Monday, June 11, 2018

XIĘGI SCHULZA (Teatr Polski we Wrocławiu)

To nie jest ani magiczny, ani wizjonerski spektakl, ale też nie manieryczny. To tradycyjna inscenizacja, momentami pomysłowa, częściej podstawowa w idei i formie. Jan Szurmiej postawił na to, na czym się zna, czyli klimaty kultury żydowskiej, muzycznie oprawione (nieodkrywczą lecz niezłą partyturę przygotował Marcin Partyka) i zrobił przyzwoite przedstawienie. Trochę o Schulzowskim poszukiwaniu tajemnicy, bardziej o tamtym świecie, utraconym rajskim Drohobyczu, utkanym ze strzępów wspomnień.

Aktorzy mówią językiem Schulza, bez dodatków, co okazuje się zbawienne, bo wreszcie nikogo tu nie ponosi sceniczny nadtemperament. Dobrą narracyjną rolą Józefa zaskoczył mnie Dariusz Bereski, mocno zdyscyplinowany w środkach. I właśnie solidność i dyscyplina to określenia, które od razu przyszły mi do głowy po wyjściu z teatru przy Zapolskiej. To 'coś więcej' dawało się odczuć w dialogach Józefa ze Szlomą. Mariusz Kiljan potrafił w niemałej roli zasiać w tym przewidywalnym widowisku niepokój z innej półki. Górującej nad wszystkim Lunarnej Bogini, czyli Roksanie Vikaluk taka sztuka się nie udała, ale jej songów - podobnie jak innych - słucha się przyjemnie. 

Słabiej wypada konwencjonalna choreografia, widać, że aktorów nie da się w dwa miesiące przerobić na tancerzy. Ci podobno zostali zaangażowani w castingu, lecz trudno ruchową biegłość tu zauważyć. Nieźle śpiewają. Nie czuć w 'Xięgach Schulza', że istnieje w Polskim prawdziwie skupiony na tworzeniu, nie odtwarzaniu, zespół, są wykonawcy w mniej lub bardziej ciekawych scenach. Mobilna metalowa scenografia zbyt grzeszy surowością, za to rzucenie na ogromną zasłonę mapy miasteczka ujmuje ładną prostotą. Za często też Szurmiej używa dymów, nie mając zwiewniejszego pomysłu na zaakcentowanie dziania się całości w głowie Józefa-Brunona. 

W sumie jednak tym razem - wreszcie - wieczór w Polskim to nie wieczór stracony, choć nowego 'Sztukmistrza z Lublina' nie zobaczycie.

Ocena (0-6): -4.
gch
-------------------

Jan Szurmiej, Wojciech Jankowiak XIĘGI SCHULZA, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, 10 czerwca 2018, rząd X, miejsce 7

Saturday, April 28, 2018

I CAPULETI E I MONTECCHI (Opera Wrocławska)


Patrzę na biogram inscenizatora tego spektaklu (dotąd głównie dramaturga) i rzeczywiście na takiej podstawie pewnie dałbym mu szansę spróbowania sił w reżyserii. Z daleko idącą ostrożnością, po tym, jak katastrofalnie się spisał jako współtwórca ubiegłorocznego koncertu noworocznego w NFM. Niestety, dziś wypada tylko napisać: do trzech razy sztuka. Może nadchodzący 'Nabucco' nie będzie inscenizacyjną porażką, jak ów koncert oraz 'I Capuleti e i Montecchi'.

Nadziwić się nie mogę, że ktoś, kto współpracował z kimś takim jak Ivo van Hove, podpisuje to pomieszanie z poplątaniem. Niby aluzyjne, bo 'panie prezesie' (zauważyła to pani siedząca za mną), bo myśliwi kontra eko, siła kobiet versus męskie szowinistyczne ś...rodowisko. Ale jeśli ma być aktualnie, to nie tak subtelnie. Jeśli komicznie, to równocześnie nie serio, jeżeli poetycko, to nie publicystycznie, jeśli LGBT, to odważniej. Z oglądania kiczowatych projekcji wideo z pieszczotkami dłoni będę się tylko trochę krócej leczył niż z obserwowania scenicznego ruchu (chórzyści kroczą powoli, by zmieścić się z metą w arii) i bezruchu (ojciec Julii zastygnięty w oglądaniu zwierzaka w gablocie). Tak, te sceny świadczą o braku doświadczenia (to łatwo wybaczyć), ale i braku smaku reżysera. We wspomnianym koncercie noworocznym nie miał Krystian Lada umiaru w serwowaniu wstawek niemuzycznych, tu też wpina w spektakl fragment z 'Romea i Julii' w szkolnej recytacji niezłego śpiewaka (słowo 'długi' trzeba przecież podkreślić przytrzymaniem samogłoski) Tomasza Rudnickiego. Pretensjonalnie było i chaotycznie w inscenizacji i nie pomogły też tym razem kostiumy zwykle nie schodzącej z wysokiego poziomu Magdaleny Maciejewskiej (naprawdę w butach New Balance?, naprawdę ze sztucznymi kwiatami?, bo szpanersko-syntetyczny jest ten świat?). Scenograf Didzis Jaunzems słusznie zachwycił się ewentualnościami maszynerii wrocławskiej sceny, tylko że tutejsi widzowie je dobrze znają z sensowniejszych propozycji.

Na miejscu reżysera zrezygnowałbym w połowie prób z własnych ambicji, widząc, co się dzieje i przede wszystkim słysząc dwie główne wokalistki. Za Bellinim bowiem realizatorzy tego przedstawienia zestawili Julię-sopran z mezzosopranem-Romeem. To najczęstsza zresztą droga realizacji opery włoskiego mistrza. Wersję z La Scali sprzed 50 lat z tenorem w tej partii można znaleźć na CD (Aragall ze Scotto, dyryguje Abbado, Tebaldem Pavarotti), ale nie jest ich znów tak wiele jak tradycyjnych z dwiema śpiewaczkami. A obie role śpiewały największe, z Julią-Gruberową na przykład Agnes Baltsa. Na DVD dostępny jest zapis paryskiego spektaklu z Anną Netrebko i Joyce DiDonato. Lubię tamtą prostą a jakościową inscenizację, wrocławską zniosłem jedynie dzięki duetowi Aleksandry Opały (Romeo) i Hanny Sosnowskiej (Julia). Po prostu: nie przeszkadzać! Kiedy ma się takie perły w obsadzie, to sztuką niemożliwą jest pozostawić widownię zmieszaną, nie wstrząśniętą. To się tutaj reżyserowi jednak - niestety - udało. Orkiestrę prowadzoną jak zwykle dynamicznie przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego chwalić bym chciał bez zastrzeżeń, lecz nie mogę. Trzeba bowiem zwracać uwagę na najcichszego w zespole (skoro już taki nasz wybór), nawet gdy uderzamy w tutti i forte. Zbyt często Tebald Jędrzeja Tomczyka przypomina aktora z niemego kina, za rzadko go słychać. Wina tkwi również w umieszczeniu akcji niektórych scen głęboko. Za to sola brzmią ładnie (i dęte, i smyczkowe, zwłaszcza wiolonczelowe).

Nie, nie powiem Wam: nie idźcie na 'I Capuletich...'. Bo jeśli nie pójdziecie, nie usłyszycie urzekającej i zjawiskowej (po raz drugi w tym sezonie używam tego przymiotnika w stosunku do niej) Hanny Sosnowskiej i fantastycznej Aleksandry Opały. To jest śpiewanie przepiękne, europejskie, warte przesiedzenia tych ponad 2 godzin w wygodnym operowym fotelu, choć lepiej nie spoglądać na scenę nieustannie.
(0-6) > ***
..................
Vicenzo Bellini, Felice Romani I CAPULETI E I MONTECCHI, reż. K.Lada, kier. muz. M.Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, 28 kwietnia 2018, balkon 1, rząd I, miejsce 14

Monday, April 16, 2018

BRACIA KARAMAZOW (Teatr Polski we Wrocławiu)

Ten inscenizacyjnie skromny spektakl, ze śladową scenografią miał się może oprzeć na aktorstwie. Dostojewski daje wykonawcom olbrzymie szanse na zawodowe wyżycie się. Tkwi w tej szansie jednak ogromne niebezpieczeństwo przeszarżowania, przepopisywania. I to robi w swoich rolach tutaj wielu. To dlatego ci „Bracia (i siostry) Karamazow” nie skłaniają do myślenia. Oni przede wszystkim zagłuszają myśli. Takiej aktorskiej pompy nie widuje się dziś na istotnych scenach teatralnych, bo to teatr anachroniczny.

Nawet jeśli przyjmiemy założenie, że Fiodor, owa głowa rodu, musi być nieznośny, to nieznośność Dariusza Bereskiego bliższa jest śmieszności niż straszności. Poruszyć nie potrafi żaden z odtwórców głównych ról, bo wrzaskiem, zbyt wyrazistymi akcentami pokrywają swoje postaci jak pozłotą. Nic dziwnego, że z początku zaciekawia wyciszony Alosza Błażeja Michalskiego, z początku. Zaraz się okazuje, iż aktor nie ma innego pomysłu na wcale niepapierową rolę. Próbuje namiętności w scenie z Lizą, nie wychodzi. W gigantycznie okrojonym monologu inkwizytorskim Iwan (Marcin Piejaś) przejawia pewne nadzieje na zmianę krzykliwej natury, szybko powracając w koleiny. Na jednym, podniesionym, tonie usiłuje przekonywać do siebie Dymitr Dawida Olszowego. Bez sukcesu. Nie lepiej z paniami (Katarzyna Iwanowna-Justyna Jeleń, Grusza-Beata Śliwińska). U Dostojewskiego akurat kobiety miewają co grać, tylko trzeba by poprawność przyprawić realnym temperamentem. Jedyna Liza chwilami daje radę (Alicja Baran), ale bez skrzypiec. Po co piszczy Monika Bolly jako Pani Chochłakow? Kontrapunktem miała zapewne być Iwona Stankiewicz (Anioł/Śmierć/Szatan/Autor), komentująca wszystko chłodnym lektorskim głosem a la Krystyna Czubówna. Miała być. Jest bowiem w mówieniu jedynie syntetyczna, belferska, nie fatalistyczna. Jeśli nie liczyć piosenki śpiewanej przy akompaniamencie gitary, całkiem udaną rolą zaznaczył się w tym staroświeckim teatrze Sebastian Ryś – jak na Smierdiakowa przystało ktoś nieobliczalny, niepokojący, gdy umawia się z Iwanem na zbrodnię (ale tego, że Smierdiakow to nieślubny syn Fiodora, raczej nie sposób z głośnotoku wydobyć).

Tylko czy ja się słusznie zabieram za krytykowanie aktorów, może tak chciał reżyser? Zapewne pełen dobrych intencji, którymi – jak wiadomo – teatralne piekło wybrukowane. Po pierwsze, zechciał Stanisław Melski zmieścić gęstość spraw ‘Braci Karamazow’ w ponad trzygodzinnej pigule (nie jest to możliwe bez radykalnego wyboru), po drugie – nie zaproponował inscenizacyjnego pomysłu przetwarzającego literaturę w język widowiska. Do trzydziestu minut przedstawienie jakoś idzie, na słuchowisko w starym stylu wystarcza, ale z tym, co proponuje potem, ten grzeszący nadekspresją audiobook nie zaciekawiłby nawet nocnego kierowcy. Pierwsza część brzmi jak na siłę poszerzana telenowela, w drugiej zwycięża moralizowanie zamiast moralitetu. Przez skrótowość narracji nie rozumiemy, czemu niewinny Dymitr zostaje uznany za winnego, mnie dodatkowo intryguje, jak oficer wojska romansujący przed chwilą z Gruszą tak szybko zdobył szlify adwokackie (Michał Chorosiński niepotrzebnie w dwóch wcieleniach). Ale, uwaga, publiczność nagrodziła wykonawców gromkimi i długimi oklaskami, część osób klaskała na stojąco. OK, jeśli ktoś lubi po prostu głośno i wyraźnie, symbolicznie a łopatologicznie (peleryny narratorki, siermiężnie podgłaśniana muzyka w puentach), to jest spektakl dla Was. Przed jedną sceną ostrzec muszę. Niedługo przed antraktem Dymitr dostaje od Anioła-Szatana-Autora jakieś niby lejce i bat, udaje, że konno wyrusza do Gruszy, z którą za moment zapląsa, parodiując rosyjskie tańce tradycyjne. Jeśli wybierzecie się na wrocławskich ‘Braci Karamazow’, lepiej zakryć wtedy twarz.

Nie ma szczęścia Dostojewski do Polskiego. Nie udały się swojego czasu ‘Biesy’ Krzysztofowi Garbaczewskiemu, męczą ‘Bracia Karamazow’. Tak bywa. Zastanawiam się tylko, czy w dzisiejszej sytuacji teatru istnieje w ogóle szansa na udaną dużą inscenizację. Niechby i była klasyczna, sam tęsknię do rzeczy z rozmachem, oddechem, jakim czarowały tu jeszcze 2 lata temu ‘Dziady’ w reżyserii Michała Zadary czy trochę wcześniej spektakle Jana Klaty ze ‘Sprawą Dantona’ na czele. Do takich szczytów potrzeba znakomitych aktorów, z warsztatem, ale i otwartych na nowe, no i oczywiście charyzmatycznego lidera, który w te teatralne himalaje (nie)bezpiecznie poprowadzi. Czy okaże się nim Jan Szurmiej przygotowujący na 8 czerwca ‘Xięgi Schulza’? Bardzo byśmy wszyscy chcieli. Martwi mnie jednak liczba aktorów gościnnych w obsadach i ‘Braci’, i ‘Xiąg’. Tak zbudować tzw. chemię sceniczną jest ogromnie trudno, nie wiem też, jak radzi sobie z takim systemem pracy (i płacy) księgowość Polskiego – gościnni kosztują. Myślę, że aktualnie dużo więcej dałoby się osiągnąć, tworząc kameralne przedstawienia na kilkoro aktorów zamiast porywać się na widowiska ponad artystyczny stan.

(0-6): **
gch
-----
Fiodor Dostojewski BRACIA KARAMAZOW, adaptacja i reż. St. Melski, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, 15 kwietnia 2018, rząd IV, miejsce 23

Sunday, March 18, 2018

NARYSUJ MI BARANKA (Studium Musicalowe Capitol)


To, że na dyplomy warto chodzić do szkół teatralnych, to już – mam nadzieję – wiecie. Nie będę się więc rozpływać nad trzema E, czyli energią, entuzjazmem, ekspresją, które niemal zawsze biją z tych spektakli. Ale dyplom to nie tylko egzamin umiejętności wykonawczych, jak twierdzą jeszcze starsi profesorowie, to przede wszystkim powinno być przedstawienie, skierowane do widza, żyjące własnym teatralnym przeżyciem. Wiele zależy od reżysera, autora sztuki, scenografa (tu Jacek Joostberens), w przypadku dyplomu Studium Musicalowego też kompozytora.

W pierwszej scenie niniejszego spektaklu partnerujący młodym aktorkom gościnnie Andrzej Gałła (Mały Książę) podchodzi do paru widzów, prosząc, żeby narysowali mu na kartce baranka. Raczej nie jest zadowolony. Za chwilę lub dwie zrozumiemy dlaczego. Nikt nikomu tego baranka nie może po prostu narysować, jego kształt i kolor trzeba znaleźć samemu. Mały Książę wymyślony przez Bognę Woźniak-Joostberens, która zaadaptowała klasyczną opowieść Saint-Exupery’ego, to człowiek u schyłku, chory, rozpamiętujący przeszłość przed wejściem w nową, nieznaną rzeczywistość. Niezwykle działa końcówka przedstawienia, gdy ubrany w śmiertelny garnitur Książę czeka na to, co musi nastąpić. Czeka jak na podróż, siedząc na szpitalnym łóżku w towarzystwie życzliwej pielęgniarki-opiekunki-anioła stróża (Karolina Toczek). Po czym słyszymy piękny zbiorowy song. A wcześniej? No cóż, smutne są wnioski z życia, za którym się na nadążyło. Spotkanie z wymarzoną Różą (Ola Sakowska) było nie w porę, z innymi też nie po drodze. Czasem wina leży po naszej stronie, czasem także tych innych. Neurotycznie perfekcyjnej Róży Próżnej (Kaja Bzdeń), Róży Pijak (Wiktoria Banaszek), zapijającej i zapracowującej wewnętrzny brak. Przesłanie spektaklu zbliża się do przesłania wydanej jesienią książki Joanny Concejo i Olgi Tokarczuk ‘Zgubiona dusza’. Chodzi o to, by wyrwać się z korporacyjnego systemu, podtrzymywanego przez wyznające religię liczb Księgowe (Magda Kuśnierz) i Matki (Karolina Szymańska), powtarzające schemat chłodnego chowu takich samych pracowników świata i jego wzrostu gospodarczego. Dopiero kiedy coś sobie i komuś/czemuś damy, może będziemy gotowi na coś jeszcze – zdaje się sugerować reżyserka za francuskim pisarzem poprzez relację Księcia z Lisem (Paulina Bocian). Ich przyjaźń gasi egoizmy. Ciekawą postacią jest Żmija (Magdalena Zamoroka), równocześnie oschła i chcąca tę właściwość przełamać, świadoma ludzkiego losu (to lekarka), lecz z nim niepogodzona.

Dyplomantki Studium Musicalowego Capitol potrafią te wszystkie tematy wyrazić, i słowem, i ruchem (choreografia Małgorzaty Fijałkowskiej), i śpiewem. Piosenki skomponowane przez Piotra Dziubka do tekstów Bogny Woźniak to nie wplątane w fabułę sceniczne interwały, lecz krew i kości organizmu zwanego spektaklem (znajdują się na wydanej równocześnie z premierą płycie). Tak się tworzy wartościowy teatr muzyczny. ‘Narysuj mi baranka’ to zatem kolejny udany dyplom we Wrocławiu, rzecz, która baśniowe wzruszenia zamienia w ważny życiowy komentarz.
(0-6) > 4,5
gch

PS
Artyści zbierają środki na zaprezentowanie przedstawienia na Scenie Ciśnień Teatru Muzycznego Capitol: TUTAJ. No i: czy nie można by w przyszłości dopomóc Studium działającemu osobno, ale przecież trochę przy i dzięki Capitolowi, i tak planować program Przeglądu Piosenki Aktorskiej, aby dyplom zaistniał jako część Nurtu Off właśnie na Scenie Ciśnień?
.................
NARYSUJ MI BARANKA, wg 'Małego Księcia' Saint-Exupery'ego, scenariusz i reżyseria B.Woźniak-Joostberens, muzyka P. Dziubek, premiera na scenie Studium Musicalowego Capitol, 10 marca 2018, rząd przedostatni, z boku

Tuesday, March 13, 2018

KOBIETOSTAN (Kolektyw Kobietostan)


Temat kobiecy jest ostatnio na scenie częsty, trochę się zaczynam obawiać, że ta częstotliwość może w pewnym momencie osłabić jego wagę. Tak jak było w przypadku akcji #MeToo, co podkreślały również same kobiety. Wszystko oczywiście zależy, dobry, mocny teatr zawsze się obroni. Tak jak 'Kobietostan', przedsięwzięcie zrazu bardziej społeczne niż artystyczne, polegające na spotkaniach artystek z podopiecznymi zakładów karnych, fundacji czy domów pomocy. Ich głosy słychać w przedstawieniu, które stało się finałem działań Agnieszki Bresler i jej współpracowniczek. Aktorka zdecydowała się powrócić do teatralnego grania po latach warsztatowej pracy i projektów właśnie społeczno-kulturalnych. I to od razu wchodząc w jeden z najtrudniejszych w zawodzie gatunków, czyli monodram. Bardzo udany, wykonany na trafnie wybranej nucie czułości połączonej z ironią, chwilami szyderstwem, ujmującej dzisiejsze doświadczenia kobiet. Dobrze to widać w momentach, kiedy Bresler przybliża się do widzów jako stendaperka i opowiada seksistowskie kawały, z których zresztą śmieje się sama. Publiczność od razu wyczuwa dwuznaczny ton spektaklu, zaczynającego się wprawdzie pytaniem o solidarność kobiet, szybko jednak zaprzeczonym przez rozmówczynie. Nie o afirmację idzie. Czasem aktorka przejmuje narrację, czasem po prostu prezentuje cytaty z wywiadów z taśmy. Gdybym miał wskazać słabszy punkt tego przedstawienia, wskazałbym na dramaturgię, poziom uniwersalności nie wygra nigdy z konkretem, historią jednej czy dwóch bohaterek, opowiedzianą nie fleszami, hasłami i uwagami, lecz fabularnie. Można by jeszcze zatem popracować nad tekstem. Los Medei czy Elektry działa na nas dlatego, że znamy ich życie, konkretne wydarzenia, nie tylko fragmenty. Zresztą właśnie tutaj tkwi niewykorzystana szansa 'Kobietostanu' na jeszcze więcej. W momentach dybukowych, kiedy przez aktorkę przemawiają mityczne głosy. Gdyby bardziej w tym kierunku poszły realizatorki (reżyseria Joanny Lewickiej), mielibyśmy może i Dzieło. Na szczęście nie w dokument jednak brną artystki, lecz w sztukę, angażując różne rodzaje teatru do opowieści, którą z pewnością chcą coś w świecie zmienić. Z tak znakomitą, wszechstronną, tak wiele potrafiącą i przekonującą aktorką jak Agnieszka Bresler, posiadającą warsztat i ogromną świadomość tematu, zdobytą dzięki licznym realnym spotkaniom z podmiot(k)ami tego spektaklu, kolektyw Kobietostan ma moc.

(0-6) > 4,5
gch
......
KOBIETOSTAN, reż. J.Lewicka, Sala Laboratorium, 9 marca 2018, miejsce skrajne w rzędzie III

Sunday, March 4, 2018

ROMEO I JULIA (Balet Opery Wrocławskiej)


W jednym z dwóch antraktów tego długiego przedstawienia usłyszałem takie oto zdanie: wreszcie mamy balet. Sugerujące, że przed zmianą dyrekcji i kierownictwa w Operze Wrocławskiej balet był słaby, pląsał tylko do muzyki z CD. Bardzo to niesprawiedliwy sąd. Obserwuję wrocławskich tancerzy mniej więcej od ‘Don Kichota’ w reżyserii Beate Vollack i głośno przypominam: poziom baletowy w naszej operze już od dekady był wysoki, mieliśmy znakomitych solistów i udane spektakle, także klasyczne (pamiętacie ‘Córkę źle strzeżoną’ Giorgia Madii, byłego tancerza Bejarta, choreografa m.in. Staatsballet Berlin?). I tylko szkoda, że tak rzadko balet pełnospektaklowo grywał, w dodatku do muzyki prezentowanej z płyty.

W nowym rozdaniu te proporcje zdecydowanie się na korzyść tańca w operze poprawiły. Dyrektor Marcin Nałęcz-Niesiołowski czuje do baletu miętę, sam dyryguje orkiestrą, która wreszcie gra na żywo, w bardzo atrakcyjnie dla widzów otwartym orkiestronie. Nowa kierowniczka baletu Magdalena Ciechowicz i choreograf-rezydent Jacek Tyski postawili na nowe tytuły, a także – częściowo - nowe twarze (ciała). I mają już na koncie duży sukces, czyli Mozartowskie ‘Requiem’ (nominacja do Emocji – nagród Radia Wrocław Kultura). Teraz przymierzyli się do baletu przez najwyższe B, neoklasycznego, pełnowymiarowego, słynnego, do Prokofiewowej wersji historii ‘Romea i Julii’, w rolach tytułowych obsadzając Roberta Kędzińskiego (transfer z Krakowa) i Japonkę Rinę Nishiuchi (2 lata temu ukończyła akademię w Monachium). I jak?

We mnie uczucia są mieszane. Szanuję ambicje realizatorów, doceniam baletowe cytaty, myślę też, że publiczność będzie miała z oglądania tego spektaklu sporo przyjemności, chwilami i wzruszeń. Ale ta inscenizacja Jacka Tyskiego jest szansą niewykorzystaną, ujęciem powierzchownym, i interpretacyjnie, i choreograficznie. Niewiele tu prawdziwie pomysłowych układów, wiele dłużyzn. Bronią się sceny zespołowe (zwłaszcza w wykonaniu tancerek), bardzo dobrze wypadają pojedynki (kto wie, czy nie lepiej niż po sąsiedzku w ‘Trzech muszkieterach’ Capitolu), ale to, co udaje się wygrać corps de ballet, równoważy niestety pustka rozwiązań kameralnych. W scenach kochanków nie ma ognia, zauroczenie dwojga z Werony nie wychodzi poza romans sentymentalno-pensjonarski, choreografii brakuje gęstości, akcji. Nie rozumiem, czemu z takim uporem trzymał się reżyser point również w scenie łóżkowej. Nie lepiej byłoby zdjąć im te buty, żeby choć zaznaczyć erotyzm sytuacji innym rodzajem tańca? Byłoby może niekonsekwentnie w formie, lecz spójnie w treści, tancerze mniej by się rzucali poduszkami, tańcząc miłość. No i – na Williama – czy to, że młodym małżonkom dobrze ze sobą, trzeba podkreślać multimedialnym błękitnym niebem rzuconym na scenografię?

Postać numer jeden tego dramatu, czyli Julia, dziewczyna tak imponująco przeistaczająca się u Szekspira w kobietę, u Tyskiego jest zaledwie zalążkiem pełnokrwistego charakteru, nie wydobywa się na niepodległość, stworzona z uśmiechu i łez. Jakkolwiek Rina Nishiuchi świetnie tańczy i czaruje wdziękiem, to reżyserskie ograniczenia nie służą ani jej postaci, ani całości przedstawienia. Ono mogłoby porywać, tak jak porusza scena walki Tybalta z Merkucjem i natychmiastowej zemsty Romea za śmierć przyjaciela. Nawet szarżowanie z umieraniem Merkucja da się zaakceptować, bo mamy emocje, bo Łukasz Ożga nie po raz pierwszy (był solistą i za poprzedniej dyrekcji) pokazuje swą artystyczną dojrzałość i aktorsko-taneczny temperament. Gwiazdą wieczoru jest dla mnie jednak Natsuki Katayama, też nie nowa w zespole operowego baletu, tancerka o wyrazistej osobowości, perfekcyjna w ruchach. Jako Pani Kapulet zostaje w pamięci dlatego, że potrafiła wykroić dla siebie tyle z dramatycznego tortu, ile się dało. Wprawdzie opłakuje Tybalta trochę za długo, lecz z drugiej strony ta rozpacz może przekonać. Może łączyła ją z krewnym więź innego rodzaju? Niecierpliwie czekam na następną rolę pani Katayamy.

Na koniec trzeba wspomnieć o muzyce. Partytura Prokofiewa to materiał koncertowy, wypełniony nastrojami, całą ich gamą. Nagrywali to dzieło na swoje płyty i Nowojorczycy, i Londyńczycy, pod kierownictwem największych. Previna, Gergiewa, Mitropoulosa. Brzmienie wrocławskiej orkiestry mogło się podobać, muzycy prowadzeni przez Nałęcz-Niesiołowskiego byli dla tancerzy partnerem, czasem dominującym. Czasem zatem zamykałem oczy, słuchając tylko ich, bo na scenie za często rozgrywała się zbyt prosta baletowa pantomima.

(0-6) > =4.
gch
.....................................
S.Prokofiew ROMEO I JULIA, choreografia i reż. J.Tyski, kier. muz. M.Nałęcz-Niesiołowski, premiera w Operze Wrocławskiej 2 marca 2018, balkon 1, rząd I, miejsce 16

BAHAMUT (Teatr Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu)


Pod dużym wrażeniem jestem po obejrzeniu Bahamuta. Inspirowany ‘Dumą i uprzedzeniem’ tekst Wojciecha Kościelniaka to przeciekawa wizja świata i uczuć dalekiej-niedalekiej przyszłości. Nie pozwala nam komfortowo się w teatrze umościć, angażując intelektualnie, emocjonalnie, audiowizualnie. W siedzibie firmy Pride&Prejudice spotykają się androidki na sprzedaż z ludźmi. Mężczyźni wybierają typ do wzięcia. Dziewczyna z sąsiedztwa czy może dziewczyna z IQ? Bardziej do kochania czy raczej do rozmowy? W kabaretkach czy z gołymi nogami? Nietrudno sobie taką sytuację wyobrazić, bo też i ona miała już miejsce przez stulecia. Tyle że ten nierówny punkt wyjścia nabiera wraz z rozwojem wydarzeń nowych sensów, nie jest pewne, kto tu w końcu zwycięży. Nie tylko o oczywistą feministyczną baśń Kościelniakowi chodzi, również - przede wszystkim, o baśń egzystencjalną, w której świat ludzi i robotów to jeden świat i być może kiedyś jedna rasa. Czy android może mieć duszę? A czy kobieta może mieć własne zdanie i prawa wyborcze? Czy w 1813 roku, kiedy wydano powieść Austen, nie było to podobną abstrakcją, jak rozważania o kobiecości, człowieczeństwie androidów? Czy możliwe, by narkotyk działał na roboty identycznie jak na nas? Czemu nie? To kwestia oprogramowania? Co z miłością?

Jest w tym dyplomie wrocławskiej szkoły teatr solidnie, wręcz klasycznie skonstruowany dramaturgicznie, jest też szaleństwo artystyczne zwane ryzykiem. Proszę zwrócić uwagę choćby na postać Bingleya, któremu kontakt z androidem Jane i... kawą przewraca osobowość. Bingley staje się Kalibanem, przypominając o źródłach naszego gatunku. Nie zawsze chodziliśmy na dwóch kończynach…

Wśród wielu tematów rezonują i aktualne: inność, ortodoksyjność, kulturowa czystość (duma i uprzedzenie...). Jest pełno emocji, aktorskiej energii, umiejętnie dozowanej i kontrolowanej. Sporo też w tej postapokalipsie humoru. Scena kazania daje aktorowi nieprzebrane możliwości, również parodystyczne. Najważniejsza postać to jednak Elizabeth, android niepokorny, przełamujący fale. A Ewa Niemotko radzi sobie w tej roli wprost idealnie, arcyobiecująco wchodząc w zawód. Nie wierzę, że nie będzie dla niej nagrody na festiwalu szkół teatralnych. Zresztą nagród w Łodzi może być więcej, bo Kościelniak pomyślał o wszystkich wykonawcach, jak przystało na dyplom i czułego reżysera-profesora. Nie skorzystać z takiej okazji pobycia w teatrze z tak prawdziwego zdarzenia byłoby przestępstwem. Idźcie do AST na ‘Bahamuta’! Myślcie i kochajcie się jak Lizzy i Darcy, Ewa i Adam AD 2200.

(0-6) > 5.
gch
............................................
BAHAMUT, na motywach 'Dumy i uprzedzenia' Jane Austen, scenariusz i reżyseria W. Kościelniak, premiera w Teatrze AST we Wrocławiu 3 marca 2018, rząd 6, miejsce skrajne