczyzny z parą najpiękniejszych piersi. Oni mają najwięcej do zagrania przy znakomicie przygotowanej muzyce Sebastiana Ładyżyńskiego, łączącej filmową toń i jazzbandowy luz. Równie wyborny co koleżanki i koledzy Artur Borkowski wprowadza nawet gombrowiczowski niepokój-terror, gdy jako bezręki Dyrygent dostaje magiczne protezy i - przez chwilę - rządzi. Ciekawie wkomponował w Scenę na Świebodzkim ruchomą scenografię Michał Dracz, dzięki czemu w logicznie zaplanowanym finale tytułowa Cafe Panique staje się synonimem przejścia z życia na siłę w inny wymiar. Tak, to się nazywa udane przedstawienie. Zabawa i coś jeszcze.
(0-6): 5.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................
CAFE PANIQUE z inspiracji opowiadaniami Rolanda Topora, reż. J. Gerigk, Wrocławski Teatr Pantomimy, 9 lutego 2018, Scena na Świebodzkim, rząd I, miejsce 3

Monday, February 5, 2018

FRANKENSTEIN (Teatr Muzyczny Capitol) - reaktywacja


Przypominam swoje wrażenia po przedpremierowym spektaklu FRANKENSTEINA Teatru Muzycznego Capitol. Do posłuchania poniżej. Jednym zdaniem: F jak Finezja! Ciekawe, jak to zabrzmi i zawygląda po prawie 7 (!) latach (od 14 lutego znów w Capitolu, w teatrze, nie - jak poprzednio - na scenie przystosowanej dla teatru, gdy TMC był w przebudowie):



Zdjęcia: M. WEGNER © TEATR MUZYCZNY CAPITOL we Wrocławiu


(0-6): 5!
GCH
...........................
FRANKENSTEIN wg powieści M. Shelley, scenariusz i reżyseria Wojciech Kościelniak, muz. Piotr Dziubek, teksty piosenek Rafał Dziwisz, scenografia Damian Styrna, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 20.11.2011

Sunday, November 26, 2017

IMMANUEL KANT (Opera Wrocławska)


Na to wydarzenie melomani - także ci na co dzień niespecjalnie zainteresowani operą - czekali z napięciem. Premierowa widownia stawiła się więc tłumnie, by przekonać się, jak Leszkowi Możdżerowi wyszła opera do dramatu Thomasa Bernharda. Niektórzy pamiętali musicalowy 'Scat' w Capitolu, przygotowany ponad 10 lat temu z Wojciechem Kościelniakiem, inni przywoływali 'Kanta' Krystiana Lupy, zrealizowanego w Teatrze Polskim przed ponad 20 laty. Zatem: oczekiwania ogromne i co?

Ogólnie nieźle. Dynamicznie i eklektycznie. Słusznie kierownik muzyczny Przemysław Fiugajski (który orkiestrę poprowadził z werwą i dyscypliną wręcz wzorową) nazywa ten spektakl musicalem zdekonstruowanym. Ja bym dodał: szalonym musicalem zdekonstruowanym, ulepionym i z klasyki, i rozrywki. Pędzi przedstawienie jak Orient Express, nie Stefan Batory, wypełnione w całości śpiewnymi rozmowami na statku płynącym do Ameryki. Sytuacja jest oczywiście umowna i wyobrażona, Kant nigdy się z Królewca nie ruszył, nie miał też żony ani (chyba) papugi. Ogląda się to i słucha tego w rozbawieniu, szybko akceptując ilość i jakość nut skomponowanych przez Możdżera, wchodząc w barwny, nieco retroplastikowy świat zaproponowany przez reżysera i scenografa Jerzego Lacha. Widać pracę choreograficzną Jarosława Stańka, sprostali jej wykonawcy. Niemal każda z postaci otrzymała od choreografa charakterystyczną cechę ruchową. Czujemy się trochę jak w domu wariatów, co podkreśla czasem kontrolowany chaos scen, a zwłaszcza duetów i tercetów, wykonywanych polifonicznie i przez to - niestety - irytująco nieczytelnych.

Chociaż z początku wydaje się, że nie będzie niespodzianki, że prym powiedzie tytułowy Kant (solidny Artur Janda), to kiedy na scenie w błyszczącej sukni (kostiumy Ewy Minge) zjawia się autentycznie zjawiskowa Hanna Sosnowska jako Milionerka, właściwie patrzymy tylko na nią i jej słuchamy. Ma bowiem najwięcej do powiedzenia (wyśpiewania), a raczej wypaplania. O tym, jak amerykańscy lekarze wymienili jej rzepkę w kolanie, bo są najlepsi na świecie. Między innymi. Sosnowska będzie niedługo gwiazdą, pewnie wyfrunie z wrocławskiego gniazda, cieszmy się więc jej obecnością tu i teraz i na nią chodźmy do opery, nie na zaproszone na premiery gościnne głosy z zagranicy. W tym przypadku na szczęście polski język stanowi skuteczną barierę dla tej praktyki, Sosnowska jest w pierwszej obsadzie i jest rewelacyjna.

To, co u Bernharda czai się pod ową dialogową i monologową paplaniną, czyli to, co najważniejsze i co tak genialnie potrafi wydobyć Lupa, w operowym wydaniu nie ma szansy na zaistnienie. 'Immanuel Kant' Lacha i Możdżera to komedia i tyle, zabawa i kropka. Nie udają się próby pogłębienia poprzez ewolucję postaci Fryderyka ze stylowej papugi w niepokojącego człowieka (niełatwa, niezła rola Jędrzeja Tomczyka), nie działa w oka mgnieniu rozegrany finał. I nie wiem. Winić muzykę, dobrze napisaną, ale czy oddającą kunszt jednego z najwybitniejszych dramatopisarzy? Czy inscenizację, że nie odnalazła odpowiedniego tonu?

Jednakże, mimo iż brakuje w tym spektaklu tzw. czegoś więcej, to nie mamy po wszystkim poczucia straconego czasu, przeciwnie: w operze też można się rozerwać. Nie zawsze trzeba wzniośle podbijać nowe lądy, cierpieć z miłości, czasem warto zamówić u Stewarda (świetny drugi plan Mirosława Godfryda) flaczki i dać się ponieść lżejszej fali. Nie wiem, czy tak miało być, czy Bernhard oskubany ze znaczeń był celem, ale odrobinę sztuki dla sztuki nikomu nie powinno zaszkodzić.

gch [0-6] > 4
...................
Leszek Możdżer IMMANUEL KANT, reż. J. Lach, kier. muz. P. Fiugajski, Opera Wrocławska, 25.11.2017, balkon I, rząd II, miejsce 18

RUT... ZA ZASŁONĄ (Anna Zubrzycki Studio)


Najnowsza propozycja wybitnej wrocławskiej aktorki, która kiedyś przyjechała do Polski z Australii i tak już zostało, to teatr opowieści. A będąc precyzyjniejszym: storytelling. W nowej, obiecującej, przestrzeni Muzeum Teatru. Wcielając się w postaci z biblijnej Księgi Rut, Anna Zubrzycki opowiada niepowszechnie znaną historię kobiet sprytnych, dumnych, zdolnych, przez los doświadczonych, potrafiących się jednak w nowych okolicznościach odnaleźć. Buzuje pod skórą tego pogodnego spektaklu (w oszczędnej reżyserii Moniki Braun) kilka refleksji na temat pozycji kobiet w kulturze. Rut, choć jest silną osobowością, opowiada, uzyskuje głos, potrzebuje męża, by istnieć w społeczności, pamięta się ją jako babkę króla Dawida. Zubrzycki doskonale te wszystkie tematy zbiera w spójny monodram z muzyką na żywo (Igora Pietraszewskiego). Znakomity pomysł z prześcieradłami jako rekwizytami, lalkami, elementami scenografii sprawdza się do końca kilkudziesięciominutowego spektaklu, którego może nie byłoby, gdyby nie przepiękne obrazy Miry Żelechower-Aleksiun (tu wklejone w multimedialne tło). Wrocławska malarka ma też inne, dotyczące innych kobiet Biblii (domyślam się, że od wystawy 'Ester. Za zasłoną' wziął się tytuł tego przedstawienia). Jak wiadomo, w Starym Testamencie są trzy księgi nazwane imionami kobiet, może jest to pomysł na teatralną trylogię? A lepiej: tetralogię. Bo poprzez postaci Judyty czy Estery dałoby się wprowadzić sporo mroku, który finalnie warto by wygasić poezją Pieśni nad Pieśniami. I koniecznie muszą to być pieśni właśnie. Tych w RUT... ZA ZASŁONĄ mamy niedosyt, wiedząc, jak niezwykłym warsztatem w tej dziedzinie dysponuje Anna Zubrzycki. I koniecznie z polskimi napisami.

gch [0-6] > 5
..................
RUT... ZA ZASŁONĄ, scenariusz i reż. M. Braun, Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, 17.11.2017, rząd II

Sunday, November 12, 2017

KRAKOWIACY I GÓRALE (Opera Wrocławska)


Dobrze się dzieje w teatrze, kiedy spektakl wytrąca nas z poczucia bezpieczeństwa. Jeśli to wytrącanie ma sens. We wrocławskich ‘Krakowiakach i góralach’ ma, choć pewnie znajdą się krytycy, którzy woleliby tę ramotkę z przyjemnymi melodiami odebrać bez goryczy. Sam byłem zagubiony po pierwszej części, nie bardzo wiedząc, jak to wszystko ugryźć. To, czyli konsekwentnie biało-czerwone, eklektyczne stroje krakowiaków, ciężką, dominującą scenografię, pracowicie przygotowane, ale jednak deklamacje pomiędzy śpiewami, no i zachowaną w tekście gwarę.

Zaintrygował mnie niepokój, obecny w tej błahej niby i znanej z wielu fabuł wojnie o Basię, co chce wyjść za mąż z miłości, nie przymusu i targu. Scena weselnego spotkania krakowiaków z góralami opowiedziała bowiem dramat kobiet w męskiej opresji. Lepiej od razu się poddać rączemu góralowi (i krakowiakowi), gdy ma on na pannę ochotę, niż bronić dostępu, marzyć o uczuciu i niezależnych decyzjach. Druga część spektaklu wzmacnia tę opowieść, podkreślając przemoc i oskarżając. Główną postacią staje się Dorota, żona młynarza, starszego od niej patriarchy, ta, która została żoną, bo musiała. Zdradza, bo nie kocha, także z zemsty, że oszukano jej młodość. A on ją za tę zdradę bije. Wyjdzie co prawda Młynarz na durnia, ale widz go w duchu słusznie skaże. Płynące z offu kwestie Fedr z dramatów Enquista, Eurypidesa, Racine’a (w wykonaniu Dagmary Mrowiec-Matuszak, Katarzyny Strączek, Janki Woźnickiej) wątpliwości nie zostawiają. Czy Bogusławski doceniłby taką interpretację? Jeśli był wielkim artystą - jak głosi historia – powinien.

Można się zżymać na to i owo, najbardziej na komunikacyjny chaos, bo często trudno zrozumieć i dosłyszeć teksty arii (trzeba spojrzeć na angielskie napisy, by zorientować się, o czym śpiewają, a w angielskich napisach w dodatku Stach jest... Stanleyem). Szkoda też, że za cicho wystartowała taśma z Fedrami, rozpraszając uwagę i efekt. Zrezygnowałbym z ostatniego słowa Doroty. Ostatnia scena działa mocno, nie wymaga dojaśnień, znakomitych aktorek Teatru Polskiego w dramacie przebić nie zdoła Jadwiga Postrożna. Której zresztą biłem silne brawa za w sumie przekonującą kreację i mistrzowski śpiew. Pomijając szczegóły, wykonawcy się bronią, tworząc - dzięki młodej reżyserce Barbarze Wiśniewskiej - sugestywny świat, ambitnie uniwersalizując klasyczną śpiewogrę, wydobywając nowy ton. Gubią się czasem, gdy mają podszyć ruchem i gestem momenty instrumentalne.

To ciekawe, że z jednej strony słucha się wrocławskich 'Krakowiaków...' z przyjemnością (Jan Stefani potrafił komponować melodie, Bogusławski pisać), ogląda bez znużenia (tempo narracji nie zwalnia), z drugiej - przekonuje ów uwierający niepokój, skryty pod skórą konwencji. To dużo. Wyróżnijmy jeszcze szczególnie Karolinę Filus w partii Basi (sopran z przyszłością!) i Łukasza Klimczaka jako studenta Bardosa (aktorski talent i mnóstwo wdzięku). No i powiedzmy wprost: cud to to nie jest, ale obejrzeć nie zaszkodzi, zarówno z poznawczego, jak i artystycznego powodu. A na kolejną realizację Barbary Wiśniewskiej czekam z prawdziwym zainteresowaniem. Mimo kompromisów, dbając o jakość swojego przedstawienia, pokazała jaki współczesny potencjał tkwi w 'Krakowiakach i góralach'. Obejrzani we Wrocławiu, w Dniu Niepodległości, podpowiadają jeszcze odważniejsze kierunki.

(0-6): 4

gch

Jan Stefani, Wojciech Bogusławski KRAKOWIACY I GÓRALE, reż. Barbara Wiśniewska, kier. muz. Adam Banaszak. Premiera w Operze Wrocławskiej 11.11.2017, parter, rząd VII, miejsce 8

Saturday, October 14, 2017

FIDELIO (Opera Wrocławska)


Nie wiem, czy łatwo to zrozumieć w czasach wszędobylskiego internetowego hejtu, ale wyznam, że wyrażenie drastycznej opinii o dziele artystycznym łatwym zadaniem nie jest. Ocenia się czyjąś, często pełną wysiłku i poświęceń, pracę. Kiedy byłem bardzo młody i wiadomo jaki, zżymałem się na deklaracje starszych recenzentów: ja już nie piszę recenzji ze złych spektakli, szkoda czasu, zwracam uwagę tylko na te dobre. Wtedy twierdziłem, iż to nieuczciwe wobec czytelników/odbiorców, zwłaszcza gdy recenzent wie, że stale go czytają. I ciągle nie zmieniam zdania, choć krytykowanie (w negatywnym tego słowa znaczeniu) przychodzi mi coraz trudniej. Dziś już doskonale rozumiem ludzkie słabości i przyznaję każdemu prawo do błędu. No ale, jak mus, to mus.

Nie widziałem osobiście w Operze Wrocławskiej dziwniejszej inscenizacji niż 'Fidelio', podpisany przez słoweńskiego reżysera Rocca. Jego 'Fidelio' to rzecz - nawet dosłownie - przestrzelona. Pogubi się w scenicznych wydarzeniach każdy, tzw. konia z rzędem temu/tej, kto się zorientuje, w kim zakochała się Marzelina, kto tu jest Fideliem, co robi w więzieniu Leonora, jakim cudem osadzony na głodówce i pragnieniówce wygląda lepiej niż gubernator i jakąż to mocą trupy ożywają. Fabuła nie klei się, pauzy quasi napięcia irytują, a wybrane do przedstawienia listy Beethovena straszą autorską grafomanią (można znaleźć w internecie). OK, niech kochankowie mówią do siebie te banały i niech pozostaną objęte tajemnicą korespondencji. Nawet jeśli przeczytacie przed pójściem do opery libretto, nic to nie da. Jeden marny pomysł na dodanie postaci dublującej, towarzyszącej Leonorze i leżymy. Wszystko odtąd jest symboliczne, umowne, wszystko jest sennym majakiem. Owszem, za pomocą poetyki snu łatwo wytłumaczyć fabularne niezborności, lecz najpierw trzeba tę poetykę kupić. Mnie się nie udało, widzę raczej kolejną niepotrzebną próbę poprawiania libretta (w epoce Beethovena poprawiano je dwukrotnie), może niezbyt kunsztownego, ale przynajmniej pasującego do muzyki. Śmiesznie podrygujących (ciężko uwierzyć w pracę choreografa Gregora Lustka) chórzystów w pieśni finałowej (w śpiewie chór jak zwykle bezbłędny) i uwierającą marmurowość scen usprawiedliwić nie sposób. Karolina Micuła robi co może, by się jako Anioł obronić i broni się szczęściem i siłą własnego talentu.

No chyba, że tak miało być. Ułożyć najstatyczniejsze obrazy ze statycznych, porozstawiać po prostu śpiewaków po scenie, niech śpiewają. Czasem przyświecić (i przeświecić niezłą scenografię) innym kolorem. Po co? Żeby skupić się na muzyce i głosach. Bo te są przednie. Wprawdzie premierowa obsada to efemeryda (Sandra Trattnigg, Peter Wedd, Saša Čano), ale znamy wrocławskich śpiewaków, wiemy, na co ich stać (Maria Rozynek-Banaszak i Jacek Jaskuła już o tym przypomnieli). Z tak dynamicznie grającą orkiestrą (pod kierownictwem Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego) i na tzw. zwykłych spektaklach będzie czego posłuchać. Okazuje się bowiem, że 'Fidelio' to rzeczywiście muzycznie dzieło niedoceniane. Kwartety, tercety, duety, momenty chóralne potrafią dostarczyć melomańskiej przyjemności. Pod jednym wszakże warunkiem: trzeba zamknąć oczy. Gdyby istniała w operze funkcja producenta spektaklu, kogoś, kto po pierwszej generalnej decyduje o losie przedstawienia, taki ktoś powinien wstrzymać premierę tego 'Fidelia', powiedzieć stanowczo: albo pracujemy dalej, albo wystawiamy wersję koncertową.

Ponieważ do opery chodzę po to, by nie tylko posłuchać: (0-6) > 2 (dla samej muzyki byłoby 5)

gch
...
L.van Beethoven FIDELIO, reż. Rocc, kier. muz. Marcin Nałęcz-Niesiołowski, premiera w Operze Wrocławskiej, 14X2017, balkon 1, rząd I, miejsce 9