Monday, May 30, 2011

DON GIOVANNI (Opera Wrocławska)


Ktoś, kto chciał zaczerpnąć świeżego powietrza w antrakcie niedzielnego (29.05) przedstawienia, musiał się nadziać na wydzierające się grupy kibiców Śląska Wrocław, które ruszyły na rynek, by świętować wicemistrzostwo swojej drużyny. Ciekawa scena. Z jednej strony towarzystwo operowe, z drugiej zielonośląskowcy. Ale sportowymi osiągnięciami naszych piłkarzy zajmiemy się wtedy, gdy przejdą fazę grupową Ligii Europejskiej. Do tej pory zasługują jedynie na gromkość gardeł garstki kibiców (oby nie kiboli). Na razie polska opera z polskim futbolem wygrywa jak Barcelona z Manchester United. Bezdyskusyjnie.

„Don Giovanni” Mariusza Trelińskiego to udany spektakl, doskonale zaśpiewany i naprawdę dobrze zagrany przez solistów oraz niesamowicie dynamiczną orkiestrę. Jari Hämäläinen wprowadził takie tempo, że energia niektórych scen mogła zawrócić w głowie z mocą czaru, jakim tytułowy bohater mamił prawie dwa tysiące kochanek. W oszczędnej scenografii (Borisa Kudlički), momentami przypominającej salę dyskoteki, reszta należała do artystów. A ci dali popisowe show. Komiczny, ale z pewnymi oznakami sumienia Leporello (Bartosz Urbanowicz, czasami niestety słabo słyszalny), cielęco-pragnąca Zerlina (Joanna Moskowicz), zabawnie i prawdziwie przeżywająca swe zdradzenie Elwira (Anna Bernacka) i wdzięcznie zrezygnowany Masetto (Remigiusz Łukomski) odgrywają swoje role z impetem, dbając o muzyczną perfekcję. Największe wrażenie robi jednak duet Anny i Ottavia, bo w podkreślonej kostiumami Arkadiusa konwencji del’arte oni brzmią serio. Wzruszenie buduje zwłaszcza głos Iwony Sochy, co w połączeniu z jej autentycznym aktorstwem tworzy Postać. Kroku dotrzymuje partnerce klasycznie i czysto śpiewający Rafał Bartmiński. A Don Giovanni?

Główny bohater w pierwszym akcie to typ antypatycznie zblazowany, więc trudno zrozumieć tych wszystkich bab fatalne zauroczenie. Ale po przerwie wraca awanturnikowi temperament, gdy trzeba zaplanować nową intrygę i jeszcze raz rzucić się w żywioł niebezpiecznej rozpusty. Znakomity zarówno w słodkiej canzonetcie, jak i w ostatnim tchnieniu Mariusz Godlewski chciałby pewnie z tej roli wycisnąć więcej niż jego imiennik reżyser wymyślił. Bo ma potencjał. Treliński znalazł na Mozartowskie arcydzieło interesujący sposób, wikłając postaci w marionetkową teatralność. To działa, ale do czasu. Kiedy wraz ze zbliżaniem się do końca, wchodzi na scenę realność, dramat, kiedy znikają ledowe pasma światła i chowa się inscenizacja, uwaga widzów też przystaje. Niegłupie (choć przecież niegenialne) libretto da Pontego to za mało, by ją zająć. Na szczęście soliści robią swoje. W tym bardzo dobrym spektaklu najbardziej zaskakuje więc fakt, że jest lepszy w dźwięku niż w obrazie, w śpiewie wspaniałych głosów niż w rozwiązaniach inscenizacyjnych sławnego reżysera.

Można się zżymać na pomysł adaptacji spektaklu wystawianego wcześniej w Warszawie i Los Angeles. Operę Wrocławską stać na absolutną osobność i oryginalność. Można też zrozumieć Ewę Michnik, że po porażce „Czarodziejskiego Fletu” chciała Mozarta dopieścić, prezentując już po raz drugi tytuł przez Trelińskiego sprawdzony na innych scenach. Artystycznego sukcesu „Króla Rogera” najnowszy „Don Giovanni” nie powtarza, lecz publiczność powinna być zachwycona.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………
W.A. Mozart DON GIOVANNI, libretto L. da Ponte, reż. M. Treliński, kier. muz. J. Hämäläinen, Opera Wrocławska, 29 maja 2011

Sunday, May 22, 2011

Soyka 7 WIERSZY MIŁOSZA


Manierę Stanisława Soyki trzeba polubić, żeby odczuwać przyjemność ze słuchania. Ja miałem na początku barierę, ale w końcu, po pewnym koncercie, kiedy Soyka wystąpił solo, akompaniując sobie na fortepianie, przekonałem się do dość specyficznego stylu wokalisty przed laty szanowanego zwłaszcza za twórczość jazzową. Uwielbiam właśnie jego wersję przeboju "Czas nas uczy pogody", a Soyka śpiewający "Uciekaj moje serce" wzbudza rzeczywisty szacunek (w przeciwieństwie do, na przykład, Katarzyny Nosowskiej, która tę balladę przekombinowała). Wspaniały jest też choćby duet Stanisława z Nickiem Cave'em. Panowie wykonali utwór "Into my arms" z polsko-angielskim tekstem podczas jednego z pamiętnych wieczorów Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Wreszcie ciekawie sobie Soyka poradził jako kompozytor i wykonawca nieznanych tekstów Agnieszki Osieckiej na ubiegłorocznej płycie "Tylko brać". Można by więc pomyśleć: artysta w wielkiej formie.

Niestety, w ręce wpadł mi właśnie najnowszy album, albumik właściwie, na którym można usłyszeć wiersze Czesława Miłosza w interpretacji Stanisława Soyki, także autora muzyki do tytułowych "7 wierszy" naszego noblisty. Trzeba na tę płytę spoglądać z podejrzliwością, skoro trwa kolejny w polskiej kulturze Rok, czyli eksplozja eksploatowania ważnego artysty. Czy spotyka się tu szczera chęć nagrania poezji Miłosza z okazją setnej rocznicy jego urodzin, czy jednak powstaniu "7 wierszy" towarzyszył jakiś koniunkturalny impuls? Rzecz składa się bowiem z owych zaledwie kilku piosenek, a więc jest niepełnometrażowa, kosztując całe 38,99 PLN. Jakkolwiek by było, jeśli bronią się same utwory, to właściwie czemu nie?

Początek mamy trochę teatralny. "Stary człowiek ogląda TV" to taka pięciominutowa poetycko-muzyczna "Ostatnia taśma Krappa", z dialogiem skrzypiec i głosu, z zaskakującym brzmieniem puentujących tekst słów: Więc nie do końca / Nam się ta ziemia podoba / I właśnie do tego / Moglibyście układać muzykę i słowa. Początek może pomysłowy, lecz cokolwiek niedorzeczny, bo akurat tego wiersza w ramę nut nie powinno się wkładać. Traci swoją moc. Druga piosenka, singlowy hymn "Na cześć księdza Baki", zaśpiewany w duecie z Czesławem Mozilem (on też zapowiada swoją osobną płytę z Miłoszem) chwyta i działa. Gitarowy rytm, bezpretensjonalne śpiewanie (co u Soyki zdarza się, jak wiadomo, nieczęsto) to idealny pomysł na stylizowaną perełkę spod pióra poety. Na singiel świetne, stroną B byłby umieszczony na albumie jako numer czwarty utwór "Zapomnij", bardzo w soykowym klimacie z hitów takich jak "Tolerancja" czy "Cud niepamięci". Wcześniejsza "Piosenka pasterska" zwyczajnie nudzi banalną nutą, a legendarny wiersz pt. "Który skrzywdziłeś" psuje zbyt lekko wymyślona partytura i wokalista, który ekspresji Czesława Niemena nie ma. Ma inne zalety. Nie należy do nich autopowtórka. Taką bowiem refleksję dopowiadają przedostatnie "Jasności promieniste".

Soyka nie proponuje tu nic nowego, komponuje jak do własnych tekstów, śpiewa jak zawsze. Jego płyty poetyckie (do "Tryptyku rzymskiego" Jana Pawła II czy sonetów Szekspira) bywały oryginalne, ta nie jest. Może wydano ją zbyt pochopnie? Może warto było poczekać na wenę i dołożyć drugie siedem wierszy, żeby było i za co zapłacić, i czego posłuchać przez kolejne 27'24" (tyle trwa całość, zakończona pięciominutowym instrumentalem)? Dwa numery z tego zestawu i tak już przecież znamy z opublikowanego 2 lata temu "Studia Wąchock". A tak - wyszedł rarytas, no, ciekawostka dla fanów Soyki i przekąska na Miłoszową wiosnę. Daniem głównym ma za to szansę stać się zapowiadany na czerwiec również okolicznościowy album Agi Zaryan, bo chyba nie jesienna propozycja Mozila, w której smak jakoś trudno mi uwierzyć.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Stanisław Soyka 7 WIERSZY CZESŁAWA MIŁOSZA, Universal Music Polska, 2011

Sunday, May 15, 2011

DŻOB (Teatr Capitol)

Jeśli jesteś, drogi Czytelniku, żądny zabawy i tylko zabawy, jeśli lubisz się śmiać i tylko śmiać, po prostu idź na „Dżoba”, nie pożałujesz. Nie czytaj tej recenzji! Bo może Ci mój tekst zwyczajnie odjąć część euforii, a nawet skłonić, by w antrakcie nie ustawić się w kolejce po bigos i mięso, co byłoby chyba dla Ciebie nie teges. „Dżob” Konrada Imieli i Mariusza Kiljana to koncert-spektakl niebywały, znakomity, wesoły, ale i porządnie przygnębiający. Niemożliwe?

Dżob, czyli chałtura, jest zjawiskiem tak częstym w życiu aktora, jak weekend. Znam wielu, których rzeczywistość festynu, występu w centrum handlowym, na imprezie integracyjnej firmy X nie ominęła. Znam niewielu, którzy przetrwali bez takiego udziału. Imiela i Kiljan należą do pierwszego podzbioru. W późnych latach 90. ubiegłego już wieku objechali Karpacz, Opole i inne miasta- mieściny, obsłużyli Dni Buraka Cukrowego, imieniny Krystyny i tak dalej. „Miał być raj, miał być cud, a tu ćwiartka na popicie” – pisała Osiecka w „Sztucznym miodzie”, autorka wykorzystana i w „Dżobie”, bo gdy się intonuje „dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”, to „cała sala śpiewa z nami” i „hej amore”. Najczęściej na wyraźne i nierzadko wprost wykrzyczane (z obowiązkowym przekleństwem) życzenie szanownej publiczności. Ktoś tam kiedyś sugerował, iż na coś „nie ma ceny”, „nie kupisz weny” itp., ktoś był w ciężkim błędzie. Istnieje bowiem jedynie kwestia ceny. Aktorzy historycznego Teatru Polskiego, spod skrzydeł Lupy i Jarockiego wyrywają się w teren, bo chcą i muszą zarobić. I nawet gdyby zadzwonił sam Wajda z poważną propozycją, najpierw spojrzeliby w kalendarz, czy aby priorytetowy termin biesiady nie koliduje z karierą, misją, wyzwaniem, sztuką.

Spektakl dwóch wrocławskich gwiazdorów (oraz zespołu biegłych akompaniatorów w składzie: Adam Skrzypek, Rafał Karasiewicz, Dariusz Kaliszuk) przynosi dwugodzinną porcję solidnej rozrywki skomponowanej ze szlagierów typu „Czarny Alibaba” czy przebojów Kapeli Czerniakowskiej. Na prośbę rektora uniwersytetu rysowani grubą kreską przez Konrada i Mariusza artyści wygrzebią „Mambo Spinozę”, przejaw ironicznego talentu Starszych Panów (co widzom „Dżoba” akurat podoba się chyba najmniej), dla żony pana dyrektora zaśpiewają „Piosenkę o pokemonach” Bartka Kalinowskiego, też przecież wymyśloną nie na serio. Potrafią zmienić repertuar w minutę, założyć dziwny kostium, dojechać kolorowym busem do byle dziury, odpowiadając na zamówienie. Scenariusz tego koncertu z pewnością w jakimś procencie napisało życie, lecz pod powierzchnią owej repertuarowej brylantyny, znajdziemy w „Dżobie” brylant: podsumowanie naszej epoki, charakteru zabieganych, rozchałturzonych, bezgustych Polaków z przełomu wieków. I dzieje się ta diagnoza na oczach publiki bez przymrużenia oka. Imiela i Kiljan robią z siebie pośmiewisko i totalny kabaret, a jednak z każdą kolejną pieśnią i scenką obserwowaną na ekranie, dialogiem z głośników, a nawet wonią gotującej się strawy, śmiech staje się smutkiem podszyty. Nie niknąc z ust. Zwykle komedianci kierują się zasadą, by kreowane przez nich postaci wydawały się głupsze od widzów, tutaj, zdaje się, bywa odwrotnie. Zwłaszcza że aktorzy tego wieczoru nawiązują także do własnej biografii tragicznej (śpiączka Kiljana, pobicie i operacja Imieli).

„A czy nam coś ta wiedza da?”, jeszcze raz zacytujmy Osiecką. Pojęcia nie mam. Grupa dziewcząt siedzących za mną i twistująco-tupiąco-konsumujące towarzystwo obok nie zdradzali refleksyjnego nastroju. Oni się świetnie bawili i basta. Też fajnie. Dla mnie jednak „Dżob” jest przedstawieniem o czymś absolutnie podstawowym, o nich, o nas, o mnie, o tu i teraz. Przebiegle, bo przerysowanie a subtelnie, opowiada pewną historię, by powiedzieć prawdę o osobach teatru realnego życia. Wszyscy w tej gonitwie uczestniczymy. Niesamowite, w wieku około 40 lat Konrad Imiela i Mariusz Kiljan mają naprawdę świetny, otwarty na ewolucję, spektakl, którym mogą uczcić każdy ze swoich przyszłych artystycznych jubileuszy. Chciałbym zobaczyć, jak sobie radzą w „Dżobie” za lat 30.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
DŻOB, Teatr Muzyczny Capitol, 15 maja 2011

Tuesday, May 3, 2011

MUSIAŁAM ODEJŚĆ


A któż to jest ten mały dzidziuś w kaftaniku? / Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów! / Może wyrośnie na doktora praw? / Albo będzie tenorem w operze wiedeńskiej? Zastanawiała się kiedyś poetycko Szymborska, opisując "Pierwszą fotografię Hitlera". Przypomniał mi się ten wiersz, kiedy czytałem, jak Nadżwa Bin Laden wspomina swojego późniejszego męża: "był delikatny, ale nie słaby", "poważny, ale przystępny", "nigdy wcześniej nie znałam chłopca, który by był tak spokojny i mówił w tak łagodny sposób". I zrywał dla niej winogrona, a jego "czujne spojrzenie budziło dreszcz nieznanej emocji".

"Musiałam odejść" zaczyna się od wspomnienia Nadżwy, która jako piętnastolatka poślubiła Osamę Bin Ladena. W ojczystej Syrii wzrastała w rodzinie liberalnej, jeździła na rowerze, grała w tenisa, malowała obrazy. Po ślubie z o rok starszym kuzynem z Arabii Saudyjskiej zmieniło się wszystko. Zamiast sukienek wolno jej było nosić tylko czarne szaty, zakrywające całe ciało i twarz, dnie spędzała głównie w domu, początkowo sama (mąż się uczył i pracował), potem opiekując się dziećmi. Już w czasie wojny w Afganistanie przyszedł na świat czwarty syn Omar, drugi narrator tej opowieści. Jego ojciec porzucił studia, by zaangażować się nie w pomnażanie fortuny Bin Ladenów, właścicieli firmy budowlanej, lecz w walkę o wiarę. "Mój ojciec nie zawsze kierował się w życiu nienawiścią i nie zawsze był człowiekiem znienawidzonym przez innych" - pisze Omar. Umiał się śmiać, choć nieczęsto. Miał fenomenalną pamięć, potrafił (również w sytuacjach towarzyskich) rozwiązywać skomplikowane matematyczne rachunki bez kalkulatora czy kartki. Dzięki zasługom w wojnie przeciw Związkowi Radzieckiemu zyskał sławę. I mniej więcej wtedy mentalnie odleciał w swój świat wypełniony misją dżihadu. Coraz liczniejsza rodzina zaczęła mieszkać w coraz surowszych warunkach, bez nowoczesnych sprzętów, z lodówką włącznie (bo "modernizacja szerzy zepsucie wśród muzułmanów"). Dzieci, które rodziły się również z kolejnych małżeństw w ramach uświęconej religią poligamii, nie miały zabawek.

Obie relacje, Nadżwy i Omara, przeplatają się w tej spisanej przez Jean Sasson książce, kreśląc chronologiczną kronikę dziejów Bin Ladenów od lat siedemdziesiątych do września 2001. Nie jest to rzecz fascynująca, ale interesuje. Wybór Nadżwy ani przez chwilę nie podlega dyskusji, skoro ona sama "wszystkie życiowe sprawy zawierza Bogu" i dopiero po namowach Omara, na kilka dni przed atakiem na World Trade Center, opuszcza Osamę, wyjeżdżając z Afganistanu do Syrii, zabierając ze sobą tylko troje dzieci (pozostałych ojciec nie puścił, ich losu nie znamy, najprawdopodobniej zginęły). Nadżwa kończy swoją opowieść zdaniem o krwawiącym sercu matki myślącej też o "cierpieniu wszystkich innych matek, które więcej nie zobaczą swych córek i synów". Ciekawsza, bo bardziej złożona, wydaje się historia Omara, szykowanego przez ojca na następcę. Od początkowego zapatrzenia w bojownika-bohatera do finalnego buntu 30-letni dziś mężczyzna opisuje własną drogę do pacyfizmu. "Nie jestem do niego podobny. Podczas gdy on modli się o wojnę, ja błagam o pokój" - wyznaje.

"Musiałam odejść" to tytuł mylący. W oryginale stoi trudna do przetłumaczenia fraza "Growing Up Bin Laden", mówiąca o dorastaniu, dorośleniu, dojrzewaniu. Polski tytuł wyjściowo kładzie akcent na wersję kobiety i w ten sposób książka zostaje zaadresowana do czytelniczek. A gdyby nie Omar, ona by nie odeszła. Nie zrobiła tego wcześniej, ze względu na religię i dzieci, młodzieńczą miłość, pewnie nie zrobiłaby i później, mimo wszystko. Osama powiedział jej w ostatniej rozmowie, że na rozwód nie ma co liczyć (rozwiodła się tylko druga żona Bin Ladena Saudyjka Chadżidża, jeszcze w 1993 roku). Więc nie posłuszna Nadżwa jest tutaj najważniejsza, lecz syn. Ten dzidziuś, który w brzuchu kopał najmocniej, którego matka karmiła dłużej niż trzech starszych potomków, ubierała w sekrecie w dziewczęce stroje. Którego raz jedyny tata wziął na ręce i przytulił, a po latach polecił, by wraz z braćmi zapisał się w meczecie jako kandydat na zamachowca-samobójcę. Ten mały Omarek, syn państwa Bin Ladenów, który wyrósł na przedsiębiorcę budowlanego, ożenił się z Brytyjką, ma syna, mieszka w Dżuddzie, gdzie zaczęło się wspólne życie Nadżwy i Osamy, gdzie jego dziadek tworzył ekonomiczną potęgę najbogatszej niekrólewskiej rodziny w Arabii Saudyjskiej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Jean Sasson, Nadżwa Bin Laden, Omar Bin Laden MUSIAŁAM ODEJSĆ. Wspomnienia żony i syna Osamy bin Ladena, przeł. A. Sokołowska-Ostapko, Znak, 2011

Thursday, April 21, 2011

Nick Trout MIŁOŚĆ TO NAJLEPSZE LEKARSTWO


Weterynarz piszący powieści to na rynku wydawniczym nic nowego. Czytelnicy sięgając po książki Herriota, Sumińskiej, czy właśnie Trouta liczą zapewne na to, że oprócz zwierzęcych bohaterów znajdą w tych lekturach kilka pożytecznych, praktycznych, czy też naukowych informacji. I tak rzeczywiście jest, ale chociaż w tej historii nie brakuje medycznego żargonu, w naszych polskich realiach najnowszą książkę Trouta czyta się raczej jak bajkę lub opowieść z gatunku science-fiction. A jednak, jak sam autor podkreśla we wstępie, to, o czym opowiada wydarzyło się naprawdę, a historie podobne do tych opisanych w książce mają miejsce codziennie.

Dr Nick Trout to ceniony chirurg weterynaryjny. Pracuje razem z 70 innymi weterynarzami w znanej bostońskiej klinice Angell Animal Medical Center, gdzie w 26 doskonale wyposażonych gabinetach każdego dnia przyjmują liczną gromadę zwierzęcych pacjentów. Trout jest weterynarzem z powołania, a za cel swojej pracy uważa „wzmacnianie i służenie miłości”. Miłości, która łączy człowieka i jego psa, kota, papugę czy chomika. W amerykańskiej klinice lekarze walczą o życie pacjentów i nie ma znaczenia, czy pacjent to „czteroletni królik o imieniu Atlas z dużą puchliną na dolnej szczęce”, który po kilku wizytach u dentysty trafia wreszcie na stół operacyjny doktora Trouta, czy niedoszły reproduktor, basset Łobuz, ze skręconą łapą. Każde życie się liczy, każdy przypadek zasługuje na prawdziwą batalię toczoną przez sztab specjalistów. Czytelnika w znanych nam realiach zadziwia nie tylko ładunek emocji i poświęcenia z jakim weterynarze walczą o życie pacjentów, ale także to, jak bardzo takie podejście jest dla bostońskich lekarzy oczywiste. A sposób, w jaki Trout przedstawia nam swoją codzienną pracę sprawia, że czytając o operacji królika, czujemy się, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią sensacyjną.

Wszyscy pacjenci są dla Trouta czymś znacznie więcej niż tylko medycznym przypadkiem, każdy z nich zasługuje na własną opowieść. Ta historia ma dwie główne bohaterki: Cleo i Helen. Wydaje się, że wszystko je różni: Cleo jest młodziutkim ratlerkiem, spełnieniem marzeń swojej opiekunki, a Helen to stary spaniel, porzucony i zaniedbany, szczęśliwie postawiony przed szansą na nowe, wspaniałe życie. Drogi Cleo i Helen krzyżują się za sprawą weterynarza, któremu powierzono medyczną opiekę nad nimi i to właśnie on postanowił opisać ich dzieje. A czytelnik z przyjemnością i wzruszeniem dzieli z autorem niewymuszone emocje, bez wahania wierząc w przesłanie o głębokim uczuciu, które może łączyć człowieka i zwierzę, które jest w stanie odmienić życie i pokonuje śmierć. Przypadkowi, niezaangażowani w psio-ludzki świat lekturożercy na książkę Trouta nie trafią, a szkoda, może coś by się u nas zmieniło, mniej byłoby doniesień o przemocy wobec zwierząt. Bo „Miłość to najlepsze lekarstwo” gra nie tylko sentymentami i familijnym klimatem. Daje też odrobinę nadziei, że relacja między ssakiem i ssakiem może być lepsza.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Nick Trout MIŁOŚĆ TO NAJLEPSZE LEKARSTWO, przeł. A. Sak, Wydawnictwo Literackie, 2011

Sunday, April 17, 2011

SZTANDAR ZE SPÓDNICY


Jest w tym spektaklu kilka ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, są ambicje kulturowego komentarza, interesująco wymyślona muzyka (Maria Rumińska), scenografia i kostiumy zaprojektowane z głową (Diana Marszałek). Jest też kiepski scenariusz, tekst, który po kwadransie niemiłosiernie szeleści, z którym aktorki radzą sobie średnio. Bo nie mają co grać.

Pierwszy akt to powrót do czasów Gabrieli Zapolskiej, autorki wybranych przez reżyserkę Ulę Kijak fragmentów sztuk, prozy, listów, publicystyki. Ubrane w kostiumy z epoki aktorki (w przedstawieniu zrealizowanym wyłącznie przez kobiety występują tylko kobiety) ośmieszają kolejne żeńskie stereotypy. Na scenie pojawiają się: Emancypantka, Kokota, Naiwne Cielę (zaskakująco komediowa Anna Kieca), Cierpiętnica, Spryciula (ciekawa Aleksandra Listwan), Wredna Baba (przyzwoita, zasługująca na lepsze role Ewelina Paszke-Lowitzsch), Głupia Idiotka, Wieśniaczka (ekspresyjna, choć niezdecydowana gwarowo Agata Skowrońska), Babunia. W drugim akcie zmienia się zaledwie czas akcji (lata pięćdziesiąte?). Widzimy obrazki z życia owych babocieląt. Każda z nich wygłosi w pewnym momencie retoryczne zapytanie o przyszłość, czyli ślub, a więc, w tamtych czasach, kobiece być albo nie być.

Na stronie internetowej teatru czytamy: „Postaci kobiet są u Zapolskiej zawsze krwiste i bardzo mocno osadzone w swoich poglądach – zauważa Ula Kijak, – zawsze gotowe są walczyć o swoje przekonania do ostatniej kropli krwi i przekonywać świat cały, że jest tak właśnie, jak one same to widzą". Nic z tego nie zostało w scenicznym "Sztandarze ze spódnicy". Postaci teatralne są tylko teatralne, mamy do czynienia z ludzkimi manekinami powtarzającymi swoje nadto dobrze znane mantry. Co z tego, że całość zaprogramowano w konwencji filmowych klipów ze stopklatkami po każdym kolejnym ujęciu. Przez chwilę może to intrygować, po chwili irytuje. Brakuje treści. Czy naprawdę po to się chodzi dziś do teatru, żeby przez dwie i pół godziny słuchać wyświechtanych gadek, obserwować płaskie charaktery, współczując jedynie szyjącym grubym ściegiem wykonawczyniom?

Zdaje się, że nietrafiony był pomysł wyjściowy. Zamiast wystawić pełną sztukę i za jej pomocą wyrazić zmienność-niezmienność kobiecych celów, typów, Ula Kijak porwała się na patchwork z podobnych elementów. I poległa, pociągając za sobą pozostałe uczestniczki tego maratonu uniesień nie do zniesienia. Zabrakło tutaj choćby jednej kobiety niejednowymiarowej, która mogłaby jeśli nie zafascynować, to dać się zrozumieć współczesnym widzom. Może należało zrobić po prostu spektakl o Zapolskiej, bohaterce skomplikowanej, a nie babrać się w beztlenowym sosie gotowanym już setki razy?

Kiedy wyszedłem na przerwę, zapytałem znajomą o jej odczucia, bo, pomyślałem, kobiecy punkt widzenia bywa różny od męskiego, tak jak świat piłki nożnej od lekcji salsy. Ale nie. Mieliśmy podobne wrażenie co do wyważania otwartych drzwi i mielenia mięsa spożytego. 10 lat temu ta sztuka odbiłaby się pewnie innym echem, ale dzisiaj, przy naszej świadomości? "Sztandar ze spódnicy" polecam tylko zapalonym czytelniczkom magazynów dla pań (tych z niższej półki), tym, dla których najważniejsze jest wyjść za mąż (byle wyjść za mąż), plotki i to, co ludzie powiedzą, tym, które nie słyszały o seksdżenderze, a pani Dulska żyje obok, a nawet wewnątrz nich. To prawdopodobnie ciągle pokaźna publiczność.

Z tym, że, jak to się mówi: nie ma chemii między aktorkami, nie ma kontaktu między sceną a widownią. Parę efektownych, choć dalekich od błyskotliwości, zbiorowych grepsów choreograficznych (z żelazkami, wózkami, wiadrami i ziemniakami) oraz podsumowujący finał już w XXI wieku nie wystarczy, żeby z pustego nalać. W ostatniej scenie aktorki najpierw błądzą w czarnych garniturach z nałożonymi na biodra czerwonymi sukiennymi kloszami, potem parafrazują pokutną modlitwę: spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że zgrzeszyłam idąc do pracy/nie idąc do pracy, chcąc/nie chcąc mieć dziecka, chcąc być człowiekiem. I trzeba dużo dobrej woli, by do tak pasjonującej puenty dotrwać.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
SZTANDAR ZE SPÓDNICY wg tekstów Gabrieli Zapolskiej, reż. U. Kijak, Wrocławski Teatr Współczesny, 16 kwietnia 2011

Tuesday, April 12, 2011

TĘCZOWA TRYBUNA 2012


Odwalili autorzy "Tęczowej trybuny" kawał treningowej roboty, kreśląc wyraziste postaci, dając im (także dzięki jednemu z najlepszych w Polsce zespołów aktorskich) dusze, podejmując całą listę niezałatwionych tematów naszej rzeczywistości. Jednego nie potrafili: kreślić, kreślić, kreślić, by powstało przedstawienie i ważne, i zajmujące, i atrakcyjne. Tną tutaj tylko metaforyczne komary. Ich europejska plaga stawia pod znakiem zapytania organizację Euro 2012, wprowadza podważający niepokój. Strzępka i Demirski zrezygnowali z chronologii wydarzeń, akcentując zdarzenia i opinie, nie sam przebieg fabuły. Tyle że to, co do przerwy sprawdza się fantastycznie, wartko napisane, wyreżyserowane i grane, po przerwie męczy. W futbolu też tak bywa. 45 minut ciągłych sytuacji podbramkowych, czasem kilka goli, kibice zachwyceni, a po ponownym wyjściu z szatni tempo siada, nogi nie niosą, przeważają długie podania, mniej koronkowych akcji lub szybkich ataków skrzydłami. A każda z teatralnych części trwa w dodatku ponad półtorej godziny.

Zawiązuje się więc inicjatywa homoseksualistów walczących o przestrzeń do bezpiecznego oglądania piłkarskich meczów podczas Euro 2012, zostają sportretowani poszczególni jej uczestnicy, wszystko w klimacie hippisowskiej komuny, z energią solidarnościowego poruszenia. Nauczyciel (Adam Cywka na swoim, wysokim, poziomie) upija się piwem przed ekranem telewizora z Ligą Mistrzów. Jest ojcem, swoją orientację zrozumiał po związku z kobietą, a może tylko coming-out odbył się późno. Kelner (totalny, rewelacyjny Marcin Pempuś) to nieudacznik z godnością i, jak się potem okazuje, charakterem, Ikona (wyrazisty Igor Kujawski) reprezentuje typ biznesmena-geja, który w życiu sobie radzi jak człowiek, podobnie Trener i Aktor (doskonały Jakub Giel). Czy są szczęśliwi? Oczywiście nie, skoro potrzebują powstańczego zrywu i publiczno-prywatnej akceptacji. Galerię uzupełniają: Pan Spisek (żarliwy Michał Majnicz), zagubiony w tym towarzystwie Hetero-Homo (przeciekawy Mariusz Kiljan) i Dragqueen-Boruc, czyli Michał Chorosiński (wyśmienita rola). Artura Boruca zaprogramowano na sceniczny symbol sławnego piłkarza-geja, a więc kogoś, kto nie istnieje (bo wiadomo, że w futbolu homoseksualistów nie ma, a polskie autostrady przed Euro 2012 jednak w komplecie powstaną). Boruc, Christiano Ronaldo i Ebi Smolarek z plakatów służą w tej sztuce również jako ścienni idole nastolatka i marzenie masturbacyjne byłej żony Nauczyciela (świetna Katarzyna Strączek). W takich to meandrach łysy Kibic (bardzo dobry Michał Mrozek) zbrata się z Kelnerem, a ortodoksyjni członkowie klubu pseudokibica toruńskiej Elany, wykluczeni ze stadionowej widowni, w celu zmiany wizerunku, gwoli powrotu na trybuny, zaangażują się w działalność charytatywną.

Po przerwie okaże sie, że bitwy o tęczową trybunę nie da się wygrać. Z politykami-urzędnikami. W utopijno-antyutopijnej wizji Demirskiego i Strzępki to władza przeszkadza ludziom pokochać inność. Władza, która za nic lub pozory bierze niebotyczne pensje, cwaniacy utrzymujący ideologiczno-ekonomiczne status quo. Geje i transseksualista w habicie (Agata Skowrońska - oklaski!) mogą sobie poprotestować albo odnieść zawodowy sukces, wypiąć się na mniejszości, żyć własnym, indywidualnym etosem (jak karykaturalnie sportretowany tu Krzysztof Warlikowski). Strzępka i Demirski nie lubią tych na górze, artystycznie ujmują się za słabszymi. Słusznie. Pani Prezydent Hanna (brawa dla Jolanty Zalewskiej) i jej przyboczny (owacje dla Michała Opalińskiego) sami znajdą sposób, "na swej wadze położą nie raz". Jakimś cudem znów zwyciężą w wyborach, tak jak znów zdarzy się cud, gdy na mecz polskich piłkarzy przyjdą widzowie. Pada znamienne zdanie: i piłkarze, i urzędnicy niewiele umieją. Idąc tak daleko w próbie przesuwania społecznych granic, a nawet ich wymazywania, w kolejnych kontrapunktowanych ironią błyskotliwych dekonstrukcjach i poważnych wołaniach o nowy porządek, reżyserka i dramaturg są socjalistami i liberałami w jednym. Coraz też szerzej portretują świat. Bezkompromisowo, ale też bez umiarkowania. Im bliżej końca (którego nie widać) "Tęczowa trybuna" grzeszy niemożliwą do strawienia w takiej ilości retoryką. Na tylu monologach trzeba połamać zęby i nawet tak wspaniali aktorzy, takim tekstem, nie mogą utrzymać zainteresowania widza do finału na zamienionej w kawałek stadionu Scenie im. Grzegorzewskiego.

Po obejrzeniu tego zbyt długiego spektaklu najważniejsze wydaje mi się pytanie: czy to jest aby nasz świat? Skoro na pojawiającą się w trakcie przedstawienia propozycję podpisu pod petycją ws. tęczowej trybuny odpowiadają nieliczni. W sytuacji teatru taka oferta to rzecz ryzykowna. Nie wychodzi na scenę gej-autentyk, nie przekonuje do swojej racji ktoś z prawdziwego stowarzyszenia. Jaką wartość ma ewentualny podpis? Wartość teatralnego chwytu. Oglądałem ten spektakl 10 kwietnia, więc jedna myśl dziwić nie powinna: chciałbym, żeby tak ambitnie zaplanowaną sztukę Paweł Demirski napisał o Polaków przypadkach posmoleńskich. Żeby, tak jak tutaj, włożył każdemu bohaterowi do ust osobisty monolog, może nawet piosenkę, prezentując społecznie niejednoznaczny i artystycznie mocny obraz, chyba jednak ważniejszy niż tęczowe trybuny, bardziej lub mniej marginesowe inicjatywy inne (dziennikarze wobec komercjalizacji mediów publicznych). Osobami dramatu mogliby być: Brat-Prezes, Redaktor Jaś z Siostrą Ewą, Pełnomocnik Rodzin Tych, Występujący W Imieniu Tamtych, Ludzie Spod Krzyża Którego Nie Ma Już Pod Pałacem, Polonus, Polak Raczej Normalny, Dziennikarz Niebieskiej Stacji, Ksiądz Który Długo Milczy, Kawalarze z Krakowskiego Przedmieścia, Krytyk Sławek, Prezydent Nie Wszystkich Polaków i tak dalej. Demirski wymyśliłby tysiąckrotnie lepiej. Znalazłoby się miejsce dla Pani Prezydent Hani i Grupy Gejów z "Tęczowej trybuny". Mój postulat motywuję i podziwem, i niedosytem po obejrzeniu najnowszej realizacji Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Pod czym się otwarcie podpisuję.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Paweł Demirski TĘCZOWA TRYBUNA 2012, reż. M. Strzępka, Teatr Polski we Wrocławiu, 10 kwietnia 2011