Wednesday, November 19, 2008
Jacek Antczak, Anna Fluder WROCŁAWIANIE
„Wrocławianie” to książka utytułowanego prasowego reportera Jacka Antczaka i utalentowanej dziennikarki radiowej Anny Fluder. Tytuł mówi wszystko: 30 rozmów z osobowościami związanymi z miastem dziś chyba w Polsce najmodniejszym. Jedni są tu od swojego zawsze, jak Sępolnianka Kinga Preis, inni pokochali miasto przestrzenną miłością numer 2 lub 3, jak Bochnianko-Krakowianka Ewa Michnik. Autorzy przypominają we wstępie, że zaczęło się od wspólnie przeprowadzanych wywiadów, które równolegle ukazywały się w Radiu Ram i „Polsce-Gazecie Wrocławskiej”, a kończy na książce, do której wywiady poszerzono o nowe treści. Umieszczono też zapisy zupełnie nowych dziennikarskich spotkań. Tak powstała jeszcze jedna na naszym rynku księgarskim składanka, tym razem z Wrocławiem i wrocławskością jako motywem przewodnim.
Wydawałoby się, iż o bohaterach „Wrocławian” wiadomo już właściwie wszystko, do przeczytania tu i tam, wyszperania w Internecie lub bibliotece. Antczak i Fluder udowodnili, że niekoniecznie wszystko było, wydobyli od rozmówców sporo nowych detali, anegdot, poglądów, prezentując unikalny zestaw biografii i postaw ludzi wyjątkowych, połączonych pasją życia, pracy, no i mieszkania w tym, nie innym mieście. Z prawnikiem Andrzejem Malickim wspominamy żużlową przeszłość, z malarzem Pawłem Jarodzkim przeszłość luxusową. Lekarka profesor Chybicka mogła zostać słynną wrocławską gimnastyczką, literaturoznawca profesor Bereś, w młodości trenujący boks, o mało nie obił twarzy poecie Wojaczkowi (albo odwrotnie). Ksiądz Orzechowski byłby pewnie niezłym hydraulikiem, gdyby sobie o nim wyżej nie pomyśleli, a profesor Miodek ma ochotę komentować mecze podczas Euro 2012. O swoim kiedyś, o tu i teraz, czasem o tym, co zaraz, opowiadają jeszcze m.in. wicemistrzyni olimpijska Maja Włoszczowska, aktor Robert Gonera, muzyk Lech Janerka czy pisarz Marek Krajewski. Spotykają się w tej książce pokolenia, ludzie rozmaitych zawodów, adresów, losów i wyborów. I, uwaga, nie ma wśród nich ani jednego polityka!
Każda zajmująca publikacja powinna skłaniać czytelnika do czegoś więcej niż samo czytanie, tak jest również w przypadku „Wrocławian”. Trudno nie zadać sobie pytania o fenomen Wrocławia czy Wroclove’ia, jak często mawiają autorzy. Bo odpowiedzi w serii wywiadów z postaciami dla miasta znaczącymi nie znajdziemy. Przynajmniej nie w formie gotowej do cytowania. Można wprawdzie automatycznie rzec, że fenomenalni ludzie są tego zjawiska przyczyną, ale to chyba jednak nie wystarczy. Zwłaszcza gdy ci ludzie przyznają się do związków z miejscami. Niech więc każdy szuka własnej nici łączącej jego dzieje z Wrocławiem, do czego książka Antczaka, Fluder i ich bohaterów dyskretnie zachęca.
Gdyby ktoś chciał się do czegoś przyczepić, też znajdzie pole do popisu. Trzydzieścioro wspaniałych Wrocławian, z którymi rozmawiają dziennikarze, to przecież tylko część, wielu osobowości brakuje. Nie warto również zapominać o tych, co stąd wyjechali, bo było im za ciasno, za biednie, za… jakoś tam. Oni też mogliby rzucić światło na Wrocław jako genius loci. Ale krytyków łatwo obłaskawić, powtarzając za największym wrocławskim poetą: „zawsze fragment”. Osobiście nie mogę zrozumieć tylko jednego. Dlaczego, u licha, autorzy „Wrocławian” są na skrzydełkowych fotografiach tacy smutni, tak odmiennie od min bohaterów i charakteru wywiadów nieuśmiechnięci? Stworzyli przecież świetną książkę.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
............................................................
Jacek Antczak, Anna Fluder WROCŁAWIANIE, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2008
Thursday, November 6, 2008
Elżbieta Cherezińska BYŁAM SEKRETARKĄ RUMKOWSKIEGO
Estera Daum była w czasie II wojny światowej jeszcze Etką, młodą kobietą rozpoczynającą życie od niepewnej miłości czasów zagłady i od posady sekretarki jednego z najbardziej kontrowersyjnych przywódców żydowskich. Przez 4 lata towarzyszyła Chaimowi Rumkowskiemu, zarządcy łódzkiego getta. Obserwowała realizacje jego wizji przetrwania narodu przeklętego, decyzje i wybory, konieczne lub niekonieczne kompromisy z hitlerowcami. Daum wydaje się obiektywna w ocenie, którą gdzieś między wierszami można odczytać, choć jej punkt widzenia trzeba odbierać jako nie do końca bezstronny. Znajdowała się przecież w kręgu, o pewnych sprawach wiedziała, choć nie chciała tej świadomości do siebie dopuścić. Sama wyznaje, że pytana o to, dokąd jadą transporty z Łodzi, nie potrafiła zdobyć się na absolutną szczerość, nie umiała powiedzieć prawdy, bo tę prawdę odsuwała także od siebie.
Chaim Rumkowski wymyślił swoiste państwo w państwie. Łódzkie getto zamienił w ogromną kompanię produkującą towary dla Niemców. W ten sposób Żydzi tu mieszkający mieli przetrwać, bo byli potrzebni. Najsłynniejszą, najdramatyczniejszą decyzją Rumkowskiego była zgoda na pozbycie się z getta dzieci i starców. Jego warszawski odpowiednik, Adam Czerniaków, odpowiedział na takie ultimatum samobójstwem. Szewach Weiss we wstępie do książki retorycznie się zastanawia, jak wyglądałby proces i jaki byłby wyrok na Rumkowskiego, gdyby szef Judenratu w łódzkim getcie dożył takiego procesu. Etka Daum byłaby na takiej sprawie istotnym świadkiem, chyba jednak obrony. Ale Rumkowski zginął w Auschwitz, mimo że jego getto przetrwało najdłużej ze wszystkich.
Etka Daum pisała swój pamiętnik w czasie wojny, po wojnie o wojnie najczęściej milczała, jak wielu z tamtej rzezi ocalonych. Zresztą zapisków nie udało się później odszukać. Do tematu wróciła po latach, odtwarzając własne obserwacje, refleksje i odczucia. Taki materiał otrzymała Elżbieta Cherezińska, autorka niniejszej książki, od Władysława Frenkiela, syna bohaterki. Cherezińska opracowała notatki sekretarki Rumkowskiego, redagując je i traktując jako kotwicę. Napisała opowieść narracyjną, choć w formie dziennika, dodając udokumentowane historycznie detale, nadając publikacji stylistyczną jakość. Trudno powiedzieć, na ile tożsamą ze stylem Estery. Na pewno poruszającą. Elżbieta Cherezińska przyznaje, iż zostawiała niedopowiedzenie tam, gdzie to niedopowiedzenie było, a poszerzała relację Etki, gdy odnajdywała taką zachętę. I że są w tej książce punkty wyjścia do czytelniczego śledztwa.
Oprócz opisu współpracy z Rumkowskim Estera-Elżbieta opowiada o codziennym życiu w getcie, o ludziach, ich obyczajach i losach, walkach o władzę, pisze też o sobie, zakochanej, rozłączonej z ukochanym, ocalałej po Ravensbrueck. Taka perspektywa pozwala z jednej strony spojrzeć na historię okiem uczestniczącym i widzieć dostępną całość, z drugiej ujrzeć wojenną i okołowojenną biografię Daum jako fragment ogólnoludzkiej tragedii. Kobiecy sposób patrzenia na rzeczywistość nie jest tu bez znaczenia. Trzeba go poznać. Jak „Zdążyć przed panem Bogiem”, jak „Rozmowy z katem”, „Pianistę” i „Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………
Elżbieta Cherezińska BYŁAM SEKRETARKĄ RUMKOWSKIEGO. Dzienniki Etki Daum, Zysk i ska, 2008
Saturday, October 25, 2008
Siódemka do Angelusa
"Bieguni" Olgi Tokarczuk nie są jej najlepszym dziełem, ale nie odbiegają od wysokiego poziomu utworów poprzednich. To proza dla pisarki firmowa, czyli sylwiczna, zbiór esejów, anegdot, mikrofabuł, obserwacji, rozważań na temat człowieka w czasie i przestrzeni. Tym razem jednak za Tokarczuk stoi kulturowy rosyjski punkt wyjścia, bo tytułowi bieguni to rosyjska sekta,
której przeświadczenie o świecie jako produkcie szatańskim, prowadzi do ciągłego przemieszczania się. Tylko tak można uniknąć spotkania z diabłem. Tym z ksiąg i tym wewnętrznym. Ta kolejna nie-powieść w dorobku Olgi Tokarczuk miałaby szanse na zwycięstwo, gdyż podsumowuje naszą współczesną nomadyczną konieczność (bo chyba jeszcze nie charakter). Kłopot w tym, że już dostała nagrodę Nike i w niniejszej konkurencji stoi raczej na straconej pozycji.
Druga polska książka, Małgorzaty Szejnert "Czarny ogród", też została już wyróżniona nagrodą Cogito. Zastanawiam się jednak, czy tradycyjna opowieść o Giszowcu, śląskiej małej ojczyźnie dla ludzi różnych czasów, może zdobyć głowy Angelusowych jurorów. Bo serca pewnie tak. Trudno się nie wzruszyć opisywanym przez Szejnert Śląskiem, jego pięknym dramatem, zapisanym na
kartach zbiorowej historii i pojedynczego losu. Czytelnicy bywają po tej paradokumentalnej lekturze zachwyceni (zwłaszcza czytelniczki), literackim sędziom może zabraknąć artyzmu.
Wspomnieniowy jest również "Przy obieraniu cebuli", autobiograficzny traktat moralny Guentera Grassa, noblisty, pisarza najsławniejszego z finałowej siódemki. O książce zrobiło się głośno zwłaszcza z powodu Grassowego coming outu. Autor przyznał się bowiem po latach do członkostwa w zbrojnej formacji SS. Opinię publiczną w Niemczech zbulwersowało zbyt późne wyjawienie tej tajemnicy wczesnej młodości, choć zapewniło to przy okazji wielką promocję samej książce. Myślę, że jurorzy, doceniając kunszt artysty doskonałego i spełnionego, nie zdecydują się na więcej niż nominację.
"Instynkt gry" Niemki Juli Zeh to z pozoru powieść młodzieżowa, opowieść o młodych ludziach z dawnej stolicy Niemiec, Bonn. W rzeczywistości mamy do czynienia z przestrogą przed pokoleniem generacji nic, bez wartości, choć piekielnie (to tutaj celne słowo) inteligentnych. Niemcy są w książce Zeh krajem-symbolem zachodniej Europy, krainy wyzutej z autorytetów i
pozamaterialnej nadziei. A ponieważ młodzież jest podobno taka jak dorośli, tylko bardziej przebiegła, sami jesteśmy sobie winni. "Instynkt gry" to niezła i istotna rzecz, tyle że trochę gorsza od debiutu autorki ("Orłów i aniołów").
Gdyby zwyciężyła "Głuptaska" Swietłany Wasilienko, byłaby to trzecia z rzędu wygrana autora wydawnictwa Czarne. Trochę to wątpliwe, jeśli rozpatrywać werdykt sędziowski w kategoriach pozaliterackich, ale artystycznie Rosjanka ma szanse. Bo w losie niemówiącej, lecz śpiewającej Nadźki, umysłowo upośledzonej dziewczynki, przegląda się i Rosja, i ogólnoludzkie typy.
Zetknięcie z kimś dotkniętym zawsze coś dla człowieka znaczy. Jak mówi ciotka bohaterki: "Wybrał Bóg głupstwa świata, aby zawstydził mądre". Nic dodać, nic ująć, również w kontekście ewentualnego rozstrzygnięcia jury.
Najwięcej szans dawałbym po bukmachersku, i po literacku, Peterowi Esterhazy'emu. Jego "Harmonia Caelestis" to złożona ze strzępów rozmaitych historii antysaga węgierskich arystokratów, których wykoleiła powojenna zawierucha polityczna. Dzieło z ducha epickie, w formie na wskroś ponowoczesne. Na Węgrzech zrobiło karierę już w roku 2000. Esterhazy to pisarz wielkoformatowy o hrabalowskim zacięciu, potrafi łączyć światy niemożliwe, jak dzieje współczesnej Europy. "Harmonia Caelestis" wydaje się książką w Angelusowej siódemce najambitniejszą, najbardziej podatną na analizy. A jurorzy taką prozę po prostu lubią.
Skoro ma wygrać Esterhazy, rodak Laszlo Krasznahorkai będzie się musiał obejść smakiem. Nie pomoże "Melancholia sprzeciwu", opis zapyziałej węgierskiej prowincji, tępej, zacofanej, brudnej. Tylko tu pokaz wieloryba i wizyta nibyproroka może wywołać rewolucję. Zresztą szybko stłumioną. Trudno się tę powieść czyta, bo porcja padliny ogromna jak cyrkowy ssak. Ale Krasznahorkai ma talent, fragmentami nie można się od jego stylu oderwać. Jak od każdego autora apokalipsy.
Werdykt realny poznamy 6 grudnia na gali we wrocławskim Teatrze Capitol. Żadna decyzja nie będzie sensacją, bo wszystkie siedem książek to świetna literatura. Szkoda tylko, że organizatorzy konkursu nie pomyśleli dotąd, by dodatkowo nagradzać tłumaczy Angelusowych laureatów. Od przekładu przecież wiele zależy. 50 tysięcy dla translatora sprawiłoby, że Angelus byłby nagrodą literacką pieniężnie najwyższą w Polsce i pomysłowo (nagroda dla autora plus tłumacza) specjalną w skali światowej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Wednesday, October 15, 2008
Aravind Adiga BIAŁY TYGRYS
Tytułowym Białym Tygrysem jest Balram Halwai, pochodzący z biednej, ciemnej części Indii niewyedukowany mężczyzna. Sprytem i zbrodnią spełnia swoje marzenia w Indiach bogatych i miejskich, w Nowych Indiach. Przez siedem nocy osobiście opowiada nam biografię pełną obserwacji i wyznań. Nam oraz chińskiemu premierowi, który niebawem przyjeżdża z oficjalną wizytą. Bohater nie chce, by polityk zobaczył jedynie eksportową wersję kraju, lecz miał świadomość istnienia slumsów, rynsztoku zgotowanego ludziom przez ludzi. Dlatego mówi o Bangalur, o laboratorium klęski większości i sukcesu nielicznych, o Indiach wykorzystujących zachodnią cywilizację i wykorzystywanych przez zachodni biznes. A wybór adresata takiej korespondencji to ironia absolutna:
„Z szacunku dla umiłowania wolności, okazywanego przez naród chiński, i wierząc, że dziś, gdy biały człowiek, nasz dawny pan, sam się zniszczył swoimi zboczeniami, telefonami komórkowymi i narkotykami, przyszłość świata leży w rękach ludzi brązowych i żółtych – powiem Panu, gratis, prawdę o Bangalurze, opowiadając historię własnego życia” – snuje narrator, doprawiając wymowę nihilistycznej prozy dziegciem proroctwa.
Przepowiednia to znana, w Wielkiej Brytanii i całej bogatej Europie, szczególnie gromka. Zwłaszcza w kontekście coraz liczniejszych imigrantów. Kiedy się przegląda broszury informacyjne angielskich uniwersytetów, uderza przewaga Azjatów na zdjęciach studentów-modeli. Balram Halwai sam siebie nazywa Hindusem niedouczonym, strach pomyśleć, co będzie, gdy się ten symboliczny brązowo-żółty tygrys wyuczy. A może właśnie nie strach? Autor tej książki, Aravind Adiga, kształcił się przecież w Ameryce, jest dziś korespondentem „Time’a”, „Financial Times'a”, NBC. Ogarnia świadomość mieszkańców różnych części Indii i kilku kontynentów, zna mentalność wschodu i zachodu. Można go nazwać albo białym tygrysem, czyli okazem ciągle rzadkim w przyrodzie, albo twierdzić, że tacy jak on, są już stadem, dumą nowoczesnej kultury, jako ludzie sukcesu. Oglądając CNN, widzimy prezenterów przeróżnych ras, wszystko zatem gra.
Ale to tylko oaza w ogólnoświatowej dżungli, której Indie (i przewrotnie przywołane Chiny) wydają się idealnym symbolem. Tu Balram przeżywa upokorzenia jako kierowca-służący, by wybić się ponad własną klasę i pracodawcę-właściciela. W tle tego planu pojawia się cywilizacja zachodu, winowajca, oprawca, lecz również prawdopodobna ofiara. Ciekawe, iż Adiga jest piątym Hindusem w palecie laureatów Bookera i dziewiątą zwycięską powieścią inspirowaną Indiami. Ekspansja trwa. Ja akurat nie mam nic przeciwko, skoro książka Adigi to rzecz ważna i literacko ciekawa. I dobrze, że tak szybko po polsku.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………………………..
Aravind Adiga BIAŁY TYGRYS, przeł. L. Stawowy, Prószyński i ska, 2008
Thursday, October 9, 2008
Literacka nagroda Nobla
Zespół Kobranocka nagrał kiedyś piosenkę, w której wokalista śpiewał: „I nikomu nie wolno się z tego śmiać”. Kobranocka z literacką nagrodą Nobla nie ma nic wspólnego, tym bardziej, że tzw. zwykły przechodzień na hasło „Kobranocka” pewnie się uśmiechnie w mglistym skojarzeniu, lecz na hasło „V.S. Naipaul” już tylko zmarszczy czoło w malignie nieświadomości. Ale fraza „nikomu nie wolno się z tego śmiać” jak ulał pasuje do noblowskich werdyktów w dziedzinie literatury. Bo mimo wszystko rok po roku zwyciężają co najmniej interesujący pisarze i dostają za to zwycięstwo milion trzysta tysięcy dolarów. Nawet w czasach dewaluacji i kryzysu tyle pieniędzy zamyka usta. Zwykły przechodzień machnie ręką i pójdzie dalej albo otworzy usta w podziwie dla nieznanego, ale na pewno wielkiego twórcy. Takiej sumy nie daje się bez powodu i bez głębokiego zastanowienia.
Rzeczywiście, proces przyznawania literackiego Nobla to rzecz żmudna i długotrwała, w zamierzeniu możliwie obiektywna. Sugestie i nominacje przyjmowane są z całego świata od lutego, po wstępnej selekcji zostaje około 200 nazwisk. Potem ta liczba kurczy się do dwudziestki, aż w końcu zostaje piątka, z których dziełami członkowie Akademii jadą na letnie wakacje. W
wrześniu się spotykają, dyskutują, by na początku października ogłosić werdykt. Oficjalnie powinni być zainteresowani jedynie artystyczną wartością twórczości autorów, nieoficjalnie wiadomo, że liczą się również inne względy. Iluż pisarzy nigdy nie otrzymało Nobla z powodów statystycznych czy politycznych. Lista tych, którzy nie dostali najważniejszej literackiej nagrody świata jest oszałamiająca: Proust, Tołstoj, Joyce, Rilke, Woolf, Brecht, Orwell, Celan, Borges, Lem, Ionesco, James, Twain, Stevens, Fitzgerald, Williams. I tak dalej. Wielu laureatów nie ma szans na sławę pominiętych.
Jakimi więc kryteriami kierują się członkowie Akademii, a wcześniej komitetu wybierającego krótką listę? Entliczek-pentliczek? Tego nie wie nikt, choć teoretycznie powinno tu chodzić o wybór kogoś, kogo teksty dotyczą współcześnie istotnych problemów, a zwłaszcza ideałów i ideologii. Stąd często takie, a nie inne rozstrzygnięcia. Dario Fo, Elfriede Jelinek, Harold Pinter to niedawni laureaci o wyrazistych poglądach, także społecznych. To akurat dobrze, że Akademia nie stoi na z góry ustalonych pozycjach, nie broni barykady tradycji, lecz otwiera się na nowe. Gorzej, gdy noblowski sekretarz mówi prasie: „Nie uciekniemy od tego faktu: to ciągle Europa jest centrum literackiego świata, nie Stany Zjednoczone. USA są zbyt zamknięte i zapatrzone w siebie, nie tłumaczy się tam wiele, ten kraj nie bierze udziału w literackim dialogu. Ta ignorancja boli”. No właśnie, taka ignorancja ze strony noblowskiego prominenta naprawdę boli, bo prowokuje wątpliwości co do bezstronności i kompetencji samej Akademii. Może pan Egdahl chlapnął coś, czego dziś się wstydzi, a może jednak nie?
Jakkolwiek by było, w bukmacherskim wyścigu do najbardziej nieprzewidywalnego, jak uczy historia, wyróżnienia stanęli w tym roku ci sami zawodnicy: od Boba Dylana przez Ko Una, Milana Kunderę, Amosa Oza, Maria Vargasa Llosę, Ogawę Yoko, Haruki Murakamiego, Chinua Achebe, Salmana Rushdiego, Umberta Eco. Wygrał Jean Marie Gustave Le Clézio, autor "nowych pożegnań, poetyckiej przygody i zmysłowej ekstazy, odkrywca ludzkości poza głównymi nurtami cywilizacji".
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Wednesday, September 24, 2008
Zachar Prilepin SAŃKJA
Ale takie książki, jak „Sańkja” Zachara Prilepina kiedyś się u nas pisało i czytało. Tuż po odzyskaniu niepodległości. Pod piórem świetnych autorów trwała wartka wymiana wizji Polski przyszłości. Żeromski do dziś pozostał na liście lektur szkolnych, choć pewnie nie na długo. Prilepin do przedmaturalnych analiz w rosyjskich liceach pewnie nie trafi, lecz jego ideowy bildungsroman mógłby namieszać w gorących głowach postpionierskiej młodzieży. Nie tylko dlatego, że pisarz otwarcie wyraża swoje radykalne poglądy (na co dzień należy do partii narodowo-bolszewickiej). „Sańkja” to po prostu dobrze skrojona powieść, w której narrator i bohaterowie władają ekspresyjnym językiem, nieprzegadanym dialogiem, skrótowym opisem, prawdziwie wyrażając zwykłe ludzkie uczucia.
Główna postać, młody mężczyzna z Bogiem, ojcem, matką i ojczyzną jako pierwszorzędnymi wartościami, uważa aktualny polityczno-społeczny porządek w Rosji za zdradę. Nie chce się pogodzić z kapitalizmem i globalizmem, z dyktatem ropy i interesu, z upadkiem imperium. Wychowany w rodzinie bez mężczyzn sam stara się mężczyzną stać, wybierając rewolucję za drogę dla siebie i do siebie. Chce Rosji nowej, czyli starej, gdzie każdy znał swoje miejsce, gdzie była jakaś sprawiedliwość i nadzieja. Teraz panuje niezgoda, dynamicznie przedstawiona w otwierającej scenie mityngu opozycji. Tu Sasza jest jeszcze jednym z uczestników, częścią tłumu, udziela się w walce, pragnie miłości, zuchwały chłopak szukający własnego miejsca na placu i w życiu. Na końcu będzie kimś ważniejszym i mądrzejszym o świadomość tej małej rewolucji, która się dzieje, lecz może nic nie zmienić. Może być tak jak przekonuje umiarkowany w poglądach Bezlietow: „dajcie ludziom pożyć spokojnie w ich kątach. (...) zaproponujcie taką możliwość: do-żyć spo-koj-nie do końca”. Dla Bezlietowa, przypominającego trochę Szymona Gajowca, wywrotowa działalność młodych ma wymiar estetyczny, jest do tolerowania dopóki nie zostanie przekroczona granica przemocy. Sasza i jego koledzy uważają, że tę granicę przekroczyć trzeba, by ich kraj nie przeobraził się w wymarły ląd „zasiedlony Chińczykami i Czeczenami”. Bezlietow próbuje uspokajać: „w dzisiejszych czasach rosyjskość nie jest własnością wszystkich. (…) Ona kryje się jeszcze w konkretnych ludziach jako całkiem określony duchowy porządek i, Bóg da, pozostanie w nich jakiś czas”. Sasza chce Bogu pomóc, wbrew przestrogom Bezlietowa wskrzesić biesy, wstrząsnąć narodem, zamiast pielęgnować „ubogiego ducha” jednostki wyzwolić dawną potęgę całości.
Czy jednak może tego dokonać młodzieniec, którego narrator w drugim zdaniu powieści portretuje jako kogoś, kto spogląda pod nogi oczami zmęczonymi „patrzeniem na czerwone płachty i szare mundury”, który ma w domu zatroskaną matkę, który milknie, gdy babcia ironicznie pyta, czy był na grobie ojca i czy ten ojciec przypadkiem nie wstał? Ta sama babcia ciągle woła na niego „Sańkja” i nie przypadkiem Prilepin tak tytułuje swą książkę. Wie, że naiwność sprawdza się na chwilę, na literaturę, lecz niewiele jej w realnym życiu. Sasza też będzie wiedział, choć nie wiadomo, czy się z tą świadomością pogodzi. Naprawdę dobra powieść o Rosji i o człowieku.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………………….
Zachar Prilepin SAŃKJA, przeł. K. Wańczyk, Czarne, 2008
Wednesday, September 17, 2008
Bohdan Zadura WSZYSTKO
Ale najnowsza książka Bohdana Zadury podoba mi się bardzo, mimo początkowego dystansu. Lepiej ją czytać niewyrywkowo, bo układa się w atrakcyjną i znaczącą, kształtną całość. Zadurze wolno „Wszystko” (tak zatytułowana jest książka) i umiejętnie z tego korzysta, portretując siebie, innych (Innego) i sytuacje (Sytuacje) z ironią i powagą. Używa formy klasycznej, korzysta z formuły aforystycznej i w końcu wypełnia zasadę umieszczoną w ostatnim tekście zbioru: „takie proste, tak późno/ nie żeby się podobały/ ale żeby ktoś coś z nich miał”. Potrafi nawet przyznać, że przekonanie o wyższości wiersza nad widokiem zgrabnych pośladków jest błędne, a przynajmniej należy do grzechów, z których się wyrasta. Starzenie się to zresztą jeden z wyrazistych wątków tego tomu. Nie dojrzewanie, lecz właśnie starzenie (co różni mistrza młodego od starego). Zadura rzeczywiście wyrósł z pewnych życiowych rytuałów (jak „erekcja o świcie”), jednakże poetycko ma jeszcze wiele do powiedzenia.
Jego „Wszystko” to zabranie głosu w sprawach ważnych, bez chowania pióra w piasek wieloznaczności i sztuczności, bez lęku o odsłonięcie, bez pomocy zmyśleń, tworów pośrednich, bez awersji do sentymentu. Zadura trochę tu wspomina także swoją przeszłość, więcej wypomina polskiej rzeczywistości. Lubi wychwytywać paradoksy, wierzy, iż poprzez ujawnienie nonsensu ciągle można zbliżyć się do tego czegoś, dla czego chce mu się pisać. Nie używam słowa prawda, bo „słowa jak zawsze się zużywają”, jak pisze autor, bo prawda jest połowiczna, bo przedziwnie i często niegodnie zmienia się kontekst. Na przykład w aforyzmie tytułowanym dedykacją „Archiwistom w gazowych maseczkach i gumowych rękawiczkach” Zadura kłuje: „każda praca jest dobra/ jeśli nie hańbi”. Takich gier z utartą frazeologią znajdziemy tutaj sporo. Są wymierzone przeciw, są polityczne, publiczne, ale i prywatne. Podobnie z pozostałymi, już pełnowymiarowymi, tekstami. Nie zawsze panuje w nich ironia, nie na każdej stronie liryzm ustępuje publicystyce. Autor nie zapomina o poezji. Jeśli przekracza jej granice, to zaraz wraca w poetycki obręb, przypominając zaskoczonemu czytelnikowi, o co w tym „Wszystkim” chodzi.
Bo nie chodzi o uzmysłowienie wyborcom, że nie muszą zaciskać zębów i głosować, gdy nie czują sensu wyboru, nie chodzi o Lecha Kaczyńskiego, Henryka Jabłońskiego, Polskę Ludową i Polskę ludyczną. Nie o to, co się traci w życiu, nie o to, co się zyskuje. Bo taki bilans jakoś zawsze wychodzi na zero, jak pisał inny klasyk, bo „próżny trud/ lek/ przed śmiercią”, a „starsi faceci/ w tym smutnym kraju/ małą Laudację/ ciągle pukają”, bo „wszystko się plącze” w powikłaniu. Idzie o to, jak wolno mi zgadywać po lekturze nowej książki Bohdana Zadury, by niebezrefleksyjnie być tak długo, jak się da. Nie na siłę, nie bezsilnie, nie tylko teraz, nie tylko tam, niekoniecznie na gapę, nie codziennie serio. Bo życie i tak dzieje się tu, gdzie my się dziejemy, po tej samej stronie ulicy, w tym samym pomieszczeniu, kraju, epoce, w tym, nie innym, ciele. Choć nam wydaje się, że jest odwrotnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………….
Bohdan Zadura WSZYSTKO, Biuro Literackie, 2008