Wednesday, September 24, 2008
Zachar Prilepin SAŃKJA
Ale takie książki, jak „Sańkja” Zachara Prilepina kiedyś się u nas pisało i czytało. Tuż po odzyskaniu niepodległości. Pod piórem świetnych autorów trwała wartka wymiana wizji Polski przyszłości. Żeromski do dziś pozostał na liście lektur szkolnych, choć pewnie nie na długo. Prilepin do przedmaturalnych analiz w rosyjskich liceach pewnie nie trafi, lecz jego ideowy bildungsroman mógłby namieszać w gorących głowach postpionierskiej młodzieży. Nie tylko dlatego, że pisarz otwarcie wyraża swoje radykalne poglądy (na co dzień należy do partii narodowo-bolszewickiej). „Sańkja” to po prostu dobrze skrojona powieść, w której narrator i bohaterowie władają ekspresyjnym językiem, nieprzegadanym dialogiem, skrótowym opisem, prawdziwie wyrażając zwykłe ludzkie uczucia.
Główna postać, młody mężczyzna z Bogiem, ojcem, matką i ojczyzną jako pierwszorzędnymi wartościami, uważa aktualny polityczno-społeczny porządek w Rosji za zdradę. Nie chce się pogodzić z kapitalizmem i globalizmem, z dyktatem ropy i interesu, z upadkiem imperium. Wychowany w rodzinie bez mężczyzn sam stara się mężczyzną stać, wybierając rewolucję za drogę dla siebie i do siebie. Chce Rosji nowej, czyli starej, gdzie każdy znał swoje miejsce, gdzie była jakaś sprawiedliwość i nadzieja. Teraz panuje niezgoda, dynamicznie przedstawiona w otwierającej scenie mityngu opozycji. Tu Sasza jest jeszcze jednym z uczestników, częścią tłumu, udziela się w walce, pragnie miłości, zuchwały chłopak szukający własnego miejsca na placu i w życiu. Na końcu będzie kimś ważniejszym i mądrzejszym o świadomość tej małej rewolucji, która się dzieje, lecz może nic nie zmienić. Może być tak jak przekonuje umiarkowany w poglądach Bezlietow: „dajcie ludziom pożyć spokojnie w ich kątach. (...) zaproponujcie taką możliwość: do-żyć spo-koj-nie do końca”. Dla Bezlietowa, przypominającego trochę Szymona Gajowca, wywrotowa działalność młodych ma wymiar estetyczny, jest do tolerowania dopóki nie zostanie przekroczona granica przemocy. Sasza i jego koledzy uważają, że tę granicę przekroczyć trzeba, by ich kraj nie przeobraził się w wymarły ląd „zasiedlony Chińczykami i Czeczenami”. Bezlietow próbuje uspokajać: „w dzisiejszych czasach rosyjskość nie jest własnością wszystkich. (…) Ona kryje się jeszcze w konkretnych ludziach jako całkiem określony duchowy porządek i, Bóg da, pozostanie w nich jakiś czas”. Sasza chce Bogu pomóc, wbrew przestrogom Bezlietowa wskrzesić biesy, wstrząsnąć narodem, zamiast pielęgnować „ubogiego ducha” jednostki wyzwolić dawną potęgę całości.
Czy jednak może tego dokonać młodzieniec, którego narrator w drugim zdaniu powieści portretuje jako kogoś, kto spogląda pod nogi oczami zmęczonymi „patrzeniem na czerwone płachty i szare mundury”, który ma w domu zatroskaną matkę, który milknie, gdy babcia ironicznie pyta, czy był na grobie ojca i czy ten ojciec przypadkiem nie wstał? Ta sama babcia ciągle woła na niego „Sańkja” i nie przypadkiem Prilepin tak tytułuje swą książkę. Wie, że naiwność sprawdza się na chwilę, na literaturę, lecz niewiele jej w realnym życiu. Sasza też będzie wiedział, choć nie wiadomo, czy się z tą świadomością pogodzi. Naprawdę dobra powieść o Rosji i o człowieku.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………………….
Zachar Prilepin SAŃKJA, przeł. K. Wańczyk, Czarne, 2008
Wednesday, September 17, 2008
Bohdan Zadura WSZYSTKO
Ale najnowsza książka Bohdana Zadury podoba mi się bardzo, mimo początkowego dystansu. Lepiej ją czytać niewyrywkowo, bo układa się w atrakcyjną i znaczącą, kształtną całość. Zadurze wolno „Wszystko” (tak zatytułowana jest książka) i umiejętnie z tego korzysta, portretując siebie, innych (Innego) i sytuacje (Sytuacje) z ironią i powagą. Używa formy klasycznej, korzysta z formuły aforystycznej i w końcu wypełnia zasadę umieszczoną w ostatnim tekście zbioru: „takie proste, tak późno/ nie żeby się podobały/ ale żeby ktoś coś z nich miał”. Potrafi nawet przyznać, że przekonanie o wyższości wiersza nad widokiem zgrabnych pośladków jest błędne, a przynajmniej należy do grzechów, z których się wyrasta. Starzenie się to zresztą jeden z wyrazistych wątków tego tomu. Nie dojrzewanie, lecz właśnie starzenie (co różni mistrza młodego od starego). Zadura rzeczywiście wyrósł z pewnych życiowych rytuałów (jak „erekcja o świcie”), jednakże poetycko ma jeszcze wiele do powiedzenia.
Jego „Wszystko” to zabranie głosu w sprawach ważnych, bez chowania pióra w piasek wieloznaczności i sztuczności, bez lęku o odsłonięcie, bez pomocy zmyśleń, tworów pośrednich, bez awersji do sentymentu. Zadura trochę tu wspomina także swoją przeszłość, więcej wypomina polskiej rzeczywistości. Lubi wychwytywać paradoksy, wierzy, iż poprzez ujawnienie nonsensu ciągle można zbliżyć się do tego czegoś, dla czego chce mu się pisać. Nie używam słowa prawda, bo „słowa jak zawsze się zużywają”, jak pisze autor, bo prawda jest połowiczna, bo przedziwnie i często niegodnie zmienia się kontekst. Na przykład w aforyzmie tytułowanym dedykacją „Archiwistom w gazowych maseczkach i gumowych rękawiczkach” Zadura kłuje: „każda praca jest dobra/ jeśli nie hańbi”. Takich gier z utartą frazeologią znajdziemy tutaj sporo. Są wymierzone przeciw, są polityczne, publiczne, ale i prywatne. Podobnie z pozostałymi, już pełnowymiarowymi, tekstami. Nie zawsze panuje w nich ironia, nie na każdej stronie liryzm ustępuje publicystyce. Autor nie zapomina o poezji. Jeśli przekracza jej granice, to zaraz wraca w poetycki obręb, przypominając zaskoczonemu czytelnikowi, o co w tym „Wszystkim” chodzi.
Bo nie chodzi o uzmysłowienie wyborcom, że nie muszą zaciskać zębów i głosować, gdy nie czują sensu wyboru, nie chodzi o Lecha Kaczyńskiego, Henryka Jabłońskiego, Polskę Ludową i Polskę ludyczną. Nie o to, co się traci w życiu, nie o to, co się zyskuje. Bo taki bilans jakoś zawsze wychodzi na zero, jak pisał inny klasyk, bo „próżny trud/ lek/ przed śmiercią”, a „starsi faceci/ w tym smutnym kraju/ małą Laudację/ ciągle pukają”, bo „wszystko się plącze” w powikłaniu. Idzie o to, jak wolno mi zgadywać po lekturze nowej książki Bohdana Zadury, by niebezrefleksyjnie być tak długo, jak się da. Nie na siłę, nie bezsilnie, nie tylko teraz, nie tylko tam, niekoniecznie na gapę, nie codziennie serio. Bo życie i tak dzieje się tu, gdzie my się dziejemy, po tej samej stronie ulicy, w tym samym pomieszczeniu, kraju, epoce, w tym, nie innym, ciele. Choć nam wydaje się, że jest odwrotnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………….
Bohdan Zadura WSZYSTKO, Biuro Literackie, 2008
Thursday, September 11, 2008
Orhan Pamuk STAMBUŁ
Owszem, ciekawi mnie na przykład opis stambulskich pożarów, a zwłaszcza wyznania autora o przyjemności, jaką jego pokolenie „czerpało z widoku płomieni trawiących miasto”, uczucia wynikającego z poczucia winy, z jakim „czekaliśmy, aby jak najprędzej zniknęły ostatnie ślady gigantycznej cywilizacji i kultury, na której spadek nie zasłużyliśmy, ponieważ woleliśmy stać się wtórną, nieciekawą i mizerną kopią zachodniego świata”. Ale kiedy Pamuk opowiada o notatkach różnych wędrowców na temat swojego miasta, moja uwaga się kończy. Nie interesuje mnie opinia Gautiera, ani jego paroles o dostrzeganiu „melancholijnego piękna w zaniedbanym i smutnym krajobrazie”, czy doświadczanie „romantycznej ekscytacji na widok ruin greckiego i rzymskiego imperium”. Może dlatego pozostaję głuchy na podobne dygresje, że nie jestem Turkiem, nie znam Stambułu, nie byłem, nie widziałem, nie zwyciężyłem.
To, co zdaje się w Stambule wspominanym i prezentowanym przez Pamuka najważniejsze, to styk kultur, spotkanie dziejów kształtujących cywilizację, poczucie utraty, ale przecież również zupełnie współczesna nadzieja na nową, młodą, świeżą Turcję unijnoeuropejską. Tej ostatniej nie za wiele w tej książce, bo i natura biografii i autobiografii jest inna. Ale w czytelniku z obcego środkowo-wschodnio-europejskiego kraju wrażenie braku jakiejś istotnej emocji rodzi się podczas przebywania zbyt długo w mgle przeszłości. Choćby i arcyerudycyjnej, umiarkowanie anegdotycznej, felietonowej, za rzadko osobistej. Za to wtedy, gdy Pamuk zahacza o własne dzieciństwo, z którego wyniósł późniejszą potrzebę pisania, naprawdę zaciekawia. Ostatni rozdział książki „Rozmowa z matką: cierpliwość, ostrożność i sztuka” to majstersztyk, skonstruowany jak najwspanialszy moment kulminacyjny bestsellerowej powieści. Szkoda tylko, że czytając tę książkę, trzeba się do takich punktów dokopywać przez ruinę melancholii i encyklopedycznych wycieczek.
Wyobrażam sobie, iż podróżnik przygotowujący się do pobytu w Stambule mógłby z opowieści Pamuka wiele się nauczyć o mieście spomiędzy snu historii i jawy teraźniejszości. Mógłby nawet poczuć dumę z powodu celu podróży, wyboru tak bogato opisanej i obfotografowanej metropolii, którą poznał wcześniej okiem sławnego pisarza, władającego długą, tradycyjną frazą. Ale wiem też, że kiedy się jedzie do nowego miejsca, człowiek miewa dynamiczne oczekiwania i gdzie mu wtedy w głowie literacki przewodnik. Jeśli więc czytać „Stambuł” to dla Orhana Pamuka, co jak zwykle nie musi być tylko czytelniczą ucztą.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………..
Orhan Pamuk STAMBUŁ. WSPOMNIENIA I MIASTO, przeł. A. Polat. Wydawnictwo Literackie, 2008
Thursday, September 4, 2008
Tadeusz Różewicz KUP KOTA W WORKU
znam człowieka, mężczyznę w po-średnim wieku, który – mężczyzna, nie wiek – nie przepada za Różewicza Tadeusza poezjom/poezją (niepotrzebne skreślić). ceni za to różewiczowskie dramaty i mówi – cytuję z wyobraźni – kartoteka pułapki starej kobiety w białym małżeństwie na czworakach więcej dla mnie znaczy niż nożyk profesora szarej strefy.
ja mu na to, że akurat się nie zna, choć szanuję jego opinię, bo jak tu nie szanować w dzisiejszych czasach (ja panu nie przerywałem). bo ja według mnie zgodnie z moim własnym sum-mieniem uwielbiam Różewicza lirycznego. tego co w czasopiśmie marki ‘płomyk’ wygrywał plebejscyty na poetę roku, wiersz roku, idola pokolenia, które przeminie (a nasze nie, póki my żyjemy). były takie czasy.
teraz żyjemy w szkle kompaktowym i Tadeusz laureatus Różewicz pisze felietony nie wiersze, do szuflady, do ‘przeglądu’, do słuchania na nielicznych wieczorach ał-torskich, do uśmiechu, do nietzschego. fryderyka, silesiusa, telekamery.
POETA WRACA PO LATACH DO PARODII
POETA W SANATORIUM
KOT W WORKU
DZIADEK W KORKU
już widzę te recenzje
albo albo: poeta jak zegarmistrz chirurg snajper uderza w to, co we współczesnej kulturze najcenniejsze, precyzyjnym cięciem obnaża powierzchowność i upadek świata Herrych Potterów, włatcuf duszyczek, dyrektorów banków, donaldóf tóskóf. to się może pojawić. w jednej czy drugiej gazecie. będzie o odtrutce na te ciężkie czasy i o geniuszu genialnego Tadeusza. będzie, bo być musi. i jeszcze zachwyt, że taki dowcipny, pełen autoirrronii, i, że oprócz malowania wierszem, potrafi pisać rysunki. KUP KOTA W WORKU nie będziesz żałował naprawdę warto.
najnowszej poezji Tadeusza Różewicza i sobie odpowiadam, że już nie tym samym, co w okresie lirycznym ani nawet dramatycznym. wprost komentowanie rzeczywistości, stawianie pod ścianą kropki, parapoetycki kolaż stolarz. sto lat niech nam taki Różewicz żyje, niech zbiera te strzępy absurdów, ogląda czyta spaceruje, nasłuchuje i cytuje, niech obraz słodkiego miłego pożycia rujnuje, bo czasem po prostu jeszcze do licha daje radę. bo czasem spod tego twórczego ogona trafia się „normalny poeta”…”odaliska Ingres’a”…”niebieska linia”. no a czasem no cóż trzeba to ogłosić wychodzą „kichnięcia” i „kluski”. jak to w sztambuchu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………
Tadeusz Różewicz KUP KOTA W WORKU, Biuro Literackie, 2008
Friday, August 22, 2008
Jurij Andruchowycz TAJEMNICA
Pamiętam, jaką furorę zrobił swojego czasu Andrzej Stasiuk, publikując autobiograficzną książkę pt. „Jak zostałem pisarzem”. Teraz Jurij Andruchowycz zabrał się za autobiografię, wydając w firmie Stasiuka wywiad z samym sobą. Jeśli jednak wyznania Stasiuka były dynamiczną ciekawostką do zapomnienia, „Tajemnica” ukraińskiego autora to tom nie tylko „zamiast powieści”, jak stoi w podtytule.
Forma narcystycznego wywiadu wydaje się dla gwiazdora literatury nie tylko ukraińskiej szczególnie trafiona. Niepoważnie w tym wszystkim brzmi tylko mistyfikacyjny pomysł, że oto niby niemiecki dziennikarz Egon Alt (czyli „ja stary”) prosi Andruchowycza o rozmowę, ten się zgadza, rozmawiają, potem Egon ginie i tak dalej. Pomysł ozdobny, może niepotrzebny, ale treść „Tajemnicy” naprawdę zajmuje, bo jest to podróż z dawnego Iwano-Frankowska do dzisiejszej Ukrainy (Iwano-Frankiwska), przez Europę czasów i kultur. Na początku była „podłoga, deski podłogi w takim brudnym ciemnoczerwonym kolorze, mocno podrapane deski, szpary między nimi”. Potem „magiczne miasto Lwów”, wojsko, grupa poetycka Bu-Ba-Bu i otwarcie na Europę. Jeszcze raz okazuje się, że w pojedynczym życiorysie osobowości wyjątkowej, bo artystycznej, też widać dzieje naszej części świata, zapyziałej, choć z przeświadczeniem, przeczuciem otchłani, przywiązaniem do snu, problemem z nastrojami. „Rano strasznie nie chce mi się wracać do rzeczywistości – mówi Andruchowycz. – Dlatego przez pewien czas staram się wskoczyć z powrotem w ostatni sen. Potem jeszcze ta wiosna, znowuż ta wiosna, ta śmierć”. Zawsze to samo. Ten sam demon żalu, goryczy, sentymentu, przemijania zamiast radości z tego, co mamy. Może dlatego, że mamy tak mało?
Są w „Tajemnicy” wszystkie Andruchowyczowe przejścia, w miłość, seks, używki, poezję, są opisane jego największe lęki, najważniejsze lektury, najwięksi przyjaciele. Dowiadujemy się rzeczywiście więcej niż z każdego wywiadu dotąd z ukraińskim pisarzem przeprowadzonego, chociaż, rzecz jasna, do tajemnicy się nie zbliżamy. Pewnie zresztą dlatego, że jej nie ma. Ale najmocniejszym punktem tej książki jest nie odkrywanie meandrów życia autora istotnego na współczesnej mapie literatury środkowoeuropejskiej, tylko opowieść o jego czytelniku. Podobnie wychowanym lub naznaczonym tym niepowtarzalnym duchem Europy nie do końca. U Andruchowycza pojawia się w pewnym momencie motyw piwniczny i trudno się oprzeć skojarzeniu.
Błyskotliwe i spontaniczne podsumowanie chwil z życia i myśli ukraińskiego pisarza.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………..
Jurij Andruchowycz TAJEMNICA, przeł. M. Petryk, Czarne, 2008
Wednesday, August 20, 2008
Imre Kertesz DOSSIER K.
Kerteszowi często zarzucano, że pisze o sobie, że autobiografia zajmuje w jego literackiej spuściźnie naczelne miejsce. Krytykom takiego podejścia wystarczy przytoczyć słowa samego autora. Nie ma losu tylko jednostkowego, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jeden los zawsze przypomina o innych. Na tym polega dobra literatura, na tym polega życie. Trudno się nie zgodzić. Zresztą komitet noblowski trafnie to sformułował przyznając Kerteszowi najwyższe artystyczne wyróżnienie za przekazanie "kruchego doświadczenia jednostki wobec barbarzyńskiej arbitralności historii". Podobnie o czasie i wydarzeniach w czasie mówił Czesław Miłosz i inni wielcy twórcy XX wieku.
W "Dossier K." Kertesz przekazuje kilka sekretów z własnego warsztatu, opowiadając o bohaterach i książkach, o swoim stosunku do nich, do prawdy i fikcji, do historii. Autor wyznaje na przykład, iż dla niego wszystko staje fikcją od momentu przeniesienia prawdy w powieść. Przedtem to wszystko jest milczeniem "niczym poranny sen spłoszony dźwiękiem budzika", potem następuje wydobycie rzeczywistości z półmroku, no i jej interpretacja literacka. Jak zwykle u Węgra treść podana jest bez upiększeń retorycznych, co współgra z pisarskim światopoglądem autora "Losu utraconego", losu do odzyskania tylko poprzez literaturę. Kim jestem - to chyba najważniejsze pytanie, jakie się z całości tego tomu wyłania, a odpowiedź ma w sobie tyle konretu, co abstrakcji,. Kertesz zauważa, że absurdalność życia to jego cecha charakterystyczna. Reakcją człowieka na ten absurd dziejów może być, wg noblisty, przyjęcie faktów do świadomości, mówienie o nich, pisanie, komentowanie. Ucieczka to nie jest sposób Kertesza, choć literatura potrafi i w ten sposób poradzić sobie z historią. Choćby Tolkienowski "Władca pierścieni" był taką odpowiedzią na czasy zarazy i próbą eskapistyczno-mitycznej terapii. Dla węgierskiego autora liczy się jednak literacka historio-analiza.
Dla mnie najciekawsze w "Dossier K." są jednak pytania i odpowiedzi na tematy osobiste. Dowiedzieć się można, że pierwszym przewodnikiem Kertesza po świecie intelektu był Paul Valery, z którego w latach 50. niewiele rozumiał. Słowa o kryzysie intelektualnym rozbudziły niepokój i chęć "świadomego poszukiwania". Potem była m.in. "Śmierć w Wenecji". Kertesz przyznaje, iż ta książka zmieniła jego życie, to wtedy, po przeczytaniu Manna, zrozumiał największą artystyczną prawdę: "literatura jest całkowitym przewrotem, zabójczym ciosem w samo serce, uczy i dodaje człowiekowi odwagi, choć jednocześnie jest jak śmiertelna choroba". Camus, Kafka, Bernhard to kolejne znaczące nazwiska w dziedzinie Kerteszowych inspiracji. Ciekawe, że węgierski autor w tym przypadku nie używa formuły przypadku właśnie. Trafienie na tych, a nie innych pisarzy widzi jako konieczność. Po prostu "nie mogłem zrobić inaczej", objawia Kertesz.
Na końcu "Dossier K." autor wypala zgodnie ze swoją filozofią przetrwania: "Ja wszędzie dostrzegam sprzeczności. Ale je lubię". Jego sprzeczności doczekały się Nobla. Autowywiad węgierskiego twórcy nie odkrywa niczego, raczej podsumowuje i objaśnia. Czasami się dłuży, nawet drażni powtarzalnością i oczywistością. Powiedzmy za Kerteszem: "myśl o sławie uważam za starokawalerski samogwałt, a myśl o nieśmiertelności za śmiechu wartą". I dodajmy: myśl o nieprzeczytaniu "Dossier K." uważam za śmiechu wartą, ale i myśl o nieśmiertelności tej pozycji w dorobku Kertesza też.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................................
Imre Kertesz DOSSIER K., przeł. E. Sobolewska, WAB, 2008
Sunday, July 20, 2008
Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA
Eliade zaczyna tam, gdzie większość autorów kończy. W siedemdziesięcioletniego naukowca trafia piorun. Zamiast umrzeć Dominik Matei znajduje siebie w młodym ciele, z nieprzeżytą nigdy wcześniej energią myślenia i odczuwania. Mamy Wielkanoc 1938, Europę tuż przed epoką nazizmu. Można więc potraktować tę historię jako metaforę ucieczki, warto ją przeczytać jako odcinek znanego intelektualnego serialu, którego pozostałe części to: opowieść faustowska, amerykańska bajka o Ripie Van Winklu czy starożytny mit o śnie Endymiona. No i Wilde’owy „Portret Doriana Graya”. A przy tym „Młodość stulatka” pośrednio podsumowuje wielkie tematy myśli Mircei Eliadego: próby zbliżenia się do tajemnicy lub przynajmniej świadomości egzystencji oraz nieodłączny problem czasu . W powieści rumuńskiego filozofa, oryginalnie zatytułowanej „Młodość bez młodości”, czas się nie zgadza z czasem, więc w końcu nie wiadomo, co dzieje się naprawdę. Czy Matei rzeczywiście przeżył te odzyskane 30 lat, a jeśli tak, to w której rzeczywistości? Odpowiedzi nie będzie, bo nie odpowiedź ma znaczenie, lecz możliwość. Jak to zwykle na poziomie filozofii.
Na poziomie samej literatury książka Eliadego (i Kani) broni się ostatkiem sił, czyli tym, co stoi za nie najwyższym warsztatem akurat tego powieściopisarza. Eliade (i Kania) jest wybitnym eseistą; gdy rozpisuje dialogi na eseistyczny wykład, brzmi oczywiście zajmująco, kiedy, gdzieniegdzie, stara się rozmawiać słowami bohaterów, przegrywa z materią. No ale nie dla rzemiosła sięga się po takie książki, tylko dla ponadlekturowej refleksji, towarzyszącej czytaniu „Młodości stulatka” od otwarcia. „Prawdziwy sens kataklizmu nuklearnego może być tylko jeden: mutacja ludzkiego gatunku, pojawienie się nadczłowieka (…). Inaczej życie i historia człowieka nie miałyby sensu. Zmuszeni bylibyśmy przyjąć teorię cyklów kosmicznych i historycznych, mit wiecznego powtarzania się” – mówi młody psychiatra podczas spotkania z Dominikiem. Finał, który coś zmienia? Byłoby miło, lecz również strasznie, skoro porażenie piorunem młodej Weronice błyskawicznie dodaje lat.
Dominik Matei, a raczej sam Eliade, piszący swoją powieść niedługo przed siedemdziesiątką, zdaje się skłaniać ku tradycyjnym poglądom na temat bytu, zebranym w bibliotekach i podczas podróży, zwłaszcza na wschód. Także dlatego czasową ramą „Młodości stulatka” są religijne święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie. Ich znacząca rola zostaje odwrócona, co w kontekście innych filozoficzno-psychologiczno-religijnych nawiązań książki Eliadego działa jeszcze mocniej. Dla rumuńskiego językoznawcy każdy język był mową równoprawną, każda teoria interesująca, każdy dokument istotny. Bo nikt nie ma dziś przecież pojęcia, jak jest naprawdę i z jakich snów się obudzimy. Nikt, dla kogo „Młodość stulatka” będzie nie przeciętną powieścią, lecz elektryzującym (czyli literackim) impulsem do zadumy. Może nad nową jakością życia, na przykład?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………
Mircea Eliade MŁODOŚC STULATKA, przeł. I. Kania, WAB, 2008