Sunday, April 30, 2017

FACE THE MUSIC (XXIV Festiwal Piosenki Angielskiej w Brzegu)

UWAGI JURORA

jurorzy - od lewej: niżej podpisany, Mariusz Kiljan, Jarosław Wasik, w tle szef festiwalu Wojciech Toporowski (fot. J. Wasik)

Od czterech edycji oceniam brzeskie zmagania. To wyjątkowy festiwal, bo z sercem przygotowywany i z pasją wymyślony, bez kompromisów oceniany. A z poziomem - jak to w przypadku takich wydarzeń - bywa różnie. W tym roku zwłaszcza kategoria młodzieżowa, zwykle bardzo mocna, rozczarowała. Nie było problemu z wyborem kilku najlepszych. Dlaczego? Czyżby telewizyjne talent-shows wydrenowały tzw. rynek muzycznych klejnotów?

Grzechy główne:

> Wybór piosenek: jednostronny, znów królują numery adelopodobne. Kiedyś Whitney, potem Amy, teraz Adele. Po dzisiejszym dniu mam dość dźwięku elektrycznego fortepianu. Nauczyciele śpiewu, przekonujcie podopiecznych do muzycznych poszukiwań. Młodzi wokaliści, przełączcie Zetki, Eski, Eremefy. A jeśli już się przykleicie do tego repertuaru, bądźcie w nim rewelacyjni, jakoś oryginalni. Tylko tak można się przebić przez gąszcz jednorodności. No i ballady: tworzyły 80% repertuaru. To błąd myśleć, że piosenka na festiwal powinna być typową piosenką festiwalową. Przeciwnie, powinna być inna od wszystkich. Albo tak zabrzmieć, że Edyta Górniak z Eurowizji idzie w zapomnienie.

> Wybór piosenek w kategorii dziecięcej: trudno uwierzyć jedenastolatce, która śpiewa o miłosnych meandrach, kochaniu lub odrzuceniu. Tylko czy są piosenki dla tego wieku? Przecież nie chcemy słyszeć soundtracku z czegoś w rodzaju 'Akademii Pana Kleksa'? 'Król Lew' itp.? OK - 'Can You Feel the Love Tonight' pojawiło się raz, szkoda, że nie najlepiej zaśpiewane.

> Stroje. Albo kreacja na szkolny bal, albo czarny mundurek. To też jest ważne i warto mieć na ubiór pomysł. Tzw. image dodaje pewności siebie, i punkty od oceniających.

> Zaśpiewać z zespołem na żywo czy do przywiezionego podkładu? To nie jest dylemat Hamleta. Wybór bowiem oczywisty: tylko z zespołem! Od startu grozi przychylnością jurorów.

> No i przede wszystkim: ODWAGI! Repertuarowe bezpieczeństwo na etapie młodzieżowych eksperymentów może się opłacić, ale tylko może. Dziś szukamy czegoś więcej. Repertuarowe bezpieczeństwo nas nie interesuje.

Dlatego tak liczy się to, czym ujęli laureaci (i czego im jeszcze brakuje):

KATEGORIA DZIECIĘCA:
Chłopiec w czerwonej marynarce i ze skrzypcami musi zwrócić wstępną uwagę, ale i tę uwagę trzeba podtrzymać (połowiczny sukces Mikołaja Dyki - Starachowice). Piosenka 'Hallelujah' to wybór nieoczywisty w kategorii dziecięcej (Mateusz Gędek - Strojec), a jeśli do tego wykonawca daje radę, nagroda prawdopodobna. Podobnie jak w przypadku w szczegółach dopracowanego show (Oliwia Kopiec - Radomsko > radość scenicznej obecności). A Hanna Sztachańska (Rokietnica) nie dość, że śpiewała z zespołem, to ujęła bardzo dobrą już techniką (choć to perfekcja osiągana kosztem emocjonalności). Osobiście mi szkoda, że do koncertu finałowego nie weszła Maja Nadolska (Piaseczno) - dziewczyna z potencjałem na ciary, nieodpuszczająca, łapiąca rytmy i napięcia utworu.

KATEGORIA MŁODZIEŻOWA: Weronice Kozłowskiej z Wieliczki (kawał głosu i dynamika) brakuje zabawy, lekkości, scenicznego ruchu. Damianowi Lisowi z Brzegu przyda się już zaraz pomysł na siebie, bo nie jest pewne, że z tak intrygująco wysokim głosem zostanie na zawsze. Sabina Tombars z Przemyśla-Krakowa stylowo zabrała się za 'Bad Girls' - inaczej niż w oryginale, jamowo, z dyscypliną, bez maniery, za mało transowo. Paulina Karasińska (Kielce) ma wielki głos i wszystko się w jej występie zgadza, poza tym, że za bardzo brzmi jak dziewczyny z mainstreamowego radia. Przy Zofii Sydor z Krakowa zanotowałem: poprawna pełnoletnia, co znaczy, że jej 'End of the Road' (Boyz II Men:) słuchało się z przyjemnością (i zostało w głowie na wieczór - to dużo), lecz nie było się w tę interpretację jak wczepić głębiej. Wreszcie Alicja Dąbrowska - niestety z playbacku, ale ładnie, czekając na decyzję, co z tym śpiewaniem zrobić.

Odpowiedź jest i prosta, i niełatwa do wykonania: WYRÓŻNIĆ SIĘ. Czego życzę kolejnym uczestnikom. Za rok XXV Festiwal Piosenki Angielskiej. FACE THE MUSIC, czyli ZMIERZ SIĘ Z MUZYKĄ. I jurorskimi ocenami. Ale jeśli całą sobą/całym sobą czujesz, że to Ty masz rację, idziesz jedyną dla siebie właściwą drogą, to... 'get rich or die trying'.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Koncert laureatów 1 maja:

Lista laureatów i ich miejsca wkrótce TUTAJ.

Thursday, April 27, 2017

PROSZĘ PAŃSTWA, TO PERFORMANS (Teatr Polski we Wrocławiu)

Jeśli ktoś przeoczył jeden z news dnia, to w pigule: Remigiusz Lenczyk, p.o. dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, pojawił się w pracy po 11.00. Jednak szef administracji TP Tadeusz Tworek, jak twierdzi na polecenie dyrektora Morawskiego (przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim), zablokował wejście. Pracownicy teatru niezgadzający się z uchwałą zarządu Urzędu Marszałkowskiego wezwali policję. Przypomnijmy, że uchwałę zarządu wstrzymał wojewoda dolnośląski, czego z kolei nie uznaje zarząd. I tak dalej. No, w każdym razie policja w teatrze, Lenczyk też, ale bez aprobaty (choć zna wszystkich pracowników, był tu zastępcą dyrektora). Pat jednym słowem.

Policja w Teatrze to rzeczywiście sytuacja ekstremalna. Ale proszę Państwa, to nie dzieje się naprawdę. Pamiętajmy, jesteśmy w teatrze, gdzie jeśli nie tam należy wystawiać mocne spektakle i performanse. Ten nie jest szczególnie oryginalny, inspirowany zapewne mnóstwem zdarzeń rzeczywistych i prawdziwymi osobami, lecz podobieństwo jest przypadkowe. Długawy tytuł wyjaśnia wszystko: "Tp.pl, czyli sztuka o dwóch dyrektorach, dwóch urzędach, dwóch związkach i dwóch rzeczywistościach albo awangardowy Wrocław not dead".

Autor Sławomir Mrarzek mówił mi dziś w nocy podczas próby generalnej:
-To, co widzimy tu teraz to jeszcze atrapa, bo nie mogłem wykorzystać aktorów, dlatego ćwiczymy na wolontariuszach. Ale jutro już będą zawodowcy, którzy jeszcze przebywają na L4. Może z jednym wyjątkiem, i nie wiem, czy zorganizujemy zastępstwo, czy zagramy nieobecnością.
- No tak, to dość częsta technika dramaturgiczna. To będzie jednorazowe przedsięwzięcie? - pytam.
- Moim zamiarem jest spektakl w odcinkach, na bieżąco pisany i realizowany. Nie wiem, kiedy się skończy, niby wiem jak, ale postaci zwłaszcza w teatrze, potrafią zaskoczyć i zacząć żyć własnym życiem - odpowiada Sławek, z miejsca nominowany do naszych nagród Emocji.

Tak więc, drodzy wrocławianie, spokojnie to tylko performans i, jeśli wierzyć autorowi, leci z nami pilot.

GCH

Wednesday, April 26, 2017

SIEDEM (błędów Cezarego Morawskiego)

1. DREAMS. Marzenia są po to, by je spełniać, tylko wszystko trzeba robić z głową i mierzyć siły na zamiary. Zabrakło Cezaremu Morawskiemu instynktu, a może po prostu refleksji. Ktoś rzucił: szukamy nowego dyrektora (Wałbrzych, Wrocław...), czemu nie spróbujesz? Akurat ta waga to nie jest waga dla tego zawodnika. Ktoś, kto grywa od lat raczej dla zarobku, kto nie ma w środowisku artystycznym dostatecznego oparcia, nie powinien porywać się na posadę ponad stan. Więc może nie DREAMS, lecz PRIDE (IN THE NAME OF...)?

2. FAITH. Niczym niepoparta wiara w to, że reżyserzy, którzy współpracowali wcześniej z Teatrem Polskim, z radością będą kontynuować tę współpracę, lecz za kadencji innego dyrektora. No nie, tak to nie działa. Kontakty i autorytet buduje się nie przez wygranie farsowego konkursu, tylko przez artystyczny dorobek i szacunek dla dokonań i/lub wizji. Nieświadomość tych oczywistych mechanizmów dyskwalifikuje na starcie.

3. IN THE SHADOWS. Ludzie są najważniejsi. Oddani, pełni pasji fachowcy, idealnie już z doświadczeniem w konkretnej dziedzinie, także miejscu i czasie. Gdy usłyszałem, że z teatru odchodzi tej klasy specjalistka od teatralnej promocji, co Agnieszka Tiutiunik, świetna producentka i animatorka Katarzyna Majewska, gdy podziękowano Alicji Szumańskiej (dział literacki), Natalii Kabanow (grafika, fotografie) i tak dalej, domyślałem się, że będzie źle. Trudno ot tak zatrudnić innych na tym samym poziomie profesjonalizmu. W efekcie szefem marketingu jest przyjaciel dyrektora, który - uwaga - nie odstępuje go na krok od początku kadencji, konsultując każde wystąpienie publiczne. W świecie teatru (i chyba nie tylko) respekt zdobywa się samodzielnością i osobowością.

4. WIND CRIES ZIĘBA (i inni). Co tam to, co było. Dawnych, niepokornych aktorów zwolnię, wezmę nowych. Tamci mają talent i nazwiska, ale się nie chcą bezwzględnie podporządkować, ci będą tylko mi zawdzięczać zawodową nobilitację. Co z tego, że mniej umieją, nie potrafili się przebić. U mnie zakwitną. Jak pokazało życie, nie zakwitli. Gorol, Ilczuk, Skibińska, Zięba, Kłak, Pempuś, Porczyk versus anonimowi aktorzy. Czy trzeba mówić więcej?

5. LOSE YOURSELF. Strategiem Cezary Morawski nie jest. Owszem, kiedy przychodzi nowy dyrektor do teatru, rezygnuje z niektórych (czasem większości) tytułów pozostałych po poprzedniku. Ale robi to stopniowo, wymieniając repertuar po wyważeniu za i przeciw. Cezary Morawski broni się mówiąc, że zdjął z afisza siedem sztuk, bo tak zdecydował jeszcze za swoich rządów dyrektor Krzysztof Mieszkowski. Nawet jeśli by tak było (choć zostało to już zdementowane przez poprzedników), czy nie powinien tym decyzjom przyjrzeć się bliżej? Czy wszystkie przedstawienia zasługiwały na śmierć, właśnie teraz?

6. DON'T LOOK BACK (FORWARD) IN ANGER. Dyrektor Cezary Morawski donosi ZAIKS-owi, że aktorzy grający w spektaklach, które zdjął z afisza (albo ich nie gra, bo tak), popełnili przestępstwo, używając cytatów w performansie Teatru Polskiego w Podziemiu. 'Uważam, że to kradzież praw autorskich' - dosłowny cytat. I kolejna to odsłona zemsty za bunt w zespole, z którym dyrektor miał od początku tzw. kosę, mediacji jednak nie szukał - mimo sugestii z Urzędu Marszałkowskiego. Jeśli tak szef buduje swoją pozycję w teatralnym świecie, nie dziwi, iż nikt ważny nie chce firmować swoim nazwiskiem działalności teatru. Z ZAiKS-em Cezary Morawski ma za to własne problemy, wynikające z braku doświadczenia na stanowisku dyrektora (m.in. sprawa z prawami do fragmentu monodramu 'Kalina', użytego wbrew córce autora Stanisława Dygata).

7. SWEET LITTLE LIES. Bodajże największym grzechem tej kilkumiesięcznej dyrekcji są butem wciskane w oficjalne zestawienia 'premiery'. Od września rzeczywistych debiutów doczekaliśmy się dwóch ('Chory z urojenia', 'Mirandolina'), pozostałe tytuły wskazywane przez dyrektora jako premiery nijak nimi nie są. Pojawiły się po to, by nieświadomym zamydlić oczy, a może nawet by w razie ewentualnej rozprawy w sądzie wykazać się ilością. Osobiście, ani urzędników, ani sędziów o nieświadomość nie posądzam.

8 (Bonus track). THE END. Cezary Morawski został odwołany przez zarząd województwa 26 kwietnia 2017 (po prawie ośmiu miesiącach urzędowania). Nie przyjął wypowiedzenia umowy o pracę, zasłaniając się zwolnieniem lekarskim. Hm, oby to była choroba urojeniowa... Wojewoda wstrzymał uchwałę zarządu. Sprawa pewnie skończy się w sądzie. Dire Straits na 'Brothers in Arms' miało taką piosenkę: YOUR LATEST TRICK. Ale było też: THE MAN'S TOO STRONG...

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Monday, April 17, 2017

REQUIEM (Opera Wrocławska)


Odświeżyć, ubarwić, umodzić ograne i osłuchane dzieło to zawsze dobry pomysł. Na hasło 'Requiem' Mozarta reaguję - szczerze - od pewnego czasu obojętnością. Ileż można. 

Kiedy więc pojawiła się zapowiedź wersji baletowej, poczułem więcej niż zainteresowanie. Zwłaszcza że w Polsce tego podobno jeszcze nikt nie próbował. Na świecie pierwsi byli Amerykanie, Adam Hougland w 2010 roku przygotował prapremierę w  Cincinatti Ballet. Dziś arcydzieło Mozarta okraszone choreografią można oglądać i na innych scenach, w Lipsku z dodatkiem tekstów Pasoliniego. 

Oczywiście, istnieje potężne ryzyko w takich przedsięwzięciach. Taniec musi bowiem nie odstawać poziomem.

W Operze Wrocławskiej baletowa wersja 'Requiem d-moll' doskonale się udała. Choreografia Jacka Tyskiego jest gęsta, wiele się w niej dzieje, i ruchowo, i znaczeniowo. Do końca utworu zastanawiamy się, jaką rzeczywistość oglądamy. Czy sytuację tuż po niepotrzebnej katastrofie, wojnie, rewolucji, gdy jedyna energia jaką ludzie dysponują, to energia obezwładnienia, a podejmowane próby rewitalizacji nie wychodzą? Czy może widzimy na scenie rodzaj czyśćca, przestrzeni pomiędzy, gdzie decydują się losy trafiających tu dusz? Każda odpowiedź uprawniona, pole do kolejnych interpretacji wolne.

Bezbłędni są wykonawcy wizji Tyskiego, tańcząc z dyscypliną, polotem, bardzo zespołowo. Soliści (z zasłużenie najmocniej oklaskiwaną Dajaną Kłos na czele) skupiają uwagę przez chwilę, podporządkowując swoje uprzywilejowanie pracy całego ensemblu. To jest tu najważniejsze: wyrażenie stanu, w jakim znalazła się zbiorowość, ludzkość. I choć przetrwają jednostki, współodczuwanie z tymi, którym się nie powiodło, zostanie z nami jako uczucie pierwszoplanowe.

Zgadza się tu wszystko, od kostiumów po scenografię. Niedosyt pozostawiają jedynie chyba nazbyt oszczędne multimedia. A jeśli dodamy do powyższego wokalno-instrumentalny top w postaci zajmująco grającej orkiestry, przejmująco śpiewających wokalistów (Moskowicz, Zhytynska, Rudnicki, Zuchowicz - kwartet doskonały) i podziwu godny także w zachowaniach scenicznych chór, otrzymamy bezsprzeczny, pierwszy taki w tym sezonie, sukces przy Świdnickiej. 

Z tym 'Requiem' można się pokazać wszędzie, widzowie będą zachwyceni i poruszeni.

Ocena (0-6): Mocna 5.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................
W.A.Mozart REQUIEM D-MOLL, choreografia Jacek Tyski, kierownictwo muzyczne Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, 14 kwietnia, I balkon, rząd II, miejsce 17

Saturday, April 1, 2017

38 PRZEGLĄD PIOSENKI AKTORSKIEJ II


Końcówka 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej wprowadziła trochę zamieszania w emocjach widzów, ale nikogo obojętnym nie pozostawiła. Tegoroczny przegląd jest zaangażowany w świat (kraj) i wydarzenia, ale warsztat artystyczny i forma trzymają się mocno.

Dobrze było to widać w galowym spektaklu Pożaru w Burdelu, który zaprosił publiczność do Muzeum Wolności. Padały ze sceny słowa nienadające się do powtórzenia, skecze na tematy aktualne, dostaliśmy ironię, ostry i śmieszny dowcip, a najważniejsze okazały się idea organizująca całość (znaleźliśmy się w przyszłości, kiedy wolność to tylko jedna ze sfer do kontrolowania) oraz konkretny kontekst. To wszystko połączone z wykonawczym mistrzostwem zaowocowały galą znakomitą, chwilami poruszającą. Słyszałem śmiech, widziałem łzy. Mówiąc skrótem: Maciej Stuhr (jako minister kultury) bawił, Marta Zięba wzruszyła, przedstawiając się nazwiskami osób zwolnionych przez dyrektora Cezarego Morawskiego z teatru, w którym gala się odbywała. Schizofreniczna ta sytuacja zdominowała mój odbiór spektaklu, przypominając, że poczucie kompletnie niesprawiedliwej krzywdy wyrządzonej ludziom (artystom, publiczności) i tej scenie (Teatrowi Polskiemu we Wrocławiu)  w okresie apogeum rozwoju będzie czymś, co będę przywoływał do końca życia w rozmowach-wspomnieniach-sentymentach. Obrywa dyrektor Morawski zasłużenie (bo podjął się realizacji snu o kierowaniu teatrem w złym miejscu, czasie, stylu), ale w prezentowanym przez Pożar w Burdelu (inteligentne teksty Michała Walczaka, Macieja Łubieńskiego, dynamiczne aranżacje Wiktora Stokowskiego) systemie zmiany dla zmiany i Morawski staje się ofiarą. Tak łatwo - czy tylko scenicznie? - dyrektora wymienić.

Kabaret to nie jest mój gatunek sztuki, nieważne, czy Qui Pro Quo, Starszych Panów, czy Hrabi. Jednak wrocławski Pożar w Burdelu swoją błyskotliwością, przewrotnością i jakością nie tylko mnie postawił na nogi do niejednych owacji. Podziw budzi swoboda istnienia w tej formule aktorów na stałe związanych z Pożarem (od Andrzeja Konopki po Karolinę Czarnecką, wciąż świeżo pamiętaną za tutejszy występ w konkursie) i naturalne odnalezienie się w niej gwiazd. Od Aplikacji Muzealnej 'Wolność' (Magdaleny Cieleckiej) nie sposób oderwać słuchu i wzroku, podobnie dzieje się w przypadku Szatana-Chochlika (Bartosza Porczyka). Magda Umer (kustoszka działu Piosenka) zdobywa nas z miejsca pierwszą zaśpiewaną frazą, a Anja Orthodox (Królowa Minoga) wbija w fotel własnym przebojem 'W moim kraju' (z albumu 'Violet' z 1993 roku). Niezwykła potrafi być moc i przenikliwość piosenki. 5 października Pożar w Burdelu znów wystąpi we Wrocławiu i zapewne wypełni Halę Stulecia.

                                                                            fot. A. Owczarek

Podtrzymał opinie o wysokim poziomie finał tegorocznego Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki. Zaskoczeniem było zwycięstwo Marcina Januszkiewicza, bo w drugim etapie nie wszystkich przekonał zwłaszcza drugim utworem ('Nim wstanie dzień'). Gdy odpalił w finale - jeszcze raz, ale o niebo lepiej śpiewając Osiecką/Komedę plus narodowy hymn - sześć koleżanek musiało ustąpić pola doświadczonemu w przeglądowych bojach artyście. Jak mówił tuż po werdykcie, na ostatnią prostą trzeba zostawić największy gaz. Publiczność postawiła na czytelną protestsongową kreację Karoliny Micuły, wyróżnienia zdobyły Alicja Juszkiewicz (minimalistyczny w środkach mądry teatr piosenki) i Julita Wawreszuk (wielkie możliwości interpretacyjne). Żal pozostałych: Katarzyny Janiszewskiej, Katarzyny Kłaczek, a także Doroty Kuzieli. Kto wie, co by się zdarzyło, gdyby repertuar dobrały inaczej. Gdyby Janiszewska zaśpiewała tę drugą piosenkę Waitsa ('Jesteś tą formą zła, co ja'), Kłaczek 'Brudną Dariannę' zamiast Waitsa, a Kuziela autorską 'Łajkę', a nie nużący 'Taki pejzaż'...


Wymęczyła widzów Agata Duda-Gracz, która wraz z Piotrem Dziubkiem przygotowała 'Dziubaninę'. Bodaj najbardziej nieprzewidywalna inscenizatorka polskiego teatru zawsze idzie na sto procent, nigdy na kompromis, czasem przestrzeliwując. Spójna to była i godna szacunku wizja twórczej niemocy, niewiele wszakże wspólnego miała z rzeczywistością. Bohater wieczoru - Piotr Dziubek - na 'composer's block' nie cierpiał nigdy, a poza tym zawsze przesada (w dodatku serio podana) błądzi. Miotające się po scenie postaci może i niosły sens, tylko za długo, za ciężko, za chaotycznie. Akustyczne przeszkody w dotarciu do słuchaczy również skutecznie odrywały uwagę, zamiast w trans wprowadzając w letarg. Wokaliści w większości ginęli w ścianie Dziubkowych dźwięków. Szkoda, muzyka Piotra zasługuje na panteon. Lżej podana broni się sama, co słychać na właśnie wydanej płycie.


To, czego nie udało się osiągnąć reżysersko (tym razem) Agacie Dudzie-Gracz, z nawiązką powiodło się w przypadku Agaty-autorki tekstów. Jej poezja inspirowana przepięknymi obrazami ojca zabrzmiała w wykonaniu Kwartetu Prowincjonalnego z Mają Kleszcz na czele wprost uskrzydlająco. Czwartkowy audiowizualny koncert na Scenie Ciśnień Capitolu pozostanie moim numerem jeden premier tegorocznego, niezwykle wprost, udanego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Tego rodzaju uniesienie za sprawą sztuki, muzyki, literatury to rzadkość. Wybrane przez córkę płótna ojca wciągały w swój świat bez reszty, dzieląc się znaczeniami dzięki muzyce i tekstom. Koncert-marzenie! W poniedziałek pędzę po album, mający tego dnia wydawniczy debiut.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI