Monday, September 23, 2013
WALENTINA (Wrocławski Teatr Współczesny)
Popatrzyłem wczoraj na swoją półkę z książkami (do licznych pudeł, gdzie trzymam mniej ważne tytuły, z którymi nie chcę się rozstać, nie zaglądałem), by potwierdzić, że tzw. reportaż literacki to nie jest gatunek przeze mnie lubiany. Żadnego w sensie ścisłym nie umieściłem w pokojowym regale, od biedy może by podciągnąć pod tę etykietę dałby się DOJCZLAND Stasiuka. Ale tylko od biedy. Stasiuk pisze raczej esejo-felietony niż reportaże. Książek Swietłany Aleksijewicz więc nie zbieram, choć przeczytałem dwie: nagrodzoną Angelusem WOJNA NIE MA W SOBIE NIC Z KOBIETY i OSTATNICH ŚWIADKÓW. UTWORY SOLOWE NA GŁOS DZIECIĘCY. Pierwsza opowiada o kobietach, druga o dzieciach II wojny światowej. Opowiada, a właściwie oddaje im głos, prosząc, by podzielili się pamięcią. W tym sensie reportaże Aleksijewicz są konsekwentne: autorka opracowuje to, co usłyszała od rozmówców, nie bawi się w narratorkę, nie upowieściawia ani nie publicyzuje.
Po CZARNOBYLSKĄ MODLITWĘ sięgam zatem teraz, po obejrzeniu spektaklu WALENTINA. THE LAST HUMAN DOG na Małej Scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Udane to przedstawienie w godzinę prezentuje jedną zaledwie z historii związanych z 26 kwietnia 1986 roku, dniem, w którym ja i moi koledzy siedzieliśmy sobie jak gdyby nic na osiedlowym trzepaku pod rzeszowskim blokiem. Nie tak znowu daleko od tragedii w elektrowni atomowej w Czarnobylu. I piliśmy wieczorem płyn Lugola, podobno niepotrzebnie, bo skażenia radioaktywnego w Polsce nie stwierdzono. Czarnobyl był wtedy w Związku Radzieckim, dziś leży w granicach Białorusi. Niby „inne czasy”, jak mówi Walentina, ale czy rzeczywiście? Kilka miesięcy po wybuchu jej męża wysłano jako likwidatora do Strefy Wykluczenia. Żonie nie przyszło do głowy, aby go zatrzymać, jemu, by nie jechać. Dziś byłoby inaczej? W Japonii ktoś musi pracować w rejonie Fukuszimy, choć pewnie w lepszym sprzęcie. A poza tym, nie tylko o konkretną katastrofę chodzi w przedstawieniu, lecz o Wydarzenie, które zmienia cały dotychczasowy porządek, wywraca na lewą, gorszą, stronę ludzki los. Mąż-strażak wraca bowiem z Czarnobyla jedynie po to, by zachorować i przemienić się w popromienne monstrum. A ona ma go pielęgnować do ostatniej chwili, potem pielęgnując pamięć o pięknej miłości dwojga, w końcu dając świadectwo dramatu samotnej kobiety. Gdyby nie Czarnobyl, żyłby dziś i całował. Może po drodze nie zdarzyłby się jakiś wypadek albo inna apokalipsa. Może.
Siłą rzeczy skromny spektakl opiera własną moc na tekście i wykonawcach, tu na Irenie Rybickiej, bo to właściwie jej monodram (z niewielkim udziałem Tomasza Orpińskiego). Rybicka jest świetna, zarówno wtedy, gdy wspomina cudowne lata, jak w momentach powrotów do znoju codziennej opieki nad chorym (a „to nie był zwykły rak”). Zresztą często fragmenty tej i tamtej opowieści się przeplatają w adaptacji Krzysztofa Ogłozy, który z dynamicznego, także dialogowo rozpisanego rozdziału książki wykroił teatralną pieśń o miłości w czasach zarazy, zubożając tekst (nie ma mowy choćby o ciąży bohaterki). Na szczęście reżyserka Natalia Sołtysik zadbała o inscenizacyjne elementy. Bez przesady, lecz wystarczająco, by wesprzeć w kreacji aktorkę i widzów w odbiorze. Telefon powtarzający „Nie możemy pomóc pani mężowi”, kąsany przez bohaterkę w roli psa (the last human dog), wyważone w proporcjach projekcje (film nakręcony podczas tygodniowej podróży do Czarnobyla), polowanie na muchy zostaną w głowie. Podobnie jak gra świateł (Tadeusz Perkowski), znakomita scenografia i kostiumy (Anny Czarnoty) czy muzyka. Na koniec brzmi przebój z początku lat 1980., ONLY YOU duetu Yazoo, w rytm którego na ekranie pląsa człowiek w ochronnym skafandrze („’Ściskać się i całować nie wolno – słyszy od lekarki w książkowej wersji ciągle zakochana żona. – Nie podchodź blisko. Daję ci pół godziny’. Ale ja wiedziałam, że już stąd nie odejdę. Jeśli odejdę, to razem z nim. Przysięgłam sobie!” – myśli). A po oklaskach jest jeszcze postcriptum: wystawa makiet Ernesta Winczyka, dokładająca kontekst do scenicznej opowieści. Nie powiem więcej, idąc do Współczesnego sami to poczujecie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
WALENTINA. THE LAST HUMAN DOG, wg rozdziału z książki Swietłany Aleksijewicz CZAROBYLSKA MODLITWA. KRONIKA PRZYSZŁOŚCI. Adaptacja Krzysztof Ogłoza, reż. N. Sołtysik. Wrocławski Teatr Współczesny, Mała Scena, 22 września 2013
Wednesday, September 11, 2013
Marek Krajewski W OTCHŁANI MROKU
Marek Krajewski stał się już klasykiem polskiego kryminału i jako klasyk może wszystko. W swojej najnowszej powieści gatunek, dzięki któremu zdobył popularność, uznanie i pieniądze, czyli inteligencki thriller retro, wprowadza w nowe dla siebie i wiernych czytelników rejony. Tylko czy to dobrze?
Tym razem Edward Popielski, były lwowski gliniarz, jest w tuż powojennym Wrocławiu prywatnym detektywem. Na zlecenie pewnego profesora ma się dowiedzieć, czy wśród słuchaczy tajnego gimnazjum znajduje się agent-donosiciel. Potem zdarza się okrutny gwałt, morderstwo. Autor każe sześćdziesięcioletniemu Łyssemu brnąć w śledztwo, nie szczędząc przygód, ale obok tej zwyczajowej fabuły kryminalnej rozwija też wątek filozoficzny, a powieściowa forma różnorodnieje. Czytamy fragmenty pamiętnika Popielskiego, by po chwili znaleźć się w tradycyjnej trzecioosobowej narracji. Znane z poprzednich książek Marka Krajewskiego prolog i epilog też się rozrastają i w efekcie dostajemy szerzej niż dotychczasowe zakrojoną literacką propozycję wrocławskiego pisarza. Z takich różności złożona rzecz bywa chwilami nużąca. Zwłaszcza że problem etyczno-logiczny, może i imponująco przemyślany, starannie wkomponowany w wydarzenia i ich czasoprzestrzeń, jakoś olśniewająco oryginalny nie jest. Ku złu w absurdzie życia czy jednak ku dobru, mimo wszystkich cierpień i zbrodni, dąży ludzkość, z Bogiem czy bez Boga? Młodziutkich uczniów można przekabacać wykładami w tę czy w tę stronę, jak czynią to książkowi profesorowie Stefanus i Murawski, lecz kół patodyceików wśród nawet miłośników Krajewskich klimatów założyć się nie da. Po pierwsze i drugie oraz trzecie: nie tego oczekują, co w powieści W OTCHŁANI MROKU dostają jako bonus do dreszczowca.
W jednym z wywiadów Marek Krajewski mówił: "daję godziwą rozrywkę". Mnie kiedyś na radiowej antenie powiedział, iż zdaje sobie sprawę, że autorem na Nagrodę Nike nigdy nie będzie. Tymczasem odchodzi od bezpiecznej konwencji, by sprawdzić się w czymś nowym, pewnie w ten sposób zapytać również czytających: macie ochotę na coś więcej niż rozrywkę? Na scenę walki uczonych na argumenty, na agon, nie tylko agonie ofiar i wyroki na zabójcach? Z lwowskiej ulicy przeniosę was na uniwersytet, skłonię do intelektualnego wysiłku, opowiem o lepszym systemie oświaty, odwołującym się do przedwojnia. Co wy na to? Osobiście, nie mówię nie, ale zdecydowanie bardziej przekonują mnie te stylowe, mocne passusy najnowszej powieści Krajewskiego, wyrażone w tradycyjnej trzeciej osobie narratora. Malownicza, czasem barokowa fraza wrocławianina, zmiksowana z ostrością opisu i grubym słowem, ciekawa intryga i smaczne tło historyczne wystarczają mi w zupełności. Do tego tęsknię, co roku wypatrując nowego tytułu. Kiedy otrzymuję coś jeszcze, powinienem się zapewne radować podwójnie, a nie potrafię. Wywody Stefanusa kartkuję, pamiętnik Popielskiego tchnie jakimś fałszem, tym bardziej odczuwalnym, im częściej przypominamy sobie, kto snuje tę opowieść. W prologu poznajemy bowiem niejakiego Wacława Remusa, współczesnego profesora filozofii, kogoś, kto by przekonać ekscentryczną profesor Olszowską-Biedziak do objęcia w jego idealnym Lycaeum Subterraneum stanowiska pani od biologii, musi zdać relację ze zdarzeń z roku 1946. Bardzo szczegółową i literacką relację, wykorzystując obszerne cytaty z Popielskiego. Pewnie się czepiam, profesor może być przecież świetnym gawędziarzem, mieć doskonałą pamięć, a autorowi wolno pozwolić sobie na umowność chwytu. No ale książka jako kryminał na tym traci.
Na szczęście, w lwiej części Krajewski pozostaje Krajewskim, Popielski Popielskim, który - nieco posunięty w latach - radzi sobie z bandytami i kobietami tylko trochę gorzej niż kiedyś. A powojenny Wrocław i galeria typów polsko-rosyjskich ze znającym Mickiewicza kapitanem Czernikowem - pyszne, choć straszne.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Marek Krajewski W OTCHŁANI MROKU, Znak, 2013
Saturday, August 31, 2013
Jesień w Biurze Literackim, Port 2016 we Wrocławiu?
Jak zawsze bogatą i aktywną jesień zapowiada wrocławskie Biuro Literackie. Ma się ukazać pięć nowych książek bardzo znanych autorów. Jak piszą w komunikatach prasowych wydawcy to poeci nagrodzeni Literacką Nagrodą Gdynia: Justyna Bargielska, Wojciech Bonowicz, Piotr Matywiecki, Marta Podgórnik i Andrzej Sosnowski. Jest na co czekać, ale warto przypomnieć, że to również autorzy zauważani przez wrocławskie środowisko literackie, nominowani lub laureaci Silesiusa. Woli jednak Biuro Literackie promować te publikacje gdyńskim motywem. Czyżby rzeczywiście działo się źle na linii Biuro-Wrocław, jak od kilku miesięcy świergoczą kruki?
Jakiś czas temu zainicjowano na stronach Biura Literackiego dyskusję na temat dziesięcioletniej obecności tej instytucji we Wrocławiu. Pobrzmiewa w niej nie tylko chęć jubileuszowego podsumowania, ale także pewne rozgoryczenie. Bo jeszcze rok temu była w związku Biura Literackiego i miasta Wrocław miłość, a przynajmniej sympatia i tzw. dobry kontakt. Prezydent Rafał Dutkiewicz osobiście pojawiał się na przykład na konferencjach prasowych festiwalu Port Literacki. W tym roku nie było ani prezydenta, ani szefa miejskiego wydziału kultury Jarosława Brody. Dyrektor Biura, Artur Burszta, zwraca uwagę, że jego projekty przygotowywane już z myślą o Europejskiej Stolicy Kultury (m.in. szkoła z poezją i kongres literacki) nie znalazły finansowej przychylności miasta. Co więcej, podczas wstępnej prezentacji ESK na specjalnym posiedzeniu miejskiej rady kultury portu nie było na liście wydarzeń 2016. Prezydent Dutkiewicz odpowiada, iż pieniędzy, jakich chce Burszta (wg Rafała Dutkiewicza chodziło o dodatkowe miliony, Artur Burszta utrzymuje, że o kilkaset tysięcy złotych) Wrocław nie ma. Kryzysowy budżet, trudno, trzeba się ograniczać. Rozumiem to, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, iż chodzi też o coś więcej. Udany uczuciowo związek potrafi przetrwać gorszy finansowo czas, tymczasem na linii biuro-miasto trwa okres, który kojarzy mi się z separacją. Zwłaszcza w kontekście następnego roku, kiedy obie strony zasiądą do rozmów w sprawie przyszłości Portu Literackiego we Wrocławiu (prezydent deklaruje kontynuację). Decyzja o przyszłości powinna być rozważona nie bez spojrzenia w przeszłość.
Warto zadać pytanie, co Wrocław zyskał i ciągle zyskuje dzięki obecności biura, z kolei biuro powinno pamiętać, jak się rozwinęło, działając właśnie w tym mieście. Odpowiedzi wydają się oczywiste, wspólne korzyści nieocenione, liczone i w walucie wizerunkowej, i wymiernej, czyli w literackich nagrodach dla książek wydanych przez Biuro Literackie (z Silesiusem i Nagrodą Nike na czele). Dla mnie najistotniejsze są publikacje. Cykl tomów Tadeusza Różewicza, dzieła Tymoteusza Karpowicza, kolejne premiery Bohdana Zadury czy Bogusława Kierca. Jedną z ważniejszych propozycji stał się projekt przywracania niegdysiejszej polskiej poezji nowym czytelnikom. Wiersze Asnyka, Konopnickiej, Staffa, Świrszczyńskiej brzmią inaczej w układach znanych współczesnych poetów-redaktorów. Dzięki nurtowi przekładowemu mogliśmy zachwycić się lub tylko bliżej poznać twórczość Jorie Graham czy Wallace'a Stevensa (w wybitnych tłumaczeniach). Świetna książka Andrija Bondara, nominowane do Angelusa "Historie ważne i nieważne", oraz zbiór opowiadań Vladimira Balli ciągle tkwią mi w głowie, zajmując miejsce na górnej półce w mieszkaniu, podobnie jak choćby eseistyczno-krytyczna opowieść o polskiej poezji pióra Piotra Śliwińskiego ("Horror poeticus"). Nie zapomnę też tłumu i entuzjazmu młodych ludzi z dolnośląskich szkół, przybyłych na ostatni port, natchnionych do przyjaźni z wierszem poprzez skierowany do nich program edukacyjny. Jeśli idzie o sam festiwal, trochę przeszkadza mi formuła zamknięta jedynie do oferty wydawniczej Biura Literackiego (co wytknął organizatorom także Andrzej Sosnowski na łamach Odry). Port jest dziś wśród festiwali poetyckich w Polsce numerem jeden, to zobowiązuje, więc nie powinien skupiać się tylko na swoich. Tym bardziej że Sopot, Kraków czy choćby owa wykorzystana w promocji jesiennych premier Gdynia depczą po piętach.
Czy wyobrażam sobie Europejską Stolicę Kultury bez Biura Literackiego? Wyobrażam, ale co to by była za stolica?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Jakiś czas temu zainicjowano na stronach Biura Literackiego dyskusję na temat dziesięcioletniej obecności tej instytucji we Wrocławiu. Pobrzmiewa w niej nie tylko chęć jubileuszowego podsumowania, ale także pewne rozgoryczenie. Bo jeszcze rok temu była w związku Biura Literackiego i miasta Wrocław miłość, a przynajmniej sympatia i tzw. dobry kontakt. Prezydent Rafał Dutkiewicz osobiście pojawiał się na przykład na konferencjach prasowych festiwalu Port Literacki. W tym roku nie było ani prezydenta, ani szefa miejskiego wydziału kultury Jarosława Brody. Dyrektor Biura, Artur Burszta, zwraca uwagę, że jego projekty przygotowywane już z myślą o Europejskiej Stolicy Kultury (m.in. szkoła z poezją i kongres literacki) nie znalazły finansowej przychylności miasta. Co więcej, podczas wstępnej prezentacji ESK na specjalnym posiedzeniu miejskiej rady kultury portu nie było na liście wydarzeń 2016. Prezydent Dutkiewicz odpowiada, iż pieniędzy, jakich chce Burszta (wg Rafała Dutkiewicza chodziło o dodatkowe miliony, Artur Burszta utrzymuje, że o kilkaset tysięcy złotych) Wrocław nie ma. Kryzysowy budżet, trudno, trzeba się ograniczać. Rozumiem to, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, iż chodzi też o coś więcej. Udany uczuciowo związek potrafi przetrwać gorszy finansowo czas, tymczasem na linii biuro-miasto trwa okres, który kojarzy mi się z separacją. Zwłaszcza w kontekście następnego roku, kiedy obie strony zasiądą do rozmów w sprawie przyszłości Portu Literackiego we Wrocławiu (prezydent deklaruje kontynuację). Decyzja o przyszłości powinna być rozważona nie bez spojrzenia w przeszłość.
Warto zadać pytanie, co Wrocław zyskał i ciągle zyskuje dzięki obecności biura, z kolei biuro powinno pamiętać, jak się rozwinęło, działając właśnie w tym mieście. Odpowiedzi wydają się oczywiste, wspólne korzyści nieocenione, liczone i w walucie wizerunkowej, i wymiernej, czyli w literackich nagrodach dla książek wydanych przez Biuro Literackie (z Silesiusem i Nagrodą Nike na czele). Dla mnie najistotniejsze są publikacje. Cykl tomów Tadeusza Różewicza, dzieła Tymoteusza Karpowicza, kolejne premiery Bohdana Zadury czy Bogusława Kierca. Jedną z ważniejszych propozycji stał się projekt przywracania niegdysiejszej polskiej poezji nowym czytelnikom. Wiersze Asnyka, Konopnickiej, Staffa, Świrszczyńskiej brzmią inaczej w układach znanych współczesnych poetów-redaktorów. Dzięki nurtowi przekładowemu mogliśmy zachwycić się lub tylko bliżej poznać twórczość Jorie Graham czy Wallace'a Stevensa (w wybitnych tłumaczeniach). Świetna książka Andrija Bondara, nominowane do Angelusa "Historie ważne i nieważne", oraz zbiór opowiadań Vladimira Balli ciągle tkwią mi w głowie, zajmując miejsce na górnej półce w mieszkaniu, podobnie jak choćby eseistyczno-krytyczna opowieść o polskiej poezji pióra Piotra Śliwińskiego ("Horror poeticus"). Nie zapomnę też tłumu i entuzjazmu młodych ludzi z dolnośląskich szkół, przybyłych na ostatni port, natchnionych do przyjaźni z wierszem poprzez skierowany do nich program edukacyjny. Jeśli idzie o sam festiwal, trochę przeszkadza mi formuła zamknięta jedynie do oferty wydawniczej Biura Literackiego (co wytknął organizatorom także Andrzej Sosnowski na łamach Odry). Port jest dziś wśród festiwali poetyckich w Polsce numerem jeden, to zobowiązuje, więc nie powinien skupiać się tylko na swoich. Tym bardziej że Sopot, Kraków czy choćby owa wykorzystana w promocji jesiennych premier Gdynia depczą po piętach.
Czy wyobrażam sobie Europejską Stolicę Kultury bez Biura Literackiego? Wyobrażam, ale co to by była za stolica?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Monday, June 24, 2013
ZAMEK (Wrocławski Teatr Współczesny)
Na początek pozwolę sobie dziś na bluźnierstwo. Ta myśl znalazła mnie mniej więcej w połowie oglądania ZAMKU, trzeciej premiery Wrocławskiego Teatru Współczesnego od kiedy Marek Fiedor objął dyrekcję tej sceny. Tym razem jednak premiera to wyjątkowa, bo sam reżyseruje. Moja myśl powiązała w tamtej chwili twórczość Kafki z paroma książkami Coelho: podobnie wydają się przypowieściowe, przypominając (u Brazylijczyka fragmentami) destylat, z którego można zrobić różne napoje, zależnie od interpretacyjnych warunków i potencjału. Po spektaklu zajrzałem do programu, odnajdując fragment z jednej z Kafkowskich nowel o człowieku zagubionym w pewnym mieście. Mężczyzna podchodzi do policjanta i pyta o drogę, a policjant na to:
– Mnie pytasz o drogę?
– Tak – rzekłem – bo sam nie mogę jej znaleźć.
– Daj spokój, daj spokój – powiedział i odwrócił się z dużym impetem jak ludzie, którzy chcą być sami ze swoim śmiechem.
Różnica między Kafką a Coelho polega na tym, że u Kafki policjant mówi „daj spokój”, u Coelho zacząłby dłuższą, instruującą pogadankę.
W ZAMKU wg Fiedora mężczyzna zwany K. też pyta o drogę i też się gubi, choć na początku wydaje mu się, iż zna ją doskonale. Wie, po co przyjechał, jaką będzie wykonywać pracę, ma swój plan i sposoby na realizację. „Potrafię postawić na swoim – mówi jednej ze spotkanych kobiet, – ale zawsze to lepiej się dogadać”. K. zna życie, potrafi uwodzić i manipulować, wykorzystuje, jest panem świata, własnego świata, a tu, dokąd przybył, trzeba być panem z zamku, aby coś znaczyć. Tymczasem K. zawiesza się między miastem a wsią, między przeszłością i przyszłością, z własnej i nie własnej winy-woli. Kilka razy podchodzi do automatu telefonicznego i dzwoni. W słuchawce słyszy egzotyczne dla jego teraźniejszej sytuacji dźwięki. Czy to wspomnienia tego, co było, czy może projekcje nowego, kolejnego? K. sobie z tym nie radzi, reaguje agresją, bo nie radzi sobie z samym sobą. Dlatego skupia się w końcu na tu i teraz, które, jak się okazuje, jednak nie zależy tylko od niego. Westernowy klimat muzyki (Tomasza Hynka) kontrapunktuje sceniczne wydarzenia. Nic nie jest czarne-białe, dobre-złe, lecz rozmyte, niewiadome, właśnie pomiędzy. Jak to w życiu. K. krzyczy: „Jestem wolny, więc mogę sobie poczekać”, ale szybko staje się w czekaniu śmieszny, wzbudzając politowanie. Nie pomogą mu kobiety, one też potrzebują pomocy. K. przyjechał tu w ostatnim tchnieniu zmiany, nadziei na spełnienie marzenia o wolności i przekonuje się, że to niemożliwe. Na prywatność zawsze wpływ ma system, czyli cały zestaw okoliczności decydujących o sukcesie lub porażce. Tylko w kiepskich poradnikach pojawia się pytanie: „Dlaczego człowiek nie wykorzystuje możliwości?”. Jakich możliwości? „Możesz być kim chcesz!”. Daj spokój.
Spektakl Fiedora jest przedstawieniem głównie dialogowym, lecz takie gadanie wciąga. Tekst Kafki wyda się czasem anachroniczny, zbyt lakoniczny, nienaturalny (po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że się ten język zestarzał – chyba trzeba Kafkę przełożyć na nowo), choć aktorzy robią, co się da, zwłaszcza Przemysław Bluszcz i Marta Malikowska. Wrażenie robi też czerwony cadillac. Umieszczony na niewielkiej Scenie na Strychu symbolizuje tzw. amerykański sen, dawno nieaktualny w epoce ekranów okalających nasze autostrady (znakomita scenografia Justyny Łagowskiej). Finał rozczarowuje oczywistością, ale wynika z kafkowskiego ducha (co ciekawe, podobna scena pojawia się – w innym miejscu – w PUŁAPCE Różewicza, inspirowanej biografią autora ZAMKU). Nie ma rady, równanie brzmi zawsze identycznie: złudzenia + rzeczywistość = ? (czyli przeważnie klęska, jakkolwiek byśmy ją sobie tłumaczyli).
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................
ZAMEK, wg Kafki, scenariusz i reżyseria M. Fiedor, Wrocławski Teatr Współczesny, 23.06.2013
Tuesday, June 18, 2013
Ian Coburn BÓG TO KOBIETA
Dlaczego kobiety lubią dupków? Takie pytanie (i odpowiedź na nie) znajdziemy na 180. stronie książki Iana Coburna, amerykańskiego komika, felietonisty, który na dwustu stronach opisuje wszystko, co zdarza się między kobietami i mężczyznami, kiedy się spotykają. To błyskotliwy poradnik-pamiętnik, okraszony mnóstwem scenek z życia towarzysko-seksualnego. Już po kilku rozdziałach pojawiło mi się w głowie inne pytanie: Ian, dlaczego nie urodziłeś się trochę wcześniej? Bo może gdybym przeczytał książkę BÓG TO KOBIETA jakieś dwadzieścia lat temu, nie popełniłbym tych wszystkich błędów w relacjach ze swoimi kobietami.
Coburn jest dziś przed pięćdziesiątką; z tego, co pisze, miał do czynienia z ładnymi laskami o jędrnych ciałach wiele i często, choć nie każda znajomość kończyła się spełnieniem. Przeciwnie. Podtytuł książki brzmi: Jak zepsuć udaną randkę? I Coburn, pewnie trochę koloryzując, przywołuje niemal każdy możliwy sposób, dając przy okazji zestaw niezbędnych rad, które dobrze byłoby pamiętać. I stosować się do nich, póki na to czas: „zrób jakiś ruch”, „okazja może się nie powtórzyć; bądź gotowy”, „na grzecznego faceta laski nie lecą”, „nie mów kobiecie tego, co sądzisz, że chce usłyszeć”, „porady kobiet na temat kobiet przyjmuj z odrobiną dystansu”, „rozmawiaj otwarcie o swoich fantazjach” i tak dalej. To tylko wnioski, do których prowadzą autora przeróżne sytuacje, doświadczane głównie w trasie, kiedy samotny komik staje się myśliwym i ofiarą. Pośród opowieści o Darli, przekonanej, że na jej widok ślini się każdy, o modelkach od bielizny, które namówił do prywatnego pokazu, ale nie do trójkąta, o Amy, co wolała przyjaciółki z bractwa czy Lori, która go chciała przejechać samochodem, są i podboje:
– Podobają ci się moje piersi? Jędrne są, nie?
– No, są piękne.
– Od samego patrzenia za wiele się nie dowiesz – zachęca Iana Aretha, by po chwili, jak to kobieta w TAKIEJ chwili potrafi, dorzucić:
– Chcesz mnie tylko przelecieć.
Ian Coburn wydał książkę samodzielnie, bo nie mógł się dogadać z wydawcami, którzy próbowali z maszynopisu wypreparować klasyczny poradnik, jakich w sklepach wiele. 100 sposobów, 1001 powodów, diagramy, złote myśli w ramkach, koniecznie w ujęciu psychologicznym. Autorowi tej książki chodziło jednak o coś innego, o opowieść autobiograficzną wokół spraw płci krążącą. Dlatego Coburna czyta się nie tylko z zaciekawieniem słuchacza na kursie randkowania. Oprócz konkretnej wiedzy na temat działających (i niedziałających) na kobiety tekstów, obok zdefiniowania typów „przywry”, „trixie” i „gorzkiej laski”, mamy tu faceta nam podobnego (popełnialiśmy/popełniamy identyczne idiotyzmy, dawaliśmy się podobnie omamić, napalić, ośmieszyć) i równocześnie kogoś, kto swoje przygody przeżywa w obyczajowo odmiennej Ameryce, po występie spotyka w hotelowym barze The Monkees, a po gigu z Damonem Wayansem uświadamia sobie, kim naprawdę jest. A poza wszystkim, nasz autor-bohater naprawdę wie, o czym radzi, z przytomnej autopsji, nie z wykładów w szkole psychologii.
„Wiele kobiet lubi zaczynać związek od koleżeństwa. Ujmuje je to, że facet poświęca tak wiele czasu, żeby je poznać i być blisko. Błędnie zakładają, że kolesiowi nie chodzi tylko o to, by dobrać im się do majtek. Jego długotrwałe zaangażowanie w przyjaźń ma być tego dowodem. Akurat!” – pisze, na przykład, Ian Coburn i, przyznajcie, trudno się z nim nie zgodzić.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Ian Coburn BÓG TO KOBIETA: JAK ZEPSUĆ UDANĄ RANDKĘ, przeł. L. Jastrzębiec-Pełczyński, Angielski dla Ambitnych, 2013
Saturday, June 8, 2013
OD MYŚLIWIECKIEJ DO KRONOSA
Wyobraźmy sobie taką sytuację: w głowie jakiegoś szaleńca rodzi się idea-kaprys-misja, by zrobić serię wydawniczą dokumentującą płytowe numery jeden poszczególnych krajów świata. Z funduszami nie ma problemu, każdy rząd się dokłada. Zbieramy zawartość, czyli najlepiej sprzedających się wykonawców z poprzedzającego publikację roku. Z Polski trzeba by wziąć Artura Andrusa, którego płyta trafiła do najliczniejszej grupy odbiorców w roku 2012 (wg zestawienia OLIS, czyli listy opartej na danych sprzedaży z sieci największych sklepów muzycznych w Polsce). ‘Co robić, rynek rządzi’ – powie jeden, ‘ratujmy honor ojczystej kultury’ – krzyknie inny, rozpętując obowiązkową i niechybną ogólnonarodową dyskusję.
Platynowa kariera MYŚLIWIECKIEJ Andrusa, właśnie przypomniana na festiwalu Top Trendy w Sopocie, to oczywiście dowód na słabość naszego przemysłu muzycznego. Skoro artyści ustępują miejsca kabareciarzowi, nie dzieje się dobrze. Płyta z zabawowo-satyrycznym repertuarem ma potencjał komercyjny, lecz takie odwrócenie hierarchii zasługuje na tytuł ewenementu dekady. Z drugiej jednak strony, sukces Andrusa świadczy o istnieniu w narodzie tradycji i potrzeby słuchania nieźle skomponowanych i zaaranżowanych piosenek z tekstem i podtekstem, czegoś kojarzącego się i ze Starszymi Panami, i z Młynarskim, Kaczmarkiem czy Grzesiukiem. Nie zapominajmy też o tzw. sile mediów. Andrus pojawia się w popularnych programach radiowych i telewizyjnych, a jego macierzyste stacje chętnie wspierają swoich ludzi, budując własne marki. W grę wchodzi jeszcze element nieprzewidywalności gustu słuchaczy w konkretnym czasie i miejscu. Okazało się, że tu i teraz Polacy chcą dalekiego od bieżączki i polityki kabaretu, aby przy grillu i piwku, w amfiteatrze lub w ogródku przymrużyć oczy zmęczone tematami, symbolicznie rzecz ujmując, smoleńsko-kryzysowymi. Poprzednim rynkowym zaskoczeniem był zwrot w stronę retro przy okazji płyt Andrzeja Piasecznego i Seweryna Krajewskiego. Głód porządnie skrojonej piosenki to głód uniwersalny, żeby nie powiedzieć: wiecznie żywy.
Na głód liczył również wydawca KRONOSA, sekretnego dziennika Witolda Gombrowicza, wciskając czytelnikom antydzieło, interesujące tylko badaczy biografii genialnego autora KOSMOSU. Prawie pięćset stron spreparowanych pod ilość nie mówi niczego specjalnie nowego o pisarzu, nie czyta się, nie zajmują. Żadnego pragnienia, rozbudzonego promocyjną machiną, na – jak to leciało? – ‘sensację literacką stulecia’ nie gasi, zostawia z rozczarowaniem i poczuciem bycia oszukanym. Lektura kalendarza spraw codziennych, czy to materialnych, czy to erotycznych Gombrowicza szybko skłania do ziewnięcia i pytania: rzeczywiście wszystko trzeba wydawać, byle związane ze sławną osobą? Byle trafiło na listę bestsellerów (przedsprzedażowy numer jeden w Merlinie i Empiku). „Rita zaziębiona. Szukanie mieszkania. Szachy z Mariną Skriabine. Brodski z żoną. Odkrywają mnie. Staruszek muzykolog. Bóle żołądkowe. Mistral rozpędza chmury” i tak dalej przez 90 procent tych lakonicznych i monotonnych zapisków. Niech tam zresztą sobie żyją w druku, ale nie zwódźmy ludzi pseudo PR-em w stylu: ‘Czy KRONOS jest ostatnim przesłaniem? Ostatnią prowokacją genialnego pisarza? A może dowodem na zwycięstwo z Formą? Lektura KRONOSU z pewnością wpłynie na interpretację (…) utworów Witolda Gombrowicza (…). To dzieło wstrząsające, które wywoła niejedną burzę i zażartą dyskusję’ – zachęcało Wydawnictwo Literackie. Jeśli jakaś burza się zdarzyła, to ta w szklance wody. Ciekawe, co z tego osobistego misz-maszu zrobi Krzysztof Garbaczewski przymierzający się do scenicznej adaptacji KRONOSA dla wrocławskiego Teatru Polskiego.
Ani popularność KRONOSA, ani MYŚLIWIECKIEJ, liderów sprzedaży w swoich kategoriach, nie podsumowuje gustów odbiorców, ilustrując mechanizmy rynku wydawniczego. Z tym, że płyta Andrusa niczego nie udaje, podczas gdy dzienniczek Gombrowicza został ubrany w strój atrakcyjny, ale fałszem podszyty.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
Artur Andrus MYŚLIWIECKA, Mystic Production, 2012; Witold Gombrowicz KRONOS, Wyd. Literackie, 2013
Sunday, June 2, 2013
Mariusz Urbanek BRZECHWA NIE DLA DZIECI
Mariusz Urbanek zaczyna swoją najnowszą książkę, tym razem poświęconą Janowi Brzechwie, od zwięzłego wstępu, w którym wymienia cztery zawodowe role autora SZELMOSTW LISA WITALISA: adwokat, poeta, satyryk, bajkopisarz. Na kolejnych stronach dojdzie do tego zestawu jeszcze postać kobieciarza, którą Brzechwa odgrywał w życiu równie biegle co pisał i bronił klientów na sądowej sali (specjalizował się w prawie autorskim). Kim najbardziej chciał być?
Wychodzi na to, że kimś w rodzaju kuzyna – Bolesława Leśmiana, czyli poważnym poetą, o wielkim geniuszu tworzenia strof wcześniej niespotykanych. Bardzo się starał, by na ów parnas się dostać, by Leśmian powiedział o wierszach krewniaka coś pochlebnego. Powiedział, lecz dopiero o tych dla dzieci, a więc późno. Brzechwa (taki pseudonim wymyślił Janowi Bolesław) dobiegał wtedy czterdziestki. Lżejszych i frywolnych utworów miał już na koncie wiele, przez dwudziestolecie międzywojenne zapełniał repertuar najlepszych warszawskich kabaretów własnymi tekstami. Jedną z rewii ułożył wspólnie z Tuwimem i Hemarem. Jako Szer-Szeń. Jako prawnik używał prawdziwego nazwiska Lesman. Niestety, nie zachował się film PARADA REZERWISTÓW na postawie jego scenariusza, z Dymszą i Mankiewiczówną; kinowy sukces zdarzył się Brzechwie długo po śmierci, jeśli nie liczyć ekranowej adaptacji powieści Makuszyńskiego O DWÓCH TAKICH, CO UKRADLI KSIĘŻYC (z małymi braćmi Kaczyńskimi). Z Makuszyńskim łączy Brzechwę do dziś literatura przeznaczona dla młodych czytelników, podobieństw w życiorysach nie znajdziemy zwłaszcza po II wojnie światowej. Pierwszego bowiem nowa władza nie uzna za swego, drugi na ten związek zasłuży.
Wcześniej zdarzy się okupacja, którą Jan Lesman przetrwa zdumiewająco bezpiecznie. „Okupacja mnie nie dotyczyła. Byłem zakochany” – oświadczy potem ktoś, komu ani przedwojenna inteligencko-adwokacko-artystyczna przeszłość, ani żydowskie korzenie nie zaszkodziły ani w czasie ery Hitlera, ani Stalina. Podczas wojny Brzechwa napisał sporo zachowywanych na lepsze lata drobnych utworów, a także AKADEMIĘ PANA KLEKSA, rzecz może eskapistyczno-metaforyczną, lecz przede wszystkim znakomitą. Uaktywnił się w Powstaniu Warszawskim, raz znalazł się w śmiertelnych tarapatach: był przesłuchiwany na Szucha. „Kobieta, którą kocham, nie chce się ze mną połączyć, a życie bez niej nie ma dla mnie wartości” – powiedział gestapowcom, odrzucając zarzut o żydowską narodowość, dodając, że jeśli chcą go rozstrzelać, to proszę bardzo. Był przy tym tak bezczelny, iż, już po wypuszczeniu, wrócił, by zabrać zostawiony w pokoju przesłuchań tort.
Z socjalistyczną władzą się zbratał, pisał, co trzeba, choć raczej nie z wiary. Trudno zresztą po lekturze książki Mariusza Urbanka uwierzyć w jakąkolwiek wiarę autora PCHŁY SZACHRAJKI. Z zamieszczonego na finał wywiadu z córką Krystyną wiemy, że sprawy religii nie były dla ojca istotne. Życie rodzinne? Chyba też nie, skoro zwracał uwagę na wszystko, co się rusza, mimo trzech małżeństw, a jedynym dzieckiem się specjalnie nie interesował. Może i pragnął zostać poważnym poetą, lecz przecież musiał zauważyć jakość tych niby błahych wierszy dla najmłodszych i ich recepcję. Lepsza taka nieśmiertelność niż żadna. O Leśmianie raz sobie przypomną Polacy, raz pójdzie w zapomnienie, a bez Brzechwy nie urośniemy i nie dojrzejemy. Z pewnością pochłaniał go erotyzm (Nałkowska: „choć poeta słaby, mężczyzną jest powabnym”). Anegdota głosi, iż to dla względów pewnej otwockiej przedszkolanki zaczął rymować inaczej. Dlaczego więc atakował pisarzy-emigrantów? Po co publikował „Gryps dla Lechonia”? Z konformizmu? Potrzeby spokojnego i dostatniego życia?
W biografii Jana Brzechwy miał miejsce jeszcze jeden epizod, którego zmarły w lipcu 1966 roku poeta nie mógł być świadomy. 30 lat później znaleźli się chętni do usunięcia jego nazwiska z tablic ulicznych i szkolnych. Spór toczył się jakiś czas, między prawicą i resztą. Wygrał Brzechwa, siedzący dziś na tarnowskim deptaku obok podobnie brązowych Herberta i Osieckiej, bo właśnie tak wybrali czytelnicy tamtejszych bibliotek. Jakkolwiek ten życiorys, jak zwykle sumiennie zebrany i atrakcyjnie podany przez Mariusza Urbanka, by wyglądał, liczy się to, co po artyście pozostaje. I bez znaczenia są dziś pytania w stylu: Ile ważą dwa kleksy w kajecie i czy jaskółka potrafi być krową? No chyba że pyta pan Brzechwa.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Mariusz Urbanek BRZECHWA NIE DLA DZIECI, Iskry, 2013
Subscribe to:
Posts (Atom)






