Friday, June 8, 2007
Elfriede Jelinek POŻĄDANIE
Powieść "Pożądanie" stała się swojego czasu poważnym bestsellerem, w samych Niemczech sprzedano 150 tysięcy egzemplarzy. Wszystko przez marketingową strategię, ogłaszającą światu, że artystka napisała kobiecą książkę pornograficzną. My mamy okazję zapoznać się z polską wersją powieści "Lust" po 18 latach od premiery oryginału, po trzech latach od nagrody Nobla dla skandalizującej Austriaczki. Czasy są inne, na literackiej pornografii daleko się już nie zajedzie, zwłaszcza gdy autorka ma za sobą akademickie autorytety. Jeszcze na początku naszego wieku na pytanie o Elfriede Jelinek, większość odpowiadała: "kto taki?", lecz dziś polski wydawca może zaoferować "Pożądanie" jako okraszone dotknięciem wielkości "błyskotliwe antyporno", dodając za samą Jelinek, że chodzi o to, by czytelnik "nie tarzał się w tym dziele jak świnia w błocie, lecz by zbladł podczas lektury".
Dyrektor papierni wykorzystuje seksualnie swoją Gerti w sposób brutalny, a kobieta próbuje się w tej miłości przetrwania sprawdzić. Do czasu, gdy ucieka w beznadziejnie skesualną relację z mężczyzną wprawdzie młodszym, niekoniecznie lepszym. Tu przypomina się Erika z "Pianistki". W tle pojawiają się motywy następnych zdewaluowanych wartości współczesnego życia, obok karykatury miłości mamy upadek rodziny, człowieczeństwa, polityki. No i mogą sobie Państwo narzekać na nudę tchnącą z alpejskiego krajobrazu złych emocji, ale proszę przynajmniej autorki nie nudzić własnymi opiniami. Takie jest podejście Elfriede Jelinek, my możemy je przyjąć lub odrzucić.
No więc odrzucić szkoda, bo "Pożądanie" to jednak kawał soczystego literackiego mięsa, i co najbardziej cenne, całkiem językowo świeżego. Nieźle brzmi również polskie tłumaczenie: "Na zapleczach hitlerowskich stacji benzynowych znów się o siebie obijają, płeć o płeć na smyczach, roztapiają się pod kolorowymi parasolkami jak połówki ich porcji lodów. Tak szybko się to zawsze kończy, a tak długo trzeba pracować, góry zaś trwają. Powtarzając w nieskończoność, ludzie się po prostu tylko powielają. Głodna sfora wyjmuje genitalia przez sprytnie zamocowane na sobie drzwiczki. Okien nie ma, żeby nie trzeba było patrzeć na partnera. Trzyma się nas jak bydlęta, a my się martwimy się o postęp!".
Z pewnością Jelinek martwi się o człowieka, choć na każdej stronie okazuje bohaterom pogardę, wpisując ich w schemat teatru marionetek, którymi kieruje bez litości. Najgorzej ma kobieta, w świecie mężczyzn sprowadzana do roli ofiary bez szans na wyzwolenie, a nawet współczucie. W końcu mogłaby ten zaklęty krąg przerwać i nie pakować się w biologiczne romanse z władcami rzeczywistości. A może Jelinek wierzy w zmartwychwstanie?
Rzecz w tym, że agresywny model kultury patriarchatu minął i powieść z 1989 roku wydaje się teraz w treści historyczna. W ponowoczesną wersję Emmy Bovary też trudno mi uwierzyć. Trochę zmienił się kontekst. Przypominam sobie, co mówiła autorka w trakcie pisania "Pożądania" w jednym z wywiadów: "ten projekt to próba znalezienia estetycznej metody wyrażenia obsceny". I chociaż nie jestem całkowicie przekonany, że tylko to i niewiele więcej, zagłębiam się w języku tej książki. Z perwersyjną emocją obcowania z historią literatury niepięknej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................................................................
Elfriede Jelinek POŻĄDANIE, przeł. E. Kalinowska, W.A.B., 2007
Tuesday, June 5, 2007
Szirin Ebadi BRONIŁAM OFIAR. PAMIĘTNIK Z IRANU
Właśnie się u nas ukazały „pamiętniki z czasu rewolucji i nadziei”, skromnie po polsku przetytułowane na, po prostu, „pamiętniki z Iranu”, pióra irańskiej laureatki pokojowego Nobla z 2003 roku. W angielskiej i większości innych wersjach główny tytuł brzmi „Iran Awakening”, czyli „Budzący się Iran”. Polscy wydawcy nie po raz pierwszy zaprezentowali gazetowy sznyt, cytatowym „Broniłam ofiar” ocierając się o tabloidową kombinację treści i reklamy. Nie do przebicia są jednak Niemcy. Tutaj ten ważny zapis życia w kraju terroru i republiki można znaleźć pod nagłówkiem: „Mein Iran”. U nas, w krainie publicystycznej poprawności, z pewnością by nie przeszło. Ale wbrew pozorom niemiecki tytuł najlepiej oddaje ducha książki i charakter związku, jaki łączy irańską prawniczkę z jej niekoniecznie wdzięczną ojczyzną.
Ebadi była pierwszą w Iranie sędziną, zmuszoną do rezygnacji ze stanowiska, gdy radykalni islamiści przejęli w 1979 roku kontrolę nad państwem. Według ich doktryny, kobiety są zbyt emocjonalne, by pełnić istotne funkcje w systemie sądowym. W tym samym sądzie, któremu wcześniej przewodniczyła, Ebadi została z dnia na dzień zwykłym urzędnikiem, potem zrezygnowała z pracy. Po latach zaczęła się udzielać jako adwokat, broniąc w sprawach trudnych i politycznie niebezpiecznych. Dziś uczy prawa na teherańskim uniwersytecie, szefuje założonemu przez siebie centrum obrony praw człowieka. Nie oszczędza rodaków i patriarchalnego modelu prawodawstwa, nie daje też odetchnąć przywódcom zachodniego świata, wskazując na polityczne nadużycia, jakich według niej dopuściły się Stany Zjednoczone po 11 września. Stąd kłopoty z publikacją książki za oceanem.
W swoich zakazanych przez irańską cenzurę pamiętnikach pierwsza muzułmanka w noblowskiej elicie opisuje sprawy, o które walczyła, ludzi, których broniła. O sobie mówi sporo, zwykle w kontekście społecznym. Książka zaczyna się krótkim wspomnieniem lat dzieciństwa, są fragmenty dotyczące rodziny, męża i dzieci, najważniejszy jest „gorzki smak rewolucji” i indywidualne, heroiczne zmagania o zmiany. „Rywalizacja między rodzeństwem i wybryki dzieci trzymały mnie przy życiu w czasie, gdy skończyła się moja wpędzająca w depresję praca, a zaczęła depresja z powodu braku pracy – pisze autorka. - To był czas, gdy należało, wziąwszy pod uwagę własne ambicje, wrażliwość i kodeks etyczny - podjąć decyzję w kwestii postawy wobec nowego reżimu. Moje oburzenie było zbyt wielkie, a ja sama zbyt niezależna duchowo”.
Pobudzana „szczyptą nadziei” bojowniczka poświęciła całe dorosłe życie, by odmienić i opowiedzieć historię niesprawiedliwości. W pamiętnikach przyjęła epickie założenie, bo osobista opowieść ma większą siłę oddziaływania od każdego suchego streszczenia okoliczności ludzkiego dramatu. Ebadi dobrze wie, że zwrócenie czyjejś uwagi wymaga poruszenia pokładów współczucia. Wyznaje: aby przekonać czytelnika co do słuszności poglądów na temat kraju patologii prawa, „musiałam opowiedzieć osobistą historię”, swoją i swoich klientów-przyjaciół, głównie kobiet, które próbują przetrwać w irańskich warunkach.
Ebadi kocha własny kraj, tak jak kocha męża Dżawada i dlatego nie ustaje w nierównej walce, biorąc nas za świadków. Kilkadziesiąt lat temu po ślubie poszli z Dżawadem do notariusza, by w oficjalno-prywatny sposób zrównać małżeńskie prawa, by ona nie czuła się jego własnością, jak stanowiła islamska reguła. Podobny cel przyświeca publicznej działalności Szirin Ebadi, kobiety, której zapisany w pamiętnikach los, ma wartość poznawczą, lecz również inspiruje. Nie tylko kobiety.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………
Szirin Ebadi BRONIŁAM OFIAR. PAMIĘTNIK Z IRANU, przeł. M. Szubert, Świat Książki, 2007
Monday, June 4, 2007
Dorothy Parker GRA
„Lekarstwem na nudę jest ciekawość. Na ciekawość nie ma lekarstwa”, „jedyny –izm, w który wierzy Hollywood to plagiaryzm”, „nie dbam o to, co o mnie piszą, dopóki nie piszą prawdy”, „zadbaj o luksusy, rzeczy podstawowe rozwiążą się same” – to tylko kilka cytatów z bogatej kolekcji ich autorki, Dorothy Parker. W Ameryce lat 20. i 30. była prawdziwą instytucją, duszą artystycznego towarzystwa skupionego wokół okrągłego stołu w hotelu Alonquin w Nowym Jorku. Bezlitośnie krytykowała amerykańskie społeczeństwo, kiepskie sztuki teatralne, książki. Potrafiła napisać o jednej z lektur: „to nie jest po prostu książka do wyrzucenia, to jest książka, którą trzeba wyrzucić z całej siły”.
Opowiadania wybrane do tomu „Gra”, pióra Dorothy Parker, nie czytają się po latach lekko, ale wyrzucać ich nie ma sensu. Mogą sobie stać na półce obok innych średnio udanych dokumentów niegdysiejszej kultury, choć może lepiej zamiast kupić cały zbiór, przejrzeć go przy kawie w jakiejś miłej księgarni. Godzina zupełnie wystarczy, by wiedzieć, z czym obcujemy, czego się spodziewać i w przyszłości sięgać po te nowelki jedynie sporadycznie. Wyobrażam sobie, że kiedy na przykład kobieta poczułaby chandrę z powodu facetów, braku facetów lub ich obecności, zagłębienie się w legendarny sarkazm autorki „Gry”, mógłby pomóc. Dorothy Parker nie była może genialną pisarką, ale miejsce i w literackich dziejach, i w historii feministycznego ruchu zajmuje zasłużone. W swoim życiu, zakończonym atakiem serca w 1967 roku, ujmowała się za wykluczonymi ze społecznej gry grupami i jednostkami, pochylając się nad biedą i udręką niebogatej części Ameryki, tej Ameryki, której nie dotyczył słynny sen o pucybucie-milionerze.
W opowiadaniach pani Parker wiele się nie dzieje, obserwujemy sceny z życia najczęściej niezbyt szczęśliwych kobiet, samotnych nawet wtedy, gdy są z kimś, kiedy podczas proszonej kolacji mają mężczyznę po lewej i innego po prawej stronie. Ten z lewej zagaduje, ten drugi jest nieosiągalny, zajęty, lepszy. Przy czym Parker nie moralizuje i nie napomina, komentuje rzadko, pokazuje, nie objaśnia. Po takiej wycieczce w świat męsko-damskich drobnostek zostaje gorzki smak świadomości: jeśli jesteś zamknięta, skupiona na własnych emocjach, nieustannych pretensjach za niespełnione marzenia, to nie oczekuj odmiany. Jeśli komunikując się z otoczeniem w wyszukanie elokwentny sposób, starasz się ukryć słabość, prawdę o sobie, to wina leży po twojej stronie.
Somerset Maugham trafnie zauważył, że dar Dorothy Parker tkwi w umiejętności dostrzeżenia komediowej strony największej tragedii, jaka staje się udziałem ludzkiego zwierzęcia. I ten element w tych opowiadaniach znajdziemy od razu. Wolałbym jednak, aby zamiast samych opowiadań, wydano u nas zbiór różnych form, w jakich się pisarka, krytyczka i poetka sprawdziła. Już za jej życia, w 1944 roku, opublikowano pierwsze wydanie książki po tytułem „The Portable Dorothy Parker”, czyli zestawu wierszy, nowel, recenzji teatralnych i książkowych, pisanych przez lata do „Vanity Fair” i „New Yorkera”. Do kolejnych wydań dodawano listy, eseje. Zawsze lepszy ogląd całościowy od cząstkowego, zwłaszcza w przypadku postaci bez szans (i potrzeby) na rynkowe zaistnienie w formie serii dzieł wszystkich.
Napisała kiedyś: „Nigdy nie będę sławna. Moje imię nie będzie wymieniane wśród tych, którzy robią coś ważnego. Bo ja nie robię nic. Nic, naprawdę. Był czas, kiedy obgryzałam paznokcie, teraz nie robię już nawet tego”. Był czas, gdy Dorothy Parker czytano z wypiekami na bladych twarzach Ameryki epoki jazzu, a potem beatu, Cole Porter otwierał swoją piosenkę słowami „as Doroty Parker once said…” („jak raz powiedziała Dorothy Parker…”). Dobrze jest do tych chwil wrócić. Przez chwilę.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................................................................
Doroty Parker GRA, przeł. A. Ambros, Znak, 2006
Saturday, May 12, 2007
Lawrence Grobel AL PACINO
Z parą Grobel-Pacino na szczęście jest inaczej. Panowie poznali się na polu zawodowym, jako dziennikarz i aktor, zostali przyjaciółmi. Dzięki temu Grobelowi udało się namówić Pacino na szczerość, choć o życiu prywatnym Al raczej milczy, co może być dotkliwe dla poszukiwaczy sensacji. Jest wprawdzie opis dzieciństwa, stosunków domowych czy pierwszego kontaktu erotycznego, ale rasowi plotkożercy się nie pożywią. Kogo bardziej interesuje aktor jako artysta, będzie z tej serii zebranych wywiadów ze zdobywcą Oscara za rolę w "Zapachu kobiety" więcej niż zadowolony.
Pacino sam wybrał swojego dziennikarskiego oprawcę. Po przeczytaniu rozmowy, jaką Grobel przeprowadził z Marlonem Brando dla "Playboya". Był też warunek: wywiad za dwa dni, co daje niewiele czasu na dokumentację. Grobel poleciał do Nowego Jorku i tak się zakolegował z gwiazdorem, że nie wrócił do Los Angeles przed upływem miesiąca. A potem rozmawiał z nim wielokrotnie w ciągu kolejnych 26 lat. Tak powstała książka, no i męska zażyłość. Pacino sam zdradza przyczynę wyjątkowości sztuki wywiadu Lawrence'a Grobela. Mówi: "nikt wcześniej nie pytał mnie o opinie".
O reżyserowanym przez siebie filmie na podstawie szekspirowskiego "Ryszarda III" Pacino wypowiada znaczące także dla książki zdanie: kiedy oglądamy zwyczajne produkcje, chcemy, by historia nas wciągnęła i zagarnęła, a wyjątkowość tego filmu polega na tym, że pokazujemy proces tworzenia i zostajemy wciągnięci nie wiadomo, jak. Tak się również czyta zwierzenia 67-letniego aktora, wyciągnięte przez "Mozarta wywiadu", jak nazwała Grobela słynna pisarka Joyce Carol Oates. Bo niby wiemy, czego się spodziewać po amerykańskim gwiazdorze i po samym gatunku wywiadu, a jednak co jakiś czas trafiamy na niespodziankę, która zaciekawia jeszcze bardziej. "Czuję, jakbym grał z tobą w piłkę - rzuca Pacino do dziennikarza już po wyłączeniu dyktafonu. - To tak, jakbyśmy znali ten sam sklep ze słodyczami albo razem otworzyli jakiś hydrant. To miłe uczucie" - kończy otwarty nie do granicy intymności, poznany nie do granic przesady "człowiek z blizną".
Na pytanie Lawrence'a Grobela, dlaczego dotąd odmawiał wywiadów i unikał prasy, Al Pacino odpowiedział w 1979 roku: "Po prostu nie wiedziałem, czy będę w stanie". To mądre zdanie inteligentnego aktora warto przypominać wielu dzisiejszym sławom, które zbyt często zaczynają karierę od setki wywiadów i rzadko mają coś do powiedzenia. Dziennikarzom też nie zaszkodzi o tym pamiętać.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................................................................
Lawrence Grobel AL PACINO, Axis Mundi, 2007
Thursday, May 10, 2007
Paulo Coelho CZAROWNICA Z PORTOBELLO
Przeciwnicy wytykają Coelho, że w jego książkach mało literatury, więcej psychologizowania, poradnictwa, przypowieści, że wydaje podręczniki, nie powieści. Wiele w tym racji. Także w kontekście zdania, jakie na temat tych podręczników wypowiadają zwolennicy, lub raczej fanatycy. Oni najczęściej przyznają, iż przeczytanie "Piątej góry", czy "Weroniki..." naprawdę zmieniło ich życie. I to jest wartość najwyższa, nie do zignorowania również dla literackiego krytyka. Krytyk w końcu też człowiek i też różne miewa zakręty życiowe (i książkowe).
Trudno brazylijskiemu przewodnikowi odmówić zręczności poruszania się po wydawniczym rynku, twarde sprzedażowe dowody przemawiają na jego korzyść. Ale popularność to jednak nie wszystko. Nawet jeśli komuś zdarzyło się zostać zauroczonym "Alchemikiem", późniejsze odsłony nauk pisarza powinny wzmóc podejrzliwą czujność. Paulo Coelho praktykuje pisanie książek-szablonów do wypełnienia przez czytelnika. Jego dzieła przypominają reprodukcje obrazów mistrzów, które w sklepie można kupić w celu pokolorowania gotowych już zarysów. Nic zatem dziwnego, że każdy się w tych realiach odnajduje, jak w równie niekonkretnej przepowiedni wróżki od horoskopów.
Autor "Czarownicy z Portobello" pozornie rozwija się artystycznie, próbuje innych form przedstawiania własnej sentencjonalnej wizji istnienia z akcentami na duchowość, związki międzyludzkie, przeznaczenie, wolność. Z mądrościami w stylu: "Tajemnica szczęścia jest ukryta w tym, żeby widzieć wszystkie cuda świata i nigdy nie zapomnieć o dwóch kroplach oleju na łyżce". Najnowsza propozycja to portret kobiety z przeszłością, opowiedziana poprzez wywiady z ludźmi jakoś w los głównej bohaterki zaangażowanymi. Przyjaciele, eks-mąż, rodzice, nauczyciele dodają swoje wersje jej historii rozgrywającej się w Rumunii, Bejrucie, Londynie. Są więc konkrety współczesnego świata, dramaty rzeczywistej wojny i emigracji, lecz schemat i idea takie jak zawsze. Już od pierwszych słów pierwszego narratora, dziennikarza, wiemy, gdzie jesteśmy, co czytamy i dokąd zajdziemy, śledząc etapy życia brutalnie zamordowanej Ateny, następnej buntowniczki z literackiej galerii pana Coelho, tej, co "kto wie, może szukała śmierci, jak rozbitek wyspy", "była kobietą dwudziestego drugiego wieku, żyjącą w dwudziestym pierwszym i nie robiła z tego faktu tajemnicy". Bo przecież "gdy przeznaczenie nam sprzyja, gdzieś zawsze stoi studnia, w którą mogą wpaść nasze marzenia".
Jeden z kolejnych narratorów, Giancarlo Fontana, ksiądz, nie ukrywa podobieństwa między poprzednimi a najnowszą opowieścią Coelho: "Patrząc na Atenę, Jezus mógłby powiedzieć: Moje dziecko, ja także byłem wykluczony i samotny. Pozwolili mi wejść po bardzo długim czasie". Kiedy w nowej książce nawet bardzo ulubionego pisarza robi się zbyt znajomo, od bohatera czy aforyzmów, czytelnik stawia pytanie. Czy to jest znak firmowy, czy odgrzewanie? Ja odpowiadam, że to drugie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................................................................................
Paulo Coelho CZAROWNICA Z PORTOBELLO, Drzewo Babel, 2007
Wednesday, May 2, 2007
Umberto Eco O BIBLIOTECE
W polskich bibliotekach przeważnie bywa właśnie odwrotnie. Sam kontakt z panią z czytelni potrafi stać się przeszkodą nie do pokonania na drodze do zdobycia dzieła, które wzbogaci naszą osobowość. U nas panuje jeszcze podejście elitarne. Na salony sztuki słowa trzeba zasłużyć, pokorą głównie, cierpliwością, wyrzeczeniem. Tu się nie ułatwia życia, lecz stawia wymagania. Miejsce rzeczowego uśmiechu zajmuje grymas obojętności. Nie zawsze i nie wszędzie, ale nikogo taka sytuacja nie omija. W efekcie nierzadko odnosimy wrażenie, że to my jesteśmy dla książek, a powinno być inaczej. Pewien naukowiec polecał swoim doktorantom: złóżcie rewers, idźcie na kawę albo na trawę, wróćcie kiedy się wam zachce, sprawcie, by książka na was czekała, a nie wy na książkę. Tej radzie autor “Wahadła Foucalta” z pewnością by przyklasnął.
Jego odczyt wygłoszony podczas jubileuszu Biblioteki Miejskiej w Mediolanie to dyskretny i uprzejmy apel do bibliotekarzy, więc dla nich to pozycja obowiązkowa. Wcale nie naiwna w swoich postulatach wolności w udostępnianiu zbiorów. Eco ma świadomość ludzkiej nieuczciwości, przytacza przykłady niecnych złodziejstw księgarniano-bibliotecznych, uważa jednak, że ograniczanie jest bardziej szkodliwe od otwarcia. Posługuje się trudnym do obalenia modelem znanym z ekonomii, świętokradczo porównuje dużą bibliotekę do supermarketu. Przyznaje, iż w supermarkecie więcej się kradnie niż w sklepie kolonialnym, ale zaraz pyta retorycznie, gdzie są większe obroty. I podsumowuje: “Jeśli w miejsce problemów dochodowości gospodarczej podstawimy problemy dochodowości kulturalnej, kosztów i zysków społecznych, to samo zagadnienie staje przed bibliotekami: czy narażać się na większe niebezpieczeństwo, jeśli chodzi o chronienie książek, ale mieć wszystkie społeczne korzyści płynące z ich obiegu?”.
Pierwszoplanową propozycją zawartą w tej cienkiej książeczce jest zamienienie instytucji w praktyce nieprzyjaznej w radosną przestrzeń zbliżającą do mądrości tomów i niewykluczającą codziennych przyjemności. Zagubić się w labiryncie wiedzy łatwo, ale też znalezienie nitki wyjścia przy pomocy Ariadny pracującej w bibliotece nie musi być rzadkością. Trzeba do tego ludzkiego podejścia, a i konieczna jest decyzja systemu, czyli ciągle człowieka, stojącego za pojęciową abstrakcją. Eco chciałby, by zwyciężył ideał udostępniania, w ideał chronienia nie wierzy, bo obwarowywanie jest prostym sposobem na samotność. Samotność biblioteki byłaby pogrzebem kultury.
Niestety, czytając dziewiętnastopunktowy wzorzec złej biblioteki, od którego profesor Eco zaczyna, widzimy miejsce najzupełniej realne. Autor nazywa je “ogromnym koszmarem”, “totalną zmorą”, ucieka do Yale lub Toronto. My mamy tylko marzenie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
....................................................................................
Umberto Eco O BIBLIOTECE, przeł. A. Szymanowski, Świat Książki, 2007
Tuesday, April 24, 2007
Krzysztof Varga NAGROBEK Z LASTRYKO
Polskie czasy na początku wieku XXI do łatwych bowiem nie należały. Pisarzom ambitnych powieści żyło się gorzej niż autorom literackich śmieci do wyżucia za 19,99 albo 37, zależnie od twardości oprawy, zażółcenia papieru lub widzimisię wydawcy. Ludzie chodzili wtedy najchętniej do hipermarketu, jeśli miewali w ręku bilety do teatru, to te wygrywane w konkursach „wystarczy do nas zadzwonić”. Szynkę jedli wodnistą, chleb zdatny do spożycia jedynie w dniu zakupu, za to wódki pili mniej od przodków, mimo niskiej, jak nigdy wcześniej, ceny whisky. Zalewała ich krew z powodu skrupulatnie przez media rasowanych skandali politycznych, emocjonalny upust znajdowali w wysyłaniu sms-ów do „Szkła kontaktowego” i pisaniu postów-komentarzy do www.onet.pl. Naród w tamtych czasach nie mówił jednym głosem, lubił patrzeć jak tańczą i śpiewają gwiazdy, właśnie przestał brać udział w „Wielkiej grze”, masowo wyjeżdżał do pracy w fabryce „Wielka Brytania”. Wierzono w Boga (a może Papieża), Ligę Mistrzów, Rodzinę. To nie były złe lata. Psy wolności jeszcze merdały ogonem, z nadzieją dając się prowadzić na skórzanym łańcuchu przemijania.
Książkę „Nagrobek z lastryko” przeczytało kilka tysięcy najbardziej zainteresowanych czytelników, nie tylko z kręgu „Gazety Wyborczej”, w której autor, Krzysztof Varga, był redaktorem działu kulturalnego. Niejeden odbiorca widział siebie samego (lub samą) w postaciach dziadka i babci głównego bohatera. Niejeden dotarł do jej końca, czyli do roku 2071, kiedy Dominik Fratnerski, dawniej Frattner, obywatel VI Rzeczpospolitej, w dwa lata po sprzedaży kolekcji starych gazetek z hipermarketu, wypowiedział ostatnie słowa powieści. Między rokiem 2005 a 2071, między dziadkowymi wakacjami w Chorwacji a niecnym czynem wnuka, zdarzyła się wojna z II powstaniem warszawskim i jego ofiarami, panika w Częstochowie, klęska 1:7 z Botswaną. Po 2.04.2005, po 21.37 ta cała narodowa zabawa musiała się skończyć źle.
Jeśli dziadek Dominika, Piotr Paweł, był niewolnikiem czasu i PIN-kodów, jego prasyn stał się już tylko kulturowym desperatem, utylizatorem uczuć i istnień, bezpotomnym pracownikiem firmy „Rozwody i Pogrzeby”, skrzyżowania gazety „Fakt” i IPN-u. Grzebiąc się w brudzie człowieczych łachmanów, zakopywał cywilizację nadziei i radości, pamięci i tożsamości. Winą za zniszczenia obarczeni zostali Polacy z pierwszej dekady wieku, który, jak kiedyś wierzono, miał być epoką odnowienia międzyludzkich więzi. Według apokaliptycznej wizji Krzysztofa Vargi, przyszłość zwróciła się w odwrotnym kierunku.
Tę żarliwą przestrogę przed światem człowieka bez przyszłości napisał autor bezczelny, błyskotliwy i przejęty. Może za bardzo. Nie znajdziemy tutaj słabego akapitu, warsztatowego kłamstwa, ale nie ma też przestrzeni. Varga sportretował siebie i swojego czytelnika ostro, wiarygodnie, ale jednostronnie. Problemem tej powieści jest monotonia, dająca się odczuć po pierwszej setce stron. Z każdym kolejnym rozdziałem robi się coraz bardziej mdło z goryczy – smaku przewodniego dla przeklętego narratora. Przydałoby się trochę więcej epickiego rozmachu, bo w tej epizodyczno-opisowej formie antyutopijny wydźwięk słabnie pod naporem nadmiaru pomysłów. Żeby kogoś opamiętać, wystarczy czasem poruszający dialog, którego w „Nagrobku…” wyraźnie brakuje.
Potrząsającą sagę na temat początków końca cywilizacji kultury radzę czytać w odcinkach, niekoniecznie strona po stronie. Chronologia zdarzeń nie ma znaczenia, skoro i tak wszystko poszło zupełnie inną drogą, bo „przyszłość jest nieodgadniona”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.............................................................................
Krzysztof Varga NAGROBEK Z LASTRYKO, Czarne, 2007