Monday, March 26, 2012

JERRY SPRINGER - THE OPERA (Teatr Muzyczny Capitol)


Z musicalu "Jerry Springer - the Opera" dowiemy się, jak naprawdę nastąpiło poczęcie Jezusa (anioł Gabriel miał w tym swój udział, choć zgoła odmienny od biblijnego). Maria będzie miała do syna pretensje, że ją zostawił, Adam i Ewa (niezwykle kłótliwe małżeństwo), że ich wygnano za spróbowanie jakiegoś owocu. Pojawi się też na scenie Bóg, który wyśpiewa skargę na swój trudny los. Chrystus użyje wulgarnych słów, o mało nie pobije się z pełnym żalu za odsunięcie od żłobu (żłoba) Szatanem. I tak dalej. Obrazoburcze? Bluźniercze? Odrażające? I co z tego?

Reżyser Jan Klata twierdzi, iż taki spektakl nie powstałby w innym polskim mieście (w innej Polsce, chciałoby się dopowiedzieć). Ma rację. W stolicy tysiąc razy by skalkulowano ryzyko, rozpisano wykresy, zatrudniono firmę badawczą, wysłano zapytania albo od razu wystraszono się nagonki tabloidów. We Wrocławiu istnieje jednak Teatr Muzyczny Capitol, którego dzisiejszy szef Konrad Imiela wystawił kiedyś (wraz z Samborem Dudzińskim i Cezarym Studniakiem) "Wiatry z mózgu", rewolucyjną (i rewelacyjną) kpiarską galę Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Przedstawienie otworzyło głowy przeglądowych bywalców na coś innego niż natchniona panna w czarnej sukience śpiewająca songi Brela. To w "Wiatrach..." Agnieszka Dygant w piżamie śpiewała o "robieniu loda mu". Teraz mamy na festiwalu zarówno Brela, jak i robienie loda, strzelanie z dwururki. I co z tego?

Oto pytanie, które zadawałem sobie dopiero w trakcie drugiej części "Jerry'ego Springera...", bo pierwsza mijała mi na czystej przyjemności chłonięcia pomysłów, słuchania niesamowicie wysokopoziomowych lotów wokalnych (kierownictwo muzyczne Magdaleny Śniadeckiej-Skrzypek). Ogólny i zasłużony aplauz wzbudziła Emose Uhunmwangho jako temperamentna żona, spragniona tańca na rurze zamiast kolejnego dnia z mężem-zoofilem (dotrzymujący wokalnego kroku - sic! - Cezary Studniak). Podobnie świetni byli w operetkowym śpiewie i aktorstwie: Tomasz Jedz (Montel), Tomasz Sztonyk (Dwight), nie wspominając o operowej primadonnie Barbarze Kubiak (Walkiria). Ta pierwsza godzina spektaklu działa uwalniająco, zadziwia zróżnicowaną stylistycznie muzyką (powszechnie chwalony zespół pod dowództwem Rafała Karasiewicza), błyskotliwym scenariuszem i sprytną scenografią (Mirek Kaczmarek). Do łez rozśmieszają multimedialne reklamy (Karol Rakowski). Mnóstwo tutaj wdzięku i w sumie dobrotliwego naśmiewania się z medialnych gier, ludzkich potrzeb. Nie ma słabego punktu. Podobają się soliści, doskonale swą rolę odgrywa chór, czyli publiczność w studiu (sceniczny ruch wymyślił i wprowadził w życie Maćko Prusak). Na widowni też nabieramy ochoty do uczestniczenia w zabawie. Prostej i niewybrednej (taki jest Jerry Springer Show), ale zaprezentowanej na najwyższym artystycznym C. Trudne partie wokalne, znakomicie wykonane, działają euforycznie. Konrad Imiela (Jonathan), Elżbieta Kłosińska (Zandra), Janusz Radek (Tremont), Magdalena Wojnarowska (Andrea) dają powody do radości.  Bogna Woźniak-Joostberens (Peaches i Baby Jane) pokazuje nawet baletową biegłość.

Druga część rozgrywa się w piekle, gdzie Jerry trafia po śmierci, by poprowadzić tokszoł z udziałem postaci testamentowych. Też się to kończy rozróbą, bo przecież człowieka stworzono na obraz i podobieństwo. Temperatura bluźniercza wzrasta (w obliczu kontekstu), a w widzu zaczyna się rodzić pytanie o tzw. sens głębszy, może kulturową diagnozę początków XXI wieku. Ta diagnoza tkwi oczywiście w libretcie (bardzo dobry, rytmiczny i naturalny przekład Michała Juzonia), lecz nie powala ani satyrycznym ostrzem, ani społeczną krytyką. Że świętości już nie ma, wiemy od dawna; że etyka pewnego rodzaju mediów nie dotyczy - to jasne. Że religia nie wystarcza, nie jest powietrzem - frazes. Ale też punkt wyjścia do nowej epoki, której mieszkańcy łakną czytelnych reguł. "Muszą być jakieś zasady" - mówi na starcie warm-up man Jonathan, przygotowując widownię do antenowych reakcji. "Co ty powiesz" - odśpiewują goście, ponaglając: "Kurwa, gdzie jest Jerry?". Jerry'ego gra Wiesław Cichy, jeden z najciekawszych polskich aktorów tego wieku, artysta świadomy, dojrzały, chętny do nauki i nowych wyzwań. Jego taniec śmierci budzi autentyczny entuzjazm.

Będzie zatem w finale próba morału, może serio, najpewniej na niby. Transparentnego jak telewizyjny makijaż, odwieczna walka anioła z demonem, achów z buczeniem. Więc chyba jedyną sensowną odpowiedzią na obecność Brela obok Springera w programie PPA, no i na wszystko, co słychać i widać w najnowszej, bardzo efektownej, ultra komediowej, mega warsztatowej sztuce Jana Klaty są OKLASKI!

[Choć raczej pod warunkiem, że się nie jest: wyznawcą Prezesa, słuchaczem Ojca, posiadaczką Beretu. Pod warunkiem, że się ma: dystans do świata i siebie, a ostatni raz u spowiedzi świętej było się... nie pamiętam, kiedy.]
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Richard Thomas, Stewart Lee JERRY SPRINGER - THE OPERA, reż. J. Klata, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 24 marca 2012

Tuesday, March 20, 2012

ŻMIJEWSKI. Przewodnik Krytyki Politycznej



Z Arturem Żmijewskim spotkałem się kiedyś we wrocławskiej Galerii Miejskiej na umówiony wcześniej radiowy wywiad. Nie było łatwo. Nawet podczas rozmowy artysta ustawiał się w kontrze, czasem odpowiadając nie opisem, lecz atakiem. Wyszło w sumie nadzwyczaj ciekawe spotkanie, jedno z najtrudniejszych w moim dziennikarskim życiu, ale też jedno z najmocniej wspominanych.

W przewodniku Krytyki Politycznej Żmijewski pojawia się w rozmowach, esejach, manifestach, komentarzach. Własnego autorstwa i napisanych przez innych. Czytamy na przykład fragment manifestu Andrzeja Turowskiego na temat sztuki szczególnej, zanurzonej w polityczność, „sztuki, która wzbudza niepokój”. „Sztuka szczególna – objaśnia Turowski – w demokracji czyni wątpliwym to, co oczywiste; wątpliwość – racją swego bytu, a kryzys – swym środowiskiem”, ma „podważać racjonalizujące lub fałszywe odpowiedzi na współczesne pytania (o wojny, o biedę, o pochodzenie, o aspiracje, o sprawiedliwość, o marzenie, o prawo, o szczęście itp.)”. Artur Żmijewski jest oczywiście czołowym reprezentantem takiej sztuki, jego prace (ich pełen spis znajdziemy na końcu tej ilustrowanej książki) zawsze powstawały wobec czegoś, zawsze były konfrontacją, ale też prezentacją, obserwacją i dialogiem. Dla absolwenta legendarnej pracowni prof. Grzegorza Kowalskiego od początku najistotniejsza stała się artystyczno-dokumentalna prawda o rzeczywistym świecie. Patrząc na ten świat, Żmijewski wyszukiwał zjawiska tkwiące w cieniu, interesował go codzienny potencjał tragedii, zacisze, w którym dział się dramat, ale także trauma historii (holocaust) i druga strona lustra, pojętego jednak nie jako kraina wyobraźni, lecz przestrzeń wywrotowa.  

Jego najbardziej znane realizacje (Lekcja śpiewu, w której głuchoniemi śpiewają, KR WP z żołnierzami w sytuacji nagiej musztry, Berek rozgrywający się w byłej komorze gazowej czy teatralna Msza sprzed 2 lat) pomagały wypuścić powietrze z balonu oficjalności, powagi zrytualizowanych wydarzeń. Film o cierpiącej na skrajną osteoporozę Karolinie, wejście z kamerą do miejsc i uczuć ludzi sparaliżowanych, upośledzonych wprawiało widza w niewygodny a konieczny stan uczestnictwa, stanowiąc nie tylko memento. Poruszała utrwalona na płycie CD interpretacja Szekspirowskich Sonetów przez chorującego  na pląsawicę aktora Wojciecha Królikiewicza, w zupełnie odmienny sposób wciągał Żmijewski w pobrzmiewające echami przeszłości Kubę, Palestynę, Izrael, polskie posmoleńskie ruszenie.

Przewodnik Krytyki Politycznej, z którą artysta jest od lat związany, zbliża do jego twórczości i osobowości, mówi o tym, co było, rysuje kolejny pomysł na sztukę. W pierwszej rozmowie (ze Sławomirem Sierakowskim) autor dyplomowych 40 szuflad, kurator Berlin Biennale  opowiada o swojej koncepcji na rozpoczynającą się w kwietniu wystawę. Tym razem pyta o realny, konkretny wpływ sztuki na społeczne życie, „czy jest w stanie dać nam coś więcej niż spektakl?”, czy twórca potrafi uwolnić się spod ograniczenia skończoności dzieła, przejść dalej, zignorować problem: „no, ale co pokażemy widzom?”.

Te zmagania z formą wydają się całkiem naturalne dla dzisiejszego etapu artystycznej biografii Żmijewskiego, który ideowo określił się nadwystarczająco wyraziście. Jeśli przegląd jego wszystkich prac sugeruje jakikolwiek brak, słaby punkt, kreuje wątpliwość, to dotyczą one stylistycznej unikatowości. Można bowiem dzieła Artura Żmijewskiego rozpoznać i scharakteryzować przede wszystkim po tematach, styl i forma, czyli środek do celu, bywa różny. Może następna propozycja coś podpowie? Może właśnie dlatego podsumowujący przewodnik po Żmijewskim pojawił się właśnie teraz?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
ŻMIJEWSKI. Przewodnik Krytyki Politycznej, 2011

Tuesday, March 13, 2012

HANS, DORA I WILK (Teatr Polski we Wrocławiu)



Przed wejściem na premierę prasową spektaklu HANS, DORA I WILK dostałem kartkę z pieczątką Teatru Polskiego, będącą skierowaniem na teatralną psychoterapię. Rozpoznanie: nerwica i stany lękowe związane ze stresem. Uzasadnienie: stan krytyczny. Podpisano D(y)r Krzysztof Mieszkowski (czyli szef wrocławskiej sceny). Bardzo sprytne, ale i niebezpieczne. Co jeśli recenzentowi się pogorszy, jeżeli artterapia pogłębi objawy krytycznej choroby? Recenzent zejść może nawet w trakcie przedstawienia ze swojego krzesła, opuszczając lekarzy i współtowarzyszy seansu... Leczenie teatrem nie zawsze daje efekty.

Tym razem jednak pacjent nie tylko dotrwał do końca, wyszedł z zamienionej w imponujący salon-gabinet Sceny na Świebodzkim wręcz urzeczony.

Może się wydawać, iż sztuka inspirowana Freudem będzie poważną i głęboką analizą ludzkiej osobowości, rekonstrukcją psychoanalitycznych strategii. Trzy tytułowe postaci istniały naprawdę, zostały przez austriackiego naukowca opisane, wzorcowo funkcjonują w teorii i praktyce terapeutycznej. Hans (naprawdę Herbert Graf, reżyser operowy – pracował także w przedwojennym Breslau, a np. w latach 1950. wystawił „Nieszpory sycylijskie” z Marią Callas), Dora (Ida Bauer) oraz Wilk (Siergiej Pankiejew) to neurotycy, którzy w dzieciństwie lub wczesnej młodości trafili do Freuda. Ida przerwała leczenie sama, Pankiejew przez długie życie miał problemy, jedynie Hans-Herbert przeżył swój czas szczęśliwie, dokonując właściwych wyborów, osiągając zawodowy sukces. Pewnie dlatego w przedstawieniu Michała Borczucha (reżyseria, scenografia) i Aśki Grochulskiej (dramaturgia) Hansa na scenie nie zobaczymy, o jego lękach opowiada siostra Hanna (Krzesisława Dubielówna), podkreślając w ten sposób, że istnieje cały krąg zaangażowanych w chorobę. Ciągle nerwowo przebierająca palcami Hanna przekazuje własne wspomnienia synowi (Wojciech Ziemiański). Poszczególne historie rozgrywane są niemal równolegle, osoby, które w rzeczywistości nigdy się nie spotkały, w teatrze funkcjonują wspólnie, nawet prowadzą ze sobą dialogi. 

Spektakl zaczyna się jeszcze przed zgaszeniem świateł, gdy aktorzy wchodzą na scenę, oglądając plan, zajmując miejsca, jakby obwąchując przestrzeń, patrząc również publiczności w oczy. Michał Borczuch przyznaje, że kilka scen powstało z improwizacji aktorskich, więc ten stan międzywcieleniowy (ja i moja postać, realność i świat przedstawienia) jest tutaj istotny dla zrozumienia, a raczej odczucia całości. W paru momentach wykonawcy zdają się puszczać wodze roli, rozmawiać i uśmiechać się do siebie jak na próbie. Kiedy Anna Ilczuk (Pandora) staje przed kopią obrazu Rafaela „w stanie cichego, rozmarzonego” podziwu, zapada milczenie, czego widzowie nie wytrzymują. Ktoś coś tam w czwartym rzędzie szepcze do sąsiada, ktoś się śmieje w drugim, a aktorka rzuca do delikwentów: „pst!”. Tak wyłożony dystans dotyczy w HANSIE, DORZE i WILKU przede wszystkim chyba samego tematu. Terapeuta (Michał Majnicz) zostaje sportretowany cokolwiek prześmiewczo, atak szału (no, szaliku) Wilka (Adam Szczyszczaj) przechodzi w żart. Wilk z siostrą Anną (Marta Zięba) wymieniają się płciami, niby szukając tożsamości własnej i tzw. Innego/Innej, ale wygląda to raczej na zabawę w dziecięcym pokoju. Z kolei Dora (FANTASTYCZNA Ewa Skibińska)  to w spektaklu osoba z naszych czasów, nie początku ubiegłego wieku, uczestniczka telewizyjnego show („będę na you tube’ie?” – pyta lekarza-gospodarza).

W takim ironiczno-aluzyjnym dystansie czai się oczywiście firmowy zestaw zagadnień poważnych, historia zbiorowa i indywidualne ludzkie zmagania z tym, co w, nad i pod, lecz najwyraźniej przebija się czuły sceptycyzm dzisiejszych twórców współczesnego teatru wobec freudowskich mądrości, które nie rozwiązują wszystkiego. Ale też to Freudowskie dziedzictwo pozwala nam spojrzeć na siebie i drugiego człowieka z porozumiewawczą pogodą, bo -Kto ty jesteś? -Neurotyk mały, a -Proszę pani, Ala ma kota. No i, uwaga, nerwica może zadręczyć, nawet zabić, potrafi także ocalić, jak sugeruje Wilk w finałowym słowie tego inteligentnego, cudownie zespołowego spektaklu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Michał Borczuch, Aśka Grochulska HANS, DORA I WILK, reż. M. Borczuch, Teatr Polski we Wrocławiu, 10 marca 2012

Monday, March 5, 2012

Karol Maliszewski MANEKINY



Są w najnowszej książce Karola Maliszewskiego echa dobrze znanej tradycji literackiej, z Schultzowymi „Sklepami cynamonowymi” na czele, a nawet Twainowskimi przygodami Hucka i Tomka Sawyera. Mamy motyw Frankensteina, nawiązania do prozy Niziurskiego, „Akademii Pana Kleksa” Brzechwy i tak dalej. To, co jednak tu najważniejsze jest indywidualnym wkładem autora, co niedoskonale nazwałbym strumieniem ekspresyjnej narracji i automatycznego komentarza, pełnego smutnej świadomości, nie ironii (jak choćby u Gombrowicza). Karol Maliszewski to ktoś ulepiony z gliny, której zasoby już się skończyły. Poeta, eseista, prozaik, uniwersytecki wykładowca, szkolny nauczyciel, juror konkursów literackich, krytyk, od urodzenia nieuleczalny noworudzianin, twórca etycznie i estetycznie wymagający, wydający na świat utwory wielokrotnego użytku, częstego powrotu, dzieła nieoczywiste, ale też niebroniące dostępu do tajemniczego pola znaczeń.

W może najbardziej znaczącej scenie tej powieści młody bohater, Karol, stwarza Karlika, manekina, alternatywne ja. Rzecz dzieje się w rodzinnym warsztacie (ojciec krawiec, brat lalkarz), czyli tam, gdzie wykuwają się najistotniejsze części ludzkiej osobowości, w miejscu największego szczęścia, źródle najmocniejszej traumy. „I wtedy zdałem sobie sprawę, że biorę udział w spektaklu. Że uczestniczę i jednocześnie przyglądam się uczestniczeniu” – wyznaje narrator, po chwili wkładając w usta ożywionego Karlika serię retorycznych pytań: „Po co wyrwałeś mnie ze snu, z letargu rzeczy, z prawdziwego trwania? Po co na siłę wszystko uczłowieczasz? Naprawdę sądzisz, że to jakiś wyższy stan? (...) Spokojnie, młody człowieku. Niedługo trafisz na kogoś, kto weźmie na siebie część twojego cierpienia. Potem z niego ulepicie figurki na twoje podobieństwo i obraz. Staniecie się bogami dla następnego pokolenia cierpiących. Po co w to wszystko mieszać lalki, kukły, manekiny?”.

Od tego momentu kukły znikają z życia Karola, punkty pocieszenia i zaczepienia muszą się znaleźć gdzie indziej, w kontakcie z otoczeniem, w pisaniu. Powieść Maliszewskiego opowiada z jednej strony historię rodziny, która przywędrowała na tzw. zachodnie ziemie odzyskane (bo tu miało być łatwiej), z drugiej strony „Manekiny” są zbiorem wspomnień z dzieciństwa, ciągiem drobnych zdarzeń i anegdot z życia kumpli i kolegów, pamiętnikiem pierwszych guzów („Papa Stamm by się załamał”), wypraw, wstydów, doświadczeń erotycznych, zapisem wyrastania spod rodzicielskiej władzy, dojrzewania do niezależności. Trzecim elementem jest literatura, słowa, które trzeba ułożyć w zdania i zmieścić w nich treść, jakiej nie było. Mentorem młodego Karola staje się pan Szczepan, prowadzący klub literacki. „Nie tak, spróbuj się najpierw zmierzyć z serią dźwięków, potem będą znaczenia” – radzi nauczyciel. – „Może zacznij od parodii”, „najpierw wykrzyczeć siebie, a potem już spokojnie, jak po terapii, pisać o ludziach i świecie, czcić wydarzenia i ich określony porządek”.

Tę książkę czyta się jak opowieść o człowieku, w którym trwa walka, bo młody Karol, mimo upływu lat, tkwi w dorosłym i nieustannie domaga się dla siebie roli w spektaklu życia (ciekawe, że ostatnie słowo należy tutaj do ojca). „Manekiny” to również poradnik tworzenia do wykorzystania po swojemu. Każdy ma bowiem jakiś własny Miłogród, swego Karlika i często także potrzebę opisania świata. Nie każdy ma talent Maliszewskiego.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Karol Maliszewski MANEKINY, Prószyński i S-ka, 2012

Monday, February 27, 2012

ŚWIADECTWA WZLOTU...ANTKA KOCHANKA



Rzadko w studenckim teatrze mamy do czynienia z tak spełnionym spektaklem, w którym wszystko jest na swoim miejscu, także, po wszystkim, w umyśle widza. „Świadectwa wzlotu upadku wzlotu wzlotu wzlotu upadku i tak dalej Antka Kochanka” to świadectwo dużych aktorskich możliwości właśnie kończących szkołę młodych ludzi (temu dyplom głównie służy), ale też przedstawienie zbierające kawał polskiego doświadczenia społecznego ostatnich kilkudziesięciu lat.

Sebastian Majewski, szef artystyczny teatru w Wałbrzychu, napisał tę sztukę zanim pojawiła się propozycja realizacji dyplomu PWST, nie wiedział więc, że jego tekstem będzie tym razem mówić tzw. teatralna młodzież. Osoby tej mądrej komedii są o wiele starsze niż kreujący je wykonawcy. To mógłby być zatem (i może kiedyś będzie) spektakl złożony z ról aktorów seniorów, mających na co dzień niewiele okazji do zaistnienia na scenie. Skoro jednak grają dwudziestokilkulatkowie trzeba było znaleźć przekonujący inscenizacyjny klucz, by „Świadectwa wzlotu...” nie stały się zaledwie egzaminem. Otwierający pomysł Majewskiego-reżysera polega tu na zetknięciu dwóch artystycznych generacji. Emerytowany gwiazdor wałbrzyskiego teatru Adam Wolańczyk (Antek Kochanek) animuje na starcie sceniczną rzeczywistość, na jego znak zapalają się światła, on zaprasza młodszych kolegów i koleżanki do wejścia w blask. Potem siada na krzesełku i z widoczną satysfakcją obserwuje wydarzenia, jako bohater i jako aktor.

Na pierwszy ogień idzie Ewa Bobrowska, czyli Jadwiga Śląska, „obywatelka onego kraju”, perfekcyjnie wypowiadająca gwarowy apel o pozbawienie jednej z ulic imienia Antka Kochanka i „nadanie jej szlachetnego imienio”, choćby pokolenia Kolumbów lub JP2. Dotychczasowy patron był przecież komunistą, Żydem, Cyganem, pedałem, alfonsem, masonem, kosmitą. Po Jadwidze własne wersje opowiedzą pozostali obywatele. Na przykład energiczna Ewelina Ruckgaber wcieli się w sponiewieraną przez dziejowe wichry Annę Krajowy (z takimi inicjałami kariery w PRL-u się nie robi, chyba że jest się Antkiem K.), by wspomnieć amancki rys postaci Kochanka, a mrocznie urocza Karolina Krawiec (siostra Wioletta Orańska) przywoła okres, gdy prowadziła psychiatryczny eksperyment w celu wyrugowania z Antka (i jego ówczesnego partnera) skłonności homoseksualnych. Pojawi się również Róża Luksemburg (popis Sary Celler-Jezierskiej), pensjonariuszka pewnego zakładu w Stroniu Śląskim, mająca szerokie kontakty w świecie polityki, religii, mediów i sztuki. Ostatnie słowo będzie należeć do Boga (przykuwający uwagę Piotr Mokrzycki), który przedstawi może prawdziwą biografię bohatera.

80-minutowy spektakl mija momentalnie, tyle się w nim dzieje. Świetnie skonstruowanym monologom towarzyszą doskonale rozegrane działania choreograficzne (Piotr Soroka), inteligentnie dobrana muzyka, jest mnóstwo kontekstów do wychwycenia. Polskie piekiełko, lecz także realne kulturowe i światopoglądowe przemiany, dialog z mechanizmami dzisiejszego systemu totalitarnej pseudowolności, spór o człowieka, historię, o teatr (manifest Jacka Głomba, tradycja Laboratorium Grotowskiego). Niemal wszystkie postaci noszą zaawansowaną ciążę - znak zaangażowania, zawinienia, czegoś, co Wisława Szymborska nazwała zmysłem udziału. Chciałoby się poczytać, co głoszą neonowe napisy, ale młodzi aktorzy tak dojrzale wchodzą w swoje role, emanują taką świeżością i temperamentem, że nie sposób oderwać od nich oczu. Sebastian Majewski dał tej grupie szansę, która została wykorzystana absolutnie. Z takim graniem, takim spektaklem można spokojnie pokazać się na każdym festiwalu, każdej zawodowej scenie (wałbrzyski teatr włączył „Świadectwa wzlotu...” do stałego repertuaru).
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
PS
Proszę zabrać ze sobą do teatru kwiaty. Będą Państwo wiedzieć, co z nimi zrobić.
.........................................
Pilgrim/Majewski ŚWIADECTWA WZLOTU UPADKU WZLOTU WZLOTU WZLOTU UPADKU I TAK DALEJ ANTKA KOCHANKA, reż. S. Majewski. Koprodukcja Teatru PWST we Wrocławiu i Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, premiera 24 lutego 2012

Wednesday, February 22, 2012

100 000

Dziś licznik odwiedzin wybił sto tysięcy! Liczone od maja 2009, więc w rzeczywistości (blog istnieje od kwietnia 2007) jest nas już o wiele więcej. Bardzo się cieszę, do zobaczenia!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Monday, February 20, 2012

Paweł Kwiatkowski TAJEMNICE ARTYSTÓW I ICH DZIEŁ



Czy w Nokturnie cis-moll Chopina ukryta jest sekretna wiadomość dla siostry kompozytora? Kim była „Dziewczyna z Ipanemy”, bohaterka jednej z najsłynniejszych piosenek Carlosa Jobima? Jakie były losy Bolerarawela (pisownia poprawna)? Który wizerunek Che Guevary uwiecznił Andy Warhol... wróć... Gerard Malanga? Czy profanacja obrazu poprzez zostawienie na nim śladu szminki to wyłącznie czyn zasługujący na wyrok sądu, czy może w los sztuki wpisany bywa ciąg nieprzypadkowych zdarzeń? Te i liczne inne pytania znajdują w książce Pawła Kwiatkowskiego „Tajemnice artystów i ich dzieł” swoje odpowiedzi, pewniki i spekulacje, hipotezy i rozwiązania. Pracując, jak sam przyznaje, po nocach, w rzadkich chwilach wolnych, dyrektor poznańskiej korporacji wymyślił publikację fascynującą. Na prawie czterystu stronach umieścił tysiące faktów z dziejów artystycznych przedmiotów i podmiotów, wplótł w opowieść biografie sławnych ludzi, gdzieniegdzie rzucił światło na zaciemniony kąt historii malarstwa, muzyki czy kina.

Mnie najbardziej zainteresowało śledztwo w sprawie filmu „Deszczowa piosenka”, musicalowego przeboju wszech czasów spod ręki Stanleya Donena i Gene’a Kelly’ego. Pamiętacie kluczową scenę, gdy publiczność dowiaduje się, że Lina Lamont (pozbawiona miłego timbre’u i dykcji gwiazda niemego filmu, grana przez Jean Hagen) śpiewa głosem Kathy Selden, swej fonicznej dublerki (w tej roli Debbie Reynolds)? Za śladem owego dźwięku poszedł w rozdziale „Najsłynniejszy nieznany głos” Paweł Kwiatkowski, przypominając, że filmową piosenkę „Would you?” naprawdę wykonuje Betty Noyes. Polski autor skrupulatnie notuje zasługi już nieżyjącej i nieistniejącej w napisach wokalistki, docierając nawet do córki, o wdzięcznym imieniu Debby, byłej burmistrz kalifornijskiego Tehachapi... Jej matka występowała na przykład w chórkowej grupie The Girlfriends, towarzysząc m.in. Sinatrze i Crosby’emu (choćby w nagraniu „White Christmas”). Debby (a raczej Deborah Hand) przysłała też Kwiatkowskiemu kilka fotografii, które możemy w „Tajemnicach artystów...” oglądać najprawdopodobniej jako jedyni na świecie. Na końcu rozdziału docieramy natomiast do zabawnego postscriptum, przenosząc się z planu amerykańskiej produkcji na teren ojczysty, do roku 1954, kiedy powstawał „pierwszy polski pełnometrażowy, barwny film fabularny”, czyli komediowy produkcyjniak „Przygoda na Mariensztacie”. Główną piosenkę w rzeczywistości śpiewała tu nie Lidia Korsakówna (ekranowa Hanka Ruczaj), ale 19-letnia Irena Wiśniewska, późniejsza Irena Santor.

Od podobnych anegdot i gawęd trudno się oderwać, czytając książkę, którą sam autor nieświadomie najtrafniej zrecenzował we fragmencie dotyczącym „Singing in the Rain”: „Najbardziej imponuje mi w ‘Deszczowej piosence’ precyzja i finezja, jaką wykazał się cały zespół produkujący film, dbałość o detal i umiejętność zestawiania drobiazgów (...)”. To samo trzeba powiedzieć o „Tajemnicach artystów i ich dzieł”, namawiając Pawła Kwiatkowskiego na niejedną kontynuację.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Paweł Kwiatkowski TAJEMNICE ARTYSTÓW I ICH DZIEŁ, Arkady, 2012