Sunday, March 18, 2018

NARYSUJ MI BARANKA (Studium Musicalowe Capitol)


To, że na dyplomy warto chodzić do szkół teatralnych, to już – mam nadzieję – wiecie. Nie będę się więc rozpływać nad trzema E, czyli energią, entuzjazmem, ekspresją, które niemal zawsze biją z tych spektakli. Ale dyplom to nie tylko egzamin umiejętności wykonawczych, jak twierdzą jeszcze starsi profesorowie, to przede wszystkim powinno być przedstawienie, skierowane do widza, żyjące własnym teatralnym przeżyciem. Wiele zależy od reżysera, autora sztuki, scenografa (tu Jacek Joostberens), w przypadku dyplomu Studium Musicalowego też kompozytora.

W pierwszej scenie niniejszego spektaklu partnerujący młodym aktorkom gościnnie Andrzej Gałła (Mały Książę) podchodzi do paru widzów, prosząc, żeby narysowali mu na kartce baranka. Raczej nie jest zadowolony. Za chwilę lub dwie zrozumiemy dlaczego. Nikt nikomu tego baranka nie może po prostu narysować, jego kształt i kolor trzeba znaleźć samemu. Mały Książę wymyślony przez Bognę Woźniak-Joostberens, która zaadaptowała klasyczną opowieść Saint-Exupery’ego, to człowiek u schyłku, chory, rozpamiętujący przeszłość przed wejściem w nową, nieznaną rzeczywistość. Niezwykle działa końcówka przedstawienia, gdy ubrany w śmiertelny garnitur Książę czeka na to, co musi nastąpić. Czeka jak na podróż, siedząc na szpitalnym łóżku w towarzystwie życzliwej pielęgniarki-opiekunki-anioła stróża (Karolina Toczek). Po czym słyszymy piękny zbiorowy song. A wcześniej? No cóż, smutne są wnioski z życia, za którym się nie nadążyło. Spotkanie z wymarzoną Różą (Ola Sakowska) było nie w porę, z innymi też nie po drodze. Czasem wina leży po naszej stronie, czasem także tych innych. Neurotycznie perfekcyjnej Róży Próżnej (Kaja Bzdeń), Róży Pijak (Wiktoria Banaszek), zapijającej i zapracowującej wewnętrzny brak. Przesłanie spektaklu zbliża się do przesłania wydanej jesienią książki Joanny Concejo i Olgi Tokarczuk ‘Zgubiona dusza’. Chodzi o to, by wyrwać się z korporacyjnego systemu, podtrzymywanego przez wyznające religię liczb Księgowe (Magda Kuśnierz) i Matki (Karolina Szymańska), powtarzające schemat chłodnego chowu takich samych pracowników świata i jego wzrostu gospodarczego. Dopiero kiedy coś sobie i komuś/czemuś damy, może będziemy gotowi na coś jeszcze – zdaje się sugerować reżyserka za francuskim pisarzem poprzez relację Księcia z Lisem (Paulina Bocian). Ich przyjaźń gasi egoizmy. Ciekawą postacią jest Żmija (Magdalena Zamoroka), równocześnie oschła i chcąca tę właściwość przełamać, świadoma ludzkiego losu (to lekarka), lecz z nim niepogodzona.

Dyplomantki Studium Musicalowego Capitol potrafią te wszystkie tematy wyrazić, i słowem, i ruchem (choreografia Małgorzaty Fijałkowskiej), i śpiewem. Piosenki skomponowane przez Piotra Dziubka do tekstów Bogny Woźniak to nie wplątane w fabułę sceniczne interwały, lecz krew i kości organizmu zwanego spektaklem (znajdują się na wydanej równocześnie z premierą płycie). Tak się tworzy wartościowy teatr muzyczny. ‘Narysuj mi baranka’ to zatem kolejny udany dyplom we Wrocławiu, rzecz, która baśniowe wzruszenia zamienia w ważny życiowy komentarz.
(0-6) > 4,5
gch

PS
Artyści zbierają środki na zaprezentowanie przedstawienia na Scenie Ciśnień Teatru Muzycznego Capitol: TUTAJ. No i: czy nie można by w przyszłości dopomóc Studium działającemu osobno, ale przecież trochę przy i dzięki Capitolowi, i tak planować program Przeglądu Piosenki Aktorskiej, aby dyplom zaistniał jako część Nurtu Off właśnie na Scenie Ciśnień?
.................
NARYSUJ MI BARANKA, wg 'Małego Księcia' Saint-Exupery'ego, scenariusz i reżyseria B.Woźniak-Joostberens, muzyka P. Dziubek, premiera na scenie Studium Musicalowego Capitol, 10 marca 2018, rząd przedostatni, z boku

Tuesday, March 13, 2018

KOBIETOSTAN (Kolektyw Kobietostan)


Temat kobiecy jest ostatnio na scenie częsty, trochę się zaczynam obawiać, że ta częstotliwość może w pewnym momencie osłabić jego wagę. Tak jak było w przypadku akcji #MeToo, co podkreślały również same kobiety. Wszystko oczywiście zależy, dobry, mocny teatr zawsze się obroni. Tak jak 'Kobietostan', przedsięwzięcie zrazu bardziej społeczne niż artystyczne, polegające na spotkaniach artystek z podopiecznymi zakładów karnych, fundacji czy domów pomocy. Ich głosy słychać w przedstawieniu, które stało się finałem działań Agnieszki Bresler i jej współpracowniczek. Aktorka zdecydowała się powrócić do teatralnego grania po latach warsztatowej pracy i projektów właśnie społeczno-kulturalnych. I to od razu wchodząc w jeden z najtrudniejszych w zawodzie gatunków, czyli monodram. Bardzo udany, wykonany na trafnie wybranej nucie czułości połączonej z ironią, chwilami szyderstwem, ujmującej dzisiejsze doświadczenia kobiet. Dobrze to widać w momentach, kiedy Bresler przybliża się do widzów jako stendaperka i opowiada seksistowskie kawały, z których zresztą śmieje się sama. Publiczność od razu wyczuwa dwuznaczny ton spektaklu, zaczynającego się wprawdzie pytaniem o solidarność kobiet, szybko jednak zaprzeczonym przez rozmówczynie. Nie o afirmację idzie. Czasem aktorka przejmuje narrację, czasem po prostu prezentuje cytaty z wywiadów z taśmy. Gdybym miał wskazać słabszy punkt tego przedstawienia, wskazałbym na dramaturgię, poziom uniwersalności nie wygra nigdy z konkretem, historią jednej czy dwóch bohaterek, opowiedzianą nie fleszami, hasłami i uwagami, lecz fabularnie. Można by jeszcze zatem popracować nad tekstem. Los Medei czy Elektry działa na nas dlatego, że znamy ich życie, konkretne wydarzenia, nie tylko fragmenty. Zresztą właśnie tutaj tkwi niewykorzystana szansa 'Kobietostanu' na jeszcze więcej. W momentach dybukowych, kiedy przez aktorkę przemawiają mityczne głosy. Gdyby bardziej w tym kierunku poszły realizatorki (reżyseria Joanny Lewickiej), mielibyśmy może i Dzieło. Na szczęście nie w dokument jednak brną artystki, lecz w sztukę, angażując różne rodzaje teatru do opowieści, którą z pewnością chcą coś w świecie zmienić. Z tak znakomitą, wszechstronną, tak wiele potrafiącą i przekonującą aktorką jak Agnieszka Bresler, posiadającą warsztat i ogromną świadomość tematu, zdobytą dzięki licznym realnym spotkaniom z podmiot(k)ami tego spektaklu, kolektyw Kobietostan ma moc.

(0-6) > 4,5
gch
......
KOBIETOSTAN, reż. J.Lewicka, Sala Laboratorium, 9 marca 2018, miejsce skrajne w rzędzie III

Sunday, March 4, 2018

ROMEO I JULIA (Balet Opery Wrocławskiej)


W jednym z dwóch antraktów tego długiego przedstawienia usłyszałem takie oto zdanie: wreszcie mamy balet. Sugerujące, że przed zmianą dyrekcji i kierownictwa w Operze Wrocławskiej balet był słaby, pląsał tylko do muzyki z CD. Bardzo to niesprawiedliwy sąd. Obserwuję wrocławskich tancerzy mniej więcej od ‘Don Kichota’ w reżyserii Beate Vollack i głośno przypominam: poziom baletowy w naszej operze już od dekady był wysoki, mieliśmy znakomitych solistów i udane spektakle, także klasyczne (pamiętacie ‘Córkę źle strzeżoną’ Giorgia Madii, byłego tancerza Bejarta, choreografa m.in. Staatsballet Berlin?). I tylko szkoda, że tak rzadko balet pełnospektaklowo grywał, w dodatku do muzyki prezentowanej z płyty.

W nowym rozdaniu te proporcje zdecydowanie się na korzyść tańca w operze poprawiły. Dyrektor Marcin Nałęcz-Niesiołowski czuje do baletu miętę, sam dyryguje orkiestrą, która wreszcie gra na żywo, w bardzo atrakcyjnie dla widzów otwartym orkiestronie. Nowa kierowniczka baletu Magdalena Ciechowicz i choreograf-rezydent Jacek Tyski postawili na nowe tytuły, a także – częściowo - nowe twarze (ciała). I mają już na koncie duży sukces, czyli Mozartowskie ‘Requiem’ (nominacja do Emocji – nagród Radia Wrocław Kultura). Teraz przymierzyli się do baletu przez najwyższe B, neoklasycznego, pełnowymiarowego, słynnego, do Prokofiewowej wersji historii ‘Romea i Julii’, w rolach tytułowych obsadzając Roberta Kędzińskiego (transfer z Krakowa) i Japonkę Rinę Nishiuchi (2 lata temu ukończyła akademię w Monachium). I jak?

We mnie uczucia są mieszane. Szanuję ambicje realizatorów, doceniam baletowe cytaty, myślę też, że publiczność będzie miała z oglądania tego spektaklu sporo przyjemności, chwilami i wzruszeń. Ale ta inscenizacja Jacka Tyskiego jest szansą niewykorzystaną, ujęciem powierzchownym, i interpretacyjnie, i choreograficznie. Niewiele tu prawdziwie pomysłowych układów, wiele dłużyzn. Bronią się sceny zespołowe (zwłaszcza w wykonaniu tancerek), bardzo dobrze wypadają pojedynki (kto wie, czy nie lepiej niż po sąsiedzku w ‘Trzech muszkieterach’ Capitolu), ale to, co udaje się wygrać corps de ballet, równoważy niestety pustka rozwiązań kameralnych. W scenach kochanków nie ma ognia, zauroczenie dwojga z Werony nie wychodzi poza romans sentymentalno-pensjonarski, choreografii brakuje gęstości, akcji. Nie rozumiem, czemu z takim uporem trzymał się reżyser point również w scenie łóżkowej. Nie lepiej byłoby zdjąć im te buty, żeby choć zaznaczyć erotyzm sytuacji innym rodzajem tańca? Byłoby może niekonsekwentnie w formie, lecz spójnie w treści, tancerze mniej by się rzucali poduszkami, tańcząc miłość. No i – na Williama – czy to, że młodym małżonkom dobrze ze sobą, trzeba podkreślać multimedialnym błękitnym niebem rzuconym na scenografię?

Postać numer jeden tego dramatu, czyli Julia, dziewczyna tak imponująco przeistaczająca się u Szekspira w kobietę, u Tyskiego jest zaledwie zalążkiem pełnokrwistego charakteru, nie wydobywa się na niepodległość, stworzona z uśmiechu i łez. Jakkolwiek Rina Nishiuchi świetnie tańczy i czaruje wdziękiem, to reżyserskie ograniczenia nie służą ani jej postaci, ani całości przedstawienia. Ono mogłoby porywać, tak jak porusza scena walki Tybalta z Merkucjem i natychmiastowej zemsty Romea za śmierć przyjaciela. Nawet szarżowanie z umieraniem Merkucja da się zaakceptować, bo mamy emocje, bo Łukasz Ożga nie po raz pierwszy (był solistą i za poprzedniej dyrekcji) pokazuje swą artystyczną dojrzałość i aktorsko-taneczny temperament. Gwiazdą wieczoru jest dla mnie jednak Natsuki Katayama, też nie nowa w zespole operowego baletu, tancerka o wyrazistej osobowości, perfekcyjna w ruchach. Jako Pani Kapulet zostaje w pamięci dlatego, że potrafiła wykroić dla siebie tyle z dramatycznego tortu, ile się dało. Wprawdzie opłakuje Tybalta trochę za długo, lecz z drugiej strony ta rozpacz może przekonać. Może łączyła ją z krewnym więź innego rodzaju? Niecierpliwie czekam na następną rolę pani Katayamy.

Na koniec trzeba wspomnieć o muzyce. Partytura Prokofiewa to materiał koncertowy, wypełniony nastrojami, całą ich gamą. Nagrywali to dzieło na swoje płyty i Nowojorczycy, i Londyńczycy, pod kierownictwem największych. Previna, Gergiewa, Mitropoulosa. Brzmienie wrocławskiej orkiestry mogło się podobać, muzycy prowadzeni przez Nałęcz-Niesiołowskiego byli dla tancerzy partnerem, czasem dominującym. Czasem zatem zamykałem oczy, słuchając tylko ich, bo na scenie za często rozgrywała się zbyt prosta baletowa pantomima.

(0-6) > =4.
gch
.....................................
S.Prokofiew ROMEO I JULIA, choreografia i reż. J.Tyski, kier. muz. M.Nałęcz-Niesiołowski, premiera w Operze Wrocławskiej 2 marca 2018, balkon 1, rząd I, miejsce 16

BAHAMUT (Teatr Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu)


Pod dużym wrażeniem jestem po obejrzeniu Bahamuta. Inspirowany ‘Dumą i uprzedzeniem’ tekst Wojciecha Kościelniaka to przeciekawa wizja świata i uczuć dalekiej-niedalekiej przyszłości. Nie pozwala nam komfortowo się w teatrze umościć, angażując intelektualnie, emocjonalnie, audiowizualnie. W siedzibie firmy Pride&Prejudice spotykają się androidki na sprzedaż z ludźmi. Mężczyźni wybierają typ do wzięcia. Dziewczyna z sąsiedztwa czy może dziewczyna z IQ? Bardziej do kochania czy raczej do rozmowy? W kabaretkach czy z gołymi nogami? Nietrudno sobie taką sytuację wyobrazić, bo też i ona miała już miejsce przez stulecia. Tyle że ten nierówny punkt wyjścia nabiera wraz z rozwojem wydarzeń nowych sensów, nie jest pewne, kto tu w końcu zwycięży. Nie tylko o oczywistą feministyczną baśń Kościelniakowi chodzi, również - przede wszystkim, o baśń egzystencjalną, w której świat ludzi i robotów to jeden świat i być może kiedyś jedna rasa. Czy android może mieć duszę? A czy kobieta może mieć własne zdanie i prawa wyborcze? Czy w 1813 roku, kiedy wydano powieść Austen, nie było to podobną abstrakcją, jak rozważania o kobiecości, człowieczeństwie androidów? Czy możliwe, by narkotyk działał na roboty identycznie jak na nas? Czemu nie? To kwestia oprogramowania? Co z miłością?

Jest w tym dyplomie wrocławskiej szkoły teatr solidnie, wręcz klasycznie skonstruowany dramaturgicznie, jest też szaleństwo artystyczne zwane ryzykiem. Proszę zwrócić uwagę choćby na postać Bingleya, któremu kontakt z androidem Jane i... kawą przewraca osobowość. Bingley staje się Kalibanem, przypominając o źródłach naszego gatunku. Nie zawsze chodziliśmy na dwóch kończynach…

Wśród wielu tematów rezonują i aktualne: inność, ortodoksyjność, kulturowa czystość (duma i uprzedzenie...). Jest pełno emocji, aktorskiej energii, umiejętnie dozowanej i kontrolowanej. Sporo też w tej postapokalipsie humoru. Scena kazania daje aktorowi nieprzebrane możliwości, również parodystyczne. Najważniejsza postać to jednak Elizabeth, android niepokorny, przełamujący fale. A Ewa Niemotko radzi sobie w tej roli wprost idealnie, arcyobiecująco wchodząc w zawód. Nie wierzę, że nie będzie dla niej nagrody na festiwalu szkół teatralnych. Zresztą nagród w Łodzi może być więcej, bo Kościelniak pomyślał o wszystkich wykonawcach, jak przystało na dyplom i czułego reżysera-profesora. Nie skorzystać z takiej okazji pobycia w teatrze z tak prawdziwego zdarzenia byłoby przestępstwem. Idźcie do AST na ‘Bahamuta’! Myślcie i kochajcie się jak Lizzy i Darcy, Ewa i Adam AD 2200.

(0-6) > 5.
gch
............................................
BAHAMUT, na motywach 'Dumy i uprzedzenia' Jane Austen, scenariusz i reżyseria W. Kościelniak, premiera w Teatrze AST we Wrocławiu 3 marca 2018, rząd 6, miejsce skrajne

Friday, February 23, 2018

GENIALNA PRZYJACIÓŁKA (Wrocławski Teatr Współczesny)


Oglądałem ‘Genialną przyjaciółkę’ z teatralnym zaciekawieniem, chłonąc pomysły na poszczególne sceny. Czas minął szybko. Ale po wszystkim - czyli po tych prawie dwóch godzinach spędzonych na Scenie na Strychu - nie zabrałem z teatru ani myśli, która by ze mną została na dłużej, ani echa emocji. O doświadczeniu kobiet mówi się od kilkunastu lat w Polsce i w świecie dużo, pewnie ciągle mało, skoro tzw. system stawia niespodziewany opór. To, że akcja #MeToo miała miejsce (i rezonans) dopiero w 2017 roku, lata po trzeciej fali feminizmu, zaskakuje. Wrocławski spektakl Weroniki Szczawińskiej według głośnej tetralogii tajemniczej Eleny Ferrante może i jest rodzajem pigułki przywołującej los kobiet w społeczeństwie, pokazującej jego wersje, lecz jest to pigułka typu placebo. Nic nie zmienia, chyba że sobie katartyczne działanie wmówimy. Z krytycznym trochę lepiej, lecz jednak niemrawo. Na starcie, nieco prześmiewczy ton przedstawienia sprawia, że kierujemy się w stronę nawet lekkiej satyry na powieść-sagę, z mnóstwem postaci i wątków. Wyłania się z tej wyliczanki wyrazista bohaterka, której życie obserwujemy. I to zachęcani przez aktorów do współuczestnictwa, wytrąceni z bezpiecznego dystansu teatralnego widza już samym układem widowni (zintegrowanej ze scenografią), nagabywani do odpowiedzi czy reakcji. Problem w tym, iż niewiele oprócz uśmiechu nam po tym zostaje. Nawet perswazyjno-oskarżająca scena na temat przemocy, zamierzona chyba jako mocna, słabnie poprzez swą umowność. Nie ma bowiem i bardzo go moim zdaniem brakuje choćby jednego momentu przygwożdżenia nas wprost, wprawdzie odegranym, ale realizmem. Żebyśmy poczuli - jak w thrillerze - emocje ofiary, nie tylko słyszeli jej narrację. Nie pomaga również aktorska gra z płciami, tępiąc ostrze artystycznego komentarza. Jeszcze raz podkreślam: ogląda się ‘Genialną przyjaciółkę’ z... frajdą czysto teatralną, mając blisko, tuż obok siebie, świetnych warsztatowo wykonawców (brawo Anna Kieca, brawo Paulina Wosik, brawo pozostali), ciesząc oko kolorowymi dizajnerskimi kostiumami i dekoracją (Karol Radziszewski), a ucho stylową muzyką. Lecz słowem, które najlepiej oddaje mój odbiór tego spektaklu jest obojętność. Było, minęło, jak obiad na Via dei Tribunali, spacer nad zatokę. To w sumie niemało, tylko czy o taki efekt w przypadku takich tytułów i tematów chodzi?
(0-6) > 4
GCH
..............
Elena Ferrante GENIALNA PRZYJACIÓŁKA, reż. Weronika Szczawińska, Scena na Strychu Wrocławskiego Teatru Współczesnego, 18.02.2018, miejsce: zielone krzesło po lewej stronie pośrodku

Saturday, February 17, 2018

ZDZICZENIE OBYCZAJÓW POŚMIERTNYCH (Teatr im. Kochanowskiego w Opolu)

Ten skromny spektakl ma co najmniej trzy zasługi, które warto podkreślić, zachęcając do wizyty w opolskim teatrze. Odświeża nieznany szerzej tekst jednego z najgenialniejszych naszych poetów, w ogóle sprawia, że na scenie pojawia się tak tradycyjny wiersz. I to pojawia w sposób idealny, pozbawiony pompy i deklamacji, pełen młodzieńczego wigoru i lekkości, co w tym przypadku osiągnąć niełatwo. Wreszcie, daje młodym aktorom możliwość nieczęstego poza szkołą teatralną kontaktu z poetyckim dramatem, co z kolei podtrzymuje, czasem wręcz buduje warsztat. Dzięki opolskiemu przedstawieniu również publiczność ma rzadką okazję, by zanurzyć się w osobny świat Leśmiana.

Niecała godzina mija w Bunkrze błyskawicznie. Chłoniemy Leśmianowy trzynastozgłoskowiec z zaciekawieniem, nieobojętnie zaangażowani w rekonstrukcję zbrodni, która wydarzyła się w miłosnym trójkącie. Zwłaszcza że reżyserka nie umieszcza akcji na cmentarzu – jak chciał autor – lecz w prosektorium, a bohaterami są dwudziestokilkuletni kochankowie. Brylują dziewczyny. Temperamentna Marcjanna (Monika Stanek) i pozornie delikatna, ale wiedząca swoje Krzemina (Magdalena Maścianica). Ich relacja jest tutaj kluczowa i może nawet można było inscenizacyjnie odważniej pójść w kobiecość, która mężczyzny (Karol Kossakowski) potrzebuje raczej instrumentalnie, skupiona na własnych celach i właściwościach. Reżyserka Marta Streker parę lat wcześniej współtworzyła słynne wrocławskie ‘Dziady’, tu również zadbała o słowo, wybrzmiewające i liryczną urodą, i ponadczasowymi znaczeniami.

Ta młodopolska lub romantyczna z ducha opowieść o miłości, śmierci, o zdradzie, podana z wyczuwalnym współczesnym nawiasem i, tak, tak, uśmiechem, uwodzi zatem przede wszystkim świeżością bezpretensjonalnej ekspresji, ostrząc w widzach apetyt na następne role młodych aktorów i kolejny spektakl Marty Streker. Skłaniając przy okazji do bliższego kontaktu z samym Leśmianem, poetą niby bez biografii, a jednak żyjącym w podobnym trójkącie (on-żona-kochanka). Bo pan Bolesław ma ciągle siłę oddziaływania, mimo że – nie wiedzieć czemu – większość w polskim Senacie odmówiła mu rok temu jubileuszowych świętowań i zauważeń. ‘Zdziczenie obyczajów pośmiertnych’? Zaiste.

Na szczęście nie wszędzie. W Teatrze Kochanowskiego w Opolu dyrektor Norbert Rakowski stworzył niezwyczajny klimat. Jest w nim miejsce na Leśmiana, jest dla Zapolskiej, Gombrowicza, ale i przedstawień wg reportaży. To w Opolu Piotr Ratajczak za chwilę wystawi ‘Kolaborantów’ na podstawie tekstu Angeliki Kluźniak, Daria Caban zrobiła ‘Zakonnice odchodzą po cichu’ (na motywach książki Marty Abramowicz), a swoje drugie życie zyskał rewelacyjny ‘Cesky diplom’ studentów PWST we Wrocławiu (wg ‘Gottlandu’ Mariusza Szczygła). Wrocław zazdrości!
(0-6)>4,5
gch
-----------
Bolesław Leśmian ZDZICZENIE OBYCZAJÓW POŚMIERTNYCH, reż. M. Streker, Scena Bunkier, 4.02.2017, rząd I, miejsce 1

Saturday, February 10, 2018

CAFE PANIQUE (Wrocławski Teatr Pantomimy)


Gdybym miał zabrać na pantomimę kogoś, kto się takiego teatru trochę boi, bo może nie zrozumie, to zabrałbym na 'Cafe Panique'. Najnowszy spektakl Wrocławskiego Teatru Pantomimy jest bardzo czytelny fabularnie, atrakcyjny ruchowo i słuchowo, zostawia też miejsce na myśl o sobie w świecie i świecie w nas. Tylko nie oczekujcie od tego przedstawienia, że będzie przeniesieniem Toporowych opowiadań, że uwiedzie Was galopującymi szalonymi wizjami wziętymi z obrazów francuskiego surrealisty (choć akcenty są), tu chodzi bowiem o coś innego, co zresztą lojalnie zapowiadała reżyserka w rozmowie w Radiu Wrocław Kultura i anonsuje w programie. Topor był tym razem inspiracją, jego opowieści bazą, więc szukajmy raczej ducha twórczości Topora, nie litery. Jeśli tak do 'Cafe Panique' podejdziemy, znajdziemy tę śmieszną gorycz wziętą z doświadczania niedoskonałego świata i niedoskonałych siebie oraz tęsknoty za losem lepszym, życiem... własnym. Wyraźnie wybrzmiewa w przedstawieniu Joanny Gerigk taka gorzko-pocieszająca nuta. Gdy postaci przekraczają jakąś barierę, gdy coś porzucą lub odszukają, zjawiają się wielkie ryby-łososie, by poprowadzić do szczęścia, a przynajmniej uwolnienia. Bardzo dobrze potrafią oddać tak psychologicznie ukierunkowany teatr ruchu artyści wrocławskiej Pantomimy. Cieszy powrót na scenę dyrektora-aktora Zbigniewa Szymczyka (perfekcyjny Kelner), radują wszystkie pozostałe portrety ludzi uwikłanych w niekoniecznie zgodne z prawdziwą osobowością role. Zapadają w pamięć zwłaszcza kreacje (w podwójnych rolach) Anny Nabiałkowskiej, Moniki Rosteckiej, Jana Kochanowskiego i Mariusza Sikorskiego jako Mężczyzny z parą najpiękniejszych piersi. Oni mają najwięcej do zagrania przy znakomicie przygotowanej muzyce Sebastiana Ładyżyńskiego, łączącej filmową toń i jazzbandowy luz. Równie wyborny co koleżanki i koledzy Artur Borkowski wprowadza nawet gombrowiczowski niepokój-terror, gdy jako bezręki Dyrygent dostaje magiczne protezy i - przez chwilę - rządzi. Ciekawie wkomponował w Scenę na Świebodzkim ruchomą scenografię Michał Dracz, dzięki czemu w logicznie zaplanowanym finale tytułowa Cafe Panique staje się synonimem przejścia z życia na siłę w inny wymiar. Tak, to się nazywa udane przedstawienie. Zabawa i coś jeszcze.
(0-6): 5.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
................................................
CAFE PANIQUE z inspiracji opowiadaniami Rolanda Topora, reż. J. Gerigk, Wrocławski Teatr Pantomimy, 9 lutego 2018, Scena na Świebodzkim, rząd I, miejsce 3