Friday, January 15, 2010

Philip Roth OPERACJA SHYLOCK. WYZNANIE

Bez przesady można dziś nazwać Philipa Rotha najważniejszym żyjącym amerykańskim pisarzem, choćby dlatego, że, oprócz Nobla, otrzymał wszystkie istotne dla Amerykanina nagrody. Przede wszystkim dlatego, że jego książki nigdy nie dają się zignorować, niepokoją, jak nieźle sfilmowana "Ludzka skaza", lub drażnią, jak sławetny "Kompleks Portnoya". "Operacja Shylock" nie zawodzi pod tym względem i dodaje do żydowskich wątków twórczości Rotha kolejny element.

Tym razem narratorem wydaje się być sam autor, który w Przedmowie wyznaje, iż pierwowzorem powieści były zapiski z dziennika, a z powodów prawnych musiał dokonać zmian związanych z faktami, osobami, miejscami akcji. Czas ukazania się "Operacji Shylock" na polskim rynku, początek Nowego Roku, też został starannie wybrany. Pierwszy rozdział zaczyna się właśnie określeniem takiej czasoprzestrzeni (Ameryka, styczeń 1988 roku). Wtedy bowiem Roth dowiaduje się o drugim Philipie, używającym takiego samego imienia i nazwiska i, jak podaje izraelskie radio, uczestniczącym w procesie Johna Demianiuka, domniemanego byłego strażnika z obozu w Treblince. Tyle że Roth-oryginał przebywa w Nowym Jorku, a nie w Jerozolimie. Pisarz dzwoni więc do stołecznego izraelskiego hotelu, prosi do telefonu owego Philipa Rotha, który podchodzi do słuchawki i potwierdzając swoją tożsamość, pyta: "A z kim mam przyjemność?". Natychmiast pojawiają się obawy o halucynacje (bohater zażywał mocne środki przeciwbólowe), lecz realizm zdaje się jednak zwyciężać. Realizm? A może mistyfikacja? Kolejny telefoniczny kontakt między Philipem i Philipem to znów dialog na kolejnym poziomie śledczym. Oryginał przedstawia się jako Pierre Roget, wypytuje sobowtóra na temat diasporyzmu, ruchu głoszącego konieczność powrotu do własnych ojczyzn Żydów przybyłych do Izraela z Europy. Proszę sobie wyobrazić tę piętrowość: ktoś podaje się za Rotha, Roth podaje się za kogoś innego, by usłyszeć, iż ten ktoś manifestuje kontrowersyjną ideę, wpisującą się sprytnie w aurę wokół żydowskiego pisarza, oskarżanego przez środowiska żydowskie o antysemityzm. Fałszywy Philip Roth częstuje swego rozmówcę takim zdaniem: "Jestem Żydem, koniec, kropka. Nie pojechałbym do Polski, żeby się spotkać z Wałęsą, gdybym był kimkolwiek innym. Nie byłoby mnie tutaj i nie uczestniczyłbym w procesie Demianiuka, gdybym był kimkolwiek innym". I tak dalej. Na marginesie wspomnijmy, że według książkowego Wałęsy Żydzi są w Polsce mile widziani. W pewnym momencie racje izraelskiego Rotha skupiają się na przestrodze przed drugim Holocaustem, który może wybuchnąć już nie w Europie, lecz na Bliskim Wschodzie, właśnie jako konflikt między światem arabskim a żydowskim. Stąd idea diasporyzmu.

No i wreszcie list: "Drogi Philipie . . . NIECH MI PAN POZWOLI ISTNIEĆ . . . JESTEM PAŃSKIM DOBRYM IMIENIEM . . . JESTEM TYM W PANU, CO NIE JEST SŁOWAMI". Sumieniem? Myślą do wypowiedzenia pod tautologicznym pseudonimem, przyjętym w imię mocniejszego głosu? Ukryciem będącym równocześnie trybuną? Wcieleniem ambiwalencji współczesnych dyskursów, politycznej poprawności i niepoprawności w jednym? W tle rozgrywa się proces Demianiuka-nie-Demianiuka, modelowego Amerykanina lub okrutnego nazisty, kogoś jeszcze nieosądzonego, komu udowadnia się podwójną tożsamość. Na pierwszy plan wysuwa się w końcu kwestia Izraela, państwa podobnie rozdwojonego kulturowo, narodowościowo, etycznie. "Operację Shylock" też zaplanował autor niejednokierunkowo, bo można ją traktować i czytać jak szpiegowski thriller i polityczno-filozoficzną powiastkę. Fikcja czy prawda? To powieść i dziennik, peregrynacja i debata, nonsens i sens, polityka i romans. Kluczem, być może, jest umieszczone w podtytule słowo "Wyznanie". Wyznanie, a więc rodzaj samobójstwa-wyzwolenia, pełna pasji wewnętrzna kłótnia ja, z szekspirowskim Shylockiem jako naturalnym symbolem-obserwatorem. Na pewno mamy okazję poznać kolejną intrygującą (w niepróżnym znaczeniu tego wyświechtanego przymiotnika) rzecz spod ręki prawdziwego mistrza. Jedną z książek najczęściej wskazywanych w plebiscycie New York Timesa na amerykańską powieść ćwierćwiecza.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................
Philip Roth OPERACJA SHYLOCK. WYZNANIE, Czytelnik, 2010

Thursday, January 7, 2010

Henryk Bieniewski TEATR TV I JEGO ARTYŚCI

Teatr Telewizji kiedyś był rzeczywistą marką, która miała swój prestiż i swoją cenę. Tyle że wtedy nikt nie myślał o tzw. rynku i może dlatego powstawały wybitne premiery. Milionowa widownia mogła wybierać do obejrzenia programy z oferty zaledwie dwóch komplementarnie planowanych anten telewizyjnych, więc często wybierała Jedynkowy teatr. Poniedziałek kojarzył się z wielkimi tytułami, z aktorskimi gwiazdami i inscenizatorami z najwyższej ligi. A potem, pod koniec lat 1990., w okresie bardzo już konkurencyjnym i wolnorynkowym, pewien pan zarządca wymyślił slogan "tyle misji, ile abonamentu", zaczynając stopniową agonię jednego z najlepszych pomysłów telewizji wszech czasów i krajów. Kolejni panowie zarządcy, mimo pusto brzmiących deklaracji o wadze i niezatapialności formatu pt. "teatr TV", szli tą samą drogą. Aż w roku 2010 widzowie, którzy dawniej co poniedziałek rezerwowali czas na spektakl, zapomnieli, że to możliwe. Hasło "tyle misji, ile abonamentu" stało się abonamentem dziwnie gorliwie dziedziczonym przez każdy zarząd TVP i płaconym właśnie kosztem teatru TV, na który przecież pieniędzy publicznych akurat by wystarczyło. Wystarczyłoby tylko do tej pozycji programu podejść nowocześnie, traktując ją jako produkt godny sprzedaży i reklamy. Według ostatnich statystyk, Polacy coraz liczniej w teatralnym życiu uczestniczą.

Henryk Bieniewski, autor tej książki, przez siedem lat pełnił funkcję szefa telewizyjnej sceny i właśnie, pewnie nie bez powodu teraz, zdecydował się opisać i opublikować własne wspomnienia mistrzowskich przedstawień z historii TV. Od "Apolla z Bellac" do "Pana Dwadrzewki" biegną osobiste dzieje byłego dyrektora, krytyka, przede wszystkim widza dzieł Hanuszkiewicza, Huebnera, Wajdy czy Lidii Zamkow. Jest nawet "Stawka większa niż życie", produkcja Teatru Sensacji TVP. Każde z trzydziestu przedstawień to właściwie pretekst do opowieści o ludziach, którzy je tworzyli, również o innych tytułach. Bieniewski stara się recenzencko przybliżyć spektakl i pamiętnikarsko zachować głównych aktorów i sprawców teatralnych widowisk. Mikołajska, Śląska, Łomnicki, Holoubek i setka złotych postaci polskiej sceny znowu gra tamte role, znów mówi tekstem Dostojewskiego, Ioneski, Mickiewicza, Szekspira. A czytelnik ma okazję do sentymentalnych przypomnień (jeśli widział) i przygód poznawczych (jeżeli nie miał szczęścia biograficznie towarzyszyć najlepszym latom teatru TV). Ja na przykład nie wiedziałem, że w 1969 roku, a więc po wypadkach marcowych i legendarnych "Dziadach" w Narodowym, w okresie politycznego ostracyzmu, Kazimierz Dejmek przyniósł Bieniewskiemu pomysł realizacji "Niemców" Kruczkowskiego, na co zgodził się Włodzimierz Sokorski, wtedy prezes Radiokomitetu. Anegdot znajdziemy w książce więcej, lecz najważniejszą wartością pozostanie wiedza, nie tylko o konkretnej inscenizacji, ale o teatrze w ogóle. Bo autor "Teatru Telewizji i jego artystów" wykorzystuje także tę szansę, by dodać fragment dotyczący choćby metody Brechta czy idei teatru Krasowskiego i Skuszanki. Dlatego kolejne rozdziały czyta się nie jak sentymentalny spis minionych momentów chwały, lecz gawędę na temat ponadczasowej siły sztuki dramatycznej.

W zwyczajowym epilogu Bieniewski niepotrzebnie lukruje stan dzisiejszy. "Cóż, czasy się zmieniły", komentuje bez gniewu, "nie ma co narzekać", "Teatr Telewizji istnieje nadal". Istnieje, tylko co to za byt. Na pytanie, czy jest przed tą sceną przyszłość w publicznej stacji, nic wiążącego nie da się powiedzieć. Obaw musi być więcej niż nadziei, bo nikt na tzw. górze pomysłu na kontynuowanie poniedziałkowej tradycji nie ma od lat. W nowym zarządzie TVP znalazł się jednak człowiek teatru, aktor, który grywał główne role w takich sztukach, jak "Szklana menażeria", "Idiota" czy "Sztukmistrz z Lublina", a także dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Jeśli Przemysław Tejkowski zdoła przekonać pozostałych prezesów, że teatr w telewizji to misja, związana z ponad pięćdziesięcioletnią historią i przeszło czterema tysiącami spektakli, realnymi emocjami milionów widzów, kształtująca gusty i motywująca do rozwoju osobowości, może nie będzie tak źle, jak jest teraz? Dodajmy jeszcze: misja, którą przy światowym poziomie współczesnego polskiego teatru, da się sprzedać.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................
Henryk Bieniewski TEATR TV I JEGO ARTYŚCI, PIW, 2009

Książki 2009

Książka roku? Na szczęście nic takiego nie istnieje. Dziś każdy ma własne tytuły najcenniejsze i nikt też nie jest w stanie być na bieżąco ze wszystkim. Dla wielu czytelników objawieniem są nieprzeczytane nigdy wcześniej klasyki, z którymi najlepsza publikacja obecnego czasu nie może rywalizować. A obecny czas w literaturze to okres naprawdę wysokiego poziomu i ilościowego nadmiaru. Trudno się w tym wszystkim znaleźć, mnie trudno też dociec, na czym polega sekret tego rynku. Bo książek statystycznie czyta się mało, coraz mniej, a tytułów przybywa w sprinterskim tempie.

Bardzo wybiórczo i bardzo osobiście rok 2009 na razie zostawia mi po literackim sobie wspaniałą powieść noblisty sprzed roku, czyli "Muzykę głodu" (będę się co do tak przełożonego tytułu upierał) Jeana Marie Gustawa Le Clezio i kilka pozycji opowiadających o teatrze. Z "Grotowskim. Przewodnikiem" i "Witkacego portretem wielokrotnym" na czele. Le Clezio, którego niewielu znało przed Noblem (co w kontekście owej "wielkiej liczby" wstydem nie nazywajmy), zaczarowuje zwłaszcza stylistycznie, snując prostą opowieść o okołowojennych losach pewnej dziewczyny. Jeśli z czytania chcemy mieć przyjemność, to w przypadku "Muzyki głodu" znajdujemy rozkosz. "Grotowski. Przewodnik" to z kolei rzecz wyjątkowa, bo niespotykanie przystępnie prezentuje sylwetkę najbardziej mglistą w naszej kulturze. Jerzy Grotowski pod piórem Dariusza Kosińskiego zyskuje ludzką stronę, nie tracąc artystowskich rysów. Jest i o nim, i o jego spektaklach, a nawet metodzie. No i, co najważniejsze, autorska perspektywa, zawsze zbliżająca do niełatwego tematu. Bohater drugiej książki, Stanisław Ignacy Witkiewicz, również ma swoje tajemnice, których pewnie nie odkryjemy, mimo tak niesamowicie oddanych badaczy-fanów jego życia i twórczości, jak Janusz Degler. Mnóstwo anegdot towarzyszy tu tekstom pogłębiającym wiedzę o pisarzu, eseje przeplatają się z listami, pełnymi, jak to u Witkacego, językowo-towarzyskich niespodzianek. Przebojem jest kronika drugiej połowy życia autora "Szewców", napisana z iskrą i ikrą. Do tych trzech książek ciągle jeszcze wracam, ciągle znajdując coś nowego.

Rozczarowała mnie Olga Tokarczuk, bo zamiast się rozwijać zabrnęła w nietrafione, pretensjonalne pisadło (w odróżnieniu od czytadła, które może dawać przynajmniej jakąś radość). Część akcji jej najnowszej powieści dzieje się w lesie, w którym pisarka najwyraźniej gubi całą subtelność niegdysiejszej swojej prozy. Teraz zostaje tylko poza ekologiczno-feministyczna, a więc element irytujący, i wniosek, że nie każdy sprawdza się w gatunku thriller lub kryminał. Inny rodzaj zawodu spotkał mnie wraz z książką Michała Witkowskiego "Margot", bo wzbudziła obawy, że utalentowany autor pójdzie drogą literatury rodzajowej, środowiskowej, czerpiąc z coraz to wymyślniejszych osobowości tzw. prawdziwków. Ślepa to ulica, czego "Margot", zbieranina podrasowanych zasłyszeń, najlepszym dowodem. Witkowski schodzi w ten sam kąt, co Dorota Masłowska od "Pawia królowej" do dziś. Kąt nibyprzypowieści, nibygroteski, nibysatyry z ambicjami diagnozy społecznej, w rzeczywistości niewiele mówiącej o rzeczywistości. Dla mnie egzotyka, czyli nic, bez czego nie mógłbym się obejść. Najwyraźniej autorzy, w których kiedyś wierzyłem, przestali wierzyć w siebie albo po prostu znaleźli się na twórczym rozdrożu i wybrali tak, że w tej chwili nam zwyczajnie nie po drodze.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Sunday, January 3, 2010

CZARODZIEJSKI FLET (Opera Wrocławska)

Ten "Czarodziejski flet" z przyjemnością będą oglądać dzieci, bo, choć nie jest to przedstawienie w żadnym stopniu wybitne, ma w sobie coś ujmującego. Scenografia z projekcji wideo, teatralne światła, pomysłowe kostiumy (z konsekwentnie zrealizowanym motywem klosza) na pewno się spodobają, a brak dramatyzmu i aktorskie drewniactwo w partiach mówionych nieletniej publiczności nie powinny przeszkadzać. Mogą przeszkadzać czasami zbyt statyczne sceny. Wejście w spektakl ułatwią za to dialogi w języku polskim (nie wiedzieć czemu powtarzane jako napisy nad sceną). Opowieść o pewnym księciu i pewnym ptaszniku, którzy w poszukiwaniu miłości muszą przebrnąć przez królestwo złych mocy i serię trudnych prób zadziała w kolorowo-mglistej wizji Anny Długołęckiej, mimo fabularnych uproszczeń. Dorosła publiczność będzie szukać w najnowszej wrocławskiej wersji opery Mozarta głosów, jeśli na ewentualne (i możliwe) głębsze znaczenia libretta według baśni Libeskinda nie da się liczyć.

A z głosami bywa w tym przypadku różnie. Zespół Opery Wrocławskiej potrafi od jakiegoś czasu zaśpiewać (i zatańczyć) teoretycznie wszystko, z niewielką pomocą zaproszonych gości (zwłaszcza tenorów), ale teoria nie zawsze zgadza się z praktyką. Nie wiem, jak brzmią inni, ale obsada niedzielnej premiery występowała nierówno, co momentami było winą konkretnych wokalistów, chwilami jednak odzwierciedlało niedokończenia inscenizacyjne. Nie przekonała mnie konwencjonalna Aleksandra Szafir jako Pamina, więc postać numer jeden w "Czarodziejskim flecie", za mało wyrazisty wydaje się w roli Tamina Łukasz Gaj. Oboje niby nieźle śpiewają (Gaj dysponuje ładną barwą głosu), lecz nie potrafią przekazać swoim postaciom własnego temperamentu. W efekcie Tamino przypomina raczej giermka niż rycerza, Pamina wypada niewiele lepiej. Zdecydowanie brakuje "Fletowi" Długołęckiej dramatyzmu, a w komicznym cudzysłowie nie zdecydowała się reżyserka umieścić całości. Mimo że trzy damy dworu (w gwiazdorskich epizodach Dorota Dutkowska, Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak i Anastazja Lipert) z dowcipnie brykającym baletowo Monostatosem obierają często właśnie taki kierunek. Sarastro Damiana Konieczka nie robi nic oprócz śpiewania, co w końcu musi znużyć, a Królowa Nocy Anny Terleckiej-Kierner olśniewa pięknem kostiumów, upamiętnia się słynnym trzykreślnym dźwiękiem (aria z drugiego aktu zabrzmiała naprawdę nieźle) i tyle.

Komediowe postaci kradną cały show, jak zwykło się mawiać i jak zwykle się dzieje przy nierównomiernie rozłożonych akcentach. Jacek Jaskuła zasługuje na kolejne brawa za swą naturalną siłę komiczną, ujawnianą już nieraz, także w repertuarze Mozartowskim (choćby Guglielmo w "Cosi fan tutte"). Jego Papageno to jedna z dwóch Ról tego wieczoru. Do wykreowania drugiej Irynie Zhytynskiej (Papagenie) wystarczyły dwa wyjścia w przebraniu wiedźmy i cudownie wdzięczny duet "Papagena! Papageno!". Ten głos, ta uroda! Dla nich, dla niestarzejących się melodii Amadeusza, dla przytomnie lekkiej orkiestry (dyrygował Tadeusz Zathey), dla choreograficznych wynalazków Janiny Niesobskiej (balet znów w bardzo dobrej formie; godne zauważenia solo Nozomi Inoue), trzymającego poziom chóru i wreszcie dla wizualnej aury warto to przedstawienie zobaczyć. Warto by jednak popracować jeszcze nad potrzebną w "Czarodziejskim flecie" odrobiną grozy (pioruny nie wystarczą) i większą dynamiką co najmniej kilku scen, w których drugiego planu nie ma. Wiem, że Jacek Jaskuła poradzi sobie w swoim solo świetnie, lecz czemu nie wzbogacić arii życzeniowej jakąś ruchową etiudą, na przykład z wykorzystaniem butelki? No i koniecznie trzeba coś zrobić z księciem Tamino, żeby można było zobaczyć w nim bohatera.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................
W.A. Mozart CZARODZIEJSKI FLET, libretto E. Schikaneder, reż. i insc. Anna Długołęcka, kier. muz. Dariusz Mikulski, Premiera w Operze Wrocławskiej 3.01.2010

Tuesday, December 15, 2009

Bob Dylan CHRISTMAS IN THE HEART

Gdyby w sondażu zapytać Polaków, Europejczyków, Filipińczyków czy np. Kazachów, jaka powinna być piosenka świąteczna, pewnie odpowiedź krążyłaby wokół jednakowej definicji. Z melodią, łagodnością, nostalgią lub wesołością w szczegółach. Jednym słowem: ładna. Bob Dylan potrafi pisać i takie piosenki, które wykonuje na własny, charakterystyczny, jedyny sposób. Na swojej najnowszej płycie, wielkiej niespodziance tego roku, najważniejszy chyba artysta tzw. muzyki rozrywkowej, śpiewa (po raz pierwszy w karierze) przeboje świąteczne. A więc rzeczy z założenia ładne, do słuchania pod błyszczącym zielonym drzewkiem. I daje się tego słuchać, przez moment.

Dylan poszedł tutaj na całość. Z bogatego archiwum muzyki na Boże Narodzenie wybrał same klasyki, jak "Silver Bells", "I'll Be Home For Christmas" czy "Little Drummer Boy". Jest "Have Yourself a Merry Little Christmas", jest "The First Noel", czyli to, co znamy z wersji wszystkich świętych i nieświętych. Bing Crosby, Frank Sinatra. No i mamy kłopot. Kupujemy album, bo kochamy święta, uwielbiamy Dylana, chcemy też pomóc akcji charytatywnej "Feeding America", na potrzeby której trafia dochód ze sprzedaży. Włączamy odtwarzacz. Pierwsza piosenka świetna, żwawe "Here Comes Santa Clause", staromodnie zaaranżowane, z chórkami w stylu tych presleyowskich. Jesteśmy zachwyceni. A potem z utworu na utwór mina rzednie. Na początku jeszcze pojawia się uśmiech: no tak, Dylan, "Idola" to by przecież nie wygrał (i dobrze, bo byśmy nie mieli idola). Z czasem zwycięża znużenie, bo chyba nie o to nam jednak chodziło, aby przy okołowigilijnym stole słuchać Gargamela próbującego sprostać wszystkim kompozytorskim pomysłom. Bo Dylan niczego w tych nutach nie zmienia, nie dopasowuje ich do swoich możliwości. Niejeden wujek Lucjan skrzeczy lepiej. Gdybyśmy mieli tylko tę jedną świąteczną płytę w zasięgu, to byłyby to święta w zupełnie innym stylu. Choć z drugiej strony, byłoby na kogo zrzucić winę za przekwaszony barszcz.

Jako ciekawostka nie tylko dla fanów Dylana album "Christmas In the Heart" spełnia się w stu procentach. Jako muzyka towarzysząca świętom niekoniecznie. Chyba że mają już Państwo dość grzecznych wykonań i szukają także w końcu grudnia czegoś innego niż banalna, znana, powtarzalna bożonarodzeniowa uroda. Mnie akurat o tę powtarzalność o tej porze roku chodzi, więc Dylan w roli kolędnika, mimo że w słusznej sprawie, mój dom ominie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................
Bob Dylan CHRISTMAS IN THE HEART, Columbia, 2009

Friday, December 11, 2009

AKROPOLIS. REKONSTRUKCJA (Wrocławski Teatr Współczesny)

We wrocławskiej rekonstrukcji „Akropolis” najważniejszy jest aktor. Spektakl zaczyna się w basenie, skąd aktorzy wychodzą na scenę, wcielając się w role aniołów. Improwizują, szukają. Najczęstsze pragnienie to kontakt z partnerem, pocałunek, a więc wspólnota. Kontekst historyczny, dramat Wyspiańskiego nie mają znaczenia, zamiast dziejów dzieją się aktorskie etiudy, trochę za długie, doskonale odegrane. Potem odbywa się dyskusja. Najpierw w bezpiecznej przestrzeni basenu, potem na scenie. Wciągnięci w nią widzowie też podrzucają pomysły na współczesny polski Akropol, punkt centralny, siedzibę władzy, mieszkanie narodowego ducha. Warszawa, bo stolica, Wawel, jak u Wyspiańskiego, Auschwitz, jak u Grotowskiego, Częstochowa, ktoś wymienia Licheń, Juratę, Międzyzdroje, Wrocław. Dla każdego coś innego. Potem próbujemy już całkowicie metodą twórcy Teatru Laboratorium. Historia Jakuba zostaje zrekonstruowana dokumentalnie, mechanicznie, bez emocjonalnego zaangażowania wykonawców. Na bose stopy zakładają ciężkie buty, kojarzące się z obuwiem z przedstawienia Grotowskiego i Szajny, teksty modulują w identycznie nienaturalny sposób, znów ćwicząc technikę, znowu w poszukiwaniu tonu, którego, już się domyślamy, nie znajdą. Jak dziś mówić w teatrze o Akropolis, skoro istnieje tyle niewykluczających wzajemnego istnienia, a wykluczających się wzajemnie dyskursów?

Sceniczny rezultat eksperymentów z lat 1960. potraktowano jako etap, krok ku teatrowi nieubogiemu i jako taki, słusznie chyba, odrzucono. Mit tamtego żyje w tym, dzisiejszym, tylko na serii slajdów z legendarnego „Akropolis”, pozornie równoważąc pastiszową konwencję. Slajdy nie mówią niczego, bo zasada oddychania polega w teatrze jednak na słowie, a ze słowem teatr mówiący o autorytetach, język chcący wyrazić ich obecność ma teraz (miał zawsze?) kłopot. Sens biblijnej przypowieści niknie, potrzeba nam nowej Biblii, a przynajmniej innych form kreacji. Podobną porażką kończy się inscenizacja części trojańskiej. Tu wprawdzie idzie się na całość, z kochaniem i rozbieraniem, lecz również w przypadku spraw starożytnych Greków z fabuły przechodzi do publiczności opowieść miłosna, nie żadna summa bosko-ludzkich relacji. Dlatego najradośniejszym momentem przedstawienia staje się taniec, zwykły taniec, z jednym, wiadomym układem. Można się weń zanurzyć jak w wodę, nie myśląc i nie pamiętając. Po euforii nadejdzie oczywiście powrót do rzeczywistości.

Przedstawienia, w których odsłania się technikę pracy i przyznaje się do pewnej bezradności w zetknięciu z tekstem-legendą są w dzisiejszym teatrze częste, ale rzadko wychodzi z nich coś, co można zabrać ze sobą do domu. Mimo przyjemności oglądania. Z „Akropolis. Rekonstrukcją” jest o tyle inaczej, że realizatorzy dbają o to, by aktor na scenie był utożsamieniem widza. Zapraszają nas do tańca, do dialogu, utrzymują wzrokową bliskość. Wszyscy jesteśmy tymi samymi ludźmi zamieszkującymi miliardy Akropoli, co teatr tylko artykułuje, bo przecież nie oznajmia. Ale brak jednego centrum nie musi być wcale tragedią. I to też w tym ciekawym przedstawieniu się ujawnia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
AKROPOLIS. REKONSTRUKCJA, wg tekstu Wyspiańskiego i spektaklu Grotowskiego, reż. Michael Marmarinos. Premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 11 grudnia 2009

Wednesday, December 9, 2009

Norah Jones THE FALL

Przy okazji nowych płyt wykonawców, których lubimy, zwykle nie mamy dylematu sklepowego. Kupujemy, bo jak tu nie dodać kolejnego albumu do kolekcji, skoro na półce są wszystkie wcześniejsze. Takie podejście może się skończyć w chwili, gdy uznamy, że nasz ulubieniec brzmi jak poprzednio, a nam zacznie to przeszkadzać. Z „The Fall” Nory Jones może się zdarzyć podobna historia.

Tę najnowszą płytę Norah Jones nagrała już bez swojego partnera, kompozytora i producenta Lee Alexandra, zatrudniając do opieki Jacquire’a Kinga, który współpracował z Kings of Leon czy Tomem Waitsem. I pewnie ten ostatni trop byłby najbardziej obiecujący, ale to jeszcze nie ten album. Owszem, więcej tu gitary, szczypta cięższego kontekstu muzycznego, ciągle jednak unosi się nad wszystkim ta barowa mgła do pokochania i porzucenia, gdy wychylimy o jeden za wiele. Melodie są identycznie ładne, głos przyjemny, różnica polega na gdzieniegdzie umieszczonych niespodziankach aranżacyjnych, jak w żwawym „It’s Gonna Be” czy jamowym „Stuck”, dla mnie najciekawszym. Przypomina się niegdysiejsza Norah śpiewająca słynną „Love Hurts” w okolicznościowym duecie z Keithem Richardsem. Następny w kolejności „December” to za to ewidentny powrót do klimatów z pamiętnego debiutanckiego „Come Away With Me”, dyskretna gitara i równie firmowy fortepian w rolach głównych.

„The Fall” nie jest przełomem, jak chcą niektórzy, podkreślając autobiograficzne zawirowania czasu powstawania albumu (od marca Norah ma niewiarygodne niby magiczne 30 lat). Spotkanie z zupełnie nowymi muzykami i dotknięcie rockowej stylistyki oczywiście słychać, lecz nie ma co z tego robić jakiejś spektakularnej nowości. Norah Jones wchodziła w muzyczne przyjaźnie z reprezentantami różnych gatunków i sprawdzała się w towarzystwie rozmaitych temperamentów. Grała z gitarzystą Rolling Stonesów, Beckiem, Foo Fighters oraz Dolly Parton czy Rayem Charlesem. Wcale nie trzeba udowadniać, że potrafi się dostosować, dodając coś własnego. Więc na swej czwartej solowej płycie pozostaje sobą, wprowadzając elementy z bajki już przecież odwiedzanej. Śpiewa o przegranej miłości i nocy w klubie, o samotności, a także o amerykańskiej mentalności. Nieokiełznani optymiści powiedzą: coś drgnęło, bardziej wymagający rzucą: no tak, coś. Ja poczekam na kolejną płytę. Może też ją kupię, a może już nie, jak nie kupiłem ciągle nieprzejmująco smętnej tegorocznej Anity Lipnickiej czy męczącego w powtarzalności zespołu Hey. W końcu mam ich płyty poprzednie.

Dla takiej piosenkarki jak Norah Jones 4 solowe albumy w ciągu 7 lat (plus countrowy wybryk z Little Willies i niemało gościnnych projektów) to chyba jednak za dużo. Starsza koleżanka Sade zrozumiała to właśnie po wydaniu czterech. Na następny czekaliśmy 8 lat, od tamtego („Lovers Rock”) mija już 9 (premiera nowego w lutym 2010). Nie wiem, czy to właściwa droga dla pełnej artystycznej energii Nory, ale jakaś sugestia z pewnością.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.............................
Norah Jones THE FALL, Blue Note/EMI, 2009