Sunday, January 20, 2008

Sandor Marai PIERWSZA MIŁOŚĆ

Proza Sandora Maraia nie bez powodu ma swoich prawdziwych miłośników. Marai potrafi pisać docierającym językiem o sprawach naprawdę bliskich duszy ponadczasowego człowieka. I pomyśleć, jak niewiele brakowało, by Marai pozostał jednym ze znakomitych zapomnianych artystów. Odkrycie Węgra w latach 90. ub. wieku zawdzięczamy włoskiemu pisarzowi Roberto Calasso. Właśnie się u nas ukazała jedna z pierwszych powieści urodzonego w Koszycach autora "Żaru" i "Krwi św. Januarego".

Jak to z tłumaczeniami często bywa, najpierw czytelnicy poznają przekładanego pisarza z tych największych hitów i najwyższej próby dzieł, by potem móc przeczytać książki pozostałe, np. młodzieńcze lub debiutanckie. Tak mają z Maraiem i "Pierwszą miłością" polscy miłośnicy literatury. Tym razem bohater to pięćdziesiąciodwuletni nauczyciel łaciny w lokalnym gimnazjum, człowiek osamotniony, zapomniany, może nawet niepotrzebny. Przegrany, dojrzały mężczyzna zakochuje się w swojej uczennicy, a własne emocje i przemyślenia opisuje w pamiętniku, który czytamy. Nie powiem, że z wypiekami na twarzy, choć wyznania złapanego w pułapkę podświadomości nauczyciela niepokoją. Sytuacja nie jest w końcu naturalna.

Choć bohater walczy, wie, również, iż świat i wszechświat nie staną po tej samej stronie. Jego miłość to jednak tylko erotyczny pociąg, skojarzony z nienawiścią do rywala o względy dziewczyny z maturalnej klasy, przedmiotu mrocznego pożądania. Margit nie wydaje się z opisów szczególnie atrakcyjna, no ale w wieku nauczyciela powinna wystarczyć jej młodość. Czytając "Pierwszą miłość" i znając późniejsze dokonania autora, szybko się orientujemy, że w standardowej opowieści chodzi o coś innego niż cierpienia starego Wertera. Pod podszewką miłosnych niebezpiecznych związków, czają się libertyńskie uniesienia, czyli gra z wartościami. Werter Goethego miał w sobie naiwność, głupotę nawet, nauczyciel Maraia pała tylko zawistną zazdrością o szansę, stracone możliwości, o to, co przed uczniami i to, co już nieuchronnie za nim. Jest terminatorem miłości, nie kochankiem. Działa, jak ci doświadczeni z opowiadań Hłaski, przycinający tych niewinnych do poziomu własnego niespełnienia. Można tę powieść czytać jako moralitet, perwersyjny romans, można doszukać się historycznego oddechu. Bo akcja dzieje się w roku 1912, tuż przed upadkiem austro-węgierskiego imperium.

Tragizm zbrodni, zdrady, miłości, losu, systemu, czasu to częste tematy książek Maraia, dotkniętego chorobą geograficznej i wewnętrznej emigracji twórcy wybitnej i bardzo dobrej literatury. W styczniu 1989 roku zapisał w "Dzienniku": "Czekam na wezwanie, nie ponaglam, ale i nie ociągam się. Już pora". Potem zadzwonił na policję, oznajmiając zamiar popełnienia samobójstwa. Policjanci z amerykańskiego San Diego już nie zdążyli. Kiedyś o swej lekturze Dostojewskiego Marai zanotował: "tak mnie męczy, jakbym się zamknął w jednym pokoju z szaleńcem, ale takim szaleńcem, który może kiedyś zostanie ogłoszony świętym". Słowa znaczące również w przypadku autora "Pierwszej miłości", książki niedorównującej późniejszym, lecz podobnie poruszającej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................................................
Sandor Marai PIERWSZA MIŁOŚĆ, przeł. F. Netz, Czytelnik, 2007

Friday, January 11, 2008

Barack Obama ODZIEDZICZONE MARZENIA

Na amerykańskich monetach widnieje napis “E pluribus unum”, co znaczy “jedno uczynione z wielu”. To historyczna maksyma Stanów Zjednoczonych, znajduje się na używanej od XVIII wieku wielkiej pieczęci, autoryzującej ważne państwowe dokumenty. Ojcom-założycielom niepodległej Ameryki chodziło o podkreślenie wielonarodowości i wielokulturowości kraju emigrantów, choć przez tych parę wieków istnienia USA nie wszyscy mieli szczęście równych praw. Tego samego motywu jedności użył Barack Obama podczas przemówienia na
bostońskiej konwencji demokratów w 2004 roku:

"Nie ma Ameryki liberalnej czy konserwatywnej, są Stany Zjednoczone. Nie ma czarnej ani białej Ameryki, nie ma kraju latynosów czy Azjatów, są Stany Zjednoczone. Różni eksperci chcieliby pokroić nasze państwo na części, czerwone i niebieskie, republikańskie i demokratyczne. Mam dla nich wiadomości: wierzymy w Boga w stanach niebieskich i nie lubimy cenzury w stanach czerwonych. Mała Liga istnieje w niebieskich oraz, tak, przyjaźnimy się z kilkoma gejami z czerwonych stanów".

Ta mowa uczyniła z niezbyt znanego czarnoskórego senatora poważnego kandydata przyszłości, która właśnie nadeszła. Już dziś nie mówi się o Obamie inaczej jak o człowieku przełomu na amerykańskiej scenie poltycznej. Prezydent USA o innym od białego kolorze skóry nie jest już ani marzeniem, ani widmem, ani nonsensem. Od niedawna możemy i u nas bliżej poznać jednego z głównych uczestników najnowszego wyścigu do Białego Domu, dzięki wydanej po polsku autobiografii Baracka Obamy. Tytułowe “odziedziczone marzenia” to dziś dla autora przede wszystkim pragnienie życia w jednej Ameryce wszystkich obywateli. Nie tylko dzieło Jamesa Baldwina, Langstona Hughesa, przedwojenny Harlem, nie tylko mantrycznie powtarzane idee Kennedy’ego. Nie tylko zajmująca sporo miejsca w tej książce Afryka i jej wspólnotowa tradycja.

Wydaje się, że nienowa przecież propozycja prawdziwie pluralistycznego kraju wielu nacji, poglądów i religii, może znaleźć podatny grunt właśnie z powodu osoby Obamy. Potomka
zwykłej rozbitej amerykańskiej rodziny, syna kenijskiego naukowca, który zdecydował się powrócić do swojej afrykańskiej ojczyzny, zostawiając żonę i dziecko. Biała matka też wybrała później życie w podróży. Chłopiec został na Hawajach z dziadkami, by zawędrować jako student do Nowego Jorku, pracować w Chicago, wstąpić na Harvard, w końcu zacząć skromną praktykę prawniczą i oszałamiającą karierę polityczną. W “Odziedziczonych marzeniach” znajdziemy szczerą opowieść o losie współczesnego Afro-Amerykanina z ambicjami. Opowiada młody mężczyzna, przywiązany do kultury swojego kraju, ale i zafascynowany korzeniami rodziny, nieukrywający osobistego stosunku do historii. O okresie ostrej walki czarnoskórej ludności o pełne prawa ma zdanie odważne. Wyznaje, że trudno ocenić, bo nie sposób sobie wyobrazić sytuacji człowieka, którego jedynym wyjściem jest brnięcie w pułapkę gniewu i przemocy. Bez rzeczywistej szansy na wycofanie lub stanie z boku. Dlatego pewnie tak się teraz stara, aby przedstawić Amerykę Amerykanom jako kraj różnorodnych przekonań i tradycji, kolorowy, nie czarno-biały.

Nie wiadomo, czy amerykańskim demokratom wystarczy wyobraźni do zagłosowania na pierwszego w dziejach USA afrokandydata. Nie wiadomo, czy ewentualnie wystarczy takiej wizji wyborcom. Za to postać Obamy z pewnością może być inspirująca dla każdego czytelnika. Bo autor “Odziedziczonych marzeń” odniósł sukces, pamiętając, że kluczem jest właściwy wybór, ale i lekcja na własnych błędach.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................................................................................
Barack Obama ODZIEDZICZONE MARZENIA, przeł. P. Szymczak, Media Rodzina, 2007

Tuesday, January 8, 2008

Dorota Siwicka ZAPYTAJ MICKIEWICZA

Z książki Doroty Siwickiej można zdobyć wiedzę pożyteczną zarówno w sensie samorozwojowym, jak towarzyskim. Błysnąć ciekawostką na temat uwielbienia, jakim darzył Mickiewicz latające balony, to sprawa nie do pogardzenia dla ambitnego salonowego zwierza. Na 3 lata przed śmiercią wieszcz opracował własny projekt balonu, z detalami i innowacjami. Autorka tej absolutnie fascynującej opowieści wiąże zamiłowanie poety do obiektów latających z potrzebą wyobraźni i oderwania od ziemskiej gnuśności. Jako emigrant, twierdzi Siwicka, w środkach komunikacji znalazł nadzieję na lepszy los dla człowieka zbyt często zamkniętego w granicach swojego świata.

Dorota Siwicka, badaczka literatury zatrudniona w Polskiej Akademii Nauk, sprawiła, że niemożliwe stało się faktem. Zwróciła się do polskiego wieszcza z pytaniami całkiem współczesnymi, by dzięki skrupulatnie analizowanym źródłom, otrzymać zastanawiające odpowiedzi. Autorka czyta to, co o Mickiewiczu napisano, to, co on sam zostawił w literackiej spuściźnie, zaprzęgając godną podziwu erudycję w odważny kurs po dzisiejszych problemach ludzkości. W jakiej epoce żyjemy, po co nam feminizacja świata, rozwój techniki, co mógłby dziewiętnastowieczny geniusz powiedzieć pokoleniu Microsoftu? To niektóre z zagadnień. I rzeczywiście, okazuje się, iż Mickiewicza ciągle warto słuchać, niekoniecznie tylko wtedy, gdy porusza narodowe wątki. Cytat z wykładu w Collège de France, zdaniem Siwickiej, dotyczy również cywilizacji mailów:

"Wynalazczość napędzana przez ekonomię nie buduje wspólnoty, lecz co najwyżej pseudojedność…Nie sądźcie, aby te sztuczne środki, które zdają się teraz ułatwiać wzajemne komunikowanie się narodów, zbliżały wzajemnie ludy. Nie, to duch je zbliża".

Takich fragmentów w „Zapytaj Mickiewicza” znajdziemy więcej, przekonując się po raz kolejny o wartościach wnikliwej lektury. Z pewnością tzw. poważni naukowcy zechcą tę książkę traktować zaledwie jako żartobliwy wybryk koleżanki, bo tyle hipotez, dywagacji, niepewności nie mieści się w zajętej profesorskiej głowie. Ja rzuciłem się na propozycję Doroty Siwickiej, doceniając na początku pomysł, potem także wykonanie. Nie jest łatwo uwspółcześnić takiego artystę, jak Mickiewicz, w sposób wiarygodny, a równocześnie bezpretensjonalny. Oczywiście, brakuje mi kilku kwestii, ale mam impuls do poszukiwań. W podjętych tematach nie zawsze udaje się rozwiązać zagadkę rzeczywistości, lecz nie o to tutaj chodziło. Największym atutem pracy Siwickiej wydaje się przekazanie poczucia wspólnoty z kimś, kogo o tak daleko idące zrozumienie nie podejrzewaliśmy, karmieni podstawowym nurtem interpretacji dzieła wieszcza. Identyfikacji z Poetą Ojczyzny nie trzeba ciągle podejmować na nowo, za to zaprzyjaźnić się z panem Adamem, bywałym w Nowogródku i Paryżu, człowiekiem swojego wieku i mieszkańcem przestrzeni ponad czasem, zawsze warto. Zapytać, a nuż odpowie.

Dorota Siwicka przypomina instalację Juliana Jończyka z roku mickiewiczowskiego, 2005, kiedy krakowski pomnik autora „Dziadów” ożył dzięki iluminacji. Oto Mickiewicz trzymał w dłoniach trzy błyszczące jasnym światłem neony, kojarzące się z mieczami Luke’a Skywalkera. „Trzeba nam trochę magii – pisze badaczka – i tej nagle objawiającej się tajemnicy – świetlistego błysku ducha”. Jej książka pomaga spojrzeć oczami wieszcza na nowy niewspaniały świat. I to nie po to, by w jego oczach zobaczyć siebie lub uzyskać otwierającą radę, lecz po to, by sięgnąć dalej. Okiem słońca całe ogromy przeniknąć z końca do końca.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………….
Dorota Siwicka ZAPYTAJ MICKIEWICZA, słowo/obraz terytoria, 2007

Saturday, January 5, 2008

Howard Sounes CHARLES BUKOWSKI

Tytuł książki o pisarzu-lumpie wszech czasów wyjaśnia rodzaj tej biografii. Tytuł przypominający piosenkę z listy przebojów. Howard Sounes zajął się po Bukowskim życiem Dylana, wydał też opowieść o kulturze lat 70., więc kierunek fascynacji pisarza i dziennikarza wydaje się oczywisty. Ale z samej fascynacji rzadko wychodzi dobra literatura faktu. Sounes spędził 2 lata na zbieraniu materiałów, rozmowach, prowadząc drobiazgowe biograficzne śledztwo. A potem usiadł i napisał książkę o wartkiej akcji, oddającą charakter bohatera, przynoszącą wiele barwnych anegdot z życia nazywanego tu bardem autora “Faktotum”.

Aż 30 stron zajmuje informacja o źródłach wiedzy o Bukowskim. Niewiele mniej niż część relacjonująca pierwsze 30 lat jego życia. Sounes skupia się na okresie mniejszej i większej sławy, co dla atrakcyjności tematu jest pomysłem trafionym. Zresztą w przypadku Bukowskiego biografia to właśnie to, o czym pisał, samemu można sobie dośpiewać brakujące zwrotki „Locked in the arms of a Crazy Life”. Mimo że Sounes umieszcza w swej książce fragmenty wzięte z wierszy i prozy Bukowskiego, komentując lub kojarząc je z własną narracją, najcenniejsze są informacje pochodzące od osób, które się z pisarzem zetknęły. Rodziny, przyjaciół, znajomych, kochanek, wielbicieli, współpracowników.

Wielbicielem był Sean Penn, w okresie zażyłości z Bukowskim związany z Madonną. Piosenkarka nie zrobiła na autorze „Kobiet” szczególnego wrażenia, kiedyś pozwolił sobie nawet na gorzką uwagę o niej w towarzystwie męża. Penn się uniósł, zaczął wstawać od restauracyjnego stolika w wojennych zamiarach, gdy Bukowski przywrócił równowagę stosunków, rzucając: „Siadaj, i tak cię nie pokonam”. Penn miał zagrać główną rolę w filmie na podstawie scenariusza Charlesa. I choć ostatecznie w „Ćmie barowej” wystąpił Mickey Rourke, Penn przemawiał na pogrzebie w 1994 roku. To, że na jednym z przyjęć Bukowski nazwał Arnolda Schwarzeneggera „dupkiem”, wiadomo z niemieckiej książki Freyemutha, lecz większość anegdot przytacza Sounes na podstawie swoich źródeł. Choćby scysja z Normanem Mailerem czy wspólny wieczór poetycki z Allenem Ginsbergiem dodają do wizerunku Bukowskiego koloryzujący detal.

Na okładce polskiego wydania „W ramionach szalonego życia” widać pomnikowe zdjęcie twarzy bohatera. W takiej wersji mógłby Bukowski trzymać fason jako piąty prezydent na skale Wielkiego Kanionu. Dużo ciekawsza, bo prawdziwiej odzwierciedlająca treść tej biografii i życie pisarza, jest okładka drugiego brytyjskiego wydania, ustylizowana po hipisowsku.

"Kiedy jechał autostradą, najlepszy był prawy pas. Otwierał szyberdach, nastawiał radio na stację grającą muzykę klasyczną i jechał bez pośpiechu, podczas gdy inni pędzili na swoje spotkania".

Nawet gdy już poczuł smak sławy i pieniędzy, osiągniętych po latach rozrywki i mozołu, przyznawał się do bycia na bieżąco z „gównem tego świata”. Sounes przypomina napis na grobie Bukowskiego w leżącym na południe od Los Angeles Green Hills Memorial Park. Dwa słowa: „DON’T TRY” (nie próbuj) znaczą: nie usiłuj czegoś zrobić, nie mów, że to próba, zrób, żyj. I wtedy może coś po tobie zostanie. „Coś do czytania, może”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................................................
Howard Sounes CHARLES BUKOWSKI. W RAMIONACH SZALONEGO ŻYCIA, przeł. M. Rabsztyn, Twój Styl, 2007

Wednesday, December 26, 2007

Książki 2007

Sporządzając listę ważnych książek 2007, każdy rządzi się we własnej książkowej Rzeczpospolitej, przypominając sobie tegoroczne lektury. Tworząc swoje kryterium.

Na rezultaty literackich konkursów czy rankingi sprzedaży zwracam ostrożną uwagę. To, co nagrodzone i to, co obliczone na popularność, już zostało wyróżnione, nie potrzebuje dodatkowej oceny. W przestrzeni wydawniczej istnieją również dzieła z datą publikacji związane tylko formalnie. W wielu zestawieniach nie zobaczymy zapewne Szymborskiej z „Miłością szczęśliwą”, ponieważ nie jest to rzecz nowa, tylko składanka miłosnych wierszy noblistki. Ale czyta się jak osobna całość, ma wzięcie teraz, wróżę temu zbiorowi wieloletnie powodzenie. To jedna z absolutnych ponadczasówek, których w 2007 nie wydano znowu tak wiele. Za podobny hit, choć z innej kategorii, uznałbym album „W kręgu arcydzieł. Zbiory sztuki w Polsce”. Gdyby więc brać pod uwagę po prostu dobre książki wydane w mijającym roku, trzeba by ułożyć listę o rozmiarach książki, ograniczam się zatem do skromnego przeglądu niewykorzystanych szans, co nijak nie może oddać bogactwa naszego rynku wydawniczego.

Z czołowej kilkunastki pisarzy poczytnych z równoczesnymi ambicjami artystycznymi nowe propozycje zaoferowali Olga Tokarczuk i Andrzej Stasiuk. Nie dorównali swym najlepszym osiągnięciom, ale utrzymali poziom, potwierdzili kierunek osobistej drogi literackiej. Tokarczuk traktuje literaturę i świat czasem nazbyt poważnie, jej pisanie straciło oddech świeżości, nie zajmuje, jak zajmowało, sprawia wrażenie zatrzymanego w wędrówce do „właściwego czasu i właściwego miejsca”, jak brzmią ostatnie słowa „Biegunów”. Jestem pewien, że w końcu się uda. Przy lekturze „Dojczlandu” Stasiuka uwierała mnie wątpliwość, czy nie został wydany głównie po to, by utrzymać kontakt z niemieckim rynkiem. Mimo iż wpisuje się w dotychczasowy profil autora-obserwatora, nie porywa, jak niegdysiejsze „Dukle” czy „Babadagi”. Pewnie z powodu tematu. O Niemczech i Niemcach nawet Stasiuk nie wymyślił nic nowego. Za to w kategorii „wydawca roku” Stasiukowe „Czarne” zasłużyło na zwycięstwo, nie tylko biorąc pod uwagę liczbę nagród i nominacji. W Polsce 2007 ciągle byliśmy ciekawi prowincji, przez którą zawsze najnaturalniej obserwować życie. Na przykład „Sprzedana muzyka” Bieńkowskiego to książka prawdziwie urzekająca, wesoło ocalająca kawałek świata i dyskretnie ten odchodzący w przeszłość fragment współczesności opłakująca.

Pojawiły się także próby uchwycenia charakteru polskiej rzeczywistości. Wszystkie niedoskonałe. „Nagrobek z lastryko” Krzysztofa Vargi był dziełu najbliższy, skrócony mógłby powalczyć o miano powieści definiującej autentycznie nieznośną lekkość naszego bytu. Michał Witkowski w „Barbarze Radziwiłłównej” wprawdzie zanurzył się w PRL, lecz z ambicjami opisania antyfenomenu Polski teraz (w odróżnieniu od fenomenu „Teraz Polski”). Poległ, bo zaufał swojemu filologicznemu temperamentowi. Efekt: kolejna książka-ciekawostka i nic więcej. Tak samo przekombinował Paweł Huelle przy okazji „Ostatniej wieczerzy”, lokalnej sensacji na ćwierć fajerki.

Nie rozpieszczali nas w tym roku poeci z Ewą Lipską na czele. Młodych nie widać, pokolenie średnie zbierało zasłużone laury za tomy opublikowane w 2006. Za to Dorota Siwicka odgrzała Mickiewicza, pytając wieszcza o dzisiejsze czasy i nowego człowieka. Po co nam rozwój techniki, feminizacja świata, po co inni ludzie w cywilizacji mediów, no i „skąd wyszła wiewiórka”? Z odpowiedziami w zbiorze esejów „Zapytaj Mickiewicza” bywa różnie, lecz trzeba przyznać: pomysł-rewelacja. Zwrócić się do mistrza i wierzyć, że odpowie. Zawsze, niezależnie od roku podatkowego czy wydawniczego. Najlepsza rada? Humor! Rozumiany jako „reakcja na opresję”, „dzielność ja”, „sztuka egzystowania”, „zadanie duchowe”. Na rok następny.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Sunday, December 23, 2007

CZEŚĆ STARENIA! O Zbyszku Cybulskim

Księga wspomnień o Zbigniewie Cybulskim już raz została w Polsce wydana, w 1994 roku. O najmagiczniejszym polskim aktorze mówili bliscy, przyjaciele, znajomi. Teraz, w 80. rocznicę urodzin Cybulskiego, zdecydowano się na kolejną, uzupełnioną publikację. Wzbogaconą m.in. o relację ciotecznego brata, Wojciecha Jaruzelskiego. Wspomnień jest 47, każde dodaje do wizerunku aktora coś ciekawego, znaczący szczegół, podsumowującą lub tylko charakteryzującą anegdotę. Jako zbiór raczej sentymentalnych tekstów książka sprawdza się znakomicie, zwłaszcza gdy wpadnie w ręce kogoś, kto o Cybulskim trochę wie. Układają się te kawałki w historię osobowości człowieka bardziej życiowego niż mogłoby się zdawać.

Agnieszka Osiecka winiła polskich filmowców za to, że nikt nie zaproponował Cybulskiemu roli, która wytrzymałaby zestawienie z Maćkiem Chełmickim z “Popiołu i diamentu”. “Dźwigał legendę jak wielki, straszny garb” – pisze poetka, spoglądając na zdjęcie aktora bez okularów. – “Różni ludzie wołali do niego: “Ty, Maciek!”, albo “Ty, Zbyszek, napij się z nami piwka” (...). Ludzie widzieli w nim bohatera, nadzieję. Spodziewali się po nim czegoś niezwykłego”. Z uwag osób dorastających razem z Cybulskim wynika, że wzorowy harcerz, drużynowy, lider Szóstej Dzierżoniowskiej, mógł być idealnym idolem młodej publiczności. To jego energia napędzała gdański Bim-bom i następne przedsięwzięcia artystyczne. Do roli przewodnika był przygotowany. Potrzebował tylko poważnych propozycji, których od pewnego momentu nie dostawał. Daniel Olbrychski pisze, że taka degradacja pozycji wiele Cybulskiego kosztowała. Dopiero po śmierci pojawiła się spóźniona świadomość niewykorzystania może największego talentu w dziejach naszego kina.

Wesołych chwil znajdziemy w tych opowieściach mnóstwo. Z wymianą mistyfikacji organizowanych przez Bogumiła Kobielę lub Zbigniewa Cybulskiego, by żyło się intensywniej. W latach 50. Kobiela zaaranżował przyjacielowi w radiu wywiad. Cybulskiego wypytywano o aktualną sytuację polityczną, czyli coś, o czym nie miał pojęcia, a musiał się starać jakoś wybrnąć. Wtedy od każdego oczekiwano ideowych deklaracji. Kiedy po pewnym czasie okazało się, iż wywiad jest dowcipem, “Zbyszek postanowił wziąć odwet” – wspomina Mieczysław Kochanowski. Odwet był srogi, kobieciarz Kobiela został zaproszony przez atrakcyjną dziewczynę do jej mieszkania, gdzie zamiast upojnej nocy, na Bobka czekali mężczyźni w rzeźnickich fartuchach. Cybulski wymyślił ten numer w okresie, gdy po Wybrzeżu krążyły wiadomości o okrutnej bandzie, która porywa ludzi, by robić z nich mięso. I tak dalej.

Cybulskiego opisują także Jacek Fedorowicz, Janusz Majewski, Jerzy Stefan Stawiński, Elżbieta Kępińska, Beata Tyszkiewicz, Lucyna Winnicka i wiele innych postaci barwnego życia w szarym PRL-u. Książkę kończy tekst Andrzeja Wajdy, pełen anegdot, lecz i analiz aktorskiej metody “pierwszego w powojennym kinie polskim aktora całkowicie oryginalnego”. Dobrze, że te wspomnienia wznowiono, dokładając fotografie bohatera i przedmiotów z nim związanych, nie zapominając o kalendarium biografii. Można bowiem w kółko powtarzać: “dziś prawdziwych Cybulskich już nie ma”, lepiej przeczytać, dlaczego.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................................................................
CZEŚĆ STARENIA! Wspomnienia o Zbyszku Cybulskim, zebrała i oprac. Mariola Pryzwan, PIW, 2007

Saturday, December 15, 2007

W KRĘGU ARCYDZIEŁ. Zbiory sztuki w Polsce

Niewątpliwie największą zaletą tej wyjątkowej książki są możliwości, jakie otwiera. Pierwsza: możliwość podróży w czasie i przestrzeni, by odkryć dzieła w takim nagromadzeniu nie do zobaczenia. Mimo osiągnięć techniki, mimo okiełznania dystansu, brakuje nam zawsze i czasu, i środków na podobną ekspedycję po polskich perłach sztuki. Nie mielibyśmy także sposobności wynajęcia równie kompetentnych przewodników. Druga możliwość wiąże się z ewentualną realizacją szalonego pomysłu, aby jednak tych prawie 300 cudów ujrzeć osobiście, bezpośrednio, w przeróżnych zakątkach kraju. Byłaby to zatem wyprawa obliczona na lata, za każdym razem znajdowalibyśmy siebie w odmiennym punkcie życia, więc i przeżywania sztuki.

Odkładając marzenia na bok, gdy się czyta niniejszy album, musi nas dopaść refleksja na temat przemijania, a raczej nieprzemijalności przedmiotów, pielęgnowanych przez pokolenia dla pokoleń. Los obrazu, fresku czy rzeźby zależy od tysiąca okoliczności, ale też idzie o wpływ na miliony umysłów i wyobraźni. El Greco z muzeum w Siedlcach, Leonardo z kolekcji Czartoryskich przy muzeum krakowskim, nagrobek dłuta Pampaloniego ze skromnego kościoła parafialnego w Opinogórze oraz wiele innych starannie wybranych i przedstawionych prac twórców epok minionych i współczesnej. Każdy z egzemplarzy został tu opatrzony stosownym komentarzem, zawierającym uwagi o formie i kontekście powstania. Fascynująca bywa historia poszczególnych przedmiotów, nie zawsze pewna lub poznana.

Jak sugeruje tytuł, w albumie „W kręgu arcydzieł. Zbiory sztuki w Polsce” znalazły się dzieła niekoniecznie o narodowym rodowodzie. Autorzy postawili sobie zadanie zaprezentowania polskiego stanu posiadania w dziedzinie sztuki, w dzisiejszych granicach. Wrażenie jest porywające, choć z pewnością nie wszystko udało się pokazać, zwłaszcza gdy chodzi o zbiory prywatne. Współczesna sztuka ma swoją szczupłą reprezentację, ze słynnym obozem z klocków Lego Libery czy „Łaźnią” Kozyry . Oprócz malarstwa i rzeźby urzekające są pamiątki: historyczne (jak Szczerbiec królewski czy korona odkryta zaledwie 20 lat temu w Środzie Śląskiej), czysto ozdobne (jak fajansowy komplet wazonów z Wilanowa), użytkowe (siodło po kasztelanie Szembeku). Oczywiście, nie pominięto zasobów związanych z kultem religijnym. Zarówno mecenat kościelny, jak świecki działały w dawnej Polsce, ocalając od zapomnienia wspaniałości rodzimych i zagranicznych artystów i rzemieślników.

Profesor Anna Lewicka-Morawska, redaktorka albumu, tłumaczy się we wstępie z terminu „arcydzieło”, zwracając uwagę na jego problematyczny relatywizm. Ostrożnie szacuje, że tych absolutnych jest w książce „kilka czy kilkanaście”, pozostałe nazywając „pięknymi i przejmującymi”. W czasach recenzenckiej przesady ostrożność w temacie arcydzieła rzeczywiście nie zaszkodzi, skoro np. artykuł o budowie stadionu narodowego zatytułowano w poczytnej gazecie „Polski nie stać na arcydzieło”. Na szczęście jubileuszowa książka Arkad potwierdza, że stać, i to na niejedno, co dla naszego pokolenia powinno znaczyć i dumę, i odpowiedzialność.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………
W KRĘGU ARCYDZIEŁ. ZBIORY SZTUKI W POLSCE, red. Anna Lewicka-Morawska, Arkady, 2007