Sunday, July 20, 2008
Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA
Eliade zaczyna tam, gdzie większość autorów kończy. W siedemdziesięcioletniego naukowca trafia piorun. Zamiast umrzeć Dominik Matei znajduje siebie w młodym ciele, z nieprzeżytą nigdy wcześniej energią myślenia i odczuwania. Mamy Wielkanoc 1938, Europę tuż przed epoką nazizmu. Można więc potraktować tę historię jako metaforę ucieczki, warto ją przeczytać jako odcinek znanego intelektualnego serialu, którego pozostałe części to: opowieść faustowska, amerykańska bajka o Ripie Van Winklu czy starożytny mit o śnie Endymiona. No i Wilde’owy „Portret Doriana Graya”. A przy tym „Młodość stulatka” pośrednio podsumowuje wielkie tematy myśli Mircei Eliadego: próby zbliżenia się do tajemnicy lub przynajmniej świadomości egzystencji oraz nieodłączny problem czasu . W powieści rumuńskiego filozofa, oryginalnie zatytułowanej „Młodość bez młodości”, czas się nie zgadza z czasem, więc w końcu nie wiadomo, co dzieje się naprawdę. Czy Matei rzeczywiście przeżył te odzyskane 30 lat, a jeśli tak, to w której rzeczywistości? Odpowiedzi nie będzie, bo nie odpowiedź ma znaczenie, lecz możliwość. Jak to zwykle na poziomie filozofii.
Na poziomie samej literatury książka Eliadego (i Kani) broni się ostatkiem sił, czyli tym, co stoi za nie najwyższym warsztatem akurat tego powieściopisarza. Eliade (i Kania) jest wybitnym eseistą; gdy rozpisuje dialogi na eseistyczny wykład, brzmi oczywiście zajmująco, kiedy, gdzieniegdzie, stara się rozmawiać słowami bohaterów, przegrywa z materią. No ale nie dla rzemiosła sięga się po takie książki, tylko dla ponadlekturowej refleksji, towarzyszącej czytaniu „Młodości stulatka” od otwarcia. „Prawdziwy sens kataklizmu nuklearnego może być tylko jeden: mutacja ludzkiego gatunku, pojawienie się nadczłowieka (…). Inaczej życie i historia człowieka nie miałyby sensu. Zmuszeni bylibyśmy przyjąć teorię cyklów kosmicznych i historycznych, mit wiecznego powtarzania się” – mówi młody psychiatra podczas spotkania z Dominikiem. Finał, który coś zmienia? Byłoby miło, lecz również strasznie, skoro porażenie piorunem młodej Weronice błyskawicznie dodaje lat.
Dominik Matei, a raczej sam Eliade, piszący swoją powieść niedługo przed siedemdziesiątką, zdaje się skłaniać ku tradycyjnym poglądom na temat bytu, zebranym w bibliotekach i podczas podróży, zwłaszcza na wschód. Także dlatego czasową ramą „Młodości stulatka” są religijne święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie. Ich znacząca rola zostaje odwrócona, co w kontekście innych filozoficzno-psychologiczno-religijnych nawiązań książki Eliadego działa jeszcze mocniej. Dla rumuńskiego językoznawcy każdy język był mową równoprawną, każda teoria interesująca, każdy dokument istotny. Bo nikt nie ma dziś przecież pojęcia, jak jest naprawdę i z jakich snów się obudzimy. Nikt, dla kogo „Młodość stulatka” będzie nie przeciętną powieścią, lecz elektryzującym (czyli literackim) impulsem do zadumy. Może nad nową jakością życia, na przykład?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………
Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA, przeł. I. Kania, WAB, 2008
Saturday, July 12, 2008
John Williams SEKS
Mimo wszystko to ciekawe i chyba jednak niepokojące: seks w sztuce nam ostatnio spowszedniał. Może dlatego, że nikt nam nie skraca smyczy tego, co wolno, co zakazane, a może dlatego, że twórcy się wyjałowili (zresztą pewnie z tej samej przyczyny). Legendy filmowego „Ostatniego tanga w Paryżu” nie powtórzył już potem żaden mistrz, choć np. Adrian Lyne miał wszelkie zadatki na następcę. Jeszcze w latach 90. wydawało się, iż kino jest w stanie odegrać w artystycznej sztafecie pokoleń ważną rolę, naturalnie wzbogacając temat seksu, ale tak się nie stało. „Intymność” Leconte’a wprawdzie wywołała dyskusje na jednym czy drugim festiwalu, lecz skandalu nie było, a pamięć o filmie sprzed ośmiu lat znacznie się zatarła. Przy okazji „Basenu” próbowano kreować Francoisa Ozona na nowego estetycznego obrazoburcę, wzbudzając uśmiech politowania niż poważne zaciekawienie. Seks to nie jest dziś dziedzina najwyższej twórczej aktywności ludzi sztuki.
Tym bardziej interesująco rysuje się podróż po tym, co było. Album Johna Williamsa zaczyna się od reprodukcji fragmentu klasycznego dzieła Ingresa, przedstawiającej zaloty, kończy „Śpiącą kobietą” Reitera, powstałą kilkadziesiąt lat później. Pomiędzy jednym a drugim wędrujemy przez wieki i artystyczne przestrzenie, obserwując sztukę erotyczną różnych kultur, a zwłaszcza indywidualności. Przeważa malarstwo, zobaczymy tu też sporo fotografii, gdzieniegdzie trafimy na rzeźbę. Całość okrasił autor oszczędnym komentarzem i celnymi cytatami z literatury. Wybór jest bardzo subiektywny, każdemu czytelnikowi czegoś z pewnością będzie brakować, każdy ma swoje zachowane w erotyczno-estetycznej pamięci sceny. Williams zaproponował klucz tematyczny. Poszczególne rozdziały zatytułował: „Od pierwszego spojrzenia”, „Flirt”, „Zaczęło się od pocałunku”, „Namiętny uścisk”, „Rozbieranie”, „Gra wstępna”, „Główne wydarzenie”, „Miłe wspomnienia” (tu niezbyt udanie przetłumaczony oryginalny „The Afterglow”). Przy czym „główne wydarzenie” zajmuje ledwie 40 stron na prawie 400-stronicową publikację. Prostota pomysłu Williamsa, czyli tradycyjna konstrukcja dramatyczna, mogłaby prostotą drażnić, lecz sprawdza się w tej księdze artystycznej wizji seksu nieźle, bo i tak nikt nie przegląda takiego albumu od okładki do okładki. Nie ma potrzeby. W podobnym wydawnictwie chodzi przecież nie o wartość badawczą, tylko o dyskretnie edukacyjny sentyment. Do sztuki, która była.
Williams pisze we wstępie: „Nic tak wiele nie mówi nam o konkretnym społeczeństwie niż formy, w jakich wyraża ono w sztuce popęd seksualny i sposoby rozwijania się miłosnych kontaktów”. To historia rytuału, moralizatorstwa, namiętności, rzecz pierwotna, ale też przetworzona, komiczna, perwersyjna. Ambicją autora było zaprezentowanie całości w albumowej pigułce i to się powiodło. Williams jest doświadczonym akademickim wykładowcą. Z jego wersji dziejów sztuki erotycznej bije chyba najbardziej radość seksu lub może radość przedstawiania seksu przez zastęp malarzy i poetów, radość niezmącona nawet ironią cytowanego w pewnym momencie Oscara Wilde’a, dla którego końcem erotycznego ogrodu rozkoszy są apokalipsy. Książka Williamsa może być wstępem do kolejnych artystycznych wtajemniczeń w jeden z najliczniej pojawiających się w sztuce motywów, może być jego zręcznym podsumowaniem. Z czysto estetycznego punktu widzenia na pewno lepiej sięgnąć po „Seks. Portrety namiętności” niż po kolejny kalendarz Pirelli.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………..……………………………….
John Williams SEKS. PORTRETY NAMIĘTNOŚCI, Arkady, 2008
Sunday, June 29, 2008
L. Foglia, D. Richards CAŁUN Z OVIEDO
Bo autorzy powieści "Całun z Oviedo" wyobrazili sobie sytuację w dzisiejszych czasach coraz bardziej prawdopodobną. Młoda dziewczyna zgadza się być zastępczą matką dziecka dla pewnej amerykańskiej rodziny. Dziewiętnastoletnia kelnerka z Bostonu to sierota, nie ma jeszcze pomysłu na siebie, szuka własnej drogi. Prasowe ogłoszenie o "partnerstwie w rodzicielstwie" trafia zatem na podatny grunt. Dziewczyna nosi biblijne imię Hannah, jest dziewicą, czyli idealną kandydatką do powtórzenia niepokalanego poczęcia. Jej ciąża będzie próbą sklonowania Jezusa poprzez wykorzystanie DNA pochodzącego z legendarnego całunu, który 8 lat wcześniej sprofanowano w dramatycznych okolicznościach. Najważniejsze pytanie tego thrillera brzmi na początku: "czy dziecko się urodzi?", są i następne: "czy chłopiec będzie rzeczywiście tym, kim ma być?" i "co będzie, kiedy się już urodzi?". Z tym pytaniem zostajemy po przeczytaniu całości. Niby więc prosty thriller idący w podobnym kierunku, co "Kod Leonarda da Vinci", a jednak odrobinę więcej.
Ostatnia scena książki napisana jest nawet zręczniej niż cała powieść, którą kwalifikuję do kategorii zawodowo skrojonego bestsellera. Autorzy mogliby bardziej popracować nad wydarzeniami, trochę mało tu wartkich zwrotów jak na rasowy dreszczowiec, ale i tak wakacyjnie wystarczy. Leonard Foglia i David Richards, dyrektor nowojorskiego teatru i krytyk teatralny, uznali pewnie, że pomysł uniesie fabułę. Nie pomylili się. I chyba tylko niewielką popularnością powieści na świecie trzeba tłumaczyć brak protestów środowisk katolickich w Polsce. Doprawdy, trudno o bardziej obrazoburczy temat i lepszy kontekst do dyskusji nad przyszłością nowych technologii i starej wiary w epoce nie do przewidzenia. Ale nie wywołujmy wilka. "Całun z Oviedo" traktujmy podług zasług, bo to jednak po prostu niezłe czytadło. A ksiądz Jimmy, bohater pomagający dziewczynie w kłopotach, zrównoważy działanie ludzi złej woli.
Nie będzie z "Całunu z Oviedo" nowego "Dziecka Rosemary", także dlatego, że zmieniły się czasy. I dla religii (różnych), i dla literatury. Lecz rozpoczynająca się od morderstwa w katedrze powieść amerykańskich warsztatowców prowadzi do podobnych wniosków, co powieść Levina. Zwłaszcza w okolicznościach z pewnością istniejącego wyścigu szalonych naukowców po
trofeum sklonowanego człowieka. Niektórzy twierdzą, iż nie ma wyjścia, klonowanie jest kwestią czasu, będziemy musieli się prędzej czy później zmierzyć z największym problemem cywilizacji techniki. Pod płaszczem (całunem) dość oczywistych przewidywań-przypuszczeń-wyroków kryją się poważne tajemnice naszego jutra. Autorzy niniejszej powieści przemycili w zwykłym
dreszczowcu jeszcze jeden element tej historii. Pytanie o nowego mesjasza. Nie nowe, nie odkrywcze, a ciągle prowokujące i aktualne. Tak teraz adekwatne, jak przyzwoity literacki thriller na wakacje.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Leonard Foglia, David Richards CAŁUN Z OVIEDO, przeł. K. Dobrowolska, Philip Wilson, 2008
Saturday, June 21, 2008
Katarzyna Grochola TRZEPOT SKRZYDEŁ
Mniej więcej na 40 stronie orientujemy się, iż „Trzepot skrzydeł” to jeszcze jedna powieść o kobiecie bitej przez męża, którego osobowość określa się tu wyrafinowaną formułą „Dr Jeckyll - Mr Hyde”. Mąż Hanki potrafi być szarmanckim księciem z bajki, by za chwilę zmienić się w bohatera zupełnie innej opowieści. Ta książka nie jest, jak chce wydawca, ani zaskakująca, ani trzymająca w napięciu, chyba że napięciem nazwiemy postawienie pytania: „czy Hanka rozłoży tytułowe skrzydła do ucieczki, czy nie?”. O akcji nie da się więcej opowiedzieć, bo streściłbym całą powieść, pisaną podobno od 2006 do 2008 roku. Przeczytałem ją w półtorej godziny, bez zaliczenia kursu szybkiego czytania. I wprawdzie nie żałuję, lecz osobom spoza kręgu zainteresowanych tematem z czystym sercem nie rekomenduję. „Trzepot skrzydeł” jest nawet tak napisany, że pod bicie trudno podłożyć inną formę znęcania się nad partnerem. To prosta historia z mocnymi akcentami, idealna na film telewizyjny lub program z udziałem palety gości: od zwycięskich bohaterek po przejściach aż po wszędobylskich socjo-psychologów. Specjaliści od poprawności religijnej też mogliby się wykazać argumentami na rzecz pozostawania w toksycznych związkach, w których mąż mówi do żony: „-Zabiję cię”, łamie jej rękę, potem przymilnie szepcze „-Wybaczysz mi?”, aby po jakimś czasie zacząć od nowa: „-Co, kurwa, zadowolona jesteś z siebie?”.
Grochola nie stawia pierwszych kleksów w pisaniu bestsellerów. Zna receptę, wie, że sprawdzone składniki podziałają. Sprawnie pisze. Ma dynamiczną frazę, płynną i potoczną, celnie łączy dialog z narracyjnym dopowiedzeniem. Czasem jednym słowem, najwyżej zdaniem, potrafi oddać charaktery postaci, odwołać sielankę miłosnej sceny, przywołując grozę. W „Trzepocie skrzydeł” literacki świat Katarzyny Grocholi przechodzi na ciemną stronę mocy. Najciekawsze w tej książce wydaje mi się skupienie na głównej bohaterce, wejście w jej sposób myślenia i działania. Powieść napisana jest w formie listu Hanki do kogoś, kogo tożsamości nie mogę ujawnić ze względu na dobro lektury. Mąż się nie liczy jako postać, autorka używa go instrumentalnie, by pokazać typ ukrytego za fasadą wykształcenia i manier damskiego boksera. Może ma poważny psychiczny problem, choruje na jakiś kompleks, psychozę, traumę i tak dalej. To nieważne i absolutnie Grocholę w tej decyzji, w tym kontekście, popieram. A jeśli potrzebuje pomocy? - zapyta ktoś nieśmiało. Może i potrzebuje, niech ktoś napisze powieść z punktu widzenia damskiego boksera. Bestseller murowany!
Nie lubię w twórczości Katarzyny Grocholi nadprostoty środków. Dzięki niej książki czytają się szybko, ale nie zostawiają po sobie nawet zapachu lektury. Chyba że ktoś jest bezpośrednio, doświadczalnie zaangażowany w temat. Wtedy po „Trzepot skrzydeł” sięgnie jak po słuchawkę telefonu zaufania. Z tym wyjątkiem, że tym razem po drugiej stronie będzie znana z kobiecych pism autorka, nie anonimowy wolontariusz. Nie jestem jednak przekonany, czy Grochola skutecznie pomoże. Bo czytelniczka oprócz przekonania się, iż dzieli (dzieliła) z Hanką podobny los, może chciałaby poczytać trochę bardziej kunsztownej literatury przy okazji?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………
Katarzyna Grochola TRZEPOT SKRZYDEŁ, Wydawnictwo Literackie, 2008
Monday, June 16, 2008
Jerzy Franczak PRZYMIERZALNIA
Można zarzucić tej kolejnej polskiej powieści-niepowieści, że rozsadza ją megalomania, oczywiście zaprzęgnięta w cugle autoironii. Ale kto by się tam na takie zabiegi dał nabrać. Bohater, którego nie sposób choć trochę nie utożsamić z autorem, nie lubi swojego życia, lecz odczuwalnie lubi siebie. Jak wszyscy. Zatem jeśli autoironię zostawimy na boku, znajdziemy się w płynnej osobowości młodego mężczyzny z ciągotami do literackiego odbioru rzeczywistości. Przeszkadza mu to czasem w życiu, ale i pomaga przechodzić przez labirynt. Na tym etapie przymierza poszczególne drogi, wybory, stroje, charaktery, stara się w tym bałaganie doszukać czegoś własnego. Swoją kobietę, Ilonę, także traktuje jak lustro swoich zachowań-przebieranek. Szkoda, że nie przychodzi sympatyczna sklepowa z propozycja założenia kolejnego garnituru, który w końcu będzie pasował. Tak prosto nie ma, na pewno nie u Franczaka, kiedyś poety sennych marzeń, dziś prozaika jawnych majaczeń. I mimo autorskich trudności z ogarnięciem formy (a wiec życia), mimo fragmentów irytującego słowotoku, mimo nieznośnego skupienia na sobie, ta książka Jerzego Franczaka broni się jako post-ale-modernistyczny manifest dwudziestokilkulatka w depresji z pogubienia.
Z jednej strony chciałby akceptacji, miłości, z drugiej - żeby ta akceptacja i miłość nie stały się normą, bo norma jest zwyczajnie nieciekawa. Typowa postawa młodopolaka wciśniętego w dwudziestopierwszowieczne środowisko. Chociaż inaczej "Przymierzalnia" brzmi, przywołuje w mojej pamięci sygnały z wierszy Tetmajera, kończące się ucieczką "w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata". Tyle że zapomnienie to tylko przejściowy stan, zawsze się wraca, by odbyć następny rajd do przymierzalni poglądów, towarzystw, nastrojów, gatunków, języków. Wszystko jednak z pozycji outsidera, niby trudnej, będącej niby źródłem cierpienia, ale naprawdę bezpiecznej i umożliwiającej większą przestrzeń wolności. Przez redukcje najczęściej dochodzimy do punktu 0, z wiekiem i doświadczeniem przyjmujemy role dla siebie. Jurek z książki Jerzego Franczaka na role nie chce się zgodzić, bardziej mu w smak poeta z "Życie to nie teatr" Stachury, niż społeczne zwierzę, którego portret promuje nowy wiek. Ale w Bieszczadach to by się pewnie nie zakopał, bo kogo mógłby twórczo poobserwować i karykaturalnie przedstawić.
Kpić łatwo, zmagać się z własnymi demonami prościej niż wyciągnąć dłoń na powitanie, do zobowiązującego uścisku. Tego Jurek nie potrafi. Potrafi za to zdobyć się na dystans z pełną świadomością fałszu podobnej sytuacji. Bo dystans to też rola, tak samo zwyczajna jak pozostałe. Czyż nie w taki sposób myśli o świecie i sobie każdy inteligentny młodzieniec, bezradnie wyruszający w podróż do nieznanej krainy ja w relacji do? Dlatego w "Przymierzalni" nietrudno się odnaleźć, współpoodczuwać, czytając ten podszyty lękiem przed podjęciem poważniejszej decyzji-roli monolog. Niewybitna to proza, nieoryginalny bohater, a zajmuje. Nieoczyszczona to gawęda, niedopowiedziany ciąg myśli i zdarzeń, a wciąga. Na odwiecznej zasadzie podobieństwa.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................................................
Jerzy Franczak PRZYMIERZALNIA, Ha!art, 2008
Marija Knezevic EKATERINI
Właśnie się ukazała kolejna powieść Europejki, tym razem urodzonej w Belgradzie Mariji Knezevic. Losy pewnej grecko-serbskiej rodziny obserwujemy w dość szczególnej przestrzeni i czasie, przemian społeczno-narodowościowych, które nie pozostają bez wpływu na indywidualne wybory. O tytułowej Ekaterini, Greczynce, opowiada nam autorka od młodości w przedwojennej Grecji do śmierci w Jugosławii. Wojna jest czynnikiem zarówno destrukcyjnym, jak spajającym. Miłość splata się tu racjonalnością, starość z gotowością do zmiany, skoro zmiany sa nieuniknione. Ale nie mamy do czynienia z prozą epicką, lecz z fragmentami opowieści. Nikt tu do sagi nie aspiruje. Morze, prowincja, wielkomiejskość, wielokulturowość - to wielkie tematy tej małej książeczki- elementarzu współczesnej Europy. Europy bez stabilności naszego teraz, lecz z mocnymi korzeniami, zawdzięczanymi naszemu kiedyś. Czyli naturze i wspólnocie, noszonej zawsze tam, gdzie nikt jej nie zagraża, w poetycko- serdecznym ja.
"Tutaj zaczynają się Karpaty. To bezkresna przestrzeń, ciągnie się tak daleko, jak sięgają winnice. One, by tak rzec, istniały i istnieć będą zawsze, przed wszystkimi wojnami i po nich. Kształt winnic jest nieuchwytny - każda kończy się albo zaczyna tam, gdzie wzrok słabnie i niebo przejmuje ostatni rząd pędów wina (...). Pokazując swoje włości, gospodarze powiadają: "Co tam ziemia, dobytek, dajmy pokój! Spójrz lepiej w niebo!". Patrząc w to niebo, poeta Vasco Popa napisał: "Mówili, że musiał umrzeć. Gwiazdy były mu bliższe niż ludzie".
To tylko część prawdy, bo choć te gwiazdy wyznaczają nam horyzont uniesienia, to naprawdę liczy się codzienne życie, wtedy, kiedy trwa. Marija Knezevic wydała w swoim bogatym także artystycznie życiu m.in. tom mailowej korespondecji z ogarniętego wojną Belgradu. Dotychczas kojarzono ją raczej z poezją (pisarka opublikowała siedem tomów wierszy). Poezję czuć w najnowszej książce, choć wcale nie w takim stopniu, jak po poetce można by się spodziewać. I dobrze. Niech poezja przewija się we wspomnieniu, przypomina o marzeniach, intymnie ubarwia dni, pomaga przechodzić przez noce. Aż tyle.
W powieści "Ekaterini", tak jak w wielu propozycjach serii "Europejki", bardzo istotny jest temat kobiecy, postacie kobiet i ich sposób przeżywania świata. Świata, który choć naznaczony śmiercią ma trwanie jako tę fantastyczną cechę naczelną i przywiązanie do drobiazgu jako tę fantastyczną cechę drugoplanową. To jest to dyskretne porozumienie kobiecej wspólnoty, które w literaturze serbskiej Europejki brzmi rześko, jak rześko czuje się narratorka po wizycie na cmentarzu, u pogodnie zapamiętanej przyjaciółki.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................................................................
Marija Knezevic EKATERINI, przeł. D. J. Cirlic, Czarne, 2008
Thursday, May 29, 2008
Sylwia Chutnik KIESZONKOWY ATLAS KOBIET
Uważam, że nie być feministą w dzisiejszych czasach to błąd, czym wtóruję głosom zachodnich badaczek feminizmu wypowiedzianym już dawno temu. Tyle że te dzisiejsze czasy traktuję szeroko, równocześnie zdając sobie sprawę z potrzeby współistnienia wielu różnych dyskursów. Żeby użyć słowa nadużywanego przez polskie feministki. I to jest ciągle ta zasadnicza różnica między Polską a Zachodem w tych sprawach: oni już dawno mają walczący feminizm za sobą, my ciągle na niego chorujemy. To wprawdzie choroba z rzędu koniecznych do przejścia, lecz zawsze irytuje, gdy zamiast korzystania z doświadczeń innych, ktoś jedynie powtarza drogę kogoś innego. A tak dzieje się w przypadku feminizmu w naszym kraju.
Sylwia Chutnik jest świadomą feministką, absolwentką studiów nad kulturowym znaczeniem płci (zatytułowanych u nas oczywiście Gender Studies), założycielką fundacji zajmującej się prawami matek. Mówi o sobie: radykalna gospodyni domowa. Brzmi tyleż ciekawie, co banalnie w dzisiejszej szkoda-że-jeszcze-nie-dość-feministycznej Rzeczpospolitej. "Kieszonkowy atlas kobiet" to opowieść o kobietach żyjących w prawdziwej przedwojennej warszawskiej kamienicy, zbudowanej kiedyś przez wojskową agencję mieszkaniową. Z pewnością mamy więc do czynienia z literaturą (choć może to zbyt zobowiązujące słowo) antypatriarchalną, ale pod płaszczem miejskiej ballady. "Na prawo syf, na lewo syf, a przed nami miejski labirynt", tak autorka wprowadza nas do przestrzennego centrum tej książki, na bazar. Chutnik zbiera fragmenty historii swoich bohaterek (Czarnej Mańki, pani Marii, Marysi i pana Mariana, kobiety z powołania) i tworzy miejscami intrygującą całość. Niestety, tylko miejscami.
Najczęściej się te nowele porównuje do głośnego "Lubiewa" Michała Witkowskiego. Rzeczywiście, kto lubił tamtą opowieść o ciotach PRL-u, znajdzie tutaj podobne klimaty. Mnie środowiskowa proza nigdy nie pociągała, więc i "Kieszonkowy atlas kobiet" nie przejmuje. Z wyjątkiem poruszającej historii pani Marii, byłej łączniczki z Powstania Warszawskiego. Tylko jednak historii, bo dynamiczny, podwórkowy styl narracji, który, przyznaję, może się podobać na dystansie sprinterskim, w dłuższej lekturze męczy. Na domiar niedobrego dosłowność przeplata się tu z komentarzem feministyczno-badawczym, co świadczy o autorskim niezdecydowaniu w celach. A to zawsze przeszkadza w czytaniu.
Na przykład: "Dziewczynki muszą radzić sobie same. Żyć po omacku lub według spisanego scenariusza. Skąd mają wiedzieć, jak grać swoją rolę? Jak intonować głos, jak się poruszać, kim być. Należy przecież zadowolić wszystkich naokoło: nauczycielki, znajomych, rodzinę". Ten wyjątek pochodzi z ostatniej czwartej części, opowiadającej o nastoletniej Marysi. Jej osobowość dopiero się kształtuje, lecz w rytm tego samego systemu, który wyrzucił na margines badylarę-pijaczkę, Mariana-paniopana ("z zewnątrz mężczyzna, w środku serce baby"). Systemu płciowych kłamstw, stereotypów, tradycji i nieświadomości, polskiej madonny upadłej do społecznej roli. "Bravo Girl", "Telezakupy Mango", kakofonia przekazu.
Niespełna 30-letnia Sylwia Chutnik debiutuje książką oczywistą, wbrew pozorom nie objaśnia świata, tylko ten świat relacjonuje. Jeszcze raz jeszcze jedna autorka oddaje głos postaciom bez głosu. "Nigdy za wiele" - krzykną jedni, "ale to już było" - orzekną inni. We mnie po kontakcie z takimi propozycjami wzmacnia się niewesołe przekonanie: że coraz częściej polscy autorzy piszą dla zaistnienia w publicystyce. Młoda feministka ze skromnym, ale dorobkiem, idealnie pasuje do tokszołów, celnie napiętnuje seksaferę, podsumuje sondaż. Gdyby się w "Kieszonkowym atlasie kobiet" powstrzymała od komentarzy, byłoby o oktawę lepiej. O oktawę, która dzieli gender od studies, czasami ciągle Europę od Polski, wydanie kieszonkowe od formatu a5.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................................................................
Sylwia Chutnik KIESZONKOWY ATLAS KOBIET, Ha!art, 2008