Wednesday, June 30, 2010

Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie

Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie to miejsce dla mnie absolutnie wyjątkowe. Miejsce pierwszej teatralnej miłości, z której się nigdy nie wyrasta. Wtedy, oczywiście, jakość nie miała znaczenia fundamentalnego, choć właśnie jakość zobaczonej tu „Pastorałki” Schillera czy dla dzieci przeznaczonego „Krzesiwa” Andersena z pewnością znaczyła. Dzięki rzeszowskiemu teatrowi pokochałem Teatr.

Dlatego obserwując to, co się z tą sceną dzieje od lat kilku, strasznie mi żal. Jeszcze początki dyrektorowania Zbigniewa Rybki (dziś szef w Radomiu) zdawały się rzeczywistą jaskółką czegoś wartościowego, zmiany znaczącej w stosunku do tego, co Bogdan Ciosek po z początku udanej dekadzie bycia w Rzeszowie był w stanie zaproponować. Ostatnia sztuka Szajny, „Deballage”, zdaje się kaprysem mistrza pochodzącego z Rzeszowa, a nie wpisaną w wizję strategią artystycznie utalentowanej dyrekcji. Ze stagnacji rzeszowski teatr wszedł w fazę poszukiwań, wyłuskując ciekawe przedsięwzięcia z Polski (podczas spotkań teatralnych), proponując tytuły istotne i z tradycji, i z nowych czasów. Oglądaliśmy więc znakomitą „Szklaną menażerię” Williamsa w reżyserii Andrzeja Rozhina czy inną kameralną sztukę, „Dusia, Ryba, Wal i Leta” Pam Gems, w inscenizacji Tomasza Lengrena. Z czasem Rybka skłaniał się ku repertuarowi dziecięco-mieszczańskiemu, oferując farsy i tzw. teatralne sieciówki. Po czym został odsunięty od prowadzenia teatru. Zastąpił go Jan Nowara, którego dyrektorską rezydenturę reprezentuje wielki przebój tych czasów, czyli „Sztukmistrz z Lublina”, zrobiony w Rzeszowie przez Jana Szurmieja po 16 latach od legendarnej wrocławskiej premiery. Nic nowego, odgrzewanie smacznych kotletów. Nowarę zastąpił znowu Rybka, a zaraz potem Przemysław Tejkowski, aktor, Jasza z Szurmiejowego „Sztukmistrza...”. Jeden z tych, co chcą zadowolić i lekturową owcę („Dziady”, „Pan Tadeusz”, „Miło szaleć...” wg Kochanowskiego), i miejskiego wilka („O nim zapomnieć nie wolno. Rzecz o Łukaszu Cieplińskim”). Pisano też o dość burzliwych okolicznościach objęcia dyrekcji, o tym, że nowy zasłużył na urząd po udanej dla Prawa i Sprawiedliwości kampanii wyborczej, w której przygotował spoty reklamowe zwycięskiej partii, z udziałem aktorów Teatru im. Siemaszkowej w rolach anonimowych przechodniów przekonanych do politycznego programu PiS-u. Warto o tej politycznej stronie pamiętać, bo to nigdy nie jest ani dobre, ani właściwe etycznie, by tak obsadzać instytucje kultury.

Polityka weszła więc do teatru przy ul. Sokoła wraz z butami wpływów, nie do końca, niestety, wyszła, gdy Przemysławowi Tejkowskiemu udało się wejść do zarządu znów upolitycznionej TVP, gdzie ciągle ma szanse na prawdziwe wpisanie się w historię polskiej kultury, jeśli reanimuje teatr TV. Na razie nic z tego. Puste poniedziałki, jak pusty repertuar w Rzeszowie.

Pokłosiem rządów sympatycznego zresztą mężczyzny Przemysława u Siemaszkowej (dyrektoruje tu dziś Waldemar Matuszewski, radny PiS-u) jest bowiem sztuka absolutnie beznadziejna, ujawniona na afiszu rzeszowskiej sceny w marcu tego roku, czyli „Murzyn (może odejść)”. Autorska, polska próba farsy Remigiusza Cabana. Coś Strasznego. Nieraz się tu zżymałem na propozycje wrocławskich teatrów, na takie czy inne tragedie inscenizacyjne, ale „Murzyn...” przebija wszystko, co dotąd w życiu widziałem. Tak stereotypowego i drobnomiejsko zaplanowanego przedstawienia nigdy wcześniej nie oglądałem. Krytykowany przeze mnie „Inkasent” Niemczuka/Rozena na tej samej scenie to jest niebo przy wybryku Cabana. Żal było patrzeć na utalentowanych aktorów Siemaszkowej utytłanych w sztuce kompletnie bez pojęcia. Gdzie gra z konwencją teatru dziewiętnastowiecznego staje się karykaturą teatru z wieku XXI. Teatru jednego z najważniejszych miast współczesnej Polski. Naprawdę.

Najbardziej dziwi jednak fakt utrzymywania takiego charakteru sceny przez kolejne władze. Czyżby nikt w Rzeszowie nie wiedział, jak naprawdę można tworzyć teatr, czyżby wdzięk następujących po sobie dyrektorów mógł aż tak zniewolić zmysł rozsądku? Wystarczy bowiem spojrzeć na to, co dzieje się w dolnośląskim teatrze, by wiedzieć, jaki teatr ma szanse na konfrontację ze współczesnymi sprawami i sukces u publiczności oraz u krytyków. To, co uwzniośliło Legnicę czy Wałbrzych może być drogowskazem dla Rzeszowa. Zwłaszcza gdy coraz więcej młodych ludzi zaczyna to miasto doceniać i wiązać z nim własne losy. Oni też chcieliby w teatrze życia, nie ledwie artystycznego letargu, jeśli nie zagubienia lub zwyczajnej niemocy.

Jeśli „Murzyn (może odejść)”, to może i wizja sceny mieszczańskiej, czyli teatru tak zaprzeszłego, jak dylemat Gustawa-Konrada czy biografia Jacka Soplicy. Albo niby śmieszny gag z facetem mówiącym do wiadra w spektaklu o czarnoskórym, który się nie pojawi. Chciałbym, by rzeszowski teatr ożył, by mogła tu reżyserować nowa Meissner, Pleśniarowicz, Wyrzykowski. To zbyt wygórowane marzenie?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI