Epitetowy tytuł dla współczesnych pretensjonalny, złożony, bo wzięty z Eurypidesa, a temat na operę zadziwiający, bo psychiatryczny. Schizofrenia, choroba Klary – bohaterki, do powszechnego wyobrażenia o teatrze muzycznym nie przystaje, jak nie przystaje tytuł do sztuki czasu aktualnego. To mogłoby się sprawdzić w teatrze dramatycznym, gdzie choćby Wyrypajew stworzył swoją „Księgę Rodzaju 2”, a Sarah Kane „Psychozę 4:48”. Ale opera? Okazuje się jednak, że opera świetnie sobie z takim tematem radzi. Co więcej, swojego rodzaju sztuczność, śpiewność zamiast naśladującego rzeczywistość monologu czy dialogu, celnie podkreśla obcość tożsamości w momencie osobowościowego rozszczepienia. Na scenie widzimy od początku jedną kobietę w pięciu postaciach. Jedne śpiewają, jedne mówią, prezentując własną/własne historie zarówno językiem intymnego wyznania, jak i absurdu. Dramatycznym zwrotem będzie pojawienie się kruka, mężczyzny, który zagrozi porządkowi psychicznego chaosu, próbując wprowadzić inny. Stanie się oprawcą, demonem, kochankiem, mężem, lekarzem, a więc wrogiem świata, w jakim Klarze źle, ale bezpieczniej.
Łatwo by było wdać się realizatorom w międzypłciowy dyskurs, mając taki materiał do zinterpretowania. Woodraven mordujący kolejne wcielenia niezależnej dziewczyny, przystosowujący ją do potrzeb zewnętrznej, męskiej rzeczywistości – oczywisty to schemat. Ale reżyserka Ewelina Pietrowiak, na szczęście, nie zdecydowała się na podobny, dziś już archaizujący, kierunek, utrzymując wymowę pierwowzoru. Oglądamy i słuchamy opowieści o dezintegracji, przedstawionej bardzo wymownie jako sen-majak pacjentki zmagającej się z odśrodkową siłą swojej psychiki. Inscenizacyjne pomysły bardzo ciekawie współgrają z pełną napięcia, od startu do finału intensywną muzyką wykonywaną perfekcyjnie przez kameralny zespół pod dyrekcją Wojciecha Michniewskiego. Smyki wykorzystywał w niezapomnianych thrillerach Alfred Hitchcock, tu sprawdzają się znowu jako instrument wyrażający emocje bohaterki i element potęgujący niepokój. Działa mocna kulminacja, muzyczne presto i forte napędza gonitwę myśli i obrazów w umyśle Klary, podpowiadanych widzom przez dynamiczne projekcje. Pozorne uspokojenie trzeciej części nie wyda nam się trwałe, zwłaszcza gdy nowocześnie wyglądającą przestrzeń scenograficzną zamknie na koniec tradycyjna teatralna kurtyna, pozostawiając wrażenie rozdwojenia światów.
To muzyka jest w tym spektaklu najważniejsza, ona nadaje rytm narracji. Hanna Kulenty miała na „Matkę...” pomysł, dzięki któremu przygotowała pasjonująca partyturę i zawładnęła wykonawcami. Po raz pierwszy chyba stuprocentowo podobał mi się Mariusz Godlewski (Woodraven, Gash), doskonały śpiewak, nie zawsze mnie dotąd przekonujący aktorsko. Tym razem stworzył prawdziwą postać (postaci). Marcie Wyłomańskiej (Klara) należą się brawa nie tylko za idealnie skojarzony z muzyką śpiew, lecz także za samą decyzję, by zaśpiewać tę trudną, wymagającą dla głosu partię. Z aktorek najwyrazistsza była Katarzyna Baraniecka (Scissors B). Tylko polskie tłumaczenie libretta chwilami zawiodło, brzmiąc konwencjonalnie, z niepotrzebnymi inwersjami lub książkowym spójnikiem „niczym” zamiast zwykłego „jak”.
Ta opera powstała w połowie lat 1990. i od swojej premiery w Niemczech leżała w symbolicznej szufladzie, czekając na łaskę losu. W tzw. międzyczasie kompozytorka ukończyła kolejne dzieło w tym gatunku, czyli „Hoffmanianę”. 7 lat mija i nie znalazł się nikt, kto by rzecz wystawił. Może więc pomoże ta najnowsza, druga w historii i pierwsza w Polsce, wersja „Matki czarnoskrzydłych snów”, którą właśnie zajęła się Opera Wrocławska. Bo takie wydarzenia zmieniają stereotyp myślenia o nowej muzyce jako o dźwiękach niedostępnych i ostrzą apetyt na doświadczenia kolejne.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Hanna Kulenty MATKA CZARNOSKRZYDŁYCH SNÓW, libretto Paul Goodman, reż. E. Pietrowiak, kier. muz. W. Michniewski. Premiera w Operze Wrocławskiej 15 maja 2010
Tuesday, May 18, 2010
Tuesday, May 11, 2010
SILESIUS 2010
Poznaliśmy już wszystkich zwycięzców Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. 2 tygodnie temu podczas festiwalu Port Literacki ogłoszono nazwisko laureata nagrody za całokształt (Piotra Sommera), w sobotę okazało się czyje wiersze jurorzy obdarzyli mianem Książki Roku i Debiutu Roku. Zwycięzcy otrzymali statuetki i czeki na łączną kwotę 170 tysięcy złotych. Silesiusy przyznano po raz trzeci. Poprzednio zdobywali je: Tadeusz Różewicz i Stanisław Barańczak (całokształt), tomiki Andrzeja Sosnowskiego i Krystyny Miłobędzkiej (Książka Roku), Julii Szychowiak i Dariusza Basińskiego (Debiut). W konkursie udział biorą premiery literackie z roku poprzedniego, zgłoszone przez wydawców oraz członków jury. W tegorocznym uczestniczyło 120 pozycji, z czego 20 stanowiły debiuty.
To nie jest jeszcze nagroda bardzo istotna, dlatego, że ma zaledwie 3 lata i dlatego, że dotyczy poezji, czyli czegoś absolutnie niszowego, elitarnego, grupkowego w dzisiejszej rzeczywistości. Polacy wierszy nie czytają, chętniej je piszą. Samo wrocławskie Biuro Literackie co chwilę wydaje nowy tom czyjejś twórczości poetyckiej, przekład albo antologię, no i dba o nowe postaci, publikując arkusze. Podczas ostatniego spotkania z Piotrem Sommerem w księgarni Port Literacki popatrzyłem na jedną z półek, gdzie umieszczono książki tych najnowszych poetów i poetek. Na okładkach ich fotograficzne portrety. Wszyscy w okularach. Co by mogło znaczyć, iż nie da się pisać wierszy do zauważenia przez poważnego wydawcę bez wcześniejszego oczytania w tym, co było.
Kim są dzisiejsi idole młodszych twórców? To ciągle jeszcze Marcin Świetlicki, chociaż jego blask słabnie, zapewne z powodu medialnych romansów autora nominowanych w tym roku do Silesiusa "Niskich pobudek" oraz przejścia na ciemną stronę, czyli w przestrzeń pisanych najzwyklejszą prozą kryminałów. Mocniejszy we wpływach jest więc Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, może właśnie dlatego, że mediów unika, a powieści nie pisze i woli lirykę od publicystyki. Na pewno nie cieszą się u młodych szczególnym uznaniem Piotr Matywiecki czy Jan Polkowski, ale Piotra Sommera darzą szacunkiem (i Andrzeja Sosnowskiego). A to znacząco wskazuje na kierunek, w jakim podążać będzie nasza poezja w przyszłości. Grzebanie w języku, trochę w sobie, bez zobowiązujących podroży metafizycznych.
Zwycięstwo Sommera nie było zawodem ani rozczarowaniem, bo to rzeczywiście artysta zasłużony, a jego teksty bywają fascynujące. Polska szkoła nowojorska - tak się czasem twórczość Sommera określa i kto wie, czy nie najtrafniej. Niegdysiejsze dokonane przez laureata przekłady wierszy amerykańskiego poety Franka O'Hary i innych reprezentantów personalistycznej poezji potocznej musiały oddziałać także na samego ich tłumacza. Sommer wyznaje: "Ulubione kawałki / to te, w których ktoś opowiada / jakieś naprawdę drobne zdarzenie / z przeszłości, ale tak, że ta zupełnie / zwykła rzecz, ognisko nad jeziorem, sen / z kimś bardzo bliskim, wspomnienie domu / albo wspólne palenie papierosa na balkonie / w nieznanym mieście ni stąd ni zowąd / rośnie w piersiach do czegoś najważniejszego / na świecie". I ta otwartość poezji (jak deklarował O'Hara) na drobiazg prywatny i codzienny ubrana w normalne słowa, nie językowe monumenty, wydaje się najpopularniejsza w polskiej liryce ostatnich lat kilkunastu, parudziesięciu. Także dzięki Sommerowi.
"A to jest zwyczajna historia o człowieku, który budzi się codziennie w innym łóżku" (to Świetlicki), "chciałbym być tobą teraz, chciałbym w twojej skórze przejść przez skrzyżowanie na czerwonym świetle" (Bartosz Konstrat), "zaczyna się od wyjścia na balkon. mówię sobie: na końcu tego pokoju jest balkon. można spróbować wyjść, przewietrzyć się. może coś więcej" (Jakobe Mansztajn), "Kawałek kradzionej przestrzeni, pod którą rozrzucam sny i zużyte chusteczki. Jakoś od razu się odbarwiają na szaro, jakby na styku podłogi zaczynał się rozkład, którym na dobre przesiąkło powietrze" (Joanna Lech). Trochę inaczej (jednak!) brzmią starsi: "jaskinie wyjmuje się z ziemi / i otwiera w muzeach / podziemna wycinanka / wydobyta na powierzchnię / zwiedzana / zabawka Hadesu" (Piotr Matywiecki), „Umarł diabelski wiek. Nie będzie zadośćuczynienia. Pokolenia / przesypują się przez dłonie kapłanów / nicości, przez nasiąkniętą śmiercią / klawiaturę Bacha" (Jan Polkowski).
I tak, i tak, jakby mógł ująć to Sommer. Gdyby w kategorii Książka Roku wygrał na przykład Mariusz Grzebalski czy Marcin Sendecki nie byłoby kontrowersji, tak jak nie ma w przypadku zwycięstwa Matywieckiego. Gdyby za całokształt uhonorowano Szymborską, pokiwalibyśmy z uznaniem. Zwyciężył Sommer - w porządku. Bo to jest największa wartość Silesiusów: spotkanie poetyckich światów i pokoleń, wskazanie, że są różne sposoby, wizje, potrzeby, nawet języki na wyrażenie nie tego samego. Nie ostateczny werdykt był więc dla mnie najistotniejszy, lecz obecność tej różnorodności. Obecność nie do końca realnie zrealizowana, bo nominowani w tym roku symboliczni antagoniści, Jan Polkowski i Marcin Świetlicki, nie dojechali na wręczenie nagród. Czyżby ich książki mogły się spotkać w finale, a oni, ludzie, nie? Jeszcze nie?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Wszyscy nominowani w tym roku:
Książka roku:
1. Mariusz Grzebalski, Niepiosenki – Biuro Literackie
2. Bartosz Konstrat, Samochody i krew – Korporacja Ha!art
3. Piotr Matywiecki, Powietrze i czerń – Wydawnictwo Literackie
4. Feliks Netz, Trzy dni nieśmiertelności – Instytut Mikołowski
5. Jan Polkowski, Cantus – Wydawnictwo a5
6. Marcin Sendecki, 22 – Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Centrum Animacji w Poznaniu
7. Marcin Świetlicki, Niskie pobudki – Wydawnictwo EMG
Debiut roku:
1. Joanna Lech, Zapaść – Oddział Łódzki Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
2. Dawid Majer, Księga grawitacji – MAMIKO
3. Jakobe Mansztajn, Wiedeński high life – Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne „Portret”
To nie jest jeszcze nagroda bardzo istotna, dlatego, że ma zaledwie 3 lata i dlatego, że dotyczy poezji, czyli czegoś absolutnie niszowego, elitarnego, grupkowego w dzisiejszej rzeczywistości. Polacy wierszy nie czytają, chętniej je piszą. Samo wrocławskie Biuro Literackie co chwilę wydaje nowy tom czyjejś twórczości poetyckiej, przekład albo antologię, no i dba o nowe postaci, publikując arkusze. Podczas ostatniego spotkania z Piotrem Sommerem w księgarni Port Literacki popatrzyłem na jedną z półek, gdzie umieszczono książki tych najnowszych poetów i poetek. Na okładkach ich fotograficzne portrety. Wszyscy w okularach. Co by mogło znaczyć, iż nie da się pisać wierszy do zauważenia przez poważnego wydawcę bez wcześniejszego oczytania w tym, co było.
Kim są dzisiejsi idole młodszych twórców? To ciągle jeszcze Marcin Świetlicki, chociaż jego blask słabnie, zapewne z powodu medialnych romansów autora nominowanych w tym roku do Silesiusa "Niskich pobudek" oraz przejścia na ciemną stronę, czyli w przestrzeń pisanych najzwyklejszą prozą kryminałów. Mocniejszy we wpływach jest więc Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, może właśnie dlatego, że mediów unika, a powieści nie pisze i woli lirykę od publicystyki. Na pewno nie cieszą się u młodych szczególnym uznaniem Piotr Matywiecki czy Jan Polkowski, ale Piotra Sommera darzą szacunkiem (i Andrzeja Sosnowskiego). A to znacząco wskazuje na kierunek, w jakim podążać będzie nasza poezja w przyszłości. Grzebanie w języku, trochę w sobie, bez zobowiązujących podroży metafizycznych.
Zwycięstwo Sommera nie było zawodem ani rozczarowaniem, bo to rzeczywiście artysta zasłużony, a jego teksty bywają fascynujące. Polska szkoła nowojorska - tak się czasem twórczość Sommera określa i kto wie, czy nie najtrafniej. Niegdysiejsze dokonane przez laureata przekłady wierszy amerykańskiego poety Franka O'Hary i innych reprezentantów personalistycznej poezji potocznej musiały oddziałać także na samego ich tłumacza. Sommer wyznaje: "Ulubione kawałki / to te, w których ktoś opowiada / jakieś naprawdę drobne zdarzenie / z przeszłości, ale tak, że ta zupełnie / zwykła rzecz, ognisko nad jeziorem, sen / z kimś bardzo bliskim, wspomnienie domu / albo wspólne palenie papierosa na balkonie / w nieznanym mieście ni stąd ni zowąd / rośnie w piersiach do czegoś najważniejszego / na świecie". I ta otwartość poezji (jak deklarował O'Hara) na drobiazg prywatny i codzienny ubrana w normalne słowa, nie językowe monumenty, wydaje się najpopularniejsza w polskiej liryce ostatnich lat kilkunastu, parudziesięciu. Także dzięki Sommerowi.
"A to jest zwyczajna historia o człowieku, który budzi się codziennie w innym łóżku" (to Świetlicki), "chciałbym być tobą teraz, chciałbym w twojej skórze przejść przez skrzyżowanie na czerwonym świetle" (Bartosz Konstrat), "zaczyna się od wyjścia na balkon. mówię sobie: na końcu tego pokoju jest balkon. można spróbować wyjść, przewietrzyć się. może coś więcej" (Jakobe Mansztajn), "Kawałek kradzionej przestrzeni, pod którą rozrzucam sny i zużyte chusteczki. Jakoś od razu się odbarwiają na szaro, jakby na styku podłogi zaczynał się rozkład, którym na dobre przesiąkło powietrze" (Joanna Lech). Trochę inaczej (jednak!) brzmią starsi: "jaskinie wyjmuje się z ziemi / i otwiera w muzeach / podziemna wycinanka / wydobyta na powierzchnię / zwiedzana / zabawka Hadesu" (Piotr Matywiecki), „Umarł diabelski wiek. Nie będzie zadośćuczynienia. Pokolenia / przesypują się przez dłonie kapłanów / nicości, przez nasiąkniętą śmiercią / klawiaturę Bacha" (Jan Polkowski).
I tak, i tak, jakby mógł ująć to Sommer. Gdyby w kategorii Książka Roku wygrał na przykład Mariusz Grzebalski czy Marcin Sendecki nie byłoby kontrowersji, tak jak nie ma w przypadku zwycięstwa Matywieckiego. Gdyby za całokształt uhonorowano Szymborską, pokiwalibyśmy z uznaniem. Zwyciężył Sommer - w porządku. Bo to jest największa wartość Silesiusów: spotkanie poetyckich światów i pokoleń, wskazanie, że są różne sposoby, wizje, potrzeby, nawet języki na wyrażenie nie tego samego. Nie ostateczny werdykt był więc dla mnie najistotniejszy, lecz obecność tej różnorodności. Obecność nie do końca realnie zrealizowana, bo nominowani w tym roku symboliczni antagoniści, Jan Polkowski i Marcin Świetlicki, nie dojechali na wręczenie nagród. Czyżby ich książki mogły się spotkać w finale, a oni, ludzie, nie? Jeszcze nie?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Wszyscy nominowani w tym roku:
Książka roku:
1. Mariusz Grzebalski, Niepiosenki – Biuro Literackie
2. Bartosz Konstrat, Samochody i krew – Korporacja Ha!art
3. Piotr Matywiecki, Powietrze i czerń – Wydawnictwo Literackie
4. Feliks Netz, Trzy dni nieśmiertelności – Instytut Mikołowski
5. Jan Polkowski, Cantus – Wydawnictwo a5
6. Marcin Sendecki, 22 – Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Centrum Animacji w Poznaniu
7. Marcin Świetlicki, Niskie pobudki – Wydawnictwo EMG
Debiut roku:
1. Joanna Lech, Zapaść – Oddział Łódzki Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
2. Dawid Majer, Księga grawitacji – MAMIKO
3. Jakobe Mansztajn, Wiedeński high life – Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne „Portret”
Thursday, May 6, 2010
POLSKIE SERIALE
Wpadła mi ostatnio w ręce płyta ze ścieżką dźwiękową do serialu telewizji TVN pt. "Majka". Otwiera ją czołówkowy temat pod polskim tytułem "Nie pytaj mnie", będący przeróbką hiszpańskiego przeboju z lat 1970. "Porque te vas". Śpiewała go Jeanette, gwiazdka jednej piosenki, która zdobyła sławę dzięki Carlosowi Saurze i jego filmowi "Nakarmić kruki". Film jest dziś legendą jako metaforyczna opowieść o reżimowej Hiszpanii, a piosenka widzom pamiętającym filmowe sceny kojarzy się ze wszystkim tylko nie z telenowelą. Wprawdzie znamy dyskotekowy remiks "Porque te vas", ale to co innego niż włożenie tego motywu w serialową szafę. Zwłaszcza że słowa są w całości zmienione, w wersji polskiej tekst opowiada zupełnie inną historię, nie przystając do muzyki. No ale trzeba znać kontekst, a ten ma przecież swoją żywotność.
Dlatego na plakatach promujących nowy film Woody'ego Allena widnieje dopowiedzenie: Woody Allen, reżyser "Vicky Christina Barcelona". Kiedyś rzecz niesłychana i nie do wyobrażenia. Woody Allen to Woody Allen, reżyser kilkudziesięciu dzieł, od "Manhattanu" po "Jej wysokość Afrodytę" i dalej. Zresztą Ridleya Scotta też specjaliści od reklamy zdecydowali się na bilbordach "Robin Hooda" przedstawić ogłupiałym przechodniom jako twórcę "Gladiatora". Co tam np. "Obcy 8 pasażer Nostromo" czy "Łowca androidów". Nic to jednak przy telewizyjnych metodach wprawiania widzów w osłupienie, że tak można. Serial "Majka" jest polską pożyczką od Wenezuelczyków, ale muzykę dobierają Polacy. Kompozycje oryginalne napisał Jacek Perkowski (kiedyś T Love), a szumną koncepcję muzyczną, jak oznajmia strona filmpolski.pl, opracował Piotr Metz. Rutynowe słowa o niczym sklecił Ryszard Kunce.
Inny rodzaj muzycznego zapożyczenia prezentuje czołówka do innego polskiego serialu, tym razem autorskiego, jak dumnie deklarują twórcy, Polsatowskiego "Hotelu 52". Tu ktoś się sprytnie zainspirował tematem otwarcia amerykańskiego "Seksu w wielkim mieście", oryginalność serialu poddając w mocną wątpliwość. Polacy uwielbiają pożyczać, imitować od wieków, ale bardzo przesadzamy. "Usta, usta", "Klub szalonych dziewic", "Ojciec Mateusz", "Siostry", "Pierwsza miłość", wcześniej "Niania", "Hela w opałach"... Proszę dodać resztę. Przepis na telewizyjne hity zdaje się prosty i brzmi po prostu: FORMAT, no ale można by chyba mniej bezczelnie i w rozsądniejszych ilościach. Wiem, wszędzie na świecie korzystają z cudzego, nawet Amerykanie mieli swoją "Brzydulę", tyle że jakąś inną od latynoskiej, polskiej, niemieckiej, jakąś własną. My idziemy w odmiennym kierunku i nie w tym jedynie słusznym.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Dlatego na plakatach promujących nowy film Woody'ego Allena widnieje dopowiedzenie: Woody Allen, reżyser "Vicky Christina Barcelona". Kiedyś rzecz niesłychana i nie do wyobrażenia. Woody Allen to Woody Allen, reżyser kilkudziesięciu dzieł, od "Manhattanu" po "Jej wysokość Afrodytę" i dalej. Zresztą Ridleya Scotta też specjaliści od reklamy zdecydowali się na bilbordach "Robin Hooda" przedstawić ogłupiałym przechodniom jako twórcę "Gladiatora". Co tam np. "Obcy 8 pasażer Nostromo" czy "Łowca androidów". Nic to jednak przy telewizyjnych metodach wprawiania widzów w osłupienie, że tak można. Serial "Majka" jest polską pożyczką od Wenezuelczyków, ale muzykę dobierają Polacy. Kompozycje oryginalne napisał Jacek Perkowski (kiedyś T Love), a szumną koncepcję muzyczną, jak oznajmia strona filmpolski.pl, opracował Piotr Metz. Rutynowe słowa o niczym sklecił Ryszard Kunce.
Inny rodzaj muzycznego zapożyczenia prezentuje czołówka do innego polskiego serialu, tym razem autorskiego, jak dumnie deklarują twórcy, Polsatowskiego "Hotelu 52". Tu ktoś się sprytnie zainspirował tematem otwarcia amerykańskiego "Seksu w wielkim mieście", oryginalność serialu poddając w mocną wątpliwość. Polacy uwielbiają pożyczać, imitować od wieków, ale bardzo przesadzamy. "Usta, usta", "Klub szalonych dziewic", "Ojciec Mateusz", "Siostry", "Pierwsza miłość", wcześniej "Niania", "Hela w opałach"... Proszę dodać resztę. Przepis na telewizyjne hity zdaje się prosty i brzmi po prostu: FORMAT, no ale można by chyba mniej bezczelnie i w rozsądniejszych ilościach. Wiem, wszędzie na świecie korzystają z cudzego, nawet Amerykanie mieli swoją "Brzydulę", tyle że jakąś inną od latynoskiej, polskiej, niemieckiej, jakąś własną. My idziemy w odmiennym kierunku i nie w tym jedynie słusznym.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Tuesday, May 4, 2010
Nick Rennison SHERLOCK HOLMES
Na Nicka Rennisona jako autora trafiłem jakiś czas temu, sięgając po niewydaną w Polsce książkę pt. "Rywale Sherlocka Holmesa". To była antologia opowiadań prezentujących przygody mniej słynnych literackich detektywów Anglii końca wieku XIX i początku XX. Bardzo interesująca poznawczo i rozrywkowo rzecz, której kompilator nie napisał jeszcze własnej opowieści kryminalnej (od paru lat podobno nad nią pracuje), wydał za to parę pozycji przewodnikowych typu "100 obowiązkowych kryminałów do przeczytania". Rennison nie ukrywa, że największym szacunkiem i podziwem darzy Holmesa. Stąd też niniejsza nieautoryzowana biografia ekscentrycznego mieszkańca Baker Street 221B.
Wydawałoby się, iż podobna praca ma sens niewielki, bo w końcu co tu o nieistniejącym bohaterze można jeszcze powiedzieć nowego? Poza ewentualnym wymyślaniem kolejnych odcinków literatury zaprogramowanej na bawienie czytelników, którzy dojeżdżali do pracy gdzieś w centrum ówczesnego Londynu albo może raczej Edynburga (tu urodził się sir Artur Ignatius Conan Doyle). Od czego jednak pióro utalentowanego fana. Rennison obrał historie autorstwa szkockiego pisarza za punkt wyjścia do własnych rozważań i wyobrażeń. Czyli lepi wątki biografii Sherlocka Holmesa wyjęte z różnych nowel i powieści, uzupełniając o brakujące fakty. I trafia w dziesiątkę, tworząc rzecz przeznaczoną nie tylko dla działaczy licznych (w tym uralskiego) towarzystw miłośników detektywa, który doczekał się hitowych filmów o sobie, a nawet musicalu, wystawionego w 1989 roku bez szczególnego powodzenia. W rolę Holmesa wcielali się na małym i dużym ekranie m.in. John Gielgud, Charlton Heston, John Cleese czy Roger Moore (w czasach swojego romansu z Jamesem Bondem) oraz ikoniczny w kulturze brytyjskiej Basil Rathbone. Tutaj Sherlock sam staje się przedmiotem śledztwa i, tak jak to bywało w literaturze o nim, pociąga za sobą również oddanego przyjaciela Watsona.
Na początku poznajemy zatem wioskę Hutton le Moors z pubem pod nazwą the Green Man, co polska tłumaczka przełożyła finezyjnie, choć niewiernie jako Pod Umajonym Chłopcem. W tej właśnie mieścinie przyszedł na świat późniejszy postrach przestępców jako drugie dziecko państwa Holmes, dziecko trudne, być może autystyczne. Wolał studiować nauki przyrodnicze w Cambridge zamiast prawa w Oksfordzie, jak chciał ojciec i na co wybrał się starszy brat. Starszy brat, Mycroft, podsyłał zresztą początkującemu w zawodzie Sherlockowi sprawy do rozwiązania, lecz kariera detektywa jakoś nie chciała się szybko rozwijać. Nabrała tempa po spotkaniu z doktorem Watsonem, medykiem po Uniwersytecie Londyńskim, w młodości zdolnym graczem rugby, no i narratorem holmesowskich historii. Dalej śledzimy kulisy najciekawszych zagadek, co rusz wykraczając poza ramy czystej biografii w kierunku czasoprzestrzennego kontekstu. Irlandzcy republikanie, próby zamachu na życie królowej, powstanie MI6, postać Kuby Rozpruwacza, Lewis Carroll, Zygmunt Freud czy Oscar Wilde uwiarygodniają opowieść Rennisona, nie tylko przyjemną w czytaniu, lecz także sprawiającą wrażenie niezwykle rzeczowej. Czasami nie wiadomo, co jest prawdą, co fikcją, czasami Holmes rzeczywiście ożywa jako człowiek z najprawdziwszej kroniki, i kryminalnej, i romantycznej, bo wspomina się tu o uczuciu do pięknej amerykańskiej awanturnicy Ireny Adler.
"Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana" to książka z pogranicza rozrywki i dokumentu, urzekająca jak wrzosowiska Yorkshire, miejscami zabawna jak czterdzieściodzięwięciosekundowy film o Holmesie z 1900 roku (można obejrzeć na youtube, nazywa się "Sherlock Holmes Baffled") i intrygująca jak każde z 56 opowiadań Conan Doyle'a (plus cztery powieści). A to, że Rennison często używa słów "prawdopodobnie, możliwe, być może" zupełnie nie przeszkadza. Czyż nie na tym polega jeden z etapów legendarnej holmesowskiej dedukcji?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Nick Rennison SHERLOCK HOLMES. Biografia nieautoryzowana. W.A.B., 2010
Wydawałoby się, iż podobna praca ma sens niewielki, bo w końcu co tu o nieistniejącym bohaterze można jeszcze powiedzieć nowego? Poza ewentualnym wymyślaniem kolejnych odcinków literatury zaprogramowanej na bawienie czytelników, którzy dojeżdżali do pracy gdzieś w centrum ówczesnego Londynu albo może raczej Edynburga (tu urodził się sir Artur Ignatius Conan Doyle). Od czego jednak pióro utalentowanego fana. Rennison obrał historie autorstwa szkockiego pisarza za punkt wyjścia do własnych rozważań i wyobrażeń. Czyli lepi wątki biografii Sherlocka Holmesa wyjęte z różnych nowel i powieści, uzupełniając o brakujące fakty. I trafia w dziesiątkę, tworząc rzecz przeznaczoną nie tylko dla działaczy licznych (w tym uralskiego) towarzystw miłośników detektywa, który doczekał się hitowych filmów o sobie, a nawet musicalu, wystawionego w 1989 roku bez szczególnego powodzenia. W rolę Holmesa wcielali się na małym i dużym ekranie m.in. John Gielgud, Charlton Heston, John Cleese czy Roger Moore (w czasach swojego romansu z Jamesem Bondem) oraz ikoniczny w kulturze brytyjskiej Basil Rathbone. Tutaj Sherlock sam staje się przedmiotem śledztwa i, tak jak to bywało w literaturze o nim, pociąga za sobą również oddanego przyjaciela Watsona.
Na początku poznajemy zatem wioskę Hutton le Moors z pubem pod nazwą the Green Man, co polska tłumaczka przełożyła finezyjnie, choć niewiernie jako Pod Umajonym Chłopcem. W tej właśnie mieścinie przyszedł na świat późniejszy postrach przestępców jako drugie dziecko państwa Holmes, dziecko trudne, być może autystyczne. Wolał studiować nauki przyrodnicze w Cambridge zamiast prawa w Oksfordzie, jak chciał ojciec i na co wybrał się starszy brat. Starszy brat, Mycroft, podsyłał zresztą początkującemu w zawodzie Sherlockowi sprawy do rozwiązania, lecz kariera detektywa jakoś nie chciała się szybko rozwijać. Nabrała tempa po spotkaniu z doktorem Watsonem, medykiem po Uniwersytecie Londyńskim, w młodości zdolnym graczem rugby, no i narratorem holmesowskich historii. Dalej śledzimy kulisy najciekawszych zagadek, co rusz wykraczając poza ramy czystej biografii w kierunku czasoprzestrzennego kontekstu. Irlandzcy republikanie, próby zamachu na życie królowej, powstanie MI6, postać Kuby Rozpruwacza, Lewis Carroll, Zygmunt Freud czy Oscar Wilde uwiarygodniają opowieść Rennisona, nie tylko przyjemną w czytaniu, lecz także sprawiającą wrażenie niezwykle rzeczowej. Czasami nie wiadomo, co jest prawdą, co fikcją, czasami Holmes rzeczywiście ożywa jako człowiek z najprawdziwszej kroniki, i kryminalnej, i romantycznej, bo wspomina się tu o uczuciu do pięknej amerykańskiej awanturnicy Ireny Adler.
"Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana" to książka z pogranicza rozrywki i dokumentu, urzekająca jak wrzosowiska Yorkshire, miejscami zabawna jak czterdzieściodzięwięciosekundowy film o Holmesie z 1900 roku (można obejrzeć na youtube, nazywa się "Sherlock Holmes Baffled") i intrygująca jak każde z 56 opowiadań Conan Doyle'a (plus cztery powieści). A to, że Rennison często używa słów "prawdopodobnie, możliwe, być może" zupełnie nie przeszkadza. Czyż nie na tym polega jeden z etapów legendarnej holmesowskiej dedukcji?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Nick Rennison SHERLOCK HOLMES. Biografia nieautoryzowana. W.A.B., 2010
Monday, April 26, 2010
Adam Zamoyski PADEREWSKI
W Roku Chopinowskim łatwo zapomnieć o innym bohaterze i polskiej muzyki, i polskiej historii. Ukazała się właśnie najnowsza edycja biografii może najsłynniejszego naszego pianisty, oklaskiwanego na całym świecie, podziwianego przez publiczność i artystów co najmniej kilku pokoleń. Autor książki przejrzał, uaktualnił i poprawił poprzednie wydanie, które wprowadziło do świadomości odbiorców postać barwną, niejednoznaczną, żywą, nie zaledwie pomnikową, jak przez dekady postrzegano kompozytora, wirtuoza, premiera, ministra niepodległościowego rządu. On sam zadbał o taki właśnie wizerunek, czego żaden wnikliwy badacz nie może zaakceptować.
Zamoyski wybrał się więc w podróż niemal detektywistyczną, doprowadzając do otwarcia archiwów amerykańskich, brytyjskich, polskich, szukając pomocy wszędzie, gdzie się dało, by odpowiedzieć na pytanie, czy pod fasadą oficjalnej biografii kryje się fascynujący człowiek. Paderewski unikał na przykład tematów prywatnych, tworząc przede wszystkim obraz prekursora epoki gwiazd, zgadzając się na rozdźwięk między posągiem a niepozbawioną dramatu rzeczywistością. Śmierć syna, żony, nie zawsze gładkie romanse, dobijanie się do sławy, którą wywróżyła mu Modrzejewska, zaangażowanie się w politykę, wbrew temperamentowi artysty i własnej naturze, musiało odbijać piętna na osobowości pochodzącego z Podola muzyka. Pianisty koncertującego na początku XX wieku w tak egzotycznych miejscach, jak Tasmania, Australia, południowa Afryka, podbijającego wielką Amerykę i królewskie dwory. Osobny problem miał Paderewski z ambicjami kompozytorskimi, bo co rusz musiał odkładać pisanie, żeby zarobić na ogromne wydatki. "Jego majątkiem było dziesięć palców" - pisze Zamoyski. Stąd pewnie tak trudno sklasyfikować kompozytorski styl Paderewskiego, którego Bernard Shaw krytykował za wtórność i niedojrzałość", choć jednocześnie wywyższał ponad twórców drugorzędnych. Kto wie, jakim kompozytorem przyszły premier by został, gdyby mógł skoncentrować aktywność na polu artystycznym.
Ale chyba nie do tego był przeznaczony, skoro rzucał się w życie maksymalnie, korzystał z przyjemności i przywilejów, "podróżował jak nabab", fundował pomnik w rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Zwycięstwo nad Krzyżakami uważał za dumny triumf ojczyzny, nieodznaczanej przez cały wiek XIX na mapach Europy. Bolało go uwikłanie w kampanię antysemicką, z której z trudem się wyplątał i za którą winił Romana Dmowskiego. Gdy wybuchła I wojna światowa, wiedział, że na pewien czas przyjdzie mu skończyć z życiem artystycznym, co Zamoyski uważa za przykrą i nużącą konieczność dla kolorowego artystycznego ptaka. Mężowie stanu uznawali jego klasę, przyznawali logikę i rozsądek poglądów, inwencję i instynkt, ale w konfrontacji z politycznymi lwami pokroju prezydenta Stanów Zjednoczonych Wilsona czy brytyjskiego premiera Lloyda George'a stał jednak na z góry straconej pozycji. Zwłaszcza że Polska nie mogła dorównać mocarstwom, znacząc tuż po odzyskaniu niepodległości niewiele. Po podpisaniu traktatu wersalskiego przypadło mu w udziale zadanie przekonania Sejmu do ratyfikacji trudnej umowy pozostawiającej znak zapytania co do losów Gdańska, Cieszyna, Górnego Śląska. Osiągnął wielkie cele początków nowej państwowości, lecz nie był przywódcą na kolejne lata. Wprawdzie rezygnacja wyszła od niego, ale klimat wokół Paderewskiego-premiera gęstniał w Polsce wyraźnie. Na niewdzięczność, jaką odczuwał, odpowiedział odejściem. Pisze Zamoyski: "Kiedy nowy rząd Leopolda Skulskiego przysłał dwu delegatów z pytaniem, czy przyjmie stanowisko ministra spraw zagranicznych, wyjaśnił z oburzeniem, że nie zrobi już nic dla kraju, który potraktował go tak podle".
Po rozstaniu z polityką wrócił do życia wygodnego i muzyki, choć już nie tak jednoznacznie triumfalnie, jak przyjmowano go kiedyś. Grywał wspaniale, żarliwie, energicznie, lecz także słabo, fałszywie, staroświecko. Właściwie już nie komponował. Był jeszcze pomysł, by wystawić go w wyborach prezydenckich, na co nie zgodził się Witos. Paderewski zmarł w 1941 roku w Nowym Jorku. W 1992 roku sprowadzono do Polski trumnę z prochami, składając w podziemiach archikatedry św. Jana w Warszawie. Jego biograf, Adam Zamoyski, podsumowuje, że pragnienie czynienia dobra w świecie pełnym krzywdy sytuuje Paderewskiego wśród błędnych rycerzy historii. I chyba właściwe to określenie, tak jak właściwa (bo wartka i wciągająca) jest stylistyka tej książki. Niepozbawiona subiektywnego podejścia, narracyjna i cytująca, z sukcesem oddaje ludzką wielkość swego bohatera. Mało pisze się tu o muzyce, zajmując głównie życiem i anegdotami, ale taka decyzja odzwierciedla przecież recepcję twórczości kompozytora i wirtuoza, któremu raczej nie muzyka przyniosła nieśmiertelność, lecz polityka. Co tylko podkreśla wyjątkowość urodzonego 150 lat temu człowieka, jednak człowieka.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Adam Zamoyski PADEREWSKI, przeł. A. Kreczmar. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2010
Zamoyski wybrał się więc w podróż niemal detektywistyczną, doprowadzając do otwarcia archiwów amerykańskich, brytyjskich, polskich, szukając pomocy wszędzie, gdzie się dało, by odpowiedzieć na pytanie, czy pod fasadą oficjalnej biografii kryje się fascynujący człowiek. Paderewski unikał na przykład tematów prywatnych, tworząc przede wszystkim obraz prekursora epoki gwiazd, zgadzając się na rozdźwięk między posągiem a niepozbawioną dramatu rzeczywistością. Śmierć syna, żony, nie zawsze gładkie romanse, dobijanie się do sławy, którą wywróżyła mu Modrzejewska, zaangażowanie się w politykę, wbrew temperamentowi artysty i własnej naturze, musiało odbijać piętna na osobowości pochodzącego z Podola muzyka. Pianisty koncertującego na początku XX wieku w tak egzotycznych miejscach, jak Tasmania, Australia, południowa Afryka, podbijającego wielką Amerykę i królewskie dwory. Osobny problem miał Paderewski z ambicjami kompozytorskimi, bo co rusz musiał odkładać pisanie, żeby zarobić na ogromne wydatki. "Jego majątkiem było dziesięć palców" - pisze Zamoyski. Stąd pewnie tak trudno sklasyfikować kompozytorski styl Paderewskiego, którego Bernard Shaw krytykował za wtórność i niedojrzałość", choć jednocześnie wywyższał ponad twórców drugorzędnych. Kto wie, jakim kompozytorem przyszły premier by został, gdyby mógł skoncentrować aktywność na polu artystycznym.
Ale chyba nie do tego był przeznaczony, skoro rzucał się w życie maksymalnie, korzystał z przyjemności i przywilejów, "podróżował jak nabab", fundował pomnik w rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Zwycięstwo nad Krzyżakami uważał za dumny triumf ojczyzny, nieodznaczanej przez cały wiek XIX na mapach Europy. Bolało go uwikłanie w kampanię antysemicką, z której z trudem się wyplątał i za którą winił Romana Dmowskiego. Gdy wybuchła I wojna światowa, wiedział, że na pewien czas przyjdzie mu skończyć z życiem artystycznym, co Zamoyski uważa za przykrą i nużącą konieczność dla kolorowego artystycznego ptaka. Mężowie stanu uznawali jego klasę, przyznawali logikę i rozsądek poglądów, inwencję i instynkt, ale w konfrontacji z politycznymi lwami pokroju prezydenta Stanów Zjednoczonych Wilsona czy brytyjskiego premiera Lloyda George'a stał jednak na z góry straconej pozycji. Zwłaszcza że Polska nie mogła dorównać mocarstwom, znacząc tuż po odzyskaniu niepodległości niewiele. Po podpisaniu traktatu wersalskiego przypadło mu w udziale zadanie przekonania Sejmu do ratyfikacji trudnej umowy pozostawiającej znak zapytania co do losów Gdańska, Cieszyna, Górnego Śląska. Osiągnął wielkie cele początków nowej państwowości, lecz nie był przywódcą na kolejne lata. Wprawdzie rezygnacja wyszła od niego, ale klimat wokół Paderewskiego-premiera gęstniał w Polsce wyraźnie. Na niewdzięczność, jaką odczuwał, odpowiedział odejściem. Pisze Zamoyski: "Kiedy nowy rząd Leopolda Skulskiego przysłał dwu delegatów z pytaniem, czy przyjmie stanowisko ministra spraw zagranicznych, wyjaśnił z oburzeniem, że nie zrobi już nic dla kraju, który potraktował go tak podle".
Po rozstaniu z polityką wrócił do życia wygodnego i muzyki, choć już nie tak jednoznacznie triumfalnie, jak przyjmowano go kiedyś. Grywał wspaniale, żarliwie, energicznie, lecz także słabo, fałszywie, staroświecko. Właściwie już nie komponował. Był jeszcze pomysł, by wystawić go w wyborach prezydenckich, na co nie zgodził się Witos. Paderewski zmarł w 1941 roku w Nowym Jorku. W 1992 roku sprowadzono do Polski trumnę z prochami, składając w podziemiach archikatedry św. Jana w Warszawie. Jego biograf, Adam Zamoyski, podsumowuje, że pragnienie czynienia dobra w świecie pełnym krzywdy sytuuje Paderewskiego wśród błędnych rycerzy historii. I chyba właściwe to określenie, tak jak właściwa (bo wartka i wciągająca) jest stylistyka tej książki. Niepozbawiona subiektywnego podejścia, narracyjna i cytująca, z sukcesem oddaje ludzką wielkość swego bohatera. Mało pisze się tu o muzyce, zajmując głównie życiem i anegdotami, ale taka decyzja odzwierciedla przecież recepcję twórczości kompozytora i wirtuoza, któremu raczej nie muzyka przyniosła nieśmiertelność, lecz polityka. Co tylko podkreśla wyjątkowość urodzonego 150 lat temu człowieka, jednak człowieka.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Adam Zamoyski PADEREWSKI, przeł. A. Kreczmar. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2010
Sunday, April 25, 2010
BORYS GODUNOW (Opera Wrocławska)
Niektórych może, zwłaszcza na początku, rozczarować inscenizacyjna statyczność. Mając w pamięci pełne akcji i inwencji "Opowieści Hoffmana" tego samego Waldemara Zawodzińskiego, można było oczekiwać czegoś więcej, nawet mimo odmiennego charakteru muzyki. Trzy pierwsze sceny wyraźnie się dłużą, dopasowany do majestatycznej muzyki sceniczny ruch trudno uważać za szczególnie atrakcyjny. Na szczęście od startu słychać fantastyczną wręcz formę wokalną artystów, którym kierunek wskazuje wybitna partytura. Szybko rozkręca się chór, Janusz Monarcha w tytułowej roli budzi podziw, podobne wrażenie robi śpiew Rafała Siwka czyli Pimena, starego mnicha spisującego w czudowskim klasztorze dzieje Rosji, oraz czysty baryton Łukasza Rosiaka (Szczełkałow). Zwracają uwagę kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej. Do czego mam zastrzeżenia, to reżyserskie podkreślanie ciężkości tej części dzieła, zaprogramowanej głównie na niskie męskie głosy i chór. Może warto by jednak wprowadzić odrobinę więcej ruchu w obrazie. Choć, z drugiej strony, jest okazja, by w muzykę rosyjskiego kompozytora (i głosy wokalistów) bezwzględnie się zanurzyć.
Z zafascynowania nutami wyrywa nas rodzajowa scena w gospodzie, rozegrana klasycznie, także choreograficznie rozpisana na drobne sola wokalistów. Bryluje Bartosz Urbanowicz jako zawadiacki gawędziarz Warłaam i wyrazista karczmarka (Dorota Dutkowska), powoli buduje się postać Dymitra, który zagrozi władzy cara-zabójcy rzeczywistego następcy tronu. Leonid Zakhozaev potrafi wydobyć różnorodne uczucia targające zuchwałym Grigorijem, jeszcze nie do końca przekonanym do przyszłego losu. No i pięknie śpiewa, co sprawia, iż całkiem zapominamy o odpowiedniości wieku aktora do wieku postaci. Ciekawa w scenografii jest rodzinna scena na Kremlu. Wprawdzie baletowe szachy i wielki glob-balon widzieliśmy już tu i tam, w teatrze czy w filmie, ale ta akurat powtórka uchodzi realizatorom na sucho, bo ułożona w spójną całość sekwencja duetów trafnie buduje moment ujawnienia Godunowej traumy. Wszystkie wizualne akcenty działają, łącznie z symbolicznym trzecim planem, też niewyszukanym ideowo (figura zamordowanego czy biały koń-marzenie), lecz naturalnie wpisującym się w rytm opowieści.
Absolutnie porywa akt polski. W surowej oprawie sandomierskiego zamku wojewody Maryna Mniszchówna z królowej śniegu staje się lady Makbet. Ta trwająca 35 minut odsłona opiera się na temperamencie i talencie Anny Bernackiej, wprost stworzonej do takiej roli. Wrocławska śpiewaczka znów pokazuje aktorski pazur, nie gubiąc żadnego dźwięku. Arii Maryny chciałoby się posłuchać na bis! Jej duety z Rangonim (Mariusz Godlewski) i Dymitrem utrzymują dynamikę emocji aż do kulminacyjnej ostatecznej przemiany Grigorija w Samozwańca. Naprawdę, co za chwile!
Po takich emocjach ożywiony widz patrzy już na wszystko bez dystansu, wciągnięty w wir ludzkich namiętności, z których ta dotycząca władzy wydaje się najpotężniejsza. Z recenzenckiego obowiązku trzeba odnotować kilka możliwych do poprawienia elementów: obłąkany Nikołka mógłby być bardziej szalony (Zygmunt Magiera w premierowym spektaklu), a kniaź Szujski (Łukasz Gaj) jednak wizualnie starszy, więc bardziej przekonujący jako przebiegły, kremlowski gracz, wspólnik morderstwa sprzed lat. Nie jestem pewien, czy Fiodor, sukcesor wielkiego Borysa, powinien śpiewać kontratenorem tylko dlatego, że to młodzieniec. Tradycja nie zawsze zobowiązuje do wierności. Sebastian Kaniuk radzi sobie nieźle, zastanawiam się jednak, jak zabrzmi w tej partii Aleksander Zuchowicz w następnych przedstawieniach. Za to zapada w pamięć ogromna ikona Chrystusa, detal z dziecięcym tupotem w scenie zbiorowej i wzrusza finałowa śmierć Borysa, zaplanowana skromnie jako bardzo ludzkie pożegnanie ojca z synem, wyznanie władcy świadomego swego podstawowego błędu.
Wrocławski "Borys Godunow" to opera w starym, dobrym stylu, wydobywająca siłę, jaka tkwi w muzyczności wspaniałego dzieła Musorgskiego-Korsakowa. I prawdziwie imponujące osiągnięcie doskonałego zespołu śpiewaków oraz perfekcyjnej orkiestry pod niezrównaną batutą Ewy Michnik.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Modest Musorgski BORYS GODUNOW, reż. W. Zawodziński, kier. muz. E. Michnik. Premiera w Operze Wrocławskiej 24 kwietnia 2010
Z zafascynowania nutami wyrywa nas rodzajowa scena w gospodzie, rozegrana klasycznie, także choreograficznie rozpisana na drobne sola wokalistów. Bryluje Bartosz Urbanowicz jako zawadiacki gawędziarz Warłaam i wyrazista karczmarka (Dorota Dutkowska), powoli buduje się postać Dymitra, który zagrozi władzy cara-zabójcy rzeczywistego następcy tronu. Leonid Zakhozaev potrafi wydobyć różnorodne uczucia targające zuchwałym Grigorijem, jeszcze nie do końca przekonanym do przyszłego losu. No i pięknie śpiewa, co sprawia, iż całkiem zapominamy o odpowiedniości wieku aktora do wieku postaci. Ciekawa w scenografii jest rodzinna scena na Kremlu. Wprawdzie baletowe szachy i wielki glob-balon widzieliśmy już tu i tam, w teatrze czy w filmie, ale ta akurat powtórka uchodzi realizatorom na sucho, bo ułożona w spójną całość sekwencja duetów trafnie buduje moment ujawnienia Godunowej traumy. Wszystkie wizualne akcenty działają, łącznie z symbolicznym trzecim planem, też niewyszukanym ideowo (figura zamordowanego czy biały koń-marzenie), lecz naturalnie wpisującym się w rytm opowieści.
Absolutnie porywa akt polski. W surowej oprawie sandomierskiego zamku wojewody Maryna Mniszchówna z królowej śniegu staje się lady Makbet. Ta trwająca 35 minut odsłona opiera się na temperamencie i talencie Anny Bernackiej, wprost stworzonej do takiej roli. Wrocławska śpiewaczka znów pokazuje aktorski pazur, nie gubiąc żadnego dźwięku. Arii Maryny chciałoby się posłuchać na bis! Jej duety z Rangonim (Mariusz Godlewski) i Dymitrem utrzymują dynamikę emocji aż do kulminacyjnej ostatecznej przemiany Grigorija w Samozwańca. Naprawdę, co za chwile!
Po takich emocjach ożywiony widz patrzy już na wszystko bez dystansu, wciągnięty w wir ludzkich namiętności, z których ta dotycząca władzy wydaje się najpotężniejsza. Z recenzenckiego obowiązku trzeba odnotować kilka możliwych do poprawienia elementów: obłąkany Nikołka mógłby być bardziej szalony (Zygmunt Magiera w premierowym spektaklu), a kniaź Szujski (Łukasz Gaj) jednak wizualnie starszy, więc bardziej przekonujący jako przebiegły, kremlowski gracz, wspólnik morderstwa sprzed lat. Nie jestem pewien, czy Fiodor, sukcesor wielkiego Borysa, powinien śpiewać kontratenorem tylko dlatego, że to młodzieniec. Tradycja nie zawsze zobowiązuje do wierności. Sebastian Kaniuk radzi sobie nieźle, zastanawiam się jednak, jak zabrzmi w tej partii Aleksander Zuchowicz w następnych przedstawieniach. Za to zapada w pamięć ogromna ikona Chrystusa, detal z dziecięcym tupotem w scenie zbiorowej i wzrusza finałowa śmierć Borysa, zaplanowana skromnie jako bardzo ludzkie pożegnanie ojca z synem, wyznanie władcy świadomego swego podstawowego błędu.
Wrocławski "Borys Godunow" to opera w starym, dobrym stylu, wydobywająca siłę, jaka tkwi w muzyczności wspaniałego dzieła Musorgskiego-Korsakowa. I prawdziwie imponujące osiągnięcie doskonałego zespołu śpiewaków oraz perfekcyjnej orkiestry pod niezrównaną batutą Ewy Michnik.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Modest Musorgski BORYS GODUNOW, reż. W. Zawodziński, kier. muz. E. Michnik. Premiera w Operze Wrocławskiej 24 kwietnia 2010
Friday, April 16, 2010
Kwiecień 2010
Nie będę opowiadał o swoich doświadczeniach granicznych, choć były, jak pewnie u każdego z nas. Ale znaczą i znaczyły także w rozmyślaniach na temat tragedii smoleńskiej. Nie od razu mi się udało to wszystko poukładać. Jeśli się komuś udało, w ogóle. Dziś jakoś się to skleiło. Również to, że ktoś chciał pogrzebu prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu, i to, że ktoś protestował. I wiem, że obie strony miały rację. Nie: swoje własne racje, tylko rację w kontekście historii. Nie. Nie, że wiem. Wierzę, nie, mam takie przeświadczenie.
Bo trzeba było reakcji odwrotnych, może racjonalnych, by stworzyć na Wawelu osobną kryptę katyńską. I uczcić w niej symbolicznie wszystkie ofiary Katynia, tego sprzed 70 lat oraz tego teraz. A nie są to znaczenia tożsame, choć łączy je symbolika miejsca.
Ale też trzeba było decyzji karkołomnej, o pochówku prezydenckiej pary na Wawelu, by w ogóle tę symbolikę móc uhonorować.
Dlatego zasłyszana fraza o tym, iż Bóg tak chciał, wydaje się jedyna.
To było/jest historyczne wydarzenie, bez precedensu. Tragiczne i znaczące. Do modlitwy i manifestacji, co ma w Polsce miejsce. Mieli przyjechać do Polski przywódcy najważniejszych krajów zachodniej cywilizacji (do której zaliczam też Rosję), do Krakowa przybędą Polacy zewsząd. Nie mieliśmy nawet paru takich ceremonii w polskiej historii. Historii, która jednak ciągle się tworzy i ma u siebie miejsce na nowe podręcznikowo istotne daty. To po pierwsze.
Po drugie: ten pył z islandzkiego wulkanu, popiół żywiołu. W kontekście i połączeniu z popiołami spod Smoleńska. Jeśli szukamy znaków Stamtąd, czy może być znak wyrazistszy?
Wszystko to piszę i czuję z pozycji jednak ostrożnej, szukającej oparcia w racjonalnych, logicznych formułach wyjaśniania spraw wszelakich. Lecz jest to również pozycja serca, intuicji i doświadczeń, tradycyjnie oddalonych od racjonalności. Pozycja wiary. Może niekoniecznie w to, w co wierzyć każą, ale w to, co przeczuwamy sami, spotykając siebie wobec konkretnej sytuacji. Rozmyślając w pewnym momencie o całości.
Dlatego Kaczyński, Kaczyńscy i Wawel już mi się zgadzają. Na zasadzie symbolu, ale i poszczególnego życia. Owszem, działa tu rytualny mechanizm wywyższenia śmierci. Śmierci, która jednak była nieposzczególna.
Bo trzeba było reakcji odwrotnych, może racjonalnych, by stworzyć na Wawelu osobną kryptę katyńską. I uczcić w niej symbolicznie wszystkie ofiary Katynia, tego sprzed 70 lat oraz tego teraz. A nie są to znaczenia tożsame, choć łączy je symbolika miejsca.
Ale też trzeba było decyzji karkołomnej, o pochówku prezydenckiej pary na Wawelu, by w ogóle tę symbolikę móc uhonorować.
Dlatego zasłyszana fraza o tym, iż Bóg tak chciał, wydaje się jedyna.
To było/jest historyczne wydarzenie, bez precedensu. Tragiczne i znaczące. Do modlitwy i manifestacji, co ma w Polsce miejsce. Mieli przyjechać do Polski przywódcy najważniejszych krajów zachodniej cywilizacji (do której zaliczam też Rosję), do Krakowa przybędą Polacy zewsząd. Nie mieliśmy nawet paru takich ceremonii w polskiej historii. Historii, która jednak ciągle się tworzy i ma u siebie miejsce na nowe podręcznikowo istotne daty. To po pierwsze.
Po drugie: ten pył z islandzkiego wulkanu, popiół żywiołu. W kontekście i połączeniu z popiołami spod Smoleńska. Jeśli szukamy znaków Stamtąd, czy może być znak wyrazistszy?
Wszystko to piszę i czuję z pozycji jednak ostrożnej, szukającej oparcia w racjonalnych, logicznych formułach wyjaśniania spraw wszelakich. Lecz jest to również pozycja serca, intuicji i doświadczeń, tradycyjnie oddalonych od racjonalności. Pozycja wiary. Może niekoniecznie w to, w co wierzyć każą, ale w to, co przeczuwamy sami, spotykając siebie wobec konkretnej sytuacji. Rozmyślając w pewnym momencie o całości.
Dlatego Kaczyński, Kaczyńscy i Wawel już mi się zgadzają. Na zasadzie symbolu, ale i poszczególnego życia. Owszem, działa tu rytualny mechanizm wywyższenia śmierci. Śmierci, która jednak była nieposzczególna.
Subscribe to:
Posts (Atom)