Wednesday, October 24, 2012

Miljenko Jergović SRDA ŚPIEWA O ZMIERZCHU W ZIELONE ŚWIĄTKI


ANGELUS 2012. Zwycięzca zasłużony. Najlepsza książka z siedmiu wspaniałych. Fragmenty SRDY... w interpretacji Justyny Antoniak. Posłuchajcie:

Joanna Kuciel-Frydryszak SŁONIMSKI. HERETYK NA AMBONIE



– Świetnie wyglądasz” – usłyszał Antoni Słonimski od znajomego. Odpowiedział: – Wyglądam i czuję się tak jak wyglądają i czują się zwycięzcy”. Ale Joanna Kuciel-Frydryszak nazwała drugą część swojej biograficznej książki o Słonimskim Mickiewiczowską frazą „Wiek męski – wiek klęski”, bo za życia jej bohater jednak często przegrywał, a i po śmierci zwycięstwo nie wydaje się jednoznaczne. Słonimski nie istnieje w panteonie ciągle czytanych polskich poetów, a poetą właśnie czuł się najmocniej. Jarosław Iwaszkiewicz, w latach powojennych jego wielki antagonista, mówił za to już przed wojną, że pod maską aroganta, krył się nie bardzo szczęśliwy człowiek. O tym, jaki naprawdę był Antoni Słonimski, legendarny publicysta, felietonista, autorytet, artysta, prezes Związku Literatów Polskich, stara się opowiedzieć wartko, reportersko napisana książka byłej dziennikarki.

Śledzimy biografię Słonimskiego od rodzinnych początków, kiedy Tolek hołubił ojca, nie doceniając matki („pospolita”) do dni ostatnich, do śmierci na skutek wypadku samochodowego w latach 70. ubiegłego wieku. Jest to też opowieść o burzliwym, rozłamanym na kilka epok, stuleciu Polski, wyzwolonej, wolnej, walczącej, wikłanej w historyczne zwroty, przewroty, wybory i konieczności. Najbardziej malowniczy, także dla samego bohatera, jest okres dwudziestolecia międzywojennego. Wtedy młody Słonimski bryluje w życiu artystycznym i towarzyskim, przesiaduje i baluje w Picadorze, Ziemiańskiej, są obok niego kobiety, cieszy się sławą i karierą literacką. Płomiennie krytykuje nawet przyjaciół. Po recenzji z „Wariata i zakonnicy” Witkacy przenosi go na swojej liście kolegów z pozycji 4 na 37. Za atak na awangardę, kubizm Mieczysław Szczuka wyzywa Antoniego na pojedynek. Kula wystrzelona z pistoletu literata trafia w kolano malarza. Po latach poeta oceni to zdarzenie surowo: „Skończyło się to błazeństwo lekką raną i ciężkim pijaństwem”. Ale świat bywał piękny. W latach 30. pojawiają się ataki na Słonimskiego, którego pióro jeszcze się wyostrza. Walczy z, jak to ujmuje, „mniejszością endecką”, nacjonalistami profaszystowskimi z OZONU, pisze też krytyczne felietony na temat Żydów. Kuciel-Frydryszak poświęca zawsze gorącej sprawie żydowskiej cały rozdział, zatytułowany „Anty. Semita”, przypominając także pochodzenie Słonimskiego, w tym jego pradziada Abrahama Sterna, wynalazcę m.in. kalkulatora, protegowanego Stanisława Staszica. Potem nadchodzi wojna , powstaje słynny kiedyś wiersz „Alarm”, dzieje się życie na emigracji, pełne zgryzoty i tęsknoty. Wraca dopiero w 1951 roku, ogłaszając przy okazji przewrotny wiersz pt. „Moja trasa Z-W” (z Zachodu na Wschód).

Tłumacząc powrót, Słonimski podpiera się ideowością, pokojem, sprawiedliwością, braterstwem, patriotyzmem. Czesław Miłosz widzi to inaczej: „Wróciłeś, bo w Warszawie wydajesz dzieła poetyckie, masz pieniądze, apartament, kontrakt na przekład ‘Sonetów’ Szekspira”. Bo zostaje prezesem ZLP, wyjeżdża i reprezentuje, chcąc nie chcąc firmuje system. W odwilży bierze w obronę Hłaskę, wysyła po Noblu gratulacyjny telegram do Pasternaka, stawia się i płaci. Cenzura likwiduje nakłady jego przedwojennych książek. Po raz kolejny status Antoniego Słonimskiego się zmienia. W latach 60. jest już dysydentem, jeszcze tolerowanym przez władzę, po marcu 1968 staje się jej wrogiem, mówi o nim Gomułka w Tamtym przemówieniu.

Joanna Kuciel-Frydryszak przyjrzała się Słonimskiemu kompleksowo, z trzeźwym dystansem, lecz i narracyjnym zbliżeniem. Oddała mu sprawiedliwość, nie ukrywając bolesnych miejsc. Z być może wszystkich dostępnych źródeł (również dokumentów SB), dzięki rozmowom z żyjącymi przyjaciółmi i współpracownikami (m.in. Julią Hartwig, Katarzyną Herbert, Aliną Kowalczykową, Adamem Michnikiem) udało się sporządzić pasjonujący portret „Polaka maniakalnego”, postaci pękniętej, fightera, który „doskonale odnajdywał się w sporach i walce, a walcząc, bywał bardzo brutalny”. „Ale był także wrażliwym samotnikiem – dodaje biografistka – chłodnym intelektualistą i żywiołowym buntownikiem”. Kimś, kto jednocześnie wygrał i przegrał, „heretykiem na ambonie”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Joanna Kuciel-Frydryszak SŁONIMSKI. HERETYK NA AMBONIE, W.A.B., 2012

Thursday, October 11, 2012

Nobel dla Chińczyka (i bardzo dobrze!)



Mo Yana nagrodzono za to, że w swoich książkach miesza ludowe opowieści, historię i współczesność. Z pewnością wielu innych autorów i autorek zasłużyło na podobną laudację, wygrał ten z Chin. O polityczności wyboru nie mówmy, bo tym razem niewiele ma werdykt Noblowskich sędziów wspólnego z polityką, bardziej z geografią. Nikt rozsądny nie wierzył w październiku 2012 w zwycięstwo Europejczyka ani kogoś z obszaru obu Ameryk. Finał najpewniej rozegrał się między Afryką a Azją. Ale to akurat mało już istotne. Yan został drugim, a właściwie pierwszym Chińczykiem w gronie laureatów Nobla, bo zwycięzca sprzed 12 lat Gao Xingjian jest przecież emigrantem, mieszka we Francji i ma francuskie obywatelstwo. Mo Yana znają polscy czytelnicy zdecydowanie lepiej niż Xingjiana, którego jedyna książka wydana na naszym rynku to GÓRA DUSZY. Nie słyszałem też, żeby polskie teatry paliły się (nawet  po Noblu) do wystawiania jego dramatów. W dumnym z teatralnych tradycji Wrocławiu, mieście o mocarstwowych zapędach w tej dziedzinie, nikomu w duszy nie zagrała taka myśl. Mo Yan zaistniał już u nas za to dwiema powieściami, KRAINĄ WÓDKI i sagą OBFITE PIERSI, PEŁNE BIODRA. Po otrzymaniu tegorocznej Nagrody Nobla doczekamy się najpewniej kolejnych.

Laur dla Mo Yana nie może dziwić, nie tylko dlatego, że się o nim wspominało jako o jednym z faworytów. Jego proza jest dokładnie tym, co jurorzy Nobla lubią: epickim opisem świata i życia przepełnionego ludzką tragedią, lecz równocześnie niewygasającym humanizmem. Sportretowany w sześćsetstronicowej cegle wiek XX zawiera w sobie wszystko, czym ludzkość żyje od stuleci i er. Wojny, rewolucje, narodziny systemu, rozwój cywilizacyjny i w tej całej historii publicznej mały wielki człowiek. A raczej niemała (bo o obfitych kształtach) i niejedna kobieta. Mężczyźni sieją spustoszenie lub, jak główny męski bohater-dewiant, do niewielu rzeczy się nadają. Jeśli Xingjiana porównywano do Cortazara, Ionesco czy Becketta, Mo Yana trzeba zestawiać najtrafniej z Marquezem, może też Pamukiem, bywa i stary dobry Dickens wśród tych nawiązań oraz skatologiczny w poczuciu humoru Rabelais. Czyli rozmach i realizm (magiczny) plus sugestywne opisy, odważne sceny, głęboka wyobraźnia, ostry język, zaskakujące chwyty (mistrzowska końcówka).

W OBFITYCH PIERSIACH nietrudno zgubić wątek, zapomnieć, kim kto jest i kiedy coś się dzieje, za to w KRAINIE WÓDKI nie sposób się odnaleźć. O co zresztą autorowi chodzi. Tytułowy alkohol rzeczywiście się w tym postmodernistycznym tyglu literackich gatunków i tematów leje strumieniem, ze świadomości przechodzimy do oniryczno-delirycznej nierzeczywistości i z powrotem. Przypomina się Joyce, a przede wszystkim Faulkner, wcale nie w gorszej wersji, choć dla wrażliwych czytelników akapity i strony zapisane przez świeżo upieczonego chińskiego noblistę mogą być nie do przejścia. Oprócz alkoholizmu (trzeba jakoś przetrwać ten system, to życie) mamy legendarny chiński kanibalizm (jako odzwierciedlenie relacji społecznych).Ale najbardziej odjechane książki Mo Yana jeszcze przed nami. Swojego czasu trafiłem na angielski przekład następnego prawie sześćsetstronicowego utworu pod tytułem LIFE AND DEATH ARE WEARING ME OUT, czyli życie i śmierć wyczerpują (lub niszczą) mnie. Pan podziemnego świata, lord Yama, daje brutalnie zabitemu farmerowi szanse powrotu na ziemię w postaci osła. Tak świadkuje reformie rolnej, wielkiemu głodowi, z powodu którego znów umiera, by znowu powrócić jako, kolejno, wół, świnia, pies, małpa, a w końcu powitać XXI wiek w roli dziecka. W tle 50 lat chińskiej historii, przejście od idei socjalizmu przez reżim i rewolucję kulturalną do socjalistycznego kapitalizmu. Fascynująca (i szokująca) opowieść zaprawiona malowniczym okrucieństwem, stylistycznymi fajerwerkami i przedziwnymi (acz logicznymi) pomysłami (w chwilach śmierci Mao masowo padają na chińskiej wsi świnie).

Co ciekawe, nierzadko w powieściach Mo Yana (czy też Yana Mo, bo Chińczycy jak Węgrzy nazwisko umieszczają na początku)  pojawia się on sam jako jeden z bohaterów, ktoś puszczający oko, kontrolujący i dezorganizujący porządek. Co istotne, Mo Yan to pseudonim oznaczający milczenie. O tym pisarzu będzie się nie tylko u nas dużo mówić, zupełnie inaczej niż to bywało z licznymi laureatami Nobla w przeszłości. Z Francuzem Gao Xingjianem czy choćby zwycięzcą sprzed roku Szwedem Thomasem Transtroemerem na czele.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI           

Tuesday, October 9, 2012

Opera Wrocławska poniżej standardów


Nie sądziłem, że jeden z największych kulturalnych szoków przeżyję w Operze Wrocławskiej, którą nieraz z entuzjazmem chwaliłem za ekstraklasowy poziom. A jednak. Tak się właśnie stało podczas III Festiwalu Opery Współczesnej. Ludzie odpowiedzialni za program imprezy i jego realizację okazali się nieodpowiedzialni, zapraszając słynne zagraniczne przedstawienie, nie tłumacząc libretta. Na każdym szanującym się festiwalu (na przykład na wrocławskim Dialogu) publiczność ogląda spektakle obcojęzyczne z napisami. To absolutny i podstawowy standard. Nie rozumiem zatem, jakim cudem i dlaczego operę ZITRA SE BUDE (produkcja praskiego teatru narodowego) oglądałem bez napisów wyświetlanych zwykle (także w czasie repertuarowych spektakli Opery Wrocławskiej) na elektronicznym pasku. Ktoś próbował mi wytłumaczyć, że przecież przygotowywanie napisów na jednorazowy pokaz byłoby wręcz rozrzutnością. Wręcz przeciwnie. Po pierwsze, to wcale nie kosztuje dużo, po drugie, jeśli już porywamy się na tzw. festiwal i zapraszamy gości z zagranicy, to z szacunkiem dla ich pracy i dla zapraszanej widowni. Czy Roman Gutek powinien zrezygnować z prezentowania polskich list dialogowych na Nowych Horyzontach? A może pójdźmy jeszcze dalej i zamiast płacić tłumaczom książek po prostu sprzedawajmy czeskie powieści w oryginale.

ZITRA SE BUDE to prawdopodobnie świetny spektakl z najwybitniejszą czeską śpiewaczką i aktorką Soną Cerveną, która wraz z partnerami przez godzinę odtwarza ważną w czeskich dziejach historię procesu Milady Horakovej, jedynej kobiety skazanej na śmierć w Czechosłowacji lat 50. ubiegłego wieku. Treść opery, jak przeczytałem na amerykańskiej stronie Uniwersytetu w Austin, wypełniają w większości autentyczne słowa z procesu, fragmenty listów bohaterki do rodziny. Niestety, przez bezsensowną i szkodliwą decyzję owych odpowiedzialnych za operowy festiwal osób dostęp do pełni tego nagradzanego dzieła mają tylko nieliczni. Na miejscu artystów z Czech śmiertelnie bym się obraził, bo nawet na internetowej stronie wrocławskiej opery zabrakło streszczenia libretta. Klikamy na zakładkę i pusto. To niespotykany obciach i niesłychana niegościnność, nie wspominając o artystycznym profesjonalizmie. Nie można rezygnować z napisów w przypadku scenicznego dzieła tak mocno w treść zanurzonego, chwilami niemal dramatycznego, ze znaczącymi (zapewne) monologami Cerveny. Jeżeli Opera Wrocławska wyjedzie z „Pułapką” za granicę, miło będzie wykonawcom śpiewać tekst Różewicza w pustkę?

To, że widzowie pokazu we Wrocławiu wstali z miejsc i nagrodzili Czechów gorącą owacją tłumaczę na dwa sposoby: albo wśród moich sąsiadów z widowni byli sami biegli w czeszczynie, albo starali się zrekompensować pułapkę, w jaką organizatorzy festiwalu najwyraźniej wpuścili Narodni Divadlo z Pragi. Bo w głowie mi się nie mieści, by wstawać do oklasków po zaledwie w połowie przeżytym spektaklu. Współczesna opera to nie tylko muzyka, także tekst, często równoważny do tego, co dzieje się w nutach, wypływający z nich, inspirujący pracę kompozytora. Następnym razem gdy zobaczą Państwo na wrocławskim afiszu operowym przedstawienie gościnne, upewnijcie się, że znacie język libretta, bo inaczej czeka was kulturalny szok lub wielkie rozczarowanie.

PS
ZITRA SE BUDE zostało sfilmowane przez Jana Hrebejka. Podczas uniwersyteckich dni z kulturą czeską Amerykanie w Teksasie oglądali film z napisami. Tymczasem wrocławska opera nawet własne koncertowe wykonanie ANIOŁÓW W AMERYCE zaprezentowała jedynie w wersji oryginalnej.

Monday, October 1, 2012

KLINIKEN (Teatr Polski we Wrocławiu)



Towarzyszący nowemu przedstawieniu Teatru Polskiego we Wrocławiu program jest tym razem złożony z kilkunastu kart. Trzeba je jednak poukładać samemu. Z chaosu wydobyć porządek na własną rękę albo uporządkować chaos wedle własnego pomysłu. Podobnie chyba zaplanowano cały spektakl KLINIKEN/MIŁOŚĆ JEST ZIMNIEJSZA NIŻ ŚMIERĆ, według szwedzkiego pisarza Norena i niemieckiego filmowca Fassbindera.

W pierwszej części jesteśmy najpierw na planie filmowym, gdzie właśnie kończy się kręcenie sceny i następuje finałowa balanga. Niepostrzeżenie jej uczestnicy okazują się za chwilę pacjentami czegoś w rodzaju kliniki psychiatrycznej, z której mogą wychodzić na przepustki. Nie ma wprawdzie personelu medycznego, lecz każdy bierze leki i coś z nim/nią nie tak. Depresja, załamanie nerwowe, schizofrenia. Pacjenci toczą dialogi, często monologi w obecności innych, wygadują się. Słuchamy tego zaintrygowani, ale nie treścią rozmów, tylko napięciem, jakie tworzy się (i utrzymuje) między słowami, postaciami, warstwą wizualną i foniczną. Duże zasługi w rytmicznym rozbudzaniu percepcji widzów mają aktorzy często polifonicznie wypowiadający papierowe kwestie. W zwyczajowo już znakomitym zespole wyróżnić warto Marcina Czarnika w roli Martina i debiutującą w Teatrze Polskim absolwentkę krakowskiej PWST Joannę Woźnicką, nie zapominając o Halinie Rasiakównie (klasa!).

Ta pierwsza część przypomina trochę zrealizowaną przez Krystiana Lupę w Lozannie POCZEKALNIĘ, pokazywaną we Wrocławiu w ramach ubiegłorocznej edycji festiwalu Dialog. Nic dziwnego, reżyser KLINIKEN - Łukasz Twarkowski - to stały współpracownik i uczeń Lupy, a jednym z tekstów wziętych tu na warsztat jest grywany w teatralnej Europie utwór Larsa Norena, autora także dramatu będącego podstawą POCZEKALNI. Lupa wspominał, że czytając Norena zasypiał i wiele trzeba było zrobić na próbach, aby spektakl nie działał identycznie. Dobrze go rozumiem po obejrzeniu KLINIKEN, choć z rozumieniem przedstawienia Twarkowskiego mam kłopoty. W teatralnym programie można poczytać o przeróżnych kontekstach i inspiracjach, kulturze LSD, terrorystycznej organizacji RAF, manifeście Socjalistycznego Klubu Pacjentów ("choroba jest jedyną formą, w której życie w kapitalizmie jest możliwe" - głosi pierwszy punkt). Bardzo się zawsze obawiam spektakli tak mocno wrytych w kontekst. Z jednej strony może się przecież okazać, iż bez znajomości nawiązań nie uda się pojąć intencji twórców, z drugiej - trudno oczekiwać od publiczności wiedzy, jaką posiedli autorzy, pracujący nad swoim scenicznym dziełem co najmniej kilka miesięcy. Widz ma te trzy godziny i niewiele więcej na przeżycie i ewentualną refleksję.

Wychodzi więc w końcu CHYBA na to, że rzecz dzieje się w rzeczywistości filmowej, telewizyjnej, w studiu przypominającym Big Brothera, na planie niezbyt interesującej dokunoweli psychologicznej. Kiedy kończy się część pierwsza, wychodzimy na przerwę zaintrygowani. Po co było te 80 minut świetnego aktorsko paplania, zrealizowanego również atrakcyjnie, w czterech scenograficznych przestrzeniach? W drugiej odsłonie znak zapytania robi się z kwadransa na kwadrans coraz większy. Główną postacią staje się Fassbinder, który w tamtej telewizyjnej klinice powiedział znamienne dla spektaklu zdanie: Zawsze chciałem o tym porozmawiać, ale nie wiedziałem, jak. Tutaj mamy niby prywatne mieszkanie, za moment znów plan filmowy, studio prób, gdzie wykuwa się awangardowe artystyczne dzieło. A w pewnym momencie bohaterowie zwracają się do publiczności: Po co mamy was uświadamiać? Nie możecie sobie sami uświadomić? Pojawia się wątek wchodzenia i wychodzenia z roli, dwoistości aktorskiej natury, dyskusja o byciu artystą i byciu prywatnym człowiekiem. Kolejny grzyb w tym barszczu to pytanie o rewolucję. Czy można dziś zmienić rzeczywistość poprzez wywrotowe działanie z pistoletem w dłoni, manifestem na ustach, poprzez sztukę? I kto ma to uczynić? Te słabe jednostki z kliniki? Ci w mgle poszukujący artyści, mylący kino z realem, real z kinem? A może tak zwani zwykli ludzie, tak zwani aktorzy w teatrze życia, wycieńczeni codzienną pogonią za jako taką egzystencją?

Łukasz Twarkowski wraz z Anką Herbut (odpowiedzialną za dramaturgię) stworzyli swoje przedstawienie ze zbyt wielu elementów. Trudno zatem ten chaos ogarnąć widzom, chwilami wciągniętym i intelektualnie zaangażowanym w tok scenicznego wywodu. Wywodu, któremu brakuje składnika w KLINIKEN zupełnie nieobecnego, czyli emocji. Bez tego, mimo artystycznych wysiłków, zostaje się w pół drogi. Ja bym postawił na Fassbindera, zamiast kojarzyć go na siłę z Norenem. W pojemnej autokreacji reżysera szukającego sposobu na sztukę i świat starałbym się znaleźć świat dzisiejszych młodych, oburzonych w krótkotrwałym marszu, niepotrafiących pójść dalej. Bo przecież wszystkie rewolucje się zdarzyły. I co przyniosły? Lepsze/gorsze czy constans? Pacjenci z psychiatryka (choćby i telewizyjnego) już nas nie interesują. Big Brother jest przeszłością. Za to reżyserzy próbujący odszukać własny styl i swoje tematy są ciągle w cenie. Od nich aktorzy uczą się najwięcej, także w teatrze życia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
KLINIKEN/miłość jest zimniejsza niż śmierć, wg Norena i utworu TRAUMGRUPPE Anki Herbut, inspirowanym twórczością Rainera Wernera Fassbindera. Reż. Ł. Twarkowski. Teatr Polski we Wrocławiu, Scena na Świebodzkim, 30 września 2012

Tuesday, September 18, 2012

TYTUS ANDRONIKUS (Teatr Polski we Wrocławiu)



AVE KLATA! 



Wyrwało się Janowi Klacie w przedpremierowej rozmowie z dziennikarzami, że może potrzebowaliśmy Quentina Tarantino, aby zająć się „Tytusem Andronikusem”. W takiej formie i właśnie o tym. O traumach polsko-niemieckiej (i nie tylko) historii, o przemocy międzysąsiedzkiej, międzyludzkim wilczym dole, złym spojrzeniu, niekończącym się bezsensownym odwecie. Może i tak, Tarantino był potrzebny, ale jego filmy to jednak czysta rozrywka, nie dają nic prócz estetycznej frajdy (bo przecież nie rozkoszy). Dla teatru Klaty, korzystającego tu i z Tarantino, i z Monty Pythona, i z greckiej tragedii oraz Szekspirowskiego geniuszu, próg przyjemności odbierania to zaledwie pierwszy krąg, seans zero. Najważniejsze nadchodzi potem.
    
Udaje się zespołowi Klaty stworzyć w „Tytusie Andronikusie” wielopoziomowe widowisko, sceniczny odpowiednik świetnej powieści. Najżałośniejsza rzecz o człowieku, który nie pojął w porę, że świat się zmienia, stare reguły zastępuje nowy brak reguł, tka się w spektaklu nicią jasną, zrozumiałą dla kogoś, kto oryginału Szekspira nie zna. Wracający ze zwycięskiej wojny dowódca odrzuca propozycję przejęcia rzymskiego tronu w imię przyzwoitości starego porządku. Nie jest w końcu cesarskim potomkiem. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że uruchomi mechanizm apokalipsy. Może tkwi w nim etyczny rygor, absolut-konieczność, może oferta przychodzi nie w porę. Gdy opłakuje się 21 poległych w walce synów, nie ma miejsca na nic prócz żałobę. Klata rozegrał ten moment imponująco. Kazał Tytusowi wnosić na scenę ciężkie skrzynie-trumny przy wtórze hardrockowej muzyki, do rytmu wykonywanej przez aktorów musztry. Widziałem, jak niektórzy widzowie nerwowo i z dezaprobatą niecierpliwili się na swych krzesłach. Dla mnie ten kwadrans był koncertową uwerturą w symboliczny sposób oddającą 21 lat historii naszej ery. Zaszczepione tak w widzu myślenie kiełkuje przez całe przedstawienie. Mieliśmy być może jeden holocaust, ale wcześniej (i później) tysiące podobnych zbrodni, fatalnych wykroczeń. Od epoki Krzyżaków (i Wandy co nie chciała Niemca) po gastarbeiterski żywot niechcianego cwaniaka. W środku Grunwald, hołd pruski, zabory, germanizacja, wojny światowe, Auschwitz, wybaczamy i prosimy o wybaczenie. Nie, to ostatnie w świecie Tytusa Andronikusa nie występuje, bo tu niepodzielnie królują ZEMSTA, GWAŁT, MORDERSTWO. W tej sztafecie są arcymistrzowie, nie ma triumfatora. Raz my, częściej wy dopinacie celu. Wrocław – Breslau – Wrocław i naloty na Drezno. Septemberfest, a dla odmiany czasami obciachowa dyskoteka z piosenkami Fancy’ego. Jak to przerwać? Wygasić światła na scenie, bić brawo (nie sąsiada) i myśleć, myśleć, myśleć.


„Tytus Andronikus” zaprezentowany przez Austriaków, Niemców, Polaków, nacje mające swoje za uszami, staje się szybko uniwersalną opowieścią o przemocy w ogóle. Także o tym, jak symboliczny Żyd zjada symbolicznego Murzyna, symboliczny Rosjanin przychodzi, by krwawe pobojowisko po swojemu pozamiatać. Widz musi na to zareagować. W oklaskach publiczności nie zachwyt się ujawnia, lecz prawda. Bo mimo tragifarsowo-kabaretowych scenek, mimo salw rozbawienia, wieje grozą. Borowskim, Nałkowską, Grossem, Tochmanem. Kubą, Syrią, Timorem, Kambodżą. To jest miejscami bardzo poetycki spektakl, przebiegle wyważony, oskarżycielski i okrutny, ale też groteskowy. I IDEALNIE OBSADZONY. Klata wraca tu trochę do fizyczności własnej „Ziemi Obiecanej”, energii „Nakręcanej pomarańczy”, też zawierających elementy różnych teatrów (pantomimy, tańca, dramatu). W „Tytusie...” mamy nawet teatr lalkowy. Zmęczenie aktorów boli, przez co cierpienie staje się sprawą wspólną. Cierpienie naiwnego wodza-ojca, piekło poniewieranych kobiet, los mężczyzn, którzy też ciągle muszą coś wbrew sobie. Kiedy upada jeden Rzym, pojawia się nadzieja na nowy, ale jak, kto i dlaczego miałby naprawić ten dziwny świat? Nie zrobi tego kat ani ofiara. Wszystkie role tego spektaklu wymagają najwyższej oceny w rankingu teatralnego „Kickera”. Każda i każdy jest artystycznym snajperem. Chapko, Hanushevsky, Höller, Göpel, Majnicz, Michalek, Mrozek (szkoda, że tak krótko), Luckey, Pempuś, Ranft, Skibińska, Ziemiański. Dramaturdzy (z Polski i Niemiec), scenografka, choreograf, twórcy znaczących kostiumów, autorzy pomysłowych wideonapisów. Wyraziste, potrzebne 20 procent Heinera Müllera i młody, mocny, błyskotliwie bijący między oczy William Szekspir. Zderzenie czołowe z takim czołgiem, prowadzonym przez przenikliwie inteligentnego tytana Klatę, pozostawia rany. Czym je opatrzyć?

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................
TYTUS ANDRONIKUS wg Szekspira i Muellera, reż. J. Klata, premiera Teatru Polskiego we Wrocławiu, 15.09.2012

Sunday, July 1, 2012

HOPLA, ŻYJEMY!




Oboje mają ponad siedemdziesiąt lat. Spotykają się po ponad pięćdziesięciu, by przeżyć to, czego nie udało się w młodości. Miłość, seks, radość bycia razem. W końcu są szczęśliwi. Kurtyna. „Hopla, żyjemy!” to nie jest jednak przedstawienie o odzyskanej miłości (nie ma też kurtyny). Krystynie Meissner chodzi o odzyskanie starości jako normalnego okresu ludzkiego życia, bez etykiet, specjalnego traktowania, bez społecznych granic. Dlatego rozbiera grających główne role Ewę Dałkowską i Jacka Piątkowskiego, dlatego też zaprasza do wspólnotowego doświadczenia. Na początku Meissner otwiera nawias, wprowadzając scenicznych pensjonariuszy tzw. domu spokojnej starości w role: wariatki, melancholika, dowcipnisia, podrywacza, bigotki czy zgreda (tu w wersji żeńskiej). Jasne jest, że plejada aktorów w jesiennej części swojego życia będzie grać. Nawias zostanie zamknięty w scenie finałowej, przypominającej koniec koncertu, okolicznościowej gali (brakuje tylko wyświetlonych gdzieś słów piosenki do współśpiewania przez publiczność). A to, co się dzieje pomiędzy jest mieszanką gorzkiego realizmu, kwaśnej komedii, słonej edukacyjnej pogadanki. Jedna z postaci powtarza słowo „Niedobrze”, no bo rzeczywiście niedobrze, że wepchnięto starość w zamknięty, gatunkowo sformułowany rozdział księgi życia. A starość chce lub może się z niszy wyrwać.

Zdaje się, że 2012 to Europejski Rok Aktywności Osób Starszych i Solidarności Międzypokoleniowej i spektakl Krystyny Meissner idealnie się w takie hasło wpisuje. Nawet w Cannes w tym roku zwyciężyła „Miłość” Hanekego, film o starym małżeństwie. Ale temat starości to żadna nowość w sztuce, tytułów dałoby się wymienić przynajmniej dziesiątki. „Hopla, żyjemy!” miał być adaptacją powieści Marqueza „Miłość w czasach zarazy”, mnie podczas oglądania przypominała się „Niewinność” Paula Coxa, momentami także „Chłopcy” Stanisława Grochowiaka. W „Niewinności” była miłość na przekór i na szczęście, z kolei w „Chłopcach” codzienne zmagania podopiecznych z siostrami w przyzakonnym domu opieki. Meissner zaproponowała to wszystko we własnej pigule, wołając (i śpiewając) o prawo starszych ludzi do pełni życia. Parafrazując tytuł pewnego filmu, to jest spektakl dla starych ludzi, choć młodsi też wyniosą z niego pożytek. Może przyjrzą się swoim rodzicom z innego punktu widzenia, może mijając wiekowych sąsiadów albo stojąc za kimś niemłodym w kolejce do kasy, spojrzą nowym okiem. „Hopla, żyjemy!” trochę w takiej odmianie pomóc może. Trochę, bo tak mocne wyakcentowanie wątku erotycznego osłabia pozostałe, nie wiem, nie mam pojęcia, czy ważniejsze, czy nie - napiszę, jeśli dożyję do emerytury.

W teatrze Krystyny Meissner nudzić się nie sposób. Odchodząca ze stanowiska dyrektorki po 13 latach reżyserka zawsze dbała o kontakt z publicznością. Nie obawiała się naiwności, mówienia wprost, nie odmawiała widzom scenicznych atrakcji. Język teatralnego dialogu Meissner z widownią to mowa uniwersalna, trafiająca w umysł argumentem, przestrzenie emocji zdobywająca nie tylko słowem i fabułą, także obrazem i dźwiękiem. W „Hopla, żyjemy!” oprócz dyskretnie znaczącej muzyki Piotra Dziubka brzmią przeboje The Eagles, świetnie działają w scenie snu odgłosy natury, a obrusowo-firankowa scenografia Łukasza Błażejewskiego wchodzi pod próg zmysłowej recepcji, tworząc Aurę. Warto zwrócić uwagę na epizody, bo każdy z aktorów i każda z aktorek grających pensjonariuszy to artyści wielkiej klasy, z pokaźną biografią i osiągnięciami. Proszę popatrzeć, jak są jednocześnie charakterystyczni i indywidualni, gdy mają te minutę na solo, kiedy istnieją w tle. Ewa Dałkowska z Jackiem Piątkowskim tworzą przekonującą parę ludzi świadomych niełatwego wejścia w związek po związkach, w miłość po uniesieniach, w nowe po starym. On śni o jędrności dawnych kochanek, ona o stabilizacji przy mężu przewidywalnym, mimo to decydują się na wspólną euforię, bo tylko ona da im uwolnienie.

Po premierowym spektaklu odbyły się we Współczesnym pożegnalne rytuały. Mówiło się o szczęśliwej trzynastce szefowania, przemawiał również Bogdan Zdrojewski, który, wtedy w roli prezydenta miasta, wymyślił, że na fotelu dyrektorskim usiądzie właśnie Krystyna Meissner. Dzisiejszy minister przytoczył zapamiętane skądś zdanie reżyserki o rozróżnieniu między teatrem eklektycznym a różnorodnym. Jej Współczesny miał być różnorodny, co rzeczywiście doskonale się udało. Najważniejszą jednak definicję teatru usłyszałem od Krystyny Meissner na zakończenie radiowego wywiadu:

- Czym jest teatr? – zapytałem.
- Radością – padła odpowiedź.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
HOPLA, ŻYJEMY, reż. Krystyna Meissner, Wrocławski Teatr Współczesny, 29 czerwca 2012