Monday, December 26, 2011

2011 - podsumowanie


Najważniejszą wiadomością mijającego roku, jaką wrocławski świat kultury otrzymał w prezencie, było ogłoszenie Wrocławia Europejską Stolicą Kultury 2016. I tego czerwcowego wydarzenia nic do końca grudnia nie było w stanie przebić. Nawet Europejski Kongres Kultury, o którym można powiedzieć właściwie tylko tyle, że się odbył. Wbrew autopeanom organizatorów niewiele wniósł do świadomości kulturalnej mieszkańców tzw. starego kontynentu, nie przyniósł również wyjątkowych przedstawień ani koncertów. Trzy interesujące wystawy (kolekcja Wernera Nekesa, rzeźba Mirosława Bałki i zbiór pt. "Jutro nie umiera nigdy") to żenująco mało na tak drogie i dęte przedsięwzięcie. Do topu nie zaliczam muzycznych spotkań Krzysztofa Pendereckiego z Aphex Twinem oraz Jonnym Greenwoodem, bo zagraniczni artyści byli we Wrocławiu przejazdem. Ich koncerty w Hali Stulecia poprzedzały występy na festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie. Europejskiemu Kongresowi Kultury należała się absolutna wyłączność.

Skoro zaczęliśmy od rozczarowań to jeszcze jedno: zawieszenie, jakie miastu Wrocław dolega w sprawie dwóch miejskich teatrów. Nie wiadomo, kto przejmie Wrocławski Teatr Lalek po odejściu Roberta Skolmowskiego (z dniem 31 grudnia), nie wiadomo także, co z fotelem dyrektora Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Krystynie Meissner podobno kończy się kontrakt na szefowanie za kilka miesięcy (choć ma i siłę, i energię, i kreatywność, by zostać), więc wybór ewentualnego następcy powinien toczyć się już teraz. Meissner zrobiła dla naszego środowiska teatralnego więcej niż ktokolwiek w ciągu ostatnich 20 lat, powołując do życia festiwal Dialog, dając wiarę talentom Klaty i Warlikowskiego zanim stali się mistrzami polskiej sceny, utrzymując reżysersko-menedżerski kontakt z publicznością. Tymczasem relacje wrocławskiego Ratusza z dyrektorką Współczesnego od pewnego czasu mocno kuleją. Prezydent chciał ją odwołać już dwa lata temu, tym razem sprawa wydaje się zatem przesądzona. Kto przyjdzie na miejsce jednej z najbardziej znaczących osobowości polskiego teatru w ogóle? Dziś nie wiadomo, co bardzo martwi. Na rynku nie ma armii specjalistów, co przerabialiśmy we Wrocławiu przy okazji kłopotów z obsadą szefów Teatru Polskiego czy Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Sukces Lalek i pozycja Współczesnego zobowiązują do podjęcia niepochopnych działań. Najwyższy czas zacząć albo... przedłużyć umowę z Krystyną Meissner.

Na szczęście znakomicie sobie radzi Teatr Polski. Krzysztof Mieszkowski okazał się być doskonałym rozgrywającym, to zaproszeni przez niego artyści (Strzępka i Demirski, Klata) wygrywają ogólnopolskie (i nie tylko) festiwale. Swoją drogą trudno sobie wyobrazić wrocławski teatr bez Jana Klaty, który w nowym roku zdobędzie trzecią już tutejszą scenę. Po pracy we Współczesnym i Polskim, przyszedł czas na Capitol i prowokacyjny musical "Jerry Springer - The Opera". A to nie wszystko: w tym sezonie Klata wyreżyseruje jeszcze farsę "Czego nie widać" w Wałbrzychu, gdzie, znów nominowany do Paszportu Polityki Sebastian Majewski, od trzech lat tworzy głośny na całą Polskę teatr zaangażowany. Nie ustaje w swoim autorskim projekcie sceny zanurzonej w lokalności, wsłuchanej w społeczne nastroje legnicki Teatr im. Modrzejewskiej. Jacek Głomb (dziś senator RP) potrafi szokować decyzjami dziwnymi (rezygnacja z festiwalu prapremier Miasto), zadziwiać pomysłami wręcz cudownymi (nadanie dużej scenie imienia najwierniejszego widza Ludwika Gadzickiego), oferuje też oryginalny repertuar, choćby "Zrozumieć H", spektakl inspirowany biografią Henryki Krzywonos.

Świat filmowy Wrocławia, niegdysiejszego znaczącego centrum kina, od lat skupiony jest wokół przedsięwzięć Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, z roku na rok coraz prężniejszego w staraniach przyciągania publiczności i gwiazd niemainstreamowych produkcji. Na Nowych Horyzontach i American Film Festival można zobaczyć tytuły, których ze świecą szukać w multipleksach. Ale: od tego roku w multipleksie właśnie (Heliosie przy ul. Kazimierza Wielkiego) funkcjonuje sala programowana przez Romana Gutka i jego współpracowników. Gutek miał objąć programowym patronatem przebudowane na Dolnośląskie Centrum Filmowe dawne kino Warszawa, stało się inaczej. Szkoda. Niepogodzone ambicje i interesy Odry Film i SNH to jednoznaczna porażka. Artystycznie wrocławscy filmowcy banku nie rozbili. Waldemar Krzystek przedstawił "80 milionów", Wiesław Saniewski "Wygranego", ale to "Daas" młodego Adriana Panka wzbudził największe zainteresowanie krytyków, dowodząc niespodziewanie, jak żywe może być kino historyczne. Trzeba jeszcze odnotować ekranowy debiut w głównej roli wrocławskiej aktorki Heleny Sujeckiej, która fantastycznie zagrała Kitkę w "Cudownym lecie", bardzo udanym cygańsko-cmentarnym romansie Ryszarda Brylskiego.

Wśród niewątpliwych zwycięstw 2011 roku trzeba wymienić przede wszystkim: otwarcie Galerii Sztuki Współczesnej na odnowionym strychu Muzeum Narodowego we Wrocławiu oraz start Muzeum Współczesnego w schronie przy Legnickiej. Obie propozycje to zjawiska dużej klasy na mapie nie tylko dolnośląskiej sztuki. Znakomicie rozwija się projekt Joanny Stembalskiej "Out of Something" w BWA Awangarda, czyli unikatowa na skalę ogólnokrajową prezentacja urban artu. Warto też pamiętać o wizytach w BWA Design (w roku 2011 m.in. świetna wystawa Ewy Kuryluk) oraz w Entropii. W malutkiej galerii przy Rzeźniczej udaje się często obejrzeć rzeczy zapadające w pamięć, jak ostatnio obrazy Ewy Harabasz, łączącej barokowe malarstwo Caravaggia z przekazem współczesnych nam mediów. W mieszczącej się w ratuszu Galerii Patio Muzeum Miejskiego szanse na pokazanie własnych talentów zdobyli młodzi artyści pochodzący ze stolicy Dolnego Śląska. Patio Młodych to świetna inicjatywa, choć wystawianej tu właśnie Ance Mierzejewskiej należałaby się dużo większa ekspozycja. Na szczególne wyróżnienie w 2011 roku zasłużyło Wro Art Center, przestrzeń spotkań z najnowszą sztuką mediów. Biennale Wro było już tradycyjnym sukcesem, ale o wszystkich wystawach przy ul. Widok dałoby się powiedzieć to samo. Aktualnie zachwycają przepiękne, klimatyczne obiekty medialne Izabelli Gustowskiej.

Godne uwagi i emocji wieczory muzyczne odbywają się już nie jedynie co piątek w Filharmonii Wrocławskiej. I wcale nie zaproszeni artyści z zewnątrz zdają się najbardziej interesujący. Wrocław dorobił się kilku zespołów na wysokim poziomie. To już nie tylko odmłodzone tutti symfoniczne, ale też chwalony wszędzie chór, kameraliści z Leopoldinum, Wrocławska Orkiestra Barokowa, Lutosławski Quartet. Niemal każdy występ, a zwłaszcza nagranie, staje się wydarzeniem. Szkoda, że tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans przemknął bez głośnego echa. Winny temu był pomysł organizacji imprezy w trzy kolejne weekendy zamiast tygodniowej kumulacji, jak bywało wcześniej. Operze Wrocławskiej średnio wyszły tegoroczne superprodukcje. Ani "Turandot" na Stadionie Olimpijskim, ani "Kniaź Igor" w Hali Stulecia nie zaimponowały artystycznym rozmachem, lecz zirytowały rozmachem na siłę. Głosowo przeciętne, niezbyt widowiskowe spektakle przyciągnęły widzów, którzy, niestety, wychodzili zawiedzeni. Na czerwcowy "Bal maskowy" pewnie przyjdą, ale jeśli i ten nie wypali, kolejne tytuły megaprodukowane mogą ponieść również frekwencyjną porażkę. Za to w domowym budynku przy Świdnickiej zawsze warto złożyć wizytę, bo poziom spektakli nie słabnie. "Don Giovanni" i "Pułapka" to najmocniejsze tegoroczne premiery operowe. Warto wspomnieć także o albumie naszego gitarowego wirtuoza Krzysztofa Pełecha, który zrealizował swoje marzenie, wydając płytę z koncertami. Przy Vivaldim towarzyszy mu Amadeus Agnieszki Duczmal, a w tytułowym "Concierto de Aranjuez" Joaquina Rodrigo sam Antoni Wit i orkiestra Filharmonii Narodowej.

Wrocławski rynek literacki trzyma się nieźle, choć do Warszawy czy Krakowa w tej dziedzinie nam jednak daleko. Zjawiskiem jest literatura czeska i słowacka wydawana przez zafascynowananych tematem młodych wrocławian. W wakacje mogliśmy na dodatek uczestniczyć w miesięcznym festiwalu spotkań autorskich z twórcami z Polski, Czech i Słowacji. O rewelacyjnej biografii Broniewskiego pióra Mariusza Urbanka napiszę osobno, tu chcę przypomnieć spełniony debiut maturzystki 2011 Sary Antczak. Jej napisana z Aleksandrem Małeckim powieść "Wolny i De Klesz" zwiastuje nowy talent, zajmuje fabułą (młody nauczyciel zaczyna pracę w szkole od wychowawstwa w trudnej klasie). Czekam na powstałą już podobno kontynuację. Trochę żał, że po Roku Różewicza zostanie nam jedynie jedno naprawdę istotne wydawnictwo, zbiór wywiadów "Wbrew sobie" ("Margines, ale" ukazał się jeszcze w 2010). 90. jubileusz takiego artysty warto by uczcić zdecydowanie bardziej okazale. Rozrzucony festiwal teatralny, album zdjęć i reprint "Kartoteki"... - mało! Za to zabłysło w 2011 światło dla Tymoteusza Karpowicza. Jest już pierwszy tom Dzieł zebranych poety niesłusznie zapominanego. Przyda się nowemu pokoleniu, które zaczyna mylić Karpowicza z Kasprowiczem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Wednesday, December 21, 2011

JAMES BOND. SZPIEG, KTÓREGO KOCHAMY



Kochamy, kochamy, choć informacja o kontrakcie z Danielem Craigiem na 8 filmów raczej smuci. Craig nie jest najlepszym Bondem, nie jest nawet Bondem z podium wykonawców tej roli. Dwa ostatnie filmy serii były takie sobie, może najnowszy odcinek coś przełamie. Mimo przeciętnych scenariuszy sprzedały się świetnie, więc pewnie producenci uwierzyli w magię Craiga. To znakomity aktor, lecz Bond... przyzwoity. Za to najnowsza polska książka dotycząca filmowego serialu o przygodach 007 - PRZEDNIA! Dla tych, którzy chcą poznać kulisy powstawania kolejnych części - lektura obowiązkowa! Poniżej wywiad z autorem, Michałem Grześkiem:

Tuesday, December 20, 2011

KRYZYSOWE ZŁOTKA


A teraz z innej beczki.

W 2003 roku polskie siatkarki zdobyły mistrzostwo Europy, powtórzone po dwóch latach. Potem jeszcze dwukrotnie znalazła się nasza żeńska reprezentacja w najlepszej czwórce tej imprezy. Zdaje się jednak, że brązowy medal turnieju rozgrywanego w Polsce w 2009 to ostatni taki sukces w narodowej kobiecej siatkówce na lata. Przy podejściu, jakie prezentuje część zawodniczek, dzięki nadaktywności działaczy zmieniających trenerów jak Wlazły skarpetki, przy braku zdrowych relacji między kadrą a klubami trudno o optymizm.

Zaczęło się od kłopotów Andrzeja Niemczyka z samym sobą, później było już tylko gorzej. Nigdy nie udało się polskim zawodniczkom osiągnąć czegokolwiek istotnego na arenie światowej, co udawało się porównywalnym z nimi Holenderkom, Serbkom czy Niemkom. Złotka przegrywały na mistrzostwach świata najważniejsze mecze, World Grand Prix sztaby szkoleniowe zwykle odpuszczały, traktując ten ważny dla rankingu i prestiżu turniej ćwiczeniowo, jako inwestycję na przyszłość. Jaką przyszłość? Szczyt głupoty odbył się w tym roku, kiedy w trakcie przygotowań wymieniono Jerzego Matlaka na Alojzego Świderka, wcześniej pozwalając kluczowym siatkarkom na przerwę od reprezentacji. W momencie, gdy ważą się losy udziału Polek w igrzyskach olimpijskich.  Osobiście nie wierzę w awans z kwalifikacji kontynentalnych, bo trzeba by je wygrać (tylko jedna drużyna jedzie do Londynu), pokonać Rosję i inne, mocniejsze dziś od polskiej, ekipy. Nie widzę też wystarczającego zapału u naszych zawodniczek, może dlatego, że kobieca drużyna jest dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej tą mniej wartą pieniędzy i zainteresowania.

Konflikt Matlaka z Katarzyną Skowrońską-Dolatą odbił się w bieżącym sezonie czkawką, ponieważ trener nie mógł skorzystać ani z narzekającej na urazy Joanny Kaczor, ani z chybotliwej fizycznie Anny Barańskiej-Werblińskiej. Wezwany za pięć dwunasta Alojzy Świderek próbował przestawić schematyczną grę przetrzebionej drużyny na styl nowocześniejszy, szybszy, w ciągu zaledwie kilku tygodni. Zdało się to na nic, bo drużyna przegrała World Grand Prix tak frajersko jak jeszcze nigdy. Do dziś nie mogę pojąć, jak, przy najłatwiejszym losowaniu w historii, można było nie wejść do finału WGP (nawet mimo kadrowych kłopotów). Wystarczyło zwyciężyć w jednym z dwóch meczów z Dominikaną. Może jednak zmiany odbyły się za szybko? Kontuzje Barańskiej, Kaczor, Katarzyny Gajgał, kompletnie niezrozumiała postawa Marioli Zenik czy Małgorzaty Glinki obnażyły słabość polskiej siatkówki kobiecej.

Tak dalej być nie może, że w najważniejszym okresie w wyjściowym składzie brakuje tylu podstawowych reprezentantek. Trzeba się wreszcie zastanowić, skąd te częstsze niż w innych zespołach narodowych urazy, a przede wszystkim zmienić mentalność gwiazdorek. Dlaczego wszystkie najlepsze drużyny świata przez lata grają w identycznych składach, rozsądnie i systematycznie odświeżanych, a my musimy co sezon klecić nowy team? Ktoś chce odpocząć w najgorszym z możliwych momentów, a w efekcie, najprawdopodobniej, nikt nie pojedzie na igrzyska, bo na igrzyskach Polska nie wystąpi. Wzorem niech tu będzie Angelina Grün, której gra, a nawet sama obecność w zespole pomogły Niemkom w idealnej chwili, podczas mistrzostw Europy i w czasie Pucharu Świata. Także dzięki temu utalentowane Niemki (prowadzone od 2006 roku - ! – przez Giovanniego Guidettiego) wypaliły wtedy, kiedy powinny i na Londyn mają zdecydowanie lepsze widoki niż dołujące w rankingu Polki, bez szans na interkontynentalny turniej ostatniej szansy.

Awans do igrzysk z pierwszego miejsca w majowych zawodach w Stambule byłby cudem, podobnym do złotego medalu wywalczonego w 2003 roku, również w Turcji. Jeśli się nie zdarzy, będzie to rzeczywisty początek końca wspaniałej fali popularności żeńskiej siatkówki w Polsce. Aby wzbudzić kolejną, potrzeba będzie następnego sukcesu, o który powalczą, mam nadzieję, nowe, bardziej zaangażowane w sport siatkarki z trenerem na lata, nie miesiące, oraz działacze z głową, nie tylko uśmiechem. 

Gdzie ich szukać?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI      

Monday, December 19, 2011

PUŁAPKA (Opera Wrocławska)


Na światową prapremierę „Pułapki” Tadeusza Różewicza zaprosiła nas ostatnio Opera Wrocławska. Utwór zamówiło u kompozytora Zygmunta Krauzego miasto Wrocław, ten opracował także libretto (wraz z Grzegorzem Jarzyną). I co? I jak? – pytali mnie po premierze znajomi. Mam nadzieję, że poszli na przedstawienie niedzielne (ja widziałem sobotnie), bo kolejny spektakl zaplanowano na 22 stycznia, a potem dopiero 6 marca. Wolę polecać po obejrzeniu spektaklu. Kiedy miesiąc temu zachęcałem (sam zachęcony poprzez rozmowy z artystami) do wizyty w Hali Stulecia, by poobcować z „Kniaziem Igorem”, przedstawienia jeszcze nie widziałem. I odbierałem zażalenia, bo tzw. megaprodukcja okazała się statycznym przeglądem Borodinowych wojsk muzycznych zamiast widowiskiem przez wielkie W. Cóż za przyjemność spoglądać z oddalonego sektora na malutkie ludziki spacerujące po scenie i przemarsz kilkunastu koni. Dla samej muzyki?

Na szczęście „Pułapkę” przygotowano we wspaniałym gmachu macierzystym przy Świdnickiej. Cenię tę sztukę nie tylko za intelektualną i emocjonalną pojemność, także za formę. I właśnie ta forma stała się kluczem do operowego sukcesu dramatu, z powodzeniem wystawianego w teatrach (jest m.in. znakomita wersja Gabriela Gietzky’ego na afiszu wrocławskiego Współczesnego). Muzyka Zygmunta Krauzego udanie podkreśla groteskową nieprzystawalność postaci do sytuacji, w jakie złapał je czas i złudzenia. Korzystając z webernowskiego motywu, kompozytor zadziałał jak animator rytmu istnienia bohaterów w pułapce dziejów, społecznych stereotypów, męsko-damsko-rodzinnych relacji pozornych, indywidualnych tęsknot-potrzeb. Osoby tego dramatu zachowują się jak uczestnicy balu manekinów, co konwencja operowa idealnie oddaje. Nienaturalny śpiew doskonale pasuje do „epopei bycia nie na miejscu”, jak o Różewiczowej „Pułapce” pisano.

Nie byłoby zwycięstwa tego spektaklu bez Eweliny Pietrowiak. Większość widzów w kuluarowych rozmowach wychwalało pracę młodej reżyserki. Słusznie. To ona znalazła sposób na spięcie scenicznych elementów w całość. Na tyle, na ile pozwala operowa maszyneria, zdynamizowała akcję, harmonijnie używając mechanizmów, multimediów, a zwłaszcza aktorskich talentów drzemiących w wokalistach, nie zawsze mających szanse na przebudzenie. Tutaj wykazują się wszyscy, i jako amanci (amantki) z błyskotliwie wplecionej stylistyki starego kina, i jako bohaterowie tragedii z Holocaustem w tle. Jedyna mówiona scena przedstawienia (bardzo dobra!) dotyczy właśnie nazistowskiej grozy zagłady. Wokalnie i aktorsko świetny jest Mariusz Godlewski w trudnej roli Franza, wysokie loty (również w obu kategoriach) zalicza Joanna Moskowicz (Felicja). Ich zwiewny, melodyjny duet w sklepie z meblami to zaskakująca ozdoba spektaklu. Na gromkie uznanie zasłużył Wiktor Gorelikow jako żałośniejący patriarcha rodziny. Rola Ojca bywa najmocniejszą stroną teatralnych „Pułapek”, w operowej również należy do najlepszych. Zwracają uwagę Jacek Jaskuła (Max), Katarzyna Haras (Greta), Aleksandra Kubas (Ottla), ładnie się pokazuje Marek Łykowski, czyli Franz mały. Orkiestra czasem gra za głośno, przez co nie słychać fragmentów śpiewu (są napisy), ale trzeba przyznać, że Tomasz Szreder wykonuje naprawdę dużą pracę, by utrzymywać rytmiczne napięcia. W scenie snu niepotrzebnie mały Franz krzyczy na obudzenie (wystarczyłby wrzask dorosłego), dialog Grety z Maksem nazbyt się dłuży, co z kolei osłabia emocje ostatniej sceny (spotkanie Franza z Ojcem), ale finał robi wrażenie, dzięki reżyserce, kompozytorowi, dzięki autorowi tekstu, który w operze obronił się imponująco.

Obserwując to, co Ewelina Pietrowiak wyprawia ze współczesnymi utworami operowymi, jak inspiruje śpiewaków do aktorstwa, wzbiera we mnie chęć do obejrzenia klasyki w jej realizacji. Świeże spojrzenie reżyserki zaczynającej szefować artystycznie teatrowi im. Horzycy w Tarnowie bardzo by się przydało choćby „Kniaziowi Igorowi”. A poza tym, szkoda byłoby wykorzystywać taki talent jedynie do produkcji współczesnych, które mogą się zdarzać (zwykle dzięki publicznym mecenasom), mogą się nie ziszczać, choćby z powodu kryzysu. Z opery pt. „Pułapka” wyszedł pełnoprawny teatralny spektakl, poważny kandydat zarówno do Wrocławskiej Nagrody Muzycznej, co Teatralnej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................
Zygmunt Krauze PUŁAPKA, libretto wg dramatu Tadeusza Różewicza G. Jarzyna, Z. Krauze, scen. i reż. E. Pietrowiak, prapremiera w Operze Wrocławskiej, 17.12.2011

Saturday, December 10, 2011

BALLA, BALABAN, RUDIŠ – Czesi rządzą


Zdaje się, że czeska literatura po polsku to już zjawisko społeczne lub raczej społecznościowe. Coraz więcej się wydaje, poznajemy zupełnie nowych pisarzy, a przy okazji zwiedzamy typowe i nietypowe przestrzenie czeskiej (i słowackiej) duszy. Sygnał dał Mariusz Szczygieł bestsellerowym, również nad Wełtawą, „Gottlandem” i poszło. W forpoczcie znalazł się jeszcze Mariusz Surosz ze swoimi „Pepikami”, Jolanta Piątek i jej „Obrazki z Czech” oraz kolejna gawęda Szczygła pt. „Zrób sobie raj”. Dzięki tym tytułom weszliśmy pod sąsiedzką skórę, zawierając znajomość z często dziwacznymi mieszkańcami specyficznego lądu. Potem przyszedł czas na przyjaźnie bliższe. Wydawnictwo Atut osiągnęło sukces, wydając powieści Radki Denemarkowej i Oty Filipa, a także nagradzane Magesią Literą książki Violi Fischerowej. Teraz możemy literacko spotkać się z Jaroslavem Rudišem, Janem Balabánem, Vladimirem Ballą. Między innymi. Co ciekawe (i dziejowo naturalne), wśród wydawców nowej literatury z na-południa-od-Polski prawie sami Wrocławianie.

„Grandhotel” Rudiša promuje się sloganem o czeskim Forreście Gumpie. Bohater tej powieści to trzydziestoletni odmieniec Fleischman (179 cm wzrostu, 73 kg wagi), fascynat pogodowych zmienności, sierota, wieczne dziecko, pod-pracownik hotelu na szczycie góry Ještěd w pogranicznym Libercu (1012 m n.p.m.). Kiedy się urodził wraz z dziesiątką innych niemowlaków, „jedenastu świeżo upieczonych ojców (...) wyruszyło zapić swoje wielkie szczęście, o którym myśleli, że potrwa całą wieczność. Wrócili późno w nocy w uwalanych garniturach z tesilu i z rozmazaną szminką na policzkach”. Zwyczajny małomiasteczkowy obrazek, jakich tutaj wiele. Jednakże jest w dynamicznej, napisanej lekko i krótko, książce urodzonego w Turnovie Rudiša (o rok starszego od Fleischmana) coś wdzięcznie ujmującego: marzenie o chmurach, o lepszym świecie, realizowane bez pompy, mimochodem, mimo zdarzeń. Gdy w finale bohater unosi się w balonie z gderliwym opiekunem-kumplem w przestworza, czujemy uwolnienie. Od codzienności, od historii. Każdy ma własną wizję hepilajfu, Fleischman swoją spełnia.

Postaci serii układających się w spójną opowieść nowel nieżyjącego od roku Jana Balabána wędrują przez ostrawski świat bez marzenia. Starają się wprawdzie uchronić resztkę nadziei, wiary, skoro miłości zatrzymać się nie da, lecz wpadają w sidła melancholii i rozpadu. Tę prozę smutnego realizmu nagrodzono w Czechach tamtejszą Nike dwukrotnie, jako Książkę Roku i Książkę Dziesięciolecia. Polskiego czytelnika podobny wybór musi zaskoczyć, bo stereotypowo czeska literatura kojarzy się z uśmiechem i dystansem. Takich luzaków-artystów opisuje na przykład Szczygieł. A to przecież nie tak, zwykle nie tak. Balabán nie wyszukuje osobliwości, nie buduje mitu, pisze jak jest, z poetycką nadwrażliwością i oceanicznym współodczuciem. O tym, że żona z mężem ledwo razem wytrzymują, o tym, że drobiazg potrafi zatruć najpiękniejszą chwilę. Sam pisarz określa swoich bohaterów zdaniem: „To normalni ludzie, którzy przegrali, ale jeszcze się nie rozbili”. Ludzie wierzący. Tacy właśnie są także Czesi.

I Słowacy. Mieszkający i pracujący jako urzędnik w 40-tysięcznej miejscowości Nové Zámky Vladimir Balla tworzy wyłącznie opowiadania. Ich motorem jest obserwacja życia, płynącego obok zanurzonego w życiu, ale osobnego autora-samotnika. Obserwuje z zaciekawieniem i obawą, że „coś się nagle okaże o świecie, w którym żyjemy, a zwłaszcza o nas”. Murarz z noweli „Obcy” nie chce spojrzeć w lustro, czyżby z lęku przed pewną ostatecznością? Mężczyźnie ze „Stosunku” brakuje końcowej ochoty-odwagi, by zagadać do kobiety, wybiera autsajderyzm, nie taki wcale najgorszy sposób na siebie. Sceptycyzm, nuda, zgorzknienie biorą się z życiowego „koszmarnego bagażu”, nie zwalczymy ich nigdy, możemy je wypisać, wyrazić, wyczytać, upuszczając sobie złej krwi.

I już, i tyle.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................
Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL, przeł. K. Dudzic, Good Books, 2011
Jan Balabán MOŻLIWE, ŻE ODCHODZIMY / WAKACJE, przeł. J. Różewicz, Afera, 2011
Balla ŚWIADEK, przeł. J. Bukowski, Biuro Literackie, 2011

Tuesday, December 6, 2011

Angelus 2011 (reportaż)

Do posłuchania relacja z gali i kilka pytań (z odpowiedziami) na temat formuły Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus:

Sunday, December 4, 2011

BLANCHE I MARIE (Teatr Polski we Wrocławiu)


Najlepsza (według krytyków zapytanych przez miesięcznik Teatr) scena w Polsce często oddaje ostatnio swoje deski w ręce debiutantów lub reżyserów najmłodszego pokolenia. Nie zawsze z pełnym sukcesem, ale po udanym „Farinellim” Łukasza Twarkowskiego, który z Bartoszem Porczykiem stworzył teatr na poziomie off-broadwayowskim, udała się również pierwsza realizacja Cezaremu Iberowi.

Jeśli widz zna historię histerycznych widowisk profesora Charcota, początki psychoanalizy Freuda i mroczną legendę kliniki w Salpetriere, przez pierwszą godzinę przedstawienia może słyszeć, zbyt uważnie nie słuchając, bo jest to raczej okraszone kilkoma towarzyszącymi filmami czytanie tekstu niż inscenizacja. Poznajemy psychoanalizonarracyjny kwartet, dowiadujemy się, kto pełni w nim jaką rolę, na pierwszy plan wysuwa się postać Blanche (bardzo dobra w fizycznie niełatwym wcieleniu Anna Ilczuk), czyli asystentka i przyjaciółka Marii Skłodowskiej-Curie, wcześniej najsłynniejsza pacjentka niesławnego szpitala. Iber zaproponował konwencję wspólnotowego seansu prowadzonego przez Freuda (Michał Opaliński), lecz nie potrafił, wraz z aktorami, wprowadzić publiczność w stan podwyższonego zainteresowania, nie mówiąc o teatralnej hipnozie. Zbyt dużo tu słów wprost, za wiele relacji, spowiedzi, gadania, za mało czegoś więcej.

Owszem, budzi szacunek debiutancka oszczędność (także scenograficzna), ale przydałoby się trochę tego, co decyduje o atrakcyjności przekazu, chciałoby się liczniejszych dialogów zamiast monotyrad. Zatem dopiero druga część „Blanche i Marie”, mniej więcej od wizyty Jane Avril-Haliny Rasiakówny (jak ona to robi, że z dwugodzinnego spektaklu tak mocno pamięta się jej krótki epizod?), robi wrażenie. Głos zabiera zakochana w żonatym mężczyźnie Maria (umiejętnie wyważona Marta Zięba), dochodzi do siostrzanych zapasów, Charcot (Wiesław Cichy) staje się Prosperem, biało-czarna stylistyka tego, co widać ustępuje pola rumieńcom tego, czego nie zauważymy oczami ani nie usłyszymy przez uszy.

Mniej eseju, więcej teatru, a debiut Ibera byłby bezdyskusyjnym wydarzeniem, bo w treści nie odkrywamy niczego nowego. Ludzką, kobiecą stronę noblistki znamy przecież nie od 2011, czyli Roku Skłodowskiej-Curie, a jej szczerze w końcu wyartykułowana wśród serii uników pochwała pierwiastka miłości jest może i dobrą, lecz nieolśniewającą nowiną.

Z Ibera będą ludzie, proszę to zapamiętać, oglądając ten niedoskonały, subtelny, nieźle zagrany spektakl.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Per Olov Enquist BLANCHE I MARIE, reż. C. Iber, Teatr Polski we Wrocławiu, 4.12.2011

Friday, December 2, 2011

Czy Angelus ma sens?

Czy Angelus (w takiej formule) ma sens?

Takie pytanie kołacze się nie tylko w mojej głowie od pewnego czasu i wyjawia swoje istnienie w kuluarowych dyskusjach podczas autorskich spotkań w tzw. Salonie Angelusa. Już po raz szósty uczestniczą w nich czytelnicy różnych pokoleń, mniej lub bardziej licznie, bywa, że zaglądnie tu jakiś krytyk (rzadko) czy juror (w tym roku widziałem dwóch). Autorzy z zagranicy i tak się dziwią frekwencji, autorzy z Polski mają największe wzięcie (jak choćby teraz Wojciech Tochman). Więc skąd otwierające pytanie egzystencjalne?

1. Bo to jest nagroda jednak mało wyrazista. Ograniczanie się do obszaru (bardzo zresztą obszernego) tzw. Europy Środkowej wydaje się niejasne i naciągane. Od Albanii do Ukrainy, przez Austrię, Niemcy, ale już nie Francję ani Belgię czy Szwajcarię. Publiczność tego nie chwyta, więc, w konsekwencji, nie ma na przykład zainteresowania telewizji (choć kiedyś było). A gale Angelusa, w porównaniu do innych imprez literackich, to światowa ekstraklasa.

2. Bo książki zgłaszane przez wydawców, a później wybierane przez dziesiątkę jurorów do półfinałowej czternastki i finałowej siódemki opowiadają przede wszystkim o jednym: ludzkim losie w wichrach historii. W finale 2011 nie ma propozycji, która by taki schemat przełamała.

3. Bo dotąd nawet wrocławianie nie mają pojęcia, kto dostał nominacje (i za co), a nawet kto zwyciężył. Nagroda Nike (a także wyróżnienie przyznawane w Gdyni) wygrywa w zawodach na uwagę, co Angelusowi coraz mocniej doskwiera.

Więc może lepiej zainwestować te 150 tysięcy dla pisarza/pisarki plus 20 tysięcy złotych dla tłumacza/tłumaczki bardziej spektakularnie i konkretnie? Czyli poszerzyć zakres do całej Europy, skoro Wrocław to Europejska Stolica Kultury 2016. Przy takim założeniu promowanie Angelusa byłoby już czystą formalnością, bo nagroda zyskałaby na prestiżu, porzucając prowincjonalizujące geograficzne limity. A wtedy łatwiej mogliby wydawcy skłonić autorów/autorki do pojawienia się w komplecie na gali, co dziś się nie zdarza (w tym roku brakuje dwojga). To ciągle będzie polska nagroda (dla książki opublikowanej po polsku), a równocześnie europejska, swoiste mistrzostwa Europy w konkurencji powieść (z czasem nie tylko powieść).

I myślę, że nie ma na co czekać. Do 2016 roku nowy Angelus zdążyłby okrzepnąć, będąc koronnym punktem eurostołecznych imprez kulturalnych.

A regulamin i tak trzeba zmienić, bo punkt 1 pierwszego paragrafu mówi o współorganizacji konkursu z "Dziennikiem" (takiej gazety już nie ma), bo punkt 2 paragrafu czwartego błędnie podaje kwotę nagrody dla tłumacza (to 20, nie 10 tysięcy złotych), współfinansowanej przez wałbrzyską PWSZ im. Angelusa Silesiusa (o czym informacji w regulaminie zamieszczonym na oficjalnej stronie www.angelus.com.pl 3 grudnia 2011 nie ma).
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

PS
Tegorocznego Angelusa zdobyła Swietłana Aleksijewicz i tłumacz jej książki pt. WOJNA NIE MA W SOBIE NIC Z KOBIETY Jerzy Czech.

Monday, November 21, 2011

FRANKENSTEIN (Teatr Muzyczny Capitol)


Po przedpremierowym spektaklu FRANKENSTEINA Teatru Muzycznego Capitol wrażenia do posłuchania poniżej. Jednym zdaniem: F jak Finezja!


...........................
FRANKENSTEIN wg powieści M. Shelley, scenariusz i reżyseria Wojciech Kościelniak, muz. Piotr Dziubek, teksty piosenek Rafał Dziwisz, scenografia Damian Styrna, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 20.11.2011

Friday, November 18, 2011

Angelus 2011, cz. 1


3 grudnia we Wrocławiu poznamy szóstego zwycięzcę Angelusa, nagrody przyznawanej najlepszej wydanej po polsku powieści środkowoeuropejskiej. W finałowej siódemce została jedna książka polska, z siedmiu, które nominowano do półfinałowej czternastki. Można ten werdykt jurorów uznać za rozczarowanie, ale można też wnioskować o przeciętności naszej literatury współczesnej, zwłaszcza w zestawieniu z sąsiednimi, Ukraińcami, Białorusinami czy Niemcami. Węgrzy wygrywali Angelusa już dwukrotnie, Polacy jeszcze nigdy. I tym razem też się na to nie zanosi.

Polski jedynak, czyli literacki reportaż Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” to rzecz wstrząsająca, opowiadająca o ludobójstwie, jakie miało miejsce w Rwandzie w 1994 roku. Tochman wraca do tamtych wydarzeń jako przybysz z dalekiego kraju, w którym strach, nienawiść, szczucie jednych przeciw drugim zdarzyło się dużo wcześniej, ale przez lata przemilczane, niezagojone rany dały o sobie dużo później. Do dziś pogromy w Jedwabnem czy Kielcach budzą społeczne upiory. W Rwandzie Hutu mordowali Tutsi, kilkunastoprocentową mniejszość. Polski reporter nie zawiązuje porównań wprost, lecz trudno im się oprzeć, czytając tę trudną w odbiorze, jeszcze jedną niezbędną relację o ludziach, co zgotowali ludziom los straszliwy. Byli wprawdzie i tacy wśród Hutu, którzy ukrywali Tutsi, jak pisze Tochman, ale symbolem tamtej wojny domowej pozostaje przede wszystkim „trzask rozłupywanej maczetą głowy”, brzmiący jak „trzask rozłupywanej kapusty”.

Wojna uobecnia się również w białoruskiej książce, trudno ją nazwać powieścią, Swietłany Aleksijewicz pt. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Tu znów przeważa relacja reporterska. II wojnę światową widzimy oczami kobiet, odzwierciedloną w ich pojedynczych biografiach. Nie jest to obraz heroiczny, nie jest to też temat nowy w krajach dawnego Związku Radzieckiego. W latach 70., na przykład, do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego nominowany był dramat „Tak tu cicho o zmierzchu”, na podstawie powieści Borysa Wasiljewa. Czym zdobywa czytelnika Aleksijewicz? Dotarciem do kobiecej intymności, niedostępnej mężczyznom. Jedna z bohaterek, sanitariuszka, mówi o swoim uczuciu do dowódcy batalionu, uczuciu i dziecku, które z tym mężczyzną ma. Po wojnie on wrócił do żony i innych dzieci, ona została bez żadnej pomocy, żadnego kontaktu, wychowała córkę sama. I wyznaje: "Zostawił mi na pamiątkę swoje zdjęcie. A ja nie chciałam, żeby wojna się skończyła". Wojna się, oczywiście, skończyła, skończyła się i jego miłość. Ale kobieta całe życie kocha, tamtą wojnę i tamto uczucie. O takich historiach niewiele się mówiło i pisało przez tych kilkadziesiąt lat od 1945 roku, a było ich mnóstwo.

To, że Aleksijewicz jest Białorusinką, nie ma w kontekście jej książki znaczenia, ale „Miasto ryb” drugiej w finale pisarki z Białorusi Natalki Babiny to już powieść mocno z krajem Łukaszenki związana. Babina jest dziennikarką niezależnej gazety, chociaż na ostatniej stronie okładki umieszcza zdanie: „Ta książka nie jest o Łukaszence!". Czegoś się jednak od Babiny można dowiedzieć o współczesnej Białorusi, mimo że akcja dzieje się w roku 2012... Między innymi tego, jak zadziwiająco podobny to kraj do innych, z galopującą ostatnio inflacją, lecz ludźmi z problemami takimi jak wszędzie. Narratorka Ałła, kobieta doświadczona przez los i nałogi, opowiada własną historię, przy okazji magicznie kopiąc dziury w czasie. Przenosi nas do przeszłości, tej niedalekiej, choćby lat 90., i tej zamierzchłej, kiedy Brześć był częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego. Książkowe Dobratycze to rodzinna wieś autorki Zakazanka, od zapomnianego dziś zakazu, jaki podobno wydał mieszkańcom w XVI wieku Sapieha. Styl tej powieści niewątpliwie zadziwia, humorem, dystansem, dynamiką, oryginalnym skrzyżowaniem Joanny Chmielewskiej, Jurija Andruchowycza z odrobiną Bułhakowa.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Angelus 2011

Angelus 2011, cz. 2

„Słodka Darusia” Marii Matios to najskromniejsza objętościowo książka w angelusowym finale 2011, ale też kto wie czy nie najpopularniejsza, w swoim kraju. Bo w 2005 roku nagrodzono ją najważniejszą ukraińską nagrodą literacką (im. Tarasa Szewczenki), zdobyła też m.in. miano najpoczytniejszej książki 2007 roku. Co takiego w niej jest, że nakład kilku wydań to ponad 100 tysięcy? Nie mamy przecież do czynienia z żadnym czytadłem, Matios nie można nazwać ukraińską Grocholą, zwłaszcza że „Słodką Darusię” już wciągnięto na listę lektur szkolnych. Niełatwo odpowiedzieć. Autorka jest wykształconą filologicznie zawodową pisarką, najpłodniejszą podobno na Ukrainie, hucułką z pochodzenia (nawet na oficjalnej stronie internetowej pokazuje się na fotografii w bluzce wyhaftowanej ludowymi motywami). Jej książka ma klimat ludowej bajki, prostej, niesłodzonej, więc i wiarygodnej, w treści jest bardzo konkretna. Nie czytamy tej powieści jako opowieści egzotycznej, bo wieś Czeremoszne to wieś symboliczna, przechodząca w historii przez władzę sowietów, Rumunów, Niemców, zapatrzona na „tamten brzeg”, gdzie „panowali Polacy”. I trudno mówić o wspólnocie mieszkańców w obliczu komunizmu, wywózek na Sybir, walk UPA. Autorka mówi, że to rzecz o „buciorach historii stąpających po ludzkim losie”, dodając: „swoim cienkim głosem próbuję uzupełniać te badania ludzkiego losu. Dlaczego przeszłość jest dla mnie taka ważna? Dlatego, że w przeszłości zakodowane są znaki, które umożliwią nam większy postęp w przyszłości”. Łatwo się dać „Słodkiej Darusi” uwieść (główna bohaterka jest niemą dziewczyną, którą rozumie tylko obcy przybłęda Iwan), łatwo też wskazać tradycję, z jakiej się ta książka wywodzi. W Polsce pisywało się kiedyś takie powieści, teraz, gdyby podobna u nas wyszła, pewnie by się krytycy nie spisali.

A Jenny Erpenbeck „Klucz do ogrodu”? Tytuł sugerowałby jakieś powiązanie z „Tajemniczym ogrodem” i choć to trop mylny, tajemnica w tej książce tkwi, bo tkwi ona w historii, historii Niemiec, skojarzonej z dziejami nie tylko Niemców. Co ciekawe, oryginalny tytuł brzmi „Heimsuchung”, co oznacza klęskę, plagę, ciężką próbę, także wizytę. Czy wyroki losu zwalniają od odpowiedzialności za czyny? Czy człowiek ma jakieś narzędzie obrony przed wyrokami historii? Takie pytania pojawiają się w głowie czytelnika przeżywającego fragmenty biografii różnych mieszkańców domu nad Morzem Brandenburskim. Tłumaczona na 10 języków niemiecka autorka, reżyserka, dramaturg nie komentuje, nie ułatwia zadania, także stylistycznie, nie wszystko jest jasne od razu. Sołtys i jego nieszczęśliwe córki, małżeństwo Żydów, architekt nazistów, żołnierze Armii Czerwonej - każdy z mieszkańców zostawia w domu część siebie (jak my wszyscy w przestrzeniach, w których mieszkamy), a jednak dom nie staje się coraz wspanialszy, lecz z czasem niszczeje. Jedyna ponadczasowa postać to tutaj ogrodnik, czyli natura, chociaż może rzeczywistym bohaterem tej poetyckiej powieści jest czas, zwyczajna kolej rzeczy po burzy niezwykłych zdarzeń.

Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita", 552 strony. O czym, o kim? O nas, poprzez perspektywę wieku osiemnastego, Europy chaotycznej, wojennej, kiedy pielgrzymowanie było prawdziwym przejawem poszukiwania Boga. Trójkąt głównych postaci tworzą: trzydziestoletnia Katarina, nie do końca już pewny swojej wiary jezuita, austriacki oficer-zwycięzca, ów tytułowy paw. Z prowincjonalnej Słowenii wędrują do katedry w Kolonii, celując w objawienie. To jedyna w tegorocznym angelusowym towarzystwie powieść pełną gębą, romans historyczny z ambicjami. Lubimy taki gatunek, zwłaszcza tak dobrze reprezentowany. Zaś sam Jančar to bardzo uznany słoweński pisarz, przewodnik i wyrocznia dla niektórych. Podczas jednego ze spotkań autorskich, poproszony o porównanie człowieka XVII-wiecznego i współczesnego, powiedział, że „z pewnością nie zmieniły się ludzkie namiętności i lęki”, że „nie jesteśmy dziś lepsi, lecz lepiej maskujemy się i kłamiemy”, a „niebo nad nami jest teraz puste”. Wtedy nie było inaczej.

W tej samej serii Meridian wydawnictwa Pogranicze obok powieści Jančara ukazała się także inna tegoroczna finalistka, czyli „Ślepy ferman” Albańczyka z pochodzenia Ismaila Kadarego, mieszkającego we Francji laureata Man Booker International czy Nagrody Księcia Asturii. To trzy mikropowieści (pierwotnie opublikowane w 1977 i 1984 roku) o piekle zapomnianym przez Europę, o kraju, z którego się ucieka, niepotrafiącym wzbudzić zainteresowania, współczucia, o wyizolowanej ze świata imperialnej (osmańskiej) prowincji. Krajobraz dość przygnębiający. Dominuje zniewolenie, strach przed władzą, czuć dramat historii. I pomiędzy tym wszystkim pisarz, od którego oczekuje się uległości, ale też walki, bo w zawód pisarza tradycyjnie wpisana jest krytyka, działanie heroiczne, potencjał wskazania drogi. Kadare mierzy się z tym problemem w życiu jako ktoś uważany kiedyś za autora lojalnego wobec reżimu. Co może zrobić pisarz? Spisywać, być kronikarzem, niewiele więcej (albańska nazwa kraju, Shqipëria, ma podobno swój źródłosłów w wyrazie shqipoj, czyli „mówić otwarcie, krótko i jasno”). Momentami przypominają się niegdysiejsze polskie dylematy artystów i polska literatura czasów zniewolenia, kiedy pisaliśmy tak, by dać do zrozumienia, bo wprost pisać nie można było.

W „Ślepym fermanie” realia są historyczne, lecz wydarzenia przypowieściowe, wzięte z okrutnej baśni, (która zdarzyła się naprawdę). Jak opowieść o złoocznych ludziach - kozłach ofiarnych władzy, oślepianych dla odwrócenia uwagi, usprawiedliwienia, dla absurdu. U Kadarego nie ma miejsca na Dawida-Albańczyka-zwycięzcę, jest Goliat-Turek. Treścią drugiej z opowieści są dzieje pewnego rodu z Gjirokastry, miasta urodzenia byłego albańskiego prezydenta Hodży, trzecia prezentuje wyszukaną historyczną egzekucję. Czytając (czy też studiując) Kadarego , warto pomyśleć o Albanii dzisiaj, kraju członkowskim NATO, od 2 lat aspirującym do Unii Europejskiej, gdzie akcesję popiera ponad 90 procent obywateli.

Literatura krajów znajdujących się w orbicie Angelusa, takich jak Słowenia, Albania, Białoruś, Ukraina, Niemcy, Polska (by wymienić tylko tegorocznych finalistów) oprócz bycia piękną, potrafi Europę nauczyć, że jesteśmy tacy sami, że wobec czasu, historii, zła mamy identycznie niewiele do obrony, ale też dzięki różnorodności, zrozumieniu odrębności możemy się ze złem historii zmierzyć, nie dopuszczając go do władzy. Do głosu tak, do władzy nie. Na tym, między innymi, polega idea nagrody literackiej Angelus. Która z książek wyda się w tym roku jurorom środkowo-europejsko najpełniejsza, najważniejsza, najlepsza? Nie mam, w tym roku, najbladszego pojęcia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Swietłana Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" /Czarne/ Białoruś, przekład Jerzy Czech
Natalka Babina, "Miasto ryb" /Rebis/ Białoruś, przekład Małgorzata Buchalik
Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu" /W.A.B./ Niemcy, przekład Eliza Borg
Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita" /Pogranicze/ Słowenia, przekład Joanna Pomorska
Ismail Kadare, "Ślepy ferman", /Pogranicze/ Albania, przekład Dorota Horodyska
Maria Matios, "Słodka Darusia" /Wydawnictwo "Andrzej Bihun"/ Ukraina, przekład Anna Korzeniowska-Bihun
Wojciech Tochman, "Dzisiaj narysujemy śmierć" /Czarne/

Saturday, November 5, 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM


Dość osobliwy zestaw przewodzi liście bestsellerów wrocławskiego Empiku. Na miejscu pierwszym Jarosław Kaczyński ze słowem dla fanów, na drugim Małgorzata Gutowska-Adamczyk z „Cukiernią pod Amorem III”. Pierwszego dzieła czytać nie zamierzam, tym bardziej że już po wyborach (choć podobno bywa śmiesznie, gdy autor myli brunetkę z blondynką, czyli Anouk Aimee z Brigitte Bardot, jak mignęło na którymś z portali). Drugiej pozycji byłem ciekawy, bo bardzo chciałbym, by polska literatura najpopularniejsza weszła wreszcie na poziom plus jeden zamiast się zabawiać między zerowym a minusowym. Dlatego uparcie co jakiś czas sprawdzam tę jakość. Na razie wzlotów nie notuję.

„Cukiernia pod Amorem” odstrasza mnie tytułem, ale miejsce numer 2 i trzy nagrody od czytających blogerów wymagają poświęcenia, wzbudzając też lekkie zainteresowanie. Co tam w tej cukierni tak pachnie? Ano niewiele. Nie wyrasta ponad inne kobiece pisanie, nie jest jednak jakimś niewytłumaczalnym zjawiskiem rynkowym. Z pewnością ma swoich odbiorców (odbiorczynie). Adamczyk to doświadczona autorka z powieściami i scenariuszami na koncie, prywatnie żona bardzo zdolnego reżysera Wojciecha Adamczyka. Temu duetowi zawdzięczamy choćby niegłupi rodzinny serial o tacie, któremu syn zadawał trudne pytania inspirowane kwestiami kolegi o imieniu Marcin. Historie Zajezierskich, Hryciów i Cieślaków, tak docenione przez zakupo-czytelników Empiku, mnie nie wciągają, mam wrażenie, że wszystkie je gdzieś już poznałem, od razu ulatują w niepamięć. Nie bierze mnie zagadka, nie fascynują postaci, ani z wieku dziewiętnastego, ani dwudziestego. Treść jest telenowelowa, forma staroświecka. Gutowskiej-Adamczyk daleko do Galsworthy'ego, jeszcze dalej do Jamesa i Dąbrowskiej. Może gdyby autorka zrezygnowała z łopatologicznie wypisanych dat inaugurujących każdy rozdział, dała więcej pola do domysłów czytelnikom, przeplatała wątki z różnych lat bardziej subtelnie, wyszłoby coś więcej niż czytadło. Rozciągnięte do granicy nudy. O wiele ciekawsza okazuje się dużo skromniejsza powieść tej samej pisarki pt. „Mariola, moje krople”. Momentami uroczo prześmiewcza (czasem zbyt uroczo), nieudająca lepszej niż jest. Mamy rok 1981, stan wojenny za progiem. W pewnym miejskim teatrze życie powiatowe. Bimber i komuna, konspira i partia, kolejki i drobnoludzkie zagrywki. Obrazek, ale gdzieś tam podskórnie pełen gorzkiego sentymentu, który smakuje o niebo lepiej od dziejowego zadęcia.

Po „Cukierni pod Amorem” i „Marioli..” dałem się jeszcze ostatnio zaprosić na spotkanie ze „Zwyczajnym facetem”, czyli Małgorzatą Kalicińską piszącą z męskiej perspektywy (premiera była rok temu, a w Merlinie produkt już niedostępny). Główny bohater i narrator całości Wiesiek to ktoś, kto potrafi przekląć, lecz również powiedzieć (w dialogu z kumplem) o swoim wacusiu, którego żona wypieściła przed wyjazdem męża do pracy w Finlandii. Przeglądałem tę książkę zaintrygowany (specjalistka od kobiecego rozlewiska wzięła się za mężczyznę) i zażenowany (bo historyjka zanadto trąci typowym melodramatem). Ale uwaga: Wiesiek znajdzie szczęście w ramionach tej fajnej, tyle że będzie musiał się rozstać z matką własnych dwojga dzieci. Na koniec powie to słynne słowo na k (kocham, żeby nie było wątpliwości). K jak Kalicinska, w jak wacuś, a facet zwyczajny. No nie, jednak dziękujemy. Mimo uznania dla karkołomnego planu wcielenia się mieszkanki domu na Mazurach (tu także się ten nasz cud natury pojawia) w skórę poczciwego Wieśka, miłośnika Pink Floyd i The Who.

Jak widać, zapału autorkom popularnej literatury popularnej nie brakuje, poziomu zero ciągle nie pokonują, ale może kiedyś... Tymczasem cieszę się, iż w Empikowej dziesiątce znalazło się miejsce również dla "Tarantuli" Thierry'ego Jonqueta. Oby z powodu ostatniego filmu Almodovara, a nie reklamowego Banderasa na okładce.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………..
Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM, Nasza Księgarnia, 2011, Małgorzata Kalicińska ZWYCZAJNY FACET, Zysk i s-ka, 2010

Monday, October 24, 2011

Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY


Najpierw cytat (z Juliusza Machulskiego): „Cieszę się, że wreszcie mamy mistrza powieści kryminalnej na europejską miarę. A do tego jego książki świetnie dają się adaptować na film”. I jeszcze jeden (z Andrzeja Wajdy): „Jestem zachwycony, zdumiony. To jest fantastycznie zrobiony film, tak żywo”. Cytat numer trzy to słowa Jerzego Pilcha: „W literaturze polskiej pojawił się nie lada majster: Zygmunt Miłoszewski - pisarz rasowy”. Pierwsza wypowiedź to w połowie czysta racja, w połowie paplanina w uwikłaniu, drugą opinię mógłby usprawiedliwić jedynie kontekst ironiczno-fantastyczny, trzecie zdanie to prawda absolutna.

Zaczynam w ten sposób, bo jestem tuż po obejrzeniu filmu „Uwikłanie” wg scenariusza Machulskiego i Jacka Bromskiego (także reżysera tego haniebnego, serialopodobnego wyrobu kinowego) oraz po około ośmiogodzinnej lekturze „Ziarna prawdy”, najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego, autora bestsellerowego „Uwikłania”. Tamtej, nagradzanej, i tak przez Pilcha podziwianej, powieści wcześniej nie czytałem, jakoś mnie ominęła w rytmie codzienności. Ucieszyłem się więc na film, który właśnie się ukazał na DVD. Macherzy od komercyjnej sieczki, kiedyś zdolni, choć zawsze zbyt kasowi Bromski z Machulskim uczynili jednak Miłoszewskiemu warte prokuratorskiego śledztwa zło. Poważnie: filmowe zbrodnie na literaturze powinno się wreszcie zacząć ścigać z urzędu lub obywatelskiego doniesienia (chętnie napiszę pozew). Bohaterką filmu, niby nakręconego na podstawie „Uwikłania”, jest bowiem niejaka i nijaka Agata Szacka, młoda pani prokurator debiutująca w świecie spraw kryminalnych. Bohater książki to natomiast Teodor Szacki, trzydziestoparoletni prokurator z pewnym męskim pokręceniem jako istotną cechą charakteru, niewielką rodziną (żona Weronika i córka Helcia). Ładna mi adaptacja. Zamiast pierwszej części zapowiadanej na literacką serię opowieści o chropowatym, ale interesującym facecie, Bromski z Machulskim bezwstydnie wypreparowali maślaną papkę z ogranymi w TV aktorami. Na miejscu Miłoszewskiego ledwo bym się powstrzymał od wyciągnięcia przynajmniej pięści. Reżyserzy ze studia Zebra odarli znakomitą powieść z najważniejszego, nie proponując w zamian nic wartościowego. Po jaką cholerę było przebierać stołecznego wygę Teodora Szackiego w fatałachy krakowskiej waćpanny? Bo największy w Europie rynek lepiej się fotografuje? Żeby zadowolić zakochanego w wawelskim grodzie pana Andrzeja Wajdę? Niedźwiedzia przysługa – tak się powinien ten antyfilm nazywać.

Strata niepowetowana, ale trudno. Trzeba z żywymi naprzód. Na szczęście, Miłoszewski wydał kolejną powieść, „Ziarno prawdy”. Zbliżający się do czterdziestki, rozwiedziony Teodor wyjechał do Sandomierza, gdzie od czasu do czasu w samotności pochlipuje za warszawską przeszłością, często spotyka się na seks z piękną, młodą Klarą (zresztą nie tylko) i czeka na godną swojego doświadczenia sprawę. Rytualne zabójstwo małomiejskiej społeczniczki staje się początkiem kilkutygodniowej pogoni za bestią, która morduje z okrucieństwem porównywalnym do domniemanej bezwzględności Żydów z katedralnego obrazu de Prevosta. W tle współczesnych wydarzeń (kwiecień - a jakże, rok 2009) mamy zatem historię relacji polsko-żydowskich, prawd, półprawd, kłamstw i zabobonów. Sandomierz rzeczywiście był w XVII wieku miejscem procesów o mordy rytualne. W przeważnie niewymuszony sposób wykłada Miłoszewski w dialogach fragmenty wiedzy na temat na Ż. Kielce przecież niedaleko, pojawia się motyw powojennej esbecji, nazwiska Bolesława Piaseckiego, Salomona Morela, ale też Szymona Wiesenthala. Autor stara się na marginesie rozwiązywania kryminalnej zagadki wyjaśnić tzw. polski antysemityzm, zracjonalizować traumy jednych i drugich, potępiając wydzielające się z ludzkiej żółci stereotypy. Ściany mieszkania lubelskiego rabina, dokąd trafia Szacki po radę, wytapetowane są zdjęciami izraelskich miss w strojach kąpielowych. Lecz w Sandomierzu panika narasta, wraz z następnymi, coraz brutalniejszymi zabójstwami. „Interesuje mnie jedno: – mówi prokurator-szeryf do grupy dziennikarzy - znaleźć i postawić przed sądem sprawcę tych zbrodni. Jest mi obojętne, czy to będzie wskrzeszony z martwych Karol Wojtyła, Ahmed z budki z kebabami, czy jakiś chudy Żyd (...), wypiekający macę w piwnicy. Ktokolwiek to jest, zostanie wyciągnięty za swoje zawszone pejsy z tej wilgotnej nory, w której się schował, i odpowie za to, co zrobił”.

O zagadce więcej nie napiszę, z wiadomych przyczyn. Miłoszewski wytrawnie gubi tropy, tożsamość mordercy poznamy pod koniec książki, niczego się nie domyślając. A po drodze poznamy galerię smacznie i realistycznie zarysowanych typów. Szeryf wcale oczywiście Eastwoodem nie jest, czego ma bolesną świadomość, jego współpracownicy również okazują się postaciami dalekimi od papieru. Znajduje się przestrzeń na popkulturowe żarty: o Arturze Żmijewskim-ojcu Mateuszu i jego słynnym rowerze, dostaje się Nosowskiej za kiepską „Osiecką” i Kasi Kowalskiej „wyjącej piosenki Republiki”. Najmocniej Miłoszewski krytykuje media, obrazowo zestawiając przemielone przez publikatory informacje z wymiocinami, do których dosmaża się nowe mięso, pieprzy i soli dla efektu. Znalazłem w tej powieści może dwa, trzy zdania do stylistycznej poprawki, parę niepotrzebnych mrugnięć okiem (nazwiska!) i prawie 400 stron czystej przyjemności czytania. Dlatego czekam na trzecią (podobno ostatnią) część cyklu o Szackim i wracam do książkowego „Uwikłania”, nieszczęśnie przerobionego na rytualny gniot przez ekspertów od filmowej tandety. Jak ogłasza wydawca, prawa do wydania „Ziarna prawdy” w USA zostały sprzedane jeszcze przed polską premierą. Życzę Miłoszewskiemu zasłużonego sukcesu na zachodnich rynkach (choćby i niemieckim) oraz rozwodu ze studiem Zebra, które, niestety, przygotowuje ekranizację horroru „Domofon” z 2005 roku.

Dobra wiadomość na koniec: na manipulacje Bromskiego i Machulskiego przy sandomierskim śledztwie Szackiego (Szackiej) nie ma szans. 35-letni pisarz o ogromnym talencie, wybitnym rzemiośle, zdecydował się bardziej zadbać o swoje pomysły, bohaterów i w konsekwencji czytelników. Na festiwalu Dwa Brzegi powiedział wprost o takiej ewentualności: „Po moim trupie”. Lepiej późno, niż później.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY, W.A.B., 2011

DIALOG FESTIVAL reportaż

Dźwiękowe podsumowanie festiwalu:

Monday, October 17, 2011

DIALOG FESTIVAL 2011, cz. 2


6. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog, odbywający się w tym roku pod hasłem NIECODZIENNI, przestał być codziennością wrocławskich teatrofilów. W ciągu 8 dni, przy pełnej widowni, 240 artystów z 8 krajów zaprezentowało widzom 15 różnych spektakli. Debatujący na finał uczestnicy panelu dyskusyjnego zwrócili uwagę, że teatrem, kulturą niekomercyjną interesuje się nie więcej niż 15 procent tzw. społeczeństwa, więc już choćby z tego powodu należą do grona ludzi niecodziennych. Jak transwestyci z mądrego przedstawienia Belgów Alaina Platela i Franka van Laecke, jak na końcu świata przeżywający swoje dramaty i fascynacje Chilijczycy, jak wyautowani z życia wykolejeńcy z placu Sergles Torg w centrum Sztokholmu (lub innej europejskiej stolicy). Niecodzienni są także sami artyści, którzy potrafili dialogową publiczność zachwycić, zaintrygować, zmusić do myślenia, a także rozjuszyć i zirytować.

Najwięcej emocji wzbudziło przedstawienie O TWARZY włoskiego prowokatora współczesnej sceny Romea Castellucciego - drastyczny komentarz na temat upadku Wartości, posługujący się mocnymi obrazami (i zapachami), wieloznacznymi metaforami. Widzowie albo odrzucali spektakl, albo byli nim poruszeni. Zasłużone bardzo dobre przyjęcie spotkało słoweński Teatr Mladinsko. Reżyser Oliver Frljić i jego aktorzy opowiedzieli o narodowych sporach po rozpadzie byłej Jugosławii, zmienili przestrzeń teatru w pole bitwy między sobą, a także pomiędzy sceną a widownią. Dostawaliśmy kulą w łeb z teatralnej atrapy pistoletu i tekstem w mózg, oskarżani o obojętność wobec Srebrenicy. Naśmiewano się z polskiej mgły smoleńskiej, wytykano podwójną moralność. Spektaklowi PRZEKLĘTY NIECH BĘDZIE ZDRAJCA MEJ OJCZYZNY! (cytat z jugosłowiańskiego hymnu, jak wiadomo, przypominającego melodią polski) przydałyby się niewielkie nożyczki, lecz i tak Frljić, nazywany przez niektórych chorwackim Janem Klatą, okazał się twórcą z ostrym publicystycznym pazurem i nieposkromionym talentem do inicjowania inspirującego niepokoju. Chilijskie SIMULACRO, tożsame w temperamencie i tonie, nie miało takiej siły, choć kiedy aktor piętnował kłamstwo turystycznego oglądu tamtejszej rzeczywistości, zrobiło się w urlopowych żyłach mroźno. Do Chorwacji jeździmy jeszcze częściej niż na Kubę czy Dominikanę i też tego, co tkwi pod kurortową szminką, nie dostrzegamy. Przy okazji słoweńskiej ofensywy pomyślałem, jakie wrażenie mógłby zrobić na Francuzach lub Anglikach polski teatr, gdyby objeżdżał Europę w kilka lat po wojnie ze sztuką o naszym Wrześniu lub gdyby jakiejś żydowskiej trupie udało się wtedy podobne przedsięwzięcie.

Nie zawiedli oczekiwani przez publiczność: Emma Dante i jej błyskotliwi TANCERZE, Holender Ivo van Hove z zarazem nowoczesnym i tradycyjnym widowiskiem ROSJANIE! wg Czechowa oraz Krystian Lupa, który przywiózł do Wrocławia zrealizowaną w Lozannie POCZEKALNIĘ. To z początku trudne do wytrzymania przedstawienie, wypełnione gęstymi, męczącymi dialogami-malignami, z każdą godziną nabierało teatralnej poezji, by przemienić się w liryczny portret ludzi, którzy nawet na dnie próbują zatrzymać w sobie człowieka. Ich konieczność-wybór-los, czyli alkoholowo-narkotykowo-psychiczny haj life narysował Lupa bohemiczną kreską, widza zostawiając jednak z czystym współodczuciem. Druga część POCZEKALNI to arcydzieło. Ogromny aplauz i owacje na stojąco towarzyszyły GARDENII, belgijskiej opowieści o kabarecie złożonym z wiekowych transwestytów. W momencie pojawienia się w polskim sejmie osób otwarcie i odważnie manifestujących własną odmienność (niecodzienność) GARDENIA zabrzmiała wyjątkowo aktualnie, chociaż akurat festiwalowi widzowie nie polityczno-społecznym akcentem zawracali sobie głowy, ciesząc się z perfekcyjnie wykonanego teatru. Ten spektakl wywołał uśmiech, zrozumienie, pozwolił nam się jeszcze bliżej poznać. Jeszcze bliżej, bo niecodzienni są bohaterami teatru od lat, ich cudną inność znamy doskonale. My, czyli zainteresowani sztuką, czyli ci z owych 15 procent. A przecież to, o co walczą artyści, przydałoby się najbardziej 85 procentom tamtych nas-mas. Retorycznie pytała Marie-Helene Falcon w wieńczącej debacie: co pokazać w teatrze i jak, by dialog sceny z widownią był szerszy? Sugerował Johan Simons, mający doświadczenia bezpośrednie: widz, który nie chodzi na co dzień do teatru, potrafi docenić sztukę, trzeba więc do widza dotrzeć, zagrać w koszarach, wyjść, nawiązać kontakt. Trzeba trochę więcej pieniędzy dla teatru, by móc obniżyć ceny biletów. Tylko wtedy niecodzienni sztuki mogliby czegoś nauczyć codziennych.

Zbierały mniejsze i większe cięgi polskie spektakle zaproszone, włączone w Dialog, niedorastające do europejskich celnością, pasją, postępowością. Tak wyszło. Autorski festiwal niesie w sobie i taką opcję, potencjał przestrzelenia. Zamiast, na przykład, bytomskiego HAMLETA można by pokazać coś wartościowszego, coś współcześniejszego, co trafniej współgrałoby z programem całości. Nawet z nierównym, eksperymentalno-szkolnym węgierskim LEONCEM I LENĄ, formalną ciekawostką do zapamiętania. Bo siłą festiwalu Dialog jest również jego całość, zaplanowana przez wyrafinowaną mistrzynię reżyserii Krystynę Meissner. Obejrzenie wszystkich (prawie wszystkich) przedstawień wraz z przynajmniej wybiórczym uczestnictwem w debatach, spotkaniach daje wiedzę o życiu teatralnym Europy, nowych, innych językach, tematach, jakie zajmują nienadodrzańskich mieszkańców. Dialog zostawia po sobie pytania: czy Jezus XXI to ciągle ten sam Jezus?, czy da się pomóc Płatonowowi obok lub Iwanowowi wewnątrz nas?, co zrobić, by tolerancja, wolność, rozmowa stały się normą, nie złudzeniem? I tak dalej. Czas na odpowiedź: 2 lata. Do Dialogu nr 7.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................
Dialog Festival 2011, reż. Krystyna Meissner

Monday, October 10, 2011

DIALOG FESTIVAL 2011


zdjęcie z wykładu Zygmunta Baumana

Nie bywam, niestety, na wszystkich polskich festiwalach teatralnych, więc muszę w tej sprawie wierzyć na słowo, ale obserwując DIALOG od kilku edycji, w słowa Jacka Sieradzkiego (który bywa) uwierzyć łatwo. Sieradzki powiedział po poprzednim, piątym, wydaniu, że to najważniejszy i najlepszy polski festiwal. Po obejrzeniu trzech spektakli otwierających DIALOG nr 6, wysłuchaniu wykładu Zygmunta Baumana, po kilku żywych kuluarowych rozmowach, ciśnie się pod klawiaturę taka fraza: DIALOG RZĄDZI! Pisana z tym samym wykrzyknikiem, z jakim niesamowity Belg Ivo van Hove pokazał we Wrocławiu swoją najnowszą superprodukcję.

ROSJANIE! w jego ujęciu wcale oczywiście Rosjanami nie są, lecz kosmopolitami, metropolitami współczesnego świata. Iwanow i Płatonow, bohaterowie dwóch zestawionych tu sztuk Czechowa, rodzą się wszędzie, a w dzisiejszych czasach jest ich więcej niż kiedykolwiek. Nasza społeczna systemowa nerwica, rozdźwięk między marzeniem a rzeczywistością, codziennością i niecodziennością, prowadzi do nieuchronnej klęski człowieka, jeśli się w porę nie zorientuje, że uczestniczy nie w tym biegu, nie w tych zajęciach, na jakie się zapisał. Ciągła walka o przetrwanie na kurczącym się rynku pracy, niepewność jutra, podejmowanie wyzwań ponad siły i powyżej możliwości sprawia, iż zamiast cieszyć się względną wolnością demokracji, stajemy się zniewoleni totalitarną presją. Mówił o tym Zygmunt Bauman, niedużego wzrostu, skromny pan, który nie chciał się wdawać w hipotezowanie na temat przyszłości, za to podsumował teraźniejszość. Jesteśmy, jak Tomasz Adamek, być może świetnymi zawodnikami, ale stajemy nie do tego pojedynku, wybieramy (lub jesteśmy wybierani) niewłaściwą wagę i nieodpowiedniego przeciwnika. Kliczko zawsze z nami wygra, nam pozostanie obita twarz, zszargana ambicja, czasem trwała gorycz. Tak kończą bohaterowie ROSJAN!, nakręceni obwinianiem innych o własną porażkę, niespełnieni, bo, być może, poszli o jeden kompromis za daleko.

Ivo van Hove wraz z autorem scenariusza, znanym belgijskim pisarzem Tomem Lanoye, zaproponowali zaskakująco temperamentny spektakl, za podstawę biorąc teksty rosyjskiego geniusza nudy. Ich Czechow kompletnie nie przypomina Czechowa robionego przez polskich twórców. Niektórym widzom to przeszkadza. Gardłowy niderlandzki, którym władają Głagoliew, Osip, Anna Pietrowna czy Lebiediew, jakoś zgrzyta w tradycyjnych polskich uszach. Śmieszą też zostawione w kwestiach aktorów fragmenty na temat chłopów małorolnych czy tęsknocie za Moskwą, gdy właśnie na dachu stołecznego apartamentowca, podczas miejskiego przyjęcia, rozgrywa się akcja, nie na zapadłej prowincji, skąd nawet do Kijowa godzinami trzeba jechać powozem. Van Hove i Lanoye zupełnie się tym nie przejmują, traktując Czechowowskie postaci jako materiał ponadczasowy. W pierwszej części dają im tylko mówić, kłócić się i oskarżać, w drugiej wprowadzają multimedia, symbole i neony, podkreślając pustkę osobowości, w trzeciej, za pomocą kamer, obserwują ich jeszcze głębiej, do reszty nie zostawiając złudzeń. Wspaniały, kolejny po TRAGEDIACH RZYMSKICH, inscenizacyjny majstersztyk! No i cóż za aktorstwo!

Włoski prowokator Romeo Castelucci zaprezentował głośne już w świecie przedstawienie O TWARZY. WIZERUNEK SYNA BOGA, objeżdżające, od premiery przed rokiem, największe teatralne wydarzenia. To jeden z tych spektakli, którego nie sposób wytłumaczyć kilkoma zdaniami, streścić opisową formułą, zrozumieć od razu. To także jedno z tych artystycznych doświadczeń, które zostają. I wywołują skrajne reakcje. Jedni mdleją, drudzy ostentacyjnie wychodzą po kwadransie, inni rechoczą w zagubieniu, jeszcze inni wstają do oklasków. Syn opiekuje się zniedołężniałym ojcem, podciera mu tyłek i myje z przed chwilą zrobionej kupy. Kawałki wydzielin spadają na białą podłogę, białe pieluchy niemal rytualnie zastępują białe pieluchy, na białej sofie pozostaje ślad ludzkiej golgoty, ale i miłości. Dzieje się na oczach (i w nosach) widzów tytaniczna, odwrócona pieta, skumulowana w scenie płaczu obu mężczyzn. Na wszystko patrzy z ogromnego płótna twarz Chrystusa z renesansowego obrazu Da Messiny. Ale Castelucci nie zapomina, jaki uprawia zawód, gdzie pracuje. To teatr, nie życie, więc w pewnym momencie aktor grający ojca (Gianni Piazzi) chwyci kanister z chemicznie wytworzonym łajnem, obleje się nim, zanieczyści białe łóżko, przenosząc znaczenia z przestrzeni prywatnej w kulturową. Przypomina się prezentowana we Wrocławiu niedawno rzeźba-instalacja Mirosława Bałki („Wege zur Behandlung von Schmerzen”).

O TWARZY… nie jest spektaklem domowym, lecz światowym. To mocny atak na współczesne społeczeństwo, na to, co uczyniliśmy (i czynimy) wartościom, które powinny nas trzymać przy człowieczeństwie. I nie chodzi tu tylko o chrystusową ofiarę czy jakąkolwiek religię, lecz o to, co wypieramy i czego się wypieramy, będąc nie takimi samymi ludźmi jak kiedyś. Dzieci (my-dzieci?, dzieci w nas?) w buncie walą granatami w niewzruszony i nienaruszalny wizerunek Jezusa. Bez skutku. Dopiero w finale od wewnątrz, od drugiej strony, sceny, zacznie się rozpad. Artysta-reżyser zniszczy płótno, niszcząc nową sztuką stary obraz. Pod którym pozostanie napis z psalmu: „Ty jesteś moim pasterzem”, święcący do chwili, kiedy reżyser zdecyduje się go wyłączyć. Aktorzy spojrzą nam w oczy, odwracając role, może skłonią do myślenia. I wierzący, i ateista poczuje na tym spektaklu zapach-smród, ale też nadzieję i tajemnicę. Wielki spektakl!

TANCERZE Sycylijki Emmy Dante wydają się przy dziele Castellucciego zwyczajną, prostą historią. Dwoje staruszków przemienia się w tańcu z ledwo powłóczących nogami w mistrzów parkietu. Para wykonawców (Sabino Civilleri, Manuela Lo Sicco) zdejmuje maski, odgrywając (tańcząc) historię ich, każdego, związku od tyłu. Od starości do narzeczeństwa, od wspierania się w chorobie do spierania się o siebie w młodości. W ciągu zaledwie 45 minut przeżywamy prawie całą miłosną historię ludzkiego życia, podeszły walc późnego wieku i skoczny jive zdrowego ciała, przed którym wszystko, czyli krótki skrawek wieczności. Wypełnia nas smutek i radość równocześnie. Taki teatr, piękny teatr, także zmienia coś w człowieku, porusza nutę, skłania do kroku.

„Spowolnijcie!” – radził Zygmunt Bauman podczas festiwalowego wykładu. Wtórowała mu swą obecnością Krystyna Meissner, gospodyni i sprawczyni tego niezwykłego spotkania wielu ludzi wokół teatru, artystka, dzięki której niecodzienność z hasła tegorocznej imprezy, staje się, przynajmniej na tydzień, codziennością, mając szansę na więcej. Na otwarcie zamiast zamknięcia się w świecie online, na rozmowę i współdziałanie, na dialog!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………
ROSJANIE! (Toneelgroep Amsterdam), reż. I. van Hove, O TWARZY. WIZERUNEK SYNA BOGA (Societas Raffaello Sanzio, Cesena), reż. R. Castellucci, TANCERZE (Sud Costa Occidentale, Palermo), reż. E. Dante - DIALOG FESTIVAL 2011, reż. K. Meissner

Sunday, October 2, 2011

JUTRO NIE UMIERA NIGDY (BWA Design)


Wystawa „Jutro nie umiera nigdy” została przygotowana z okazji Europejskiego Kongresu Kultury, wydarzenia, które rozczarowało, bo z nadmuchanego balonu oczekiwań wyszło powietrze jeszcze jednego festiwalu (połączonego z takimi sobie dyskusjami). Oczywiście, wśród zbyt wielu niekoniecznych pomysłów i projektów pojawiły się także te prawdziwie wartościowe, jak choćby rzeźba-instalacja Mirosława Bałki. I jak wystawa o tytule wziętym z bondowskiego filmu z 1997 roku. W „Tomorrow Never Dies” James wraz z agentką chińskiego wywiadu przeciwstawiają się planom wielkiego medialnego magnata, chcącego podporządkować własnemu przedsiębiorstwu cały świat. Jutrzejsze newsy dzisiaj – tak brzmi jedna z jego dewiz, tragedia sprzedaje się najlepiej – taka jest inna zasada naczelna. Autorzy wystawy, z kuratorką Katarzyną Roj na czele, wykorzystali głównie tytuł, wiążący zawartość ekspozycji z popkulturą, czyli tym, czym, przynajmniej w pewnym stopniu, interesują się wszyscy. Tak jak wszystkich zapewne, przynajmniej w pewnym stopniu, interesuje to, co będzie ze światem, jaki znamy, za 100 lat.

5 listopada umieszczone na wystawie wrocławskiego BWA Design obiekty artystyczne zostaną włożone do specjalnej kapsuły, przeznaczonej do otwarcia najwcześniej w listopadzie 2111. Co zobaczą nasi następcy?

Najbardziej działają filmy przygotowane przez Marka Wasilewskiego. Emitowane na 6 monitorach prezentują historię poprzez serię spektakularnych pogrzebów, m.in.: Elvisa Presleya, Marii Callas, Che Guevary czy Stalina. Mocna rzecz, podkreślająca siłę spektaklu życia i śmierci, przekazywanego, ale i inspirowanego, reżyserowanego przez współczesne media. Tęsknotę za niedoskonałością ujmuje „Roślina z błędem” Katarzyny Krakowiak, paradoks niemożliwej perfekcji tajemnicza kulka Jerzego Kosałki. Wrażenie robi rzeźba Szymona Kobylarza „Civil Defence” przedstawiająca kukłę quasi-orwellowskiego obywatela, ubranego w płaszcz z toreb foliowych, oddychającego przez maskę zrobioną z plastikowej coca-coli, trzymającego w dłoni rurę-miecz. Ekologiczny motyw znajdziemy również w fajkach Adama Witkowskiego, fantazyjnie wyprodukowanych z puszek i butelek. Na ironiczno-mesjanistycznym wideo autorstwa Dominiki Olszowy zobaczymy wróżkę, która wieszczy, że Polska odrodzi poapokaliptyczny świat. Wojciech Kocołowski proponuje znaczący podręczny „Zestaw na czarną godzinę”: scyzoryk, konfitury z czereśni (rocznik 2005), książkę „Pinokio” i cyjanek. Karmniki Pawła Jasiewicza czy film Bartosza Muchy o mężczyźnie w niemal pustym pokoju mają nam przypominać o próżni indywidualizmu, potrzebie kontaktu i pomocy. Wzorzec drobiny, jaka w naturalny sposób ubyła ze słynnego wzorca kilograma z Sevres, zaprojektowany i wykonany przez Huberta Czerepoka, zwraca uwagę na nieuchronność Zmiany. Czerepok wraz z Kocołowskim przywołują też eksperyment polskiego programu kosmicznego, marzenia utrąconego przez władczych, zazdrosnych sąsiadów. Do przeszłości wraca też Kama Sokolnicka, cytując fragment „Dziennika” Sławomira Mrożka, który w 1964 roku pisał o Polsce: „tam wszystko się zawsze buduje. Tam zawsze trwa jutro (…)” i dodawał: „jutro to oszustwo, zawsze jest tylko teraz”. Sokolnicka używa kadrów z dawnych filmów, by opowiedzieć o ulotności chwili, niepewności związanej z przyszłością, wyrażonej frazą „Do widzenia, do jutra”.

Obecny w jednej z prac Nicola Tesla, serbski wynalazca z przełomu wieków XIX i XX, do śmierci walczący o uznanie pierwszeństwa np. swojego patentu cewki elektromagnetycznej, powiedział: „teraźniejszość należy do nich, przyszłość jest moja”. Ale „Jutro nie umiera nigdy”, poprzez spektakularny zabieg artystycznego przeniesienia części naszej rzeczywistości w czasy nam nieznane, komentuje nasze teraz. Nie za 100 lat, lecz dziś, przesłanie tej ważnej wystawy ma sens głębszy niż wartość dokumentu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
JUTRO NIE UMIERA NIGDY, kuratorka; Katarzyna Roj, BWA DESIGN, Wrocław 8.09-5.11.2011

Tuesday, September 27, 2011

Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL


Jaroslav Rudiš to autor właśnie wydanej w polskim przekładzie książki "Grandhotel", laureatki Nagrody Magnesia Litera, czyli odpowiedniczki polskiej Nagrody Nike. Głosowali na Rudiša czytelnicy, zauroczeni klimatem powieści, rozgrywającej się niespiesznie na szczycie góry Ještěd, nad Libercem (a także w chmurach). Na podstawie tej historii powstał także film w reżyserii Davida Ondříčka, znanego ze słynnych i kultowych "Samotnych". "Grandhotel" ma w sobie to coś, co zawiera chyba tylko czeska literatura. Rozmawiam z Jarosławem Rudišem i tłumaczką jego książki Katarzyną Dudzic. Do posłuchania:



.....................
Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL, przeł. K. Dudzic, Goodbooks, 2011

Saturday, September 24, 2011

Bohdan Zadura KLASYK NA LUZIE


Z trzech jesiennych premier wrocławskiego Biura Literackiego (Dycki, Kozioł, Zadura) najbardziej się ucieszyłem z „Klasyka na luzie”, rozmów z Bohdanem Zadurą, laureatem ostatniego Silesiusa za książkę „Nocne życie”. Mimo że wszystkie zamieszczone tutaj wywiady, lub raczej spotkania, były już tam i ówdzie publikowane, nie dało się wcześniej każdego z nich przeczytać ani, rzecz jasna, zapamiętać choćby akapitów. Rozrzucenie to jednak rozrzucenie, a złożenie (i to w formie tomu) to coś, co może naprawdę zostać na jakąś małą wieczność.

Andrzejowi Sosnowskiemu Zadura mówi: „gdyby poezja miała przełożenie społeczne, to my, piszący wiersze, nie chodzilibyśmy bezpiecznie po ulicach”, lecz o przyszłość poezji jest spokojny, bo oni, piszący wiersze, zdają sobie sprawę z braku przełożenia, a ich świadomość nie pretenduje do rządu dusz. Dlatego pewnie, często w zaciszu mieszkania, daje się swobodnie, licznymi miejscami błyskotliwie, opowiedzieć przede wszystkim o poezji właśnie. Cytat z nagrań do filmu dokumentalnego spisanych przez Wiesława Ratajczaka: „Na pytanie, dlaczego piszę, pewnie mógłbym odpowiedzieć: Po prostu dlatego, że czytałem”. Można by dodać, iż czytał w Puławach, polskich Atenach, niegdysiejszej stolicy kulturalnej Polski, nie gdzie indziej. Dotąd tam zresztą mieszka.

Dariuszowi Foksowi na pytanie, „dlaczego zacząłeś tłumaczyć?”, filozof Zadura (takie studia wybrał, choć z kończeniem było trudno i długo, z przyczyn literackiej natury) rzecze: „Pewnie z nudów, w szkole średniej”. Jackowi Podsiadle i Pawłowi Marcinkiewiczowi przyzna się w jednej z rozmów kolejnych do przekładów jako czegoś zamiast, bo „własne wiersze mi się nie pisały” (do tego poeci-tłumacze przyznają się rzadko). Są zatem w „Klasyku na luzie” wyznania artystyczne, nawet poetyckie autoanalizy, są także anegdoty i wspomnienia. Jak to o stanie wojennym, trzygodzinnej wizycie dwóch panów i szklance świńskiej krwi, na przykład. Do Stanisława Beresia, który w tekście-wstępniaku (takimi poprzedzono wszystkie rozmowy) uważa Zadurę za „człowieka z jajami”:

„Kiedyś odczuwałem przymus pisania wierszy. Jak przez tydzień nie napisałem wiersza, to właściwie świat się walił. A teraz – jak napiszę wiersz, to w porządku, ale jeśli nie… to jeszcze lepiej”.

To godne cytowania, powtarzania, przekładania i bilbordowania zdanie powinien sobie do serca wziąć każdy, słowo wiersz podmieniając na co nas tam uwiera codziennym naporem. Dosłownie też można je brać do siebie, bo, jak słusznie się powiada, poetów jest na świecie więcej niż czytelników poezji.

No właśnie. Na najnowszy tom Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego brakuje mi po prostu czytelniczej cierpliwości. Niby tytuł wyjaśnia wiele („Imię i znamię”) i wiadomo, że będzie osobiście, o rodzinnych historiach, ziemi przemyskiej, Wólce Krowickiej, jabłuszkach i hniłkach, obsesjach i traumach, flachach i lachach, domowych agresjach, lirycznych obnażeniach. Niby wiadomo, czego się po autorze spodziewać i nie ma zaskoczenia, ale ta akurat i tak podana w kolejnym poemacie zazębiających się strof biografia po chwili najzwyczajniej męczy. Poecie nagrodzonemu Nike wolno następną po laureackiej książeczkę zaprogramować jak chce, wydawca nie pokręci nosem. Czytelnik niekoniecznie. W „Piosence o zależnościach i uzależnieniach” Dycki był uniwersalny, pisząc o sobie i świecie, tutaj jest tylko własny, osobny, skupiony na tym, co w nim. Nie każdego to interesuje. „Imię i znamię” to lektura dla tych, co znają autora z poprzednich utworów i darzą go szczególnym, siostrzano-matczynym, rodzajem emocji. Gdyby miała być pierwszym kontaktem z jego twórczością, Dycki mógłby się wydać nawet poetą egzotycznym.

A opasłego zbioru wierszy prawie wszystkich Urszuli Kozioł (pod tytułem „Fuga”) komentować nie trzeba. Warto czytać, czytać i czytać. Choćby ten prawie genialny (ciągle nie mogę się nadziwić, po co ta czwarta strofa?) tekst ze stron 656-657, czyli „Piosenkę o bezdomnych”. Urszula Kozioł = klasyk na serio? Szkoda, że tomu rozmów z poetką, która wywiadów nie cierpi, nie będzie. Chyba.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………….
Bodan Zadura KLASYK NA LUZIE, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki IMĘ I ZNAMIĘ, Urszula Kozioł FUGA, Biuro Literackie, 2011

Tuesday, September 20, 2011

Roman Kurkiewicz LEWOMYŚLNIE


Przed ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi napisał: "Poprę Kaczyńskiego, bo przynajmniej na razie uczynił Joannę Kluzik-Rostkowską szefową swojej kampanii, a Bronisław Komorowski nie uczynił Małgorzaty Kidawy-Błońskiej takową". Tekst był prowokacyjny, autor na Kaczyńskiego nie głosował, oddał głos nieważny (jak wynika z tamtego felietonu), ale to "przynajmniej na razie" o udziale Kluzik-Rostkowskiej w kampanii, wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na kampanijną kierowniczkę... Sprawdziło się!

Nie tylko jednak dlatego warto czytać Romana Kurkiewicza, którego Przekrojowe felietony zebrane z lat 2009-2011 właśnie się ukazały pod szyldem Krytyki Politycznej, pod znamiennym tytułem "Lewomyślnie". Warto być od czasu do czasu z tym autorem także z powodu owego głosu nieważnego, czyli politycznej (nie światopoglądowej) niezależności, co w naszym dziennikarstwie jest dziś, niestety, rzadkością. Kurkiewicz obija swoim słowem i premiera Tuska, kardynała Dziwisza-Zdziwisza, ex-śledczego Mariusza Kamińskiego, i Czumę, i Michnika, i posła Mularczyka. Dostać się może zatem wszystkim, pretekstów nie brakuje. Powierzchowna walka z dopalaczami i miłościwe panowanie, papieska krew dla Kubicy, całokształt, półsłówka lub całe zdanie typu "Panie Marszałku, a pan poseł Niesiołowski powiedział mi, żebym spadał". Ryszardowi Czarneckiemu Kurkiewicz umawia na dialog samego Sokratesa, który zapytuje: "- A ty, Ryszardzie, zawsze masz rację i wiesz wszystko?". Ryszard odpowiada: "To ty sobie mogłeś mówić, że wiesz, że nic nie wiesz. Ja wiem, że wiem i wiem, że oni nie wiedzą". Wśród bohaterów tych tekstów brakuje trochę lwów lewicy - czyżby byli mniej wdzięcznymi obiektami dla felietonisty? Ale polityka to tylko jeden z tematów. Publicystyczna wyobraźnia Kurkiewicza przysłuchuje się (przychodzi do odpowiedniego urzędu człowiek z propozycją opatentowania krzyża), relacjonuje (kibice Legii organizują krucjatę przeciw świetlówkom w pociągu Skierniewice-Warszawa), marzy (o kraju idealnym z pomnikami z papieru, palonymi "na wesoło przed przyklejeniem do cokołu kolejnego").

Roman Kurkiewicz jest z tych, dla których wolność słowa i wyrażania poglądów ma wartość absolutną, choć absolutnie niewolną od krytyki (co z powodzeniem niemal zawsze czyni). Lewoskręty jego osobistych poglądów często zahaczają o liberalizm, bywa, że odbija się w nich obawa tradycyjna. Istnieją w końcu granice wszystkowolności, nawet we wszechpolsce, gdzie 11 listopada zezwala się na stołeczną manifestację neofaszystów. Temu lewak Kurkiewicz sprzeciwia się totalnie. Podobnie żarliwie optuje za prawami kobiet do obecności w przestrzeni publicznej, broni obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, nie odmawia możliwości pisania o esbeckim penetrowaniu redakcji "Tygodnika Powszechnego", ani wydawania niesławnego komiksu o Chopinie. Szarganie świętości ma sens, ponadlewicowy i ponadprawicowy, polityczny i prywatny. "Kapuściński non-fiction"? Proszę bardzo. Poseł Węgrzyn o gejach i lesbijkach? Co to, to już nie. "Może kiedyś tacy posłowie przestaną być posłami po podobnych bon-motach" - pisze Kurkiewicz, a mnie przychodzi do głowy: "no nie wiem...", jak śpiewała Iga Cembrzyńska w piosence Osieckiej. Karać publicznym niebytem za wyolbrzymioną przez reportera TVN24 wypowiedź-głupotkę czy może lepiej znaleźć w sobie odrobinę ludzkiego (nie religijnego) miłosierdzia i wybaczyć błąd? Lewomyślność nie musi (nie powinna) być radykalna ponad miarę, bo może zbliżyć się do stanu ultra, co zawsze grozi niebezpieczeństwem.

Jakkolwiek z Kurkiewiczem zdarza się być nie po drodze, nie da się jego nierzadko literackich wręcz felietonów nie podziwiać. Za pomysł, za oryginalność, szczerość, ironię, za 1800 znaków obywatelskiego zacięcia. Na okładce tej książki widzimy autora w berecie, skórzanej kurtce i białej koszuli, z naręczem książek. Przeważa Stanisław Brzozowski, jest Tomasz Mann, Róża Luksemburg, Jacek Kuroń. Jest Bolesław Prus z "Emancypantkami" (oczywiście!), ten sam, który w swoich "Kronikach" komentował polską rzeczywistość pozytywistyczną, też przecież daleką od pozytywnej. Wiele się w pracy ideowego felietonisty nie zmieniło. Kiedy opisywany przez Prusa dr Markiewicz zawiadomił mieszkańców na łamach dziewiętnastowiecznej "Gazety Warszawskiej" o wybuchu epidemii ospy i dyfterytu, skłaniając zaborcze władze do interwencji, inspekcja lekarska wytoczyła proces „o rozszerzanie chorób zaraźliwych", na szczęście rozstrzygnięty na korzyść społecznika przez sędziego pokoju. Jestem pewien, że Kurkiewicz również ująłby się za Markiewiczem, tak jak ujmuje się za Czeczotem.

"Felietonista to najpiękniejszy zawód świata, nawet jeśli jemu samemu i wszystkim innym sprawia zawód" - oznajmia Roman Kurkiewicz. I trudno się z nim, nie po raz pierwszy ani ostatni, nie zgodzić.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Roman Kurkiewicz LEWOMYŚLNIE, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2011

Wednesday, September 14, 2011

Maria Ulatowska PENSJONAT SOSNÓWKA


Spełnia się w naszych czasach wielki sen feministek o kobietach-autorkach, które wreszcie wyszły z cienia i zaczęły pisać i wydawać to, co się w ich piórach, długopisach, klawiaturach nazbierało. Gdyby jednak jakaś feministka chciała wejrzeć pod okładki coraz popularniejszych u nas kobiecych książek, krótki włos by się jej zjeżył, a na nieumalowanych ustach pojawiłby się kwaśny grymas. I cośmy nawyprawiały? - zapytałyby siebie panie psycholożki, dramaturżki, graficzki, architektki, recenzentki. Oczywiście, przesadzam. Niech pisze, kto chce, niech czyta, kto chce. Ale niech też będzie wiadomo, że kobiece, nie zawsze znaczy piękne.

Droga kobiet-autorek do pisania bywa przeróżna. Najczęściej wyjeżdżają na wieś, idealnie na wieś kujawsko-mazurską, lub przechodzą na emeryturę. Zwykle pierwsze książki mają w sobie coś, jakiś wdzięk debiutantki po przejściach. W tych pierwszych publikacjach kumuluje się ziszczone wreszcie marzenie o pisaniu z niemałą liczbą życiowych doświadczeń, nierzadko interesujących autobiografii. Pierwsza powieść Marii Ulatowskiej, emerytki z Warszawy, właśnie taka była. Bardzo momentami lukrową stylistykę kontrapunktowała rodzinna przeszłość. W "Sosnowym dziedzictwie" 30-letnia Anna Towiańska nieoczekiwanie odziedziczyła pensjonat na Kujawach, wyremontowała go, oczarowała swe nowe otoczenie urodą i uroczym usposobieniem, dobrała się do losów dziadków. Niech będzie. Są tacy, co podobnej literatury po prostu potrzebują. Gorzej, gdy za debiutem podąża tzw. sequel, czyli ciąg dalszy opowieści o mieszkańcach Towian. Bo nie ma już o czym pisać, a finał tej błahej historyjki wszyscy znamy. Anna będzie szczęśliwa. Wszyscy są tutaj dobrzy, mili, uczynni, pomocni, serdeczni, prostolinijni. Krajobraz przepięknie góruje nad drobnymi ludzkimi zdarzeniami, nawet psy zdają się radośnie szczekać, nigdy wściekle ujadać. Jak to na sielsko-polskiej wsi. Anulka prowadzi pensjonat, pracuje na odległość w wydawnictwie, czasem rzuci "do lichem", "szlagiem", "kurczęciem" i "cholerą", pisze mejle do przyjaciółki:

"Małgoniu, przesyłam Ci kilka zdjęć mojego nowego domu. Zobacz, jak wszystko pięknie się poustawiało i jak świetnie dali sobie radę moi warszawscy stolarze. Mam teraz mieszkanko tak wygodne, jak w Warszawie, a dzięki wynajęciu mieszkania warszawskiego – przy Twojej pomocy – zdobyłam parę groszy na inwestycje pensjonatowe. Do Jacka ciągnie mnie coraz bardziej. Tyle że on chyba tego nie zauważa, a może się boi. Wiesz, sparzył się, żona go rzuciła, więc nie można się dziwić. Ten jego Florek jest cudowny! Grzeczny, miły, ładny. Ależ głupia ta żona Jacka. Ja za takiego synka wszystko bym oddała… Może za tydzień będę w Warszawie, bo muszę podpisać jakieś papiery w wydawnictwie. Już się cieszę na nasze spotkanie. Ściskam – Twoja A."

A fragmenty tych pełnych cieplutkich klimatów tekstów przeczyta na antenie któregoś radia Edyta "Bożenka" - przepraszam - "Judyta" Jungowska.

Mniej więcej rok temu to samo licho z ust Anusi Towiańskiej skusiło mnie, by zapoznać się z powieścią Katarzyny Enerlich "Prowincja pełna gwiazd". Tam czekała na mnie Ludka i Mrągowo. Wcześniej publiczność ogólnopolską zapraszała do swojego Rozlewiska Małgorzata Kalicińska, teraz Sosnówkę zachwala Maria Ulatowska. A w kolejce do ewentualnego kontaktu widać następne literackie cukiereczki i ptysie: "Cukiernia pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk czy na przykład "Kobiety z Czerwonych Bagien" Grażyny Jeromin-Gałuszki. Czytelniczki będą się wzruszać i zachwycać. I może kiedyś napiszą własną książkę...
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Maria Ulatowska PENSJONAT SOSNÓWKA, Prószyński i S-ka, 2011

Friday, August 5, 2011

Urszula Antoniak


W konkursie zakończonej 11. edycji festiwalu filmowego Nowe Horyzonty pokazano najnowszy (drugi kinowy) film Urszuli Antoniak. CODE BLUE okazał się jednym z najmocniejszych akcentów rywalizacji (dla niektórych najciekawszym). Antoniak mieszka od ponad 20 lat w Holandii. Bohaterką jej filmu jest samotna pielęgniarka pracująca na oddziale onkologicznym. CODE BLUE brał udział w tegorocznym festiwalu w Cannes, w prestiżowej sekcji reżyserskiej (Directors' Fortnight). Poprzedni pełnometrażowy film Urszuli Antoniak, NIC OSOBISTEGO (NOTHING PERSONAL), zdobył deszcz nagród na festiwalach, m.in. w Locarno, a reżyserka była nominowana do Europejskiej Nagrody Filmowej w kategorii Odkrycie Roku. Nie wygrała, a zasługuje, jej twórczość warto obserwować, bo może wyjść arcydzieło. Wywiad z Urszulą Antoniak do posłuchania:

Thursday, August 4, 2011

Zbigniew Bzymek


Na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty zaprezentowano w konkursie film UTOPIANS, debiutanckie dzieło Zbigniewa Bzymka, amerykańsko-polskiego reżysera, który na co dzień współpracuje ze słynną nowojorską grupą teatralną The Wooster Group, był też współpracownikiem Krystiana Lupy. UTOPIANS zyskał znakomite recenzje podczas ostatniego Berlinale, gdzie odbyła się europejska premiera filmu (wymagającego, intrygującego, obiecującego). Wywiad ze Zbigniewem poniżej:



Tutaj więcej o filmie: utopians

Tuesday, June 21, 2011

Wrocław stolicą kultury - Durczok oburzony


Wrocław Europejską Stolicą Kultury 2016 i stało się. Głos zabrał Kamil Durczok.

Cytaty (Gazeta Wyborcza Katowice):

Wygrała polityka. I trudno się oprzeć wrażeniu, że w jej najbardziej prymitywnym wydaniu. Minister kultury, były prezydent Wrocławia, na ostatniej prostej zmagań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury wyciągnął kasę z kapelusza (...).

Tak oto otrzymaliśmy świetny przykład, że polityka to działanie na rzecz dobra wspólnego. Pod warunkiem, że dobrem wspólnym jest miejsce zamieszkania ministra Bogdana Zdrojewskiego i region, z którego już za kilka miesięcy wystartuje w wyborach. Wdzięczni wyborcy z pewnością będą pamiętać (...).

Finał pożytecznej, szlachetnej i fantastycznej chwilami rywalizacji o miano ESK został spaprany w najgorszym stylu (...).

(...) że wszędzie w Polsce już wiedzą gdzie rozbrzmiewa muzyka poważna na światowym poziomie, gdzie gra U2, gdzie przyjeżdża Krystian Zimerman, gdzie tworzy i mieszka Mistrz Wojciech Kilar, gdzie jest muzyczna offowa stolica Europy (...). A gdzie setki imprez o mniejszym, choć absolutnie nie niższym artystycznym wydźwięku? Plastyka, kino niezależne, happeningi, teatr? To eksplozja unikalna na skalę europejską. I to wielki kapitał, którego żadne polityczne zagrywki nam nie zabiorą.

Ministrowi kultury już dziękujemy. Za pozbawienie nas złudzeń, że cokolwiek jeszcze w polityce jest kwestią stylu i smaku (...).


I tak dalej. Dziennikarz Roku, od lat robiący karierę w Warszawie, pociesza pogrążone w rozpaczy Katowice. Mógłby już dziś być Jedynką na liście jednej z partii. Albo stworzyć własną listę. KD, czyli kiedy dorosnę. Po pierwsze, używa formuły "nas". Tak jak polonus, od 40 lat na emigracji, jako Polak głosuje w wyborach dotyczących ładu bądź nieładu w ojczyźnie, do której tylko przyjeżdża od czasu do czasu. Ja sobie nie pozwalam na podobne teksty w stosunku do Rzeszowa, bo wyjechałem 8 lat temu. Nie jestem ani rzeszowianinem (już), ani wrocławianinem (jeszcze), dlatego pozwalam sobie na ten komentarz.

Po drugie, okazuje się, iż Bogdan Zdrojewski pozbawił jastrzębia dziennikarstwa, naczelnego Faktów TVN, złudzeń co do politycznego stylu i smaku. Panie Redaktorze, nie rób Pan z siebie.... Pański szef też to przeczyta. Gadka o złudzeniach? W takich ustach? Polityka nie jest kwestią smaku, Herbert był poetą, nie sejmowym wyjadaczem, proszę nie robić z siebie żyrafy.

...gdzie gra U2, mieszka Kilar, rozbrzmiewa muzyka poważna na światowym poziomie... eksplozja unikalna (unikatowa raczej) na skalę europejską. Ech, U2 nie ugrałoby tych swoich milionów na jednym śląskim koncercie. Tu mieszka Kilar, tam Różewicz, w Warszawie mieszka ich wielu, a muzyka poważna na światowym poziomie potrafi brzmieć i w Łańcucie czy Dusznikach. O skali europejskiej nie dyskutujmy. Nie przesadzajmy, po prostu, z tą unikatowością.

Ja w sumie też typowałem Katowice, bo Wrocław wydawał mi się zbyt oczywistym wyborem. Wiadomo, jak mocne kulturalnie to miasto jest. Kiepskie drogi, lecz kultura, trzeba przyznać, w rozkwicie (znam takich, co ten tytuł zamieniliby na gładki asfalt). Może jednak, najzwyczajniej, aplikacja Wrocławia była najlepsza? I zamiast, politycznie, poprzeć miasto w kulturalnym rozwoju, zdecydowano się zaufać miastu w kulturalnym rozkwicie?

A że minister wyciągnął kasę? Że wyborcy będą pamiętać? Tak wyrafinowany dziennikarski gracz nie powinien sadzić podobnych kleksów. Wystarczy pobieżna wiedza o politycznej scenie Dolnego Śląska, by wiedzieć, że Zdrojewski i Platforma we Wrocławiu przegrać, w tej chwili, w tym roku, w tych wyborach, nie mają szans. Bez Europejskiej Stolicy Kultury byłoby identycznie.

Czytam dziś też tekst Marcina Bielesza, dziennikarza z lubelskiej Gazety. Też się żali:

Tego jestem pewien: nasz program Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku był najlepszy. A Lublin był najlepszym kandydatem do tego tytułu. Dlatego 21 czerwca 2011 roku około godziny 16.15 poczułem się tak, jakbym właśnie zauważył, że ktoś po kryjomu wyciągnął mi z kieszeni portfel.

Wspaniała ta małoojczyźniana miłość i solidarność. Ale jest takie powiedzenie, że przegrywać trzeba z klasą.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Thursday, June 16, 2011

Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska MAKATKA


Wiele już widziałem, wiele czytałem i ten duet mamy i córeczki zupełnie mnie nie zdziwił. Zwłaszcza że Katarzyna Grochola tak naprawdę nigdy nie miała pomysłu na literaturę. Trafiła na jakąś czarną dziurę kobiecego pismactwa albo raczej kompletne zagubienie czytelniczek (połączone z importowaną z Zachodu modą na Bridget Jones) i poszło. Inteligentna kobieta o talencie przez malutkie t została najpopularniejszą polską autorką. Straszne, nie da się ukryć.

Najnowsza propozycja wydawnicza Grocholi to dialog z córką Dorotą (Szelągowską). Takie tam babskie gadanie. Ale też prawda, którą mimochodem i mając inne zamierzenie, wyjawia młoda: "W jej Królestwie Chaosu, gdzie miłościwie panuje od ponad pięćdziesięciu lat, wszystko wykonuje się naraz i bez żadnego planu" - tak pisze o życiu (więc i pisaniu) mamy Dorota. Hm, wszystko się zgadza. Ktoś przypomni: na początku był Chaos. A potem co? Grochola napisze arcydzieło, a Szelągowska zamiast projektować wnętrza i robić programy w telewizjach zacznie zdobywać literacki świat? Dajcie spokój. Pięćdziesiąt lat, setki tysięcy sprzedanych egzemplarzy, nie tylko śniadaniowa sława i taki tekst:

Informacja w dzisiejszym świecie ma to do siebie, że rozprzestrzenia się jak grypa w dziewiętnastym wieku. Jeśli kiedyś wpadł pies do studni, to wiedziała o tym sąsiadka, sąsiadka sąsiadki, wiedział jej mąż i znajomy męża (...). Dzisiaj tym się różni od wczoraj, że wystarczy kliknąć gdziekolwiek i informacja o psie w studni jest powielana w nieskończoność. Zanim pies szczeknie, już jest telewizja i filmuje. (...) I trzymają kciuki prezenterzy i dziennikarze — „trzymam kciuki” to ulubione powiedzenie w sprawie każdej: zdrowia, nowej ustawy, Obamy, Mubaraka, demokracji świeżutko rozkwitającej i Kubicy.

Niezły felietonik? Ciekawe, czy mielibyście ochotę to czytać, gdyby na okładce widniało inne nazwisko? Albo gdyby książkę wydała samodzielnie niejaka Dorota Szelągowska? Która miewa wnikliwe uwagi i wnioski:

Kiedy tak maszerujemy z Synem ramię w ramię, dochodzę do wniosku, że poniekąd jestem szefową wielkiej fabryki (...). Oczywiście, już od jakiegoś czasu on sam zarządza niektórymi sektorami, a moment, w którym całkowicie przejmie kierownictwo zbliża się wielkimi krokami. Mimo iż czasem jestem zmęczona, to trochę mi smutno z tego powodu.

Książki sklecone w taki sposób, z miniaturami pisanymi od września do września przez jedną i drugą na przemian, pojawiają się od czasu do czasu na rynku. Mieliśmy choćby duet Domagalik-Wiśniewski, też bohaterów prasy kobiecej. Tam nadzieją było męsko-żeńskie napięcie (niespełnione), tu uniwersalna (często dramatyczna) relacja matki z córką. Kasia z Dorotką pieką jednak literacki torcik (cytrynową tartę), według domowej receptury, przesłodzony, napompowany promocyjnym potencjałem i banalny jak teksty większości felietonistek kobiecych magazynów.

Mnie taki towar nie tylko drażni. Mogłyby sobie bowiem spijać własne słowa dwie urodziwe dziewczyny w wieku ciekawym, mogłyby sobie kupować te książki kobietki z towarzysko przyklejonym uśmiechem. Co mnie tam do ich wyrafinowanego poczucia humoru i istotności wynurzeń (mędrzec gadający o bólu z powodu problemów ludzkości działa podobnie). Drażni, bo na sposób telewizyjnego "Szkła kontaktowego" komentuje się tu fragmenty rzeczywistości bez próby wejścia pod powierzchnię. Remonty mieszkania i domu, pieskie psoty, nadzwyczajny Syn i Narzeczony, który jednak nie zdradza, wyjazdy do Zakopanego, no i mama-celebrytka, oznajmiająca pewnego dnia, że chce zatańczyć w telewizji jako gwiazda. A dla odmiany prawie całostronicowy (niestrawny) opis przyrody pióra Kasi. Wszystko i nic.

Mędrzec nie generuje niczego dla lansu i zarabiania, przynajmniej wierzy w swoją działalność, autorki tego zbioru zapisków nie mają takich ambicji. Grochola z Szelągowską wydają mi się zbyt inteligentne, by proponować "Makatkę" jako pełnowartościową literaturę o życiu, więc ich robótki ręczne są jedynie kontraktowym produktem zastępczym, który naiwna czytelniczka otrzymuje zamiast. I szybko się orientuje we własnej pomyłce. Jeśli ktoś lubi czytać o tym, co ktoś inny lubi, jakie ma preferencje, przygody, wspomnienia (zwyczajne, oczywiście), to proszę bardzo. Ale czy nie lepiej zanurzyć się we własne życie, swoje awantury, zapatrzeć na osobistą makatkę albo lodówkę z przyczepionymi tam zdjęciami-sentymentami?

Kiedy się czyta słowa "jestem już pewna, że życie polega na tym, by się cieszyć", można skrzywić usta w tyle szczerym, co krótkotrwałym porozumieniu. Cieszcie się i radujcie z powodu braku powodu. Z książki, której wyłącznym atutem jest szybkie dotarcie do końca i wyrzucenie jej z zajętej ciekawszymi sprawami pamięci.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska MAKATKA, Wydawnictwo Literackie, 2011