Bryson wydał tę książkę w roku swojego powrotu do Stanów Zjednoczonych. Do połowy lat 90. bowiem mieszkał z żoną i dziećmi w Anglii przez prawie 20 lat. Pracował jako dziennikarz „The Times” i „The Independent”, by w końcu poświęcić się wyłącznie pisaniu bestsellerowych książek podróżniczych, ciekawostkowych, językowych. W 2003 roku Brytyjczycy uznali „Zapiski z małej wyspy” za książkę najlepiej oddającą charakter ich kraju. W tym samym czasie Brysonowie pożegnali Stany i wybrali hrabstwo Norfolk na swoje kolejne miejsce zamieszkania. Bryson wyznał reporterowi australijskiej telewizji ABC, że kocha Wielką Brytanię jak własną żonę (Brytyjkę rzecz jasna). „Ona pasuje do mnie, ja do niej”, mówi Amerykanin w Anglii, oficer orderu imperium.
Czytanie „Zapisków…” w momencie kryzysu, który odmitologizował materialną rajskość największej europejskiej wyspy będzie pewnie dla (byłych) polskich emigrantów sprawą sentymentalną. Tak jak sentymentalny jest duch notatek Brysona. Dla kogoś, kto na emigrację się nie zapisał, książka-relacja z podróży po wielkomiejskiej i prowincjonalnej Brytanii to okazja przede wszystkim do uśmiechu, niespecjalnie poznawczego, raczej anegdotycznego. Zaczyna się oczywiście, od Dover, dokąd pewnej mglistej marcowej nocy dociera trzydziestoletni wtedy autor, z trudem znajdując okropny pensjonat pani Smegmy. To okres przełomu dla podróżnika, ale też kraju, sama końcówka epoki przedtaczerowskiej, początek ery systemu dziesiętnego, pierwsze tygodnie podatku VAT. Potem jedziemy do Londynu, już tego z lat 80., bliskiej upadku socjalnej arkadii. Tu Bryson pracuje jako dziennikarz ekonomiczny i obserwuje miasto i ludzi, upewnia się, że życiowy wybór był słuszny. Skoro w Anglii jeździ się lewą stroną szosy, mańkutowi nie mogłoby być lepiej nigdzie indziej.
Wspominki Brysona bywają bardzo konwencjonalne, lecz trafiający w sedno, cięty język autora „Krótkiej historii prawie wszystkiego” potrafi tę zwyczajność doprawić narracyjnym pieprzem. Zresztą Wielka Brytania i Brytyjczycy wdzięcznie się do rozmaitych krytyk nadają. Jak londyńscy taksówkarze, którzy zawsze znajdą przecznicę, żeby jak najdłużej wieźć przybysza do celu, zwłaszcza gdy nie mają pojęcia, gdzie znajduje się żądany hotel. Ale przytyki Brysona nigdy nie przekraczają granicy życzliwości, bo w gruncie rzeczy „tak naprawdę było całkiem przyjemnie”, „mogło być gorzej”, cytując brytyjskie poczucie optymizmu.
„Brytyjczykom bardzo łatwo jest sprawić radość. Coś niezwykłego. Oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych. Podejrzewam, że właśnie dlatego tak wiele spośród ich specjałów – krakersy, scones, crumpets, keks maślany, herbatniki – ma tak powściągliwe walory smakowe. Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru” – pisze rozanielony Bryson, przywołując zaraz dla kontrastu amerykańskie podejście. – „Dla Amerykanina cały sens życia polega na tym, żeby maksymalnie skracać okres pomiędzy kolejnymi rozkoszami zmysłowymi. Przyjemność uważa on za swoje przyrodzone prawo. Czy zaprotestujesz: ‘Och, nie powinienem’, kiedy ktoś ci powie, żebyś oddychał?”.
Spędzamy więc w tej lekturze czas przyjemny, wędrując przez rubieże tego dziwnego kraju: Sudland, gdzie zobaczymy siedem gatunków brytyjskich gadów i zostaniemy napadnięci przez sforę spuszczonych ze smyczy psów, Exeter, gdzie znowu pada, smutne miasto Bradford, „nie całkiem pozbawione atrakcji”, zaśmiecony Liverpool, przyszłościowy (wtedy) Manchester. Kończymy oglądem „piekła wczasowicza”, czyli Walii, by kilka rozdziałów dalej znaleźć się na „pogrążających się w mroku” ulicach Glasgow i gdzie w pubie zapytają nas swojsko: „D’ya hae a hoo and a poo?”. Czyż nie nabieramy ochoty, by powtórzyć za autorem ostatnie słowa jego książki? „Wsiadłem do samochodu i wiedziałem, że na sto procent tutaj wrócę”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………
Bill Bryson ZAPISKI Z MAŁEJ WYSPY, przeł. T. Bieroń, ZYSK I SKA, 2009
Friday, April 17, 2009
Wednesday, April 15, 2009
Wrocławska Nagroda Poetycka - KSIĄŻKA ROKU
Wrocławską Nagrodę Poetycką, czyli Silesiusa, za całokształt zdobył w tym roku Stanisław Barańczak, co zostało już ogłoszone, zadekretowane i nie wzbudziło żadnych kontrowersji. W ubiegłym roku wygrał Różewicz, teraz Barańczak, za rok, hm, pewnie Szymborska, może Zagajewski. Najważniejsze silesiusowe rozstrzygnięcie dotyczy jednak poetyckiej książki roku. W 2009 nominowane są ostatnie dotąd tomy Honeta, Miłobędzkiej, Pasewicza, Sendeckiego, Tkaczyszyna-Dyckiego, Wiedemanna, Zadury. Który wygra?
Pewniaków jest dwoje: Zadura i Miłobędzka, ze wskazaniem na poetkę. Niejeden z jurorów chwalił jej książkę. Grzegorz Jankowicz nie szczędził entuzjazmu: „Miłobędzka z całą mocą rzuca nam metafizyczne wyzwanie: o tym nic, co odbiera mowę, trzeba mówić mimo wszystko”. Justyna Sobolewska tak analizowała wiersze autorki mieszkającej w Puszczykowie koło Poznania: „Nic dziwnego, że właśnie ta poezja jest dziś wnikliwie czytana, naśladowana i interpretowana. Znajdzie się w niej miejsce bowiem i na Odmieńca, królowe życia, króla Lula, i każdego, kto tylko potrafi być blisko ze słowami”. Miłobędzka próbuje w tej książce zgubić język, by go odnaleźć dla siebie na nowo, określić własne stany jej, nie czyimiś, słowami. Robi dokładnie to, co uwielbiają specjaliści, szuka w języku. Czyżbyśmy więc mieli absolutną faworytkę?
Z Miłobędzką może być tylko jeden kłopot: że jej poprzedni tom „Po krzyku” był jeszcze lepszy. Więc z zanadrza jurorzy będą mogli wyciągnąć innego asa, Bohdana Zadurę. Też świetnie ocenionego za najnowsze wiersze, a przy tym jednego z niewielu prawdziwych mistrzów polskiej poezji. Rzeczywiście, jego „Wszystko” to kilkadziesiąt zajmujących stron osobistych wyznań i komentarzy do współczesności, to zabranie głosu w sprawach ważnych, bez chowania pióra w piasek wieloznaczności i sztuczności, bez lęku o odsłonięcie, bez pomocy zmyśleń, tworów pośrednich, bez awersji do sentymentu. No i męskie spojrzenie w lustro, które się nieuchronnie starzeje.
Każdy inny werdykt jury, pomijający Miłobędzką i Zadurę, będzie niespodzianką. Ewentualnym czarnym koniem można by nazwać Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego z książką „Piosenka o zależnościach i uzależnieniach”. Nie jestem wprawdzie fanem tego tomu, wydaje mi się miejscami pusty w znaczeniach i nieodkrywający właściwie niczego, czego nie wiedzielibyśmy o poecie i jego stylu z poprzednich tomów. Kolejna seria czarnych piosenek o sobie w świecie małych zdarzeń najważniejszych, pisanych „z Bogiem i mimo Boga” jest propozycją mocną, także mocno liryczną momentami (i wtedy najciekawszą). I kto wie, kto wie, czy się tak głosowania nie ułożą, że Dycki będzie dla jurorów wyborem uzależniającym kompromis. A może to raczej Edward Pasewicz z tomem „Drobne! Drobne!” okaże się najbardziej nieoczekiwanym zwycięzcą roku? Bo tkwi w tej książce poważna siła przemawiająca do odbiorcy: siła współodczuwania i współwzruszenia. Coś tak prostolinijnie szczerego, że czytając o czymś, wiemy, że to znamy. „Zmywam naczynia, tak najlepiej oderwać się od/ tych zdań, co się ich nie chce, ale są, przychodzą/ i domagają się” – pisze Pasewicz w wierszu „Terapia”. Bardzo dobra książka!
W zestawie nominowanych czeka jeszcze na ewentualne szczęście „Baw się” Romana Honeta, znanego z oryginalnego stylu, poety obiecującego , że tutaj „czytelnicy zobaczą wiersze zapisane wobec utraty, śmierci, wobec tego, co definitywne, ostateczne, nierozstrzygalne”. Obietnicę spełnił. Ośmielam się sobie wyobrazić, że na Honeta mógłby zagłosować juror-profesor Marian Stala. Kto zagłosuje na gejowski dziennik poetycki Adama Wiedemanna? Szanse są, bo Wiedemann to jeden z tych złotych chłopców, których się lubi i hołubi, cokolwiek by napisali. „Filtry” są opowieścią o sprawach codziennych tę codzienność przekraczających. Nie każdy się na umistycznianie rzeczywistości w ujęciu tego autora łapie, ale w połączeniu z rysunkami Macieja Sieńczyka wiersze-filtry Wiedemanna zyskały. „Trap” Marcina Sendeckiego jest tutaj pozycją najbardziej hermetyczną, krótkim zapisem zapisków z kontaktów, widzianych okiem kojarzącym i przetwarzającym obraz w coś, co czasem wcale nie wydaje się poezją. Intrygująca rzecz, ale tylko tyle. Dowiadując się o wyróżnieniach dla takich książkach myślę zawsze: nominowali, bo nie rozumieją.
Werdykt w piątek wieczorem podczas uroczystej gali na otwarcie 14. Portu Literackiego Wrocław 2009.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
PS
Wygrała, oczywiście, Miłobędzka.
Pewniaków jest dwoje: Zadura i Miłobędzka, ze wskazaniem na poetkę. Niejeden z jurorów chwalił jej książkę. Grzegorz Jankowicz nie szczędził entuzjazmu: „Miłobędzka z całą mocą rzuca nam metafizyczne wyzwanie: o tym nic, co odbiera mowę, trzeba mówić mimo wszystko”. Justyna Sobolewska tak analizowała wiersze autorki mieszkającej w Puszczykowie koło Poznania: „Nic dziwnego, że właśnie ta poezja jest dziś wnikliwie czytana, naśladowana i interpretowana. Znajdzie się w niej miejsce bowiem i na Odmieńca, królowe życia, króla Lula, i każdego, kto tylko potrafi być blisko ze słowami”. Miłobędzka próbuje w tej książce zgubić język, by go odnaleźć dla siebie na nowo, określić własne stany jej, nie czyimiś, słowami. Robi dokładnie to, co uwielbiają specjaliści, szuka w języku. Czyżbyśmy więc mieli absolutną faworytkę?
Z Miłobędzką może być tylko jeden kłopot: że jej poprzedni tom „Po krzyku” był jeszcze lepszy. Więc z zanadrza jurorzy będą mogli wyciągnąć innego asa, Bohdana Zadurę. Też świetnie ocenionego za najnowsze wiersze, a przy tym jednego z niewielu prawdziwych mistrzów polskiej poezji. Rzeczywiście, jego „Wszystko” to kilkadziesiąt zajmujących stron osobistych wyznań i komentarzy do współczesności, to zabranie głosu w sprawach ważnych, bez chowania pióra w piasek wieloznaczności i sztuczności, bez lęku o odsłonięcie, bez pomocy zmyśleń, tworów pośrednich, bez awersji do sentymentu. No i męskie spojrzenie w lustro, które się nieuchronnie starzeje.
Każdy inny werdykt jury, pomijający Miłobędzką i Zadurę, będzie niespodzianką. Ewentualnym czarnym koniem można by nazwać Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego z książką „Piosenka o zależnościach i uzależnieniach”. Nie jestem wprawdzie fanem tego tomu, wydaje mi się miejscami pusty w znaczeniach i nieodkrywający właściwie niczego, czego nie wiedzielibyśmy o poecie i jego stylu z poprzednich tomów. Kolejna seria czarnych piosenek o sobie w świecie małych zdarzeń najważniejszych, pisanych „z Bogiem i mimo Boga” jest propozycją mocną, także mocno liryczną momentami (i wtedy najciekawszą). I kto wie, kto wie, czy się tak głosowania nie ułożą, że Dycki będzie dla jurorów wyborem uzależniającym kompromis. A może to raczej Edward Pasewicz z tomem „Drobne! Drobne!” okaże się najbardziej nieoczekiwanym zwycięzcą roku? Bo tkwi w tej książce poważna siła przemawiająca do odbiorcy: siła współodczuwania i współwzruszenia. Coś tak prostolinijnie szczerego, że czytając o czymś, wiemy, że to znamy. „Zmywam naczynia, tak najlepiej oderwać się od/ tych zdań, co się ich nie chce, ale są, przychodzą/ i domagają się” – pisze Pasewicz w wierszu „Terapia”. Bardzo dobra książka!
W zestawie nominowanych czeka jeszcze na ewentualne szczęście „Baw się” Romana Honeta, znanego z oryginalnego stylu, poety obiecującego , że tutaj „czytelnicy zobaczą wiersze zapisane wobec utraty, śmierci, wobec tego, co definitywne, ostateczne, nierozstrzygalne”. Obietnicę spełnił. Ośmielam się sobie wyobrazić, że na Honeta mógłby zagłosować juror-profesor Marian Stala. Kto zagłosuje na gejowski dziennik poetycki Adama Wiedemanna? Szanse są, bo Wiedemann to jeden z tych złotych chłopców, których się lubi i hołubi, cokolwiek by napisali. „Filtry” są opowieścią o sprawach codziennych tę codzienność przekraczających. Nie każdy się na umistycznianie rzeczywistości w ujęciu tego autora łapie, ale w połączeniu z rysunkami Macieja Sieńczyka wiersze-filtry Wiedemanna zyskały. „Trap” Marcina Sendeckiego jest tutaj pozycją najbardziej hermetyczną, krótkim zapisem zapisków z kontaktów, widzianych okiem kojarzącym i przetwarzającym obraz w coś, co czasem wcale nie wydaje się poezją. Intrygująca rzecz, ale tylko tyle. Dowiadując się o wyróżnieniach dla takich książkach myślę zawsze: nominowali, bo nie rozumieją.
Werdykt w piątek wieczorem podczas uroczystej gali na otwarcie 14. Portu Literackiego Wrocław 2009.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
PS
Wygrała, oczywiście, Miłobędzka.
Sunday, April 5, 2009
SAMSON I DALILA (Opera Wrocławska)
Ciekawe, że najnowsza premiera wrocławskiej opery, „Samson i Dalila”, miała dotąd tylko dwie realizacje w powojennej Polsce, w Operze Bałtyckiej i Operze Wrocławskiej (tuż przed objęciem dyrekcji przez Ewę Michnik). Oczekiwanie było zatem długie, ale w pełni zaspokojone. Bo ta trzecia inscenizacja, autorstwa Michała Znanieckiego, wyprodukowana wraz z teatrami Bolonii, Liège i Triestu, pokazuje dzieło Camille’a Saint-Saënsa wyjątkowo pięknie.
Piękno ma tutaj dwie główne twarze: Samsona, lidera podbitego przez pogańskich najeźdźców narodu Izraela, oraz Dalilę, Filistynkę, która odwraca wolnościowy bunt Izraelitów, zwabiając przywódcę w zasadzkę. To opowieść o konflikcie dwóch odmiennych światów religijnych i obyczajowych, dających się czasem pogodzić w literaturze poprzez miłość młodych kochanków. Samson jest Romeem, Dalila Julią, lecz między nimi nie ma miłości niezabarwionej innymi emocjami. Oprócz wypełnienia misji kontrrewolucyjnej Dalila mści się za odrzucone wcześniej uczucie, gdy Samson walkę o sprawy narodowe przedłożył nad osobiste. Ona staje się femme fatale, on męczennikiem, który do końca wini się za męską słabość. Znaniecki zaprezentował to starcie z dramatyczną przenikliwością. Odwrócił klasyczną szekspirowską scenę balkonową, wgrywając w poetyckie libretto Lemaire’a głębszy ton. To drugi akt tego przedstawienia decyduje o jego uniwersalnej wartości, akt bolesnego unaocznienia ludzkiej zdrady, okrutnego kłamstwa na temat miłości. Sztuka zwykle stara się miłość ocalać, widząc w niej ocalającą siłę, tym razem kuszenie Samsona kieruje się przeciw miłości. Słynne „Dalila, Dalila, je t’aime!” brzmi u Znanieckiego jak wyrok, ale Samson nie wzbudza jeszcze żalu, a czyn Dalili już przestaje budzić zrozumienie.
Przydałoby się temu spektaklowi mocniejsze otwarcie. Nie każdego bowiem bez reszty zachwyca eklektyczna muzyka Saint-Saënsa. Akt pierwszy rozwija się powoli, napięcia pozostają w stanach średnich. Może dlatego, że wizyjnie pomyślana scena bitwy nie ma tempa. Może dlatego, że Steven Harrison (Samson) ma głos bardziej liryczny niż heroiczny, co wprawdzie nadrabia niezłym aktorstwem, lecz czegoś jednak brakuje. Bardziej przekonująco wypada w pierwszej części Abimelech Zbigniewa Kryczki. Mistrzowską klasę prezentuje chór, rozwiązania baletowe muszą się podobać, tak jak pomysłowa realizacja świateł, surowa scenografia i kontrastujące kostiumy Izraelitów i Filistynów. Po przerwie zaczyna być już tylko znakomicie. Duety zachwycają nie tylko wokalnie, Harrison też lepiej daje sobie radę z taką materią.
Pierwszoplanową postacią jest Dalila w doskonałej interpretacji Edyty Kulczak, na co dzień śpiewaczki nowojorskiej Met. Kulczak śpiewa tak jakby mezzosopranowe evergreeny Saint-Saënsa zostały napisane właśnie dla niej, przyciąga uwagę ruchem, gestem i spojrzeniem. Bezbłędnie partneruje jej świetny Mariusz Godlewski (Arcykapłan). Inscenizacyjny rozmach Znanieckiego ujawnia się w pełni podczas trzeciego aktu, kiedy obserwujemy rewelacyjnie zaplanowaną i zagraną scenę mordu połączonego z bachanaliami. To baletowo-muzyczne dzieło w dziele (choreografia Aline Nari, kierownictwo muzyczne Chikary Imamury), no i prawdziwy popis możliwości reżysera.
Aktualny sezon Opery Wrocławskiej to absolutny sukces, dzięki któremu właśnie Wrocław trzeba dziś uznać za miejsce numer jeden w polskiej przestrzeni operowej. Na Dolnym Śląsku opera Ewy Michnik jest teraz teatrem najlepszym, miejscem, gdzie dzieją się rzeczy najciekawsze, dla wszystkich. Organizatorzy i jury niedawno rozstrzyganej Dolnośląskiej Nagrody Teatralnej powinni wreszcie zauważyć, że opera to teatr i włączyć jej spektakle w regulaminowy zestaw konkursowy. Trudno by było premiery ze Świdnickiej pokonać, ale podobno konkurencja ma sens.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………….
Camille Saint-Saëns SAMSON I DALILA, libretto F. Lemaire, reż. M. Znaniecki, kier. muz. Ch. Imamura. Premiera w Operze Wrocławskiej 4.04.2009
Piękno ma tutaj dwie główne twarze: Samsona, lidera podbitego przez pogańskich najeźdźców narodu Izraela, oraz Dalilę, Filistynkę, która odwraca wolnościowy bunt Izraelitów, zwabiając przywódcę w zasadzkę. To opowieść o konflikcie dwóch odmiennych światów religijnych i obyczajowych, dających się czasem pogodzić w literaturze poprzez miłość młodych kochanków. Samson jest Romeem, Dalila Julią, lecz między nimi nie ma miłości niezabarwionej innymi emocjami. Oprócz wypełnienia misji kontrrewolucyjnej Dalila mści się za odrzucone wcześniej uczucie, gdy Samson walkę o sprawy narodowe przedłożył nad osobiste. Ona staje się femme fatale, on męczennikiem, który do końca wini się za męską słabość. Znaniecki zaprezentował to starcie z dramatyczną przenikliwością. Odwrócił klasyczną szekspirowską scenę balkonową, wgrywając w poetyckie libretto Lemaire’a głębszy ton. To drugi akt tego przedstawienia decyduje o jego uniwersalnej wartości, akt bolesnego unaocznienia ludzkiej zdrady, okrutnego kłamstwa na temat miłości. Sztuka zwykle stara się miłość ocalać, widząc w niej ocalającą siłę, tym razem kuszenie Samsona kieruje się przeciw miłości. Słynne „Dalila, Dalila, je t’aime!” brzmi u Znanieckiego jak wyrok, ale Samson nie wzbudza jeszcze żalu, a czyn Dalili już przestaje budzić zrozumienie.
Przydałoby się temu spektaklowi mocniejsze otwarcie. Nie każdego bowiem bez reszty zachwyca eklektyczna muzyka Saint-Saënsa. Akt pierwszy rozwija się powoli, napięcia pozostają w stanach średnich. Może dlatego, że wizyjnie pomyślana scena bitwy nie ma tempa. Może dlatego, że Steven Harrison (Samson) ma głos bardziej liryczny niż heroiczny, co wprawdzie nadrabia niezłym aktorstwem, lecz czegoś jednak brakuje. Bardziej przekonująco wypada w pierwszej części Abimelech Zbigniewa Kryczki. Mistrzowską klasę prezentuje chór, rozwiązania baletowe muszą się podobać, tak jak pomysłowa realizacja świateł, surowa scenografia i kontrastujące kostiumy Izraelitów i Filistynów. Po przerwie zaczyna być już tylko znakomicie. Duety zachwycają nie tylko wokalnie, Harrison też lepiej daje sobie radę z taką materią.
Pierwszoplanową postacią jest Dalila w doskonałej interpretacji Edyty Kulczak, na co dzień śpiewaczki nowojorskiej Met. Kulczak śpiewa tak jakby mezzosopranowe evergreeny Saint-Saënsa zostały napisane właśnie dla niej, przyciąga uwagę ruchem, gestem i spojrzeniem. Bezbłędnie partneruje jej świetny Mariusz Godlewski (Arcykapłan). Inscenizacyjny rozmach Znanieckiego ujawnia się w pełni podczas trzeciego aktu, kiedy obserwujemy rewelacyjnie zaplanowaną i zagraną scenę mordu połączonego z bachanaliami. To baletowo-muzyczne dzieło w dziele (choreografia Aline Nari, kierownictwo muzyczne Chikary Imamury), no i prawdziwy popis możliwości reżysera.
Aktualny sezon Opery Wrocławskiej to absolutny sukces, dzięki któremu właśnie Wrocław trzeba dziś uznać za miejsce numer jeden w polskiej przestrzeni operowej. Na Dolnym Śląsku opera Ewy Michnik jest teraz teatrem najlepszym, miejscem, gdzie dzieją się rzeczy najciekawsze, dla wszystkich. Organizatorzy i jury niedawno rozstrzyganej Dolnośląskiej Nagrody Teatralnej powinni wreszcie zauważyć, że opera to teatr i włączyć jej spektakle w regulaminowy zestaw konkursowy. Trudno by było premiery ze Świdnickiej pokonać, ale podobno konkurencja ma sens.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………….
Camille Saint-Saëns SAMSON I DALILA, libretto F. Lemaire, reż. M. Znaniecki, kier. muz. Ch. Imamura. Premiera w Operze Wrocławskiej 4.04.2009
Monday, March 23, 2009
Vladimir Nabokov ADA ALBO ŻAR
Na okładce pierwszego wydania najdłuższej i najambitniejszej książki „amerykańskiego pisarza, urodzonego w Rosji i wykształconego w Anglii” (jak sam o sobie mówił) widnieje podpis: „nowa książka autora „Lolity”. Do dziś nic się zmieniło. W powszechnej świadomości Nabokov pozostaje autorem skandalizującej historii romansu dojrzałego mężczyzny z nieletnią dziewczyną. „Ada” jest o tyle podobna do „Lolity”, że bohaterkę poznajemy także we wczesnej młodości i też mamy do czynienia z powieścią miłosno-erotyczną. Czytamy wspomnienia spisane przez Iwana (Vana) Deena, przez całe życie (z wzajemnością) zakochanego we własnej siostrze Adelajdzie. Wspomnienia podane w formie trzecioosobowej narracji, zawierające fragmenty pism Vana, psychologa i filozofa, a także tajemnicze „Noty do Ady” podpisane przez niejaką Vivian Darkbloom. Już choćby te elementy sugerują, iż Nabokovovi chodziło o to, by stworzyć coś więcej niż sagę, jak mógłby mylić podtytuł „A Family Chronicle” („Kronika rodzinna”).
Opowieść zaczyna się w wieku XIX, kończy w latach 60. XX wieku, kiedy „Ada” się ukazała, dochodząc w Stanach do czołówki listy bestsellerów, wzbudzając przy okazji niemałe kontrowersje. Tym razem nie dotyczyły one erotycznej zawartości, ani nawet wątku kazirodczego. Zastanawiano się, czy ta proza to dzieło, jak z pewnością zaplanował autor. Opinie wypowiadano skrajne: od „najsłabsza powieść w dorobku” po „erotyczny majstersztyk” lub „apogeum sztuki Nabokova”. Na ponad siedmiuset stronach roi się od erudycyjnych wtrętów, nawiązań i kontekstów, do wyłapania tylko z pomocą przypisów, które zresztą Nabokov sprytnie umieszcza jako dodane przez kogoś innego. Samo miejsce akcji, planeta Antyterra, z Logiem zamiast Boga, podobna i polemiczna wobec ziemskiej rzeczywistość, wiele znaczy. Przecież ulubiona rozrywka głównego bohatera to taniec na rękach.
Pierwsze zdanie książki jest natomiast odwróceniem otwarcia jednej z najsłynniejszych realistycznych powieści wszech czasów, „Anny Kareniny”. Tołstojowe „wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” (przekład Kazimiery Iłłakowiczówny) zyskuje u Nabokova przewrotną wersję: „wszystkie nieszczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda szczęśliwa rodzina jest szczęśliwa na swój sposób”. W tytule też czuć parodystyczne zacięcie. „Ada albo żar. Kronika rodzinna” przypomina osiemnastowieczną „Klarysę albo historię młodej damy”, „Pamelę czyli cnotę wynagrodzoną” na przykład. Te i inne zabiegi odautorskie wprowadzają czytelnika w krainę książki (książek) w książce, zapraszając do traktowania „Ady” odmiennie i oferując lekturę licznych gatunków w jednym. Tomasz Mann, Dostojewski, Henry James, Verne, Jane Austen, Turgieniew, Chateaubriand, Dickens – wszyscy się w tej powieści kłaniają. Są cytaty z Puszkina, Szekspira, Rimbauda, Verlaine’a. Pojedyncze, nic lub trochę bardziej znaczące.
„Ada” to dzieło aluzyjne, wielogatunkowe, postmodernistyczne, a przy tym uroczo archaiczne, klasycyzujące. Godzenie możliwych-niemożliwych sprzeczności, piekła i arkadii, Ziemi-Antyziemi, młodości i starości, przeszłości i teraźniejszości, wreszcie kobiety i mężczyzny, to ambicja tej książki, zrealizowana z niepospolitym wdziękiem jednego z literackich wspaniałych. „Zamierzam pieścić Czas”, wyznaje Van Deen i ta deklaracja dotyczy również Nabokova, który pieści tutaj to, co w literaturze kochał, czyli literaturę. „Ada” to również oda do przyjemności czytania. 40 lat po amerykańskiej premierze możemy poczuć tę rozkosz dzięki doskonałemu przekładowi Leszka Engelkinga.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………
Vladimir Nabokov ADA ALBO ŻAR, przeł. L. Engelking, Muza, 2009
Opowieść zaczyna się w wieku XIX, kończy w latach 60. XX wieku, kiedy „Ada” się ukazała, dochodząc w Stanach do czołówki listy bestsellerów, wzbudzając przy okazji niemałe kontrowersje. Tym razem nie dotyczyły one erotycznej zawartości, ani nawet wątku kazirodczego. Zastanawiano się, czy ta proza to dzieło, jak z pewnością zaplanował autor. Opinie wypowiadano skrajne: od „najsłabsza powieść w dorobku” po „erotyczny majstersztyk” lub „apogeum sztuki Nabokova”. Na ponad siedmiuset stronach roi się od erudycyjnych wtrętów, nawiązań i kontekstów, do wyłapania tylko z pomocą przypisów, które zresztą Nabokov sprytnie umieszcza jako dodane przez kogoś innego. Samo miejsce akcji, planeta Antyterra, z Logiem zamiast Boga, podobna i polemiczna wobec ziemskiej rzeczywistość, wiele znaczy. Przecież ulubiona rozrywka głównego bohatera to taniec na rękach.
Pierwsze zdanie książki jest natomiast odwróceniem otwarcia jednej z najsłynniejszych realistycznych powieści wszech czasów, „Anny Kareniny”. Tołstojowe „wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” (przekład Kazimiery Iłłakowiczówny) zyskuje u Nabokova przewrotną wersję: „wszystkie nieszczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda szczęśliwa rodzina jest szczęśliwa na swój sposób”. W tytule też czuć parodystyczne zacięcie. „Ada albo żar. Kronika rodzinna” przypomina osiemnastowieczną „Klarysę albo historię młodej damy”, „Pamelę czyli cnotę wynagrodzoną” na przykład. Te i inne zabiegi odautorskie wprowadzają czytelnika w krainę książki (książek) w książce, zapraszając do traktowania „Ady” odmiennie i oferując lekturę licznych gatunków w jednym. Tomasz Mann, Dostojewski, Henry James, Verne, Jane Austen, Turgieniew, Chateaubriand, Dickens – wszyscy się w tej powieści kłaniają. Są cytaty z Puszkina, Szekspira, Rimbauda, Verlaine’a. Pojedyncze, nic lub trochę bardziej znaczące.
„Ada” to dzieło aluzyjne, wielogatunkowe, postmodernistyczne, a przy tym uroczo archaiczne, klasycyzujące. Godzenie możliwych-niemożliwych sprzeczności, piekła i arkadii, Ziemi-Antyziemi, młodości i starości, przeszłości i teraźniejszości, wreszcie kobiety i mężczyzny, to ambicja tej książki, zrealizowana z niepospolitym wdziękiem jednego z literackich wspaniałych. „Zamierzam pieścić Czas”, wyznaje Van Deen i ta deklaracja dotyczy również Nabokova, który pieści tutaj to, co w literaturze kochał, czyli literaturę. „Ada” to również oda do przyjemności czytania. 40 lat po amerykańskiej premierze możemy poczuć tę rozkosz dzięki doskonałemu przekładowi Leszka Engelkinga.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………
Vladimir Nabokov ADA ALBO ŻAR, przeł. L. Engelking, Muza, 2009
Tuesday, March 17, 2009
KASPAR (Wrocławski Teatr Współczesny)
Jeden z najważniejszych krytyków w historii teatru, Richard Gilman, obwołał Handkego najistotniejszym dramaturgiem od czasów Becketta. Hm. "Kaspar" powstał w 1967 roku i, choć nie był odkryciem, żywo zainteresował ludzi teatru, a oni potrafili zaciekawić tym tekstem publiczność. Powód? W latach 60. i 70. eksperyment w sztuce był sprawą codzienną, akceptowaną, rozumianą, pożądaną. Dziś do eksperymentu się powraca, bo okazało się, że znowu nie mamy pomysłu na to, co dalej. Postmodernistyczny miszmasz dogorywa, w czasach kryzysu (nie tylko ekonomicznego) chcemy solidnej idei, nowego porządku. I nie może to być porządek mieszczański, na to jesteśmy i zbyt dumni, i zbyt młodzi, i zbyt świadomi kruchości (nie) bezpiecznego życia. Zbyt doświadczeni. Więc tytułowy bohater Handkego, człowiek na nowo poznający język, świat i samego siebie, zagubiony, skłócony, poszukujący Baal/Woyzeck/Kaspar to bohater naszych czasów. A właściwie wszystkich czasów.
Ale. Czy rzeczywiście jesteśmy Kasparami i musimy startować od zera? Czy nie umiemy wyłowić z oceanu dyskursów tego nam najbliższego, tego, który zbliża nas do innych, pozwala na zachowanie indywidualności w zbiorowości, tworzenie bez rezygnacji z kontynuacji? Umiemy jak nikt nigdy dotąd. Współczesny człowiek (i współczesny teatr) ma trudniejszy kłopot: jak się z własnym ja przedostać przez pozostałe ja, przetrwać obok nich, dać z siebie to, co najlepsze, kiedy nie tego się od nas oczekuje. Bohater Handkego naprawdę nas dotyczy i obchodzi nie wtedy, gdy z ogłupiałą miną zaczyna klecić pierwsze zdanie, lecz wtedy, gdy już świetnie włada językiem, kiedy wygłasza społeczny, polityczny apel. Tak myślę.
I dlatego do połowy przedstawienia Barbary Wysockiej siedziałem zobojętniały, patrząc na konsekwentnie i czysto rozgrywaną językową inicjację Kaspara (dobra rola Szymona Czackiego), metodycznie wprowadzanego w temat przez aktorów-nauczycieli (dobre role pozostałej trójki wykonawców). No ale kierunek wyznaczył reżyserce autor sztuki. Handke zbudował Kaspara od momentu Locke'owej białej kartki, nie odwrotnie, jak jego niemieckojęzyczni poprzednicy. Zdziwiło mnie więc, że Wysocka, wbrew oryginałowi, zrezygnowała z teatralnie atrakcyjnych chwytów tego tekstu, zwłaszcza z masek. U Handkego maska jest zarówno wyróżniającą cechą, jak i podkreśla tożsamościową wielość i podrzędność. Reżyserka wrocławskiego spektaklu wybrała sposób bardziej subtelny, wyrafinowany, ufając w siłę słowa. Zdecydowanie najwięcej dzieje się w tu słowie, trochę w niewiele mówiących projekcjach, odrobinę w choreograficznie ciekawym ruchu. To spektakl do słuchania. Tylko czego? Dylematów ucznia, pacjenta? Za mało. Socjolingwistycznych tyrad? One straciły świeżość, w konkretnych czasach brzmią ogólnie, neutralnie. A historia człowieka, który uczy się żyć w obcym świecie, asymiluje się, zdobywa na indywidualność i tę pewność traci wraz ze świadomością powinna mocno poruszać. Może lepiej było zachować i pokazać nikłe, lecz działające, teatralne sugestie Handkego, może zrobić z "Kaspara" monodram, z głosami zamiast towarzyszących bohaterowi aktorów, pomóc w skupieniu światłem?
Barbara Wysocka zaproponowała skromną inscenizację, próbując niewielkich urozmaiceń, najbardziej licząc na utożsamienie z sytuacją. Ale w tym eksperymencie zabrakło dramatu. To teatr dla teatru, co również zamanifestowała publiczność, uśmiechając się beztrosko po przedstawieniu. Było, minęło. W tym przypadku wartościowiej Handkego przeczytać, choć do teatru przyjść warto. Zawsze warto przyjść do teatru.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................................
Peter Handke KASPAR, reż. B. Wysocka, Wrocławski Teatr Współczesny, 17.03.2009
Ale. Czy rzeczywiście jesteśmy Kasparami i musimy startować od zera? Czy nie umiemy wyłowić z oceanu dyskursów tego nam najbliższego, tego, który zbliża nas do innych, pozwala na zachowanie indywidualności w zbiorowości, tworzenie bez rezygnacji z kontynuacji? Umiemy jak nikt nigdy dotąd. Współczesny człowiek (i współczesny teatr) ma trudniejszy kłopot: jak się z własnym ja przedostać przez pozostałe ja, przetrwać obok nich, dać z siebie to, co najlepsze, kiedy nie tego się od nas oczekuje. Bohater Handkego naprawdę nas dotyczy i obchodzi nie wtedy, gdy z ogłupiałą miną zaczyna klecić pierwsze zdanie, lecz wtedy, gdy już świetnie włada językiem, kiedy wygłasza społeczny, polityczny apel. Tak myślę.
I dlatego do połowy przedstawienia Barbary Wysockiej siedziałem zobojętniały, patrząc na konsekwentnie i czysto rozgrywaną językową inicjację Kaspara (dobra rola Szymona Czackiego), metodycznie wprowadzanego w temat przez aktorów-nauczycieli (dobre role pozostałej trójki wykonawców). No ale kierunek wyznaczył reżyserce autor sztuki. Handke zbudował Kaspara od momentu Locke'owej białej kartki, nie odwrotnie, jak jego niemieckojęzyczni poprzednicy. Zdziwiło mnie więc, że Wysocka, wbrew oryginałowi, zrezygnowała z teatralnie atrakcyjnych chwytów tego tekstu, zwłaszcza z masek. U Handkego maska jest zarówno wyróżniającą cechą, jak i podkreśla tożsamościową wielość i podrzędność. Reżyserka wrocławskiego spektaklu wybrała sposób bardziej subtelny, wyrafinowany, ufając w siłę słowa. Zdecydowanie najwięcej dzieje się w tu słowie, trochę w niewiele mówiących projekcjach, odrobinę w choreograficznie ciekawym ruchu. To spektakl do słuchania. Tylko czego? Dylematów ucznia, pacjenta? Za mało. Socjolingwistycznych tyrad? One straciły świeżość, w konkretnych czasach brzmią ogólnie, neutralnie. A historia człowieka, który uczy się żyć w obcym świecie, asymiluje się, zdobywa na indywidualność i tę pewność traci wraz ze świadomością powinna mocno poruszać. Może lepiej było zachować i pokazać nikłe, lecz działające, teatralne sugestie Handkego, może zrobić z "Kaspara" monodram, z głosami zamiast towarzyszących bohaterowi aktorów, pomóc w skupieniu światłem?
Barbara Wysocka zaproponowała skromną inscenizację, próbując niewielkich urozmaiceń, najbardziej licząc na utożsamienie z sytuacją. Ale w tym eksperymencie zabrakło dramatu. To teatr dla teatru, co również zamanifestowała publiczność, uśmiechając się beztrosko po przedstawieniu. Było, minęło. W tym przypadku wartościowiej Handkego przeczytać, choć do teatru przyjść warto. Zawsze warto przyjść do teatru.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................................
Peter Handke KASPAR, reż. B. Wysocka, Wrocławski Teatr Współczesny, 17.03.2009
Monday, March 16, 2009
Joanna Bator PIASKOWA GÓRA
Mamy ostatnio na rynku wiele piszących kobiet-feministek, które potrafią się wypromować, stwarzając wokół swoich książek aurę czegoś-ważnego. Zwykle, oczywiście, taka aura to tylko reklamowa blaga, podchwytywana przez wrażliwe dżenderowo dziennikarki lub nieszczególnie zorientowanych w temacie dziennikarzy. Jeśli przełamywanie tabu, jeśli kolejna cegiełka ku wzajemnemu porozumieniu, świadomości problemów płci w polskim społeczeństwie, no to jak tu się oprzeć? Trzeba wspomnieć, ciepło przywitać, docenić. Na fali podobnego myślenia niezasłużoną karierę robi np. „Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik. Jak jest z powieścią Joanny Bator? Na szczęście trochę jednak inaczej.
Opowieść o pokoleniach kobiet mieszkających na wałbrzyskim Babelu nosi piętno ideologii, co może w czytaniu przeszkadzać. Mnie przeszkadza, bo znam te tezy, fakty, przekonania. Czytałem artykuły nawet samej Joanny Bator o kobiecej wersji świata. I, zdaje się, wyrosłem, bo i świat podrósł, stał się i staje się inny, a poza tym feminizm to jedna z grup (albo, jak kto woli, jeden z dyskursów) uczestniczących w tzw. społecznej debacie. Dolega zatem „Piaskowej Górze” ideologia, podana dosłownie, ale też pobrzmiewająca we fragmentach niby humorystycznych, choćby o oglądaniu serialu „Niewolnica Isaura”. Trudno nie wyczuć tonu prześmiewczej wyższości nad kobietami, które myślą tak, nie inaczej, oglądają i wcielają się w wyobraźni w role masowych heroin. Lecz z drugiej strony istnieją w tej książce pokłady współodczuwania narratorki z bohaterkami, związana z wiedzą i emocjami ludzka, nieideologiczna życzliwość. Gdyby więc Bator trafiła przed drukiem w ręce dobrego redaktora-producenta i dała się przekonać, by jej proza była mniej komentatorska, „Piaskowa Góra” byłaby po prostu literaturą jeszcze lepszą.
Zofia, Jadzia i Dominika, matka, żona i córka, to kobiety jakich w Polsce wiele. Żyją w tym przeciągu tysiąc lat, będąc typowymi wersjami „polskiej baby” z piosenki Danuty Rinn. Z innej piosenki mogłyby wyjąć frazę „Gdzie ci mężczyźni?”, patrząc na swojego Stefana, Kazia czy Janka. Ale książce Joanny Bator tak samo daleko (lub blisko) do wybitności, co średniej. Jej największe atuty to język, w którym potoczność miesza się z kreacją w sposób bardzo naturalny, oraz liczne (i zrealizowane) ambicje prozy środowiskowej, co zawsze podwyższa wartość każdej sagi. Bo „Piaskowa Góra” jest przede wszystkim historią ludzi rzuconych w przestrzeń koniecznych spotkań, związków, tajemnic, zmagań i różnie sobie z własnym losem radzących. Kobietom w takim życiu gorzej, lecz potrafią żyć lepiej, są osobowościami ciekawszymi, bardziej zasługującymi na uwagę, sugeruje autorka. Tych kilkadziesiąt polskich lat opisuje z perspektywy zapewne osobistej (Bator urodziła się w Wałbrzychu), poszerzonej, wzbogaconej, lecz i feministycznie formatującej. Niepotrzebnie. Dzisiejszy czytelnik ma już przecież narzędzia, by wyciągnąć indywidualne wnioski na podstawie literackiego materiału i swojego doświadczenia nawet jeśli tematem jest kobieta, kobiecość.
„Piaskowa Góra” to rzecz cenna jako powieść odkrywająca dla świata niepodrabialny wałbrzyski kolor polskich dziejów. Na wybudowanym przez komunistów osiedlu zetknęły się rozmaite charaktery, z różnorodnych genealogii i warunków tworząc nowe tożsamości. Z których na razie nic nie wyszło. Dzisiejsi młodzi mieszkańcy Wałbrzycha najbardziej pragną z Wałbrzycha wyjechać, a równocześnie istnieje w tym mieście kulturowy potencjał do wykorzystania. I robi to Joanna Bator, z autorskim krytycyzmem i osobistym sentymentem wracając do miejsca dzieciństwa. I zapowiada dalszy ciąg.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………
Joanna Bator PIASKOWA GÓRA, W.A.B., 2009
Opowieść o pokoleniach kobiet mieszkających na wałbrzyskim Babelu nosi piętno ideologii, co może w czytaniu przeszkadzać. Mnie przeszkadza, bo znam te tezy, fakty, przekonania. Czytałem artykuły nawet samej Joanny Bator o kobiecej wersji świata. I, zdaje się, wyrosłem, bo i świat podrósł, stał się i staje się inny, a poza tym feminizm to jedna z grup (albo, jak kto woli, jeden z dyskursów) uczestniczących w tzw. społecznej debacie. Dolega zatem „Piaskowej Górze” ideologia, podana dosłownie, ale też pobrzmiewająca we fragmentach niby humorystycznych, choćby o oglądaniu serialu „Niewolnica Isaura”. Trudno nie wyczuć tonu prześmiewczej wyższości nad kobietami, które myślą tak, nie inaczej, oglądają i wcielają się w wyobraźni w role masowych heroin. Lecz z drugiej strony istnieją w tej książce pokłady współodczuwania narratorki z bohaterkami, związana z wiedzą i emocjami ludzka, nieideologiczna życzliwość. Gdyby więc Bator trafiła przed drukiem w ręce dobrego redaktora-producenta i dała się przekonać, by jej proza była mniej komentatorska, „Piaskowa Góra” byłaby po prostu literaturą jeszcze lepszą.
Zofia, Jadzia i Dominika, matka, żona i córka, to kobiety jakich w Polsce wiele. Żyją w tym przeciągu tysiąc lat, będąc typowymi wersjami „polskiej baby” z piosenki Danuty Rinn. Z innej piosenki mogłyby wyjąć frazę „Gdzie ci mężczyźni?”, patrząc na swojego Stefana, Kazia czy Janka. Ale książce Joanny Bator tak samo daleko (lub blisko) do wybitności, co średniej. Jej największe atuty to język, w którym potoczność miesza się z kreacją w sposób bardzo naturalny, oraz liczne (i zrealizowane) ambicje prozy środowiskowej, co zawsze podwyższa wartość każdej sagi. Bo „Piaskowa Góra” jest przede wszystkim historią ludzi rzuconych w przestrzeń koniecznych spotkań, związków, tajemnic, zmagań i różnie sobie z własnym losem radzących. Kobietom w takim życiu gorzej, lecz potrafią żyć lepiej, są osobowościami ciekawszymi, bardziej zasługującymi na uwagę, sugeruje autorka. Tych kilkadziesiąt polskich lat opisuje z perspektywy zapewne osobistej (Bator urodziła się w Wałbrzychu), poszerzonej, wzbogaconej, lecz i feministycznie formatującej. Niepotrzebnie. Dzisiejszy czytelnik ma już przecież narzędzia, by wyciągnąć indywidualne wnioski na podstawie literackiego materiału i swojego doświadczenia nawet jeśli tematem jest kobieta, kobiecość.
„Piaskowa Góra” to rzecz cenna jako powieść odkrywająca dla świata niepodrabialny wałbrzyski kolor polskich dziejów. Na wybudowanym przez komunistów osiedlu zetknęły się rozmaite charaktery, z różnorodnych genealogii i warunków tworząc nowe tożsamości. Z których na razie nic nie wyszło. Dzisiejsi młodzi mieszkańcy Wałbrzycha najbardziej pragną z Wałbrzycha wyjechać, a równocześnie istnieje w tym mieście kulturowy potencjał do wykorzystania. I robi to Joanna Bator, z autorskim krytycyzmem i osobistym sentymentem wracając do miejsca dzieciństwa. I zapowiada dalszy ciąg.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………
Joanna Bator PIASKOWA GÓRA, W.A.B., 2009
Tuesday, March 10, 2009
Gustaw Holoubek WSPOMNIENIA Z NIEPAMIĘCI
„Jeśli żona powie ci, że źle się czuje – nie wierz jej; ona zawsze będzie się źle czuła, a ty umrzesz wcześniej”, powtarzała przedwojennemu Gustawowi Holoubkowi matka. „Jak dotąd to jestem zdrów i czuję się dobrze. Przyślij mi, o ile możności, trochę pieniędzy niemieckich, bo polskich tutaj nie wymieniają. Całuję Twoje piękne ręce. Twój Gustek”, pisał syn z obozu jenieckiego w 1939. A ja czytam tę książkę i zastanawiam się, dlaczego nie powstała jej druga część.
Wznowione po 10 latach (i wzorowo wzbogacone ilustracjami z epoki, fotografiami także rodzinnymi) „Wspomnienia z niepamięci” to sentymentalna podróż wielkiego aktora w czasy przedwarszawskie. Wtedy Holoubek formował się jako aktor, dorastał do życia, które swoją dojrzałość osiągnęło potem. To w czasie tego potem zagrał w „Dziadach”, został dyrektorem teatru, stał się zawodnikiem z ekstraklasy, nawet gwiazdą, skoro znali go wszyscy. Chociaż rozumiem Holoubkową wieczną tęsknotę za dzieciństwem i młodością, za chmurnym i bzdurnym, pamiętanym w niepamięci, nie potrafię na autora-bohatera tej książki patrzeć bez świadomości Gustawa-mędrca. On jednak, gdzieś tam u siebie, chciał ocalić chłopca czującego mamine perfumy, młodzieńca podrywającego dziewczęta, kibica piłkarskiego, dziecko Pana Boga. To ważna nauka.
Holoubek był jednym z ostatnich, którzy uznają aktorstwo, sztukę za rzemiosło, dające szansę na coś więcej tylko wtedy, gdy postawiono artystyczne fundamenty. Podobnie z życiem, do którego sztuka jest zaledwie dodatkiem, może przygotowaniem, a może realną wersją idealnego porządku. W takim ujęciu krakowskie fundamenty Gustawa Holoubka byłyby teatrem właśnie, uwolnionym z rzeczywistości obszarem iluzji. Do niej będzie wracał, gdy życie zacznie się kończyć. Tu będzie odgrywał ulubioną, ukochaną rolę, bez znudzenia i wahania, rolę zabawną i dramatyczną, gdzie jest czas na sielską anielskość i wojnę. To, co potem, znajdą Państwo we własnej pamięci, zdaje się między wierszami oznajmiać Holoubek, we wspomnieniach po mnie, w anegdotach, w wywiadach i w filmie mojego syna. O tym, co naprawdę się dla niego liczyło, opowiada sam.
A robi to z klasą, o jaką coraz trudniej. Nie zgłębia zakamarków ducha, nie bebeszy wnętrzności, wie, że go czytają, jak kiedyś słuchali i oglądali. Z aktorstwa przenosi do książki mocną wiarę w istnienie estetycznej granicy. „Wspomnienia z niepamięci” to też teatr, kameralny monodram intymny w starym stylu poważnej gawędy, której towarzyszą dowcipne, autoironiczne kontrapunkty. Egzamin do szkoły aktorskiej Holoubek przepłakał, bo wydawało mu się, że inaczej ikonicznego Słowackiego nie sposób deklamować. Ów egzaminacyjny tekst, „Testament mój”, nie mógł się spodobać, sugeruje późniejszy mistrz, ale go przyjęli. Z nadekspresją wyrazu i wadami wymowy. Gdy przyjedzie po latach do stolicy na debiut, rozpocznie całkiem odwrotnie, wygra oszczędnym skupieniem.
Osobnym cudem tej książki jest język. Polszczyzna czysta i rzęsista, momentami nadzwyczajnie piękna:
„Pędziłem jak wariat na górę, krzycząc od progu: „Ojciec idzie!”, i dom w jednej chwili zamieniał się w ul rojny od czynienia porządków, ustawiania wszystkiego na swoim miejscu – jakby złapany na gorącym uczynku chciał jeszcze zatrzeć ślady występku”.
Tak brzmią najlepsze fragmenty prozy wspomnieniowej najwyższej próby. 10 lat temu, po premierze pierwszego wydania, było ciepłe przyjęcie, spotkania autorskie, autografy, ale nie przypominam sobie zachwytów. To był czas, kiedy świat sztuki Gustawa Holoubka tracił na znaczeniu. Dziś do tej sztuki powoli zaczynamy tęsknić, tak jak autor cenił swoją historię. Dobrze, że autobiograficzny Holoubek do nas wraca, w lepszej szacie graficznej i ze wstępem syna Jana.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………..
Gustaw Holoubek WSPOMNIENIA Z NIEPAMIĘCI, Marginesy, 2009
Wznowione po 10 latach (i wzorowo wzbogacone ilustracjami z epoki, fotografiami także rodzinnymi) „Wspomnienia z niepamięci” to sentymentalna podróż wielkiego aktora w czasy przedwarszawskie. Wtedy Holoubek formował się jako aktor, dorastał do życia, które swoją dojrzałość osiągnęło potem. To w czasie tego potem zagrał w „Dziadach”, został dyrektorem teatru, stał się zawodnikiem z ekstraklasy, nawet gwiazdą, skoro znali go wszyscy. Chociaż rozumiem Holoubkową wieczną tęsknotę za dzieciństwem i młodością, za chmurnym i bzdurnym, pamiętanym w niepamięci, nie potrafię na autora-bohatera tej książki patrzeć bez świadomości Gustawa-mędrca. On jednak, gdzieś tam u siebie, chciał ocalić chłopca czującego mamine perfumy, młodzieńca podrywającego dziewczęta, kibica piłkarskiego, dziecko Pana Boga. To ważna nauka.
Holoubek był jednym z ostatnich, którzy uznają aktorstwo, sztukę za rzemiosło, dające szansę na coś więcej tylko wtedy, gdy postawiono artystyczne fundamenty. Podobnie z życiem, do którego sztuka jest zaledwie dodatkiem, może przygotowaniem, a może realną wersją idealnego porządku. W takim ujęciu krakowskie fundamenty Gustawa Holoubka byłyby teatrem właśnie, uwolnionym z rzeczywistości obszarem iluzji. Do niej będzie wracał, gdy życie zacznie się kończyć. Tu będzie odgrywał ulubioną, ukochaną rolę, bez znudzenia i wahania, rolę zabawną i dramatyczną, gdzie jest czas na sielską anielskość i wojnę. To, co potem, znajdą Państwo we własnej pamięci, zdaje się między wierszami oznajmiać Holoubek, we wspomnieniach po mnie, w anegdotach, w wywiadach i w filmie mojego syna. O tym, co naprawdę się dla niego liczyło, opowiada sam.
A robi to z klasą, o jaką coraz trudniej. Nie zgłębia zakamarków ducha, nie bebeszy wnętrzności, wie, że go czytają, jak kiedyś słuchali i oglądali. Z aktorstwa przenosi do książki mocną wiarę w istnienie estetycznej granicy. „Wspomnienia z niepamięci” to też teatr, kameralny monodram intymny w starym stylu poważnej gawędy, której towarzyszą dowcipne, autoironiczne kontrapunkty. Egzamin do szkoły aktorskiej Holoubek przepłakał, bo wydawało mu się, że inaczej ikonicznego Słowackiego nie sposób deklamować. Ów egzaminacyjny tekst, „Testament mój”, nie mógł się spodobać, sugeruje późniejszy mistrz, ale go przyjęli. Z nadekspresją wyrazu i wadami wymowy. Gdy przyjedzie po latach do stolicy na debiut, rozpocznie całkiem odwrotnie, wygra oszczędnym skupieniem.
Osobnym cudem tej książki jest język. Polszczyzna czysta i rzęsista, momentami nadzwyczajnie piękna:
„Pędziłem jak wariat na górę, krzycząc od progu: „Ojciec idzie!”, i dom w jednej chwili zamieniał się w ul rojny od czynienia porządków, ustawiania wszystkiego na swoim miejscu – jakby złapany na gorącym uczynku chciał jeszcze zatrzeć ślady występku”.
Tak brzmią najlepsze fragmenty prozy wspomnieniowej najwyższej próby. 10 lat temu, po premierze pierwszego wydania, było ciepłe przyjęcie, spotkania autorskie, autografy, ale nie przypominam sobie zachwytów. To był czas, kiedy świat sztuki Gustawa Holoubka tracił na znaczeniu. Dziś do tej sztuki powoli zaczynamy tęsknić, tak jak autor cenił swoją historię. Dobrze, że autobiograficzny Holoubek do nas wraca, w lepszej szacie graficznej i ze wstępem syna Jana.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………..
Gustaw Holoubek WSPOMNIENIA Z NIEPAMIĘCI, Marginesy, 2009
Subscribe to:
Posts (Atom)