Sunday, October 3, 2010

SZOSA WOŁOKOŁAMSKA

Wartko interesująca jest "Szosa Wołokołamska", na którą, przyznam szczerze, specjalnie nie liczyłem po nie tak w końcu dawnej premierze "Cementu" tego samego Hainera Muellera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym (w reżyserii Wojciecha Klemma). Ideologiczna estetyka tamtego przedstawienia była nie do zniesienia. Ale, jak się okazuje, Mueller Muellerowi nierówny. Barbara Wysocka wykonała pracę od podstaw, ujmując zwarty, monologujący tekst niemieckiego dramaturga w sztukę kameralną, rozpisaną na trzech aktorów. Począwszy od czytelnego scenariusza, skończywszy na niezwyczajnych pomysłach realizatorskich, reżyserka-aktorka po raz kolejny pokazała, że trzeba się z nią liczyć jako z postacią z przyszłej ekstraklasy polskiego teatru. Jej pewność inscenizacyjna, a przy tym otwartość na współpracowniczy wkład w spektakl przyniosły w przypadku "Szosy Wołokołamskiej" efekty godne uznania.

Sama sztuka do łatwych nie należy, temat też nieporywający. W dzisiejszej Polsce mamy bowiem non-stop trwający festiwal rozliczeń z historią i w większości czujemy się potwornie zmęczeni ciągłą walką pamięci jednych z pamięcią drugich. Chcielibyśmy wreszcie pójść naprzód, może na chwilę się odciąć, zresetować, zdemartyrologizować. A Mueller grzebie w historii. Przywołuje II wojnę światową, lata 1950., haniebny rok 1968, dowodząc, iż najtrafniejszym emblematem niemal całych dwudziestowiecznych dziejów tzw. środkowo-wschodniej części Europy są czołgi. Te mechaniczne, ale i te symboliczne, niewidzialne, obecne w świadomości lub podświadomości, gdy kafkowski ktoś-nikt zostaje zetknięty z machiną systemu nie dla ludzi. W takim świecie Szekspirowskie "być albo nie być" (Mueller napisał kiedyś słynny tekst "HamletMaszyna") to pozbawione znaczenia słowa, słowa, a przecież także problem do rozwiązania. Kula w łeb od plutonu kolegów za dezercję, kula w łeb z własnego pistoletu za przegrane życie, kula od losu w chorą na raka pierś. Albo poddanie się społecznej roli człowieka-biurka, jaką trzeba zagrać w takim czasie, nie innej przestrzeni (świetna scena!). Autor "Szosy Wołokołamskiej" nie wyemigrował nigdy z NRD, choć on akurat mógł.

Jest to więc spektakl o przeszłości, niemówiący niczego nowego nam tu i teraz, choć pewnie twórcy chcieliby, żeby było inaczej. Żebyśmy zrozumieli, czym ten XXI wiek mamy podszyty, skąd te czerwone ślady pod paznokciami. Byśmy zdobyli się na dialog, choć struktura tekstu, tragedia życia skłania do zamknięcia się w sobie. No ale w końcu brzmi tylko mantryczne "nie zapomnimy", i szczera, i niełatwa do uwierzenia deklaracja. Historia uczy również tego, że nie uczy. To, co we wrocławskiej "Szosie" najcenniejsze, to Teatr. Nie widać tu bowiem słabego punktu, ani sekundy nieprzemyślanego, puszczonego działania. Wszystko znaczy, od idealnie zaprojektowanej scenografii (Wysocka), poprzez doskonale dobraną muzykę (Wysocka), po arcyważne projekcje (Lea Mattausch) i światło (Justyna Łagowska). Wszystko gra. A aktorstwo - najwyższej próby. Adam Cywka, Rafał Kronenberger, Adam Szczyszczaj w "Szosie Wołokołamskiej" wzlatują na poziomy chyba jeszcze wyższe niż w swoich wcześniejszych rolach. To zarazem cud-rzemiosło i sztuka. Ciekawe, ile w zbudowaniu takich postaci pomogła aktorka-reżyserka.

Wreszcie znakomita premiera w Polskim!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Heiner Mueller SZOSA WOŁOKOŁAMSKA, reż. Barbara Wysocka, Teatr Polski we Wrocławiu, 3.10.2010