Thursday, September 11, 2008

Orhan Pamuk STAMBUŁ

„Stambuł. Wspomnienia i miasto” to gawęda o rodzinnym miejscu Pamuka, zaplanowana jako eseizująca autobiografia z udziałem innych ważnych dla pisarza osób. Spojrzenie na miasto piękne i brzydkie, bliskie i dalekie z dystansu autora, który czuje, że zbyt bezpośredni styl byłby nie na miejscu, gdy akurat mnie wydaje się odwrotnie. Bo gdyby nie ta pisarska rezerwa poznalibyśmy może Pamuka od innej, bardziej ekstremalnej strony. A tak utrzymujemy się w tych samych stanach średnich i nawet o samej historycznej metropolii nie dowiadujemy się specjalnie fascynujących detali.

Owszem, ciekawi mnie na przykład opis stambulskich pożarów, a zwłaszcza wyznania autora o przyjemności, jaką jego pokolenie „czerpało z widoku płomieni trawiących miasto”, uczucia wynikającego z poczucia winy, z jakim „czekaliśmy, aby jak najprędzej zniknęły ostatnie ślady gigantycznej cywilizacji i kultury, na której spadek nie zasłużyliśmy, ponieważ woleliśmy stać się wtórną, nieciekawą i mizerną kopią zachodniego świata”. Ale kiedy Pamuk opowiada o notatkach różnych wędrowców na temat swojego miasta, moja uwaga się kończy. Nie interesuje mnie opinia Gautiera, ani jego paroles o dostrzeganiu „melancholijnego piękna w zaniedbanym i smutnym krajobrazie”, czy doświadczanie „romantycznej ekscytacji na widok ruin greckiego i rzymskiego imperium”. Może dlatego pozostaję głuchy na podobne dygresje, że nie jestem Turkiem, nie znam Stambułu, nie byłem, nie widziałem, nie zwyciężyłem.

To, co zdaje się w Stambule wspominanym i prezentowanym przez Pamuka najważniejsze, to styk kultur, spotkanie dziejów kształtujących cywilizację, poczucie utraty, ale przecież również zupełnie współczesna nadzieja na nową, młodą, świeżą Turcję unijnoeuropejską. Tej ostatniej nie za wiele w tej książce, bo i natura biografii i autobiografii jest inna. Ale w czytelniku z obcego środkowo-wschodnio-europejskiego kraju wrażenie braku jakiejś istotnej emocji rodzi się podczas przebywania zbyt długo w mgle przeszłości. Choćby i arcyerudycyjnej, umiarkowanie anegdotycznej, felietonowej, za rzadko osobistej. Za to wtedy, gdy Pamuk zahacza o własne dzieciństwo, z którego wyniósł późniejszą potrzebę pisania, naprawdę zaciekawia. Ostatni rozdział książki „Rozmowa z matką: cierpliwość, ostrożność i sztuka” to majstersztyk, skonstruowany jak najwspanialszy moment kulminacyjny bestsellerowej powieści. Szkoda tylko, że czytając tę książkę, trzeba się do takich punktów dokopywać przez ruinę melancholii i encyklopedycznych wycieczek.

Wyobrażam sobie, iż podróżnik przygotowujący się do pobytu w Stambule mógłby z opowieści Pamuka wiele się nauczyć o mieście spomiędzy snu historii i jawy teraźniejszości. Mógłby nawet poczuć dumę z powodu celu podróży, wyboru tak bogato opisanej i obfotografowanej metropolii, którą poznał wcześniej okiem sławnego pisarza, władającego długą, tradycyjną frazą. Ale wiem też, że kiedy się jedzie do nowego miejsca, człowiek miewa dynamiczne oczekiwania i gdzie mu wtedy w głowie literacki przewodnik. Jeśli więc czytać „Stambuł” to dla Orhana Pamuka, co jak zwykle nie musi być tylko czytelniczą ucztą.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………..
Orhan Pamuk STAMBUŁ. WSPOMNIENIA I MIASTO, przeł. A. Polat. Wydawnictwo Literackie, 2008

Thursday, September 4, 2008

Tadeusz Różewicz KUP KOTA W WORKU

znam człowieka, mężczyznę w po-średnim wieku, który – mężczyzna, nie wiek – nie przepada za Różewicza Tadeusza poezjom/poezją (niepotrzebne skreślić). ceni za to różewiczowskie dramaty i mówi – cytuję z wyobraźni – kartoteka pułapki starej kobiety w białym małżeństwie na czworakach więcej dla mnie znaczy niż nożyk profesora szarej strefy.

ja mu na to, że akurat się nie zna, choć szanuję jego opinię, bo jak tu nie szanować w dzisiejszych czasach (ja panu nie przerywałem). bo ja według mnie zgodnie z moim własnym sum-mieniem uwielbiam Różewicza lirycznego. tego co w czasopiśmie marki ‘płomyk’ wygrywał plebejscyty na poetę roku, wiersz roku, idola pokolenia, które przeminie (a nasze nie, póki my żyjemy). były takie czasy.

teraz żyjemy w szkle kompaktowym i Tadeusz laureatus Różewicz pisze felietony nie wiersze, do szuflady, do ‘przeglądu’, do słuchania na nielicznych wieczorach ał-torskich, do uśmiechu, do nietzschego. fryderyka, silesiusa, telekamery.

POETA WRACA PO LATACH DO PARODII
POETA W SANATORIUM
KOT W WORKU
DZIADEK W KORKU

już widzę te recenzje

albo albo: poeta jak zegarmistrz chirurg snajper uderza w to, co we współczesnej kulturze najcenniejsze, precyzyjnym cięciem obnaża powierzchowność i upadek świata Herrych Potterów, włatcuf duszyczek, dyrektorów banków, donaldóf tóskóf. to się może pojawić. w jednej czy drugiej gazecie. będzie o odtrutce na te ciężkie czasy i o geniuszu genialnego Tadeusza. będzie, bo być musi. i jeszcze zachwyt, że taki dowcipny, pełen autoirrronii, i, że oprócz malowania wierszem, potrafi pisać rysunki. KUP KOTA W WORKU nie będziesz żałował naprawdę warto.

jest już ciemno myślę sobie czym jest piękno

najnowszej poezji Tadeusza Różewicza i sobie odpowiadam, że już nie tym samym, co w okresie lirycznym ani nawet dramatycznym. wprost komentowanie rzeczywistości, stawianie pod ścianą kropki, parapoetycki kolaż stolarz. sto lat niech nam taki Różewicz żyje, niech zbiera te strzępy absurdów, ogląda czyta spaceruje, nasłuchuje i cytuje, niech obraz słodkiego miłego pożycia rujnuje, bo czasem po prostu jeszcze do licha daje radę. bo czasem spod tego twórczego ogona trafia się „normalny poeta”…”odaliska Ingres’a”…”niebieska linia”. no a czasem no cóż trzeba to ogłosić wychodzą „kichnięcia” i „kluski”. jak to w sztambuchu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………
Tadeusz Różewicz KUP KOTA W WORKU, Biuro Literackie, 2008

Friday, August 22, 2008

Jurij Andruchowycz TAJEMNICA

Pamiętam, jaką furorę zrobił swojego czasu Andrzej Stasiuk, publikując autobiograficzną książkę pt. „Jak zostałem pisarzem”. Teraz Jurij Andruchowycz zabrał się za autobiografię, wydając w firmie Stasiuka wywiad z samym sobą. Jeśli jednak wyznania Stasiuka były dynamiczną ciekawostką do zapomnienia, „Tajemnica” ukraińskiego autora to tom nie tylko „zamiast powieści”, jak stoi w podtytule.

Forma narcystycznego wywiadu wydaje się dla gwiazdora literatury nie tylko ukraińskiej szczególnie trafiona. Niepoważnie w tym wszystkim brzmi tylko mistyfikacyjny pomysł, że oto niby niemiecki dziennikarz Egon Alt (czyli „ja stary”) prosi Andruchowycza o rozmowę, ten się zgadza, rozmawiają, potem Egon ginie i tak dalej. Pomysł ozdobny, może niepotrzebny, ale treść „Tajemnicy” naprawdę zajmuje, bo jest to podróż z dawnego Iwano-Frankowska do dzisiejszej Ukrainy (Iwano-Frankiwska), przez Europę czasów i kultur. Na początku była „podłoga, deski podłogi w takim brudnym ciemnoczerwonym kolorze, mocno podrapane deski, szpary między nimi”. Potem „magiczne miasto Lwów”, wojsko, grupa poetycka Bu-Ba-Bu i otwarcie na Europę. Jeszcze raz okazuje się, że w pojedynczym życiorysie osobowości wyjątkowej, bo artystycznej, też widać dzieje naszej części świata, zapyziałej, choć z przeświadczeniem, przeczuciem otchłani, przywiązaniem do snu, problemem z nastrojami. „Rano strasznie nie chce mi się wracać do rzeczywistości – mówi Andruchowycz. – Dlatego przez pewien czas staram się wskoczyć z powrotem w ostatni sen. Potem jeszcze ta wiosna, znowuż ta wiosna, ta śmierć”. Zawsze to samo. Ten sam demon żalu, goryczy, sentymentu, przemijania zamiast radości z tego, co mamy. Może dlatego, że mamy tak mało?

Są w „Tajemnicy” wszystkie Andruchowyczowe przejścia, w miłość, seks, używki, poezję, są opisane jego największe lęki, najważniejsze lektury, najwięksi przyjaciele. Dowiadujemy się rzeczywiście więcej niż z każdego wywiadu dotąd z ukraińskim pisarzem przeprowadzonego, chociaż, rzecz jasna, do tajemnicy się nie zbliżamy. Pewnie zresztą dlatego, że jej nie ma. Ale najmocniejszym punktem tej książki jest nie odkrywanie meandrów życia autora istotnego na współczesnej mapie literatury środkowoeuropejskiej, tylko opowieść o jego czytelniku. Podobnie wychowanym lub naznaczonym tym niepowtarzalnym duchem Europy nie do końca. U Andruchowycza pojawia się w pewnym momencie motyw piwniczny i trudno się oprzeć skojarzeniu.

Błyskotliwe i spontaniczne podsumowanie chwil z życia i myśli ukraińskiego pisarza.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………..
Jurij Andruchowycz TAJEMNICA, przeł. M. Petryk, Czarne, 2008

Wednesday, August 20, 2008

Imre Kertesz DOSSIER K.

"Ci, którzy przeżyli, są wyjątkiem, ich istnienie jest jedynie wypadkiem przy pracy, jaki przydarzył się w machinie śmierci. Może dlatego tak trudno pogodzić się z tak wyjątkową, nienormalną egzystencją, jaką jest przeżycie". Tak pisze Imre Kertesz w autowywiadzie zatytuowanym "Dossier K." Nie mamy wprawdzie do czynienia z książką, która mówi wszystko o nagrodzonym kilka lat temu Noblem pisarzu, ale rzecz to warta uwagi, bo podsumowuje wątki twórczości węgierskiego mistrza.

Kerteszowi często zarzucano, że pisze o sobie, że autobiografia zajmuje w jego literackiej spuściźnie naczelne miejsce. Krytykom takiego podejścia wystarczy przytoczyć słowa samego autora. Nie ma losu tylko jednostkowego, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jeden los zawsze przypomina o innych. Na tym polega dobra literatura, na tym polega życie. Trudno się nie zgodzić. Zresztą komitet noblowski trafnie to sformułował przyznając Kerteszowi najwyższe artystyczne wyróżnienie za przekazanie "kruchego doświadczenia jednostki wobec barbarzyńskiej arbitralności historii". Podobnie o czasie i wydarzeniach w czasie mówił Czesław Miłosz i inni wielcy twórcy XX wieku.

W "Dossier K." Kertesz przekazuje kilka sekretów z własnego warsztatu, opowiadając o bohaterach i książkach, o swoim stosunku do nich, do prawdy i fikcji, do historii. Autor wyznaje na przykład, iż dla niego wszystko staje fikcją od momentu przeniesienia prawdy w powieść. Przedtem to wszystko jest milczeniem "niczym poranny sen spłoszony dźwiękiem budzika", potem następuje wydobycie rzeczywistości z półmroku, no i jej interpretacja literacka. Jak zwykle u Węgra treść podana jest bez upiększeń retorycznych, co współgra z pisarskim światopoglądem autora "Losu utraconego", losu do odzyskania tylko poprzez literaturę. Kim jestem - to chyba najważniejsze pytanie, jakie się z całości tego tomu wyłania, a odpowiedź ma w sobie tyle konretu, co abstrakcji,. Kertesz zauważa, że absurdalność życia to jego cecha charakterystyczna. Reakcją człowieka na ten absurd dziejów może być, wg noblisty, przyjęcie faktów do świadomości, mówienie o nich, pisanie, komentowanie. Ucieczka to nie jest sposób Kertesza, choć literatura potrafi i w ten sposób poradzić sobie z historią. Choćby Tolkienowski "Władca pierścieni" był taką odpowiedzią na czasy zarazy i próbą eskapistyczno-mitycznej terapii. Dla węgierskiego autora liczy się jednak literacka historio-analiza.

Dla mnie najciekawsze w "Dossier K." są jednak pytania i odpowiedzi na tematy osobiste. Dowiedzieć się można, że pierwszym przewodnikiem Kertesza po świecie intelektu był Paul Valery, z którego w latach 50. niewiele rozumiał. Słowa o kryzysie intelektualnym rozbudziły niepokój i chęć "świadomego poszukiwania". Potem była m.in. "Śmierć w Wenecji". Kertesz przyznaje, iż ta książka zmieniła jego życie, to wtedy, po przeczytaniu Manna, zrozumiał największą artystyczną prawdę: "literatura jest całkowitym przewrotem, zabójczym ciosem w samo serce, uczy i dodaje człowiekowi odwagi, choć jednocześnie jest jak śmiertelna choroba". Camus, Kafka, Bernhard to kolejne znaczące nazwiska w dziedzinie Kerteszowych inspiracji. Ciekawe, że węgierski autor w tym przypadku nie używa formuły przypadku właśnie. Trafienie na tych, a nie innych pisarzy widzi jako konieczność. Po prostu "nie mogłem zrobić inaczej", objawia Kertesz.

Na końcu "Dossier K." autor wypala zgodnie ze swoją filozofią przetrwania: "Ja wszędzie dostrzegam sprzeczności. Ale je lubię". Jego sprzeczności doczekały się Nobla. Autowywiad węgierskiego twórcy nie odkrywa niczego, raczej podsumowuje i objaśnia. Czasami się dłuży, nawet drażni powtarzalnością i oczywistością. Powiedzmy za Kerteszem: "myśl o sławie uważam za starokawalerski samogwałt, a myśl o nieśmiertelności za śmiechu wartą". I dodajmy: myśl o nieprzeczytaniu "Dossier K." uważam za śmiechu wartą, ale i myśl o nieśmiertelności tej pozycji w dorobku Kertesza też.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................................
Imre Kertesz DOSSIER K., przeł. E. Sobolewska, WAB, 2008

Sunday, July 20, 2008

Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA

W posłowiu do najnowszego wydania powieści Mircei Eliadego tłumacz Ireneusz Kania przywołuje starorumuńską baśń o królewiczu, który przychodzi na świat dopiero wtedy, gdy słyszy od ojca obietnicę wiecznej młodości i nieśmiertelności. Ponieważ rzecz jest niemożliwa, o czym chłopiec dowiaduje się od ojca dużo później, sam wyrusza na poszukiwania krainy wiecznego szczęścia. Żeni się tam z najpiękniejszą (i najmłodszą) wróżką, ale po pewnym czasie tęskni do dawnych chwil i miejsc. Wraca, starzejąc się i w końcu umierając po tym, jak zobaczył, że z dawnych, pamiętanych lat nic nie pozostało. „Młodość stulatka” to powieściowa wersja tej starej opowieści, baśń współczesna ilustrująca marzenia ludzkości i bezradność człowieka wobec własnej osobowości, którą trzeba kojarzyć z przeznaczeniem.

Eliade zaczyna tam, gdzie większość autorów kończy. W siedemdziesięcioletniego naukowca trafia piorun. Zamiast umrzeć Dominik Matei znajduje siebie w młodym ciele, z nieprzeżytą nigdy wcześniej energią myślenia i odczuwania. Mamy Wielkanoc 1938, Europę tuż przed epoką nazizmu. Można więc potraktować tę historię jako metaforę ucieczki, warto ją przeczytać jako odcinek znanego intelektualnego serialu, którego pozostałe części to: opowieść faustowska, amerykańska bajka o Ripie Van Winklu czy starożytny mit o śnie Endymiona. No i Wilde’owy „Portret Doriana Graya”. A przy tym „Młodość stulatka” pośrednio podsumowuje wielkie tematy myśli Mircei Eliadego: próby zbliżenia się do tajemnicy lub przynajmniej świadomości egzystencji oraz nieodłączny problem czasu . W powieści rumuńskiego filozofa, oryginalnie zatytułowanej „Młodość bez młodości”, czas się nie zgadza z czasem, więc w końcu nie wiadomo, co dzieje się naprawdę. Czy Matei rzeczywiście przeżył te odzyskane 30 lat, a jeśli tak, to w której rzeczywistości? Odpowiedzi nie będzie, bo nie odpowiedź ma znaczenie, lecz możliwość. Jak to zwykle na poziomie filozofii.

Na poziomie samej literatury książka Eliadego (i Kani) broni się ostatkiem sił, czyli tym, co stoi za nie najwyższym warsztatem akurat tego powieściopisarza. Eliade (i Kania) jest wybitnym eseistą; gdy rozpisuje dialogi na eseistyczny wykład, brzmi oczywiście zajmująco, kiedy, gdzieniegdzie, stara się rozmawiać słowami bohaterów, przegrywa z materią. No ale nie dla rzemiosła sięga się po takie książki, tylko dla ponadlekturowej refleksji, towarzyszącej czytaniu „Młodości stulatka” od otwarcia. „Prawdziwy sens kataklizmu nuklearnego może być tylko jeden: mutacja ludzkiego gatunku, pojawienie się nadczłowieka (…). Inaczej życie i historia człowieka nie miałyby sensu. Zmuszeni bylibyśmy przyjąć teorię cyklów kosmicznych i historycznych, mit wiecznego powtarzania się” – mówi młody psychiatra podczas spotkania z Dominikiem. Finał, który coś zmienia? Byłoby miło, lecz również strasznie, skoro porażenie piorunem młodej Weronice błyskawicznie dodaje lat.

Dominik Matei, a raczej sam Eliade, piszący swoją powieść niedługo przed siedemdziesiątką, zdaje się skłaniać ku tradycyjnym poglądom na temat bytu, zebranym w bibliotekach i podczas podróży, zwłaszcza na wschód. Także dlatego czasową ramą „Młodości stulatka” są religijne święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie. Ich znacząca rola zostaje odwrócona, co w kontekście innych filozoficzno-psychologiczno-religijnych nawiązań książki Eliadego działa jeszcze mocniej. Dla rumuńskiego językoznawcy każdy język był mową równoprawną, każda teoria interesująca, każdy dokument istotny. Bo nikt nie ma dziś przecież pojęcia, jak jest naprawdę i z jakich snów się obudzimy. Nikt, dla kogo „Młodość stulatka” będzie nie przeciętną powieścią, lecz elektryzującym (czyli literackim) impulsem do zadumy. Może nad nową jakością życia, na przykład?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………
Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA, przeł. I. Kania, WAB, 2008

Saturday, July 12, 2008

John Williams SEKS

Mimo wszystko to ciekawe i chyba jednak niepokojące: seks w sztuce nam ostatnio spowszedniał. Może dlatego, że nikt nam nie skraca smyczy tego, co wolno, co zakazane, a może dlatego, że twórcy się wyjałowili (zresztą pewnie z tej samej przyczyny). Legendy filmowego „Ostatniego tanga w Paryżu” nie powtórzył już potem żaden mistrz, choć np. Adrian Lyne miał wszelkie zadatki na następcę. Jeszcze w latach 90. wydawało się, iż kino jest w stanie odegrać w artystycznej sztafecie pokoleń ważną rolę, naturalnie wzbogacając temat seksu, ale tak się nie stało. „Intymność” Leconte’a wprawdzie wywołała dyskusje na jednym czy drugim festiwalu, lecz skandalu nie było, a pamięć o filmie sprzed ośmiu lat znacznie się zatarła. Przy okazji „Basenu” próbowano kreować Francoisa Ozona na nowego estetycznego obrazoburcę, wzbudzając uśmiech politowania niż poważne zaciekawienie. Seks to nie jest dziś dziedzina najwyższej twórczej aktywności ludzi sztuki.

Tym bardziej interesująco rysuje się podróż po tym, co było. Album Johna Williamsa zaczyna się od reprodukcji fragmentu klasycznego dzieła Ingresa, przedstawiającej zaloty, kończy „Śpiącą kobietą” Reitera, powstałą kilkadziesiąt lat później. Pomiędzy jednym a drugim wędrujemy przez wieki i artystyczne przestrzenie, obserwując sztukę erotyczną różnych kultur, a zwłaszcza indywidualności. Przeważa malarstwo, zobaczymy tu też sporo fotografii, gdzieniegdzie trafimy na rzeźbę. Całość okrasił autor oszczędnym komentarzem i celnymi cytatami z literatury. Wybór jest bardzo subiektywny, każdemu czytelnikowi czegoś z pewnością będzie brakować, każdy ma swoje zachowane w erotyczno-estetycznej pamięci sceny. Williams zaproponował klucz tematyczny. Poszczególne rozdziały zatytułował: „Od pierwszego spojrzenia”, „Flirt”, „Zaczęło się od pocałunku”, „Namiętny uścisk”, „Rozbieranie”, „Gra wstępna”, „Główne wydarzenie”, „Miłe wspomnienia” (tu niezbyt udanie przetłumaczony oryginalny „The Afterglow”). Przy czym „główne wydarzenie” zajmuje ledwie 40 stron na prawie 400-stronicową publikację. Prostota pomysłu Williamsa, czyli tradycyjna konstrukcja dramatyczna, mogłaby prostotą drażnić, lecz sprawdza się w tej księdze artystycznej wizji seksu nieźle, bo i tak nikt nie przegląda takiego albumu od okładki do okładki. Nie ma potrzeby. W podobnym wydawnictwie chodzi przecież nie o wartość badawczą, tylko o dyskretnie edukacyjny sentyment. Do sztuki, która była.

Williams pisze we wstępie: „Nic tak wiele nie mówi nam o konkretnym społeczeństwie niż formy, w jakich wyraża ono w sztuce popęd seksualny i sposoby rozwijania się miłosnych kontaktów”. To historia rytuału, moralizatorstwa, namiętności, rzecz pierwotna, ale też przetworzona, komiczna, perwersyjna. Ambicją autora było zaprezentowanie całości w albumowej pigułce i to się powiodło. Williams jest doświadczonym akademickim wykładowcą. Z jego wersji dziejów sztuki erotycznej bije chyba najbardziej radość seksu lub może radość przedstawiania seksu przez zastęp malarzy i poetów, radość niezmącona nawet ironią cytowanego w pewnym momencie Oscara Wilde’a, dla którego końcem erotycznego ogrodu rozkoszy są apokalipsy. Książka Williamsa może być wstępem do kolejnych artystycznych wtajemniczeń w jeden z najliczniej pojawiających się w sztuce motywów, może być jego zręcznym podsumowaniem. Z czysto estetycznego punktu widzenia na pewno lepiej sięgnąć po „Seks. Portrety namiętności” niż po kolejny kalendarz Pirelli.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………..……………………………….
John Williams SEKS. PORTRETY NAMIĘTNOŚCI, Arkady, 2008

Sunday, June 29, 2008

L. Foglia, D. Richards CAŁUN Z OVIEDO

Całun z Oviedo to pilnie strzeżona chusta, która mogła okrywać twarz Chrystusa, gdy umierał na krzyżu. Taka jest legenda tego płótna o wymiarach 84x53 cm. Jak jest/ było naprawdę? Odpowiedź zostawiam specjalistom. Sprawa wcale nie jest oczywista, mimo osiągnięć techniki nie da się chyba wyjść w tym przypadku poza obszar wiary. Może i dobrze.

Bo autorzy powieści "Całun z Oviedo" wyobrazili sobie sytuację w dzisiejszych czasach coraz bardziej prawdopodobną. Młoda dziewczyna zgadza się być zastępczą matką dziecka dla pewnej amerykańskiej rodziny. Dziewiętnastoletnia kelnerka z Bostonu to sierota, nie ma jeszcze pomysłu na siebie, szuka własnej drogi. Prasowe ogłoszenie o "partnerstwie w rodzicielstwie" trafia zatem na podatny grunt. Dziewczyna nosi biblijne imię Hannah, jest dziewicą, czyli idealną kandydatką do powtórzenia niepokalanego poczęcia. Jej ciąża będzie próbą sklonowania Jezusa poprzez wykorzystanie DNA pochodzącego z legendarnego całunu, który 8 lat wcześniej sprofanowano w dramatycznych okolicznościach. Najważniejsze pytanie tego thrillera brzmi na początku: "czy dziecko się urodzi?", są i następne: "czy chłopiec będzie rzeczywiście tym, kim ma być?" i "co będzie, kiedy się już urodzi?". Z tym pytaniem zostajemy po przeczytaniu całości. Niby więc prosty thriller idący w podobnym kierunku, co "Kod Leonarda da Vinci", a jednak odrobinę więcej.

Ostatnia scena książki napisana jest nawet zręczniej niż cała powieść, którą kwalifikuję do kategorii zawodowo skrojonego bestsellera. Autorzy mogliby bardziej popracować nad wydarzeniami, trochę mało tu wartkich zwrotów jak na rasowy dreszczowiec, ale i tak wakacyjnie wystarczy. Leonard Foglia i David Richards, dyrektor nowojorskiego teatru i krytyk teatralny, uznali pewnie, że pomysł uniesie fabułę. Nie pomylili się. I chyba tylko niewielką popularnością powieści na świecie trzeba tłumaczyć brak protestów środowisk katolickich w Polsce. Doprawdy, trudno o bardziej obrazoburczy temat i lepszy kontekst do dyskusji nad przyszłością nowych technologii i starej wiary w epoce nie do przewidzenia. Ale nie wywołujmy wilka. "Całun z Oviedo" traktujmy podług zasług, bo to jednak po prostu niezłe czytadło. A ksiądz Jimmy, bohater pomagający dziewczynie w kłopotach, zrównoważy działanie ludzi złej woli.

Nie będzie z "Całunu z Oviedo" nowego "Dziecka Rosemary", także dlatego, że zmieniły się czasy. I dla religii (różnych), i dla literatury. Lecz rozpoczynająca się od morderstwa w katedrze powieść amerykańskich warsztatowców prowadzi do podobnych wniosków, co powieść Levina. Zwłaszcza w okolicznościach z pewnością istniejącego wyścigu szalonych naukowców po
trofeum sklonowanego człowieka. Niektórzy twierdzą, iż nie ma wyjścia, klonowanie jest kwestią czasu, będziemy musieli się prędzej czy później zmierzyć z największym problemem cywilizacji techniki. Pod płaszczem (całunem) dość oczywistych przewidywań-przypuszczeń-wyroków kryją się poważne tajemnice naszego jutra. Autorzy niniejszej powieści przemycili w zwykłym
dreszczowcu jeszcze jeden element tej historii. Pytanie o nowego mesjasza. Nie nowe, nie odkrywcze, a ciągle prowokujące i aktualne. Tak teraz adekwatne, jak przyzwoity literacki thriller na wakacje.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Leonard Foglia, David Richards CAŁUN Z OVIEDO, przeł. K. Dobrowolska, Philip Wilson, 2008