Wednesday, December 29, 2010

Kamil Śmiałkowski PRZEDWIOŚNIE ŻYWYCH TRUPÓW

Odradzałem Państwu kiedyś lekturę tzw. literackiego mash-upu pt. „Duma i uprzedzenie i zombie”, czyli tworu powstałego na podstawie, a raczej nawozie popularnej powieści Jane Austen. Prorokowałem wtedy żartem, że kolejne będą inne dzieła światowego kanonu, nie przewidziałem, że za rasowanie własnej klasyki wezmą się Polacy. A przecież mogłem się tego spodziewać, znając upodobanie rodaków do wszelkich kulturowych zrzynek. Na ślad książki „Przedwiośnie żywych trupów” trafiłem czytając znakomitą w swoim gatunku kryminalnej fantastyki powieść Eugeniusza Dębskiego pod nieco niecenzuralnym tytułem „Moherfucker” (recenzja niebawem). Wśród tytułów-nowości widniało sobie właśnie „Przedwiośnie” podpisane przez autora głównego, a więc Stefana Żeromskiego, oraz autora drugiego, podautora, Kamila Śmiałkowskiego. Dziennikarza mającego na wydawniczym koncie leksykony o Jamesie Bondzie i wampirach. Całkiem zresztą niezłe. Jego „Przedwiośnie żywych trupów” jest, niestety, tragiczne.

Nad pomysłem żerowania na cudzym pastwić się nie będę. Dla kasy różni ludzie robią różne brzydkie rzeczy – ich grzech, ich pokuta. Przyjrzyjmy się samej robocie. Śmiałkowski mówił w jednym z wywiadów, iż unowocześnienie utworu Żeromskiego polegało na zmianach, w sumie, niewielkich, przyznawał się do zaledwie dziesięcioprocentowej ingerencji w tekst-oryginał. To, w sumie, prawda. Porównajmy fragment, gdy Cezary pracuje na porewolucyjnym cmentarzysku, jeszcze w Baku:

Żeromski-Żeromski: Przywykł do tego zajęcia, przyzwyczaił się nawet do wstrętnej woni rozłożonych trupów. Nastawiał nozdrza pod wiatr lecący z wolnych górskich pustyń i obojętnie spełniał swe obowiązki, myśląc o rzeczach i sprawach weselszych od widoku, który wciąż miał przed oczyma. Weselszą była przede wszystkim myśl o jadle, którego skąpo, lecz w porcjach niezawodnych i stałych oraz w wiadomych terminach udzielali zwycięzcy. Ostatnimi czasy, wśród głodówek oblężenia i „na wojnie”, Cezary Baryka bardzo wyszczuplał i stracił na sile. Zdarzały mu się minuty zamroczeń i „podpierania się nosem”, toteż teraz jadł przyznaną mu i przeznaczoną dlań mamałygę z nieopisaną rozkoszą.

Żeromski-Śmiałkowski: Przywykł do tego zajęcia, przyzwyczaił się nawet do wstrętnej woni rozłożonych trupów. Nastawiał nozdrza pod wiatr lecący z wolnych górskich pustyń i obojętnie spełniał swe obowiązki, myśląc o rzeczach i sprawach weselszych od widoku, który wciąż miał przed oczyma. Weselszą była przede wszystkim myśl o jadle, które czasem udało mu się w ramach pracy zorganizować. Nocami po cichu wracał do niektórych celowo płyciej zakopanych ciał i posilał się mózgami.

Subtelna różnica, przyznać trzeba. Co poza tym? Czarek gryzie rękę matki, gdy ta już leży w grobie, kocha ojca, jednocześnie pożądając jego mózgu, a na warszawskiej medycynie z zapałem kraje truposze (tak jak u Żeromskiego), z tym, że pan Szymon Gajowiec ujawnia się w nowej wersji jako „jeden z najwybitniejszych w Polsce nekromantów” i utrzymuje podopiecznego w stanie out-of-zombie za pomocą tabletek. Kiedy ich zabraknie podczas Barykowego pobytu w Nawłoci, Czaruś będzie sobie musiał radzić, smakując klerykalny sok z głowy księdza Anastazego i płyn mózgowy otrutej Karusi. A panna Wanda rozłoży w pewnej chwili skrzydła, unosząc się w niebo i tyle o niej słyszano, tyle ją widziano. I tak dalej. Daleko idących zmian językowych nie znajdziemy. Redukcje są kosmetyczne. Zresztą w kwestii języka Śmiałkowski miał łatwe zadanie, wszak już u autora głównego, wbrew obiegowym opiniom o trudnym stylu, pojawiają się wyrażenia typu: „wygląda cwanie” czy też „miała szesnaście lat, a jednak nie mogła przeleźć z piątej do szóstej klasy szkoły państwowej”.

Przeleźć przez takie „Przedwiośnie”, „Przedwiośnie żywych trupów”, to zajęcie kompletnie bezsensowne. Bo ani błyskotliwej zabawy pastiszowej, ani poważnej lektury nie zaznamy. Przeróbka Śmiałkowskiego jest zbyt grzecznie ubabrana w straszny wątek, by umrzeć ze śmiechu, a jeśli interesuje nas przeczytanie powieści-legendy, po wstrętnie woniejący brudnym zyskiem klon sięgać nie będziemy. Jeszcze przed wydaniem tej nietrafionej publikacji Kamil Śmiałkowski zapowiedział w wywiadzie dla Stopklatki: „Jak tylko to wyjdzie, uważam, że powinniśmy iść dalej i wydać antologię nowel pozytywistycznych. Jaki potencjał tkwi chociażby w ‘Antku’?!”. Wprawdzie nie wyszło, ale do spokojnej głowy w sprawie przyszłego ataku literackich wampirów na naszych pisarzów jakoś mi daleko.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Stefan Żeromski, Kamil Śmiałkowski PRZEDWIOŚNIE ŻYWYCH TRUPÓW, Runa, 2010

Saturday, December 25, 2010

ROMEO I JULIA (Opera Wrocławska)

Premiera pełnospektaklowego baletu w dzisiejszych teatrach operowych, również we Wrocławiu, należy do okazji świątecznych. Raz na sezon to stanowczo za mało, by upoić baletowych miłośników. Więc jeśli już uda się wejść na afisz, to z tytułem wartym oczekiwania. Jak mistrzowski "Don Kichot" Minkusa przygotowany kilkanaście miesięcy wcześniej przez Beate Vollack. Jak "Romeo i Julia"?

Jerzy Makarowski, choreograf wrocławskiej wersji jednego z najpopularniejszych baletów XX wieku, podjął decyzję karkołomną. Oczyścił libretto z tanecznych epizodów, by zaprezentować historię tragicznej miłości w możliwie czystej formie. Nie znajdziemy więc tutaj dekoracyjnych "tanuszków", jak deklarował przedpremierowo niegdysiejszy solista Teatru Wielkiego w Warszawie, potem artystyczny emigrant realizujący w teatrach niemieckich. Cała siła inscenizacji koncentruje się na tytułowej parze i konflikcie między rodzinami, a sceniczne wydarzenia narracyjnie spaja i organizuje pantomimicznie zaprogramowana postać Fatum. I to jest pomysł atrakcyjny, wręcz szekspirowski, niepokojąco zagrany przez Gienadija Rybalchenko, ale niewystarczający, czego świadomość Makarowski zapewne miał. Stąd niezbyt udane próby dodania do kameralnego spektaklu elementów widowiska.

Pierwszą część trzeba przetrwać. Niestety, wieje nudą. Szermiercze walki bardzo się dłużą, wyglądają jak zajęcia w szkole aktorskiej, a nie teatralny, czy też filmowy, jak chciał choreograf, zestaw coraz to ciekawszych popisów. W kółeczku, w duecie, panowie i panie, stykając klingi, krzycząc, popatrując na siebie wilkiem przedstawiają stopień zwaśnienia stron. W epoce 3D taki staroświecki taniec z szabelkami uchodzi tylko przez chwilę. Makarowski nie poczuł w tej sprawie umiaru. Jedna jedyna spełniona scena dzieje się w pokoju Julii, jeszcze dziewczyny, która broni się przed kobiecością. Potem następuje czytelny wprawdzie, lecz konwencjonalny bal (także w scenografii rozegrany zbyt oszczędnie), a spotkanie przyszłych zakochanych nie grzeszy namiętnością. Ten chłód da o sobie znać w najbardziej rozczarowującym fragmencie spektaklu, czyli w duecie Julii i Romea (biegły Sergii Obemerok). Absolutnie zawodzi tu Makarowskiego choreograficzna wyobraźnia lub może po prostu serce do tanecznych intymności. Soliści są technicznie znakomici, ale bez pomocy choreografa cóż mogą zrobić, co zatańczyć? Zwłaszcza że i wybrana muzyka Prokofiewa opiera się właściwie na jednym powracającym temacie. Szkoda tej, klasycznie ujętej, pierwszej części przedstawienia, bo przepływa przed widzem zbyt obojętnie. Dobrze przynajmniej, że wzrok zatrzymują kostiumy (Ryszarda Kai), no i pojawia się Fatum.

Zastrzeżenia co do nierównej inscenizacji są poważne, ale artystom należą się wyłącznie brawa! Spisują się fantastycznie, a Nozomi Inoue jako Julia potwierdza swój aktorski talent, nie tracąc nic z tanecznej perfekcji. Kiedy trzeba jest eteryczna, gdy jej postać rozwija się z biegiem akcji, potrafi pokazać, jak Julia staje się kobietą, walczy o siebie i ukochanego, mimo ciężaru rodzinnych uprzedzeń. W drugiej odsłonie widzimy w Operze Wrocławskiej całkiem inny balet niż przed antraktem. Przede wszystkim tancerze wykorzystują współczesne formy tańca, momentami rewelacyjnie, co świadczy o wysokich umiejętnościach i dojrzałej wszechstronności wrocławskiego zespołu. Wreszcie coś się naprawdę dzieje, choć w ograniczonych mikroświatach, w relacjach między bohaterami. Tu fabuła odchodzi na drugi plan, interpretacja należy do widzów. Co czuje Julia, która musi wybierać z możliwości nie do pogodzenia? Co czuje jej matka (bardzo dobra w drugim akcie Sylwia Piotrowicz), której kochanek został zabity przez zięcia? Kim jest Fatum? Ojcem Laurentym, pragnącym szczęścia i zgody, czy mroczną mocą prowadzącą ludzi tam, gdzie panuje nienawiść, dokąd zresztą sami siebie doprowadzają? Chyba jednak to drugie, co sugeruje choćby wyrazista, przewodnia figura zastygania w pozie niemal dziecięcej kołyski. Mamy więc kawał świetnie zatańczonego teatru tańca i z teatru wychodzimy w sumie usatysfakcjonowani.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Sergiusz Prokofiew ROMEO I JULIA, insc. i choreografia Jerzy Makarowski, premiera w Operze Wrocławskiej 19 grudnia 2010

Friday, December 17, 2010

Andrzej Grabowski MAM PRAWO...CZASAMI...BANALNIE

Kiepska płyta świetnego aktora. Ma prawo, ale po co? Więcej w dźwięku:

....................
Andrzej Grabowski MAM PRAWO...CZASAMI...BANALNIE, Universal Music Polska, 2010

Thursday, December 9, 2010

Grzegorz Chojnowski ALAIN BERNARD


Nakładem Wydawnictwa ISKRY ukazała się książka dokumentująca lata pracy Alaina Bernarda w Polsce. Dla osób zawodowo zajmujących się tańcem Bernard jest postacią, bez której trudno wyobrazić sobie taneczną nowoczesność. To on, pojawiając się w końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w Gdańsku, ucząc swoich pierwszych polskich studentów, sprowadził do nas jazz, styl dziś niezwykle popularny, zdobywający coraz więcej baletowej przestrzeni. Zanim Alain Bernard przyjechał do Polski zaledwie nieliczna grupa tutejszych tancerzy wiedziała, na czym polega specyficzna technika tańca jazzowego, główny element amerykańskiego musicalu. Niewielu wyjeżdżało za granicę, nauka jazz dance wydawała się klasycznie kształconej młodzieży abstrakcyjną atrakcją. Kiedy jednak zostały stworzone możliwości do corocznych kontaktów ze szwajcarskim ekspertem, ochoczo z nich korzystali zarówno uczniowie ostatnich lat szkół baletowych, jak i czynni, sławni już w kraju soliści. Tak rodziło się u nas zainteresowanie innym stylem, zaczęło budowanie nowej rzeczywistości. W 1981 roku Bernard zdążył przygotować dwa pierwsze w polskiej historii jazzowe balety, a po stanie wojennym wrócił, by kontynuować pracę, którą zdecydował się pioniersko podjąć. Znów uczył, inscenizował kolejne spektakle, również czysto klasyczne. Jego dawni studenci stawali się nauczycielami, on sam doczekał się laurów od środowiska.

Po przeszło trzydziestu latach od pierwszych letnich kursów Alaina Bernarda w Polsce nowoczesny taniec przeżywa tu prawdziwy złoty okres. Czas więc na spojrzenie wstecz, na jedno ze źródeł obecnej popularności stylu jazz, na przypomnienie zjawiska, jakim nie tylko w polskim świecie tańca jest szwajcarski choreograf, pedagog, tancerz, dociekliwy badacz, znawca baletowych dziejów, komentator wydarzeń bieżących, znany w Europie kolekcjoner. To właśnie jemu chciało się kiedyś przyjechać na Wschód, na Białoruś, Litwę, do Estonii, Czech, do Rosji, by do baletowej tradycji klasycznej dołożyć w tych krajach też już bogatą tradycję tańca jazzowego. Najczęściej przyjeżdżał do Polski, gdzie znalazł przyjaciół i szacunek, gdzie jego praca okazała się wyjątkowo potrzebna, gdzie w końcu zamieszkał.

Czytelnik znajdzie w tym opracowaniu pełen przegląd polskiej działalności Alaina Bernarda, nauczyciela kilku pokoleń tancerzy i choreografów, inscenizatora pamiętnych baletów, zwieńczony obszernym wywiadem z bohaterem. Na końcu zamieszczono szczegółowe kalendarium bogatego dorobku szwajcarskiego mistrza z lat wizyt i pobytu w Polsce. Warto jednak pamiętać, iż to zaledwie mała część całości, bo Alain Bernard na długo przed przyjazdem do nas zasłużył na miano „ojca tańca jazzowego” w rodzimej Szwajcarii, prowadził zajęcia na całym świecie, z sukcesem wystawiał spektakle. To, że przystanek Polska stał się dla niego przystanią, jest również zasługą wielu mądrych ludzi stąd, artystów i działaczy baletowej kultury, którzy w odpowiednich chwilach widzieli w Alainie Bernardzie człowieka przeznaczonego do wypełniania historycznie znaczącej misji, nauczenia Polaków stylu jazz, a przy okazji odświeżenia polskiego życia baletowego. Niniejsza książka tę misję dokumentuje.

...................................

„Alain Bernard to choreograf, który łączy w sobie wiele zalet, wrażliwość plastyczną, choreograficzną, muzyczną, a także, co bardzo istotne, cierpliwość pedagogiczną. Rzadko spotykałem w życiu ludzi tego pokroju, obdarzonych takim talentem, jaki ma Alain Bernard” (Bogusław Kaczyński)

„Na pewno nie byłoby w Romie takiego dobrego baletu, gdyby nie Alain. To on stworzył te trzy trudne choreografie („Coppélia”, „Dziadek do orzechów”, „Kopciuszek”). Każda na wysokim poziomie artystycznym, podobała się publiczności. Osiągnęliśmy sukces, to czysty rachunek” (Maria Krzyszkowska)

„Robił na nas wielkie wrażenie. Znakomicie pokazywał każde ćwiczenie, dokładnie wiedzieliśmy, czego wymagał” (Maria Kijak)

„Alain Bernard był postacią wyjątkową. Wymagał od nas wielkiej dyscypliny, traktowaliśmy pracę z nim jako duże wyzwanie. Mieliśmy dzięki temu większe możliwości rozwoju” (Roman Komassa)

„Dla nas to było po prostu w tamtych czasach prawdziwe odkrycie. Alain Bernard potrafił dotrzeć do swoich studentów, pokazać nam odmienny styl. Był też dla nas wzorem, ze wszystkich sił starałam się jego taniec naśladować” (Renata Tomaszewska)

„Gdy z podziwem obserwowaliśmy jego taniec, zapominaliśmy, że jesteśmy nie widzami, lecz uczniami” (Ewa Wycichowska)

...................................

Fragment wywiadu z Alainem Bernardem, zamieszczonego w książce:

- Co pan wiedział o Polsce przed przyjazdem na pierwsze warsztaty?

- Nic, zupełnie nic. Oczywiście oprócz wiedzy na temat wielkich nazwisk polskich tancerzy z historii baletu, choćby gwiazd Diagilewa. To był czas żelaznej kurtyny, niewiele informacji stąd docierało do Szwajcarii. Kiedy uczyłem w Dreźnie, w szkole u Gret Palluca, miałem kilku polskich uczniów. Jakiś czas później otrzymałem list z pytaniem, czy byłbym skłonny poprowadzić kursy w Polsce. Gdy przyjechałem, zacząłem się interesować, jak zawsze to robię w nowym kraju, tutejszym życiem baletowym, światem tańca. I powoli zacząłem rozumieć, co się dzieje, jakie są tu zespoły, kto im przewodzi i tak dalej. Wcześniej tego nie wiedziałem. To był skok do zimnej wody, jak mówi się w języku niemieckim.

- Czyli skok na głęboką wodę, jak mawiamy w Polsce.

- Ze Szwajcarii przyjechałem samochodem. Bardzo spodobała mi się polska wieś, piękne krajobrazy. Wszystko wspaniałe, zachęcające. Oprócz hotelu. Pamiętam też sklepy, w których nie było nic poza herbatą. A ja miałem dużo pieniędzy zarobionych tutaj, nie mogłem ich wywieźć , wymienić na zachodnią walutę. Musiałem wydać, ale na co? Zatem gdziekolwiek pracowałem, zabierałem swoich studentów do restauracji, żeby zjedli przyzwoity obiad, nie to, co dostawaliśmy na kartki w stołówce.

- Musi pan mieć duszę pioniera skoro zdecydował się pan w tamtych czasach pracować na wschodzie Europy.

- Na Zachodzie też pracowałem. W Szwajcarii nazywają mnie ojcem tańca jazzowego. Nikt przede mną nie zajmował się tam jazzem. Kiedy po powrocie ze Stanów założyłem własną szkołę, uczyłem jazz dance, bo nikt go nie znał. Potem były m.in. Niemcy, Bułgaria, no i Polska. W pewnym sensie tutaj też zostałem ojcem tańca jazzowego. Powadziłem zajęcia dla tancerzy przygotowujących musical „Metro”, wielu moich polskich studentów uczyło i uczy tego stylu. W ten sposób staje się coraz bardziej rozpowszechniony i popularny. Podobnie w Szwajcarii. Wszyscy pedagodzy starszej generacji brali udział w zajęciach w mojej szkole.

...................................

Alain Bernard – wybitny tancerz, choreograf, pedagog, kolekcjoner i historyk baletu. Tańca klasycznego uczył się w ojczystej Szwajcarii oraz m.in. w nowojorskiej School of American Ballet George’a Balanchine’a. Był pierwszym studentem, który otrzymał stypendium prestiżowej szkoły Marthy Graham, gdzie przez dwa lata poznawał jej technikę. Tańczył od Nowego Jorku po Paryż. Prowadził w Bernie własną szkołę tańca jazzowego. W wielu krajach tworzył choreografię do baletów jazzowych i klasycznych. Do Polski przyjechał po raz pierwszy w latach 70. XX wieku. Pracował tu jako pedagog, choreograf i juror konkursów baletowych. Dziś mieszka na Mazurach.

Grzegorz Chojnowski – z wykształcenia anglista i polonista. Od 1994 roku jest dziennikarzem prasowym, radiowym i telewizyjnym (m.in. TVP, Polskie Radio, Gazeta Wyborcza, Notatnik Teatralny, Der Neue Merker, Fraza, Ha!art). W Radiu Wrocław prowadzi autorski Wieczór z Kulturą.

...................................

SPIS TREŚCI

Wstęp 5

Let’s Jazz It 9

Fascynacja i tortura 10
Nowa jakość 14
Metoda 19
Trudne otwarcie na świat 24
Lepsze teraz 29
„Zatańczmy jazz” 32
Oberek w stylu jazz 34
„Jazz dla dwunastu...” 38
Postscriptum po latach, czyli „Celebration” 42
Szwajcarski Wschodnioeuropejczyk 45

A to właśnie Polska, czyli Opera Nova 47

Pomóc w rozwoju sztuki baletowej 47
Balet mój widzę ogromny 49
Wielki balet to żart 50
Prawda czasu 53

Czysta klasyka. Alain Bernard i Teatr Muzyczny „Roma” 57

„Coppélia” 61
„Dziadek do orzechów” 73
„Kopciuszek” 81
Czysty rachunek. Rozmowa z Marią Krzyszkowską 91

Od walców do tanga w Operze Wrocławskiej 95

„Valses” 96
„Tangos” 100
Liczy się rezultat. Rozmowa z Marią Kijak 106

Pełnia satysfakcji. Wywiad z Alainem Bernardem 111

Kalendarium i varia 137

Indeks nazwisk 168

........................
Grzegorz Chojnowski ALAIN BERNARD – POLSKI ROZDZIAŁ, Iskry, 2010

Angelus 2010 Reportaż

We Wrocławiu przyznano po raz piąty literacką nagrodę Europy Środkowej ANGELUS. W gronie siedmiu finalistów znaleźli się autorzy rumuńscy: Norman Manea, Eginald Schlattner, polscy: Wojciech Albiński, Jacek Dukaj, Zbigniew Kruszyński, Antoni Libera, i pisarz węgierski György Spiró. Stawką była statuetka Angelusa i 150 tysięcy złotych (oraz 20 tys. zł dla tłumacza).

Oto relacja z gali (4.12.2010) i wywiady:



W poprzednich latach wrocławską nagrodę wygrywali: Czech Josef Skvořecky, Węgier Péter Esterházy, Austriak Martin Pollack oraz pisarz ukraiński Jurij Andruchowycz. Angelus to obok nagrody Nike najcenniejsze wyróżnienie literackie przyznawane w Polsce.

Tuesday, November 30, 2010

Angelus 2010

Cztery książki polskie, dwie rumuńskie, jedna autora węgierskiego. Tegoroczna siódemka finału Nagrody Literackiej Europy Środkowej wydaje się bardzo wyrównana. Trudno w tym roku wskazać murowanego faworyta, jak w latach ubiegłych. Nie ma wśród nominowanych niekwestionowanej gwiazdy europejskiej literatury, jaką jest zwycięzca sprzed roku Josef Skvorecky, są za to, jak zwykle, powieści tylko znakomite. Pojawia się duża szansa na wygraną Polaka, co w krótkiej, pięcioletniej historii nagrody, przyznawanej książce prozatorskiej napisanej w języku polskim lub tłumaczonej na polski, jeszcze się nie zdarzyło. Tym razem jury może być mniej gościnne.

Zbiór opowiadań "Achtung! Banditen!" Wojciecha Albińskiego to kolejny w naszej literaturze powrót do ciągle żywych, bo najgłębiej traumatycznych wydarzeń II wojny światowej. One kiedyś rozłamały porządek polityczno-społeczny Europy, postawiły niewyjaśniony znak zapytania etycznym dziejom cywilizacji, zostawiając niejeden ślad w ludzkich psychikach. Autor dziś ponad siedemdziesięcioletni miał w roku 1939 zaledwie cztery lata. Tamten wrzesień i miesiące następne zostały tu uchwycone fotograficznie i rzeczowo, w przemieszaniu surowego faktu z dotyczącą konkretnej sceny grozą, ale i ironią znajdując jeszcze jeden sposób, aby wyrazić niepojęte. Perspektywa dziecka, punkt widzenia nierzadko wykorzystywany w wojennych narracjach, okazuje się pomysłem ciągle nośnym i po ludzku wzruszającym.

"Wroniec" Jacka Dukaja to oryginalna w idei i stylu opowieść o stanie wojennym, ze zrozumiałych względów literacko niewyeksploatowana. Też relacja dziecka. „Tamtej zimy zdarzyło się, że brzydcy panowie zastąpili w telewizji także niedzielną bajkę” - pisze chłopiec, którym Dukaj w 1981 roku był. Gdy dorósł, zajął się fantastyką, zasłużył na karkołomne nazwanie go nowym Lemem. "Wroniec" nie jest jednak powieścią fantastyczną. Opowiada o historii poprzez klucz baśniowy. Tytułowy Wroniec porywa Adasiowi tatę, a potem pozostałych najbliższych, pojawiają się Bubecy i Milipanci oraz pan Oporny. Krytycy wskazywali na powinowactwa z Lewisem Carrollem czy braćmi Grimmami. Nominacja do nagrody IBBY już była, teraz czas na więcej?

Wrony kraczą o zwycięstwie Dukaja, ale czarnym koniem być może Zbigniew Kruszyński i jego "Ostatni raport", raport byłego agenta SB, ale i działacza podziemnej opozycji. Główna postać to człowiek niepozbawiony wdzięku, co doceniają także kobiety. Jego potrzeba pisania, notowania, relacjonowania zdaje się kompulsywną obsesją, co z kolei dla ipeenowskich annałów znaczenia nie ma. Dla ogarnięcia tamtych trudnych, wcale nie jednoznacznych, czasów i zrozumienia człowieka uwikłanego ma ogromne. Demaskatorska i przewrotna powieść Kruszyńskiego, który w latach 1980. musiał emigrować do Szwecji, wiele mówi o nas, Polakach zaplątanych w komunizm i wolność. "Nawet jeśli nie zostawię po sobie dzieła wiekopomnego (już zostawiłem), to wiem, że każdy mój przecinek, każda moja kropka sięgnęły celu, sięgnęły i przeszyły na wylot” - pisze narrator.

Antoni Libera ze swoim "Godotem i jego cieniem" też nieźle pasuje do tego w historii zanurzonego towarzystwa, bo wydał bardzo osobistą powieść-wyznanie, wyraz fascynacji dziełem Samuela Becketta, a przy tym zapis ciekawego procesu inspiracji kimś innym, by dotrzeć do własnego głosu. Libera przez lata tłumaczył i wystawiał sztuki irlandzkiego mistrza teatru absurdu aż sam zaczął pisać. "Godot i jego cień", z okładką przedstawiającą starego, co prowadzi młodszego, to autobiografia artysty na tle rzeczywistości kilku dekad polskiego wieku XX. Wiec studentów przeciwko zamknięciu "Po prostu", pies Łajka w kosmosie, Wolna Europa, w warszawskim Teatrze Współczesnym Jerzy Kreczmar reżyseruje Becketta (z Tadeuszem Fijewskim w jednej z ról). A Libera poznaje swój, nasz świat.

Dzięki Angelusowi (a raczej fali, jakiej poddali się w poprzednim roku polscy wydawcy) wiemy dziś więcej o współczesnej literaturze rumuńskiej. "Powrót chuligana" i "Fortepian we mgle" to dwie powieści, po przeczytaniu których czuć środkowoeuropejską wspólnotę doświadczeń. Chuliganem jest Żyd, dysydent, wygnaniec, kosmopolita, mieszkający w Nowym Jorku Norman Manea, znany pisarz, dzisiejszy Odys-Ulisses, odwiedzający rodzinny kraj po dziesięciu latach od decyzji o emigracji. I rekapitulujący własny los. Cytujący Herberta, przywołujący Gombrowicza, jeśli szukać polskich akcentów.

Druga z rumuńskich książek, "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera, to znów panorama dwudziestowiecznych dziejów poprzez tradycyjny Bildungsroman. Dorastanie Clemensa, potomka bogatej saskiej rodziny, a więc w Rumunii nacji mniejszościowej, skłania do refleksji nad tożsamością całego narodu, a i całej środkowej Europy. "Do tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego roku w tym kraju każda miejscowość miała niemiecką nazwę. Cesarstwo Austrii!" - mówi w pewnym momencie wuj bohatera. - "Tam, chłopcy i dziewczęta, jest zamek. Pozostały z niego jedynie podziemia, lochy, w których sławny reformator Franz Davidis oddał Stwórcy swą pobożną, acz rozdartą duszę. W każdej epoce wsadzano za kratki niewinnych ludzi. Ten wielki człowiek pozostanie uosobieniem prawdziwego Siedmiogrodu, homo transsilvanicus, mieszanki Węgra i Sasa. Do tego mówił po łacinie, a nawet po rumuńsku, językiem chłopów; próbował wszystkich wyznań, które wtedy były w modzie: katolickiego, luterańskiego, kalwińskiego i unitariańskiego. Tylko u nas, w Siedmiogrodzie, nie palono unitarian na stosie!". A u nas w Polsce mieliśmy przecież Rzeczpospolitą wielu narodów i wyznań.

Nieobca polskiej duszy powinna być osiemset stronicowa książka Węgra György'ego Spiró pt. "Mesjasze". Bo opowiada o wyznawcach dziewiętnastowiecznego mesjanizmu, o polskiej emigracji w Paryżu, o Andrzeju Towiańskim, uzdrowicielu, szarlatanie, mistyku, demagogu, proroku. O Mickiewiczu i Słowackim, którzy zapadli na tę przedziwną i do dzisiaj fascynującą chorobę-nie chorobę. Mesjanizm ma w naszej historii złą prasę, nie daje się jednak ocenić w kategoriach "czarne-czarne, białe-białe". Jak wszystko. Spiró, umiejący mówić po polsku doskonały znawca tutejszej literatury, tłumacz dramatów Wyspiańskiego, był w niegdysiejszej Polsce nawet na cenzurowanym za szarganie naszych narodowych świętości, czyli Wojciecha Bogusławskiego. Od czasu tamtej fatalnej nagonki z powodu wydanej na początku lat 1980. powieści "Iksowie" minął na szczęście czas i zmieniła się Polska. Przynajmniej na tyle, by książkę uczciwie analizującą mesjanizm nagrodzić choćby nominacją do prestiżowej nagrody. A może będzie i zwycięstwo?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

PS
Wygrali MESJASZE!
.................................................
Wojciech Albiński ACHTUNG! BANDITEN!, W.A.B.
Zbigniew Kruszyński OSTATNI RAPORT, Wydawnictwo Literackie
Antoni Libera GODOT I JEGO CIEŃ, Znak
Norman Manea POWRÓT CHULIGANA, przeł. K. Jurczak, Pogranicze
Eginald Schlattner FORTEPIAN WE MGLE, przeł. A. Rosenau, Czarne
György Spiró MESJASZE, przeł. E. Cegielska, W.A.B.
Jacek Dukaj WRONIEC, Wydawnictwo Literackie

Saturday, November 20, 2010

Magdalena Samozwaniec MOJA SIOSTRA POETKA

Do twórczości Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej trzeba mieć zapewne jakąś kobiecą słabość, aby polubić, nawet pokochać, wiersze, do których zawsze pasowało mi określenie: panieńskie. A przecież ich autorka przeżyła 49 lat (i trzy małżeństwa), do końca pisząc. W tym roku minęła 65. rocznica śmierci Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i przy tej okazji pojawiła się książka wyjątkowa. To tom wierszy Lilki, jak poetka nazwała siebie samą w dzieciństwie, wybranych przez jej młodszą siostrę Magdalenę Samozwaniec, też literatkę. Co, zdaje się, dziś trzeba przypominać, bo młodsze pokolenia pewnych nazwisk już nie kojarzą. Z własnej winy, zaniechania, lecz również z grzechów uproszczonej edukacji, popkulturowego zainteresowania tym, co teraz. Więdnie nam i poezja jako rodzaj sztuki, bo czasy mamy niepoetyckie. Więc taka książka jak ta jest dzisiaj samotnym kwiatem wśród trawy, pożółkłym liściem na pustym drzewie, używając języka wyobraźni Jasnorzewskiej. Czytelnikowi pozwala powrócić do tekstów może kiedyś niedocenionych.

„Jestem sama. / Babcia mi na imię - / czuję się jako czarna plama / na tęczowym świata kilimie” („Starość”). Albo: „Podaj mi płaszcz --- deszcz pada... / koniec z pogodą, niestety... / To nie deszcz? nie, to łzy spadły / z jakiejś dalekiej planety...” („Łzy”). Nietrudno takie zbyt łatwo zrymowane wiersze wyśmiać. Gdyby ktoś przyszedł z nimi do jakiegoś literackiego biura, zostałby pogoniony brakiem odpowiedzi. Ale twórczość Lilki nie jest jednak tak oczywista. Bo pod powierzchnią gładkiej frazy, pełnej zresztą bezpretensjonalnego wdzięku, tkwi i całościowe spojrzenie na świat, wszechświat, i ogólnoludzka prawda, która bywa najprostsza z możliwych. Że marzymy o wielkiej miłości, jak marzyła Jasnorzewska od lat najmłodszych, że podobnie jak ona boimy się starości, zauważamy piękno przyrody, że żal nam dziecka w nas samych, co „płacze nocami w kominie, że je zapomniano, zgubiono, / że miejsce jego zajęła jakaś niedobra kobieta...” („Ja”). „Najwyższym złem” była dla poetki wojna, która zmusiła ją do emigracji, skąd pisała listy choćby do męża Stefana. Umieszczała tam również swoje wojenne wiersze, jak ten z października 1942: „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, / śpiewał żołnierz, aż kulą w łeb trafiony urwał. / Pozwólcie mi błąd jeden sprostować, kochani: / Przede wszystkim nie pani żadna, ale k...”.

Rafał Podraza, edytor książki powstałej dzięki odnalezieniu listu Magdaleny Samozwaniec do kuzynki Anny Kruczkiewicz, pisze, iż ta „powszechnie aprobowana” poezja „do dziś wcale się nie zestarzała”. Zestarzała, w wielu elementach, w wielu tekstach. Ale ta wiekowość bywa także siłą, zwłaszcza w tak spójnym, stylowym opracowaniu i wydaniu. Oprócz wierszy są tu ilustracje, zdjęcia, reprodukcje ze zbiorów prywatnych i muzealnych. Jasnorzewska patrzy na nas z fotografii wykonanej w Świnoujściu w 1901 roku, z innej, pochodzącej z próby „Baby-dziwo” z roku 1938 czy z portretów namalowanych przez ojca Wojciecha Kossaka oraz Stanisława Ignacego Witkiewicza, męża stryjecznej siostry Jadwigi Unrug (jej poświęciła Lilka wiersz „Bal”). Na dołączonej płycie Samozwaniec deklamuje osiem wierszy, a całość otwiera znakomity, osobisty esej Magdaleny na temat Marii, przygotowany kiedyś dla „Przekroju” i z nieznanych przyczyn tam nieopublikowany. „Moja siostra poetka” to literacko-graficzne wspomnienie po jednej z najważniejszych postaci polskiej liryki XX wieku, no i po poezji, której już nie ma. Wiersze-róże (np. „Kto chce bym go kochała”) sąsiadują z wierszami-bławatkami, tworząc bukiet momentami tylko uroczy, chwilami przejmujący.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Magdalena Samozwaniec, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska MOJA SIOSTRA POETKA, PIW, 2010

Wednesday, November 17, 2010

TRANSATLANTYK (Wrocławski Teatr Współczesny)

Posłuchaj:


Poczytaj (i poczuj różnicę):

Dla mnie to jedno z sezonowych zaskoczeń. Dlatego, że trzydziestolatek zrobił przedstawienie klasycyzujące w środkach, że w ciągu dziewięćdziesięciu minut myślimy o Polsce i Polakach, że oglądając po raz kolejny teatralnie zaadaptowany tekst Gombrowicza, ani przez chwilę się nie nudzimy. Wchodzimy na widownię i od razu widzimy olbrzymie cmentarzysko bocianów, nie orłów, a z głośnika słychać piosenkę Davida Bowiego i Pata Metheny'ego "This Is Not America". Jakub Kamieński, odtwarzający rolę Witolda Gombrowicza, snuje się po scenie, by za chwilę dać sygnał do rozpoczęcia narodowej wiwisekcji. Nie na siłę, raczej od niechcenia, z dystansem i luzem współczesnej młodzieży, ale też z podskórną troską o to, co z tą Polską jest i będzie. Bo to, co było lepiej zostawić historii. Najważniejszą postacią tego ciekawego przedstawienia jest Gonzalo, gej, który staje po stronie Gombrowicza, aby nasz anty-wieszcz "sam przeciwko wszystkim nie był". Gonzalo ma w tej znajomości cel ukryty, oczywiście, czyli zbratanie się z Ignasiem, synem tzw. patrioty - Tomasza.

"Transatlantyk" jest traktowany w polskiej kulturze jako odpowiedź na pocztówkową legendę "Pana Tadeusza", legendę, bo łatwo znaleźć w Mickiewiczowskim arcydziele mrok i krytykę, mimo miłosno-ojczyźnianej melodii. Andrzej Wajda starał się to wydobyć w swoim filmie, zupełnie źle zinterpretowanym swojego czasu przez recenzentów i widzów. Robi to również Tumidajski, posługując się tekstem dużo bardziej krytycznie oczywistym. Kiedy Tomasz zauważa, że jego syn zbacza na erotyczne manowce, zarazem też wkraczając w świat nowoczesny, ma, we własnym mniemaniu, jedno wyjście: zabić syna. Żeby nie było wstydu dla nazwiska, dla rodziny, dla honoru, dla Boga, dla ojczyzny. Taką ostrogą powodowani członkowie nadwiślańskiego narodu chcą bronić przedmurza tradycji i religii, nie mając pojęcia o prawdziwej tożsamości mieszkańców kraju różnorodnego, coraz bardziej wielowyznaniowego i wieloetnicznego, niekoniecznie tylko heteroseksualnego. Czyli europejskiego. "Nie chcesz czym innym, nowym stać się?" - pyta Gonzalo Gombrowicza w jednej ze scen. Natomiast rodacy autora próbują polskości czy też polactwa i nie dają rady. Nie pomaga recytowanie słów pana Cogito, plucie na Dzieło. Za mało. Zabić ministra, prezydenta, żonę prezydenta? Mało. Złożyć ofiarę z syna (w końcu "Polska Chrystusem narodów"), przez Synczyznę wrócić do Ojczyzny? Nie przesadzajmy. Mimo że najważniejsza jest Polska, to chodzi o to, by żyło się lepiej, a zgoda buduje. W XXI wieku. Co jednak z tego, skoro od lat tą naszą zgodą staje się taniec, mazur, krakowiak, chodzony, polonez, kujawiak.

Na "Transatlantyk" warto się do Współczesnego wybrać, bo to kawałek dobrego teatru, umiejętnie wyważonego między kabaretem a thrillerem, mądrze rozmawiającego o tym, co najistotniejsze.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
TRANSATLANTYK, wg Witolda Gombrowicza, adaptacja i reżyseria Jarosław Tumidajski, Wrocławski Teatr Współczesny, 2010

Sunday, November 7, 2010

Dariusz Michalski KALINA JĘDRUSIK

"Co ostatecznie zostało po Kalinie Jędrusik? Co zostało i gdzie?" - pyta Dariusz Michalski w posłowiu do własnej książki o legendarnej aktorce. Odpowiada, oczywiście, że niewiele. Że tabloidowa pamięć pożywia się, rzecz jasna, gorszycielską częścią jej charakteru i biografii, a tzw. wiedza powszechna powierzchowną, a więc szczątkową, biografią aktorsko-piosenkarską. Sam wyznaje, iż nie jest pewien własnego stopnia poznania bohaterki tej ponad sześćsetstronicowej monografii, złożonej z wypowiedzi bliższych i dalszych znajomych peerelowskiego demona seksu, ale też przecież dziewczyny idealnej na jesień. Optymizm autora, który odpytał imponującą liczbę osób, wydaje się cokolwiek romantyczny. Dziwnym trafem Kalina Jędrusik, ale też np. zmarła niedawno Elżbieta Czyżewska czy żyjące damy i huzarki polskiej kultury: Nina Andrycz, Barbara Krafftówna, niewiele dziś mówią kolejnym generacjom. Dlaczego? No właśnie. Adam Hanuszkiewicz (jeszcze jeden doraźnie niby niezapomniany) wspomina, jak Gustaw Holoubek "zwierzył się Kalinie, że się niepokoi, co teraz będzie z teatrami i w ogóle co on będzie grał". Ona trzeźwo odpowiedziała: "Guciu, myśmy już byli!". A chodziło o czas po stanie wojennym...

Bo przed stanem wojennym to działo się jeszcze jakoś, całkiem wspaniale. U Wajdy była niesamowitą Lucy Zuckerową, u Hasa cudownie dojrzałą Wąsowską, u Axera, a raczej Swinarskiego, Polly Peachum. W polskiej, teatralnej, premierze "Śniadania u Tiffany'ego" zagrała Holly Golightly. Adaptował jej niezwykle utalentowany i niezwyczajnie niedoceniany po latach Stanisław Dygat, muzykę komponował nieszczęśnie zmarły Krzysztof Komeda, tekst piosenki napisała nieodżałowana Agnieszka Osiecka. Lata sześćdziesiąte... Lecz bądźmy sprawiedliwi i rzetelni, jak autor. Bywało niewesoło, jak to w życiu. Zimą 1972 roku, z objazdów, Dygatowa pisała do Dygata, którego tytułowała "Kochanym Koteńkiem": "W zespole stosunki raczej nieprzyjazne. Właściwie poza koniecznym: 'dzień dobry', 'teraz pani na scenę', 'do widzenia' itd., nie rozmawiamy wcale. Jestem więc zupełnie samotna, wcale by mnie to nie obchodziło, gdyby nie świadomość, że cały ten ich do mnie oziębły stosunek wynika z podwyższenia przeze mnie stawki". Pięć lat później wyznawała swą nadzieję na trzecią zawodową młodość, czyli dojrzałość: "W moim trudnym życiu aktorskim miałam wiele przestojów. Bardzo mi się one przydały, właśnie do pracy nad sobą. Myślałam wtedy - może zakwitnę kiedyś w wielkiej roli? I teraz mam grać George Sand w "Lecie w Nohant". Może ta rola będzie przełomem w mojej pracy?". I była, i nie była. Według Aleksandry Wierzbickiej, Jędrusik "nie lubiła teatru, złościła się: kiedy inni ludzie odpoczywają, ona musi pracować". Bo ją Bóg stworzył chyba do filmu jednak, tyle że polski film od zawsze nie potrafił prawdziwych pereł pielęgnować albo te perły same się topiły w przypadkach życia. A może problem tkwił w niej? Bo, jak otwarcie scharakteryzowała aktorkę Osiecka (cóż, że już po jej śmierci): "Kalina wchodziła do jakiegoś pomieszczenia i natychmiast wykonywała całą etiudę na temat swego seksu. Gdy miała dekolt, to tak długo kręciła biustem, aż ktoś powiedział: Ale masz cudny dekolt". A z drugiej strony, mogła z ożywieniem rozmawiać z woźną Studium Nauczycielskiego (wspomnienie Gustawa Grackiego) i rzucić do zaniepokojonej skutkami odchudzania Xymeny Zaniewskiej: "Wiesz, mnie zanim dupa zleci, to cycki opadną".

Więc jaka była? Na szczęście taka jak ją pamiętamy, czego książka Dariusza Michalskiego dowodem. Dowiadujemy się o Jędrusik wielu nowych szczegółów, nie tracąc uprzedniej własnej wizji jednej z najbardziej malowniczych osobowości polskiej kultury XX wieku. Nauczycielki sprawozdawały w zwyczajowych szkolnych ocenach: "czasami uparta, odpowiada niegrzecznie", "posiada bujną fantazję", "często wychodzi bez potrzeby z klasy", "brudzi umyślnie ręce atramentem", "bierze czynny udział w pogadankach". Potem była wojna, teatr, no i starszy o siedemnaście lat Staś Dygat, jej mężczyzna, może i życiowy ciężar. Chyba tkwiła gdzieś pomiędzy formatującym ją Stasiem a Kaliną-gwiazdą, nie będąc do końca sobą (jak wszyscy?), w związku co prawda towarzysko otwartym, lecz niekoniecznie wolnym. Wielka miłość, ale czy wielkie spełnienie? Ale to właśnie dzięki miłości aktorka gdańskiego Teatru Wybrzeże znalazła się w stolicy i zawitała do teatru Erwina Axera. Spełniona wydaje się za to "Kalina Jędrusik" pióra Dariusza Michalskiego, który osobiście zetknął się w dziennikarskiej pracy z bohaterką, wykonał pracę godną prawdziwego uznania, wybierając właściwą formę dla tej wyjątkowej biografii. Utkana z cytatów, nienaganna edytorsko, książka rysuje też panoramę minionego czasu, ludzi odeszłych lub odchodzących z naszego świata i z owej mitycznej, nieistniejącej powszechnej pamięci. Bo to, czy Kalina, a także Stanisław, Starsi Panowie, Marilyn, Ojciec, Mama, Zosia, zostaną zapamiętani, czy zapomniani, zależy od pojedynczej ludzkiej woli. Jakoś, kiedyś, gdzieś zainspirowanej. Na przykład przez Michalskiego.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Dariusz Michalski KALINA JĘDRUSIK, Iskry, 2010

Tuesday, November 2, 2010

KOBIETY NIEZAPOMNIANE

Szczerze przyznam, że do takich książek podchodzę z rezerwą. Bo nie uważam, by kobietom należało się w kulturze szczególne traktowanie w czasach już postfeministycznych, kiedy świadomość tych, którzy jeszcze czytają literaturę, jest sprawami równości płci wypełniona. W latach 90. ubiegłego wieku - owszem, absolutnie, to była konieczność i wydano wtedy trochę publikacji oddających właściwą przestrzeń, zauważających, przypominających o kobiecej roli w dziejach. Po drugie, z zasady nie przepadam za podobnymi składankami, zbyt przypadkowe się wydają. "Kobiety niezapomniane" są bowiem zbiorem szkiców na temat czterdziestu jeden nieżyjących bohaterek życia własnego i społecznego, napisanych przez czterdzieści jeden dziennikarek, znanych, mniej znanych, gwiazd telewizji, reporterek, publicystek radiowych i prasowych. Iwona Schymalla, Maria Szabłowska, Monika Luft, Brygida Grysiak, Katarzyna Kolenda-Zaleska, Janina Paradowska, Jolanta Fajkowska, Małgorzata Domagalik, Katarzyna Kaczorowska czy, na przykład, Jolanta Pieńkowska stworzyły skromne objętościowo, treściwe portrety postaci znaczących i naznaczonych przede wszystkim piętnem ludzkiego losu.

Kto tu jest, kogo nie ma. To najpierwsze pytanie musi się pojawić po spojrzeniu na spis treści. Wyboru dokonywały autorki, więc, wiadomo, żadnej reprezentatywności ani przewodniego klucza nie znajdziemy. Święta Faustyna, Róża Czacka, Aniela Godecka i z zupełnie innymi biografiami: Michalina Wisłocka, Irena Krzywicka, Gabriela Zapolska. Barbara Radziwiłłówna i Zofia Kuratowska, Helena Modrzejewska i Agata Mróz. Lista długa, a poszczególne nazwiska mówią wiele, bywa, że dużo mniej. Natalię Tułasiewicz kojarzą pewnie tylko zainteresowani, choć urodzona w Rzeszowie w 1906 roku nauczycielka szkół poznańskich i tajnych kompletów podczas II wojny, jedna z tych polskich siłaczek, co do końca pełniła służbę innym, mogłaby stanąć w naszej historii obok Janusza Korczaka. Albo Tekla Bądarzewska-Baranowska, przypomniana rok temu radiowym reportażem Katarzyny Michalak i Doroty Hałasy, nagrodzonym zresztą prestiżową Prix Italia. Niemal wszyscy zagadnięci na ulicy nabraliby powietrza, marszcząc czoło bez szans na poprawną odpowiedź. Kim była, kim jest kobieta-kompozytorka wykonywanej na całym świecie "Modlitwy Dziewicy"? Annę Jantar słyszeliśmy wszyscy, Halinę Poświatowską ciągle się czyta, Kamila Skolimowska wzbudzała w nas olimpijski ogień zwykłej-niezwykłej radości. Takiej jak kilkadziesiąt lat wcześniej inne pokolenie Polaków doznawało dzięki pierwszemu złotemu medalowi Haliny Konopackiej. Wanda Rutkiewicz, Irena Sendlerowa, Maria Skłodowska-Curie, Pola Negri, Agnieszka Osiecka to też przecież kobiety różne. Do podziwiania, do pamiętania, do odkrywania. Kobiety czynu, kobiety słowa: tragicznie zmarła pod Smoleńskiem Anna Walentynowicz, zabita przez psychicznie chorego kochanka Krystyna Skarbek, stuletnia w chwili śmierci profesor Elżbieta Zawacka, cichociemna w stopniu generała brygady, albo filozofka Barbara Skarga, też łączniczka AK, więźniarka łagru, wybitny (wybitna) naukowiec.

Profesor Skarga zostawiła po sobie zacytowany tu przez Katarzynę Janowską testament etyczny: "Trzeba brać odpowiedzialność", "obywatelstwo ma sens moralny", "sojusz polityki i etyki jest zawsze możliwy", "na nienawiści nigdy niczego zbudować nie można", "tam, gdzie panuje podejrzliwość, zamiera wszelka więź". Inne testamenty można wyczytać z biografii każdej z wybranych do albumu postaci, od każdej się czegoś nauczyć w zadumie nad człowiekiem i światem. Teksty są lepsze i gorsze, powierzchowne i próbujące w krótkiej formie zmieścić to istotne więcej. W jednych dziennikarki chowają się w cień, w drugich wykorzystują swoje spotkania z bohaterkami. Katarzyna Lengren przytacza anegdotyczne dziś dziecięce zetknięcie ze wspaniałą tłumaczką literatury dla dzieci Ireną Tuwim. Ale Joanna Laprus-Mikulska nie mogła osobiście poznać Lucyny Ćwierczakiewiczowej, królowej kulinarnych bestsellerów z XIX wieku. Więc wprawdzie moje inicjalne wątpliwości co do charakteru takich jak ta publikacji nie znikły zupełnie, momentami spotęgowane nadmiernym wyeksponowaniem autorek poszczególnych szkiców (biogram plus duża fotografia wykonana przez Zofię Nasierowską), to etyczno-estetyczna uroda tej kobiecej książki w końcu sprawiła, że dałem za wygraną. Gdy przestałem myśleć o kobietach i kobiecości, pomyślałem o osobowościach. Niezapomnianych. I całe szczęście, że nie kobiece podejście w tej publikacji zwycięża, lecz porządne dziennikarstwo, bo tylko tak takim bohaterkom powinno się hołdować.

PS
Dochód ze sprzedaży ma pomóc powrócić na rynek pracy kobietom po urlopie macierzyńskim.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
KOBIETY NIEZAPOMNIANE, Muza, 2010

Tuesday, October 26, 2010

Michał Zygmunt LATA WALK ULICZNYCH

Kreacją głównego bohatera Michał Zygmunt wyraźnie (i wyraziście) aspiruje do autorstwa powieści znaczącej pokoleniowo. Sam jest tym z roczników 1970., o których upomnieli się swojego czasu rówieśnicy z "Ha!artu", ale znajdą tu siebie i swoje emocje i młodsi, i starsi. Pod warunkiem, że w środku czują tę typową dla rodaków gorycz, ostatnio skrywaną pod półprzezroczystą peleryną mozolnego kredytowego dorabiania się albo tzw. totalnej olewki.

Bardzo symbolicznie się ta książka zaczyna, od rozdziału zatytułowanego "Koniec", kończąc, rzecz jasna, na "Początku", co wcale nie oznacza zwykłej odwrotności, raczej przewrotność. Wspomniana postać centralna, narrator całości, nazywa się Polak, Marek Polak i przez niemal całe życie, relacjonowane nam od przedszkolnego Wrocławia lat 1980. do warszawskiej współczesności XXI wieku, walczy i kocha, jak obwieszcza się tutaj mottem z Ernsta Jüngera. Jego problemem zdaje się to samo, co drążyło ów egzystencjalny lej również w psychice bohatera poprzedniej powieści Zygmunta "New Romantic". To, że ta cała walka skierowana jest przeciw zbyt wielu wrogom, a nawet braciom, kolegom (koleżankom), zbyt wielu modelom społeczno-ekonomicznym, że zamiast jednego systemowego przeciwnika, który rękami zomowców wymiata naród z kościołów, istnieje ich demokratyczna rzesza. W którą stronę się więc skierować?

Strony są różne także geograficznie. W chaosie biografii Polaka odwiedzamy zarówno Niemcy, Wielką Brytanię, jak i Nową Rudę, Podkarpacie czy Afrykę. Widzimy w miarę normalnego chłopca, a po latach kogoś, kto tak o sobie mówi: "Nazywam się Marek Polak i mam tylko trzydzieści lat. Ale czuję się, jakbym miał pięćdziesiąt. Służba nie drużba, potrafi dać w mordę i wycisnąć ostatnie poty. Wojna jest wojna, nawet jeśli ją nazwać misją stabilizacyjną". I handluje bronią. Wcześniej, za płacę bliską minimalnej, wypożyczał filmy jako pracownik jednej z placówek międzynarodowej sieci. Na przykład do pudełka po filmie familijnym wkładał porno i taki gratisowy dodatek proponował rodzinnym klientom. Handlował też sobą w Tiergarten. Pojawiają się w tej powieści ostre sceny erotyczne (bardzo dobrze napisane), przemoc, świat zwulgaryzowany, mroczny, ale i konteksty nie tylko popkulturowe. Judith Butler i Madonna, Elton John i Depeche Mode, John Coltrane, David Bowie, Bruno Jasieński, Ian Curtis, Puchar UEFA i KRUS. Długo by wymieniać. A, i Sławoj Żiżek, jego absolutnie nie mogło zabraknąć.

Jeśli to ostatnie zdanie zabrzmiało ironicznie, nie będę się z tej ironii wycofywał, ale o krytykę "Lat walk ulicznych" proszę mnie nie posądzać. Uważam, iż powieść Michała Zygmunta to książka coś podsumowująca, trudno jeszcze ogarnąć, co, bo chodzi o nasze teraz, przedstawiająca światu autora, którego trzeba czytać, żeby czegoś się o świecie dowiedzieć. Przede wszystkim doskonała językowo. Dawno nie czytałem tak dynamicznej, zanurzonej w potoczności (uliczności), a przy tym jednak ciągle klasycznej polszczyzny literackiej. Między zjadliwą satyrą na rzeczywistość a skrajnie osobistą relacją z dojrzewania kryje się tęsknota za czymś, dla czego warto żyć. To jest romantyzm, no dobrze, neo czy postromantyzm, to jest poszukiwanie. Siebie, ojczyzny, miłości, mieszkania, własnego etosu do uwierzenia, może polubienia i zagospodarowania. Wprawdzie nie dawałbym na taki los dużych szans majorowi Markowi Polakowi, ale pisarzowi Michałowi Zygmuntowi - zdecydowanie tak.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Michał Zygmunt LATA WALK ULICZNYCH, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010

Saturday, October 16, 2010

Festiwal Opery Współczesnej (Opera Wrocławska)

Zgodnie z przyjętą niedawno zasadą ograniczonego dawania szansy nie dotrwałem do końca opery „La libertà chiama la libertà”, ostatniego odcinka trylogii Knapika/Fabre’a. Inscenizacja Michała Zadary znudziła mnie mocno. Może reżyser powinien był pomyśleć o narracyjnym streszczeniu poprzednich spektakli cyklu? Może coś by się rozjaśniło? Jeśli są tu jakieś zamysły, symbole, metafory, to kompletnie nieatrakcyjnie podane. Ciekawie wypadł tylko fragment z chórem w roli głównej, lecz już przejście w bardzo, bardzo konwencjonalnie zaprojektowany występ baletu zaczęło na mnie wpływać inspirująco. Do obojętności. Najlepiej zamknąć oczy, bo muzyka Eugeniusza Knapika jest wspaniała, chciałbym ją usłyszeć, w tym wykonaniu, pod batutą Jacka Kaspszyka, na płycie. Koniecznie bez tłumaczenia libretta Jana Fabre’a, który, jeśli wierzyć polskiemu przekładowi, sformułował kilka oczywistych pytań, zasygnalizował jakieś podstawowe problemy, wyrażając nadzieję, że publiczność poczuje emocjonalną wspólnotę. Nie poczuła, zwłaszcza że ostatnia przed antraktem scena dłuży się niemożliwie. Dwie w wyrafinowany sposób niepodobne do siebie bliźniaczki (chyba) coś tam próbują pokazać, a pierwszy męski solista wieczoru wspaniałym barytonem (Mariusz Godlewski) wyśpiewuje pseudopoetyckie frazy, pomagając sobie wyciągniętą do pustego gestu ręką. Kaman, jak mówi młodzież XXI wieku, uwolnić tego nieszczęsnego, monotonnie wymachującego skrzydłami gołębia z projekcji i rozejść się do prywatności! Niech żyje wolność!

A dwa tygodnie wcześniej byłem w tym samym gmachu przy Świdnickiej na operze-cudzie, fantastycznie zrealizowanych „Legendach o Maryi”, mało u nas znanego czeskiego kompozytora Bohuslava Martinů. W pomysłowej, wciągającej, bogatej inscenizacyjnie, ruchowo, głosowo, wizualnie wersji podpisanej przez Tomasza Szredera (kierownictwo muzyczne) i Jiřiego Heřmana, artystycznego szefa Teatru Narodowego w Pradze, mogli się popisać wszyscy wykonawcy. Zarówno soliści, jak doskonały chór (!) czy balet. Zauroczony rolami Anny Bernackiej, siłą i pięknem głosu Evgeniyi Kuznetsovej, a przede wszystkim kreacjami Anastazji Lipert, podziwiałem ideę całości i poszczególne odsłony, sprytnie nawiązujące do motywów wziętych z biblijnej przypowieści i ludowych legend. W epizodzie Kata baletowo błysnęła niezidentyfikowana jeszcze przeze mnie śliczna i utalentowana tancerka (obsada z 1 października). Odkrywać tak udanie wykorzystany potencjał literatury, muzyki, sztuki plastycznej i wokalnej to czysta przyjemność, niezapomniane przeżycie. Cztery wcielenia kobiecych wartości, postacie błądzące i odnajdujące drogę do prawdy, dobra działają w kontekście propozycji Fabre’a jak antidotum lub, używając muzycznej terminologii, kontrapunkt. Dla pozornie tylko błyskotliwej tezy o tym, że „zło jest źródłem wszelkiej przyjemności” (cytat zapamiętany z „La libertà chiama la libertà”). U Martinů liczy się człowiek stworzony, u Fabre’a człowiek sfabrykowany. Podobnie dzieje się w przypadku sztuki. Tam widzom towarzyszy zachwyt nad nieoderwanym od rzeczywistości artyzmem, tu zmęczenie sytuacją wypreparowaną w zaciszu indywidualisty. Postuluję, aby "Legendy o Maryi" grać tak często, jak to możliwe (dekoracje muszą co jakiś czas wędrować od Wrocławia do Pragi i z powrotem).

II Festiwal Opery Współczesnej skończył się zatem spektaklem nierównym, zaczął magicznie spełnionym. Pomiędzy widzieliśmy znane z desek wrocławskiego teatru uznane dzieła Szymanowskiego, Pendereckiego czy Prasquala, głośną warszawską „Zagładę domu Usherów” Glassa oraz znakomitą tegoroczną premierę „Matki czarnoskrzydłych snów” Hanny Kulenty w elektryzującej inscenizacji Eweliny Pietrowiak. Żałujcie ci, którzy nie uczestniczyliście. Z kronikarskiej uczciwości trzeba nadmienić, że przed premierą opery Eugeniusza Knapika rozdawano pracownikom opery dyplomy i medale. Zasłużone – OK, ale czyż nie lepszą okazją byłby specjalny koncert jubileuszowy sprzed miesiąca? Na ewentualną przyszłość warto zapamiętać, że kiedy przypina się ordery w imieniu prezydenta Rzeczpospolitej, świadkowie muszą stać. A gdy nagroda pochodzi od ministra to już możemy wygodnie pozostać w pozycji siedzącej. Tak zwany protokół. Nic jednak nie przebije zachowania prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, przed polską prapremierą „Legend o Maryi”. Pan prezydent bowiem najpierw z luzackim uśmiechem machał ze sceny do orkiestry, domagając się odmachiwania, a zaraz potem głaskał po głowie siedzącego tuż przed kurtyną aktora-narratora spektaklu. Niby dowcipnie mówił przy tym: „Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze!”. Takim zachowaniem wysyła się wyraźny sygnał. Że teatr to rzecz niepoważna, podatna na niewyszukany żart. A przecież jest odwrotnie!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
II Festiwal Opery Współczesnej, Wrocław, 2010

Tuesday, October 12, 2010

Olivier Bellamy MARTHA ARGERICH. DZIECKO I CZARY

Podobno Argerich nie lubi tej książki. Nie mam pojęcia, dlaczego. Że autor opowieści, francuski dziennikarz Olivier Bellamy, zdecydował się na styl cokolwiek popularny? Że stara się blisko swą bohaterkę podejść? Tak jak chyba nikt przedtem? Że pisze tyle samo o życiu muzycznym, co o sprawach prywatnych? To właśnie nadaje tej książce rytm, sprawia, iż smakuje, bo czytamy o kobiecie czasem po prostu niepewnej, może nawet lekko chwilami zagubionej, a także o artystce niepozbawionej tremy po tylu latach występów. Argerich jest tutaj ludzka, czyli całościowa, nie tylko genialna, z temperamentem, przekonana i przekonująca, jak by się zdawało. Nie tylko dowcipna. Jak wtedy, gdy po sukcesie genewskim zaproponowano jej wykonanie II koncertu Brahmsa. Odpowiedziała: "Poczekam aż mi urośnie broda".

Wszystko zaczyna się od anegdoty, czyli w sposób wzięty z wysokiej literatury i dobrego dziennikarstwa. Jesteśmy razem z pianistką w Ferrarze, gdzie w lutym 2004 roku ma zagrać, zaledwie po raz drugi przed publicznością, III koncert Beethovena. Zaplanowano nagranie, dyryguje Claudio Abbado. Argerich się denerwuje, podobnie organizatorzy. Bywało już w przeszłości, że odwoływała występy. O zmiennych nastrojach argentyńskiej mistrzyni krążą legendy. Koncert dochodzi do skutku, widownia oklaskuje, ale wirtuozka ocenia siebie surowo: "Trochę zbyt wyszukane" - stwierdza po przesłuchaniu taśmy. Od anegdoty Olivier Bellamy przechodzi do biografii. W kolejnych rozdziałach daje czytelnikom poznać drogę cudownego dziecka z Buenos Aires do najwyższych laurów świata muzyki (ze zwycięstwem w konkursie chopinowskim z roku 1965), do najlepszych sal, do blasku sławy, ale i jej cieni.

Gdy miała 7 lat, dała pierwszy oficjalny koncert w Teatro San Martin (grała Mozarta, Beethovena i Bacha). Tuż przed uklękła w łazience: "Jeżeli zagrasz choć jedną fałszywą nutę, umrzesz na miejscu" - powiedziała do siebie. Dowiadujemy się szczegółów jej nauki w Argentynie u Vincenzo Scaramuzzy czy, już po emigracji do Europy, w Genewie u Madeleine Lipatti, dokąd wysłał ją poprzedni profesor Friedrich Gulda, przekonując: "Zaczynasz grać tak jak ja. To niedobrze". Obserwujemy od środka długie europejskie tournée, pobyt w Brukseli, konkursy w Bolzano, Warszawie. Jesteśmy przy narodzinach pierwszej z trzech córek, przy zawiązywaniu się i końcu relacji z wykształconym w Princeton chińskim kompozytorem Robertem Chenem. Nie brakuje dość obszernego fragmentu dotyczącego jurorowania w konkursie chopinowskim numer dziesięć, kiedy bezkompromisowo poparła Ivo Pogorelicia, sprzeciwiając się pozostałym sędziom i demonstracyjnie wycofując z prac jury. Po raz kolejny uosabiając niezależność i ogień.

A przy tym wszystkim życiowe credo Marty Argerich to fraza "Żyj i pozwól żyć innym". Charles'owi Dutoit, swojemu mężowi-dyrygentowi mówiła: "Wy, Szwajcarzy, macie zegarki, a my, Argentyńczycy, mamy czas", gdy zżymał się, że zawsze, po najdłuższej podróży, znajduje chwilę na filiżankę kawy. Myliłby się jednak ten, kto posądzałby jej geniusz wyłącznie o emocje. Bruno Seidlhofer, kolejny z wielkich nauczycieli Argerich, wymienił kiedyś troje pianistów, których cenił szczególnie wysoko: u Guldy muzyka płynie z głowy, u Freire z serca, u Argerich przez palce. O tym, z jakiego źródła i jakich doświadczeń, opowiada ta dynamicznie napisana, perfekcyjnie skonstruowana książka. Żywa i prosta w odbiorze, bo o człowieku, nie tylko o pianistce.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Olivier Bellamy MARTHA ARGERICH. DZIECKO I CZARY, przeł. J. Giszczak, Wydawnictwo LIterackie, 2010

Sunday, October 3, 2010

SZOSA WOŁOKOŁAMSKA

Wartko interesująca jest "Szosa Wołokołamska", na którą, przyznam szczerze, specjalnie nie liczyłem po nie tak w końcu dawnej premierze "Cementu" tego samego Hainera Muellera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym (w reżyserii Wojciecha Klemma). Ideologiczna estetyka tamtego przedstawienia była nie do zniesienia. Ale, jak się okazuje, Mueller Muellerowi nierówny. Barbara Wysocka wykonała pracę od podstaw, ujmując zwarty, monologujący tekst niemieckiego dramaturga w sztukę kameralną, rozpisaną na trzech aktorów. Począwszy od czytelnego scenariusza, skończywszy na niezwyczajnych pomysłach realizatorskich, reżyserka-aktorka po raz kolejny pokazała, że trzeba się z nią liczyć jako z postacią z przyszłej ekstraklasy polskiego teatru. Jej pewność inscenizacyjna, a przy tym otwartość na współpracowniczy wkład w spektakl przyniosły w przypadku "Szosy Wołokołamskiej" efekty godne uznania.

Sama sztuka do łatwych nie należy, temat też nieporywający. W dzisiejszej Polsce mamy bowiem non-stop trwający festiwal rozliczeń z historią i w większości czujemy się potwornie zmęczeni ciągłą walką pamięci jednych z pamięcią drugich. Chcielibyśmy wreszcie pójść naprzód, może na chwilę się odciąć, zresetować, zdemartyrologizować. A Mueller grzebie w historii. Przywołuje II wojnę światową, lata 1950., haniebny rok 1968, dowodząc, iż najtrafniejszym emblematem niemal całych dwudziestowiecznych dziejów tzw. środkowo-wschodniej części Europy są czołgi. Te mechaniczne, ale i te symboliczne, niewidzialne, obecne w świadomości lub podświadomości, gdy kafkowski ktoś-nikt zostaje zetknięty z machiną systemu nie dla ludzi. W takim świecie Szekspirowskie "być albo nie być" (Mueller napisał kiedyś słynny tekst "HamletMaszyna") to pozbawione znaczenia słowa, słowa, a przecież także problem do rozwiązania. Kula w łeb od plutonu kolegów za dezercję, kula w łeb z własnego pistoletu za przegrane życie, kula od losu w chorą na raka pierś. Albo poddanie się społecznej roli człowieka-biurka, jaką trzeba zagrać w takim czasie, nie innej przestrzeni (świetna scena!). Autor "Szosy Wołokołamskiej" nie wyemigrował nigdy z NRD, choć on akurat mógł.

Jest to więc spektakl o przeszłości, niemówiący niczego nowego nam tu i teraz, choć pewnie twórcy chcieliby, żeby było inaczej. Żebyśmy zrozumieli, czym ten XXI wiek mamy podszyty, skąd te czerwone ślady pod paznokciami. Byśmy zdobyli się na dialog, choć struktura tekstu, tragedia życia skłania do zamknięcia się w sobie. No ale w końcu brzmi tylko mantryczne "nie zapomnimy", i szczera, i niełatwa do uwierzenia deklaracja. Historia uczy również tego, że nie uczy. To, co we wrocławskiej "Szosie" najcenniejsze, to Teatr. Nie widać tu bowiem słabego punktu, ani sekundy nieprzemyślanego, puszczonego działania. Wszystko znaczy, od idealnie zaprojektowanej scenografii (Wysocka), poprzez doskonale dobraną muzykę (Wysocka), po arcyważne projekcje (Lea Mattausch) i światło (Justyna Łagowska). Wszystko gra. A aktorstwo - najwyższej próby. Adam Cywka, Rafał Kronenberger, Adam Szczyszczaj w "Szosie Wołokołamskiej" wzlatują na poziomy chyba jeszcze wyższe niż w swoich wcześniejszych rolach. To zarazem cud-rzemiosło i sztuka. Ciekawe, ile w zbudowaniu takich postaci pomogła aktorka-reżyserka.

Wreszcie znakomita premiera w Polskim!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Heiner Mueller SZOSA WOŁOKOŁAMSKA, reż. Barbara Wysocka, Teatr Polski we Wrocławiu, 3.10.2010

Tuesday, September 28, 2010

Mizuro, Ostaszewski KOGO KOCHAM, KOGO LUBIĘ

Jestem w stanie się założyć, może nie o palec, jak pewien wyrywny dziennikarz, że większość recenzji tej książki będzie się zaczynać od zdań w stylu "gdy krytycy literatury przechodzą na drugą stronę mocy, prawdopodobieństwo porażki wzrasta wprost proporcjonalnie do redukcji znamion energii sukcesu", co w wolnym tłumaczeniu na retorykę względnie zrozumiałą znaczy po prostu: "czy to możliwe, by krytyk literacki napisał porządny kryminał lub w ogóle porządną powieść?". Odpowiedź na tak postawione pytanie wbrew pozorom łatwa nie jest, bo wprawdzie wiadomo, iż krytyk zna wszystkie chwyty, umie twórczo stukać w klawisze laptopa, lecz ta preinstalowana świadomość może przeszkadzać. Niedawno mieliśmy w sumie dość udane wejście smoczkini Magdaleny Miecznickiej w świat ludzi piszących, sukcesy odnoszą Joanna Bator i Inga Iwasiów, teraz porwali się na własną prozę kolejni. Marta Mizuro, recenzentka i redaktorka przepoważnej "Odry" oraz Robert Ostaszewski, redaktor jeszcze bardziej niszowych pism "Fa-art" i "Dekada literacka", oboje laureaci nagrody im. Frydego, przyznawanej przez stowarzyszenie krytyki literackiej. W duecie, bo, jak objaśniał starszy pan, jeżeli robić coś, to nie indywidualnie. We dwoje łatwiej znieść klęskę, choć, z drugiej strony, trudniej skonsumować zwycięstwo. No i napisać zwartą opowieść sensacyjną.

Kryminał to gatunek piekielny, precyzyjny, nieznoszący amatorszczyzny, niezapewniający alibi, jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli literacki plan wypali niedoskonale. Poprzeczka została zatem wysoko zawieszona, zwłaszcza że "Mroczna seria", pod której auspicjami rzecz wydano, staje się powoli polską klasyką popularnej literatury sensacyjnej. Istnieją oczywiście poradniki pisania książek z dreszczykiem, zawierające szczegółowe reguły gry, ale w każdej sztuce, a nawet rzemiośle, liczy się to coś więcej. Najprościej to coś osiągnąć poprzez wymyślenie oryginalnych bohaterów i/lub niespotykanej dotąd (zbyt często) aury. Na przykład czasoprzestrzennej (jak u Marka Krajewskiego), na przykład obyczajowej (jak choćby u Szwedów). Mizuro z Ostaszewskim też tak właśnie próbują. Dodając do rezerwuaru środków powieściotwórczych aurę podtekstu kulturowego, no i zwykłego pastiszu.

"Po zmyciu sterty naczyń Gajewski mógł więc znów udać się do swojej samotni. Umościł się w fotelu i z lubością wgłębił w oglądanie obrazków z najnowszego numeru "GQ", edycja brytyjska, stwierdziwszy jednak, że Dylan Jones & S-ka wciąż nie lansują krawatów w bałwanki, przerzucił się na Memento Mori Iana Rankina. Odłożył książkę mniej więcej po czterdziestu stronach. -Taa - powiedział do siebie".

Trzeba przyznać, że odwagi autorom "Kogo kocham, kogo lubię" nie brakuje. Po czterdziestu stronach ich powieść też w końcu można odłożyć, skoro najważniejsza postać, nadkomisarz krakowskiej policji Jan Gajewski, okazuje się być modnisiem, znawcą perfum, mistrzem kulinariów, całkowicie spantoflarzałym w domu, z którego chętnie się wynosi, kiedy dzieci i żona brzmią zanadto dziecięco i małżeńsko. "Boże, niech kogoś zabiją, niech ktoś zadzwoni" - myśli sobie błagalnie pan Jan w takich momentach. I czasem zostaje wysłuchany. Czasem wyciąga go z domowego chaosu niejaki Marek Sroka, współpracownik, by nie używać dwuznacznego określenia partner, pozujący na macho, słuchający Rammsteinu, palacz mocnych, właściciel zdezelowanego volkswagena kobieciarz. Srokę i Gajewskiego uzupełnia młodsza aspirant Beata Źrenicka, "Pamela Anderson z trupiego patrolu", jak ją nazywa Marek. Sami Państwo widzą, że takiego zestawu poważnie traktować się nie da. Tak jak nie da się poważnie podejść do tej książki, dla której kryminalny gatunek i tak zwana intryga są zaledwie pretekstem. Do literackiej zabawy.

I tak tę powieść należy czytać. Nie chodzić po nitce do kłębka, nie śledzić zabójczych tropów, nie zgadywać, czemu zginęli Płatek czy Kotwicka. Wyjaśni się samo, przy okazji ironiczno-dowcipnej narracji, stąd i zowąd biorącej motywy i drobiazgi. "Stowarzyszenie sfrustrowanych policjantów", "Baby, ach te baby", "Brzydka ona, brzydki on" - tak zatytułowano trzy z piętnastu rozdziałów, Zadyma, Beniowski, Mleczko, Rabarbar - takie nazwiska nosi czterech z kilkudziesięciorga charakterów. "Kogo kocham, kogo lubię" - taki tytuł do prawdziwego kryminału też przecież nie przystaje. Książka duetu Mizuro-Ostaszewski bywa błyskotliwa, zwłaszcza w dziedzinie chichotu z naszej popkulturowej cywilizacji, i w tej, pojedynczej, dawce może być lekiem na zło telewizyjnych seriali sensacyjnych czy brutalnych literackich dreszczowców. Tylko po co wydawać ją w "Mrocznej serii"? Dla jaj?

A początkowe pytanie o to, czy krytycy literaccy potrafią być autorami? Odpowiedź zależy od konkretnych krytyków, i konkretnych autorów. Tutaj Mizuro-Ostaszewski (w skrócie MO) częściej pozostają krytykami niż zdobywają się na autorstwo. I może dobrze.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................
Marta Mizuro, Robert Ostaszewski KOGO KOCHAM, KOGO LUBIĘ, W.A.B., 2010

Sunday, September 12, 2010

BIAŁE MAŁŻEŃSTWO

Początek tego spektaklu utkany jest z dwóch bliźniaczych scen, w których najpierw główne bohaterki, nastoletnie dziewczyny, czytają podręcznik obyczajów zwierząt i dzikich, potem rodzice Bianki dobierają się do jej młodzieńczych poezyj. Komiczny wstęp zostaje przedłużony rozmową panów deklamujących niby wulgarne, niby pretensjonalne wyjątki i dowcipy. Brzmią m.in. słynne strofy Tetmajera ze skądinąd ślicznego erotyku "Lubię, kiedy kobieta...". I ta pastiszowa, może nawet parodystyczna konwencja świetnie się w "Białym małżeństwie" ciągle sprawdza. Ale nie jako lustro społecznych gier z seksualnością, lecz ludzka komedia z dawnej epoki, do obserwowania i chichotania.

Gorzej się dzieje, gdy w przedstawienie według dramatu Tadeusza Różewicza wpycha się ton serio, motyw traumatyczny, elementy pogłębiające. Zbyt wiele bowiem grzybów w tym z modernizmu wziętym lesie. Podobno autor inspirował się biografią Narcyzy Żmichowskiej, polskiej sufrażystki, pisarki, a zwłaszcza jej związkiem z Pauliną Zbyszewską. Historia Bianki unikającej heteroseksualnych zachowań, wychodzącej wbrew sobie za mąż tuż po dziwnie spóźnionej pierwszej miesiączce, kojarzy się także z losem Marii Komornickiej, poetki, która w 1907 roku ogłosiła, że jest mężczyzną, Piotrem Odmieńcem Włastem. Ostatni moment spektaklu sugeruje właśnie androgyniczny trop, choć w przeciwieństwie do Komornickiej, zmarłej w zakładzie psychiatrycznym, Bianka nie wydaje się szalona, tylko zagubiona w świecie oczekiwań nie dla niej. Ona woli przytulić się do przyjaciółki, a wszelka emocja męsko-damska prowadzi do spazmów. W XXI wieku taki scenariusz trudno uznać za coś więcej niż literacki wymysł lub dokument. Epoka coming-outów nie sprzyja ambicjom uczynienia z tekstu Różewicza dramatu pojemnego i gęstego. Tu Krystyna Meissner idzie za daleko.

Na pewno nie jest nowe wrocławskie "Białe małżeństwo" przedstawieniem o kondycji erotycznej Polaków, nie może być. Nie zobaczyłem też pochwały seksu i seksualności, opowiedzenia się po stronie ciała, jak deklarowała przedpremierowo reżyserka. Wszystkie postaci mają przecież z ciałem jakiś problem. Matka, bo jej temperament nie dorównuje ochotom niekochanego męża, rozbuchana ciotka, bo z konieczności pości, dziadek, bo pipki i dupki ma już za sobą i dziś jedynie przekupuje Paulinkę, by za czekoladki dawała mu zdjętą z siebie garderobę. No i Beniamin, młodzieniec, który po prostu źle wybrał, zamiast w zdrowej trzpiotce zakochał się w nadwrażliwej lub, jak kto woli, pokręconej Biance, czym zresztą powtarza niegdysiejszy krok przyszłego teścia.

Piotr Łukaszczyk (Beniamin) radzi sobie doskonale w kolejnej (po "Pułapce") Różewiczowskiej roli, klasą błyszczy Katarzyna Michalska jako Paulina. Ona jedyna z tego towarzystwa znalazłaby we współczesnym świecie naprawdę swoje miejsce. Katarzyna Bednarz (Bianka) przekonuje w najważniejszych scenach, szczególnie w ostatniej. Stylowo grają Elżbieta Golińska (matka) i Ewelina Paszke-Lowitzsch (ciotka) oraz Jerzy Senator (ojciec), gorzko-frywolny jest Jacek Piątkowski (dziadek). Warto zwrócić uwagę na nagie nimfy pląsające w rytm znakomitej muzyki Piotra Dziubka, ruchem wymyślonym przez niezawodnego Maćka Prusaka. Dzięki scenografii Andrzeja Witkowskiego dwie najlepsze sekwencje scen tego spektaklu, ironiczno-poważne grzybobranie i błyskotliwy, witkacowski w formie, ślub tak są udane.

Brakuje mi więc tylko w zajmującym i atrakcyjnym wizualnie "Białym małżeństwie" Tadeusza Różewicza i Krystyny Meissner czegoś, co mogłoby prawdziwie zająć nas dzisiaj, ludzi z europejskiego miasta, może nie metropolitalnego, lecz zdecydowanie bardziej i świadomych, i rozluźnionych w kwestii seksu niż nasi rodzice. Nie twierdzę, że życie erotyczne nie sprawia nam już kłopotów, przeciwnie, ale w tym tekście, tak zaprezentowanym, samych siebie raczej nie znajdziemy.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Tadeusz Różewicz BIAŁE MAŁŻEŃSTWO, reż. Krystyna Meissner, Wrocławski Teatr Współczesny, 10 września 2010

Wednesday, September 8, 2010

Seth Grahame-Smith DUMA I UPRZEDZENIE I ZOMBI

No i doczekała się w końcu biedna Jane Austen skrajnej formy hołdu, a może szyderstwa, bo z tą książką sprawa wcale nie jest taka prosta, a prawda o niej niepowszechna. Seth Grahame-Smith, amerykański spryciarz, literacki cwaniak i numerant, wziął bowiem na warsztat najsłynniejszą powieść słynnej Brytyjki i przerobił na romansidło horrorem podszyte. Całość nazwał (wraz z wydawcą-inspiratorem) "Duma i uprzedzenie i zombi", a potem sprzedali to (na razie) w światowym nakładzie miliona egzemplarzy. Dla zapewnienia sobie wątłego alibi premierowo opublikowali to dzieło dokładnie 1 kwietnia 2009 roku. No i trafili, choć trafniej byłoby powiedzieć: nabrali czytelników na Lizzy i Darcy'ego w niby to odrestaurowanej konwencji.

Smith usiadł sobie przy biurku, przy którym pisywał dotąd niepowieści o tym, jak przetrwać seans horroru, o tym, kogo i jak przeprosić za prezydenturę George'a Busha. Przy tym samym meblu opisał niedawno losy Abrahama Lincolna, sławnego... łowcy wampirów. Ta ostatnia pozycja pojawiła się w marcu bieżącego roku jako pobestsellerowy skok na jeszcze jedną kasę. Uczciwie przyznajmy panu Smithowi skromność, ponieważ kolejność autorstwa na nieprzyjemnie brzydkiej okładce polskiego wydania "Dumy i uprzedzenia i zombich" graniczy z przyzwoitością: najpierw Jane Austen, po niej Seth Grahame-Smith. A rzecz skonstruowana jest po prostu: fabuła, a nawet frazy wyjęte z panny Austen, wypełnione tylko treścią skręcającą ku tematom tradycyjnie dreszcz wzbudzającym.

Austen zaczyna swą książkę tak (tłumaczenie Magdaleny Gawlik-Małkowskiej):
"Powszechnie znana prawda głosi, że majętny kawaler potrzebuje do szczęścia tylko żony. Chociaż poglądy bądź uczucia owego kawalera zazwyczaj są nieznane, gdy po raz pierwszy zjawia się w sąsiedztwie, okoliczne rodziny z miejsca zaczynają go traktować jak prawowitą własność jednej z córek". Po czym następuje dialog między panią Bennet i "drogim panem Bennet".

Grahame-Smith własny początek zaprojektował w formie poniższej (przekład Aldony Możdżyńskiej):
"Jest prawdą powszechnie znaną, że zombi, który posiadł jeden mózg, pragnie ich coraz więcej. Nigdy przedtem prawda ta nie stała się aż tak oczywista jak podczas niedawnych ataków w Netherfield Park, gdzie horda nieumarłych wyrżnęła w pień i pożarła wszystkich osiemnastu domowników.
- Drogi panie Bennet - pewnego dnia pani Bennet zwróciła się do męża - czyś słyszał, że w Netherfield pojawili się nowi mieszkańcy?".

Dalej w podobnym stylu i tonie. Aż do końca,kiedy w oryginale Lady Catherine wysyła do młodych małżonków obraźliwy list, a w przeróbce Lady Katarzyna nasyła na posiadłość w Pemberley piętnastu ninjas. Rozdziałów i tu, i tu mamy po 61. Perypetie podobne, lecz zamiast staroświeckich konwenansów okrasa horroru. Elizabeth i Darcy są tutaj zaplątani bardziej w pojedynki z grasującymi po Anglii truposzami, niż w towarzyski flirt dla pensjonarek.

Więc wyobrażam sobie, iż "Duma i uprzedzenie i zombi" to powieść dla kogoś, kto chce porechotać z bezwdzięcznej akcji przemienionej dla zwykłej zgrywy (znam takich obywateli czytelników) albo dla kogoś, kto nie cierpi wstecznej aury świata Jane Austen, dalekiej przecież od chcącego dziś zapanować w kulturze feminizmu. W posądzanie Smitha o ambicje dekonstrukcyjne bym się nie zapędzał, bo książka zwyczajnie jest na taki kierunek za słaba. W dodatku po "Dumie i zombich" wydawnictwo Quirk wydrukowało kolejne pozycje z pasożytniczej serii (zmienili się tylko tzw. autorzy): "Rozważna i romantyczna i morskie potwory" oraz prequel niniejszej, traktujący o inicjacji Elizabeth Bennet w krucjatę przeciw zombim. Jane Austen pewnie przewraca się w grobie, może śmieje z politowaniem. A Hollywood podobno kręci film, z Natalie Portman. W zaświatach wielcy pisarze zakładają się o to, kto następny. U tamtejszych bukmacherów łeb w łeb idą: "Anna Karenina i gremliny" oraz "Zbrodnia i kara w krainie Muminków".

Książka do odstrzału! Wróć! Do przebicia drewnianym kołkiem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
............................................
Jane Austen, Seth Grahame-Smith DUMA I UPRZEDZENIE I ZOMBI, G+J, 2010

Sunday, September 5, 2010

KLAUS DER GROSSE i BIESY

W piątek poszedłem na pokaz skromnego spektaklu przygotowanego za małe pieniądze na konkurs off Przeglądu Piosenki Aktorskiej. "Klaus der Grosse", który tamten konkurs wygrał, wchodzi właśnie na stałe na afisz Wrocławskiego Teatru Współczesnego. I naprawdę jest to przedstawienie udane. Nie żadna rewelacja dekady, ale godzina teatru dającego impuls do rozmowy z samym sobą na temat tego, co było i będzie, co miało być, co może być, a czego powinniśmy się ustrzec. Jako ludzie o ambicjach przekraczających odbębnienie biurowych, korporacyjnych, jednoosobowych obowiązków. Praca to część życia, a nie konieczna, monotonna przerwa w życiorysie. Taki ideał. Ciągle weń wierzę.

"Klaus der Grosse", zainspirowany sylwetką Klausa Nomi, niemieckiego artysty-wokalisty-performera, w latach 1970. dość znanego dzięki karierze w Stanach Zjednoczonych, to godzina opowieści ruchowo-mimiczno-śpiewanej o mężczyznach (i jednej kobiecie), zmagających się z naturalnym rytmem życia. Graniczne napięcie między młodością a dojrzałością, wcale nie tożsamość czy płciowość, wydaje mi się tu najistotniejsze. Bohaterowie są zagubieni w dorosłości, która oferuje nieciekawą egzystencję od-do, używają tańca i śpiewu do wyrażenia siebie i doskonale dają się zrozumieć. A na koniec, prezentując w stylu Klausa Nomi marionetkowe show do "Total Eclipse", zostawiają jednak optymistyczną wersję wydarzeń. Ze zwykłego życia, z niezgody na nie, tworzy się czasem wyrazista Sztuka (Klausa Wielkiego).

Wykonawcy przedni, a po Maćku Prusaku, sprawcy całego zamieszania, cenionym choreografie teatralnym (stały współpracownik Jana Klaty, obecnego na spektaklu wśród widowni), widać, że ma za sobą kilka lat spędzonych w pantomimie Tomaszewskiego. Za to nie wiedziałem, że Marta Malikowska-Szymkiewicz potrafi tak śpiewać! Zastrzeżenia? Do części otwierającej przedstawienie, do sceny WF-u symbolizującego młodzieńczy odcinek naszego życia. Dlaczego tak niewiele się tutaj dzieje, dlaczego najbardziej energetyczny okres został przedstawiony jako jeszcze jeden nudny kierat pełen pustych gestów? Mocniejszy, może komediowy, slapstickowy start mógłby tylko pomóc.

................................................

W niedzielny wieczór poszedłem na "Biesy", repertuarową produkcję dużego teatru, w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego. Przyznaję: nie dość przygotowany, bo powieści Dostojewskiego nie czytałem. Znam tylko wersje filmowe. W konfrontacji z teatrem młodego reżysera poległem zupełnie. Na niewygodnym krześle Sceny na Świebodzkim, z nie bardzo już wytrzymałym kręgosłupem, nie miałem choćby promila woli, by dotrwać do końca. Gdyby nie było antraktu w tym trzygodzinnym (podobno) spektaklu, zdaje się, iż po raz pierwszy w życiu wstałbym i przemierzając prawie całą długość widowni, wyszedłbym bez najmniejszego żalu ani wstydu. Półtorej godziny scenicznej maligny wystarczy.

Pamiętałem wprawdzie o tym, co powiedział mi w wywiadzie niezwykle interesujący i miły w rozmowie reżyser. Że tak naprawdę dąży do teatru-instalacji, że szuka nowej formy. Ale nie byłem w stanie mu (i wykonawcom) tym razem kroku dotrzymać. Może poprowadzenie jakiejś drastycznie skróconej całości w stylu niemego kina (tak jak się rzecz zaczyna) byłoby Pomysłem? Kompletnie nie wiem, po co te ciągnące się w nieskończoność dialogi o niczym, bo bez kontekstu zamierzonego przez Dostojewskiego nie sposób pojąć ich sensu. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego Marcin Czarnik (Wierchowieński) musi tyle razy powtórzyć nazwisko Stawrogina podczas zwracania się do tej postaci, granej bez ikry przez Katarzynę Warnke z bujnymi blond włosami. Przecież ani głusi, ani ślepi, ani niepojętni nie jesteśmy. Przynajmniej nie do tego stopnia. Podobał mi się Adam Szczyszczaj (Kiryłow) w przekonującej roli człowieka zawieszonego między wcieleniem w Chrystusa a kimś, kto sobie na przekór stara się przekonać świat o nieistnieniu Boga. Podobało się kilka obrazów i mikroidei (świetna dziewczyna z monetami w ustach). Ale z największym entuzjazmem przyjąłem okrzyk "Przerwa" i przyjemny chłód wrocławskiego wieczoru, gdy otworzyłem drzwi wyjściowe.

Bo od nowego sezonu zamierzam nie czekać na przełomy, puenty, przebłyski, oklaski i ukłony, jeśli wszystko mi mówi, że trzeba iść. Tam, gdzie jest życie, a nie nudne błądzenie w teatralnym lesie. Mimo iż tak ten las uwielbiam.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
KLAUS DER GROSSE (Wrocławski Teatr Współczesny), reż. Maćko Prusak; BIESY wg Dostojewskiego (Teatr Polski we Wrocławiu), reż. Krzysztof Garbaczewski

Saturday, September 4, 2010

OSKAR I INNE...

Niektórzy zwiedzają tę wystawę po bożemu, czyli od wejścia do sali na pierwszym piętrze kamienicy Pod Złotym Słońcem. Ale wielu kieruje się wprost do gabloty ze złotolśniącym Oscarem nr 2987, przyznanym Andrzejowi Wajdzie przez Amerykańską Akademię Filmową w 2000 roku. Okazja do zobaczenia na żywo najważniejszej nagrody filmowej świata jest sprawą wyjątkową i trudno się dziwić, że pozostałe wyróżnienia bledną w blasku statuetki-marzenia wszystkich filmowców. Lecz nie tylko Oscar zasługuje tu na szczególną uwagę, bo niedaleko do podziwiania mamy Złotą Palmę festiwalu w Cannes za "Człowieka z żelaza", srebrne berlińskie niedźwiadki czy gdyńsko-gdańskie lwy. Nieźle się prezentuje europejski Feliks za całokształt czy francuski Cezar za "Dantona", trochę skromniej ważne nagrody zdobyte w San Sebastian (Srebrna Muszla za "Wesele"), Moskwie ("Ziemia obiecana") czy Mediolanie ("Krajobraz po bitwie").

W liczbach też brzmi to imponująco, bo nagród jest kilkaset, licząc statuetki, medale i dyplomy. Wszystkie, z wyjątkiem paru, ofiarowane przez Wajdę wrocławskiemu Ossolineum. Obok starannie wyeksponowanych w gablotach wyróżnień na mini ekranach można podejrzeć wybory scen z najważniejszych tytułów, a kiedy podejdziemy bliżej do elektronicznego portretu reżysera, zobaczymy, iż złożony został z pikselowych kwadratów, przedstawiających filmowe fotosy. Miesza się więc multimedialna nowoczesność i prezentacja tradycyjna, tak doskonale przepróbowana jakis czas temu w tym samym Ossolineum podczas wystawy poświęconej Juliuszowi Słowackiemu. Nic dziwnego, za najnowszą odpowiadają ci sami autorzy: kuratorka Małgorzata Orzeł i pomysłowi artyści z wrocławskiej ASP, Jakub Jernajczyk oraz Magdalena Kacprzak-Gagatek.

To, co od razu przychodzi do głowy po obejrzeniu tak wielu przedmiotów odebranych przez Wajdę w ciągu dziesiątek lat twórczej pracy, to nie tylko wspomnienie chwil spędzonych w kinie, ale i bogactwo form, jakie była w stanie zaprojektować ludzka wyobraźnia. Są tutaj bowiem nagrody-rzeźby niezwykłej urody lub/i pomysłu. Od zwiewnego Don Kichota, przyznanego przez Polską Federację DKF-ów za "Człowieka z marmuru", dosłowną Złotą Pieczęć (belgradzkie uznanie dla "Dyrygenta"), przez śliczną sarenkę za "Piłata i innych" (Bambi, czyli Niemiecka Nagroda Filmowa), po praskiego Złotego Golema. Jest Złota Kaczka, Żaba, Grono, Orły, jest Srebrna Karawela, zdobyta za "Smugę cienia" w Kolumbii, nie zapomniano o pomniejszych wyróżnieniach wojewody podlaskiego czy liceum plastycznego.

Odbierając Oscara (na co dzień własność Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego), Andrzej Wajda mówił: "Przyjmuję tę zaszczytną nagrodę jako wyraz uznania, nie tylko dla mnie, ale dla całego polskiego kina". Szkoda, że po 10 latach od tamtej wizyty reżysera w Los Angeles widoków na nowego Wajdę (i nowe prawdziwe międzynarodowe sukcesy) w polskim kinie nie ma. Ostatnimi dotąd fabułami nominowanymi do Oscara były (w odwrotnie chronologicznej kolejności): "Katyń" (2007), "Człowiek z żelaza", "Panny z Wilka", "Ziemia obiecana" (1976). I to jedyny gorzki akcent wizyty na tej wspaniałej wystawie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
............................................
OSKAR I INNE... Nagrody filmowe Andrzeja Wajdy, Ossolineum, Wrocław, 2010 (dostępna do 21 września, codziennie oprócz poniedziałków)

Wednesday, September 1, 2010

Zdzisława Górska PRZYLĄDKI MOJEJ NADZIEI

"Najgorsze jest to, że wszystko mija", pisze Zdzisława Górska w jednym z tekstów zamieszczonych w książce "Przylądki mojej nadziei". Ale też z innych fragmentów daje się wyczytać nie tyle radość życia, co jego rytm, bieg, któremu trzeba się poddać. Choćby po to, by nie mieć "wiele czasu na rozmyślania" albo "duszy rozwartej jak kosmiczny cyrkiel nad Atlantykiem". Górska przyznaje się do autobiografii emigrantki, czyli tej nie do końca spełnionej, bo rozpiętej między tęsknotą a tytułową nadzieją. Autobiografii szans i strat niedających się zbilansować, lecz tylko wyliczyć. Nikt bowiem nie zna tamtej alternatywnej drogi.

Znajdziemy w tym zbiorze felietonów, które bywają listami, kartkami z dziennika, a nawet szkicami krytycznymi, tematy przeróżne, nierzadko zwietrzałe, do zapomnienia, teksty gazetowe, niekonieczne, jak te o polskich sportowcach. Mamy też, na szczęście, coś więcej, w większej ilości. To, co najbardziej interesujące, to wypowiadane wprost i pojawiające się na komentarzowym marginesie zapisy obserwacji (i wniosków) dotyczących życia jako podróży, nieustannych wyjazdów-powrotów, gdy trzeba (niechętnie) "pożegnać się z mewami" i wejść (równie niechętnie) "w świat bez uśmiechu, w ludzi niezadowolonych".

Często się w literaturze czyta o rozmaitych skrajnych koniecznościach, niewolnych wyborach, wzniecaniu sztucznych entuzjazmów, pożarach bezstresowo zostawianych za sobą mostów, Zdzisława Górska patrzy na to wszystko trochę inaczej. Godzi się z wydarzeniami, szuka dla nich wytłumaczenia, zaczątku czegoś nowego-dobrego, równocześnie jednak czuje uświadomiony niepokój i nutę buntu. A więc, mówiąc kolokwialnie, wchodzi w to autentycznie, zdobywając się na mądry dystans. Intuicyjny, nie ironiczny.

Po osobistych tekstach z "Przylądków mojej nadziei" zostaje więc obraz dookreślony i niejednoznaczny, czyli po prostu prawdziwy, bliski każdemu z nas, czytelnikom w pewnych chwilach tożsamo zdziwionym czasem i światem. Dopóki autorzy będą potrafili tworzyć podobną wspólnotę myśli, emocji, sentymentów wokół konkretnego, własnego, pojedynczego życia, książka będzie ważną potrzebą człowieka wędrującego przez los. W przypadku Zdzisławy Górskiej los polsko-amerykański, amerykańsko-polski, z przystankami w wielkim Wiedniu i wiejskim Bardzie. Między innymi.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
............................................
Zdzisława Górska PRZYLĄDKI MOJEJ NADZIEI, Reduthon, 2010

Wednesday, June 30, 2010

Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie

Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie to miejsce dla mnie absolutnie wyjątkowe. Miejsce pierwszej teatralnej miłości, z której się nigdy nie wyrasta. Wtedy, oczywiście, jakość nie miała znaczenia fundamentalnego, choć właśnie jakość zobaczonej tu „Pastorałki” Schillera czy dla dzieci przeznaczonego „Krzesiwa” Andersena z pewnością znaczyła. Dzięki rzeszowskiemu teatrowi pokochałem Teatr.

Dlatego obserwując to, co się z tą sceną dzieje od lat kilku, strasznie mi żal. Jeszcze początki dyrektorowania Zbigniewa Rybki (dziś szef w Radomiu) zdawały się rzeczywistą jaskółką czegoś wartościowego, zmiany znaczącej w stosunku do tego, co Bogdan Ciosek po z początku udanej dekadzie bycia w Rzeszowie był w stanie zaproponować. Ostatnia sztuka Szajny, „Deballage”, zdaje się kaprysem mistrza pochodzącego z Rzeszowa, a nie wpisaną w wizję strategią artystycznie utalentowanej dyrekcji. Ze stagnacji rzeszowski teatr wszedł w fazę poszukiwań, wyłuskując ciekawe przedsięwzięcia z Polski (podczas spotkań teatralnych), proponując tytuły istotne i z tradycji, i z nowych czasów. Oglądaliśmy więc znakomitą „Szklaną menażerię” Williamsa w reżyserii Andrzeja Rozhina czy inną kameralną sztukę, „Dusia, Ryba, Wal i Leta” Pam Gems, w inscenizacji Tomasza Lengrena. Z czasem Rybka skłaniał się ku repertuarowi dziecięco-mieszczańskiemu, oferując farsy i tzw. teatralne sieciówki. Po czym został odsunięty od prowadzenia teatru. Zastąpił go Jan Nowara, którego dyrektorską rezydenturę reprezentuje wielki przebój tych czasów, czyli „Sztukmistrz z Lublina”, zrobiony w Rzeszowie przez Jana Szurmieja po 16 latach od legendarnej wrocławskiej premiery. Nic nowego, odgrzewanie smacznych kotletów. Nowarę zastąpił znowu Rybka, a zaraz potem Przemysław Tejkowski, aktor, Jasza z Szurmiejowego „Sztukmistrza...”. Jeden z tych, co chcą zadowolić i lekturową owcę („Dziady”, „Pan Tadeusz”, „Miło szaleć...” wg Kochanowskiego), i miejskiego wilka („O nim zapomnieć nie wolno. Rzecz o Łukaszu Cieplińskim”). Pisano też o dość burzliwych okolicznościach objęcia dyrekcji, o tym, że nowy zasłużył na urząd po udanej dla Prawa i Sprawiedliwości kampanii wyborczej, w której przygotował spoty reklamowe zwycięskiej partii, z udziałem aktorów Teatru im. Siemaszkowej w rolach anonimowych przechodniów przekonanych do politycznego programu PiS-u. Warto o tej politycznej stronie pamiętać, bo to nigdy nie jest ani dobre, ani właściwe etycznie, by tak obsadzać instytucje kultury.

Polityka weszła więc do teatru przy ul. Sokoła wraz z butami wpływów, nie do końca, niestety, wyszła, gdy Przemysławowi Tejkowskiemu udało się wejść do zarządu znów upolitycznionej TVP, gdzie ciągle ma szanse na prawdziwe wpisanie się w historię polskiej kultury, jeśli reanimuje teatr TV. Na razie nic z tego. Puste poniedziałki, jak pusty repertuar w Rzeszowie.

Pokłosiem rządów sympatycznego zresztą mężczyzny Przemysława u Siemaszkowej (dyrektoruje tu dziś Waldemar Matuszewski, radny PiS-u) jest bowiem sztuka absolutnie beznadziejna, ujawniona na afiszu rzeszowskiej sceny w marcu tego roku, czyli „Murzyn (może odejść)”. Autorska, polska próba farsy Remigiusza Cabana. Coś Strasznego. Nieraz się tu zżymałem na propozycje wrocławskich teatrów, na takie czy inne tragedie inscenizacyjne, ale „Murzyn...” przebija wszystko, co dotąd w życiu widziałem. Tak stereotypowego i drobnomiejsko zaplanowanego przedstawienia nigdy wcześniej nie oglądałem. Krytykowany przeze mnie „Inkasent” Niemczuka/Rozena na tej samej scenie to jest niebo przy wybryku Cabana. Żal było patrzeć na utalentowanych aktorów Siemaszkowej utytłanych w sztuce kompletnie bez pojęcia. Gdzie gra z konwencją teatru dziewiętnastowiecznego staje się karykaturą teatru z wieku XXI. Teatru jednego z najważniejszych miast współczesnej Polski. Naprawdę.

Najbardziej dziwi jednak fakt utrzymywania takiego charakteru sceny przez kolejne władze. Czyżby nikt w Rzeszowie nie wiedział, jak naprawdę można tworzyć teatr, czyżby wdzięk następujących po sobie dyrektorów mógł aż tak zniewolić zmysł rozsądku? Wystarczy bowiem spojrzeć na to, co dzieje się w dolnośląskim teatrze, by wiedzieć, jaki teatr ma szanse na konfrontację ze współczesnymi sprawami i sukces u publiczności oraz u krytyków. To, co uwzniośliło Legnicę czy Wałbrzych może być drogowskazem dla Rzeszowa. Zwłaszcza gdy coraz więcej młodych ludzi zaczyna to miasto doceniać i wiązać z nim własne losy. Oni też chcieliby w teatrze życia, nie ledwie artystycznego letargu, jeśli nie zagubienia lub zwyczajnej niemocy.

Jeśli „Murzyn (może odejść)”, to może i wizja sceny mieszczańskiej, czyli teatru tak zaprzeszłego, jak dylemat Gustawa-Konrada czy biografia Jacka Soplicy. Albo niby śmieszny gag z facetem mówiącym do wiadra w spektaklu o czarnoskórym, który się nie pojawi. Chciałbym, by rzeszowski teatr ożył, by mogła tu reżyserować nowa Meissner, Pleśniarowicz, Wyrzykowski. To zbyt wygórowane marzenie?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Tuesday, June 22, 2010

Tadeusz Różewicz WYCIECZKA DO MUZEUM

To nie jest książka złożona z zupełnie nowych tekstów, Różewicz od lat prozy już nie próbuje. Ale w tym układzie, dokonanym przez samego autora, ten zestaw ukazuje się po raz pierwszy i po raz pierwszy brzmi tak wymownie. Ktoś obyty z twórczością gliwicko-wrocławskiego mistrza oczywiście zna słynną tytułową "Wycieczkę do muzeum", otwierające tom miniatury poetycko-prozatorskie czy inne, w różnych miejscach publikowane, utwory zwane tu opowiadaniami, lecz chyba nie spodziewaliśmy się podobnej wymowy całości. Bo jest ta książka właściwie opowieścią-biografią, często autobiografią, człowieka zanurzonego w wiek dwudziesty, wpatrzonego w przemiany, katastrofy, szczegóły, próbującego z obserwacji wysnuć jakąś niekoniecznie wiążącą refleksję. Wiążącej się czasem po prostu nie da, gdy umiera ukochany brat, a cień wojennych okrucieństw tak łatwo zostaje społecznie wymazany z pamięci. Wycieczka do Auschwitz bywa już nie przeżyciem, tylko wizytą.

Literacki recykling to też nie nowe zjawisko, najczęściej zresztą naganne, jednak Różewicz czyni z niego niezwykłą wartość poznawczą. Poza tym, jeśli nie on, to kto ma do recyklingu prawo, skoro od lat zajmuje się buszowaniem po kulturowym śmietnisku, wyławianiem z niecudownie skonstruowanej współczesności fragmentów czegoś i złego, i dobrego, dekonstruowaniem treści i form. Kpina i satyra są obecne również tutaj, choć w proporcjach odpowiednich, czego nie dotrzymał w poprzednim, w większości sztambuchowym tomie "Kup kota w worku". W "Wycieczce do muzeum" wraca Różewicz poważny i głęboki, otwarty nie zaledwie na humory, lecz na rozmowę. Bez potępienia czy szyderstwa. "Czy widzisz tych cichych ludzi z głupim wyrazem twarzy? To też wielcy buntownicy, ale nikt o tym nie wie. Są już spokojni, poskromieni, czekają na ulicy na znak milicjanta, na zielone światło" - relacjonuje autor ze współczuciem. Sam się wystawia na pokaz i ocenę, autoironicznie opowiada w tekście jakby z dziennika wziętym o swojej podróży za ocean przy okazji nowojorskiej premiery "Białego małżeństwa". Nie chce być szympansem, atrakcją wieczoru, robi uniki i wolty, wszystko po to, by wymknąć się definiującemu opisowi.

Stąd pewnie w Różewiczowskiej literaturze tyle gatunków, stąd tyle nastrojów, choć przekaz wydaje się konsekwentny, wyrazisty, sformułowany. To niewinny-winny Józef K., Franz K. z cywilizacyjnej kartoteki staje się przecież szybko naczelnym obywatelem przedstawionego świata, bo tak dzisiejszego człowieka widzi Tadeusz R., wiedzący, świadomy, a równocześnie otwierający usta w zdziwieniu, gdy pewna pani profesor stwierdza, że jesteśmy futerałami na geny. Gdzie więc ta cała metafizyka, o którą chodzi w sztuce, o którą walczy w nas życie? Tkwi właśnie w tym teatrze postaci i słów, rysunków losów i grymasów, w geografii, latach, w sytuacjach zwyczajnych, a mówiących, jeśli głos wydobędzie z nich właściwy narrator. Ten nie do końca przekonany, urodzony, ocalony, pytający o wolne miejsce w przedziale. I o sens, jednak sens, zbiorowych seansów głupoty, nienawiści, przypadku, bezsensu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Tadeusz Różewicz WYCIECZKA DO MUZEUM, Biuro Literackie, 2010

Sunday, June 13, 2010

NAGOŚĆ W TEATRZE

Trudno uwierzyć, ale w burzliwym roku 1968, po broadwayowskiej premierze musicalu „Hair” rozgorzały protesty dotyczące scenicznej nagości. To było wtedy przełamywanie tabu, które dziś już żadnym tabu nie jest, choć ciągle wywołuje reakcje. O to zresztą czasami w tym chodzi, niekoniecznie o estetyczny wabik, jak kiedyś w polskim kinie. Rozebrany aktor zwraca uwagę na swoją postać i wymowę konkretnej sceny, gorzej, gdy po spektaklu rozmawia się tylko o rozebranym aktorze.

W polskim teatrze pierwsze nagie ciało pojawiło się podobno w pantomimie Henryka Tomaszewskiego, w marcu 1974 roku, w przedstawieniu „Przyjeżdżam jutro”. No i nie odjechało, bo zaraz podjął temat Krzysztof Jasiński w krakowskim Stu, a potem to już długo by wymieniać, choć niespodzianką może być fakt, że całkiem gołą Albertynkę (Joannę Pacułę) zobaczyliśmy dopiero w wersji „Operetki” z 1980 roku. Wcześniej pokazywany był ledwie biust aktorki, czyli tak jak we wrocławskiej inscenizacji Michała Zadary i Leszka Możdżera. Mieliśmy za to we Wrocławiu legendarne „Białe małżeństwo”, na które się chodziło także ze względu na Sceny. Na początku lat 2000. słynnych „Oczyszczonych” Warlikowskiego wyróżniała usprawiedliwiona treścią nagość wykonawców, ale dyskusje ciągle się toczyły. Pocztą pantoflową widzowie, którzy już byli, doradzali tym, którzy dopiero będą, w sprawie najlepszego punktu obserwacyjnego. Zobaczyć na żywo nagą Cielecką, Chyrę czy Gonerę w „Dybuku” albo Reczka w „Azylu”... Wyobraźnia działała. Jak jest dzisiaj?

W co najmniej 15 ciągle będących na afiszu spektaklach wrocławskich teatrów widzimy kogoś bez ubrania. Ale jeśli mocna zbiorowa scena z „Hair” w Capitolu nie miałaby bez nagości podobnej antywojennej siły, to już Cezary Studniak, przez jakieś 10 minut stojący bez niczego frontem do publiczności w „Idiocie”, wypada idiotycznie. Z Capitolu, gdzie jeszcze Justyna Szafran pokazuje intymność w „Dziejach grzechu”, przechodzimy do Teatru Polskiego i tu dopiero się dzieje. Numer jeden to oczywiście Ewa Skibińska w The Best of Klata, czyli w „Ziemi obiecanej” (Lucy Zucker), ale też w kuriozalnym „Śnie nocy letniej” albo w „Hamlecie” (tu można zobaczyć również biust Ofelii, a więc Anny Ilczuk). Kiedy w „Kuszeniu cichej Weroniki” zapalają się na starcie światła, widzimy Adama Szczyszczaja (Johannesa) tak jak go Pan Bóg stworzył, a kobiety, bywa, że wzdychają zaskoczone. Potem po scenie biegać będzie bez ubrania także tytułowa Weronika (znów Ewa Skibińska). W „Samsarze disco” są biusty aktorek i pośladki aktora, a w „Berku Joselewiczu” piersi Tadeusza Kościuszki (Haliny Rasiakówny). W „Lalce” i „Smyczy” rozbiera się Bartosz Porczyk, który musi uważać, żeby nie wpaść w sidła golizny, gdyby publiczność okazała rozczarowanie, że jednak w którymś z przedstawień się nie pokaże w całej okazałości.

W internecie znalazłem taki wpis: „Szymon Czacki, mega przystojny aktor Teatru Współczesnego we Wrocku występuje nago w "Traktacie". (...tu fragment raczej nie do cytowania...) Ma ktoś foty?”. Nad publiczną nagością zawsze wisi i ten miecz. Szymon Czacki uśmiechnął się tylko, słysząc ten wyjątek, ale zaraz wspomniał jeden ze spektakli, kiedy młodzi widzowie za nic mając teatralne zakazy, wyjęli telefony i robili zdjęcia. W tym samym Współczesnym trafimy też na „Akropolis. Rekonstrukcję”, gdzie obnażenie postaci czytelnie zgrywa się z kierunkiem interpretacji, oraz na „Bat Yam”, opowieść poważno-komiczną z żydowskim tematem w roli głównej i męskim przyrodzeniem w pierwszoplanowym epizodzie. Zupełnie niepotrzebnym.

Rzecz jasna, nie twierdzę, że nagości w teatrze być nie powinno, przeciwnie, być musi, skoro teatr jest światem, a aktor człowiekiem. Doświadczenie bezpośredniego kontaktu widza i wykonawcy ma w naturze element intymny, zmysłowy. Wchodząc do teatru, od razu czujemy na przykład zapach, inny w przypadku każdej sali. No i przeżywamy różnego rodzaju uniesienia. Pamiętam moment we wrocławskim „Romeo i Julii”, gdy Bartosz Woźny (Romeo) pokazał tors, a trzy gimnazjalistki o mało nie zemdlały. Z kolei Waldemara Zawodzińskiego, reżysera i dramatycznego, i operowego, zapytałem o dziwnie wyglądające sztuczne biusty tancerek z trzeciego aktu wspaniałych wrocławskich „Opowieści Hoffmana”, sugerując, iż w dramacie by taki kostium nie przeszedł. Odpowiedział przewrotnie: „teraz o wiele perwersyjniej wyglądają silikonowe nakładki niż odsłonięte piersi”. Może tak, dla mnie sztuczność pozostaje sztucznością. W Metropolitan Salome robi w końcu striptiz.

Rzecz więc i w tym, by iść na całość wtedy, kiedy trzeba, i w tym, aby gdy nie trzeba, umieć się opanować.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Thursday, June 3, 2010

NIE WSZYSTEK UMRĘ

W Roku Chopinowskim nie cierpimy na brak Chopina, mam nadzieję, że się nim nie przejemy. Dla znakomitego muzykologa Macieja Gołąba to rzecz niesłychana i niemożliwa, bo utworów polskiego kompozytora można słuchać nieskończenie wiele razy i nigdy nie nużą. Coś w tym jest, lecz, jak uczy nas ogólne życiowe doświadczenie i doświadczanie sztuki, wszystko ma swój graniczny limit. Więc na półmetku rocznicowych obchodów, przy świadomości tego, co jeszcze przed nami (jak choćby jesienne zmagania w warszawskim konkursie chopinowskim), z optymizmem w tej sprawie byłbym ostrożny.

Płyta Fundacji Pomocy Artystom Polskim CZARDASZ przedstawia Fryderyka Chopina w formie The Best of..., i to niekoniecznie czysto fortepianowej. Takie zresztą próby pojawiają się u nas ostatnio często. Opera Wrocławska wystawia orkiestrowo-wokalnego Chopina, zmontowanego przez Włocha Giacoma Oreficego, Teatr Wielki - Opera Narodowa do Chopina tańczy, wiem, że niebawem powinna się ukazać płyta ze skrzypcowymi transkrypcjami, a jesienią być może będziemy oglądać musical z piosenkami chopinowskimi do współcześnie napisanych tekstów. I tak dalej. Wydawnictwo pt. „Nie wszystek umrę”, o zbyt oczywistym tytule wziętym z Horacego, na pierwszy rzut oka zachęca nieszczególnie. Trochę poezji z podkładem, kilka pieśni, utwory inspirowane legendą Fryderyka – cóż w tym fascynującego? A jednak album się broni i układem poszczególnych elementów, i jakością każdego wykonania.

Jerzy Trela jak zawsze po swojemu (czyli oszczędnie, lecz z subtelnie nieukrywanym żarem), czyta wiersze Wandy Chotomskiej, Romana Brandstaettera, Kazimierza Przerwy-Tetmajera i Jana Twardowskiego. Krystyna Man Li Szczepańska, wykształcona w Pekinie i Warszawie pianistka chińskiego pochodzenia, gra Chopinowskie standardy w sposób nie zaledwie odtwórczy, a Ewa Warta-Śmietana czystym i jasnym sopranem (i nie tylko sopranem) śpiewa nieśmiertelne „Życzenie”, „Moją pieszczotkę” czy „Ślicznego chłopca” tak, że nie trzeba patrzeć na tekst, by wszystko zrozumieć. To naprawdę niemało. Włączyć i pozostać z tą słownie wiązaną muzyką przez 56 minut.

Ta płyta to gotowy okolicznościowy recital, na który warto się wybrać, bo oferuje dokładnie to, co zapowiada. Przyjazne spotkanie z twórczością Chopinowską i okołochopinowską w prywatnym salonie przywołującym klimat tamtych czasów. Nie wiem wprawdzie, czy Chopin tu zagląda, jak to czyni cień ze strofy Tetmajera, słuchający „jak szumią nad rzeką lasy owite w mgły”, nie wiem, czy przyjąłby ten album z radością, gdyby żył. On w końcu pisał nie tylko melodyjne walce i błyskotliwe etiudy, lecz także nuty przejmujące, romantycznie rozwichrzone. Tych (z wyjątkiem etiudy rewolucyjnej) tutaj nie znajdziemy. Ale chyba o to także czasem chodzi: bezkrwawe wzruszenie i przyjemność słuchania. O to, co w krótkim poetyckim „Nonsensie” wyraził Leopold Staff: „Nigdy czarowniejszą pieśnią / Nie kusiła Odysa syrena... / Gdyby fiołki i konwalie / Zamiast pachnąć grać umiały, / Byłaby to muzyka Szopena”. Dodajmy: w takim, jak to, wykonaniu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
NIE WSZYSTEK UMRĘ: W 200. rocznicę urodzin twórczość Chopina i dla Chopina, Fundacja Pomocy Artystom Polskim CZARDASZ, 2010

Tuesday, June 1, 2010

Wilhelm Fraenger BOSCH

Mamy w księgarniach sporo Boscha albumowego, bo jest to ciągle jeden z najbardziej fascynujących artystów wszech czasów. Ale ta publikacja to dzieło wyjątkowe. Wilhelm Fraenger, autor monografii, z niezwykłą wnikliwością i absolutną wiedzą analizuje twórczość niderlandzkiego mistrza. Sięga po liczne kulturowe konteksty, by jeszcze lepiej zrozumieć rozszalałą i równocześnie zdyscyplinowaną wyobraźnię malarza. Ryzykuje, ocenia, proponuje nowatorskie ujęcia. Czyta Biblię i komentarze do niej, w innym miejscu w konstrukcji harfy szuka klucza do wyjaśnienia precyzji, z jaką Bosch stwarzał malarskie piekła i raje. Dzięki Fraengerowi łatwiej pojąć symbolikę skomplikowanych detali, poszerzając obraz artyzmu "Stołu mądrości", "Kuszenia św. Antoniego" czy "Wesela w Kanie".

Świecki i religijny nurt Boschowej spuścizny mają swoje ewolucje i kulminacje związane nie tylko z tematami, lecz całymi systemami myślenia estetyczno-kulturowego. Najważniejsze zdaje się odchodzenie przez artystę od wszelkich funkcjonujących schematów, w nieustannym poszukiwaniu drugiej strony zjawisk, tego, co "kryje się za rzeczami". Fraenger przypisuje Boschowi nadzwyczajną siłę koncentracji. W późnym okresie twórczości daje się zauważyć kontemplacyjny element płócien niegdyś malowanych w dynamicznym uniesieniu. Autor idzie dalej. Na przykład tajemniczy czwarty król czczący Chrystusa na madryckim ołtarzu i nastręczający problemów kolejnym pokoleniom badaczy znajduje w tym opracowaniu przekonującą interpretację, w czym pomagają reprodukowane powiększenia detali. W świecie szczegółów Hieronima Boscha można się przecież tylko zgubić, chyba że prowadzi nas podobnie kompetentny i pełen pasji przewodnik.

Sam Fraenger jest postacią fascynującą. Wyedukowany w Heidelbergu syn sędziego i burmistrza miasta Erlangen zaczął karierę komentatora sztuki jako recenzent prasowy. Założył grupę intelektualistów "Die Gemeinschaft", aby wprowadzić nowe spojrzenie do akademickich analiz plastyki. Miał żonę i długoletnią kochankę Lulu Darmstädter. Zajmował się także etnografią, był szefem artystycznym berlińskiego teatru. W latach 1930. naziści spalili jego książki z powodu zbyt postępowych poglądów ich autora. Po II wojnie światowej więzili go krótko sowieci, po czym wstąpił do partii komunistycznej, angażując się politycznie we wschodnich Niemczech. Został burmistrzem Brandenburga, w ostatnim roku tej działalności wydał niniejsze studia nad Boschem. Właśnie się ukazało kolejne wydanie książki tak bogatej w tezy i eksplikacje, że nie sposób nie dać się wciągnąć. Fraenger potrafi czytać konteksty, polemizować, logicznie wyjaśniać karkołomne przypuszczenia. Stylistycznie jest właściwie literatem (bardzo dobry przekład Barbary Ostrowskiej). "Bosch" to nie tylko artystyczna podróż interpretatora, lecz również swoista autobiografia badacza próbującego ogarnąć wielką niedostępną tajemnicę sztuki.

Jak bowiem dostać się do umysłu artysty określanego mianem hermetycznego i heretycznego kuriozum, którego uwielbiał Filip II, wcielenie "najbardziej ortodoksyjnego z królów chrześcijańskiego świata"? Do czasów Fraengera nauka radziła sobie z fenomenem Hieronima Boscha poprzez bezpieczny, tradycyjny dystans, stawianie znaków zapytania zamiast próby odpowiedzi. Autor tej publikacji zobaczył więc w takim niedostatku rolę dla siebie i poszedł na całość, nie zapominając o naukowej rzetelności. "Stajemy dziś wobec symboliki Boscha jak przed oniemiałą wyrocznią, której język znaków utracił pierwotną moc oświecania - wyznaje Fraenger na starcie. - Wyrocznia zamilkła, a mistrz tak chętnie dający zagadki sam stał się zagadką". Wszystko ponieważ symbolu nie można traktować czysto formalnie, trzeba się w symbol zanurzyć, patrząc i myśląc jednocześnie, angażując intelekt i zmysły. Niepojęte poznać w sposób przynajmniej w części niepojęty. W połowie XX wieku, kiedy powstawała książka, była to sugestia rewolucyjna, a i teraz akademickie środowiska z niechęcią ją przyjmują. Jednak do Boscha inaczej się nie dotrze, co Fraenger dobitnie udowadnia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Wilhelm Fraenger BOSCH, przeł. B. Ostrowska, Arkady, 2010