Sunday, January 19, 2014

Jacek Bierut HAJS


Dużo się dzieje w najnowszej powieści Jacka Bieruta, zakrojonej najambitniej z dotychczasowych jego – bardzo udanych – literackich propozycji. HAJS jest dziełem dopracowanym w detalach, dynamicznym, językowo wręcz doskonałym. Narracja wędruje w czasie, co rusz się zatrzymując: a to podczas II wojny światowej, a to w latach siedemdziesiątych, a to w dekadach kolejnych. Spaja ją historia głównego bohatera, o czym dobitnie się przekonamy na końcu. Na końcu dojdzie też do nas, że w takim czasoprzestrzennym pogmatwaniu ujawnia się ludzki los, w starej literaturze targany widzimisiami olimpijskich bogów, dziś dziwnie powiązanymi przypadkami.

Żywot Jarosława Hajsa poznajemy od momentu narodzin do śmierci w wieku czterdziestu kilku lat. Towarzyszymy mu w relacjach z otoczeniem podczas tych wszystkich decydujących okresów formowania osobowości. Tak jak inni bohaterowie Bierutowych książek nie jest to typ lubialny, lecz ucieleśnia kawał pokoleniowej biografii. Jaro pracuje w firmie, nieźle zarabia, ale zajęcia nie kocha. Na miłość w ogóle zresztą nie ma co liczyć w świecie tutaj przedstawionym. Czasem przebłyśnie młodociana przyjaźń i to, co z tej przyjaźni po latach zostaje, ale pierwszorzędna cecha charakteryzująca postaci to albo pragnienie utrzymywania się w  stanie przyjemności (co zdarza się rzadko i zawsze kosztem innych), albo skłonność do depresji skojarzona z rozpamiętywaniem. U Jara szybko zdiagnozujemy syndrom nieszczęśnika, u Boba – jego kumpla (który bez skrupułów przeleci panią Jarową) – ideał hedonisty. Obaj skończą tak samo, doprowadzając swe marne biografie do kryminalno-telenowelowych finałów. „Jedząc owoce, należy czasem zadać sobie pytanie, z czego powstały, świat bowiem staje się pomieszaniem dziwactwa i złośliwości. Gówno nie znika, niektórzy rolnicy są wciąż na tyle uparci i pozbawieni wyobraźni, że stosują je jako nawóz” – pisze Bierut, wykładając mechanizm ludzkiego bycia. Wychowani na takim nawozie współcześni złoci chłopcy idą do piachu, bo nic tu po nich. Co niby mają do ofiarowania światu? Kontynuowanie gnilnych procesów dziwactwa i złośliwości nie ma sensu, sugeruje pisarz, gotując facetom śmierć. Po ogromny spadek sięgnie kobieta, o której wiemy najmniej. Na imię jej Bogna, czyli wybrana.

Otwierająca całość antydedykacja „Maszynistom dziękujemy” podpowiada wprawdzie trochę odmienny trop interpretacyjny (że bez względu na to, jaki kto jest i co popełnił, nasze życie zależy od kciuka Maszynisty), lecz ja zostaję przy szlachetnej wersji. Czuję tu perspektywę etyczną, nie nihilistyczną, choć mocno podszytą przekonaniem o zależności poszczególnego losu od konkretnego momentu. Inne grzechy popełniamy w różnych epokach i systemach, inaczej dojrzewamy idąc do powstania, inaczej w knajpie, z panienkami. Herbertowska potęga smaku wymaga wielkiego charakteru (i czasu). Nie znajdziemy go w małych postaciach znakomitej książki wrocławskiego autora.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Jacek Bierut HAJS, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, 2013

Tuesday, January 14, 2014

Jerzy Pilch DRUGI DZIENNIK


To jest czas Jerzego Pilcha. W piątek na ekrany kin wchodzi film Wojciecha Smarzowskiego wg nagrodzonej Nike powieści POD MOCNYM ANIOŁEM, bardzo autobiograficznej. W grudniu w Teatrze Modrzejewskiej w Legnicy Jacek Głomb wraz ze swoimi aktorami przygotował świetnie przyjętą przez publiczność premierę ZABIJANIA GOMUŁKI na podstawie innej książki pisarza TYSIĄC SPOKOJNYCH MIAST. Ukazał się też DRUGI DZIENNIK Pilcha, ciąg dalszy zapisków autora, ukazujących się regularnie najpierw w Przekroju, potem w Tygodniku Powszechnym. A pamiętajmy jeszcze o WIELU DEMONACH, powieści opublikowanej w roku ubiegłym. Niezły zestaw.

Jerzy Pilch to pisarz specyficzny, przywiązany do barwnej frazy, wyłuskujący tematy rzadko w polskiej literaturze obecne. Najchętniej, zdaje się, opowiada o luterskiej Polsce, będącej z jednej strony śląsko-cieszyńską enklawą, z drugiej częścią ojczystej całości, ale w ostatnich latach na czoło twórczości autora SPISU CUDZOŁOŻNIC wybija się intymno-publicystyczny dziennik. Właśnie po raz drugi w wydaniu książkowym możemy Pilcha poznawać od strony wcześniej nieznanej, choć ton oczywiście obcy jego czytelnikom nie jest. Dziennik nr 2 relacjonuje stan ducha (i ciała) pisarza między czerwcem a czerwcem 2012/13. To przede wszystkim historia osobista dojrzałego artysty-literata cierpiącego na chorobę Parkinsona, błyskotliwa transmisja z życia.

Jeszcze rok temu (...) był ze mnie rewolwerowiec. Szybkostrzelny. Zawzięty. Bezwzględny dla innych. Bezlitosny dla siebie. Pozer akcentu. Kabotyn artykulacji (...). Dziś nic z tych rzeczy. Dziś sama litość – destylat politowania dla samego siebie – notuje w lipcu 2012. Niemal rok później podsumowuje: Co zostało? Bóg i piłka nożna. Wbrew pozorom niemało. I czuć w tym wyznaniu szczerość oraz prawdę, ale również zmrużenie oka, bez czego dziennik tego autora obejść się nie może.  Bez obaw zatem, Pilch nie zapomniał jak być  gwiazdorem słowa, ciągle potrafi zadziwić celnością puenty, gawędziarską biegłością, komentatorską iskrą. Trochę wspomina (choćby czasy studenckie czy babkę Czyżową i Hanię od Kocięłłów wyjące ze śmiechu lub bólu w rodzinnej kuchni w Wiśle), czyta (Babla, Amery’ego, Lechonia), ocenia (Guentera Grassa, braci Karnowskich), zaskakująco mało ogląda igrzyska olimpijskie (to w końcu nie Mundial).

Mówi się o tej książce, że to kronika przedostatnich dni, sekrety quasi-nieboszczyka, Pilch sam używa frazy „kalendarium zaniku”. Rzeczywiście, dużo tematów schyłkowych tutaj znajdziemy, owszem, wyłażą na pierwszy plan w proporcjach nieporównywalnych, gdy się zestawi oba dzienniki, lecz jak na takie miano, zbyt wiele tutaj energii i pogody, dowcipu i ironii, gości na Hożej, nie tylko tych z zapamiętanej Wisły. Bo – objaśnia Jerzy Pilch – „choroba to nie jest kwestia szczęścia albo nieszczęścia – choroba to jest kwestia dzieła sztuki”. Tak, DRUGI DZIENNIK PILCHA to dzieło sztuki, podobnie jak dziennik pierwszy.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................
Jerzy Pilch DRUGI DZIENNIK, Wyd. Literackie, 2013

Wednesday, January 8, 2014

Europejska Stolica Kultury - powoli, ale do przodu

Pojawił się raport komisji monitorującej przygotowania Wrocławia i San Sebastian do pełnienia tytułu Europejskiej Stolicy Kultury za dwa lata. To rzecz rutynowa. Przypomnijmy sobie, jak UEFA poganiała gospodarzy piłkarskich mistrzostw Europy. Udało się Euro 2012, uda się ESK 2016 - dziś jestem o tym przekonany, obserwując pracę kuratorów i konkretyzowanie się wizji (rozmów z poszczególnymi kuratorami można słuchać co tydzień w środowym Wieczorze z Kulturą w Radiu Wrocław).  

Unijny raport ws. ESK zwraca uwagę na kilka spraw, z których dwie są ważne... ciąg dalszy TUTAJ.

Monday, January 6, 2014

DYNIA, BARAN i POLKOWSKI

Trzeba być literatem-frustratem albo nie czuć właściwego czasu i miejsca, żeby wymyślić właśnie teraz nagrodę dla najgorszych książek (na razie poetyckich) roku. Właśnie teraz, czyli w sytuacji, gdy niewiele osób w ogóle czyta, a z poezją do czynienia Polacy mają tak sporadycznie jak Justyna Kowalczyk z podium w sprincie techniką dowolną. Literatami-frustratami są Grzegorz Czekański i Konrad Góra. 2013 rok nie był dla nich najwyraźniej szczególnie udany, współtworzoną (Góra-autor, Czekański-korekta) książkę SIŁA NIŻSZA (wydaną w formie gazety) pominęły jurorskie gremia Silesiusa we Wrocławiu czy Nagrody Gdynia w Gdyni. Przyznali zatem Dynię 2013 nagrodzonemu Silesiusem Marcinowi Baranowi za tom pt. NIEMAL CAŁKOWITA UTRATA PŁYNNOŚCI oraz Janowi Polkowskiemu za cytat z wiersza z tomu GŁOSY, nominowanego i nagrodzonego tu i ówdzie*. No i teraz zaczynają się schody. Bo dla tzw. środowiska literackiego rzecz jest jasna - jedna grupka pogrywa z drugą, plują do kawki lub piwka, niech się chłopaki wybawią. Samozwańczy arbitrzy poetyckiej jakości, ale jakoś tak nieneutralni, zaangażowani w pisanie i w rynek. Dla tzw. publiczności przekaz jasny nie jest. Marcin Baran gorszy od..., dajmy na to, symbolicznej kalicińskiej, od setki książczyn, których pewnie Czekański z Górą nie mieli w rękach?

No nie - pewnie by odpowiedzieli, nam chodzi o "protest przeciwko nagradzaniu tytułów literacko wątpliwych", o "spektakularne kiksy kapituł" poważnych konkursów (Nagrody Nike, Kościelskich, Szymborskiej, Silesiusa, Gdyni, Orfeusza...), jak deklarują w opisie antynagrody. To fajnie, tylko co, jeśli i wy - w liczbie dwóch sędziów - popełniacie błąd? Macie swoje gusta i własne literackie preferencje (no i cierpkie żale). Tak, ale my dajemy internautom szansę głosu w plebiscycie publiczności - odwijają się pomysłodawcy Dyni. A, to w takim razie daszek z głowy, sieciowa demokracja musi mieć rację. To mądrość narodu, siła wyższa, kliknąć może sobie każdy. Kiksów nie będzie z całą pewnością.

A ja polecam Państwu książkę Marcina Barana i tom Jana Polkowskiego do poczytania, na przekór i nie tylko. W każdej z nich mówi głos inny od głosów Czekańskiego czy Góry. Baran po czterdziestce, Polkowski skończył sześćdziesiątkę. Żaden z nich nie jest poetą z mojej bajki, ale też żaden z nich nie wydał najgorszej książki roku. Obaj pytają o sprawy im i ich pokoleniom bliskie, wyrażają osobisty (lecz i zbiorowy) komentarz do świata, w jakim żyją. Polkowski zanurza się w polską historię i poetycką tradycję, woli powagę, zadumę, gromkie, wieloznaczne słowo lub frazę ("ranne zgniecione światła") od przekleństwa i ironii. Istnieją czytelnicy, dla których jego ton zwycięża nad pozostałymi. Poeta potrafi też wzruszyć po prostu, gdy sięga po autobiografię, np. relacje z ojcem (Nienawidziłem Ciebie / Bo byłeś gdzie indziej i nie troszczyłeś się o nas. / Kiedy nienawiść stygła patrzyłem na mamę / która gdy nie płakała, płakała jeszcze bardziej). Marcin Baran brnie w rzeczywistość, nasłuchuje jej języka, próbuje znaleźć się tu i teraz, zachowując jakieś własne retro, czyli dystans. Pisze: Nie, nie o tę sutą wiosnę / tutaj idzie, co nadchodzi, / wszem i wobec, obiecując wiele. / I nie o to przeszłe lato, / co dziwne było, lecz myśli się / nadzwyczaj czule o nim. / Teraz najważniejsza jest jesień; skryta, / delikatna, wspaniała. Najzupełniej niepowtarzalna w swoim wyniosłym / chłodzie oraz twardej pustce. Nie dziwię się, że jurorom nagrody Dynia takie strofy zgrzytają nieprzyjemnie, im w żyłach płynie inny, bardziej czerwony odcień krwi, taki jak na kartach tomu SIŁA NIŻSZA: na rany JezU Es A / dla trwałej precyzji w bytowaniu antyświata / dla proporców wystających z pręgi przed grillowaniem / żadnych krzykliwych nadziei / niech się święci maj kurewski. Dla odbiorców poezji Polkowskiego książka Konrada Góry mogłaby się okazać najgorszą publikacją dekady.

W sumie więc: dobrze, że młodsi walczą o swoje, że wychodzą z piwnicy, ale dlaczego z ostrogą u buta? Nie podoba się - OK, ale po co to z taką pompą ogłaszać na fejsbukowej ambonie, robiąc czarny PR tak słabo się trzymającej przy życiu w świadomości dzisiejszych Polaków poezji?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
* 'nagrodzony' cytat z Polkowskiego, wyjęty z wiersza bez tytułu (s. 11 tomu GŁOSY), a na stronie Dyni na FB z błędem przepisany:
Cóż więc innego mam widzieć, jeśli nie kołyszącą światem
połyskującą falę, rybią łuskę śmierci
krę krwawiącego brzegu. Teraz moim morzem
jest kuchenny stół a z pokładu zmywa mnie jak śmieci
bezbrzeżna noc. Żona śpi, ciebie nie ma
nawet w tętnie śniegu. Więc płynę samotnie
ku rozbitym światłom dzieciństwa.

Thursday, January 2, 2014

COPPELIA (Opera Wrocławska)

                                (plakat Rafała Olbińskiego)

1. Publiczność była zachwycona, cztery razy kurtyna szła w górę przy aplauzach, w końcu na stojąco.
2. Orkiestra grała na żywo.
3. Jeśli Ewa Michnik nie wyciągnie z tego wniosków, tylko znów powie, że oszczędności, że jeśli chcecie baletu z muzyką na żywo, to piszcie do marszałka (mecenasa), popełni błąd niewybaczalny. Zmarnuje karierę pokolenia bardzo dobrych tancerzy i dekadę życia widzów-miłośników baletu.

Nie od dziś wiadomo, że szefowa Opery Wrocławskiej, autorka niekwestionowanego sukcesu tej instytucji, za baletem nie przepada. I kiedy się panią dyrektor pyta o szanse prezentowania spektakli baletowych z muzyką na żywo, nie z płyty, odpowiada: muszę oszczędzać. Ale na czym, pani dyrektor? Na dwóch spektaklach baletowych miesięcznie?

- Balet jest sztuką - mówił mi ostatnio choreograf COPPELII Giorgio Madia. - Nie wolno go traktować inaczej niż operę. Tu chodzi o rangę i spełnienie artystyczne. Bez orkiestry na żywo przedstawienie baletowe, zwłaszcza promowana we Wrocławiu klasyka, cierpi. Ma facet rację i właśnie to było widać podczas premierowego spektaklu arcydzieła Delibesa przy Świdnickiej. Nie wszystko się udało. Tancerze czasem błyszczeli (perfekcyjna jako Wera Paulina Woś, przekonujący i konsekwentny aktorsko Michał Halena-Coppelius), czasem spuszczali z tonu (ociężały Sergii Oberemok w roli, za to w popisowych piruetach znakomity). Nozomi Inoue chwilę zeszło zanim stała się zwiewną psotną Swanildą, orkiestra potrzebowała 20 minut na rozgrzewkę, bo z początku grała na zwolnionych obrotach. Ale to drobiazgi (i wina trwającego już ładnych kilka lat odstąpienia od żywego akompaniamentu). Publiczność łatwo wybaczyła artystom pustkę ekspozycji, choreograficzną rutynę startu, urzeczona cudowną scenografią (Fabrice'a Serrafina). Ale najbardziej działał dialog między orkiestrą i tancerzami. Ożywczy, twórczy, fascynujący. To niby standard baletowego repertuaru, lecz we Wrocławiu - Europejskiej Stolicy Kultury, której Ewa Michnik jest kuratorką - rzecz wyjątkowa. Bez tego dialogu wrocławska COPPELIA byłaby przeciętną choreograficznie propozycją dla dzieci, momentami powtórkową, momentami wręcz infantylną w pomysłach na sceniczny ruch i układy. Zadziałał, na szczęście, efekt interakcji między muzykami, tancerzami i publicznością, gwiazdorskie gesty dyrygenta Tadeusza Zatheya, wyraźnie zadowolonego, że prowadzi taki spektakl. Taki, czyli dynamicznie roztańczony (zwłaszcza w drugiej odsłonie), dowcipny (choć w dowcipie zbyt prosty), podkreślający naprawdę dobry poziom wrocławskiego baletu. Mimo choreograficznej wtórności, ciekawy aktorsko, wymagający technicznie, lśniący wizualnie, uroczy muzycznie (Delibes był autentycznym mistrzem).

Nie jestem tylko przekonany, czy bez żywej orkiestry całość się obroni, a nawet myślę, że nie ma na to więcej niż 50 procent szans.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................
Leo Delibes COPPELIA, inscenizacja i choreografia Giorgio Madia, Opera Wrocławska, 1 stycznia 2014

Tuesday, December 31, 2013

Apogea i kuriozum 2013

Wrocławskie osiągnięcia szczytowe - moim zdaniem rzecz jasna:

1. GANYMED GOES EUROPE w Muzeum Narodowym we Wrocławiu - coś nowego.
2. Kreacja MONIKI DRYL w PIEŚNIACH LEARA Teatru Pieśń Kozła - coś wzruszającego.
3. POLIETYLEN W CIEMNOŚCI, czyli rzeźby Pawła Althamera w Muzeum Współczesnym Wrocław - coś pięknego.

A poza podium dziesiątki znakomitych wydarzeń, wystaw, spektakli, koncertów, wydawnictw, projekcji i projektów, o których tydzień by pisać. We wrocławskiej kulturze działo się naprawdę wiele i wiele bardzo dobrego.

Kuriozum tylko jedno, bo swoim rozmiarem zajmuje całe podium:

ZWOLNIENIE ZBIGNIEWA RYBCZYŃSKIEGO Z CENTRUM TECHNIK AUDIOWIZUALNYCH w trybie kwadransowym, bez dowodów, jasnych powodów, bez klasy. Coś takiego. Ciąg dalszy nastąpi w 2014. Cokolwiek powie sąd, szef CeTy, a i minister kultury zachowali się kuriozalnie i dziwnie się tłumaczyli lub nie tłumaczyli w ogóle. A Rybczyński przeciwnie: odbierał telefony, zorganizował konferencję, kontratakuje pozwem, dlatego kibiców ma po swojej stronie. Co będzie z CeTą bez taty Zbigniewa?

Tuesday, December 17, 2013

KRONOS (Teatr Polski we Wrocławiu)


Wreszcie się we Wrocławiu udało Krzysztofowi Garbaczewskiemu zrobić spektakl znakomity. Poprzednie przygotowane na Scenie na Świebodzkim realizacje cenionego i nagradzanego 30-letniego dziś reżysera nie zdobyły tutejszych widzów. Ani zaledwie ciekawa młodzieńcza NIRVANA, ani nudne BIESY. Ale teraz z KRONOSEM Garbaczewski triumfuje, udowadniając, że stał się jednym z najoryginalniejszych twórców polskiego teatru.

Wrocławski KRONOS nie jest adaptacją intymnego dziennika Witolda Gombrowicza, książki tylko dopełniającej twórczość pisarza, niebroniącej się jako samodzielne dzieło, niesłusznie reklamowanej jako wydawnicze wydarzenie roku. KRONOS dał artystom teatru impuls, sygnał do wyprawy, której celu na początku swojej pracy nie znali. Mieli drążyć temat intymności, ciemnej sfery, może przede wszystkim pamięci i czasu. Na starcie mamy czystą prowokację, na kurtynie wyświetlony zostaje napis SPEKTAKL ODWOŁANY, lecz nikt weń nie wierzy. Widzowie siedzą i czekają. Po chwili zaczyna się projekcja (tzw. live streaming), relacja z tego, co dzieje się za kurtyną, przekazywana za pomocą kamer. Na pasku wziętym z informacyjnej telewizji przelatuje tekst tytułowego Gombrowiczowskiego dziennika: Polska, 1939 r. Wielki strach. Dowiaduję się o odprężeniu w tramwaju na Marszałkowskiej. Czy z Frankiem wówczas jeszcze się widywałem, czy już był w wojsku. (Powiedział mi: jeżeli stracę nogę, to strzelić sobie w łeb). „Wodzu, prowadź na Kowno”. Ja, z kurwą z tryprem spotkaną, odzyskałem możność.

W futurystycznej scenerii (piękna scenografia-instalacja Aleksandry Wasilkowskiej), w niesamowitej (równie pięknej) aurze muzyki Julii Marcell dwóch doktorów-konstruktorów (Marcin Pempuś, Paweł Smagała) dosłownie wwierca się w mózgi pacjentów jakiegoś sanatorium. Eksperyment polega na wypakowaniu danych zapisanych w ludzkiej pamięci, danych sformatowanych, skompresowanych, niepełnych. Czy to esencja tego, co pamiętamy, czy wprost przeciwnie – coś, do czego z braku całościowej informacji (i kontekstu) nie należy przywiązywać zbyt wielkiej wagi? Aktorzy mówią monologami, używając własnych imion, nazwisk, ksyw, pozwalając przypuszczać, że to ich teksty: o snach, fantazjach, przeżyciach. Sylwia Boroń odgrywa promiskuitywną kobietę nowych czasów („w walce kobiet z kobietami wygrywają dziewczęta”). Kiedy na proscenium wychodzi Adam Cywka, multimedialne tło gaśnie. Przy pulpicie, z kartki, Cywka czyta biografię aktora-mężczyzny, być może swoją. Liceum, polonistka, lekcje literatury, teatralny bakcyl, szkoła, szczęście, żona, dziecko, rozwód, kolejne przejścia. Gdy wspomina to, co boli (wypadek, śmierć ojca), rzuca: „Pomijam”. Na tle próz poetyckich kolegów i koleżanek tekst Cywki brzmi inaczej, wprost, przełomowo, po nim kurtyna idzie w górę. W tej drugiej części mamy teatr analogowy, już nie tak ostentacyjnie i wyłącznie filmowy. Postaci widać w formie rzeczywistej, więc w oddaleniu (choć z drugiej strony nie oddziela nas od nich żaden ekran). Czy czyjaś intymność jest interesująca? – to najważniejsze pytanie tej odsłony. „Wprowadź Kronos”, sprawdź, opowiedz komuś obcemu siebie. Co człowieka interesuje w innym? Prawda jest taka, że nasza historia (choćby nie wiem, jak nam droga) ciekawi jedynie nas samych, co w finale wyraźnie powie ze sceny Wojciech Ziemiański.

Niepotrzebne są w KRONOSIE Garbaczewskiego te minuty, gdy artyści nawiązują do dyskusji o współczesnym teatrze. Monolog Adama Szczyszczaja („kurwa, co to jest, to ma być spektakl?”) wyrzuciłbym wespół z okrzykami Ewy Skibińskiej o hańbie. Odwołania do sytuacji ze Starego Teatru w Krakowie brudzą przekaz i przesłanie. Za to piosenka Szczyszczaja („jestem jak piszący się sms, który tak pędzi”) – świetna! No właśnie: jak piszący się sms, nieznający dalszego ciągu, nieprzywiązujący się do przeszłości, nieufający przyszłości, niedemonizujący czasu. Liczy się hedonistyczne teraz, wędrowanie, skoro – jak mówi postać Andrzeja Kłaka (Andrzej Kłak we własnej osobie?) „teraz moje życie ma tajemnice”. One w zupełności wystarczą, by wypełnić głowę.

Jak to leciało? „Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością” – cytuje Novalisa Ryszard Kapuściński w PODRÓŻACH Z HERODOTEM. Półtoragodzinna podróż z Garbaczewskim i jego ekipą (trzeba hołd złożyć jak zwykle aktorkom i aktorom Polskiego), z KRONOSEM Gombrowicza jako punktem wyjścia, jest intelektualnie wciągająca, teatralnie atrakcyjna, nowatorska i klasyczna zarazem, angażuje i pobudza. Cieszy (żeby nie powiedzieć zachwyca).
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................
KRONOS wg W. Gombrowicza, reż. Krzysztof Garbaczewski, Scena im. Grzegorzewskiego, 16 grudnia 2013