Sunday, November 26, 2017

IMMANUEL KANT (Opera Wrocławska)


Na to wydarzenie melomani - także ci na co dzień niespecjalnie zainteresowani operą - czekali z napięciem. Premierowa widownia stawiła się więc tłumnie, by przekonać się, jak Leszkowi Możdżerowi wyszła opera do dramatu Thomasa Bernharda. Niektórzy pamiętali musicalowy 'Scat' w Capitolu, przygotowany ponad 10 lat temu z Wojciechem Kościelniakiem, inni przywoływali 'Kanta' Krystiana Lupy, zrealizowanego w Teatrze Polskim przed ponad 20 laty. Zatem: oczekiwania ogromne i co?

Ogólnie nieźle. Dynamicznie i eklektycznie. Słusznie kierownik muzyczny Przemysław Fiugajski (który orkiestrę poprowadził z werwą i dyscypliną wręcz wzorową) nazywa ten spektakl musicalem zdekonstruowanym. Ja bym dodał: szalonym musicalem zdekonstruowanym, ulepionym i z klasyki, i rozrywki. Pędzi przedstawienie jak Orient Express, nie Stefan Batory, wypełnione w całości śpiewnymi rozmowami na statku płynącym do Ameryki. Sytuacja jest oczywiście umowna i wyobrażona, Kant nigdy się z Królewca nie ruszył, nie miał też żony ani (chyba) papugi. Ogląda się to i słucha tego w rozbawieniu, szybko akceptując ilość i jakość nut skomponowanych przez Możdżera, wchodząc w barwny, nieco retroplastikowy świat zaproponowany przez reżysera i scenografa Jerzego Lacha. Widać pracę choreograficzną Jarosława Stańka, sprostali jej wykonawcy. Niemal każda z postaci otrzymała od choreografa charakterystyczną cechę ruchową. Czujemy się trochę jak w domu wariatów, co podkreśla czasem kontrolowany chaos scen, a zwłaszcza duetów i tercetów, wykonywanych polifonicznie i przez to - niestety - irytująco nieczytelnych.

Chociaż z początku wydaje się, że nie będzie niespodzianki, że prym powiedzie tytułowy Kant (solidny Artur Janda), to kiedy na scenie w błyszczącej sukni (kostiumy Ewy Minge) zjawia się autentycznie zjawiskowa Hanna Sosnowska jako Milionerka, właściwie patrzymy tylko na nią i jej słuchamy. Ma bowiem najwięcej do powiedzenia (wyśpiewania), a raczej wypaplania. O tym, jak amerykańscy lekarze wymienili jej rzepkę w kolanie, bo są najlepsi na świecie. Między innymi. Sosnowska będzie niedługo gwiazdą, pewnie wyfrunie z wrocławskiego gniazda, cieszmy się więc jej obecnością tu i teraz i na nią chodźmy do opery, nie na zaproszone na premiery gościnne głosy z zagranicy. W tym przypadku na szczęście polski język stanowi skuteczną barierę dla tej praktyki, Sosnowska jest w pierwszej obsadzie i jest rewelacyjna.

To, co u Bernharda czai się pod ową dialogową i monologową paplaniną, czyli to, co najważniejsze i co tak genialnie potrafi wydobyć Lupa, w operowym wydaniu nie ma szansy na zaistnienie. 'Immanuel Kant' Lacha i Możdżera to komedia i tyle, zabawa i kropka. Nie udają się próby pogłębienia poprzez ewolucję postaci Fryderyka ze stylowej papugi w niepokojącego człowieka (niełatwa, niezła rola Jędrzeja Tomczyka), nie działa w oka mgnieniu rozegrany finał. I nie wiem. Winić muzykę, dobrze napisaną, ale czy oddającą kunszt jednego z najwybitniejszych dramatopisarzy? Czy inscenizację, że nie odnalazła odpowiedniego tonu?

Jednakże, mimo iż brakuje w tym spektaklu tzw. czegoś więcej, to nie mamy po wszystkim poczucia straconego czasu, przeciwnie: w operze też można się rozerwać. Nie zawsze trzeba wzniośle podbijać nowe lądy, cierpieć z miłości, czasem warto zamówić u Stewarda (świetny drugi plan Mirosława Godfryda) flaczki i dać się ponieść lżejszej fali. Nie wiem, czy tak miało być, czy Bernhard oskubany ze znaczeń był celem, ale odrobinę sztuki dla sztuki nikomu nie powinno zaszkodzić.

gch [0-6] > 4
...................
Leszek Możdżer IMMANUEL KANT, reż. J. Lach, kier. muz. P. Fiugajski, Opera Wrocławska, 25.11.2017, balkon I, rząd II, miejsce 18

RUT... ZA ZASŁONĄ (Anna Zubrzycki Studio)


Najnowsza propozycja wybitnej wrocławskiej aktorki, która kiedyś przyjechała do Polski z Australii i tak już zostało, to teatr opowieści. A będąc precyzyjniejszym: storytelling. W nowej, obiecującej, przestrzeni Muzeum Teatru. Wcielając się w postaci z biblijnej Księgi Rut, Anna Zubrzycki opowiada niepowszechnie znaną historię kobiet sprytnych, dumnych, zdolnych, przez los doświadczonych, potrafiących się jednak w nowych okolicznościach odnaleźć. Buzuje pod skórą tego pogodnego spektaklu (w oszczędnej reżyserii Moniki Braun) kilka refleksji na temat pozycji kobiet w kulturze. Rut, choć jest silną osobowością, opowiada, uzyskuje głos, potrzebuje męża, by istnieć w społeczności, pamięta się ją jako babkę króla Dawida. Zubrzycki doskonale te wszystkie tematy zbiera w spójny monodram z muzyką na żywo (Igora Pietraszewskiego). Znakomity pomysł z prześcieradłami jako rekwizytami, lalkami, elementami scenografii sprawdza się do końca kilkudziesięciominutowego spektaklu, którego może nie byłoby, gdyby nie przepiękne obrazy Miry Żelechower-Aleksiun (tu wklejone w multimedialne tło). Wrocławska malarka ma też inne, dotyczące innych kobiet Biblii (domyślam się, że od wystawy 'Ester. Za zasłoną' wziął się tytuł tego przedstawienia). Jak wiadomo, w Starym Testamencie są trzy księgi nazwane imionami kobiet, może jest to pomysł na teatralną trylogię? A lepiej: tetralogię. Bo poprzez postaci Judyty czy Estery dałoby się wprowadzić sporo mroku, który finalnie warto by wygasić poezją Pieśni nad Pieśniami. I koniecznie muszą to być pieśni właśnie. Tych w RUT... ZA ZASŁONĄ mamy niedosyt, wiedząc, jak niezwykłym warsztatem w tej dziedzinie dysponuje Anna Zubrzycki. I koniecznie z polskimi napisami.

gch [0-6] > 5
..................
RUT... ZA ZASŁONĄ, scenariusz i reż. M. Braun, Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, 17.11.2017, rząd II

Sunday, November 12, 2017

KRAKOWIACY I GÓRALE (Opera Wrocławska)


Dobrze się dzieje w teatrze, kiedy spektakl wytrąca nas z poczucia bezpieczeństwa. Jeśli to wytrącanie ma sens. We wrocławskich ‘Krakowiakach i góralach’ ma, choć pewnie znajdą się krytycy, którzy woleliby tę ramotkę z przyjemnymi melodiami odebrać bez goryczy. Sam byłem zagubiony po pierwszej części, nie bardzo wiedząc, jak to wszystko ugryźć. To, czyli konsekwentnie biało-czerwone, eklektyczne stroje krakowiaków, ciężką, dominującą scenografię, pracowicie przygotowane, ale jednak deklamacje pomiędzy śpiewami, no i zachowaną w tekście gwarę.

Zaintrygował mnie niepokój, obecny w tej błahej niby i znanej z wielu fabuł wojnie o Basię, co chce wyjść za mąż z miłości, nie przymusu i targu. Scena weselnego spotkania krakowiaków z góralami opowiedziała bowiem dramat kobiet w męskiej opresji. Lepiej od razu się poddać rączemu góralowi (i krakowiakowi), gdy ma on na pannę ochotę, niż bronić dostępu, marzyć o uczuciu i niezależnych decyzjach. Druga część spektaklu wzmacnia tę opowieść, podkreślając przemoc i oskarżając. Główną postacią staje się Dorota, żona młynarza, starszego od niej patriarchy, ta, która została żoną, bo musiała. Zdradza, bo nie kocha, także z zemsty, że oszukano jej młodość. A on ją za tę zdradę bije. Wyjdzie co prawda Młynarz na durnia, ale widz go w duchu słusznie skaże. Płynące z offu kwestie Fedr z dramatów Enquista, Eurypidesa, Racine’a (w wykonaniu Dagmary Mrowiec-Matuszak, Katarzyny Strączek, Janki Woźnickiej) wątpliwości nie zostawiają. Czy Bogusławski doceniłby taką interpretację? Jeśli był wielkim artystą - jak głosi historia – powinien.

Można się zżymać na to i owo, najbardziej na komunikacyjny chaos, bo często trudno zrozumieć i dosłyszeć teksty arii (trzeba spojrzeć na angielskie napisy, by zorientować się, o czym śpiewają, a w angielskich napisach w dodatku Stach jest... Stanleyem). Szkoda też, że za cicho wystartowała taśma z Fedrami, rozpraszając uwagę i efekt. Zrezygnowałbym z ostatniego słowa Doroty. Ostatnia scena działa mocno, nie wymaga dojaśnień, znakomitych aktorek Teatru Polskiego w dramacie przebić nie zdoła Jadwiga Postrożna. Której zresztą biłem silne brawa za w sumie przekonującą kreację i mistrzowski śpiew. Pomijając szczegóły, wykonawcy się bronią, tworząc - dzięki młodej reżyserce Barbarze Wiśniewskiej - sugestywny świat, ambitnie uniwersalizując klasyczną śpiewogrę, wydobywając nowy ton. Gubią się czasem, gdy mają podszyć ruchem i gestem momenty instrumentalne.

To ciekawe, że z jednej strony słucha się wrocławskich 'Krakowiaków...' z przyjemnością (Jan Stefani potrafił komponować melodie, Bogusławski pisać), ogląda bez znużenia (tempo narracji nie zwalnia), z drugiej - przekonuje ów uwierający niepokój, skryty pod skórą konwencji. To dużo. Wyróżnijmy jeszcze szczególnie Karolinę Filus w partii Basi (sopran z przyszłością!) i Łukasza Klimczaka jako studenta Bardosa (aktorski talent i mnóstwo wdzięku). No i powiedzmy wprost: cud to to nie jest, ale obejrzeć nie zaszkodzi, zarówno z poznawczego, jak i artystycznego powodu. A na kolejną realizację Barbary Wiśniewskiej czekam z prawdziwym zainteresowaniem. Mimo kompromisów, dbając o jakość swojego przedstawienia, pokazała jaki współczesny potencjał tkwi w 'Krakowiakach i góralach'. Obejrzani we Wrocławiu, w Dniu Niepodległości, podpowiadają jeszcze odważniejsze kierunki.

(0-6): 4

gch

Jan Stefani, Wojciech Bogusławski KRAKOWIACY I GÓRALE, reż. Barbara Wiśniewska, kier. muz. Adam Banaszak. Premiera w Operze Wrocławskiej 11.11.2017, parter, rząd VII, miejsce 8

Saturday, October 14, 2017

FIDELIO (Opera Wrocławska)


Nie wiem, czy łatwo to zrozumieć w czasach wszędobylskiego internetowego hejtu, ale wyznam, że wyrażenie drastycznej opinii o dziele artystycznym łatwym zadaniem nie jest. Ocenia się czyjąś, często pełną wysiłku i poświęceń, pracę. Kiedy byłem bardzo młody i wiadomo jaki, zżymałem się na deklaracje starszych recenzentów: ja już nie piszę recenzji ze złych spektakli, szkoda czasu, zwracam uwagę tylko na te dobre. Wtedy twierdziłem, iż to nieuczciwe wobec czytelników/odbiorców, zwłaszcza gdy recenzent wie, że stale go czytają. I ciągle nie zmieniam zdania, choć krytykowanie (w negatywnym tego słowa znaczeniu) przychodzi mi coraz trudniej. Dziś już doskonale rozumiem ludzkie słabości i przyznaję każdemu prawo do błędu. No ale, jak mus, to mus.

Nie widziałem osobiście w Operze Wrocławskiej dziwniejszej inscenizacji niż 'Fidelio', podpisany przez słoweńskiego reżysera Rocca. Jego 'Fidelio' to rzecz - nawet dosłownie - przestrzelona. Pogubi się w scenicznych wydarzeniach każdy, tzw. konia z rzędem temu/tej, kto się zorientuje, w kim zakochała się Marzelina, kto tu jest Fideliem, co robi w więzieniu Leonora, jakim cudem osadzony na głodówce i pragnieniówce wygląda lepiej niż gubernator i jakąż to mocą trupy ożywają. Fabuła nie klei się, pauzy quasi napięcia irytują, a wybrane do przedstawienia listy Beethovena straszą autorską grafomanią (można znaleźć w internecie). OK, niech kochankowie mówią do siebie te banały i niech pozostaną objęte tajemnicą korespondencji. Nawet jeśli przeczytacie przed pójściem do opery libretto, nic to nie da. Jeden marny pomysł na dodanie postaci dublującej, towarzyszącej Leonorze i leżymy. Wszystko odtąd jest symboliczne, umowne, wszystko jest sennym majakiem. Owszem, za pomocą poetyki snu łatwo wytłumaczyć fabularne niezborności, lecz najpierw trzeba tę poetykę kupić. Mnie się nie udało, widzę raczej kolejną niepotrzebną próbę poprawiania libretta (w epoce Beethovena poprawiano je dwukrotnie), może niezbyt kunsztownego, ale przynajmniej pasującego do muzyki. Śmiesznie podrygujących (ciężko uwierzyć w pracę choreografa Gregora Lustka) chórzystów w pieśni finałowej (w śpiewie chór jak zwykle bezbłędny) i uwierającą marmurowość scen usprawiedliwić nie sposób. Karolina Micuła robi co może, by się jako Anioł obronić i broni się szczęściem i siłą własnego talentu.

No chyba, że tak miało być. Ułożyć najstatyczniejsze obrazy ze statycznych, porozstawiać po prostu śpiewaków po scenie, niech śpiewają. Czasem przyświecić (i przeświecić niezłą scenografię) innym kolorem. Po co? Żeby skupić się na muzyce i głosach. Bo te są przednie. Wprawdzie premierowa obsada to efemeryda (Sandra Trattnigg, Peter Wedd, Saša Čano), ale znamy wrocławskich śpiewaków, wiemy, na co ich stać (Maria Rozynek-Banaszak i Jacek Jaskuła już o tym przypomnieli). Z tak dynamicznie grającą orkiestrą (pod kierownictwem Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego) i na tzw. zwykłych spektaklach będzie czego posłuchać. Okazuje się bowiem, że 'Fidelio' to rzeczywiście muzycznie dzieło niedoceniane. Kwartety, tercety, duety, momenty chóralne potrafią dostarczyć melomańskiej przyjemności. Pod jednym wszakże warunkiem: trzeba zamknąć oczy. Gdyby istniała w operze funkcja producenta spektaklu, kogoś, kto po pierwszej generalnej decyduje o losie przedstawienia, taki ktoś powinien wstrzymać premierę tego 'Fidelia', powiedzieć stanowczo: albo pracujemy dalej, albo wystawiamy wersję koncertową.

Ponieważ do opery chodzę po to, by nie tylko posłuchać: (0-6) > 2 (dla samej muzyki byłoby 5)

gch
...
L.van Beethoven FIDELIO, reż. Rocc, kier. muz. Marcin Nałęcz-Niesiołowski, premiera w Operze Wrocławskiej, 14X2017, balkon 1, rząd I, miejsce 9

Friday, October 13, 2017

MAKBET (Teatr Muzyczny Capitol)


Panie i Panowie, klątwa 'szkockiej sztuki', przed którą drżą teatry, na tego ‘Makbeta’ nie działa. 13 października, piątek. Pech? Nic z tych rzeczy, choć szóstki nie będzie.

Inscenizacja (podkreślam to słowo) Agaty Dudy-Gracz to spektakl zachwycająco-imponujący wizją plastyczno-muzyczną, krystaliczny i idealnie zrównoważony w pierwszych dwóch godzinach, do antraktu. Po nim trudno wejść na ten poziom odbioru, zwłaszcza że druga część trwa niecałą godzinę. Zamiast napięcia, osiągniętego wcześniej obrazem, słowem i brzmieniem, dostajemy kilka scen opartych wyłącznie na słowie, dobrze zagranych i rozegranych, ale zaskakujących, bo do innego rodzaju percepcji się przyzwyczailiśmy. Kiedy powoli zaczynałem wracać do transu, trzeba się było zbierać po doskonale wymyślonym finale. Te trzy godziny powinny istnieć w całości, w rytmie, w upojeniu i opętaniu, w ferworze krwi, krzyku, lęku, ruchu, niepokojących i iluzorycznie kojących nut. To bardzo widowiskowy dramat sumienia, ale przede wszystkim przeznaczenia. Tytułowy bohater nie rusza się ze swojego kwadratu ani na moment, tkwi uwięziony w przestrzeni przepowiedzianego losu. Obok krążą wiedźmy i panująca nad wszystkim mroczna bogini czarnej magii Hekate. One prowokują wydarzenia i decyzje. Makbet nie ma wyjścia, nie jest w stanie się z tej celi uwolnić, więc skończy zatracony w tyranii i mordzie. Jeśli ogarną go wątpliwości, będzie mógł liczyć na żonę, która w chwili trudnej rzuci: ‘bądź mężczyzną’. Zrobi dla niego wszystko, będzie złą, jeśli tak być musi.

Trudną rolę ma Cezary Studniak, wycięto mu sporo tekstu, nie pozwalają chodzić, i świetnie daje radę, Magda Kumorek jako kulejąca (czy słusznie?) Lady Makbet to diament (piękna scena ich pierwszego po wojnie spotkania), ale bez głosu i emocji wprowadzanych przez śpiew Emose Uhunmwangho nie byłoby połowy wrażeń. Maja Kleszcz i Wojtek Krzak stworzyli niezwykły soundtrack, sięgając po style i dawne, i współczesne (muzyka live), co daje efekt piorunujący. W połączeniu z ekspresją kostiumu, charakteryzacji, zalanej krwią scenografii od startu wprowadza nas w nadstan. I nie odpuszcza, do antraktu. Gdyby przewidziano ukłony (skoro jest przerwa, to ukłony bezwzględnie być powinny), biłbym mocne brawa wykonawcom, każdy znalazł na siebie pomysł. Silniej przyłożyłbym w dłonie przy Macieju Maciejewskim (nie tylko za etiudę Sługi), Justynie Szafran i Klaudii Waszak (za energię dialogu), Łukaszu Wójciku (za pieśni), Wojciechu Brzezińskim i Tomaszu Wysockim (za realizm), schyliłbym głowę przed Wiedźmami-sępami (Heleną Sujecką, Agnieszką Oryńską-Lesicką, Justyną Antoniak), znakomitego Artura Caturiana prosiłbym wzrokiem, by powściągnął trochę temperament, gdy przyjdę na ‘Makbeta’ po raz kolejny. I tak dalej.

Nie przeszkadza mi i nie myli rozpisanie tekstu Shakespeare’a na postaci niekoniecznie zgodnie z oryginałem. Duże skróty, dodanie państwu Makbetom ryzykownego bezpośredniego motywu do zabójstwa Duncana szekspirologów przyprawią może o migotanie przedsionków, mojego sprzeciwu nie budzą. Tym bardziej więc szkoda, że zabrakło satysfakcji pełnej. Rozumiem, że Capitol sprzedaje bilety VIP i częstuje ich posiadaczy w przerwie, ale... to nie jest spektakl dla VIP-ów. Oni – mimo wykwintnego posiłku – wyjdą z teatru pierwsi. Grajcie to w 2h 40’ BEZ PRZERWY.

(0-6): na razie 4,5.

gch
...
W. Shakespeare MAKBET, przekład Stanisława Barańczaka, inscenizacja Agata Duda-Gracz, Teatr Muzyczny Capitol, Duża Scena, 13X2017, rząd II, miejsce 24

Monday, October 2, 2017

TERAZ WSZYSTKIE DUSZE RAZEM (Teatr PWST we Wrocławiu)


Niesamowitą pracę wykonali młodzi aktorzy wrocławskiego Teatru PWST, studenci IV roku Wydziału Lalkarskiego. Widać ją w całym spektaklu, imponuje. Szkoda jednak, że to, ile dała im twórcza kopalnia reżyserska Pawła Passiniego, nie przekłada się na podobny parametr w odbiorze widowni.

Na niełatwej Dużej Scenie przy Braniborskiej pięknie się prezentuje scenografia, fizyczno-medialna, ale z akustyką trzeba umieć sobie radzić. I w tej pierwszej sekwencji niemal rockowego transowego koncertu-wywoływania Mickiewiczowskich dusz z II części 'Dziadów' sporo słów ginie. OK, znamy to, ale nie wszyscy. Bardzo trudno osiągnąć mistrzostwo w wypowiadaniu tekstu chórem, poległa już w tej bitwie rzesza doświadczonych zawodowców, po co wszczynać ją na nowo? Inaczej się mówi, inaczej śpiewa, a i chór NFM-u niespecjalnie tu się sprawił w oglądanych (i słuchanych) miesiąc temu 'Widmach' (w chwalonej przecież za brzmienie sali głównej Narodowego Forum Muzyki).

'Widma' Moniuszki/Mickiewicza są istotnym tropem, bo i Passini, i studenci (i artyści odpowiadający za stronę wizualną) brali w nich udział, a reżyser nie ukrywa relacji między jednym i drugim tytułem. Jednakże spektakl pod tytułem 'Teraz wszystkie dusze razem' to dzieło autonomiczne. Zaczyna się od fragmentu muzyczno-choreograficznego do Moniuszki, potem ewoluuje w koncert 'Dziadów', by w końcu utknąć w mieliznach - niestety - Eurypidesowych. Mało bowiem czytelne okazują się historie antycznych bohaterów. Trzeba by ostrzec widzów, aby przed przyjściem do teatru odświeżyli mityczną pamięć. Albo środkami teatralnymi zadbać o streszczenia. Nie dajemy się wciągnąć w wir opowieści Klitajmestr i Orestesów, bo mało są konkretne, raczej poetyckie. Chciałoby się mocniej wejść w spektakl fabularnie, nie tylko podziwiać pomysły na poszczególne etiudy i ich wykonania. Apriorycznie interesujące zestawienie obrzędu 'Dziadów' z grecką tragedią nie klei się, za dużo też słyszymy krzyku, czy też - powiedzmy wprost - wkurwu, by wniknąć w znaczenia.

Ale potencjał w tym spektaklu tkwi ogromny. Dzięki zarówno szerokiej wizji Pawła Passiniego, jak i energii, gotowości aktorskiej młodzieży. Dla nich tych parę miesięcy przygotowań do premiery (i 'Widm', i 'Teraz wszystkich dusz razem') z pewnością było jednym z absolutnie najważniejszych zawodowych doświadczeń. Chciałoby się natomiast mniej abstrakcyjnego przegadywania, więcej takich scen jak symultaniczna finałowa (w Pieśni Kozła wyraziliby uznanie za śpiew) czy wcześniejsza podsumowująca (nazwijmy ją sceną rzucania mięsem). A jeśli muszę ustawić podium, wybierając swoich faworytów-wykonawców, wyróżniłbym: Annę Wieczorek (Hekabe), Annę Zachciał (Guślarza, czy też Guślarkę), Magdalenę Zabel w może przesadnej w inwektywach, ale skupiającej uwagę roli wieszczki, oraz znakomitego ruchowo i muzycznie Piotra Michalczuka. Tak, podium ma 4 stopnie (i nie przypisuję numeru do żadnego z nazwisk), lecz pozostała szóstka też godna zapamiętania.

(0-6): 4.
gch
.....................
TERAZ WSZYSTKIE DUSZE RAZEM, reż. Paweł Passini, Teatr PWST Wrocław, 2.10.2017, rząd 11, miejsce 18

Sunday, October 1, 2017

SZABERPLAC.MOJA MIŁOŚĆ (Wrocławski Teatr Współczesny)


To przedstawienie mogłoby być wizytówką Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Takich spektakli powstaje tu więcej. Poważny temat, prymat słowa i jego znaczeń, raczej dystans niż emocjonalność, słowem teatr środka, do którego chyba przywykła już publiczność.

W SZABERPLACU intrygujące wydawało się zetknięcie historii wrocławian sprzed 72 lat z doświadczeniami narodów byłej Jugosławii, przywiezionymi przez reżyserkę Tanyę Miletić Orucević. Nie pierwszy to pomysł na rzecz o uniwersalnym wymiarze ludzkiej natury i mechanizmów społeczno-psychologicznych w chwili skrajnej, ale skoro nic nas historia nie uczy, artyści muszą przypominać. Byle ciekawie, po nowemu, ujmując temat z innej perspektywy, tu bośniacko-polskiej.

I właściwie zgrabną sztukę na Scenie na Strychu oglądamy przez 80 minut, tyle że bez zaangażowania. Bo teksty wypowiadane przez postaci i sytuacje między nimi nie wychodzą poza schemat. Obojętna w odbiorze jest już pierwsza opowieść młodej Polki zmuszonej wraz z rodzicami do opuszczenia kresowej wsi (mimo absolwenckiej werwy Katarzyny Pilichowskiej). Można było wziąć z teki wspomnień z 1945 roku coś bardziej interesującego niż w pigułce streszczony los. W ogóle przypowieściowość tekstu mocno stępiła jego potencjalne ostrze. Koincydencja wakacyjnych spotkań Polaka, Ruska, Bośniaka, Ukraińca drażni, podobnie działają komediowe w zamierzeniu chwyty aktorskie z początku spektaklu (kreskówkowy informatyk - Maciej Kowalczyk, Przemysław Kozłowski we wschodniackim półzaśpiewie). Wymyślono bowiem, że nie od świadków-uczestników wydarzeń dowiemy się ludzkich biografii, lecz z odgrywanych scenek. To nie ma prawa wywołać wzruszeń (jak kiedyś TRANSFER Klaty/Majewskiego), nawet refleksji, nie na tym poziomie stereotypowości treści i formalnych umowności. Lepiej wychodzi, gdy aktorzy najmniej udają. Jak Jolanta Solarz-Szwed (Ukrainka) w finałowej solówce czy we wcześniejszym duecie z Krzysztofem Kulińskim (muzułmanin z Mostaru). Tylko że po chwili wszystko wraca do normy, do sytuacji na niby.

Na poważnie za to pojawia się teza o istnieniu ponadpokoleniowego instynktu szabru. Zgadzam się, jakiś jego pociotek zauważam w gonitwie po promocje w Lidlu. Ale bogaty mieszkaniec apartamentowca w nocnym amoku szabrowania? To mi się jakoś nie mieści, nawet w zawodowym wykonaniu Piotra Łukaszczyka. Perfekcyjne panie domu szabrujące sobie mężów i wypieki? Nie, do tego nie przekonają mnie nawet Beata Rakowska wespół z Ireną Rybicką. Szanuję próbę, popieram świeże spojrzenia i wszelkie wzloty ponad historyczno-edukacyjny teatr i temat, lecz po co go spłycać na siłę?

(0-6): =4
gch
....................
Szymon Bogacz SZABERPLAC.MOJA MIŁOSĆ, reż. T. Miletić Orucević, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu, rząd 3, miejsce skrajne