Wednesday, September 21, 2016

OJEJ PREMIERY (Teatr Polski we Wrocławiu)

Dyrektor Cezary Morawski ujawnił wreszcie tytuły premier w nowym sezonie wrocławskiego Teatru Polskiego:

Molier CHORY Z UROJENIA, reż. ?
Gogol REWIZOR, reż. ?

Sezon zaplanowany przez poprzedniego dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego miał wyglądać tak:

Kafka PROCES, reż. Krystian Lupa
Caparros GŁÓD, reż. Ewelina Marciniak
Conrad JĄDRO CIEMNOŚCI, reż. Krzysztof Garbaczewski
Wyspiański WYZWOLENIE, reż. Michał Borczuch
Demirski NOWA SZTUKA, reż. Monika Strzępka

A potem: Shakespeare ZIMOWA OPOWIEŚĆ, reż. Monika Pęcikiewicz...

Jak to się mówi: fakty (tytuły) mówią same za siebie. No chyba że CHOREGO zrobi Ostermeier, a REWIZORA van Hove.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI, Radio Wrocław Kultura

Monday, September 12, 2016

Morawski po Mieszkowskim - Aktualizacja (Teatr Polski we Wrocławiu)

Przyglądam się i uczestniczę w życiu teatralnym Wrocławia od ponad 10 lat. Teatr Polski jest jednym z jego najważniejszych filarów, dziś w momencie kryzysu, który niektórzy chcieliby nazwać przełomem, inni twierdzą, że w sumie nic się nie stało. Jeden dyrektor zastąpił drugiego i tyle. Protest środowiska, aktorów, reżyserów? E tam, przyjdą nowi. Są nawet takie głosy: 'kto to słyszał, by pracownicy mieli cokolwiek do powiedzenia na temat zmiany dyrektora zakładu pracy'. Ja akurat myślę inaczej. Uważam, że głos pracowników (wszystkich) powinien mieć znaczenie dla podejmujących decyzje o losie owego zakładu pracy. Chyba nie było tak w przypadku konkursu na nowego dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Cezary Morawski - nowy dyrektor - apeluje w Radiu Wrocław Kultura do twórców związanych dotąd z TP, by podtrzymali tę współpracę. By Krystian Lupa czy Ewelina Marciniak wyreżyserowali tu swoje zamówione przez poprzedniego szefa spektakle. Może to brzmieć ugodowo, jak gest wyciągniętej dłoni zatroskanej o los teatru, ale mi pobrzmiewa raczej wynikającym z tymczasowej sytuacji zagraniem na opinie odbiorców mało zorientowanych zarówno we współczesności, jak i historii teatru. Teatr o takiej pozycji i potencjale, czyli wrocławski Polski, zasługuje na poważne traktowanie, a wiec na wizję, skoro nastąpiła zmiana na stanowisku kluczowym dla teatru. Skoro mielibyśmy mieć Lupę i Marciniak tylko pod inną dyrekcją, to o co w tym wszystkim chodzi?

O dyscyplinę finansową i poszerzenie repertuaru - odpowie mi pewnie ktoś. O obie te kwestie się upominałem podczas dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego. W radiowych wywiadach pytałem o nie, starając się wskazać drogę, która mogłaby wieść do tych celów. Silny zastępca ds. ekonomicznych? Właśnie to kiedyś sugerowałem i wiązałem z tym rozwiązaniem duże nadzieje. Nie powiodło się, mimo prób. W dodatku, urzędnicy mało się finansami TP ostatnio przejmowali. A poszerzenie repertuaru? Przecież ono nastąpiło. DZIADY Mickiewicza-Zadary to czysta klasyka. Zresztą wcześniejszych przedstawień Jana Klaty (SPRAWA DANTONA, ZIEMIA OBIECANA, TYTUS ANDRONIKUS) nie przyporządkowałbym do miana teatru poszukującego, eksperymentalnego. Krytykowałem przedstawienia Polskiego niejednokrotnie, nierzadko mocno (np. ZACHODNIE WYBRZEŻE), nie rozumiałem przedwczesnego gaśnięcia tak rokujących spektakli jak choćby BEREK JOSELEWICZ, tak spełnionych jak CZĄSTKI ELEMENTARNE. Lecz punkt dojścia dyrekcji Mieszkowskiego był imponujący i nie był przypadkiem, tylko wartościową ewolucją artystyczną. WYCINKA zainaugurowała festiwal w Avignon. Lepiej się nie da.

Jest w wielu widzach jakaś zrozumiała tęsknota do teatru jak najszerszego, do tego, by zobaczyć w Polskim klasycznie (dziś trudno powiedzieć co to znaczy) wystawiony tekst, taki teatr BBC albo ze złotej setki Teatru TV, co sezon. Ale gdy poprzednik Krzysztofa Mieszkowskiego sprowadził do Wrocławia ARKADIĘ Stopparda w reż. Krzysztofa Babickiego, wcześniej zrealizowaną - z inną obsadą - w Gdańsku i prezentowaną w TV, bardzo nam to zgrzytało. Jak to, tu, gdzie Jarocki, Grzegorzewski, Lupa wystawiali premiery, nagle zaczynamy grać tzw. sieciówki i pewniaki? Ów poprzednik - Bogdan Tosza - musiał odejść, bo nie miał wizji na ten teatr. Tak się złożyło, że wizja wykuła się za dyrekcji Mieszkowskiego, drogą wyboistą, nie od razu. Objawiła się, po to, by w chwili jej rozkwitu, zostać ustrzeloną. I dlatego aktualny – znakomity, nagradzany jako najlepszy w Polsce – zespół aktorski ma poczucie niesprawiedliwości.

Tak, wiem. Są widzowie, którzy tego dzisiejszego języka teatralnego nie rozumieją, chcieliby dla siebie teatru prostszego, atrakcyjniejszego. Mają go. Czasem w Capitolu, czasem we Współczesnym, Komedii, w Operze, w transmisjach z londyńskiego National Theatre w kinie Nowe Horyzonty. A i w Polskim MAŁE ZBRODNIE MAŁŻEŃSKIE w reż. Toszy nie zeszły z afisza, ciągle są grane przy kompletach. Podobnie MAYDAY i OKNO NA PARLAMENT. Chciałoby się czegoś nowego dla tzw. wszystkich? Chciałoby się i to pewnie błąd strategiczno-dyplomatyczny Mieszkowskiego, że nie wyprodukował raz na 2 lata czegoś w tym stylu. Ale może po prostu nie ma na tyle pieniędzy? Może trzeba było tę podstawową programową decyzję o rozwoju w kierunku ambitniejszym podjąć, by marka Polskiego na nowo zaistniała w świadomości polskiego, europejskiego i światowego widza?

Mieszkamy we Wrocławiu, stolicy kultury, przestrzeni, która zawsze sprzyjała nurtom przekraczającym tzw. mainstream, środek, sztukę mieszczańską, bezpieczną. To ten filar powinniśmy pielęgnować przede wszystkim, zwłaszcza że tutejsza publiczność potrafi taką sztukę docenić.

Czy da się w XXI wieku i obecnej sytuacji Polskiego robić teatr o trzech twarzach? Tu komedia, tam lektura lub rocznica, a tam coś trudniejszego? Nie wiem. Finansowo wątpię. Artystycznie? Nie jestem przekonany, ale może jednak? Wiem, że w ostatnich sezonach Teatr Polski we Wrocławiu grał w Lidze Mistrzów, a teraz – po wymianie trenera, odejściu ważnych zawodników, prawdopodobnych kolejnych transferach – mamy znak zapytania i niepewność. Cezary Morawski złudzenia, że dogada się z Lupą czy Marciniak, musi odłożyć w niebyt, ujawniając w końcu, z kim i jaki konkretnie teatr chce budować. Do Radia Wrocław Kultura na wywiad przyszedł w towarzystwie Sławomira Olejniczaka. To m.in. reżyser słuchowisk radiowych. Czy to on będzie jednym z najbliższych współpracowników nowego dyrektora? Kto jeszcze?

GRZEGORZ CHOJNOWSKI, Radio Wrocław Kultura

Sunday, September 4, 2016

Marek Krajewski MOCK


Komuś, kto namówił Marka Krajewskiego do powrotu do postaci Eberharda Mocka, chętnie postawię cztery kwarty najprzedniejszego wrocławskiego piwa, choć mam wątpliwości, czy będzie tak smaczne jak to od Kipkego, Haasego czy Scholtza. Najnowsza powieść byłego klasycznego filologa, dziś klasyka polskiego kryminału retro jest znakomita, dorównuje chyba najlepszej dotąd z Krajewskich książek 'Śmierci w Breslau'.

Tytułowy Mock ma trzydziestkę i pracuje w obyczajówce jako wachmistrz, marzy o wydziale kryminalnym, ale widoki na policyjne przenosiny są żadne. Los przychodzi mu jednak z pomocą, mimo że z początku wygląda to na coś wręcz przeciwnego. W szykowanej do wielkiego otwarcia monumentalnej Hali Stulecia dochodzi do rytualnego morderstwa. Ponieważ sprawę trzeba rozwiązać szybko, przed przyjazdem cesarza do Breslau, zaangażowani zostają w nią wszyscy, a Mock - jak to Mock - wplątuje się w akcję wyjątkowo. Więcej nie zdradzę, dopowiadając tylko, iż mord zaledwie rozkręca fabułę, w której - jak smugi jasnego przedpierwszowojennego słońca w oknach i lufcikach budowli Maxa Berga - pobłyskują spiski masonów i pangermanów, a zamach na Wilhelma II zestawiono z zamachem na Stalina wybierającego się do Wrocławia na kongres intelektualistów.

Spokojnie. Mamy wprawdzie firmowy u Krajewskiego powrót do przyszłości, ale główna część akcji dzieje się w 1913 roku w ukochanych przez czytelników prozy pana Marka przestrzeniach niegdysiejszego Wrocławia. Znów Szewska jest Shuhbrücke, Ogród Staromiejski to Zwinger, a Karkonoska - czyli ulica, przy której stoi gmach Radia Wrocław - nazywa się Julius-Schotländer-Strasse. Eberhard je, pije i daje upust swojej męskości, wędrując po mrocznych i eleganckich punktach na mapie wiosennego miasta. O działalność przestępczą podejrzewa samego Hansa Poeltziga, architekta Pawilonu Czterech Kopuł. Pojawia się również w życiu Mocka kobieta fascynująca, baronowa-ginekolog, w wieku balzakowskim, wyzwolona, mądra, piękna i wpływowa. Wszetecznica, lecz z wysokiej półki. A w jednej z trzecioplanowych ról występuje niejaki Otto Krajewsky, jak wyznaje autor w posłowiu: postać autentyczna.

Szesnasta powieść Marka Krajewskiego musi spodobać się miłośnikom gatunku, bo - warto to ogłosić gromko i z uznaniem - na mistrzowskim poziomie jest każdy element tego literackiego rzemiosła: intryga, doskonale odmalowane miejsca, wyraziście sportretowani bohaterowie. Działa w 'Mocku' wszystko. Od fabuły po styl. A capite ad calcem*.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI, Radio Wrocław Kultura
.......................................
Marek Krajewski MOCK, Znak, 2016

*Od stóp do głów, w całości.

Monday, August 22, 2016

Morawski za Mieszkowskiego (Teatr Polski we Wrocławiu)

To było do przewidzenia, że nie Krzysztof Mieszkowski poprowadzi Teatr Polski we Wrocławiu w nowym sezonie. Że MKiDN nie zgodzi się na żaden status dotychczasowego dyrektora w TP, było jasne dla wszystkich na chłodno obserwujących tzw. konkurs na szefa tego teatru. Wchodząc do polityki Krzysztof Mieszkowski też musiał zdawać sobie z ewentualnych konsekwencji sprawę. Nie jest to dla mnie zatem żadne zaskoczenie. Ale... po cichu liczyłem na jakiś cud. Bo:
1/ powinno mieć znaczenie zdanie zespołu, który w większości za Mieszkowskim stanął,
2/ powinna mieć znaczenie silna pozycja wrocławskiego Teatru Polskiego w Europie, wypracowana przez ostatnią dekadę.
Nic z tego. Swoim werdyktem urzędnicy powiedzieli: my wiemy lepiej.

Po raz kolejny powtórzę: nie pojmuję, dlaczego w Polsce to urzędnicy decydują o artystycznej przyszłości instytucji kultury, dlaczego komisja konkursowa nie składa się wyłącznie z uznanych ekspertów. Po co np. wśród jej członków rzecznik urzędu, a nie kurator ESK ds. teatru?

Jakim dyrektorem będzie Cezary Morawski - nie wiem. O jego programie nie wiadomo nic, dorobek teatralno-dyrektorski ma niewielki. Ale Mieszkowski też go nie miał w chwili obejmowania funkcji. Dziś zatem wypada kibicować nowemu, lecz...

Budzi wątpliwości sam konkurs, no niestety, transparentny inaczej. Budzi niepokój reakcja Krystiana Lupy, który najpewniej nie dokończy pracy nad PROCESEM wg Kafki. Odchodzą aktorzy z Bartoszem Porczykiem na czele. I jeszcze jedno: Morawski postawił pewien warunek. Że obejmie stanowisko tylko wtedy, gdy dług teatru zostanie anulowany. To ponad milion złotych. Z czyich pieniędzy urząd marszałkowski ten dług zapłaci?

Jakie chmury pojawią się nad Teatrem Polskim we Wrocławiu jesienią? Odpowiedź poznamy wraz z pierwszą premierą pod wodzą nowego szefa. Sukces da nadzieję, porażka pójdzie na konto urzędników popierających w głosowaniu Cezarego Morawskiego i osobiście na konto aktualnego wicemarszałka odpowiedzialnego za kulturę w regionie, którego najważniejsze miasto jest właśnie Europejską Stolicą Kultury.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI, Radio Wrocław Kultura

Saturday, July 23, 2016

NIEZNAJOMA DZIEWCZYNA, CREATIVE CONTROL, MARAZM, ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI (16 NH)

2 dni temu niepochlebnie pisałem o 'Juliecie' Pedra Almodovara, czyli reżysera, który mnie kiedyś otwierał estetycznie i tematycznie, nie opuszczałem żadnej premiery, a dziś... A dziś - nie wiem, dlaczego akurat podczas oglądania filmu braci Dardenne - pomyślałem, że może jednak zbyt surowo oceniam mistrza. Nie wiodło mu się ostatnio, krytykowali go nawet miłośnicy, więc może trochę z bezradności i pragnienia przełamania tej passy sięgnął po prozę Alice Munro, nie zrobił filmu całkowicie autorskiego. I trzeba na tę - moim zdaniem nieudaną - próbę popatrzeć łagodniej...



'Nieznajoma dziewczyna' Jean-Pierre'a i Luca Dardenne'ów to dzieło na szóstkę (w skali do sześciu). Mówi właściwie o tym samym, co 'Julieta'. O sumieniu, poczuciu winy, uczuciach i sekretach, które rosną. I też mamy grecką tragedię jako punkt odniesienia. Z tą różnicą, że Dardenne'owie są sobą, nie usiłują, opowiadają prostą i niesamowicie nasyconą treścią historię młodej lekarki, poświęcającej się swojemu zawodowi i pacjentom. Jenny popełnia jeden błąd, który spróbuje naprawić. Dzięki takim ludziom jak ona (znakomita Adele Haenel) świat może być lepszy, dzięki takim filmom jak 'Nieznajoma dziewczyna' chce się inaczej na siebie i innych spojrzeć. Zobaczcie tę Antygonę z Liege koniecznie, na festiwalu lub później.


Z dotąd zobaczonych na Nowych Horyzontach filmów na piątkę z plusem oceniam amerykański 'Creative Control'. Nie ma cienia przesady we frazie: tak kręciłby dziś młod(sz)y Woody Allen. Nawet decyzja o zrealizowaniu opowieści dziejącej się w niedalekiej przyszłości w czarno-białych kolorach zbliża dzieło Benjamina Dickinsona do Allenowego 'Manhattanu'. Główny bohater (grany przez samego scenarzystę i reżysera) to copywriter w agencji reklamowej, zakochany w nie tej, co trzeba, w dodatku dziewczynie najlepszego przyjaciela. I w związku z nie tą, co trzeba. Uwikłany w naczelne uzależnienia współczesnych pokoleń: środki napędzające, technologię, pracę. A przy tym szukający miłości. Podobnie jak w przypadku Jenny, jego działania ujawnią fałszywe nuty życia kręgu osób. Tylko czy ktoś z tej lekcji coś zapamięta? Dickinson to artysta, na którego nie można nie zwrócić uwagi, już stworzył film absolutnie spełniony. Nowoczesny i ponadczasowy.


Oglądałem jeszcze izraelski 'Marazm', typowo nowohoryzontowe niespieszne kino o przełomowym momencie w czyimś życiu. Mira, niepracująca żona swego męża, tego męża traci i zaczyna zauważać, że istnieje coś więcej niż tytułowa inercja, jaka zapanowała w jej domu. Sporo tu niedomówień, czających się w zaułkach problemów, lecz jest to też droga w jedną - jaśniejszą, bo aktywną, przygodową - stronę. Chyba. Niezły film, ale nie niezbędny (na minus cztery).

I wreszcie 'Zjednoczone stany miłości' Tomasza Wasilewskiego. Premierowy polski pokaz właśnie we Wrocławiu, zjawiły się wszystkie gwiazdy, wszyscy aktorzy wymienieni w filmowej czołówce (bardzo dobrze to świadczy o pozycji Nowych Horyzontów). Panowie (Chyra, Simlat, Tyndyk) oraz panie: Magdalena Cielecka, Julia Kijowska, Dorota Kolak, Marta Nieradkiewicz. Ten film znów należy do kobiet i o kobietach mówi. A może chodzi o jedną kobietę? O Polskę? Bez zinterpretowania 'Zjednoczonych stanów miłości' jako alegorii Polski tuż po przełomie 1989 roku też da się film Wasilewskiego oglądać z zaciekawieniem (naprawdę dobry scenariusz - nagrodzony na festiwalu w Berlinie, peany na cześć aktorek i aktorów oczywiste), lecz poza feministyczny nurt lub tradycję moralnego niepokoju nie wychodzi (tyle że tamto kino opowiadało o swoim tu i teraz). Bez myślenia symbolicznego film kuleje z prostego powodu: wszyscy znamy kobiety (i mężczyzn), które także w tamtym okresie miłość znalazły. Za to alegoria od czasu do czasu w polskim widzeniu nie tak dalekiej historii może się przydać. Tylko nie mam pojęcia komu pozwoliliśmy się wykorzystać. Rynkowi? Nie przekonuje mnie konkluzja 'Zjednoczonych stanów miłości', ale 100 minut mija niepostrzeżenie. W skali 0-6: mocna czwórka.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
NIEZNAJOMA DZIEWCZYNA, reż. J. i L. Dardenne, CREATIVE CONTROL, reż. B. Dickinson, MARAZM, reż. I. Haguel, ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI, reż. T. Wasilewski; 16 Międzynarodowy Festiwal Filmowy T-Mobile Nowe Horyzonty, 22-23 lipca 2016, miejsca zawsze kiedy się da z brzegu (tzw. aisle)

Thursday, July 21, 2016

JULIETA i ZAGUBIONA AUTOSTRADA (16 NOWE HORYZONTY)


Dzięki Almodovarowi wielu polskich artystów (i widzów) nauczyło się kiedyś, jak niewiele czasem od kiczu do sztuki. Hiszpański reżyser używał emocji melodramatu obficie w swoich najlepszych filmach i zawsze trafiał w serce, potrafiąc zaintrygować również intelekt. Właściwie jedno i drugie stawało się jednym podczas doświadczania tych więcej niż kilku arcydzieł i dzieł, jakie się Almodovarowi (i widzom) zdarzyły.

Ale najnowsza 'Julieta' tego szlifu już nie ma. Próba zekranizowania kompletnie niepasujących do poetyki Almodovara opowiadań Alice Munro to chyba największa porażka w filmografii Hiszpana (OK - 'Skóra, w której żyję' to mocna konkurencja w tej kategorii). Emocji malutko, fabuła przewidywalna, makabrycznie tym razem dosłowna muzyka towarzysząca niby zwrotom akcji, takie sobie role (wyjątkiem Rossy de Palma i Inma Cuesta). I ta namolna sugestia płynąca z ekranu, żebyśmy może poszukali niuansów w błahej opowieści o matce i córce, winie i karze, losie powtórzonym. Niuanse u Almodovara to my znajdowaliśmy nieraz, ale w powodzi, sztormie, w ogniu nieoczekiwanych wydarzeń, w południowej temperaturze napięć. Tutaj się nudzimy. No dobrze, ja się nudzę. Koleżanka recenzentka stwierdziła, gdy użyłem przymiotnika 'słaby' w odniesieniu do 'Juliety': 'bo nie jesteś kobietą'. Czyżby to rzeczywiście było babskie kino? I czy to komplement?

Ciekawsze od głównego są wątki z tła. Postać rzeźbiarki Avy (co ma symbolizować falliczny bożek jej autorstwa?) znacznie wydaje się ciekawsza od bohaterki tytułowej, bardziej interesująca jest relacja między rodzicami Juliety, niż biografia dziewczyny, która się zakochała w pociągu w pewnym Xoanie, też kochającym, nie do końca wiernym rybaku. Oglądałem ten film, momentami zadając takie pytanie: po co pan, panie Pedro, chce być nasyconym kolorami Bergmanem? To nie pański świat, nie pańskie buty. Zagadnięty pomiędzy seansem a seansem znany polski reżyser, bywalec Nowych Horyzontów, nazwał 'Julietę' nieporozumieniem i szmirą. I coś w tym, niestety, jest. Czytajcie Munro zamiast oglądać Almodovara w tej wersji.

Tak mi się zaczął szesnasty festiwal T Mobile Nowe Horyzonty. Słabo, ale i tak uwielbiam klimat tej imprezy, bezpośredniość, uśmiechy i chęć rozmowy obcych sobie osób połączonych oglądaniem tych samych filmów. Nie ma tego żaden inny wrocławski festiwal.

Po 'Juliecie' pobiegłem na 'Zagubioną autostradę' do NFM-u. O operze na podstawie filmu Lyncha na razie (a może i na zawsze) mam do powiedzenia mało. Muzycznie brzmi intrygująco, co orkiestra pewnie cyzelowana przez Marzenę Diakun oddała idealnie w akustycznym ogrodzie rozkoszy przy Placu Wolności. No ale istnieje płyta i można sobie posłuchać bez wychodzenia z domu (na dobrym sprzęcie efekt podobny). Doskonała była - wokalnie, interpretacyjnie i aktorsko - Barbara Kinga Majewska. To sporo, bo prawdziwy diament, lecz nie przyszedłem na recital. Więcej mi po tym wieczorze nie zostanie w głowie. Przeszarżowane role (szczególnie nieudany Mr Eddie Davida Mossa), nijakie libretto, przeciętne rozwiązania sceniczne, zero niepokoju, jakim tchnął pierwowzór. Jeśli robić z filmu teatr, to sama nowa ścieżka dźwiękowa nie wystarczy. Trzeba dużo, dużo więcej.

Jutro kolejne filmy i - jak to na Horyzontach - ryzyko wyboru. To też uwielbiam.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
---------------------------------
JULIETA, reż. Pedro Almodovar (kino Nowe Horyzonty, sala 1, rząd V, miejsce 9; ZAGUBIONA AUTOSTRADA, reż. Natalia Korczakowska (Narodowe Forum Muzyki, sala główna, rząd VII, miejsce 7; 16 MIędzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty, 21 lipca 2016  

Sunday, May 22, 2016

37 Przegląd Piosenki Aktorskiej


1. Trzonem tegorocznej edycji Przeglądu miały być trzy koncerty specjalne, opowiadające historie wrocławskie. Powiodły się, choć nie w pełni. Po BUDORIGUM zostanie nam - wrocławianom - sporo zabawnych, aluzyjnych anegdot i doskonałych wykonań, ale nie wiem, na jak długo. To było pełne uciechy widowisko, szybko jednak ulatniające swój kabaretowy czar. Nie czepiałbym się, gdyby Formacja Chłopięca Legitymacje występowała częściej, lecz po 11 latach, po przeglądowej gali oczekiwałem trochę więcej. Mimo to daję piątkę.

Najwyżej z całego tryptyku oceniam jednak A. w reżyserii Wiktora Rubina, pomyślane zupełnie inaczej. Muzyka T'ien Lai na dziedzińcu Arsenału zabrzmiała wyjątkowo, a sam koncert celował raczej w naszą wewnętrzną aurę niż w intelekt. Efekt: bardzo nowoczesny, pod skórę wdzierający się zestaw spójnych songów o uniwersalnym wymiarze. Na szóstkę z minusem (bo, niestety, czasem nie było słychać tekstów).

Spektakl kresowo-easternowy (3:10 DO YUMY) miał szansę, aby stać się tą wieńczącą festiwal galą (bo co to za gala, która zaczyna PPA). Ale chyba z powodu szybkości pracy i braku czasu na przygotowania wyszła połówka. Z bardziej lub mniej udanymi występami. Zamiast wzruszającej opowieści rekapitulującej powojenne dzieje miasta i jego napływowych mieszkańców dostaliśmy tej opowieści próbę. Obiecującą, niespełnioną. Z niezrównaną Beatą Fudalej (i potem długo nic). Na czwórkę.

2. Na czwórkę oceniam koncert finałowy z przedwojennymi hitami. Szanuję wizję Natalii Korczakowskiej, by przenieść tamte harmonie w czasie i przestrzeni, ale nie odczułem pod hełmem i kombinezonem scenicznych kosmonautów emocji. Mimo znakomitych aranżacji (Adam Lepka) jakoś te poszczególne propozycje (choć świetnie zaśpiewane) przelatywały przez uszy, a scenograficzno-scenariuszowe spoiwo wyprało też wartość tamtych przebojów może największą: wdzięk.

Za to konkurs aktorskiej interpretacji piosenki mógł się naprawdę podobać. Do tego stopnia, że my, dziennikarze, mieliśmy ogromny kłopot z podjęciem decyzji, kto ma otrzymać przez nas przyznawanego Tukana. Podobali się właściwie wszyscy laureaci-finaliści i nie byłoby żadnego ale, gdyby wygrał ktoś inny. Poziom wysoki, pomysły ciekawe, konkurs - jak widać - na dobre odżył. Jurorzy wskazali na Artura Caturiana, dziennikarze na Adama Turczyka, publiczność na Ewę Prus. Trudno o trafniejsze rozwiązania.

No właśnie, publiczność. Bywała zdezorientowana. Wybierając Ewę Prus, zdaje się, zasugerowała dyrektorowi Ceziemu Studniakowi, by nie zapominał o przeglądowej tradycji, o tych tzw. długich sukniach, które są na tym festiwalu potrzebne, bo to nie powinien być tylko festiwal dla młodszych. EUROPEJCZYCY to trochę za mało dla starszych bywalców PPA (brytyjski cover band Beatlesów okazał się nieporozumieniem).

3. Ale też trzeba powiedzieć, że Studniak to dyrektor odważny, dzięki czemu zobaczyliśmy we Wrocławiu genialny spektakl TR Warszawa pt. NIETOPERZ Kornela Mandruczo (część widzów wychodziła z niego właśnie z powodu dezorientacji). To mój prywatny nr 1 tegorocznego przeglądu. Nie widziałem jednak mocno oklaskiwanego Benjamina Clementine'a ani JERUSALEM Jordiego Savalla (choć znam ten projekt z płyty), nie udało mi się posłuchać Lior Schoov (jak pisze moja radiowa koleżanka 'absolutnie zachwycającej'). Z przyjemnością wspominam za to amerykański duet Faun Fables i ich serdeczną bezpretensjonalność przy zachowaniu wysokiej jakości wykonawczej wraz z czymś, co nazwałbym podejściem amatora. 'Karuzela z Madonnami' w ich wersji kołacze mi się ciągle w głowie.

Pokazał się z bardzo dobrej strony ubiegłoroczny zwycięzca konkursu Maciej Musiałowski. W monodramie pt. BOHATER ujawnił to, o co nie tylko go podejrzewaliśmy, wręcz byliśmy pewni, że mamy w mieście sceniczną Osobowość. I rzeczywiście. Maciej wyszedł z pozytywnym przekazem, domagając się w imieniu bohaterów (nie jedynie literackich) więcej luzu, uśmiechu, pomyślniejszych losów (fantastyczny pomysł autora Michała Pabiana). Zamiast pakować nas w kabałę depresji, cierpienia czy samobójstwa - dajcie nam kawał tekstu niosącego ludziom otuchę. O TAK!

4'12" i koniec. No a na zwieńczenie 37 PPA zobaczyliśmy ponad czterominutowy performans Agaty Dudy-Gracz, która wprawdzie zasłużenie otrzymała dyplom mistrzowski, stając się członkinią Kapituły im. Aleksandra Bardiniego, ale tą akurat propozycją nie zachwyciła. To, co zrobili artyści zaproszeni do 4'12" I KOŃCA, spokojnie wykonaliby statyści pod wodzą Takiej reżyserki. Przesłanie, owszem, czytelne: niczego się z historii Europy kolejne pokolenia nie uczą, depcząc Ideały w imię własnych idei, zabijając niepokornych, innych, nie naszych. Ale nie robiła ta seria ezgekucji do muzyki Leszka Możdżera i wystrzałów z pistoletów, karabinów wrażenia. I wcale nie dlatego, że jesteśmy na zbrodnie dziś nieczuli. Przeciwnie. Jesteśmy czuli, tylko chcemy od teatru niosącego podobną wiadomość czegoś więcej niż show. Więcej ugrałoby ustawienie jednej dramatycznej sceny - jako stopklatki - i przeczekanie jej przez 4 minuty, by przez 12 sekund obserwować, jak postaci padają na scenę od wystrzałów. Może udałoby się wtedy poczuć więź z ofiarami.

Oczywiście, nie widziałem wszystkiego, ale: 37 Przegląd Piosenki Aktorskiej to edycja bardziej niż udana, nadaktywna pod względem ilości wydarzeń, lecz trzymająca wysoki poziom. Czy przegląd powinien zostać w majowym terminie? Sądząc także po funkcjonującej przy Teatrze Muzycznym Capitol estradzie plenerowej, zdecydowanie TAK.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
37 Przegląd Piosenki Aktorskiej, Wrocław, 2017. Ocena (w skali 0-6): 5