Tuesday, January 17, 2012

WEDŁUG BOBCZYŃSKIEGO (Wrocławski Teatr Współczesny)


LOJALNIE UPRZEDZA SIĘ, ŻE W TEKŚCIE SĄ TZW. SPOJLERY, WIĘC MOŻE LEPIEJ PRZECZYTAĆ PO WIZYCIE W TEATRZE (I NAPISAĆ, CZY SIĘ PAŃSTWO ZGADZAJĄ)

Jest taka kwestia Horodniczego w „Rewizorze” Gogola: „Zawadzi, czy nie zawadzi, nie wiem, ja swoje zrobiłem i uprzedziłem panów. (...)  Rewizor zechce niewątpliwie, i to przede wszystkim, — obejrzeć powierzone pańskiej pieczy instytucje (...) niech pan przeto postara się, aby wszystko było jak należy: żeby szlafmyce były czyste, żeby chorzy nie wyglądali jak kominiarze, jak to tam zwykle...”. Agata Duda-Gracz nie chciała jak zwykle, wywróciła Gogolowe arcydzieło do góry nogami i uprzedziła, że Chlestakowa u niej nie ma, rewizor to śmierć. Jak spadać, to z wysokiego szczytu.

Wrocławski „Rewizor” przede wszystkim nie śmieszy. Podczas premierowego spektaklu jakiś uśmiech zawitał na mojej twarzy raz czy dwa, głównie za sprawą znakomitego Tomasza Schimscheinera (Bobczyński). Chociaż przyznam: siedzący na schodach młody człowiek rżał dość często. Zwłaszcza wtedy, gdy po niemiecku odzywał się Hibner (Maciej Tomaszewski), w wersji Dudy-Gracz zwany Tym Niemcem. Zwykle nie mam nic przeciwko zmianom w tekście, nawet dodawanie (i odejmowanie) postaci uważam za możliwy krok w drodze do teatralnego szczęścia, ale tutaj rozkładam ręce, których nie składam do zwyczajowych oklasków. Mimo że reżyserka stworzyła właściwie spójny obraz ludzi małych, pełnych obaw o utratę ich pozornego prowincjonalnego spokoju, ujawniających neurotyczne splątanie w obliczu niespodziewanej wizyty kogoś/czegoś większego. Agata Duda-Gracz zdarła z Gogola gatunek (komedię), ów kluczowy pomysł-płaszcz, tylko gdzieniegdzie malując tej sztuce nos. Pozbyła się części osób i realiów osiemnastowiecznej Rosji, rzeczonego Krystiana Iwanowicza Hibnera uczyniła Hübnerem, którego pytają, co robił w trzydziestym dziewiątym, wyciągając przedramiona z niby obozowymi numerami. Ale już w scenie relacji z przyjęcia wymienia się Puszkina. Tego Puszkina.

Jeśli to przedstawienie o strachu przed władzą, wystarczyłoby pół godziny na prezentację. Reszta jest zmęczeniem. W ciągu tych trzydziestu pierwszych minut spektaklu dzieje się najwięcej i najlepiej. Coś intryguje. Światła włączone, wyłączone, światła na scenę, na widownię – będzie o celebryckim śnie o pięciu minutach, a może o relacjach między aktorem a widzem? O byciu obiektem zainteresowania i szarym człowieku w cieniu? Nieobecny Chlestakow wzbudzi tęsknotę za innym życiem, zainspiruje do marzeń? Pięknie funkcjonujące w multimediach gwiazdy mogłyby taki trop sugerować. Ci ludzie nie błądzą i nie knują (jak u Gogola), lecz się uwalniają, gdy przybywa wielkomiejski urzędnik, a ich dotychczasowy szef, Horodniczy Dmuchanowski (Krzysztof Kuliński), popada w marazm, skoro traci berło. Jego żona (najlepsza tutaj Ewelina Paszke-Lowitzsch) od razu flirtuje z widmem znamienitego przybysza. Ale zamiast indywidualnych rewolucji i buntów,  następuje wprowadzenie wątków faszystowskich. Brzmi przyśpiewka nazistów (na wszelki wypadek od razu wykpiwana), a Hibner przemawia jak Hitler (czerwononosy). Prościej się nie dało? W dodatku największą tragedią staje się utrata niewinności przez konformistyczną córkę Horodniczego Marię (utalentowana Katarzyna Michalska bijąca rekord w kategorii Rola kobiety szlochającej). Może zatem trzeba w spektaklu „Według Bobczyńskiego” szukać symboli, może zatonąć w estetycznej aurze multimedialnego tła, może znaleźć w tych wszystkich Liapkinach-Tiapkinach, Szpiekinach i Ziemlianikach rzeczywistość współczesnych urzędników, polityków czy lekarzy? Może Agata Duda-Gracz mówi nam coś ważnego, przestrzega przed niebezpieczeństwem zapędzenia się w ideologiczno-ekonomiczny układ, przed szekspirowskim mieszaniem światów? Aspirujący ponad własną miarę Bobczyński kończy źle, wykrwawiając się poprzez wątrobę (w renesansie wierzono, że w wątrobie swe źródło mają ludzkie charaktery), nie pęka mu serce ani mózg. Może to jest jednak o zmaganiach z Bogiem? Może o dojrzewaniu lub starzeniu? I tak dalej.

Snucie domysłów na temat tych gogolowskich wariacji porządnie daje w kość widzowi, który szybko się orientuje, iż bezzasadnie oczekiwał jakiejś zawartości „Rewizora” w „Rewizorze”. Mamy przecież jasno wyłożone: „Według Bobczyńskiego”, zaledwie na motywach. Jako spektakl do analizy w licealnej klasie humanistycznej, podczas lekcji o adaptacjach klasyki, przedstawienie Wrocławskiego Teatru Współczesnego sprawdzi się idealnie. W innej sytuacji czeka nas rozczarowanie z powodu rozmycia wyrazistości przesłania oryginału, amputacji jego satyrycznych sił i wdzięków, rezygnacji z rodzajowości oraz autorskiego geniuszu na rzecz uniwersalizującej metafory. Są tutaj zatem ambicje, godna szacunku próba nowego odczytania, świetni aktorzy, robiące wrażenie animacje, ale w sumie, według mnie-Chojnowskiego, „to pudło, nie kapelusz” – jak u Gogola mówi Komisarz do Horodniczego.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
WEDŁUG BOBCZYŃSKIEGO, na motywach REWIZORA Mikołaja Gogola, reżyseria, adaptacja, scenografia i kostiumy Agata Duda-Gracz, premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, 14 stycznia 2012

Monday, January 9, 2012

GŁĘBOKA WODA (TVP)


W Telewizji Polskiej niedzielne wieczory należą ostatnio albo do sielskich kolorów (Jedynka z „Blondynką”, „Ranczem” i „Domem nad Rozlewiskiem”), albo do czarno-białych spraw patriotyczno-społecznych. W Dwójce emitowany jest o 21 serial „Czas honoru” zamiennie z niedawno rozpoczętą „Głęboką wodą”. „Czas honoru” to telenowelowa wersja „Kolumbów” i „Polskich dróg”, a więc temat wojenny, odrestaurowany jeszcze za rządów ekipy stawiającej przede wszystkim na akcenty historyczne. Wymyślona później „Głęboka woda” ma widownię zdobywać opisem rzeczywistości. W dużej części za pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego i ministerstwa pracy. Jeśli jednak „Czas honoru” daje się najzwyczajniej w świecie oglądać, mimo swojej konwencjonalności, to druga propozycja nadzwyczajnie nudzi przedziwnym artystycznym archaizmem. W niemal każdym ujęciu widać mękę wykonawców, którzy pewnie najchętniej utopiliby egzemplarze scenariusza w toaletach ośrodka opieki społecznej, miejscu akcji tego dramatu zrobionego na siłę, jako odpowiedź na ministerialny konkurs.

Niespełniony muzyk-narkoman, mamroczący w przejściu pod Świdnicką  przeboje Klausa Mitffocha, śmieszy zamiast przejmować, bo mówi tekstem z książki, nie z ulicy. Tak jak pracownicy ochronki, recytujący psychologiczno-społeczne formułki. Nie ma tempa, są za to serie niby wstrząsowych obrazów, opartych choćby na amatorsko skrojonym, łopatologicznym kontraście. Jednym ze szczytów reżyserskich możliwości jest scena z odcinka trzeciego, gdy syn, którego najpierw pobili rówieśnicy, a później on w desperacji odegrał się na ojcu-alkoholiku, budzi się nazajutrz w pokoju słodko śniącego rodzeństwa, ze świeżo zmakijażowaną krwią na twarzy. Posmak filmowego tandeciarstwa towarzyszy szlachetnej idei serialu w każdym epizodzie. W jednym kadrze zobaczymy, jak zdejmują chłopakowi z nóg buty, w drugim trzeba pokazać stopy w samych skarpetkach, żeby wszystko było jasne. Przewijający się przez całość motyw kręcenia zdarzeń i wyznań bohaterów przez operatora obywatelskiej telewizji (zgrany w podobnych klimatach Rafał Maćkowiak) szeleści papierem z artystycznego hipermarketu.

W rolach głównych i pobocznych oglądamy Katarzynę Maciąg, Dominikę Ostałowską, Bartłomieja Topę, Annę Ilczuk, Agatę Kuleszę, Martę Klubowicz, świetnych aktorów, wędrujących od serialu do serialu za chlebem. Mimo udziału w niezłych lub bardzo dobrych filmach czy spektaklach teatralnych. Najmocniejszą twarzą ma być Marcin Dorociński, ale gdzie mu w tej gładkiej fryzurze dyrektora pomocowego ośrodka do wyróżnionej Nagrodą im. Cybulskiego roli Despera w pamiętnym „Pitbulu”, też stworzonym dla TVP. Z tym, że nie na konkurs z morałem, lecz z chęci zrobienia ciekawego kina. Gdzie społecznych wątków nie brakowało. Na monstrualną satyrę zakrawa gazetowa wypowiedź producenta „Głębokiej wody” o „nowej jakości” i doktorze House jako charakterologicznym wzorze głównej postaci („Gazeta Wyborcza Wrocław” z czerwca 2011).

8 stycznia, w dniu emisji piątej części serialu, minęło 45 lat od wrocławskiej śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Przeglądam listę laureatów nagrody jego imienia. Różnie się działo. Daniel Olbrychski, Olgierd Łukaszewicz, Maja Komorowska, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Krystyna Janda, Marek Kondrat,  Krzysztof Majchrzak – wiadomo. Ale już Laura Łącz, Maria Gładkowska, Adrianna Biedrzyńska, Anna Majcher, Katarzyna Skrzynecka, Rafał Królikowski czy Jan Jankowski rady nie dali. Laureat z 1985 roku, Marek Wysocki, zniknął z ekranu prawie zupełnie, przewijając się tu i ówdzie w bladym tle. Nagrodę przyznaje kilkuosobowe jury (od sześciu lat także głosująca w Internecie, czyli przypadkowa, niemiarodajna publiczność) "młodym aktorom wyróżniającym się wybitną indywidualnością”. Ostatnio jurorzy wskazali na Magdalenę Popławską (za film „Prosta historia o miłości”), której „Przepis na życie” też nie ominął (i „Usta, usta”). Tak w Polsce musi dzisiaj być, istniejący w Stanach podział na aktorów filmowych i serialowych (też zresztą coraz bardziej płynny) u nas się nie przyjmie. Kluczowa jest zatem chwila wyboru. Raz zagram w „Róży”, innym razem będę Wiktorem z MOPS-u, raz błysnę w „Czterech nocach z Anną”, zaraz się sprawdzę w plastikowym „Ojcu Mateuszu” (jak Kinga Preis, laureatka Cybulskiego sprzed 5 lat). Pojawię w „Bez tajemnic” (Dorociński) czy „Bożej podszewce” (Preis).  Raz się uda, innym razem nie bardzo. Przypomina to trochę skok z wieży na główkę, jak ten z finału drugiego odcinka „Głębokiej wody”, której twórcy brodzą po banale.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
GŁĘBOKA WODA, reż. M. Łazarkiewicz, TVP, 2011    

Monday, December 26, 2011

2011 - podsumowanie


Najważniejszą wiadomością mijającego roku, jaką wrocławski świat kultury otrzymał w prezencie, było ogłoszenie Wrocławia Europejską Stolicą Kultury 2016. I tego czerwcowego wydarzenia nic do końca grudnia nie było w stanie przebić. Nawet Europejski Kongres Kultury, o którym można powiedzieć właściwie tylko tyle, że się odbył. Wbrew autopeanom organizatorów niewiele wniósł do świadomości kulturalnej mieszkańców tzw. starego kontynentu, nie przyniósł również wyjątkowych przedstawień ani koncertów. Trzy interesujące wystawy (kolekcja Wernera Nekesa, rzeźba Mirosława Bałki i zbiór pt. "Jutro nie umiera nigdy") to żenująco mało na tak drogie i dęte przedsięwzięcie. Do topu nie zaliczam muzycznych spotkań Krzysztofa Pendereckiego z Aphex Twinem oraz Jonnym Greenwoodem, bo zagraniczni artyści byli we Wrocławiu przejazdem. Ich koncerty w Hali Stulecia poprzedzały występy na festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie. Europejskiemu Kongresowi Kultury należała się absolutna wyłączność.

Skoro zaczęliśmy od rozczarowań to jeszcze jedno: zawieszenie, jakie miastu Wrocław dolega w sprawie dwóch miejskich teatrów. Nie wiadomo, kto przejmie Wrocławski Teatr Lalek po odejściu Roberta Skolmowskiego (z dniem 31 grudnia), nie wiadomo także, co z fotelem dyrektora Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Krystynie Meissner podobno kończy się kontrakt na szefowanie za kilka miesięcy (choć ma i siłę, i energię, i kreatywność, by zostać), więc wybór ewentualnego następcy powinien toczyć się już teraz. Meissner zrobiła dla naszego środowiska teatralnego więcej niż ktokolwiek w ciągu ostatnich 20 lat, powołując do życia festiwal Dialog, dając wiarę talentom Klaty i Warlikowskiego zanim stali się mistrzami polskiej sceny, utrzymując reżysersko-menedżerski kontakt z publicznością. Tymczasem relacje wrocławskiego Ratusza z dyrektorką Współczesnego od pewnego czasu mocno kuleją. Prezydent chciał ją odwołać już dwa lata temu, tym razem sprawa wydaje się zatem przesądzona. Kto przyjdzie na miejsce jednej z najbardziej znaczących osobowości polskiego teatru w ogóle? Dziś nie wiadomo, co bardzo martwi. Na rynku nie ma armii specjalistów, co przerabialiśmy we Wrocławiu przy okazji kłopotów z obsadą szefów Teatru Polskiego czy Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Sukces Lalek i pozycja Współczesnego zobowiązują do podjęcia niepochopnych działań. Najwyższy czas zacząć albo... przedłużyć umowę z Krystyną Meissner.

Na szczęście znakomicie sobie radzi Teatr Polski. Krzysztof Mieszkowski okazał się być doskonałym rozgrywającym, to zaproszeni przez niego artyści (Strzępka i Demirski, Klata) wygrywają ogólnopolskie (i nie tylko) festiwale. Swoją drogą trudno sobie wyobrazić wrocławski teatr bez Jana Klaty, który w nowym roku zdobędzie trzecią już tutejszą scenę. Po pracy we Współczesnym i Polskim, przyszedł czas na Capitol i prowokacyjny musical "Jerry Springer - The Opera". A to nie wszystko: w tym sezonie Klata wyreżyseruje jeszcze farsę "Czego nie widać" w Wałbrzychu, gdzie, znów nominowany do Paszportu Polityki Sebastian Majewski, od trzech lat tworzy głośny na całą Polskę teatr zaangażowany. Nie ustaje w swoim autorskim projekcie sceny zanurzonej w lokalności, wsłuchanej w społeczne nastroje legnicki Teatr im. Modrzejewskiej. Jacek Głomb (dziś senator RP) potrafi szokować decyzjami dziwnymi (rezygnacja z festiwalu prapremier Miasto), zadziwiać pomysłami wręcz cudownymi (nadanie dużej scenie imienia najwierniejszego widza Ludwika Gadzickiego), oferuje też oryginalny repertuar, choćby "Zrozumieć H", spektakl inspirowany biografią Henryki Krzywonos.

Świat filmowy Wrocławia, niegdysiejszego znaczącego centrum kina, od lat skupiony jest wokół przedsięwzięć Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, z roku na rok coraz prężniejszego w staraniach przyciągania publiczności i gwiazd niemainstreamowych produkcji. Na Nowych Horyzontach i American Film Festival można zobaczyć tytuły, których ze świecą szukać w multipleksach. Ale: od tego roku w multipleksie właśnie (Heliosie przy ul. Kazimierza Wielkiego) funkcjonuje sala programowana przez Romana Gutka i jego współpracowników. Gutek miał objąć programowym patronatem przebudowane na Dolnośląskie Centrum Filmowe dawne kino Warszawa, stało się inaczej. Szkoda. Niepogodzone ambicje i interesy Odry Film i SNH to jednoznaczna porażka. Artystycznie wrocławscy filmowcy banku nie rozbili. Waldemar Krzystek przedstawił "80 milionów", Wiesław Saniewski "Wygranego", ale to "Daas" młodego Adriana Panka wzbudził największe zainteresowanie krytyków, dowodząc niespodziewanie, jak żywe może być kino historyczne. Trzeba jeszcze odnotować ekranowy debiut w głównej roli wrocławskiej aktorki Heleny Sujeckiej, która fantastycznie zagrała Kitkę w "Cudownym lecie", bardzo udanym cygańsko-cmentarnym romansie Ryszarda Brylskiego.

Wśród niewątpliwych zwycięstw 2011 roku trzeba wymienić przede wszystkim: otwarcie Galerii Sztuki Współczesnej na odnowionym strychu Muzeum Narodowego we Wrocławiu oraz start Muzeum Współczesnego w schronie przy Legnickiej. Obie propozycje to zjawiska dużej klasy na mapie nie tylko dolnośląskiej sztuki. Znakomicie rozwija się projekt Joanny Stembalskiej "Out of Something" w BWA Awangarda, czyli unikatowa na skalę ogólnokrajową prezentacja urban artu. Warto też pamiętać o wizytach w BWA Design (w roku 2011 m.in. świetna wystawa Ewy Kuryluk) oraz w Entropii. W malutkiej galerii przy Rzeźniczej udaje się często obejrzeć rzeczy zapadające w pamięć, jak ostatnio obrazy Ewy Harabasz, łączącej barokowe malarstwo Caravaggia z przekazem współczesnych nam mediów. W mieszczącej się w ratuszu Galerii Patio Muzeum Miejskiego szanse na pokazanie własnych talentów zdobyli młodzi artyści pochodzący ze stolicy Dolnego Śląska. Patio Młodych to świetna inicjatywa, choć wystawianej tu właśnie Ance Mierzejewskiej należałaby się dużo większa ekspozycja. Na szczególne wyróżnienie w 2011 roku zasłużyło Wro Art Center, przestrzeń spotkań z najnowszą sztuką mediów. Biennale Wro było już tradycyjnym sukcesem, ale o wszystkich wystawach przy ul. Widok dałoby się powiedzieć to samo. Aktualnie zachwycają przepiękne, klimatyczne obiekty medialne Izabelli Gustowskiej.

Godne uwagi i emocji wieczory muzyczne odbywają się już nie jedynie co piątek w Filharmonii Wrocławskiej. I wcale nie zaproszeni artyści z zewnątrz zdają się najbardziej interesujący. Wrocław dorobił się kilku zespołów na wysokim poziomie. To już nie tylko odmłodzone tutti symfoniczne, ale też chwalony wszędzie chór, kameraliści z Leopoldinum, Wrocławska Orkiestra Barokowa, Lutosławski Quartet. Niemal każdy występ, a zwłaszcza nagranie, staje się wydarzeniem. Szkoda, że tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans przemknął bez głośnego echa. Winny temu był pomysł organizacji imprezy w trzy kolejne weekendy zamiast tygodniowej kumulacji, jak bywało wcześniej. Operze Wrocławskiej średnio wyszły tegoroczne superprodukcje. Ani "Turandot" na Stadionie Olimpijskim, ani "Kniaź Igor" w Hali Stulecia nie zaimponowały artystycznym rozmachem, lecz zirytowały rozmachem na siłę. Głosowo przeciętne, niezbyt widowiskowe spektakle przyciągnęły widzów, którzy, niestety, wychodzili zawiedzeni. Na czerwcowy "Bal maskowy" pewnie przyjdą, ale jeśli i ten nie wypali, kolejne tytuły megaprodukowane mogą ponieść również frekwencyjną porażkę. Za to w domowym budynku przy Świdnickiej zawsze warto złożyć wizytę, bo poziom spektakli nie słabnie. "Don Giovanni" i "Pułapka" to najmocniejsze tegoroczne premiery operowe. Warto wspomnieć także o albumie naszego gitarowego wirtuoza Krzysztofa Pełecha, który zrealizował swoje marzenie, wydając płytę z koncertami. Przy Vivaldim towarzyszy mu Amadeus Agnieszki Duczmal, a w tytułowym "Concierto de Aranjuez" Joaquina Rodrigo sam Antoni Wit i orkiestra Filharmonii Narodowej.

Wrocławski rynek literacki trzyma się nieźle, choć do Warszawy czy Krakowa w tej dziedzinie nam jednak daleko. Zjawiskiem jest literatura czeska i słowacka wydawana przez zafascynowananych tematem młodych wrocławian. W wakacje mogliśmy na dodatek uczestniczyć w miesięcznym festiwalu spotkań autorskich z twórcami z Polski, Czech i Słowacji. O rewelacyjnej biografii Broniewskiego pióra Mariusza Urbanka napiszę osobno, tu chcę przypomnieć spełniony debiut maturzystki 2011 Sary Antczak. Jej napisana z Aleksandrem Małeckim powieść "Wolny i De Klesz" zwiastuje nowy talent, zajmuje fabułą (młody nauczyciel zaczyna pracę w szkole od wychowawstwa w trudnej klasie). Czekam na powstałą już podobno kontynuację. Trochę żał, że po Roku Różewicza zostanie nam jedynie jedno naprawdę istotne wydawnictwo, zbiór wywiadów "Wbrew sobie" ("Margines, ale" ukazał się jeszcze w 2010). 90. jubileusz takiego artysty warto by uczcić zdecydowanie bardziej okazale. Rozrzucony festiwal teatralny, album zdjęć i reprint "Kartoteki"... - mało! Za to zabłysło w 2011 światło dla Tymoteusza Karpowicza. Jest już pierwszy tom Dzieł zebranych poety niesłusznie zapominanego. Przyda się nowemu pokoleniu, które zaczyna mylić Karpowicza z Kasprowiczem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Wednesday, December 21, 2011

JAMES BOND. SZPIEG, KTÓREGO KOCHAMY



Kochamy, kochamy, choć informacja o kontrakcie z Danielem Craigiem na 8 filmów raczej smuci. Craig nie jest najlepszym Bondem, nie jest nawet Bondem z podium wykonawców tej roli. Dwa ostatnie filmy serii były takie sobie, może najnowszy odcinek coś przełamie. Mimo przeciętnych scenariuszy sprzedały się świetnie, więc pewnie producenci uwierzyli w magię Craiga. To znakomity aktor, lecz Bond... przyzwoity. Za to najnowsza polska książka dotycząca filmowego serialu o przygodach 007 - PRZEDNIA! Dla tych, którzy chcą poznać kulisy powstawania kolejnych części - lektura obowiązkowa! Poniżej wywiad z autorem, Michałem Grześkiem:

Tuesday, December 20, 2011

KRYZYSOWE ZŁOTKA


A teraz z innej beczki.

W 2003 roku polskie siatkarki zdobyły mistrzostwo Europy, powtórzone po dwóch latach. Potem jeszcze dwukrotnie znalazła się nasza żeńska reprezentacja w najlepszej czwórce tej imprezy. Zdaje się jednak, że brązowy medal turnieju rozgrywanego w Polsce w 2009 to ostatni taki sukces w narodowej kobiecej siatkówce na lata. Przy podejściu, jakie prezentuje część zawodniczek, dzięki nadaktywności działaczy zmieniających trenerów jak Wlazły skarpetki, przy braku zdrowych relacji między kadrą a klubami trudno o optymizm.

Zaczęło się od kłopotów Andrzeja Niemczyka z samym sobą, później było już tylko gorzej. Nigdy nie udało się polskim zawodniczkom osiągnąć czegokolwiek istotnego na arenie światowej, co udawało się porównywalnym z nimi Holenderkom, Serbkom czy Niemkom. Złotka przegrywały na mistrzostwach świata najważniejsze mecze, World Grand Prix sztaby szkoleniowe zwykle odpuszczały, traktując ten ważny dla rankingu i prestiżu turniej ćwiczeniowo, jako inwestycję na przyszłość. Jaką przyszłość? Szczyt głupoty odbył się w tym roku, kiedy w trakcie przygotowań wymieniono Jerzego Matlaka na Alojzego Świderka, wcześniej pozwalając kluczowym siatkarkom na przerwę od reprezentacji. W momencie, gdy ważą się losy udziału Polek w igrzyskach olimpijskich.  Osobiście nie wierzę w awans z kwalifikacji kontynentalnych, bo trzeba by je wygrać (tylko jedna drużyna jedzie do Londynu), pokonać Rosję i inne, mocniejsze dziś od polskiej, ekipy. Nie widzę też wystarczającego zapału u naszych zawodniczek, może dlatego, że kobieca drużyna jest dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej tą mniej wartą pieniędzy i zainteresowania.

Konflikt Matlaka z Katarzyną Skowrońską-Dolatą odbił się w bieżącym sezonie czkawką, ponieważ trener nie mógł skorzystać ani z narzekającej na urazy Joanny Kaczor, ani z chybotliwej fizycznie Anny Barańskiej-Werblińskiej. Wezwany za pięć dwunasta Alojzy Świderek próbował przestawić schematyczną grę przetrzebionej drużyny na styl nowocześniejszy, szybszy, w ciągu zaledwie kilku tygodni. Zdało się to na nic, bo drużyna przegrała World Grand Prix tak frajersko jak jeszcze nigdy. Do dziś nie mogę pojąć, jak, przy najłatwiejszym losowaniu w historii, można było nie wejść do finału WGP (nawet mimo kadrowych kłopotów). Wystarczyło zwyciężyć w jednym z dwóch meczów z Dominikaną. Może jednak zmiany odbyły się za szybko? Kontuzje Barańskiej, Kaczor, Katarzyny Gajgał, kompletnie niezrozumiała postawa Marioli Zenik czy Małgorzaty Glinki obnażyły słabość polskiej siatkówki kobiecej.

Tak dalej być nie może, że w najważniejszym okresie w wyjściowym składzie brakuje tylu podstawowych reprezentantek. Trzeba się wreszcie zastanowić, skąd te częstsze niż w innych zespołach narodowych urazy, a przede wszystkim zmienić mentalność gwiazdorek. Dlaczego wszystkie najlepsze drużyny świata przez lata grają w identycznych składach, rozsądnie i systematycznie odświeżanych, a my musimy co sezon klecić nowy team? Ktoś chce odpocząć w najgorszym z możliwych momentów, a w efekcie, najprawdopodobniej, nikt nie pojedzie na igrzyska, bo na igrzyskach Polska nie wystąpi. Wzorem niech tu będzie Angelina Grün, której gra, a nawet sama obecność w zespole pomogły Niemkom w idealnej chwili, podczas mistrzostw Europy i w czasie Pucharu Świata. Także dzięki temu utalentowane Niemki (prowadzone od 2006 roku - ! – przez Giovanniego Guidettiego) wypaliły wtedy, kiedy powinny i na Londyn mają zdecydowanie lepsze widoki niż dołujące w rankingu Polki, bez szans na interkontynentalny turniej ostatniej szansy.

Awans do igrzysk z pierwszego miejsca w majowych zawodach w Stambule byłby cudem, podobnym do złotego medalu wywalczonego w 2003 roku, również w Turcji. Jeśli się nie zdarzy, będzie to rzeczywisty początek końca wspaniałej fali popularności żeńskiej siatkówki w Polsce. Aby wzbudzić kolejną, potrzeba będzie następnego sukcesu, o który powalczą, mam nadzieję, nowe, bardziej zaangażowane w sport siatkarki z trenerem na lata, nie miesiące, oraz działacze z głową, nie tylko uśmiechem. 

Gdzie ich szukać?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI      

Monday, December 19, 2011

PUŁAPKA (Opera Wrocławska)


Na światową prapremierę „Pułapki” Tadeusza Różewicza zaprosiła nas ostatnio Opera Wrocławska. Utwór zamówiło u kompozytora Zygmunta Krauzego miasto Wrocław, ten opracował także libretto (wraz z Grzegorzem Jarzyną). I co? I jak? – pytali mnie po premierze znajomi. Mam nadzieję, że poszli na przedstawienie niedzielne (ja widziałem sobotnie), bo kolejny spektakl zaplanowano na 22 stycznia, a potem dopiero 6 marca. Wolę polecać po obejrzeniu spektaklu. Kiedy miesiąc temu zachęcałem (sam zachęcony poprzez rozmowy z artystami) do wizyty w Hali Stulecia, by poobcować z „Kniaziem Igorem”, przedstawienia jeszcze nie widziałem. I odbierałem zażalenia, bo tzw. megaprodukcja okazała się statycznym przeglądem Borodinowych wojsk muzycznych zamiast widowiskiem przez wielkie W. Cóż za przyjemność spoglądać z oddalonego sektora na malutkie ludziki spacerujące po scenie i przemarsz kilkunastu koni. Dla samej muzyki?

Na szczęście „Pułapkę” przygotowano we wspaniałym gmachu macierzystym przy Świdnickiej. Cenię tę sztukę nie tylko za intelektualną i emocjonalną pojemność, także za formę. I właśnie ta forma stała się kluczem do operowego sukcesu dramatu, z powodzeniem wystawianego w teatrach (jest m.in. znakomita wersja Gabriela Gietzky’ego na afiszu wrocławskiego Współczesnego). Muzyka Zygmunta Krauzego udanie podkreśla groteskową nieprzystawalność postaci do sytuacji, w jakie złapał je czas i złudzenia. Korzystając z webernowskiego motywu, kompozytor zadziałał jak animator rytmu istnienia bohaterów w pułapce dziejów, społecznych stereotypów, męsko-damsko-rodzinnych relacji pozornych, indywidualnych tęsknot-potrzeb. Osoby tego dramatu zachowują się jak uczestnicy balu manekinów, co konwencja operowa idealnie oddaje. Nienaturalny śpiew doskonale pasuje do „epopei bycia nie na miejscu”, jak o Różewiczowej „Pułapce” pisano.

Nie byłoby zwycięstwa tego spektaklu bez Eweliny Pietrowiak. Większość widzów w kuluarowych rozmowach wychwalało pracę młodej reżyserki. Słusznie. To ona znalazła sposób na spięcie scenicznych elementów w całość. Na tyle, na ile pozwala operowa maszyneria, zdynamizowała akcję, harmonijnie używając mechanizmów, multimediów, a zwłaszcza aktorskich talentów drzemiących w wokalistach, nie zawsze mających szanse na przebudzenie. Tutaj wykazują się wszyscy, i jako amanci (amantki) z błyskotliwie wplecionej stylistyki starego kina, i jako bohaterowie tragedii z Holocaustem w tle. Jedyna mówiona scena przedstawienia (bardzo dobra!) dotyczy właśnie nazistowskiej grozy zagłady. Wokalnie i aktorsko świetny jest Mariusz Godlewski w trudnej roli Franza, wysokie loty (również w obu kategoriach) zalicza Joanna Moskowicz (Felicja). Ich zwiewny, melodyjny duet w sklepie z meblami to zaskakująca ozdoba spektaklu. Na gromkie uznanie zasłużył Wiktor Gorelikow jako żałośniejący patriarcha rodziny. Rola Ojca bywa najmocniejszą stroną teatralnych „Pułapek”, w operowej również należy do najlepszych. Zwracają uwagę Jacek Jaskuła (Max), Katarzyna Haras (Greta), Aleksandra Kubas (Ottla), ładnie się pokazuje Marek Łykowski, czyli Franz mały. Orkiestra czasem gra za głośno, przez co nie słychać fragmentów śpiewu (są napisy), ale trzeba przyznać, że Tomasz Szreder wykonuje naprawdę dużą pracę, by utrzymywać rytmiczne napięcia. W scenie snu niepotrzebnie mały Franz krzyczy na obudzenie (wystarczyłby wrzask dorosłego), dialog Grety z Maksem nazbyt się dłuży, co z kolei osłabia emocje ostatniej sceny (spotkanie Franza z Ojcem), ale finał robi wrażenie, dzięki reżyserce, kompozytorowi, dzięki autorowi tekstu, który w operze obronił się imponująco.

Obserwując to, co Ewelina Pietrowiak wyprawia ze współczesnymi utworami operowymi, jak inspiruje śpiewaków do aktorstwa, wzbiera we mnie chęć do obejrzenia klasyki w jej realizacji. Świeże spojrzenie reżyserki zaczynającej szefować artystycznie teatrowi im. Horzycy w Tarnowie bardzo by się przydało choćby „Kniaziowi Igorowi”. A poza tym, szkoda byłoby wykorzystywać taki talent jedynie do produkcji współczesnych, które mogą się zdarzać (zwykle dzięki publicznym mecenasom), mogą się nie ziszczać, choćby z powodu kryzysu. Z opery pt. „Pułapka” wyszedł pełnoprawny teatralny spektakl, poważny kandydat zarówno do Wrocławskiej Nagrody Muzycznej, co Teatralnej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................
Zygmunt Krauze PUŁAPKA, libretto wg dramatu Tadeusza Różewicza G. Jarzyna, Z. Krauze, scen. i reż. E. Pietrowiak, prapremiera w Operze Wrocławskiej, 17.12.2011

Saturday, December 10, 2011

BALLA, BALABAN, RUDIŠ – Czesi rządzą


Zdaje się, że czeska literatura po polsku to już zjawisko społeczne lub raczej społecznościowe. Coraz więcej się wydaje, poznajemy zupełnie nowych pisarzy, a przy okazji zwiedzamy typowe i nietypowe przestrzenie czeskiej (i słowackiej) duszy. Sygnał dał Mariusz Szczygieł bestsellerowym, również nad Wełtawą, „Gottlandem” i poszło. W forpoczcie znalazł się jeszcze Mariusz Surosz ze swoimi „Pepikami”, Jolanta Piątek i jej „Obrazki z Czech” oraz kolejna gawęda Szczygła pt. „Zrób sobie raj”. Dzięki tym tytułom weszliśmy pod sąsiedzką skórę, zawierając znajomość z często dziwacznymi mieszkańcami specyficznego lądu. Potem przyszedł czas na przyjaźnie bliższe. Wydawnictwo Atut osiągnęło sukces, wydając powieści Radki Denemarkowej i Oty Filipa, a także nagradzane Magesią Literą książki Violi Fischerowej. Teraz możemy literacko spotkać się z Jaroslavem Rudišem, Janem Balabánem, Vladimirem Ballą. Między innymi. Co ciekawe (i dziejowo naturalne), wśród wydawców nowej literatury z na-południa-od-Polski prawie sami Wrocławianie.

„Grandhotel” Rudiša promuje się sloganem o czeskim Forreście Gumpie. Bohater tej powieści to trzydziestoletni odmieniec Fleischman (179 cm wzrostu, 73 kg wagi), fascynat pogodowych zmienności, sierota, wieczne dziecko, pod-pracownik hotelu na szczycie góry Ještěd w pogranicznym Libercu (1012 m n.p.m.). Kiedy się urodził wraz z dziesiątką innych niemowlaków, „jedenastu świeżo upieczonych ojców (...) wyruszyło zapić swoje wielkie szczęście, o którym myśleli, że potrwa całą wieczność. Wrócili późno w nocy w uwalanych garniturach z tesilu i z rozmazaną szminką na policzkach”. Zwyczajny małomiasteczkowy obrazek, jakich tutaj wiele. Jednakże jest w dynamicznej, napisanej lekko i krótko, książce urodzonego w Turnovie Rudiša (o rok starszego od Fleischmana) coś wdzięcznie ujmującego: marzenie o chmurach, o lepszym świecie, realizowane bez pompy, mimochodem, mimo zdarzeń. Gdy w finale bohater unosi się w balonie z gderliwym opiekunem-kumplem w przestworza, czujemy uwolnienie. Od codzienności, od historii. Każdy ma własną wizję hepilajfu, Fleischman swoją spełnia.

Postaci serii układających się w spójną opowieść nowel nieżyjącego od roku Jana Balabána wędrują przez ostrawski świat bez marzenia. Starają się wprawdzie uchronić resztkę nadziei, wiary, skoro miłości zatrzymać się nie da, lecz wpadają w sidła melancholii i rozpadu. Tę prozę smutnego realizmu nagrodzono w Czechach tamtejszą Nike dwukrotnie, jako Książkę Roku i Książkę Dziesięciolecia. Polskiego czytelnika podobny wybór musi zaskoczyć, bo stereotypowo czeska literatura kojarzy się z uśmiechem i dystansem. Takich luzaków-artystów opisuje na przykład Szczygieł. A to przecież nie tak, zwykle nie tak. Balabán nie wyszukuje osobliwości, nie buduje mitu, pisze jak jest, z poetycką nadwrażliwością i oceanicznym współodczuciem. O tym, że żona z mężem ledwo razem wytrzymują, o tym, że drobiazg potrafi zatruć najpiękniejszą chwilę. Sam pisarz określa swoich bohaterów zdaniem: „To normalni ludzie, którzy przegrali, ale jeszcze się nie rozbili”. Ludzie wierzący. Tacy właśnie są także Czesi.

I Słowacy. Mieszkający i pracujący jako urzędnik w 40-tysięcznej miejscowości Nové Zámky Vladimir Balla tworzy wyłącznie opowiadania. Ich motorem jest obserwacja życia, płynącego obok zanurzonego w życiu, ale osobnego autora-samotnika. Obserwuje z zaciekawieniem i obawą, że „coś się nagle okaże o świecie, w którym żyjemy, a zwłaszcza o nas”. Murarz z noweli „Obcy” nie chce spojrzeć w lustro, czyżby z lęku przed pewną ostatecznością? Mężczyźnie ze „Stosunku” brakuje końcowej ochoty-odwagi, by zagadać do kobiety, wybiera autsajderyzm, nie taki wcale najgorszy sposób na siebie. Sceptycyzm, nuda, zgorzknienie biorą się z życiowego „koszmarnego bagażu”, nie zwalczymy ich nigdy, możemy je wypisać, wyrazić, wyczytać, upuszczając sobie złej krwi.

I już, i tyle.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................
Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL, przeł. K. Dudzic, Good Books, 2011
Jan Balabán MOŻLIWE, ŻE ODCHODZIMY / WAKACJE, przeł. J. Różewicz, Afera, 2011
Balla ŚWIADEK, przeł. J. Bukowski, Biuro Literackie, 2011