Monday, December 29, 2008

Książki 2008: proza

To nie jest kraj dla ludzi, którzy nie czytają książek – można by sparafrazować tytuł jednego z filmowych przebojów roku. Jeśli się spogląda na listę tegorocznych premier na księgarskim rynku. Ale oczywiście społeczeństwo wie swoje, choć, jak mówi Jan Nowicki, nigdy nie ma racji, i czyta rzadko. A gdy już czyta, to, jak wskazują listy bestsellerów, rzeczy raczej niewarte uwagi. A 2008 rok przyniósł trochę dobrej literatury.

Przy okazji filmu Juliana Schnabla wydano u nas powieść „Skafander i motyl” napisaną przez sparaliżowanego Jeana-Dominique’a Bauby’ego. Dyktując tę książkę młodej sekretarce, autor podzielił się doświadczeniem absolutnie wyjątkowym, co w sztuce zawsze się liczy, a twórczości nadaje znaczenie. Swoją wagę ma też „Droga” coraz bardziej u nas znanego Cormacka McCarthy’ego, amerykańskiego laureata Pulitzera. Rzecz emocjonalna i męska, we współczesnym świecie literatury rozpiętej między gustem elity a upodobaniem tłumu coś łączącego. McCarthy nie opisuje niczego na wskroś oryginalnego, ale język, jakim przedstawia historię wędrówki ojca i syna przez krajobraz po wojnie, domaga się najwyższej uwagi. Hemingway z Faulknerem w jednym. Kiedyś będzie Nobel.

Nasz najnowszy noblista Le Clezio zaistniał w tym roku w Polsce „Uranią”, ciekawą i przestrzenną powieścią o sprawach istotnych dla cywilizacji, ale nie zdobył nawet tej grupki nowych fanów, jaką zauroczył kilka lat temu podobnie wtedy tajemniczy dla polskich czytelników Pamuk. Zdaje się, że Szwedzi jednak przesadzili z afirmacją prozy rzetelnej, lecz niewybitnej. Dużo lepiej się czytało kolejne pozycje ze spuścizny Maraiego. Gdyby ktoś zrobił taką ankietę, węgierski mistrz byłby jednym z tegorocznych zwycięzców plebiscytu na ulubionego autora Polaków. Tragizm zbrodni, zdrady, miłości, losu, systemu, czasu to najwyrazistsze tematy książek autora chorego na geograficzną i wewnętrzną emigrację. Coś dla ponadczasowego człowieka, który szuka w literaturze nieudawanych emocji.

Prywatnie mam słabość do ukraińskich klimatów literackich. Ucieszyłem się więc z autobiograficznego wyznania Jurija Andruchowycza („Tajemnica”), rozśmieszył mnie lekki w formie i pomysłowy w treści „Ahatanhel” Natalki Śniadanko. Najmocniejszym punktem „Tajemnicy” nie jest jednak odkrywanie meandrów życia autora ważnego na współczesnej mapie literatury środkowoeuropejskiej, tylko opowieść o jego czytelniku. Podobnie wychowanym lub naznaczonym niepowtarzalnym duchem krańców Europy. „Ahatanhel” to z kolei i zwierciadło prowincji, i powieść z oddechem tożsamościowym, narodowym, kulturowym, a przede wszystkim fenomenalna zabawa.

Zainteresował mnie również Jerzy Franczak, którego „Przymierzalnia” zdążyła zebrać cięgi za chroniczną megalomanię zawartą w dziejach młodego poety bez życiowego przydziału, testującego role do odegrania jak się przymierza ciuchy przed ich kupieniem. Ale w "Przymierzalni" łatwo się odnaleźć, współodczuwać, czytając ten podszyty lękiem przed podjęciem poważniejszej decyzji monolog. Wolę szczerego i niedojrzałego bohatera Franczaka niż postacie z przegotowanej „Balzakiady” Dehnela czy zmanierowanych „Ruchów” Shutego.

Dużo się u nas wydaje i dużo dobrego. Nie sposób też ogarnąć całości rynku, trzeba wybierać. Najlepiej osobiście, w jednej z tych przyjaznych księgarni, gdzie na skórzanym fotelu lub tapicerowanej kanapie można poczytać zanim pójdziemy do kasy. Bo do tego, że warto czytać nie muszę nikogo przekonywać. Mam nadzieję.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Friday, December 12, 2008

Książki 2008: poezja

Kiedy się zbliża koniec roku lub, jak kto woli, sezonu księgarskiego, robimy głównie podsumowania nowości i jakoś tak zwykle nam wychodzi, że wielkiej literatury wiele nie było. Ale to tylko jedna strona tej kartki. Bo przecież ukazują się również wznowienia albo zbiory i nowe redakcje. Więc kiedy zbliża się ten świąteczny czas rankingów, zawsze wybieram jedną nowość-nowość i jedną nowość niekoniecznie premierową. W poezji 2008 ujęły mnie najbardziej te dwie pozycje: Bohdana Zadury „Wszystko” (Biuro Literackie) i Brunona Jasieńskiego „Poezje zebrane” (słowo/obraz terytoria).

Do Zadury wreszcie się ostatecznie przekonałem. „Wszystko” uważam za tom przemyślany, mistrzowski, wciągający, przede wszystkim z powodu braku stylistycznej i tematycznej umowności. Nie ma tu mrugania okiem do czytelnika (czyli rzeczywistości), jest to, co w wierszu dojrzałego poety-mężczyzny najważniejsze: realizm życia, świata, siebie samego (czyli człowieka w ogóle). Są żarty, nie ma uśmieszku. Uśmieszku, który na przykład odebrał tegorocznej książce Tadeusza Różewicza istotność. Wspominam o Różewiczu, bo mimo wszystko to wielkie rozczarowanie. Można się było spodziewać po tym poecie takiego zbioru, ale pozostał żal. W jego „Kup kota w worku” są bowiem cztery super wiersze, i reszta niepotrzebnych. Po zamknięciu całości nie ma zadumy, tylko smutek z pomieszania. Od Mistrza oczekuję Poezji, nie poetyckiej zapiekanki. Po przeczytaniu „Wszystkiego” zostaje jakaś całość, nie zaledwie fragment. Stąd mój wybór.

Jasieńskiego zwyczajnie lubię. Lubię ten rytm starego wiersza z pretensjami do nowego porządku-nieporządku. Wyobraźnia, ideowy zapał, słowotwórcza pomysłowość, no i często zawarta w wierszach tragiczna biografia. Ten społecznik, komunista i socrealista został przez system, w który wierzył, skazany na więzienie, a potem na śmierć. W jego tekstach czuć powiew poezji, która zawsze wschodzi, ponieważ ciągle jest coś do objawienia. Trochę się nie zgadzam z tym przepięknym wersem z „Buta w butonierce”:

W parkocieniu krokietni - jakiś meeting panieński.
Dyskutują o sztuce, objawiając swój traf.
One jeszcze nie wiedzą, że gdy nastał Jasieński,
Bezpowrotnie umarli i Tetmajer i Staff.

Ale moja niezgoda na pogrzebanie obu mistrzów i całego zastępu kolejnych przez Jasieńskiego niewymienionych nie przeszkadza w zachwycie. Zapadam się we frazę Jasieńskiego bez wahania, z rozkoszą. Takich wrażeń w dzisiejszych polskich wierszach szukać z pochodnią. Dlatego cieszą podobne książkowe powroty. Mieliśmy ich zresztą w 2008 więcej. Warto wyróżnić amerykański trop Biura Literackiego i przekłady poezji Wallace'a Stevensa oraz Williama Carlosa Williamsa.

Nie zauważyłem rewelacji wśród młodych twórców. Niby dzieje się sporo, bywa szczypta dobrej poezji tu i tam, ale Debiutu niet. Co wcale nie znaczy, że jest źle. Gonienie za nowością, młodością ma sens, jeśli łapiemy świeżość. Dla mnie w tym sezonie najświeższa była (jednak!) tradycja.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Thursday, December 4, 2008

Péter Esterházy HARMONIA CAELESTIS

Pierwsza część tej książki-cegły to zbiór przeróżnych tekstów, cytatów, anegdot, wypisanych z przeszłości, zatytułowanych „Numerowane zdania z życia rodu Esterházych”. Ale w tym fragmencie powieści trudno wyłowić czystą prawdę i czysty fałsz, autor wszystko pomieszał, sugerując niemożliwość ogarnięcia całości dziejów i zrozumienia, a nawet poznania tożsamości człowieka i historii. Więcej tu mamy literackiej gry, erudycji, formalnej zabawy niż treści, której się spodziewamy. O familijnym losie opowiada zwłaszcza część druga: „Wyznania rodziny Esterházych”. To los reprezentatywny dla dramatu węgierskiej inteligencji po drugiej wojnie światowej, z utratą majątku i wysiedleniem jako wydarzeniem-wstępem do nowego życia i zdefiniowania własnej drogi. To, co było się nie liczy, a jednak przecież liczy i co rusz wychyla zza kurtyny teraźniejszości. Kurtyną jest również język i styl opowieści, wymykający się klasyfikacjom.

Wspaniale brzmi to kunsztowna, to prosta fraza Esterházy'ego, błyszczą pomysły, jak choćby ten z nazywaniem bohaterów „ojczulkami” (dla podkreślenia źródłowej wspólnoty, ale i zmylenia przeciwnika). Ojczulkiem bywa i Bóg, jak przystało na niebiański kontekst tytułu („Jaka jest różnica między moim ojcem a Bogiem?” - pyta narrator. Różnica oczywista: Bóg jest wszędzie, w przeciwieństwie do ojca, który też jest wszędzie, tylko nie tutaj). O „Harmonii Caelestis” da się powiedzieć wszystko i wszystko nie będzie kłamstwem. Że to postmodernistyczna (bo nielinearna, fragmentaryczna, dygresyjna) powieść, że to przekorna wobec tradycji antysaga, a i pewnie, że ponowoczesny bełkot dla wybranych. Bełkot lub artyzm chwalony przez innych pisarzy, jak John Updike, tłumaczony na 20 języków, nagradzany najważniejszymi węgierskimi (i nie tylko) wyróżnieniami literackimi, typowany nawet do pierwszego w historii Węgier Nobla. To ostatnie się nie sprawdziło, pierwszy był Imre Kertesz, ale następnego można wskazać z dużym prawdopodobieństwem.

Esterházy to potomek znanej arystokratycznej rodziny, która zdobyła pozycję w czasach austro-węgierskiej monarchii. W pałacu Esterházych (węgierskim Wersalu) komponował sam Joseph Haydn, zresztą w książęcym od XVIII wieku rodzie także był kompozytor, autor tytułowej „Harmonii Caelestis”. Po latach świetności przyszedł typowy dla XX wieku upadek, skutkujący kolaboracją ojca Pétera Esterházy'ego z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa. O tych faktach opowiada „Wydanie poprawione”, opublikowana już u nas kontynuacja „Harmonii...”.

„Harmonia Caelestis” ukazała się na Węgrzech w roku 2000, więc polscy wydawcy znacznie zaspali. Ale dobrze, że możemy się w tej doskonale przełożonej książce zagłębić, wpadając w jej niepospolity rytm i zadziwiającą kompozycję. Usłyszymy tu głosy z familijnej przeszłości Esterházych, jak również echa i cytaty z literackiej spuścizny arcyciekawego kraju o niepodobnej do innych mowie. Jeśli ktoś narzeka na brak wybitnej współczesnej literatury, niech sięgnie po „Harmonię Caelestis”. W swojej klasie arcydzieło.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................................
Péter Esterházy HARMONIA CAELESTIS, przeł. T. Worowska, Czytelnik, 2007

Wednesday, November 26, 2008

Stefania Grodzieńska KŁANIA SIĘ PRL

Stefania Grodzieńska miała obawy przed wydaniem autorskiego zezwolenia na publikację zbioru swoich starych tekstów. Pytała: czy "naprawdę kogoś to jeszcze dziś może zainteresować?", jak relacjonuje we wstępie redaktor tej książki Marcin Szczygielski. Ale w końcu się ugięła, pewnie też zachęcona odbiorem jej wspomnień "Nie ma z czego się śmiać". Zresztą tytuł tamtej pozycji znakomicie pasuje do najnowszej. Śmiejemy się bowiem bardzo niejednoznacznie.

Po pierwsze jest to śmiech czysty, jakim się wybucha przy okazji obcowania z satyrą, skeczem, humoreską wysokiej klasy. W tej dziedzinie Grodzieńska zawsze brylowała, doczekała się grona fanów, a nawet miłośników. Po drugie, nasz śmiech ma podtekst sentymentalny. Jeśli oczywiście pamiętamy czasy PRL-u z pasjonującej autopsji, nie z wyretuszowanych relacji. I wtedy śmiech staje się częściej uśmiechem, pełnym osobistej refleksji. Przypominamy sobie własne miejsca pracy, koleżanki i kolegów, kolektyw, sklepy galanteryjne i niegalanteryjne, sklepowe, kasjerki, tramwaje, bary mleczne. Bohaterowie felietonów Stefanii Grodzieńskiej to Tomasz Kotek, który ustąpił staruszce miejsca w tramwaju, pan Czesio, "umięśniony jak buldog, opalony na brąz, i ostrzyżony na idiotę" lew urlopowej plaży czy na przykład Maria Stołek, artystka dramatyczna, niechętnie częstująca dziennikarkę kawą, czyli lurą. Sprawy się dzieją w symbolicznych PRL-owskich miejscach: na poczcie, w pociągu relacji Warszawa-Wrocław, w ministerstwie, redakcji, instytucji typu Centrala Zaopatrzenia Społeczeństwa w Sprzęt Niezbędny do Funkcjonowania Rzeczpospolitej (czyli w dziurkacze). Ech.

A po trzecie, śmiejemy się na smutno, rozglądając dookoła. Czy aby na pewno ów PRL był taki straszny, jak go jednostronnie malują politycy historycznie wrażliwi (Amerykanin powiedziałby: historically challenged). Jakimś cudem to wtedy powstawały lepsze żarty, wiersze czy piosenki. Jakimś trafem przedziwnym wcale nam nie bywa weselej, gdy widzimy Szymona Majewskiego zamiast Starszych Panów, kabaret Koń Polski w miejsce Laskowika. A "Lejdis" nie dorównują "Misiowi" jak Aurelia Trywiańska Grażynie Rabsztyn. Ale to właściwie wiedzieliśmy zanim ukazała się książka zbierająca część tekstów Stefanii Grodzieńskiej, najmłodszej staruszki Warszawy (tak o niej teraz piszą w prasie).

To, co rzeczywiście może zaciekawić w "Kłania się PRL" to nie sentyment, nie dokumentalny rekonesans po przeszłości i niekoniecznie śmiech sam w sobie (choć tego akurat nigdy za wiele). Lecz pewna postawa wobec rzeczywistości, na którą ciągle przecież nie mamy wpływu, a która się nam tak kłania, że zwykle dostajemy w łeb w momencie wyprostowania. Tu nic się nie zmieniło i ironiczny, satyryczny acz wyraźnie serdeczny dystans to najlepsze lekarstwo, a przynajmniej wyjście z sytuacji. Awaryjne, wiem, ale dobrze by było, aby każdy mógł sobie pozwolić. Grodzieńska jest damą nawet na okładkowym traktorze, w teatrze i w urzędzie, w felietonie o cielęcinie i kieckach, Orbisie, katarze (przez małe k), Pedecie (przez P duże). Potrafi wszystko obrócić w żart i zostawić czytelnika ze świadmością, iż wszystkiego obrócić się nie da. Są naturalnie jakieś limity, najczęściej opłotki nadwiślańskiego kraju, który zawsze traci, gdy przekraczamy niewidzialne już dziś granice skonfrontowani z niemiecką lub choćby i czeską czystościo-grzecznością. O tym też przeczytamy u Pani Stefanii.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................
Stefania Grodzieńska KŁANIA SIĘ PRL, Instytut Wydawniczy Latarnik, 2008

Wednesday, November 19, 2008

Jacek Antczak, Anna Fluder WROCŁAWIANIE

Recenzowanie książek kolegów to nie jest wdzięczne zadanie. Bo jeśli będzie pochlebnie, to wszyscy pomyślą o recenzji na zamówienie, a jeśli byłoby krytycznie można się narazić na towarzyski mini ostracyzm. Będzie więc jak zawsze, czyli uczciwie.

„Wrocławianie” to książka utytułowanego prasowego reportera Jacka Antczaka i utalentowanej dziennikarki radiowej Anny Fluder. Tytuł mówi wszystko: 30 rozmów z osobowościami związanymi z miastem dziś chyba w Polsce najmodniejszym. Jedni są tu od swojego zawsze, jak Sępolnianka Kinga Preis, inni pokochali miasto przestrzenną miłością numer 2 lub 3, jak Bochnianko-Krakowianka Ewa Michnik. Autorzy przypominają we wstępie, że zaczęło się od wspólnie przeprowadzanych wywiadów, które równolegle ukazywały się w Radiu Ram i „Polsce-Gazecie Wrocławskiej”, a kończy na książce, do której wywiady poszerzono o nowe treści. Umieszczono też zapisy zupełnie nowych dziennikarskich spotkań. Tak powstała jeszcze jedna na naszym rynku księgarskim składanka, tym razem z Wrocławiem i wrocławskością jako motywem przewodnim.

Wydawałoby się, iż o bohaterach „Wrocławian” wiadomo już właściwie wszystko, do przeczytania tu i tam, wyszperania w Internecie lub bibliotece. Antczak i Fluder udowodnili, że niekoniecznie wszystko było, wydobyli od rozmówców sporo nowych detali, anegdot, poglądów, prezentując unikalny zestaw biografii i postaw ludzi wyjątkowych, połączonych pasją życia, pracy, no i mieszkania w tym, nie innym mieście. Z prawnikiem Andrzejem Malickim wspominamy żużlową przeszłość, z malarzem Pawłem Jarodzkim przeszłość luxusową. Lekarka profesor Chybicka mogła zostać słynną wrocławską gimnastyczką, literaturoznawca profesor Bereś, w młodości trenujący boks, o mało nie obił twarzy poecie Wojaczkowi (albo odwrotnie). Ksiądz Orzechowski byłby pewnie niezłym hydraulikiem, gdyby sobie o nim wyżej nie pomyśleli, a profesor Miodek ma ochotę komentować mecze podczas Euro 2012. O swoim kiedyś, o tu i teraz, czasem o tym, co zaraz, opowiadają jeszcze m.in. wicemistrzyni olimpijska Maja Włoszczowska, aktor Robert Gonera, muzyk Lech Janerka czy pisarz Marek Krajewski. Spotykają się w tej książce pokolenia, ludzie rozmaitych zawodów, adresów, losów i wyborów. I, uwaga, nie ma wśród nich ani jednego polityka!

Każda zajmująca publikacja powinna skłaniać czytelnika do czegoś więcej niż samo czytanie, tak jest również w przypadku „Wrocławian”. Trudno nie zadać sobie pytania o fenomen Wrocławia czy Wroclove’ia, jak często mawiają autorzy. Bo odpowiedzi w serii wywiadów z postaciami dla miasta znaczącymi nie znajdziemy. Przynajmniej nie w formie gotowej do cytowania. Można wprawdzie automatycznie rzec, że fenomenalni ludzie są tego zjawiska przyczyną, ale to chyba jednak nie wystarczy. Zwłaszcza gdy ci ludzie przyznają się do związków z miejscami. Niech więc każdy szuka własnej nici łączącej jego dzieje z Wrocławiem, do czego książka Antczaka, Fluder i ich bohaterów dyskretnie zachęca.

Gdyby ktoś chciał się do czegoś przyczepić, też znajdzie pole do popisu. Trzydzieścioro wspaniałych Wrocławian, z którymi rozmawiają dziennikarze, to przecież tylko część, wielu osobowości brakuje. Nie warto również zapominać o tych, co stąd wyjechali, bo było im za ciasno, za biednie, za… jakoś tam. Oni też mogliby rzucić światło na Wrocław jako genius loci. Ale krytyków łatwo obłaskawić, powtarzając za największym wrocławskim poetą: „zawsze fragment”. Osobiście nie mogę zrozumieć tylko jednego. Dlaczego, u licha, autorzy „Wrocławian” są na skrzydełkowych fotografiach tacy smutni, tak odmiennie od min bohaterów i charakteru wywiadów nieuśmiechnięci? Stworzyli przecież świetną książkę.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
............................................................
Jacek Antczak, Anna Fluder WROCŁAWIANIE, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2008

Thursday, November 6, 2008

Elżbieta Cherezińska BYŁAM SEKRETARKĄ RUMKOWSKIEGO

To jest jedna z tych niezwykłych książek, które dodają do dotychczasowej wiedzy coś nowego, rzucają światło na sprawy dawno ocenione i skomentowane, a przy tym wprowadzają do naszego świata nowego bohatera (tutaj bohaterkę) i pozwalają się z nią zaprzyjaźnić.

Estera Daum była w czasie II wojny światowej jeszcze Etką, młodą kobietą rozpoczynającą życie od niepewnej miłości czasów zagłady i od posady sekretarki jednego z najbardziej kontrowersyjnych przywódców żydowskich. Przez 4 lata towarzyszyła Chaimowi Rumkowskiemu, zarządcy łódzkiego getta. Obserwowała realizacje jego wizji przetrwania narodu przeklętego, decyzje i wybory, konieczne lub niekonieczne kompromisy z hitlerowcami. Daum wydaje się obiektywna w ocenie, którą gdzieś między wierszami można odczytać, choć jej punkt widzenia trzeba odbierać jako nie do końca bezstronny. Znajdowała się przecież w kręgu, o pewnych sprawach wiedziała, choć nie chciała tej świadomości do siebie dopuścić. Sama wyznaje, że pytana o to, dokąd jadą transporty z Łodzi, nie potrafiła zdobyć się na absolutną szczerość, nie umiała powiedzieć prawdy, bo tę prawdę odsuwała także od siebie.

Chaim Rumkowski wymyślił swoiste państwo w państwie. Łódzkie getto zamienił w ogromną kompanię produkującą towary dla Niemców. W ten sposób Żydzi tu mieszkający mieli przetrwać, bo byli potrzebni. Najsłynniejszą, najdramatyczniejszą decyzją Rumkowskiego była zgoda na pozbycie się z getta dzieci i starców. Jego warszawski odpowiednik, Adam Czerniaków, odpowiedział na takie ultimatum samobójstwem. Szewach Weiss we wstępie do książki retorycznie się zastanawia, jak wyglądałby proces i jaki byłby wyrok na Rumkowskiego, gdyby szef Judenratu w łódzkim getcie dożył takiego procesu. Etka Daum byłaby na takiej sprawie istotnym świadkiem, chyba jednak obrony. Ale Rumkowski zginął w Auschwitz, mimo że jego getto przetrwało najdłużej ze wszystkich.

Etka Daum pisała swój pamiętnik w czasie wojny, po wojnie o wojnie najczęściej milczała, jak wielu z tamtej rzezi ocalonych. Zresztą zapisków nie udało się później odszukać. Do tematu wróciła po latach, odtwarzając własne obserwacje, refleksje i odczucia. Taki materiał otrzymała Elżbieta Cherezińska, autorka niniejszej książki, od Władysława Frenkiela, syna bohaterki. Cherezińska opracowała notatki sekretarki Rumkowskiego, redagując je i traktując jako kotwicę. Napisała opowieść narracyjną, choć w formie dziennika, dodając udokumentowane historycznie detale, nadając publikacji stylistyczną jakość. Trudno powiedzieć, na ile tożsamą ze stylem Estery. Na pewno poruszającą. Elżbieta Cherezińska przyznaje, iż zostawiała niedopowiedzenie tam, gdzie to niedopowiedzenie było, a poszerzała relację Etki, gdy odnajdywała taką zachętę. I że są w tej książce punkty wyjścia do czytelniczego śledztwa.

Oprócz opisu współpracy z Rumkowskim Estera-Elżbieta opowiada o codziennym życiu w getcie, o ludziach, ich obyczajach i losach, walkach o władzę, pisze też o sobie, zakochanej, rozłączonej z ukochanym, ocalałej po Ravensbrueck. Taka perspektywa pozwala z jednej strony spojrzeć na historię okiem uczestniczącym i widzieć dostępną całość, z drugiej ujrzeć wojenną i okołowojenną biografię Daum jako fragment ogólnoludzkiej tragedii. Kobiecy sposób patrzenia na rzeczywistość nie jest tu bez znaczenia. Trzeba go poznać. Jak „Zdążyć przed panem Bogiem”, jak „Rozmowy z katem”, „Pianistę” i „Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………
Elżbieta Cherezińska BYŁAM SEKRETARKĄ RUMKOWSKIEGO. Dzienniki Etki Daum, Zysk i ska, 2008

Saturday, October 25, 2008

Siódemka do Angelusa

W finałowej siódemce książek nominowanych do nagrody Angelusa znalazły się pozycje autorów z czterech krajów. Są dwie książki niemieckie, dwie węgierskie, dwie polskie i jedna rosyjska. Po takim werdykcie jurorów mogłoby się wydawać, że w środkowoeuropejskiej prozie wydawanej po polsku w tym roku liczą się tylko cztery literatury, choć pewnie nie dałoby się takiej tezy obronić w dyskusji. Kto wygra? Spróbujmy poprognozować. 

"Bieguni" Olgi Tokarczuk nie są jej najlepszym dziełem, ale nie odbiegają od wysokiego poziomu utworów poprzednich. To proza dla pisarki firmowa, czyli sylwiczna, zbiór esejów, anegdot, mikrofabuł, obserwacji, rozważań na temat człowieka w czasie i przestrzeni. Tym razem jednak za Tokarczuk stoi kulturowy rosyjski punkt wyjścia, bo tytułowi bieguni to rosyjska sekta, 
której przeświadczenie o świecie jako produkcie szatańskim, prowadzi do ciągłego przemieszczania się. Tylko tak można uniknąć spotkania z diabłem. Tym z ksiąg i tym wewnętrznym. Ta kolejna nie-powieść w dorobku Olgi Tokarczuk miałaby szanse na zwycięstwo, gdyż podsumowuje naszą współczesną nomadyczną konieczność (bo chyba jeszcze nie charakter). Kłopot w tym, że już dostała nagrodę Nike i w niniejszej konkurencji stoi raczej na straconej pozycji. 

Druga polska książka, Małgorzaty Szejnert "Czarny ogród", też została już wyróżniona nagrodą Cogito. Zastanawiam się jednak, czy tradycyjna opowieść o Giszowcu, śląskiej małej ojczyźnie dla ludzi różnych czasów, może zdobyć głowy Angelusowych jurorów. Bo serca pewnie tak. Trudno się nie wzruszyć opisywanym przez Szejnert Śląskiem, jego pięknym dramatem, zapisanym na 
kartach zbiorowej historii i pojedynczego losu. Czytelnicy bywają po tej paradokumentalnej lekturze zachwyceni (zwłaszcza czytelniczki), literackim sędziom może zabraknąć artyzmu. 

Wspomnieniowy jest również "Przy obieraniu cebuli", autobiograficzny traktat moralny Guentera Grassa, noblisty, pisarza najsławniejszego z finałowej siódemki. O książce zrobiło się głośno zwłaszcza z powodu Grassowego coming outu. Autor przyznał się bowiem po latach do członkostwa w zbrojnej formacji SS. Opinię publiczną w Niemczech zbulwersowało zbyt późne wyjawienie tej tajemnicy wczesnej młodości, choć zapewniło to przy okazji wielką promocję samej książce. Myślę, że jurorzy, doceniając kunszt artysty doskonałego i spełnionego, nie zdecydują się na więcej niż nominację. 

"Instynkt gry" Niemki Juli Zeh to z pozoru powieść młodzieżowa, opowieść o młodych ludziach z dawnej stolicy Niemiec, Bonn. W rzeczywistości mamy do czynienia z przestrogą przed pokoleniem generacji nic, bez wartości, choć piekielnie (to tutaj celne słowo) inteligentnych. Niemcy są w książce Zeh krajem-symbolem zachodniej Europy, krainy wyzutej z autorytetów i 
pozamaterialnej nadziei. A ponieważ młodzież jest podobno taka jak dorośli, tylko bardziej przebiegła, sami jesteśmy sobie winni. "Instynkt gry" to niezła i istotna rzecz, tyle że trochę gorsza od debiutu autorki ("Orłów i aniołów"). 

Gdyby zwyciężyła "Głuptaska" Swietłany Wasilienko, byłaby to trzecia z rzędu wygrana autora wydawnictwa Czarne. Trochę to wątpliwe, jeśli rozpatrywać werdykt sędziowski w kategoriach pozaliterackich, ale artystycznie Rosjanka ma szanse. Bo w losie niemówiącej, lecz śpiewającej Nadźki, umysłowo upośledzonej dziewczynki, przegląda się i Rosja, i ogólnoludzkie typy. 
Zetknięcie z kimś dotkniętym zawsze coś dla człowieka znaczy. Jak mówi ciotka bohaterki: "Wybrał Bóg głupstwa świata, aby zawstydził mądre". Nic dodać, nic ująć, również w kontekście ewentualnego rozstrzygnięcia jury. 

Najwięcej szans dawałbym po bukmachersku, i po literacku, Peterowi Esterhazy'emu. Jego "Harmonia Caelestis" to złożona ze strzępów rozmaitych historii antysaga węgierskich arystokratów, których wykoleiła powojenna zawierucha polityczna. Dzieło z ducha epickie, w formie na wskroś ponowoczesne. Na Węgrzech zrobiło karierę już w roku 2000. Esterhazy to pisarz wielkoformatowy o hrabalowskim zacięciu, potrafi łączyć światy niemożliwe, jak dzieje współczesnej Europy. "Harmonia Caelestis" wydaje się książką w Angelusowej siódemce najambitniejszą, najbardziej podatną na analizy. A jurorzy taką prozę po prostu lubią. 

Skoro ma wygrać Esterhazy, rodak Laszlo Krasznahorkai będzie się musiał obejść smakiem. Nie pomoże "Melancholia sprzeciwu", opis zapyziałej węgierskiej prowincji, tępej, zacofanej, brudnej. Tylko tu pokaz wieloryba i wizyta nibyproroka może wywołać rewolucję. Zresztą szybko stłumioną. Trudno się tę powieść czyta, bo porcja padliny ogromna jak cyrkowy ssak. Ale Krasznahorkai ma talent, fragmentami nie można się od jego stylu oderwać. Jak od każdego autora apokalipsy. 

Werdykt realny poznamy 6 grudnia na gali we wrocławskim Teatrze Capitol. Żadna decyzja nie będzie sensacją, bo wszystkie siedem książek to świetna literatura. Szkoda tylko, że organizatorzy konkursu nie pomyśleli dotąd, by dodatkowo nagradzać tłumaczy Angelusowych laureatów. Od przekładu przecież wiele zależy. 50 tysięcy dla translatora sprawiłoby, że Angelus byłby nagrodą literacką pieniężnie najwyższą w Polsce i pomysłowo (nagroda dla autora plus tłumacza) specjalną w skali światowej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Wednesday, October 15, 2008

Aravind Adiga BIAŁY TYGRYS

Najlepsze książki świata mówią o pomieszaniu. Charakterów i światów. Są przestrogą przed społecznym i psychicznym mezaliansem, ale też tego mezaliansu apologią. Bo gdyby każdy zawsze trwał na raz wytyczonym posterunku własnego losu, nie byłoby literatury. Świeży zdobywca brytyjskiej nagrody Bookera napisał w życiu jedną powieść. O pomieszaniu właśnie. Tak udaną, że od razu nagrodzoną. To książka dość staroświecka stylistycznie (i dobrze), napisana w listach, ale o momentami zatrważającej sile przekonywania. Nie wiem, na ile prawdziwa, za to z pewnością wiarygodna.

Tytułowym Białym Tygrysem jest Balram Halwai, pochodzący z biednej, ciemnej części Indii niewyedukowany mężczyzna. Sprytem i zbrodnią spełnia swoje marzenia w Indiach bogatych i miejskich, w Nowych Indiach. Przez siedem nocy osobiście opowiada nam biografię pełną obserwacji i wyznań. Nam oraz chińskiemu premierowi, który niebawem przyjeżdża z oficjalną wizytą. Bohater nie chce, by polityk zobaczył jedynie eksportową wersję kraju, lecz miał świadomość istnienia slumsów, rynsztoku zgotowanego ludziom przez ludzi. Dlatego mówi o Bangalur, o laboratorium klęski większości i sukcesu nielicznych, o Indiach wykorzystujących zachodnią cywilizację i wykorzystywanych przez zachodni biznes. A wybór adresata takiej korespondencji to ironia absolutna:

„Z szacunku dla umiłowania wolności, okazywanego przez naród chiński, i wierząc, że dziś, gdy biały człowiek, nasz dawny pan, sam się zniszczył swoimi zboczeniami, telefonami komórkowymi i narkotykami, przyszłość świata leży w rękach ludzi brązowych i żółtych – powiem Panu, gratis, prawdę o Bangalurze, opowiadając historię własnego życia” – snuje narrator, doprawiając wymowę nihilistycznej prozy dziegciem proroctwa.

Przepowiednia to znana, w Wielkiej Brytanii i całej bogatej Europie, szczególnie gromka. Zwłaszcza w kontekście coraz liczniejszych imigrantów. Kiedy się przegląda broszury informacyjne angielskich uniwersytetów, uderza przewaga Azjatów na zdjęciach studentów-modeli. Balram Halwai sam siebie nazywa Hindusem niedouczonym, strach pomyśleć, co będzie, gdy się ten symboliczny brązowo-żółty tygrys wyuczy. A może właśnie nie strach? Autor tej książki, Aravind Adiga, kształcił się przecież w Ameryce, jest dziś korespondentem „Time’a”, „Financial Times'a”, NBC. Ogarnia świadomość mieszkańców różnych części Indii i kilku kontynentów, zna mentalność wschodu i zachodu. Można go nazwać albo białym tygrysem, czyli okazem ciągle rzadkim w przyrodzie, albo twierdzić, że tacy jak on, są już stadem, dumą nowoczesnej kultury, jako ludzie sukcesu. Oglądając CNN, widzimy prezenterów przeróżnych ras, wszystko zatem gra.

Ale to tylko oaza w ogólnoświatowej dżungli, której Indie (i przewrotnie przywołane Chiny) wydają się idealnym symbolem. Tu Balram przeżywa upokorzenia jako kierowca-służący, by wybić się ponad własną klasę i pracodawcę-właściciela. W tle tego planu pojawia się cywilizacja zachodu, winowajca, oprawca, lecz również prawdopodobna ofiara. Ciekawe, iż Adiga jest piątym Hindusem w palecie laureatów Bookera i dziewiątą zwycięską powieścią inspirowaną Indiami. Ekspansja trwa. Ja akurat nie mam nic przeciwko, skoro książka Adigi to rzecz ważna i literacko ciekawa. I dobrze, że tak szybko po polsku.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………………………..
Aravind Adiga BIAŁY TYGRYS, przeł. L. Stawowy, Prószyński i ska, 2008

Thursday, October 9, 2008

Literacka nagroda Nobla

Zespół Kobranocka nagrał kiedyś piosenkę, w której wokalista śpiewał: „I nikomu nie wolno się z tego śmiać”. Kobranocka z literacką nagrodą Nobla nie ma nic wspólnego, tym bardziej, że tzw. zwykły przechodzień na hasło „Kobranocka” pewnie się uśmiechnie w mglistym skojarzeniu, lecz na hasło „V.S. Naipaul” już tylko zmarszczy czoło w malignie nieświadomości. Ale fraza „nikomu nie wolno się z tego śmiać” jak ulał pasuje do noblowskich werdyktów w dziedzinie literatury. Bo mimo wszystko rok po roku zwyciężają co najmniej interesujący pisarze i dostają za to zwycięstwo milion trzysta tysięcy dolarów. Nawet w czasach dewaluacji i kryzysu tyle pieniędzy zamyka usta. Zwykły przechodzień machnie ręką i pójdzie dalej albo otworzy usta w podziwie dla nieznanego, ale na pewno wielkiego twórcy. Takiej sumy nie daje się bez powodu i bez głębokiego zastanowienia.

Rzeczywiście, proces przyznawania literackiego Nobla to rzecz żmudna i długotrwała, w zamierzeniu możliwie obiektywna. Sugestie i nominacje przyjmowane są z całego świata od lutego, po wstępnej selekcji zostaje około 200 nazwisk. Potem ta liczba kurczy się do dwudziestki, aż w końcu zostaje piątka, z których dziełami członkowie Akademii jadą na letnie wakacje. W
wrześniu się spotykają, dyskutują, by na początku października ogłosić werdykt. Oficjalnie powinni być zainteresowani jedynie artystyczną wartością twórczości autorów, nieoficjalnie wiadomo, że liczą się również inne względy. Iluż pisarzy nigdy nie otrzymało Nobla z powodów statystycznych czy politycznych. Lista tych, którzy nie dostali najważniejszej literackiej nagrody świata jest oszałamiająca: Proust, Tołstoj, Joyce, Rilke, Woolf, Brecht, Orwell, Celan, Borges, Lem, Ionesco, James, Twain, Stevens, Fitzgerald, Williams. I tak dalej. Wielu laureatów nie ma szans na sławę pominiętych.

Jakimi więc kryteriami kierują się członkowie Akademii, a wcześniej komitetu wybierającego krótką listę? Entliczek-pentliczek? Tego nie wie nikt, choć teoretycznie powinno tu chodzić o wybór kogoś, kogo teksty dotyczą współcześnie istotnych problemów, a zwłaszcza ideałów i ideologii. Stąd często takie, a nie inne rozstrzygnięcia. Dario Fo, Elfriede Jelinek, Harold Pinter to niedawni laureaci o wyrazistych poglądach, także społecznych. To akurat dobrze, że Akademia nie stoi na z góry ustalonych pozycjach, nie broni barykady tradycji, lecz otwiera się na nowe. Gorzej, gdy noblowski sekretarz mówi prasie: „Nie uciekniemy od tego faktu: to ciągle Europa jest centrum literackiego świata, nie Stany Zjednoczone. USA są zbyt zamknięte i zapatrzone w siebie, nie tłumaczy się tam wiele, ten kraj nie bierze udziału w literackim dialogu. Ta ignorancja boli”. No właśnie, taka ignorancja ze strony noblowskiego prominenta naprawdę boli, bo prowokuje wątpliwości co do bezstronności i kompetencji samej Akademii. Może pan Egdahl chlapnął coś, czego dziś się wstydzi, a może jednak nie?

Jakkolwiek by było, w bukmacherskim wyścigu do najbardziej nieprzewidywalnego, jak uczy historia, wyróżnienia stanęli w tym roku ci sami zawodnicy: od Boba Dylana przez Ko Una, Milana Kunderę, Amosa Oza, Maria Vargasa Llosę, Ogawę Yoko, Haruki Murakamiego, Chinua Achebe, Salmana Rushdiego, Umberta Eco. Wygrał Jean Marie Gustave Le Clézio, autor "nowych pożegnań, poetyckiej przygody i zmysłowej ekstazy, odkrywca ludzkości poza głównymi nurtami cywilizacji".
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Wednesday, September 24, 2008

Zachar Prilepin SAŃKJA

Takich książek się w Polsce teraz nie pisze, a może tylko nie wydaje. U nas króluje światopoglądowy mainstream. Zająknie się czasem Ziemkiewicz lub inny prawicowy publicysta o potrzebie zmiany, o grzechach polactwa, urojonych lub nie, ale siły impulsu w tym nie ma, zaledwie siła dyskusji. I dobrze. Bo to znaczy, że nie mamy również problemów z narodową tożsamością. Interesuje nas Euro 2012 i euro w 2011. Zdrowy kraj, choć niekoniecznie zdrowa literatura.

Ale takie książki, jak „Sańkja” Zachara Prilepina kiedyś się u nas pisało i czytało. Tuż po odzyskaniu niepodległości. Pod piórem świetnych autorów trwała wartka wymiana wizji Polski przyszłości. Żeromski do dziś pozostał na liście lektur szkolnych, choć pewnie nie na długo. Prilepin do przedmaturalnych analiz w rosyjskich liceach pewnie nie trafi, lecz jego ideowy bildungsroman mógłby namieszać w gorących głowach postpionierskiej młodzieży. Nie tylko dlatego, że pisarz otwarcie wyraża swoje radykalne poglądy (na co dzień należy do partii narodowo-bolszewickiej). „Sańkja” to po prostu dobrze skrojona powieść, w której narrator i bohaterowie władają ekspresyjnym językiem, nieprzegadanym dialogiem, skrótowym opisem, prawdziwie wyrażając zwykłe ludzkie uczucia.

Główna postać, młody mężczyzna z Bogiem, ojcem, matką i ojczyzną jako pierwszorzędnymi wartościami, uważa aktualny polityczno-społeczny porządek w Rosji za zdradę. Nie chce się pogodzić z kapitalizmem i globalizmem, z dyktatem ropy i interesu, z upadkiem imperium. Wychowany w rodzinie bez mężczyzn sam stara się mężczyzną stać, wybierając rewolucję za drogę dla siebie i do siebie. Chce Rosji nowej, czyli starej, gdzie każdy znał swoje miejsce, gdzie była jakaś sprawiedliwość i nadzieja. Teraz panuje niezgoda, dynamicznie przedstawiona w otwierającej scenie mityngu opozycji. Tu Sasza jest jeszcze jednym z uczestników, częścią tłumu, udziela się w walce, pragnie miłości, zuchwały chłopak szukający własnego miejsca na placu i w życiu. Na końcu będzie kimś ważniejszym i mądrzejszym o świadomość tej małej rewolucji, która się dzieje, lecz może nic nie zmienić. Może być tak jak przekonuje umiarkowany w poglądach Bezlietow: „dajcie ludziom pożyć spokojnie w ich kątach. (...) zaproponujcie taką możliwość: do-żyć spo-koj-nie do końca”. Dla Bezlietowa, przypominającego trochę Szymona Gajowca, wywrotowa działalność młodych ma wymiar estetyczny, jest do tolerowania dopóki nie zostanie przekroczona granica przemocy. Sasza i jego koledzy uważają, że tę granicę przekroczyć trzeba, by ich kraj nie przeobraził się w wymarły ląd „zasiedlony Chińczykami i Czeczenami”. Bezlietow próbuje uspokajać: „w dzisiejszych czasach rosyjskość nie jest własnością wszystkich. (…) Ona kryje się jeszcze w konkretnych ludziach jako całkiem określony duchowy porządek i, Bóg da, pozostanie w nich jakiś czas”. Sasza chce Bogu pomóc, wbrew przestrogom Bezlietowa wskrzesić biesy, wstrząsnąć narodem, zamiast pielęgnować „ubogiego ducha” jednostki wyzwolić dawną potęgę całości.

Czy jednak może tego dokonać młodzieniec, którego narrator w drugim zdaniu powieści portretuje jako kogoś, kto spogląda pod nogi oczami zmęczonymi „patrzeniem na czerwone płachty i szare mundury”, który ma w domu zatroskaną matkę, który milknie, gdy babcia ironicznie pyta, czy był na grobie ojca i czy ten ojciec przypadkiem nie wstał? Ta sama babcia ciągle woła na niego „Sańkja” i nie przypadkiem Prilepin tak tytułuje swą książkę. Wie, że naiwność sprawdza się na chwilę, na literaturę, lecz niewiele jej w realnym życiu. Sasza też będzie wiedział, choć nie wiadomo, czy się z tą świadomością pogodzi. Naprawdę dobra powieść o Rosji i o człowieku.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………………….
Zachar Prilepin SAŃKJA, przeł. K. Wańczyk, Czarne, 2008

Wednesday, September 17, 2008

Bohdan Zadura WSZYSTKO

Nie przepadam za polską poezją współczesną. Uważam, że wcale nie jest taka wspaniała, jak się o niej mówi w literackich kręgach. Dla mnie dolega jej to samo, co większości naszych artystycznych dziedzin: nieoryginalność i ultra obawa przed czymś innym niż kurs na mistrzów. Może należałoby się zwrócić w stronę jakichś gatunkowych korzeni, by wreszcie opuścić strefę stagnacji?

Ale najnowsza książka Bohdana Zadury podoba mi się bardzo, mimo początkowego dystansu. Lepiej ją czytać niewyrywkowo, bo układa się w atrakcyjną i znaczącą, kształtną całość. Zadurze wolno „Wszystko” (tak zatytułowana jest książka) i umiejętnie z tego korzysta, portretując siebie, innych (Innego) i sytuacje (Sytuacje) z ironią i powagą. Używa formy klasycznej, korzysta z formuły aforystycznej i w końcu wypełnia zasadę umieszczoną w ostatnim tekście zbioru: „takie proste, tak późno/ nie żeby się podobały/ ale żeby ktoś coś z nich miał”. Potrafi nawet przyznać, że przekonanie o wyższości wiersza nad widokiem zgrabnych pośladków jest błędne, a przynajmniej należy do grzechów, z których się wyrasta. Starzenie się to zresztą jeden z wyrazistych wątków tego tomu. Nie dojrzewanie, lecz właśnie starzenie (co różni mistrza młodego od starego). Zadura rzeczywiście wyrósł z pewnych życiowych rytuałów (jak „erekcja o świcie”), jednakże poetycko ma jeszcze wiele do powiedzenia.

Jego „Wszystko” to zabranie głosu w sprawach ważnych, bez chowania pióra w piasek wieloznaczności i sztuczności, bez lęku o odsłonięcie, bez pomocy zmyśleń, tworów pośrednich, bez awersji do sentymentu. Zadura trochę tu wspomina także swoją przeszłość, więcej wypomina polskiej rzeczywistości. Lubi wychwytywać paradoksy, wierzy, iż poprzez ujawnienie nonsensu ciągle można zbliżyć się do tego czegoś, dla czego chce mu się pisać. Nie używam słowa prawda, bo „słowa jak zawsze się zużywają”, jak pisze autor, bo prawda jest połowiczna, bo przedziwnie i często niegodnie zmienia się kontekst. Na przykład w aforyzmie tytułowanym dedykacją „Archiwistom w gazowych maseczkach i gumowych rękawiczkach” Zadura kłuje: „każda praca jest dobra/ jeśli nie hańbi”. Takich gier z utartą frazeologią znajdziemy tutaj sporo. Są wymierzone przeciw, są polityczne, publiczne, ale i prywatne. Podobnie z pozostałymi, już pełnowymiarowymi, tekstami. Nie zawsze panuje w nich ironia, nie na każdej stronie liryzm ustępuje publicystyce. Autor nie zapomina o poezji. Jeśli przekracza jej granice, to zaraz wraca w poetycki obręb, przypominając zaskoczonemu czytelnikowi, o co w tym „Wszystkim” chodzi.

Bo nie chodzi o uzmysłowienie wyborcom, że nie muszą zaciskać zębów i głosować, gdy nie czują sensu wyboru, nie chodzi o Lecha Kaczyńskiego, Henryka Jabłońskiego, Polskę Ludową i Polskę ludyczną. Nie o to, co się traci w życiu, nie o to, co się zyskuje. Bo taki bilans jakoś zawsze wychodzi na zero, jak pisał inny klasyk, bo „próżny trud/ lek/ przed śmiercią”, a „starsi faceci/ w tym smutnym kraju/ małą Laudację/ ciągle pukają”, bo „wszystko się plącze” w powikłaniu. Idzie o to, jak wolno mi zgadywać po lekturze nowej książki Bohdana Zadury, by niebezrefleksyjnie być tak długo, jak się da. Nie na siłę, nie bezsilnie, nie tylko teraz, nie tylko tam, niekoniecznie na gapę, nie codziennie serio. Bo życie i tak dzieje się tu, gdzie my się dziejemy, po tej samej stronie ulicy, w tym samym pomieszczeniu, kraju, epoce, w tym, nie innym, ciele. Choć nam wydaje się, że jest odwrotnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………….
Bohdan Zadura WSZYSTKO, Biuro Literackie, 2008

Thursday, September 11, 2008

Orhan Pamuk STAMBUŁ

„Stambuł. Wspomnienia i miasto” to gawęda o rodzinnym miejscu Pamuka, zaplanowana jako eseizująca autobiografia z udziałem innych ważnych dla pisarza osób. Spojrzenie na miasto piękne i brzydkie, bliskie i dalekie z dystansu autora, który czuje, że zbyt bezpośredni styl byłby nie na miejscu, gdy akurat mnie wydaje się odwrotnie. Bo gdyby nie ta pisarska rezerwa poznalibyśmy może Pamuka od innej, bardziej ekstremalnej strony. A tak utrzymujemy się w tych samych stanach średnich i nawet o samej historycznej metropolii nie dowiadujemy się specjalnie fascynujących detali.

Owszem, ciekawi mnie na przykład opis stambulskich pożarów, a zwłaszcza wyznania autora o przyjemności, jaką jego pokolenie „czerpało z widoku płomieni trawiących miasto”, uczucia wynikającego z poczucia winy, z jakim „czekaliśmy, aby jak najprędzej zniknęły ostatnie ślady gigantycznej cywilizacji i kultury, na której spadek nie zasłużyliśmy, ponieważ woleliśmy stać się wtórną, nieciekawą i mizerną kopią zachodniego świata”. Ale kiedy Pamuk opowiada o notatkach różnych wędrowców na temat swojego miasta, moja uwaga się kończy. Nie interesuje mnie opinia Gautiera, ani jego paroles o dostrzeganiu „melancholijnego piękna w zaniedbanym i smutnym krajobrazie”, czy doświadczanie „romantycznej ekscytacji na widok ruin greckiego i rzymskiego imperium”. Może dlatego pozostaję głuchy na podobne dygresje, że nie jestem Turkiem, nie znam Stambułu, nie byłem, nie widziałem, nie zwyciężyłem.

To, co zdaje się w Stambule wspominanym i prezentowanym przez Pamuka najważniejsze, to styk kultur, spotkanie dziejów kształtujących cywilizację, poczucie utraty, ale przecież również zupełnie współczesna nadzieja na nową, młodą, świeżą Turcję unijnoeuropejską. Tej ostatniej nie za wiele w tej książce, bo i natura biografii i autobiografii jest inna. Ale w czytelniku z obcego środkowo-wschodnio-europejskiego kraju wrażenie braku jakiejś istotnej emocji rodzi się podczas przebywania zbyt długo w mgle przeszłości. Choćby i arcyerudycyjnej, umiarkowanie anegdotycznej, felietonowej, za rzadko osobistej. Za to wtedy, gdy Pamuk zahacza o własne dzieciństwo, z którego wyniósł późniejszą potrzebę pisania, naprawdę zaciekawia. Ostatni rozdział książki „Rozmowa z matką: cierpliwość, ostrożność i sztuka” to majstersztyk, skonstruowany jak najwspanialszy moment kulminacyjny bestsellerowej powieści. Szkoda tylko, że czytając tę książkę, trzeba się do takich punktów dokopywać przez ruinę melancholii i encyklopedycznych wycieczek.

Wyobrażam sobie, iż podróżnik przygotowujący się do pobytu w Stambule mógłby z opowieści Pamuka wiele się nauczyć o mieście spomiędzy snu historii i jawy teraźniejszości. Mógłby nawet poczuć dumę z powodu celu podróży, wyboru tak bogato opisanej i obfotografowanej metropolii, którą poznał wcześniej okiem sławnego pisarza, władającego długą, tradycyjną frazą. Ale wiem też, że kiedy się jedzie do nowego miejsca, człowiek miewa dynamiczne oczekiwania i gdzie mu wtedy w głowie literacki przewodnik. Jeśli więc czytać „Stambuł” to dla Orhana Pamuka, co jak zwykle nie musi być tylko czytelniczą ucztą.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………..
Orhan Pamuk STAMBUŁ. WSPOMNIENIA I MIASTO, przeł. A. Polat. Wydawnictwo Literackie, 2008

Thursday, September 4, 2008

Tadeusz Różewicz KUP KOTA W WORKU

znam człowieka, mężczyznę w po-średnim wieku, który – mężczyzna, nie wiek – nie przepada za Różewicza Tadeusza poezjom/poezją (niepotrzebne skreślić). ceni za to różewiczowskie dramaty i mówi – cytuję z wyobraźni – kartoteka pułapki starej kobiety w białym małżeństwie na czworakach więcej dla mnie znaczy niż nożyk profesora szarej strefy.

ja mu na to, że akurat się nie zna, choć szanuję jego opinię, bo jak tu nie szanować w dzisiejszych czasach (ja panu nie przerywałem). bo ja według mnie zgodnie z moim własnym sum-mieniem uwielbiam Różewicza lirycznego. tego co w czasopiśmie marki ‘płomyk’ wygrywał plebejscyty na poetę roku, wiersz roku, idola pokolenia, które przeminie (a nasze nie, póki my żyjemy). były takie czasy.

teraz żyjemy w szkle kompaktowym i Tadeusz laureatus Różewicz pisze felietony nie wiersze, do szuflady, do ‘przeglądu’, do słuchania na nielicznych wieczorach ał-torskich, do uśmiechu, do nietzschego. fryderyka, silesiusa, telekamery.

POETA WRACA PO LATACH DO PARODII
POETA W SANATORIUM
KOT W WORKU
DZIADEK W KORKU

już widzę te recenzje

albo albo: poeta jak zegarmistrz chirurg snajper uderza w to, co we współczesnej kulturze najcenniejsze, precyzyjnym cięciem obnaża powierzchowność i upadek świata Herrych Potterów, włatcuf duszyczek, dyrektorów banków, donaldóf tóskóf. to się może pojawić. w jednej czy drugiej gazecie. będzie o odtrutce na te ciężkie czasy i o geniuszu genialnego Tadeusza. będzie, bo być musi. i jeszcze zachwyt, że taki dowcipny, pełen autoirrronii, i, że oprócz malowania wierszem, potrafi pisać rysunki. KUP KOTA W WORKU nie będziesz żałował naprawdę warto.

jest już ciemno myślę sobie czym jest piękno

najnowszej poezji Tadeusza Różewicza i sobie odpowiadam, że już nie tym samym, co w okresie lirycznym ani nawet dramatycznym. wprost komentowanie rzeczywistości, stawianie pod ścianą kropki, parapoetycki kolaż stolarz. sto lat niech nam taki Różewicz żyje, niech zbiera te strzępy absurdów, ogląda czyta spaceruje, nasłuchuje i cytuje, niech obraz słodkiego miłego pożycia rujnuje, bo czasem po prostu jeszcze do licha daje radę. bo czasem spod tego twórczego ogona trafia się „normalny poeta”…”odaliska Ingres’a”…”niebieska linia”. no a czasem no cóż trzeba to ogłosić wychodzą „kichnięcia” i „kluski”. jak to w sztambuchu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………
Tadeusz Różewicz KUP KOTA W WORKU, Biuro Literackie, 2008

Friday, August 22, 2008

Jurij Andruchowycz TAJEMNICA

Pamiętam, jaką furorę zrobił swojego czasu Andrzej Stasiuk, publikując autobiograficzną książkę pt. „Jak zostałem pisarzem”. Teraz Jurij Andruchowycz zabrał się za autobiografię, wydając w firmie Stasiuka wywiad z samym sobą. Jeśli jednak wyznania Stasiuka były dynamiczną ciekawostką do zapomnienia, „Tajemnica” ukraińskiego autora to tom nie tylko „zamiast powieści”, jak stoi w podtytule.

Nie przepadam za powieściami Andruchowycza. Są dla mnie zbyt chaotyczne, a granica między szczerością a sztucznością czasem zbyt wyraźna. Powieściom Ukraińca dolega pewna umowność, która w gatunku nienarracyjnym sprawdza się świetnie. Dlatego forma narcystycznego wywiadu wydaje się dla tego gwiazdora literatury szczególnie trafiona. Niepoważnie w tym wszystkim brzmi tylko mistyfikacyjny pomysł, że oto niby niemiecki dziennikarz Egon Alt (czyli „ja stary”) prosi Andruchowycza o rozmowę, ten się zgadza, rozmawiają, potem Egon ginie i tak dalej. Pomysł ozdobny, niepotrzebny, jak wiele wątków w powieściach autora nagrodzonych Angelusem „Dwunastu kręgów”. Ale treść „Tajemnicy” naprawdę zajmuje, bo jest to podróż z dawnego Iwano-Frankowska do dzisiejszej Ukrainy (Iwano-Frankiwska), przez Europę czasów i kultur. Na początku była „podłoga, deski podłogi w takim brudnym ciemnoczerwonym kolorze, mocno podrapane deski, szpary między nimi”. Potem „magiczne miasto Lwów”, wojsko, grupa poetycka Bu-Ba-Bu i otwarcie na Europę. Jeszcze raz okazuje się, że w pojedynczym życiorysie osobowości wyjątkowej, bo artystycznej, też widać dzieje naszej części świata, zapyziałej, choć z przeświadczeniem, przeczuciem otchłani, przywiązaniem do snu, problemem z nastrojami. „Rano strasznie nie chce mi się wracać do rzeczywistości – mówi Andruchowycz. – Dlatego przez pewien czas staram się wskoczyć z powrotem w ostatni sen. Potem jeszcze ta wiosna, znowuż ta wiosna, ta śmierć”. Zawsze to samo. Ten sam demon żalu, goryczy, sentymentu, przemijania zamiast radości z tego, co mamy. Może dlatego, że mamy tak mało?

Są w „Tajemnicy” wszystkie Andruchowyczowe przejścia, w miłość, seks, używki, poezję, są opisane jego największe lęki, najważniejsze lektury, najwięksi przyjaciele. Dowiadujemy się rzeczywiście więcej niż z każdego wywiadu dotąd z ukraińskim pisarzem przeprowadzonego, chociaż, rzecz jasna, do tajemnicy się nie zbliżamy. Pewnie zresztą dlatego, że jej nie ma. Ale najmocniejszym punktem tej książki jest nie odkrywanie meandrów życia autora istotnego na współczesnej mapie literatury środkowoeuropejskiej, tylko opowieść o jego czytelniku. Podobnie wychowanym lub naznaczonym tym niepowtarzalnym duchem Europy nie do końca. U Andruchowycza pojawia się w pewnym momencie motyw piwniczny i trudno się oprzeć skojarzeniu.

Mam co do tej książki jeszcze jedną osobistą nadzieję. Że tak błyskotliwie i spontanicznie sumując chwile z życia i myśli ukraińskiego pisarza, będzie pozycją graniczną również dla jego twórczości. Że po tym, jak wypowiedział wszystko o sobie i swoim/naszym środkowoeuropejskim mieszkaniu, zechce własny talent wprowadzić w bardziej uporządkowane rejony i nauczyć się czegoś innego. Zostawić ten wyświechtany postmodernizm w jakiejś literackiej piwnicy i poczuć, skąd wieje wiatr przyszłości. Bo my tu we wschodnim centrum kontynentu znamy się jak łyse konie, rozumiemy się bez słów, więc potrzebujemy albo zmiany, albo stabilizacji na wysokim, wygodnym poziomie, w który ciągle nie możemy uwierzyć.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………..
Jurij Andruchowycz TAJEMNICA, przeł. M. Petryk, Czarne, 2008

Wednesday, August 20, 2008

Imre Kertesz DOSSIER K.

"Ci, którzy przeżyli, są wyjątkiem, ich istnienie jest jedynie wypadkiem przy pracy, jaki przydarzył się w machinie śmierci. Może dlatego tak trudno pogodzić się z tak wyjątkową, nienormalną egzystencją, jaką jest przeżycie". Tak pisze Imre Kertesz w autowywiadzie zatytuowanym "Dossier K." Nie mamy wprawdzie do czynienia z książką, która mówi wszystko o nagrodzonym kilka lat temu Noblem pisarzu, ale rzecz to warta uwagi, bo podsumowuje wątki twórczości węgierskiego mistrza.

Kerteszowi często zarzucano, że pisze o sobie, że autobiografia zajmuje w jego literackiej spuściźnie naczelne miejsce. Krytykom takiego podejścia wystarczy przytoczyć słowa samego autora. Nie ma losu tylko jednostkowego, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jeden los zawsze przypomina o innych. Na tym polega dobra literatura, na tym polega życie. Trudno się nie zgodzić. Zresztą komitet noblowski trafnie to sformułował przyznając Kerteszowi najwyższe artystyczne wyróżnienie za przekazanie "kruchego doświadczenia jednostki wobec barbarzyńskiej arbitralności historii". Podobnie o czasie i wydarzeniach w czasie mówił Czesław Miłosz i inni wielcy twórcy XX wieku.

W "Dossier K." Kertesz przekazuje kilka sekretów z własnego warsztatu, opowiadając o bohaterach i książkach, o swoim stosunku do nich, do prawdy i fikcji, do historii. Autor wyznaje na przykład, iż dla niego wszystko staje fikcją od momentu przeniesienia prawdy w powieść. Przedtem to wszystko jest milczeniem "niczym poranny sen spłoszony dźwiękiem budzika", potem następuje wydobycie rzeczywistości z półmroku, no i jej interpretacja literacka. Jak zwykle u Węgra treść podana jest bez upiększeń retorycznych, co współgra z pisarskim światopoglądem autora "Losu utraconego", losu do odzyskania tylko poprzez literaturę. Kim jestem - to chyba najważniejsze pytanie, jakie się z całości tego tomu wyłania, a odpowiedź ma w sobie tyle konretu, co abstrakcji,. Kertesz zauważa, że absurdalność życia to jego cecha charakterystyczna. Reakcją człowieka na ten absurd dziejów może być, wg noblisty, przyjęcie faktów do świadomości, mówienie o nich, pisanie, komentowanie. Ucieczka to nie jest sposób Kertesza, choć literatura potrafi i w ten sposób poradzić sobie z historią. Choćby Tolkienowski "Władca pierścieni" był taką odpowiedzią na czasy zarazy i próbą eskapistyczno-mitycznej terapii. Dla węgierskiego autora liczy się jednak literacka historio-analiza.

Dla mnie najciekawsze w "Dossier K." są jednak pytania i odpowiedzi na tematy osobiste. Dowiedzieć się można, że pierwszym przewodnikiem Kertesza po świecie intelektu był Paul Valery, z którego w latach 50. niewiele rozumiał. Słowa o kryzysie intelektualnym rozbudziły niepokój i chęć "świadomego poszukiwania". Potem była m.in. "Śmierć w Wenecji". Kertesz przyznaje, iż ta książka zmieniła jego życie, to wtedy, po przeczytaniu Manna, zrozumiał największą artystyczną prawdę: "literatura jest całkowitym przewrotem, zabójczym ciosem w samo serce, uczy i dodaje człowiekowi odwagi, choć jednocześnie jest jak śmiertelna choroba". Camus, Kafka, Bernhard to kolejne znaczące nazwiska w dziedzinie Kerteszowych inspiracji. Ciekawe, że węgierski autor w tym przypadku nie używa formuły przypadku właśnie. Trafienie na tych, a nie innych pisarzy widzi jako konieczność. Po prostu "nie mogłem zrobić inaczej", objawia Kertesz.

Na końcu "Dossier K." autor wypala zgodnie ze swoją filozofią przetrwania: "Ja wszędzie dostrzegam sprzeczności. Ale je lubię". Jego sprzeczności doczekały się Nobla. Autowywiad węgierskiego twórcy nie odkrywa niczego, raczej podsumowuje i objaśnia. Czasami się dłuży, nawet drażni powtarzalnością i oczywistością. Powiedzmy za Kerteszem: "myśl o sławie uważam za starokawalerski samogwałt, a myśl o nieśmiertelności za śmiechu wartą". I dodajmy: myśl o nieprzeczytaniu "Dossier K." uważam za śmiechu wartą, ale i myśl o nieśmiertelności tej pozycji w dorobku Kertesza też.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................................
Imre Kertesz DOSSIER K., przeł. E. Sobolewska, WAB, 2008

Sunday, July 20, 2008

Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA

W posłowiu do najnowszego wydania powieści Mircei Eliadego tłumacz Ireneusz Kania przywołuje starorumuńską baśń o królewiczu, który przychodzi na świat dopiero wtedy, gdy słyszy od ojca obietnicę wiecznej młodości i nieśmiertelności. Ponieważ rzecz jest niemożliwa, o czym chłopiec dowiaduje się od ojca dużo później, sam wyrusza na poszukiwania krainy wiecznego szczęścia. Żeni się tam z najpiękniejszą (i najmłodszą) wróżką, ale po pewnym czasie tęskni do dawnych chwil i miejsc. Wraca, starzejąc się i w końcu umierając po tym, jak zobaczył, że z dawnych, pamiętanych lat nic nie pozostało. „Młodość stulatka” to powieściowa wersja tej starej opowieści, baśń współczesna ilustrująca marzenia ludzkości i bezradność człowieka wobec własnej osobowości, którą trzeba kojarzyć z przeznaczeniem.

Eliade zaczyna tam, gdzie większość autorów kończy. W siedemdziesięcioletniego naukowca trafia piorun. Zamiast umrzeć Dominik Matei znajduje siebie w młodym ciele, z nieprzeżytą nigdy wcześniej energią myślenia i odczuwania. Mamy Wielkanoc 1938, Europę tuż przed epoką nazizmu. Można więc potraktować tę historię jako metaforę ucieczki, warto ją przeczytać jako odcinek znanego intelektualnego serialu, którego pozostałe części to: opowieść faustowska, amerykańska bajka o Ripie Van Winklu czy starożytny mit o śnie Endymiona. No i Wilde’owy „Portret Doriana Graya”. A przy tym „Młodość stulatka” pośrednio podsumowuje wielkie tematy myśli Mircei Eliadego: próby zbliżenia się do tajemnicy lub przynajmniej świadomości egzystencji oraz nieodłączny problem czasu . W powieści rumuńskiego filozofa, oryginalnie zatytułowanej „Młodość bez młodości”, czas się nie zgadza z czasem, więc w końcu nie wiadomo, co dzieje się naprawdę. Czy Matei rzeczywiście przeżył te odzyskane 30 lat, a jeśli tak, to w której rzeczywistości? Odpowiedzi nie będzie, bo nie odpowiedź ma znaczenie, lecz możliwość. Jak to zwykle na poziomie filozofii.

Na poziomie samej literatury książka Eliadego (i Kani) broni się ostatkiem sił, czyli tym, co stoi za nie najwyższym warsztatem akurat tego powieściopisarza. Eliade (i Kania) jest wybitnym eseistą; gdy rozpisuje dialogi na eseistyczny wykład, brzmi oczywiście zajmująco, kiedy, gdzieniegdzie, stara się rozmawiać słowami bohaterów, przegrywa z materią. No ale nie dla rzemiosła sięga się po takie książki, tylko dla ponadlekturowej refleksji, towarzyszącej czytaniu „Młodości stulatka” od otwarcia. „Prawdziwy sens kataklizmu nuklearnego może być tylko jeden: mutacja ludzkiego gatunku, pojawienie się nadczłowieka (…). Inaczej życie i historia człowieka nie miałyby sensu. Zmuszeni bylibyśmy przyjąć teorię cyklów kosmicznych i historycznych, mit wiecznego powtarzania się” – mówi młody psychiatra podczas spotkania z Dominikiem. Finał, który coś zmienia? Byłoby miło, lecz również strasznie, skoro porażenie piorunem młodej Weronice błyskawicznie dodaje lat.

Dominik Matei, a raczej sam Eliade, piszący swoją powieść niedługo przed siedemdziesiątką, zdaje się skłaniać ku tradycyjnym poglądom na temat bytu, zebranym w bibliotekach i podczas podróży, zwłaszcza na wschód. Także dlatego czasową ramą „Młodości stulatka” są religijne święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie. Ich znacząca rola zostaje odwrócona, co w kontekście innych filozoficzno-psychologiczno-religijnych nawiązań książki Eliadego działa jeszcze mocniej. Dla rumuńskiego językoznawcy każdy język był mową równoprawną, każda teoria interesująca, każdy dokument istotny. Bo nikt nie ma dziś przecież pojęcia, jak jest naprawdę i z jakich snów się obudzimy. Nikt, dla kogo „Młodość stulatka” będzie nie przeciętną powieścią, lecz elektryzującym (czyli literackim) impulsem do zadumy. Może nad nową jakością życia, na przykład?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………
Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA, przeł. I. Kania, WAB, 2008

Saturday, July 12, 2008

John Williams SEKS

Mimo wszystko to ciekawe i chyba jednak niepokojące: seks w sztuce nam ostatnio spowszedniał. Może dlatego, że nikt nam nie skraca smyczy tego, co wolno, co zakazane, a może dlatego, że twórcy się wyjałowili (zresztą pewnie z tej samej przyczyny). Legendy filmowego „Ostatniego tanga w Paryżu” nie powtórzył już potem żaden mistrz, choć np. Adrian Lyne miał wszelkie zadatki na następcę. Jeszcze w latach 90. wydawało się, iż kino jest w stanie odegrać w artystycznej sztafecie pokoleń ważną rolę, naturalnie wzbogacając temat seksu, ale tak się nie stało. „Intymność” Leconte’a wprawdzie wywołała dyskusje na jednym czy drugim festiwalu, lecz skandalu nie było, a pamięć o filmie sprzed ośmiu lat znacznie się zatarła. Przy okazji „Basenu” próbowano kreować Francoisa Ozona na nowego estetycznego obrazoburcę, wzbudzając uśmiech politowania niż poważne zaciekawienie. Seks to nie jest dziś dziedzina najwyższej twórczej aktywności ludzi sztuki.

Tym bardziej interesująco rysuje się podróż po tym, co było. Album Johna Williamsa zaczyna się od reprodukcji fragmentu klasycznego dzieła Ingresa, przedstawiającej zaloty, kończy „Śpiącą kobietą” Reitera, powstałą kilkadziesiąt lat później. Pomiędzy jednym a drugim wędrujemy przez wieki i artystyczne przestrzenie, obserwując sztukę erotyczną różnych kultur, a zwłaszcza indywidualności. Przeważa malarstwo, zobaczymy tu też sporo fotografii, gdzieniegdzie trafimy na rzeźbę. Całość okrasił autor oszczędnym komentarzem i celnymi cytatami z literatury. Wybór jest bardzo subiektywny, każdemu czytelnikowi czegoś z pewnością będzie brakować, każdy ma swoje zachowane w erotyczno-estetycznej pamięci sceny. Williams zaproponował klucz tematyczny. Poszczególne rozdziały zatytułował: „Od pierwszego spojrzenia”, „Flirt”, „Zaczęło się od pocałunku”, „Namiętny uścisk”, „Rozbieranie”, „Gra wstępna”, „Główne wydarzenie”, „Miłe wspomnienia” (tu niezbyt udanie przetłumaczony oryginalny „The Afterglow”). Przy czym „główne wydarzenie” zajmuje ledwie 40 stron na prawie 400-stronicową publikację. Prostota pomysłu Williamsa, czyli tradycyjna konstrukcja dramatyczna, mogłaby prostotą drażnić, lecz sprawdza się w tej księdze artystycznej wizji seksu nieźle, bo i tak nikt nie przegląda takiego albumu od okładki do okładki. Nie ma potrzeby. W podobnym wydawnictwie chodzi przecież nie o wartość badawczą, tylko o dyskretnie edukacyjny sentyment. Do sztuki, która była.

Williams pisze we wstępie: „Nic tak wiele nie mówi nam o konkretnym społeczeństwie niż formy, w jakich wyraża ono w sztuce popęd seksualny i sposoby rozwijania się miłosnych kontaktów”. To historia rytuału, moralizatorstwa, namiętności, rzecz pierwotna, ale też przetworzona, komiczna, perwersyjna. Ambicją autora było zaprezentowanie całości w albumowej pigułce i to się powiodło. Williams jest doświadczonym akademickim wykładowcą. Z jego wersji dziejów sztuki erotycznej bije chyba najbardziej radość seksu lub może radość przedstawiania seksu przez zastęp malarzy i poetów, radość niezmącona nawet ironią cytowanego w pewnym momencie Oscara Wilde’a, dla którego końcem erotycznego ogrodu rozkoszy są apokalipsy. Książka Williamsa może być wstępem do kolejnych artystycznych wtajemniczeń w jeden z najliczniej pojawiających się w sztuce motywów, może być jego zręcznym podsumowaniem. Z czysto estetycznego punktu widzenia na pewno lepiej sięgnąć po „Seks. Portrety namiętności” niż po kolejny kalendarz Pirelli.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………..……………………………….
John Williams SEKS. PORTRETY NAMIĘTNOŚCI, Arkady, 2008

Sunday, June 29, 2008

L. Foglia, D. Richards CAŁUN Z OVIEDO

Całun z Oviedo to pilnie strzeżona chusta, która mogła okrywać twarz Chrystusa, gdy umierał na krzyżu. Taka jest legenda tego płótna o wymiarach 84x53 cm. Jak jest/ było naprawdę? Odpowiedź zostawiam specjalistom. Sprawa wcale nie jest oczywista, mimo osiągnięć techniki nie da się chyba wyjść w tym przypadku poza obszar wiary. Może i dobrze.

Bo autorzy powieści "Całun z Oviedo" wyobrazili sobie sytuację w dzisiejszych czasach coraz bardziej prawdopodobną. Młoda dziewczyna zgadza się być zastępczą matką dziecka dla pewnej amerykańskiej rodziny. Dziewiętnastoletnia kelnerka z Bostonu to sierota, nie ma jeszcze pomysłu na siebie, szuka własnej drogi. Prasowe ogłoszenie o "partnerstwie w rodzicielstwie" trafia zatem na podatny grunt. Dziewczyna nosi biblijne imię Hannah, jest dziewicą, czyli idealną kandydatką do powtórzenia niepokalanego poczęcia. Jej ciąża będzie próbą sklonowania Jezusa poprzez wykorzystanie DNA pochodzącego z legendarnego całunu, który 8 lat wcześniej sprofanowano w dramatycznych okolicznościach. Najważniejsze pytanie tego thrillera brzmi na początku: "czy dziecko się urodzi?", są i następne: "czy chłopiec będzie rzeczywiście tym, kim ma być?" i "co będzie, kiedy się już urodzi?". Z tym pytaniem zostajemy po przeczytaniu całości. Niby więc prosty thriller idący w podobnym kierunku, co "Kod Leonarda da Vinci", a jednak odrobinę więcej.

Ostatnia scena książki napisana jest nawet zręczniej niż cała powieść, którą kwalifikuję do kategorii zawodowo skrojonego bestsellera. Autorzy mogliby bardziej popracować nad wydarzeniami, trochę mało tu wartkich zwrotów jak na rasowy dreszczowiec, ale i tak wakacyjnie wystarczy. Leonard Foglia i David Richards, dyrektor nowojorskiego teatru i krytyk teatralny, uznali pewnie, że pomysł uniesie fabułę. Nie pomylili się. I chyba tylko niewielką popularnością powieści na świecie trzeba tłumaczyć brak protestów środowisk katolickich w Polsce. Doprawdy, trudno o bardziej obrazoburczy temat i lepszy kontekst do dyskusji nad przyszłością nowych technologii i starej wiary w epoce nie do przewidzenia. Ale nie wywołujmy wilka. "Całun z Oviedo" traktujmy podług zasług, bo to jednak po prostu niezłe czytadło. A ksiądz Jimmy, bohater pomagający dziewczynie w kłopotach, zrównoważy działanie ludzi złej woli.

Nie będzie z "Całunu z Oviedo" nowego "Dziecka Rosemary", także dlatego, że zmieniły się czasy. I dla religii (różnych), i dla literatury. Lecz rozpoczynająca się od morderstwa w katedrze powieść amerykańskich warsztatowców prowadzi do podobnych wniosków, co powieść Levina. Zwłaszcza w okolicznościach z pewnością istniejącego wyścigu szalonych naukowców po
trofeum sklonowanego człowieka. Niektórzy twierdzą, iż nie ma wyjścia, klonowanie jest kwestią czasu, będziemy musieli się prędzej czy później zmierzyć z największym problemem cywilizacji techniki. Pod płaszczem (całunem) dość oczywistych przewidywań-przypuszczeń-wyroków kryją się poważne tajemnice naszego jutra. Autorzy niniejszej powieści przemycili w zwykłym
dreszczowcu jeszcze jeden element tej historii. Pytanie o nowego mesjasza. Nie nowe, nie odkrywcze, a ciągle prowokujące i aktualne. Tak teraz adekwatne, jak przyzwoity literacki thriller na wakacje.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Leonard Foglia, David Richards CAŁUN Z OVIEDO, przeł. K. Dobrowolska, Philip Wilson, 2008

Saturday, June 21, 2008

Katarzyna Grochola TRZEPOT SKRZYDEŁ

Na okładce książki czytamy intrygującą zachętkę: „Hanka ma męża, pracę, własny dom. Dlaczego nie promienieje szczęściem? Przecież kocha i jest kochana. A jednak…”. Na okładce książki czytamy także zwyczajową notę o autorce. Że „mieszka w Milanówku, lubi happy endy, bardziej w życiu niż w literaturze [sic!], Beethovena i Milesa Davisa”. Fajna babka, konstatuje czytelnik, ja też lubię Beethovena. Ciekawa książka, tajemnicza bohaterka, kupujemy. A jednak…

Mniej więcej na 40 stronie orientujemy się, iż „Trzepot skrzydeł” to jeszcze jedna powieść o kobiecie bitej przez męża, którego osobowość określa się tu wyrafinowaną formułą „Dr Jeckyll - Mr Hyde”. Mąż Hanki potrafi być szarmanckim księciem z bajki, by za chwilę zmienić się w bohatera zupełnie innej opowieści. Ta książka nie jest, jak chce wydawca, ani zaskakująca, ani trzymająca w napięciu, chyba że napięciem nazwiemy postawienie pytania: „czy Hanka rozłoży tytułowe skrzydła do ucieczki, czy nie?”. O akcji nie da się więcej opowiedzieć, bo streściłbym całą powieść, pisaną podobno od 2006 do 2008 roku. Przeczytałem ją w półtorej godziny, bez zaliczenia kursu szybkiego czytania. I wprawdzie nie żałuję, lecz osobom spoza kręgu zainteresowanych tematem z czystym sercem nie rekomenduję. „Trzepot skrzydeł” jest nawet tak napisany, że pod bicie trudno podłożyć inną formę znęcania się nad partnerem. To prosta historia z mocnymi akcentami, idealna na film telewizyjny lub program z udziałem palety gości: od zwycięskich bohaterek po przejściach aż po wszędobylskich socjo-psychologów. Specjaliści od poprawności religijnej też mogliby się wykazać argumentami na rzecz pozostawania w toksycznych związkach, w których mąż mówi do żony: „-Zabiję cię”, łamie jej rękę, potem przymilnie szepcze „-Wybaczysz mi?”, aby po jakimś czasie zacząć od nowa: „-Co, kurwa, zadowolona jesteś z siebie?”.

Grochola nie stawia pierwszych kleksów w pisaniu bestsellerów. Zna receptę, wie, że sprawdzone składniki podziałają. Sprawnie pisze. Ma dynamiczną frazę, płynną i potoczną, celnie łączy dialog z narracyjnym dopowiedzeniem. Czasem jednym słowem, najwyżej zdaniem, potrafi oddać charaktery postaci, odwołać sielankę miłosnej sceny, przywołując grozę. W „Trzepocie skrzydeł” literacki świat Katarzyny Grocholi przechodzi na ciemną stronę mocy. Najciekawsze w tej książce wydaje mi się skupienie na głównej bohaterce, wejście w jej sposób myślenia i działania. Powieść napisana jest w formie listu Hanki do kogoś, kogo tożsamości nie mogę ujawnić ze względu na dobro lektury. Mąż się nie liczy jako postać, autorka używa go instrumentalnie, by pokazać typ ukrytego za fasadą wykształcenia i manier damskiego boksera. Może ma poważny psychiczny problem, choruje na jakiś kompleks, psychozę, traumę i tak dalej. To nieważne i absolutnie Grocholę w tej decyzji, w tym kontekście, popieram. A jeśli potrzebuje pomocy? - zapyta ktoś nieśmiało. Może i potrzebuje, niech ktoś napisze powieść z punktu widzenia damskiego boksera. Bestseller murowany!

Nie lubię w twórczości Katarzyny Grocholi nadprostoty środków. Dzięki niej książki czytają się szybko, ale nie zostawiają po sobie nawet zapachu lektury. Chyba że ktoś jest bezpośrednio, doświadczalnie zaangażowany w temat. Wtedy po „Trzepot skrzydeł” sięgnie jak po słuchawkę telefonu zaufania. Z tym wyjątkiem, że tym razem po drugiej stronie będzie znana z kobiecych pism autorka, nie anonimowy wolontariusz. Nie jestem jednak przekonany, czy Grochola skutecznie pomoże. Bo czytelniczka oprócz przekonania się, iż dzieli (dzieliła) z Hanką podobny los, może chciałaby poczytać trochę bardziej kunsztownej literatury przy okazji?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………
Katarzyna Grochola TRZEPOT SKRZYDEŁ, Wydawnictwo Literackie, 2008

Monday, June 16, 2008

Jerzy Franczak PRZYMIERZALNIA

Podobno przeleżała się ta książka w legendarnej pisarskiej szufladzie kilka lat zanim autor zdecydował się ją opublikować. Dobrze zrobił, bo dzieło leżące w szufladzie jest jak wyparte wspomnienie. Kiedyś i tak by wróciło i może nawet wywróciło autorski świat do góry spodniami. Wiec dobrze się stało dla samego zainteresowanego, dla czytelnikowi chyba jednak też.

Można zarzucić tej kolejnej polskiej powieści-niepowieści, że rozsadza ją megalomania, oczywiście zaprzęgnięta w cugle autoironii. Ale kto by się tam na takie zabiegi dał nabrać. Bohater, którego nie sposób choć trochę nie utożsamić z autorem, nie lubi swojego życia, lecz odczuwalnie lubi siebie. Jak wszyscy. Zatem jeśli autoironię zostawimy na boku, znajdziemy się w płynnej osobowości młodego mężczyzny z ciągotami do literackiego odbioru rzeczywistości. Przeszkadza mu to czasem w życiu, ale i pomaga przechodzić przez labirynt. Na tym etapie przymierza poszczególne drogi, wybory, stroje, charaktery, stara się w tym bałaganie doszukać czegoś własnego. Swoją kobietę, Ilonę, także traktuje jak lustro swoich zachowań-przebieranek. Szkoda, że nie przychodzi sympatyczna sklepowa z propozycja założenia kolejnego garnituru, który w końcu będzie pasował. Tak prosto nie ma, na pewno nie u Franczaka, kiedyś poety sennych marzeń, dziś prozaika jawnych majaczeń. I mimo autorskich trudności z ogarnięciem formy (a wiec życia), mimo fragmentów irytującego słowotoku, mimo nieznośnego skupienia na sobie, ta książka Jerzego Franczaka broni się jako post-ale-modernistyczny manifest dwudziestokilkulatka w depresji z pogubienia.

Z jednej strony chciałby akceptacji, miłości, z drugiej - żeby ta akceptacja i miłość nie stały się normą, bo norma jest zwyczajnie nieciekawa. Typowa postawa młodopolaka wciśniętego w dwudziestopierwszowieczne środowisko. Chociaż inaczej "Przymierzalnia" brzmi, przywołuje w mojej pamięci sygnały z wierszy Tetmajera, kończące się ucieczką "w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata". Tyle że zapomnienie to tylko przejściowy stan, zawsze się wraca, by odbyć następny rajd do przymierzalni poglądów, towarzystw, nastrojów, gatunków, języków. Wszystko jednak z pozycji outsidera, niby trudnej, będącej niby źródłem cierpienia, ale naprawdę bezpiecznej i umożliwiającej większą przestrzeń wolności. Przez redukcje najczęściej dochodzimy do punktu 0, z wiekiem i doświadczeniem przyjmujemy role dla siebie. Jurek z książki Jerzego Franczaka na role nie chce się zgodzić, bardziej mu w smak poeta z "Życie to nie teatr" Stachury, niż społeczne zwierzę, którego portret promuje nowy wiek. Ale w Bieszczadach to by się pewnie nie zakopał, bo kogo mógłby twórczo poobserwować i karykaturalnie przedstawić.

Kpić łatwo, zmagać się z własnymi demonami prościej niż wyciągnąć dłoń na powitanie, do zobowiązującego uścisku. Tego Jurek nie potrafi. Potrafi za to zdobyć się na dystans z pełną świadomością fałszu podobnej sytuacji. Bo dystans to też rola, tak samo zwyczajna jak pozostałe. Czyż nie w taki sposób myśli o świecie i sobie każdy inteligentny młodzieniec, bezradnie wyruszający w podróż do nieznanej krainy ja w relacji do? Dlatego w "Przymierzalni" nietrudno się odnaleźć, współpoodczuwać, czytając ten podszyty lękiem przed podjęciem poważniejszej decyzji-roli monolog. Niewybitna to proza, nieoryginalny bohater, a zajmuje. Nieoczyszczona to gawęda, niedopowiedziany ciąg myśli i zdarzeń, a wciąga. Na odwiecznej zasadzie podobieństwa.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................................................
Jerzy Franczak PRZYMIERZALNIA, Ha!art, 2008

Marija Knezevic EKATERINI

Nieraz się zastanawiałem, czy w dzisiejszych czasach nowoczesnemu czytelnikowi są potrzebne serie wydawnicze. "Seria z miotłą", z krukiem, "biblioteczka pod różą" czy "biblioteka konesera". dziś przeciez reagujemy raczej na tytuł, jeśli jest dobrze wypromowany, bo seria, która w całości porywa? To zjawisko z gatunku wymarłych. A jednak nie: mamy w Polsce jedną serię najzwyczajniej (lub najniezwyczajniej) w świecie interesującą. Pozycja po pozycji. To "Europejki" Wydawnictwa Czarne. Ukazały się już mocne tytuły np. takich autorek jak: Rujana Jeger, Noémi Szécsi, Natalka Śniadanko. Wszystkie godne zapamiętania. Wspólna jest płeć, europejskie pochodzenie i z powyższym ściśle związane poszukiwanie tożsamości w nowym świecie, nowej Europy, która jak każdy kontynent ma teraz moc problemów, ale, jak chyba żaden kontynent, wiele historycznych szans. O historycznych osiągnięciach i zaszłościach nie wspominając.

Właśnie się ukazała kolejna powieść Europejki, tym razem urodzonej w Belgradzie Mariji Knezevic. Losy pewnej grecko-serbskiej rodziny obserwujemy w dość szczególnej przestrzeni i czasie, przemian społeczno-narodowościowych, które nie pozostają bez wpływu na indywidualne wybory. O tytułowej Ekaterini, Greczynce, opowiada nam autorka od młodości w przedwojennej Grecji do śmierci w Jugosławii. Wojna jest czynnikiem zarówno destrukcyjnym, jak spajającym. Miłość splata się tu racjonalnością, starość z gotowością do zmiany, skoro zmiany sa nieuniknione. Ale nie mamy do czynienia z prozą epicką, lecz z fragmentami opowieści. Nikt tu do sagi nie aspiruje. Morze, prowincja, wielkomiejskość, wielokulturowość - to wielkie tematy tej małej książeczki- elementarzu współczesnej Europy. Europy bez stabilności naszego teraz, lecz z mocnymi korzeniami, zawdzięczanymi naszemu kiedyś. Czyli naturze i wspólnocie, noszonej zawsze tam, gdzie nikt jej nie zagraża, w poetycko- serdecznym ja.

"Tutaj zaczynają się Karpaty. To bezkresna przestrzeń, ciągnie się tak daleko, jak sięgają winnice. One, by tak rzec, istniały i istnieć będą zawsze, przed wszystkimi wojnami i po nich. Kształt winnic jest nieuchwytny - każda kończy się albo zaczyna tam, gdzie wzrok słabnie i niebo przejmuje ostatni rząd pędów wina (...). Pokazując swoje włości, gospodarze powiadają: "Co tam ziemia, dobytek, dajmy pokój! Spójrz lepiej w niebo!". Patrząc w to niebo, poeta Vasco Popa napisał: "Mówili, że musiał umrzeć. Gwiazdy były mu bliższe niż ludzie".

To tylko część prawdy, bo choć te gwiazdy wyznaczają nam horyzont uniesienia, to naprawdę liczy się codzienne życie, wtedy, kiedy trwa. Marija Knezevic wydała w swoim bogatym także artystycznie życiu m.in. tom mailowej korespondecji z ogarniętego wojną Belgradu. Dotychczas kojarzono ją raczej z poezją (pisarka opublikowała siedem tomów wierszy). Poezję czuć w najnowszej książce, choć wcale nie w takim stopniu, jak po poetce można by się spodziewać. I dobrze. Niech poezja przewija się we wspomnieniu, przypomina o marzeniach, intymnie ubarwia dni, pomaga przechodzić przez noce. Aż tyle.

W powieści "Ekaterini", tak jak w wielu propozycjach serii "Europejki", bardzo istotny jest temat kobiecy, postacie kobiet i ich sposób przeżywania świata. Świata, który choć naznaczony śmiercią ma trwanie jako tę fantastyczną cechę naczelną i przywiązanie do drobiazgu jako tę fantastyczną cechę drugoplanową. To jest to dyskretne porozumienie kobiecej wspólnoty, które w literaturze serbskiej Europejki brzmi rześko, jak rześko czuje się narratorka po wizycie na cmentarzu, u pogodnie zapamiętanej przyjaciółki.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................................................................
Marija Knezevic EKATERINI, przeł. D. J. Cirlic, Czarne, 2008

Thursday, May 29, 2008

Sylwia Chutnik KIESZONKOWY ATLAS KOBIET

Uważam, że nie być feministą w dzisiejszych czasach to błąd, czym wtóruję głosom zachodnich badaczek feminizmu wypowiedzianym już dawno temu. Tyle że te dzisiejsze czasy traktuję szeroko, równocześnie zdając sobie sprawę z potrzeby współistnienia wielu różnych dyskursów. Żeby użyć słowa nadużywanego przez polskie feministki. I to jest ciągle ta zasadnicza różnica między Polską a Zachodem w tych sprawach: oni już dawno mają walczący feminizm za sobą, my ciągle na niego chorujemy. To wprawdzie choroba z rzędu koniecznych do przejścia, lecz zawsze irytuje, gdy zamiast korzystania z doświadczeń innych, ktoś jedynie powtarza drogę kogoś innego. A tak dzieje się w przypadku feminizmu w naszym kraju.


Sylwia Chutnik jest świadomą feministką, absolwentką studiów nad kulturowym znaczeniem płci (zatytułowanych u nas oczywiście Gender Studies), założycielką fundacji zajmującej się prawami matek. Mówi o sobie: radykalna gospodyni domowa. Brzmi tyleż ciekawie, co banalnie w dzisiejszej szkoda-że-jeszcze-nie-dość-feministycznej Rzeczpospolitej. "Kieszonkowy atlas kobiet" to opowieść o kobietach żyjących w prawdziwej przedwojennej warszawskiej kamienicy, zbudowanej kiedyś przez wojskową agencję mieszkaniową. Z pewnością mamy więc do czynienia z literaturą (choć może to zbyt zobowiązujące słowo) antypatriarchalną, ale pod płaszczem miejskiej ballady. "Na prawo syf, na lewo syf, a przed nami miejski labirynt", tak autorka wprowadza nas do przestrzennego centrum tej książki, na bazar. Chutnik zbiera fragmenty historii swoich bohaterek (Czarnej Mańki, pani Marii, Marysi i pana Mariana, kobiety z powołania) i tworzy miejscami intrygującą całość. Niestety, tylko miejscami.


Najczęściej się te nowele porównuje do głośnego "Lubiewa" Michała Witkowskiego. Rzeczywiście, kto lubił tamtą opowieść o ciotach PRL-u, znajdzie tutaj podobne klimaty. Mnie środowiskowa proza nigdy nie pociągała, więc i "Kieszonkowy atlas kobiet" nie przejmuje. Z wyjątkiem poruszającej historii pani Marii, byłej łączniczki z Powstania Warszawskiego. Tylko jednak historii, bo dynamiczny, podwórkowy styl narracji, który, przyznaję, może się podobać na dystansie sprinterskim, w dłuższej lekturze męczy. Na domiar niedobrego dosłowność przeplata się tu z komentarzem feministyczno-badawczym, co świadczy o autorskim niezdecydowaniu w celach. A to zawsze przeszkadza w czytaniu.


Na przykład: "Dziewczynki muszą radzić sobie same. Żyć po omacku lub według spisanego scenariusza. Skąd mają wiedzieć, jak grać swoją rolę? Jak intonować głos, jak się poruszać, kim być. Należy przecież zadowolić wszystkich naokoło: nauczycielki, znajomych, rodzinę". Ten wyjątek pochodzi z ostatniej czwartej części, opowiadającej o nastoletniej Marysi. Jej osobowość dopiero się kształtuje, lecz w rytm tego samego systemu, który wyrzucił na margines badylarę-pijaczkę, Mariana-paniopana ("z zewnątrz mężczyzna, w środku serce baby"). Systemu płciowych kłamstw, stereotypów, tradycji i nieświadomości, polskiej madonny upadłej do społecznej roli. "Bravo Girl", "Telezakupy Mango", kakofonia przekazu.


Niespełna 30-letnia Sylwia Chutnik debiutuje książką oczywistą, wbrew pozorom nie objaśnia świata, tylko ten świat relacjonuje. Jeszcze raz jeszcze jedna autorka oddaje głos postaciom bez głosu. "Nigdy za wiele" - krzykną jedni, "ale to już było" - orzekną inni. We mnie po kontakcie z takimi propozycjami wzmacnia się niewesołe przekonanie: że coraz częściej polscy autorzy piszą dla zaistnienia w publicystyce. Młoda feministka ze skromnym, ale dorobkiem, idealnie pasuje do tokszołów, celnie napiętnuje seksaferę, podsumuje sondaż. Gdyby się w "Kieszonkowym atlasie kobiet" powstrzymała od komentarzy, byłoby o oktawę lepiej. O oktawę, która dzieli gender od studies, czasami ciągle Europę od Polski, wydanie kieszonkowe od formatu a5.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................................................................
Sylwia Chutnik KIESZONKOWY ATLAS KOBIET, Ha!art, 2008

Saturday, May 24, 2008

Erica Fischer AIMEE I JAGUAR

Ciekawa rzecz: na zachodzie promowano tę książkę wprost, jako lesbijską historię miłości w historycznym, bo wojennym Berlinie. U nas ten przymiotnik nie pasował wydawcy i mamy na okładce tylko cytat z "The New York Timesa": "chwytająca za serce historia miłosna". Napisała ją austriacka dziennikarka i pisarka związana z kręgiem feministycznym Erica Fischer. Nie jest to żadne zmyślenie, lecz opowieść oparta na faktach-wspomnieniach, które po latach od tamtych wydarzeń przekazała autorce Elizabeth Wust, 80-letnia kobieta z przeszłością, wtedy przykładna żona nazistowskiego oficera i matka czworga dzieci.

W wojennym Berlinie Elizabeth (Aimee) poznała Felice (Jaguara), oferując jej schronienie i uczucie. Zresztą za pomoc Żydom w czasie wojny bohaterkę wyróżniono specjalnym niemieckim medalem w 1981 roku. Od pierwszego oryginalnego wydania "Aimee i Jaguara" minęło kilkanaście lat, Elizabeth zmarła w tzw. międzyczasie w wieku 92 lat. Polska publikacja tej znanej na świecie książki ma miejsce dopiero teraz, co należy uznać za absolutną porażkę naszych wydawców, ale i pochwalić ich, że w końcu się zdecydowali. Namówili nawet Erikę Fischer na napisanie kilku słów przedmowy właśnie dla polskich czytelników. Dowiadujemy się z niej, iż autorka ma polskie korzenie (matkę pochodzącą z Polski), zachwyca się brzmieniem polskiej mowy i nieźle się orientuje w naszej sytuacji społeczno-politycznej. Wyraża nadzieję na poprawę spraw mniejszości seksualnych w Polsce, zwłaszcza po jesiennych zmianach na scenie rządowej. Niemniej, polski wydawca nie epatuje lesbijskim motywem, słusznie i znacząco podkreślając słowo miłość. Krótka i trudna, bo Niemki i Żydówki, we wrogiej czasoprzestrzeni, skazana na smutny koniec w życiu oraz powstanie po latach w pieśni. Elizabeth Wust odkryła przecież swoją przeszłość dopiero po półwieczu od wojny, wypełniając misję pamięci. Dla niej rzeczywiście liczyło się uczucie, nie społeczny kontekst.

"Moja z całej duszy kochana dziewczynko - pisze Aimee do Jaguara. - W rocznicę naszego ślubu - długie i jakże krótkie pół roku - życzę Ci (...) szczęśliwej przyszłości! Co oznacza trochę pieniędzy, przytulne mieszkanie i miłych przyjaciół". Dla Felice przyszłość została jednak wyznaczona wojenną deportacją do hitlerowskiego obozu na Śląsku. W książce pojawia się nie tylko narracyjna opowieść o dawnych czasach, czytamy również fragmenty dzienników Lilly, listów obu kobiet, a nawet relacje synów Elizabeth Wust (jeden z nich wyemigrował do Izraela). Otrzymujemy obraz miłości i życia w Berlinie lat 40., dziwiąc się niejednokrotnie, że podobna historia miała miejsce właśnie tam. Dla Eriki Fischer, która sama jest Żydówką, jej dzieło to także głos pokoleniowego sumienia: piętnujący i biorący w obronę powojenne milczenie Elizabeth, jątrzący niezagojone rany żydowsko-niemieckiej przeszłości. Już otwierająca scena, gdy jedna z epizodycznych postaci tego dramatu puka do drzwi państwa Wust, by nająć się jako pomoc domowa, mówi wiele:

"Drzwi otwiera szczupła ruda osoba w szkłach bez oprawy.
'Dzień dobry'. Inge Wolf oddycha z ulgą. Po pięciu odzianych w podomki gospodyniach domowych, wykrzykujących na powitanie 'Heil Hitler' . . . o zwykłym 'dzień dobry' nie śmiała już nawet marzyć".

A potem zdarzy się to, o czym Elizabeth Wust, owa szczupła kobieta w okularach, mówiąca normalne "dzień dobry" mimo małżeńskich więzów z nazistą, nigdy nie zapomni. Przeciwnie, jak sama wyzna, to, że to ona przeżyła, nie wyszło jej na dobre. Schorowana i atakowana po wyjawieniu tej historii w książce i telewizyjnym talk-show musi codziennie być świadkiem zmian, których nie ma. "Stoję na przystanku, a dzieciaki hałasują. I nagle jedna kobieta mówi do drugiej: "Harmider jak w żydowskiej szkole". Czasami cieszę się, że niedługo już mnie nie będzie" - opisuje zdarzenie z ulicy. I dodaje: "Czasami jest mi smutno, teraz to już nie jest tylko moja historia". Może nie tylko, ale jednak jej. I młodej żydowskiej dziewczyny, dlatego mimo powabów historycznych uogólnień, czytajmy tę książkę jako opowieść o miłości. Do takiego czytania nie potrzebny jest żaden szczególny klucz zrozumienia. Każda próba socjologizowania i psychologizowania historii zagłady i winy kończy się przecież od lat bezradnym rozłożeniem dłoni i gorzkim komentarzem: "czasami cieszę się, że niedługo już mnie nie będzie".
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................................
Erica Fischer AIMEE I JAGUAR, przeł. K. Wientraub, Czarne, 2008

Thursday, May 15, 2008

Natalka Śniadanko AHATANHEL

Polubiłem tę autorkę od debiutanckiej „Kolekcji namiętności”, konwencjonalnej, ale ujmującej powieści-pamiętnika, w którym młoda kobieta opowiadała swoje życie. Na Ukrainie jeszcze radzieckiej i już wyzwolonej, a także na niemieckim stypendium. Tamta książka była właściwie historią miłosną, komedią sentymentalną, najnowsza propozycja Natalki Śniadanko to pozornie tylko ballada prowincjonalna.

W „Ahatanhelu” spotykamy kolejną wersję znanej z „Kolekcji namiętności” bohaterki, kobiety ciągle jeszcze młodej i świadomej tego, co traci i tego, co zyskuje, wracając do rodzinnych Tygrysowic z nienapisanym doktoratem, bez narzeczonego. Najmuje się nasza Lichosława Galiczenko do poczytnej gazety jako kierownik działu rozrywkowego. Dziennik nazywa się „Kolt 2”, bo powstał na gruzach popularnego niezależnego tygodnika „Colt”. Wystrzałowe skojarzenia, jak to w mediach, na miejscu, ale w tym przypadku chodzi o skrót: Kultura, Obiektywizm, Literatura, Teraźniejszość. Przygody osób związanych z gazetą obserwujemy na łamach prawie pięćsetstronicowej powieści, którą zresztą trudno zaklasyfikować. Bo z jednej strony zdaje się czytelnikowi, że trafił na klasyczne czytadło, z drugiej są sygnały z innych gatunkowych rejonów. Narracja na przykład z rzadka się zniża do dialogów, przeważa gawędzenie samej Lichosławy. Przez jej perspektywę poznajemy świat przewidywalnych małomiasteczkowych swojskich klimatów, z ludzkimi idiosynkrazjami do obdzielenia połowy Europy. A jednak nie ma u Śniadanko płaskości Chmielewskiej czy błahości Szwaji. Lekkość stylu nie prowadzi w kierunku tzw. kobiecego pisania, lecz ujmuje w przystępne ramy inteligencję literatury. Stąd raczej nowelowy Czechow, Gogol i Bułhakow mogą być patronami tej książki, nie zastęp kobiet produkujących bestsellery.

Jeśli jednak u wymienionej wielkiej trójki rosyjskiej satyry najważniejszy był śmiech z siebie samych, rodzajowy temperament i krytyczny komentarz, dla Śniadanko bywają zadania odmienne, bo i czasy się zmieniły. Mimo że rzecz dotyczy prowincjonalnych podlwowskich Tygrysowic, wiadomo, iż chodzi o Ukrainę w całości i współczesną cywilizację po części. Stąd choćby wątek pochodzącego ze wschodu niemieckiego profesora, który leczy psychikę dzisiejszego Europejczyka za pomocą specjalnej ukraińskiej metody: samogonem, ubojem świń, trudnymi warunkami bytowymi. Na neurotyczny syndrom sterylności najskuteczniejsza jest bowiem terapia szokowym prymitywizmem zajęć. Nieucywilizowana jeszcze Ukraina to idealna przestrzeń wzorcowa, twierdzi naukowiec. Tu zachorowań na nowoczesne choroby duszy ciągle niewiele. Może właśnie dlatego, że ludzie uwikłani są w codzienne gry i zabawy będące od dawna tradycją peryferyjnego wschodu.

Myliłby się ktoś, kto w „Ahatanhelu” widziałby tylko zwierciadło prowincji. Wdzięcznie, dosłownie, a jakby mimochodem poruszane przez autorkę sprawy tożsamościowe, narodowe, kulturowe niosą swoją wagę. Zza komicznego płaszcza co rusz wychylają się sieriozne maski, łatwe do rozpoznania ludzkie losy. „Ahatanhel” jest lepszą powieścią od „Kolekcji namiętności”, ciekawszą tematycznie i bardziej pomysłową. A tytułowy szczur, ochrzczony mianem rzekomego ukraińskiego poety, umiejący ogonem zanurzonym w sosie pomidorowym napisać na stole „Witam”, to wielce zagadkowa postać. Warto go przygarnąć pod czytelniczy dach, bo będą Państwo mieć i fenomenalną zabawę, i fenomenologiczny impuls do zorientowania się w rzeczywistości. Niekoniecznie ukraińskiej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………
Natalka Śniadanko AHATANHEL, przeł. R. Rusnak, Czarne 2008

Thursday, May 8, 2008

Sławomir Shuty RUCHY

Sławomir Shuty najwyraźniej zaczadził się uznaniem po poprzedniej powieści „Zwał”, ogłoszonej manifestem antykonsumpcyjnym. Zamiast ze społecznym nurtem literatury chciał w przypadku nowej propozycji, by skojarzono go ze sztuką. Wyrównać proporcje. Dlatego pierwszy akapit książki jest tak zaskakująco opisowy, retoryczny, barokowy. Ale w granicach czytelniczego rozsądku. Potem autor buduje świat językowo ciekawy, poznawczo pusty, kotłując się wokół tytułowych „Ruchów”, które oznaczają tyleż dynamiczne, co puste związki płciowe. Ruchanie jednym słowem, „kilka opowieści o tegowaniu”. I gdyby brać te powieść w nierzadkie u nas ramy literatury powiatowej, byłoby krucho, ponieważ brakuje jej zarówno prawdy, jak kłamstwa. Rzeczywistość niby uniwersalnej polskiej mieściny nie mieści się w rzeczywistości ani nie przekonuje kreacją. Bohaterowie cierpią na płaskość, narracja wydaje się nawet bytem osobnym: „Patrząc na nią, poruszaną spazmem negacji, przypomniał sobie, że onegdaj zaprzysięgli sobie oprzeć partnerstwo na zasadach przejrzystości, merytoryczności i wiarygodności, ale teraz dotarło do niego, że jej infantylne marzenia – skończyć studia, a potem być szczęśliwą jak każda porządna dziewczyna – zaczynają działać mu na nerwy (...)”. Opisywane osoby, Basia i Paruch, są z innej lingwistycznej krainy, w dialogach brzmią skrajnie odmiennie.

Skoro zauważamy, że coś jest nie tak jak zwykle, że rzecz nie chce się poddać percepcyjnym ruchom ani w jedną, ani w drugą stronę, że nie mamy klucza do tego zamku, trzeba zawołać ślusarza albo filozofa. Literaturoznawczy ślusarz podpowie nam podejście satyryczne i zmieni powiat w miasto, filozof będzie się doszukiwał kulturowej diagnozy tzw. ludzkiej kondycji. Sama potrzeba zaprzęgania wewnętrznych pomocników od rozgryzania lektury stanowi porażkę autora. Zwłaszcza takiego, który potrafi jasno dać do zrozumienia. Jak zwał to zwał i kropka. Celnie, mocno, w środek cywilizacyjnego i jednostkowego problemu. Tutaj jasność nie istnieje, może dlatego, że Bóg ma wymiar „boga”, a często tu wykonywane „najpiękniejsze ballady miłosne” to taki sam „sztuczny tłum”, co zbiorowy bohater tej opowieści. Shuty przyznaje w wywiadach: „szokująca prawda stała się nudna i banalna. Wnioski, jakie pojawiają się wraz z nią, są równie zużyte. Seks jest więc w “Ruchach” śmieszny, czarno śmieszny, absurdalny, bezsensowny, automatyczny (...). Życie w “Ruchach” jest światem na finiszu” (artpapier.com). Nie przypadkiem więc „opodal wejścia do domu kultury” jest najciemniej.

No i wszystko się krystalicznie klaruje, żeby użyć maniery pisarza z krakowskiej Nowej Huty. Autor „Ruchów” robi krok w kierunku innego pisania, nieoczywistego i wyrafinowanego w zamyśle. Pragnie eksperymentu. Jak by to piękniej ujął Gałczyński, „człowiek pragnie podróży”. Niestety, w tym przypadku wyszła wycieczka, a czytelnik „czekał i zasnął, sen mu wąsy wydłużył”. I go nie zaczarowali. Przy czym daleko mi do pretensji i krytyki. Opowieść o wegetujących w schyłkowej czasoprzestrzeni typach spod mrugającej wyblakłym światłem gwiazdy ma ambicje i kosztowała trud. Słownictwo erotyczne wymagało wytężonej pracy. Łatwo byłoby sklecić „Zwał 2”, nawet umiejscawiając go na prowincji. „Antyranczo”, „Ple ple plebania”? Czemu nie, niech się ktoś zamierzy. Shuty próbuje czegoś dla siebie nowego, wędruje w subtelności warsztatu, przedstawiając się jako ktoś więcej niż prosty autor obrazoburczy. I ładnie, że jego kolejna książka to taka próba. Kto powiedział, iż za każdym razem musi się udać?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.............................................................................................
Sławomir Shuty RUCHY, W.A.B., 2008

Sunday, April 20, 2008

Jakub Żulczyk RADIO ARMAGEDDON

O dość opasłej książce 25-letniego autora napisano już trochę i powie się jeszcze wiele. Historia młodzieżowego zespołu o niewdzięcznej nazwie Radio Armageddon zajmuje uwagę całkiem licznej grupy krytyków w dużej mierze dlatego, że tę powieść wydał (i rozesłał) Paweł Dunin-Wąsowicz i jego Lampa i Iskra Boża. Nie od dziś wiadomo bowiem jedno: Dunin miewa rękę do młodych talentów. To on postawił na Masłowską i przede wszystkim na tej karierze ciągle opiera się opinia o czującym nowe wydawcy. "Radio Armaggedon" może taką opinię podtrzymać.

W czasopiśmie "Lampa" Żulczyk zdradził, iż pierwsza wersja miała być zwyczajną historią o "bandzie gówniarzy", "mutacją Niziurskiego", potem postawił sobie ambitniejsze cele. Słyszałem nawet, jak ktoś zaczął jego pisarstwo porównywać do twórczości Marka Hłaski. Bo to podobna siła rażenia, podobno. Poza tym jednak, że coś się jednemu czy drugiemu czytelnikowi kojarzy lub marzy, jednak same zasadnicze różnice.

"Mówiąc pokrótce - przyznawał autor, - mamy do czynienia z amalgamatem kryminału, powieści młodzieżowej, bildungsroman, rewolucyjnego instruktażu i powieści lekko postmodernistycznej". Rzeczywiście, wspomniane elementy tu znajdziemy, choć formuła amalgamatu powinna się wydać samemu Żulczykowi i ryzykowna, i mało już dziś ambitna. Po takiej artystyczne decyzji nie ma się co dziwić, słysząc posądzenia o ponowoczesny kicz oraz tandetę. Nie są to wprawdzie oskarżenia przygważdżające, chyba żaden autor (zwłaszcza młody) nie przejmuje się takimi recenzjami. Pod warunkiem, że czytelnicy się znajdą. Czytelnicy, którzy pójdą za Żulczykowym apelem o jakiś rodzaj buntu wobec plastikowej rzeczywistości bez wyrazu. Ja bym jednak na bunt nie liczył, a skoro społecznej Armageddonomanii nie będzie, pozostaje nam literatura.

Dla mnie "Radio Armageddon" to niegłupia, językowo i kulturowo barwna rzecz o dojrzewaniu z niezłym zakończeniem i pretensjonalnym motywem religijnym. Tyle i aż tyle. Być może pokolenie dzisiejszych dwudziestolatków poczuje wspólnotową aurę, inną niż ta z przedwcześnie odwiedzanej naszej-klasy.pl. Bohaterowie mają swoich idoli i antyidoli, rzeczywistość i nierzeczywistość, żyją bardziej w TAM, niż tu i teraz, co podkreśla zaginięcie Cypriana, lidera grupy grającej nieokreślony gatunek rocka. Nieokreśloność jest oczywiście wliczona w cenę nie tylko tego pokolenia:

"To wszystko było już wcześniej. U Ballarda, u Dicka, u Burgessa. Całe to gówno jest prze-po-wie-dziane (...). Nie zastanawiasz się, dlaczego mówi się o tych książkach, że to tylko fantastyka? Że traktuje się je jako książki dla upośledzonych umysłowo? Pomyśl, dlaczego niektóre rzeczy są wyśmiewane, spychane w dół? Może, abyś nigdy nie pomyślała, że jesteśmy zaprojektowani? Wdrożeni? Nad-nad-nadoszukiwani? Pomyśl o tym".

Słowa Cypriana są dość znamienne dla całej książki Jakuba, który zadaje nienowe pytanie i sugeruje łatwą odpowiedź. Sprytnie się również rynkowo ubezpiecza. Wierzy w swoją powieść bardzo na wyrost, lecz nie postawiłbym pieniędzy na to, że "Radio Armageddon" przepadnie i będzie książką bez znaczenia dla młodych ludzi, czyli, wg pisarza, jego czytelników idealnych. Inna sprawa, czy akurat antyutopijno-romantyczne "Radio Armageddon" to idealna powieść dla nastolatków. I to nie z powodu treści, lecz warsztatu. Żulczyk umieścił w niej zbyt wiele niepotrzebnych powtórek, parafraz, cytatów z kultury, internetu, ale i z siebie.

Na okładce piszą o nim jako o "najbardziej bezczelnym prozaiku dekady", "specjaliście od aroganckich słowotoków". Niezła reklama. Chociaż siłą komentarza i ekpresji Żulczyka można by obdzielić kilku młodych twórców, powieść "Radio Armageddon" nie wykorzystuje swojej szansy. Gdyby kosztem wpływów postmodernistycznej fantasy więcej w niej było ducha Gombrowicza (do liceum im. Gombrowicza chodzi bohater), byłoby ciekawiej, no i bardziej zawodowo. A może tylko strawniej dla nieco starszych od grupy docelowej czytelników?

Dystans by się jednak miejscami naprawdę przydał, także po to, by wiarygodniej odpowiedzieć na pytanie: "gdzie i kiedy jesteście prawdziwi, dla kogo jesteście autentyczni?". Myślę, że z tym problemem będzie się zmagał autor i jego książka, nie z krytyką, której nie zabraknie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................................................................
Jakub Żulczyk RADIO ARMAGEDDON, Lampa i Iskra Boża, 2008

Wednesday, April 9, 2008

Ruy Castro GARRINCHA

Nie czytałem wszystkich futbolowych biografii świata, ale z tych, które znam, „Garrincha” jest zdecydowanie najlepsza. Ruy Castro napisał portret jednej z najbardziej malowniczych piłkarskich osobowości, oddając wielkość i zagubienie legendy brazylijskiego sportu.


Autor nie oszczędza nam nawet takiego szczegółu: „kiedy w wieku dwunastu lat, w 1945 roku, Garrincha zdobył swoje pierwsze doświadczenie seksualne w życiu, nie było ono do końca tym, o czym marzył. Odbyło się z kozą”. To, co dziś szokuje, w kontekście doświadczeń mieszkańców wsi w Brazylii lat 40., okazuje się normą. Garrincha od normy jednak odstawał. Nie tylko dlatego, że już przy porodzie akuszerka odkryła „krzywe nóżki”, a później choroba skróciła mu jedną z nich. Nie tylko dlatego, że szybko sobie dał spokój z nauką, ku dezaprobacie rodziny i mimo wróżb ojca o braku przyszłości dla „ciemniaków”. Przede wszystkim dlatego, że od najmłodszych lat wykazywał nadnaturalne zdolności do gry w futbol, „dryblowania, strzelania, wyrywania się z piłką do przodu”. Na początku łączył grę w klubach z pracą w fabryce, potem już tylko z podrywaniem dziewcząt. No i marzeniami o prawdziwej karierze, która przyszła, a potem odeszła, jak zawsze. Po drodze Garrincha zdążył stać się powodem tysiąca anegdot, cytowanych w książce, no i doprowadzić swoją narodową drużynę do dwóch tytułów mistrzowskich. Wraz ze złotym pokoleniem piłkarzy. Co ciekawe, w całej reprezentacyjnej karierze Garrinchy, Brazylia przegrała tylko raz z nim w składzie.


To, jakim wyjątkowym człowiekiem i piłkarzem był Mane z Pau Grande, nazwany potem przez dziennikarzy zwinnym ptaszkiem (czyli „garrinchą”) potomek indiańskiego plemienia Fulniô, wiedzą nawet przypadkowi kibice. Z jego przydomkiem związany jest słynny gest Garrinchy, wybicie piłki na aut, gdy przeciwnik ma kontuzję. Tak się zachował bohater tej książki podczas ligowego meczu. Będąc sam na sam z bramkarzem, zdecydował się posłać piłkę na aut, kiedy zobaczył, iż obrońca skręcił nogę. To on złamał wewnętrzne przepisy reprezentacyjne i zaczął nosić kapelusz i parasolkę, zakazane dla zawodników elementy odzieży. To on dorobił się 14 dzieci z formalnych i nieformalnych związków. Podobno nie trenował, z czasem coraz więcej pił (jak zmarły na raka wątroby ojciec), coraz częściej łapał kontuzje. Ostatni 60. mecz w narodowej koszulce zagrał 15 lipca 1966 roku, ten jedyny przegrany z Węgrami. Pod koniec lat 70. wziął udział w karnawałowej paradzie. Ruy Castro podkreśla, że pochód trwał 90 minut, „najdłuższe 90 minut w życiu Garrinchy”, już wtedy schorowanego, obojętnego na owacje tłumu, który za najlepszych czasów nazywał go „radością narodu”. Taki napis widnieje zresztą na pomniku piłkarza w rodzinnym Pau Grande.


Wspaniale się czyta biografię pióra Ruya Castro. Bo jest w niej wszystko, co w biografii być powinno: pasja życia i pasja relacjonowania, fascynacja bohaterem, a jednocześnie obiektywizm i reporterska precyzja, literacka narracja nadążająca za faktami (albo odwrotnie) oraz prawdziwe wzruszenia. Nic dziwnego. Przed wydaniem „Garrinchy” Castro opublikował historię bossa novy, dzieje Nelsona Rodrigueza, sławnego brazylijskiego dramaturga i dziennikarza, po „Garrinchy” m.in. opowieść o śpiewaczce Carmen Mirandzie. No i widać, że oprócz zbierania dokumentacji, rozmów z osobami z kręgu Garrinchy, autor autentycznie lubi swojego bohatera, przyznaje mu i wielkość, i słabość. Dlatego też kończy nie opisem wielkiego pogrzebu, lecz skromnej śmierci, zostawiając czytelnika sam na sam z człowiekiem, który był jednym z najgenialniejszych sportowców wszech czasów.


„Uściskali się na pożegnanie i obaj ruszyli dalej swoją drogą: Pele ścieżką z żółtych cegieł, jak w „Czarnoksiężniku z krainy Oz”, a Garrincha w kierunku swojej ostatniej butelki”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................................................
Ruy Castro GARRINCHA. Samotna gwiazda, przeł. J. Matuszak, Zysk i s-ka, 2008