Tuesday, April 16, 2019

44 OPOLSKIE KONFRONTACJE TEATRALNE / KLASYKA ŻYWA


Podczas perfekcyjnie zorganizowanej przez Teatr im. Kochanowskiego 44. edycji Opolskich Konfrontacji Teatralnych ‘Klasyka żywa’ pojawiały się nierzadkie pytania: czy nie było lepszych spektakli w ubiegłym sezonie w polskich teatrach niż większość tych wybranych do finału?, dlaczego nie przeszedł ‘Wielki Fryderyk’ Klaty i kilka innych tytułów?, skąd w tak prestiżowym gronie rzeszowska ‘Zemsta’, supraski ‘Wykład’ czy wrocławski ‘Garbus’, po co odgrzewany w Poznaniu, a wcześniej zrealizowany w niemal identyczny sposób w Krakowie i Lublinie ‘Pan Tadeusz’ Grabowskiego? Zasadne to pytania i pewnie festiwal rzeczywiście mógłby być lepszy, gdyby decydująca o wyborze komisja artystyczna konkursu ‘Klasyka żywa’, zaproponowała inny zestaw. I warto na przyszłość mocno przemyśleć kryteria doboru, na nierówny poziom przedstawień zwraca uwagę wielu krytyków od paru lat, nawet jurorzy 42. OKT wyrazili swój niepokój. Przypomnijmy to zdanie z werdyktu 2017: Jury wyraża zaniepokojenie sposobem interpretowania tekstów klasycznych, jaki obecnie dominuje w wielu teatrach, a zarazem ma nadzieję, że Komisja Artystyczna następnej edycji Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa” będzie miała bogatsze możliwości wyboru wartościowych realizacji scenicznych.

Cóż, zaniepokojenia komentować nie będę, nie podzielam go, niech artyści interpretują wedle swoich wizji, nie jurorskich. Z pewnością co najmniej kilkadziesiąt klasycznych tekstów inscenizowanych w naszych teatrach rocznie daje pole do popisu dla wybierających. Mimo budzącego wątpliwości zestawu finałowej siódemki edycji 2019, jedno się udało: pokazać różnorodność i form, i podejść do tzw. klasyki. Piszę ‘tak zwanej’, bo jak tu w jednym rzędzie ustawić Słowackiego, Fredrę, Mickiewicza z Mrożkiem i Pankowskim? Gdzie przebiega klasyczności granica? Regulamin pierwszej edycji konkursu mówił o cezurze 1969 roku (roku śmierci Gombrowicza), w regułach ostatniej, czwartej edycji, podany jest rok 1983…

Jakie są spektakle biorące udział w finale tegorocznym?

Chronologicznie, wg kolejności festiwalowych pokazów:

GARBUS (Wrocławski Teatr Współczesny) – nie przejęło mnie to przedstawienie podczas wrocławskiej premiery, nie zmieniło się nic po obejrzeniu opolskiej prezentacji. Marek Fiedor twierdzi z uporem, że zrobił spektakl polityczny, o rozminięciu się ze społeczeństwem poprzedniej elity rządzącej Polską, o upadku tej elity, a ja ciągle nie widzę tego na scenie. Nie docierają do mnie żadne sygnały pozwalające na zinterpretowanie ‘Garbusa’ w taki sposób, jak chciałby reżyser. Bardziej przekonuje mnie to, co powiedział Maciej Tomaszewski, odtwórca tytułowej roli, na spotkaniu w Opolu. Że mamy do czynienia z rodzajem terapii pogubionych bohaterów, że każdy z nich odkrywa w jej trakcie kłamstwo, w jakim żyje. Na ten wymiar Mrożkowej opowieści przystaję. Problem? W samej opowieści trudno dostrzec coś fascynującego. Bez wyrazistego akcentu aktualizującego tekst zostaje z niego ledwie dobrze zagrana psychodrama w pomysłowej dziejąca się scenografii.

ŚMIERĆ BIAŁEJ POŃCZOCHY (Teatr Wybrzeże z Gdańska) – bez wątpienia dla mnie najlepszy spektakl festiwalu. Sztuka Mariana Pankowskiego jest oczywiście zapomniana, co zresztą doskonale współgra z zapomnieniem losu dziewczyny, jaką była Jadwiga zanim zmuszono ją do założenia na głowę polskiej korony i ślubu z Jagiełłą. Historia wielkiej dynastii, europejskiego mocarstwa zaczęła się od krzywdy jednostki – nie chcemy o tym pamiętać. Między innymi takie jest zadanie artystów: przypominanie o niewygodnym. Benedict Anderson (amerykański historyk i politolog) słusznie pisze, że nie tylko wspólnota pamięci, lecz także zapominania stanowi narodowotwórczy element. Przy czym Jadwiga u Pankowskiego – uprzedmiotowiona, przehandlowana – buntując się, przyjmuje swój los. Gdy ma możliwość ucieczki, mówi: ‘nie mogę’. Wspaniale wciela się w tę postać Magdalena Gorzelańczyk, absolwentka wrocławskiej AST sprzed dwóch lat (pamiętny ‘Szantaż’), prezentująca w ‘Pończosze’ niesamowity wachlarz aktorskich możliwości i środków. Całe przedstawienie (na bazie nieco zwidowanego tekstu) budzi emocje ekspresją, estetyką i tematem.

FERDYDURKE (Teatr Powszechny w Radomiu) – ekipie aktorskiej należą się gromkie brawa za momentami brawurowe granie, a reżyserce i adaptatorce Alinie Moś-Kerger za czytelną i konsekwentną pracę z bardzo dobrze znanym tekstem, umożliwiającą zrozumienie przesłania Gombrowiczowskiego arcydzieła i przyjemność oglądania. Nie ma tu zbędnych gestów, pustych scen, jest pędząca a skromna scenograficznie machina, której silnik ani na chwilę nie traci energii. Dojmująca konstatacja końcówki może zainspirować do refleksji nad upupiającą mocą społecznych schematów.

WYKŁAD (Teatr Wierszalin z Supraśla) – dziwne to doświadczenie obcować z Mickiewiczem-bigotem. Ale i pouczające. ‘Księgi narodu i pielgrzymstwa…’, na bazie których Piotr Tomaszuk zrobił to przedstawienie, powstały po Powstaniu Listopadowym i Mickiewicz miał prawo się wściec. Napisał coś, co dziś brzmi czasem wręcz wstydliwie dla autora „Pana Tadeusza’ czy ‘Dziadów’. Bo kontekst – nie ma siły – ma znaczenie. Jeśli Tomaszuk chciał zasugerować, że i dziś Polska nie jest niepodległa (bo należy do Unii Europejskiej?), to też rzecz jasna jego prawo, ale gdzie tu sens? Obiecująco się zaczynający ‘Wykład’ skręca więc w nieciekawe, nacjonalistyczne nawet rejony, a – jak wiadomo – o krok stąd do niebezpieczeństwa. Miałem nadzieję, że pojawi się jakiś nawias, dystans, jakiś okruch ironii, ale nie. Wszystko było serio, czyli nieznośnie, choć poznawczo do zaakceptowania.

PAN TADEUSZ, CZYLI OSTATNI ZAJAZD NA LITWIE (Teatr Nowy w Poznaniu) – no dobrze, znakomicie zagrana i rozegrana (zwłaszcza w drugiej części) wersja naszego poematu nr 1, prowadząca do myśli, że nie byłoby być może tak podchodzącego do klasyki Zadary (jak w ‘Dziadach – całości’) bez teatru Mikołaja Grabowskiego. Krytycznego dla polskich wad, ale i czułego w kłuciu ich świadomością współczesnego odbiorcę. Może się, musi się taki teatr podobać, jest atrakcyjny (bywa przaśny), lecz w finale ‘Klasyki żywej’ wolałbym wyłącznie premiery, nie klony wcześniejszych realizacji.

ZEMSTA (Teatr Maska w Rzeszowie) – chyba najbardziej krytykowany spektakl tej edycji OKT. A ja – mimo przypuszczeń graniczących z pewnością, że sporo lepszych propozycji było wśród ewentualnych kandydatów do finału – widzę w tej ‘Zemście’ kilka plusów. Co prawda przez kilkadziesiąt minut oglądałem ją w zasępieniu, bo przy tak zabieganej i zakrzyczanej farsowo komedii Fredry nie mam radości oglądania i słuchania, jaką ‘Zemsta’ oferuje, gdy ją błyskotliwie wykonać. Ale po tych cierpieniach przyszła nagroda. Zaśpiewana scena pisania listu i w tym ujęciu nieodparcie śmieszy, a jest oryginalna, podobnie jak nowością może się zdać postać Klary, gdy stawia się ojcu jak dzisiejsza dziewczyna, walcząca o swoje. No i Dyndalski, którego gra tu nie aktor-senior, lecz aktor młody. To wszystko plus brzozowe akcenty scenograficzne i konkluzyjna bijatyka przekonują mnie w sumie do propozycji Pawła Aignera, który zaordynował publiczności ‘Zemstę’ a la prosta rozrywka (może po to, by dotrzeć do widzów kabaretowych nocy Polsatu czy Dwójki), podszytą pewnym współczesnym mrokiem. Śmiejemy się z Fredry (przerysowane aktorstwo, zwłaszcza w roli Papkina), ale nie taki niewinny ten tekst przecież. Zgoda? Bóg rękę poda? Chyba tylko na zdjęciu.

BENIOWSKI. BALLADA BEZ BOHATERA (Teatr Nowy w Poznaniu) – przedstawienie robiące na mnie wrażenie przede wszystkim swą estetyką. Scenograficznie i muzycznie. No i oczywiście wykonawczo. Pięć młodych aktorek poznańskiego teatru wręcz mistrzowsko podaje niełatwy wiersz Słowackiego, skupiając uwagę przez… 30 minut. Potem tylko chwilami ożywiała się moja percepcja. Nie wiem, czy tak pomyślany spektakl to dobry klucz do tego akurat poematu. Zrezygnowano bowiem niemal całkowicie z najważniejszych u wieszcza dygresji, aby – jak sądzę – ugrać kontrast między męską a kobiecą wersją historii. Mężczyźni tu tylko przygrywają koleżankom, opowiadającym o przygodach Beniowskiego, Sawy, księdza Marka, Borejszy. Gorzka to opowieść, okrutna, nie owa książkowa, romantyczna, bohaterska. I to też ważny aspekt przedstawienia, ten antyromantyczny, demitologizujący cel, tyle że już przecież w samą ideę bohatera romantycznego wpisana jest skaza. I bardziej romantyzm w swojej złożoności działa niż odbrązawiająca tu antyromantyczność sfrustrowanego acz genialnego Juliusza. Wartościowa to propozycja, ciekawa, lecz – dla mnie – nieprzekonująca. Jurorzy przyznali ‘Beniowskiemu’ Grand Prix.

Oto pełna lista nagrodzonych:

- dwie równorzędne nagrody aktorskie w wysokości 10 000 zł: dla Anny Mierzwy za rolę Telimeny w spektaklu Pan Tadeusz czyli Ostatni Zajazd na Litwie oraz dla Magdaleny Gorzelańczyk za rolę Jadwigi w spektaklu Śmierć białej pończochy,
- nagroda w wysokości 10 000 zł dla Magdaleny Gajewskiej za scenografię, kostiumy i światło do spektaklu Śmierć białej pończochy,
- nagroda w wysokości 10 000 zł dla Karola Nepelskiego za muzykę do spektaklu Beniowski. Ballada bez bohatera,
- nagroda w wysokości 5000 zł dla Michała Pabiana i 5000 zł dla Małgorzaty Warsickiej za adaptację spektaklu Beniowski. Ballada bez bohatera,
- nagroda w wysokości 10 000 zł dla Aliny Moś–Kerger za reżyserię spektaklu Ferdydurke,
- nagroda główna im. Wojciecha Bogusławskiego w wysokości 60 000 zł dla spektaklu Beniowski. Ballada bez bohatera,
- nagroda publiczności dla spektaklu Wykład,
- nagroda dziennikarzy dla spektaklu Śmierć białej pończochy oraz dla Magdaleny Gorzelańczyk za główną rolę w tym spektaklu.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI, członek Jury Dziennikarskiego
…
44 Opolskie Konfrontacje Teatralne KLASYKA ŻYWA, Teatr Kochanowskiego w Opolu, 9-14 kwietnia 2019

Monday, April 1, 2019

WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY DO LIKWIDACJI ALBO NOWE POMYSŁY NA DEGRADACJĘ DOLNOŚLĄSKIEJ KULTURY

Zarząd Województwa Dolnośląskiego rozważa i sonduje likwidację Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Brawo za pomysł! Kiedy, jak nie teraz. Jest doskonała okazja: 100-lecie jego legendarnego założyciela Henryka Tomaszewskiego. Ale to nie wszystko. Samorząd chce też wycofać się z finansowania Narodowego Forum Muzyki, prawie 9 milionów przeznaczając na inne cele. Już raz doprowadzono do katastrofy znakomity teatr. Teraz znów swędzą ręce, trzeba inicjować kolejne egzekucje. Po co? Nie wiem. Przecież Polska ma swój czas, pieniądze na rozmaite programy społeczne. Dolny Śląsk tymczasem wyskakuje z rewolucyjnymi cięciami wydatków na kulturę.

Wrocławski Teatr Pantomimy - pod wodzą dyrektora Zbigniewa Szymczyka - to niezaprzeczalna wartość i marka. Zespół znakomitych artystów, szanujący przeszłość i poszukujący nowego, sięgający po twórców wielkich (za chwilę - jeśli nie dojdzie do bezsensownej likwidacji - będzie tu reżyserował Jan Klata), dający szansę młodym zdolnym. Teatr ten otrzymuje od urzędu niedużą dotację, czyli 2 miliony, które wystarczają właściwie jedynie na przeżycie. Na resztę, na premiery, akcje edukacyjne, na wyjazdy w Polskę i region stara się zdobywać środki dodatkowe z programów ministerialnych. I je zdobywa. W ubiegłym roku Wrocławski Teatr Pantomimy został nagrodzony za swój poziom nominacjami do Wrocławskiej Nagrody Teatralnej i do Emocji - nagrody Radia Wrocław Kultura. Przyciąga widzów różnych pokoleń. Wydał nawet cudowną książkę propagującą sztukę pantomimy i teatr w ogóle wśród najmłodszych, którzy to wydawnictwo (autorstwa aktorki i dramatopisarki Agnieszki Charkot) pokochali. Co kieruje urzędnikami, że zastanawiają się nad likwidacją takiej instytucji? Trudno pojąć. Czy chcą zapisać się w historii poprzez niszczenie dóbr kultury? Pamiętajcie jednak, urzędnicy: wybrano was po coś odwrotnego. Macie tworzyć klimat dla kultury, walczyć o jej trwanie i rozwój, opiekować się i służyć, organizować działalność, nie zamachy. Marszałek Michał Bobowiec może uważać kulturę za piąte koło u wozu - skoro dopuszcza do procedowania podobnych pomysłów, o taki stosunek do podległej mu dziedziny dolnośląskiego życia można go podejrzewać. Ale ma jakichś specjalistów od kultury w tematycznym wydziale. Powinien ich mieć i powinien od nich usłyszeć: Panie, coś Pan? Zanim zacznie sondować reakcje.

Zarządzie województwa, natychmiast schowaj ten nóż i daj Pantomimie żyć!

Zostaw też pieniądze przeznaczone dla Narodowego Forum Muzyki. Wycofywanie się z idealnego modelu trójfinansowania NFM jest działaniem szkodliwym i nieodpowiedzialnym. Narodowe Forum Muzyki to dziś instytucja kultury znajdująca się w lidze mistrzów. Również dzięki takiemu budżetowi. Przyjeżdżają do nas najwięksi, te same nazwiska wirtuozów, dyrygentów, te same wybitne orkiestry pojawiają się na afiszach Wiednia, Berlina, Paryża, Londynu. Wreszcie jesteśmy częścią muzycznego Świata. Buduje to prestiż i poczucie dumy mieszkańców. Nie przyjeżdżaliby Anne-Sophie Mutter, Simon Rattle, John Eliot Gardiner, Zubin Mehta, Sondra Radvanovsky (i tak dalej) do filharmonii przy Piłsudskiego, nie byłby Giancarlo Guerrero - laureat Grammy - szefem wrocławskiej orkiestry, gdyby nie NFM. Nie dostaliby wrocławscy artyści Fryderyków, jeśli nie wydano by tak wysoko ocenianych (nie tylko w Polsce) albumów. Nie byłoby wreszcie tłumów widzów na koncertach, gdyby instytucja działała skromniej. Cofnięcie współfinansowania przez samorząd województwa to podcięcie kwitnącej gałęzi zdrowej rośliny. Co z nią na tym swoim urzędzie zrobicie? Damy biedniejszym - deklaruje marszałek-janosik. Nie dajmy się nabrać na tę rzekomą pomysłowość, bo to żadna pomysłowość: zabrać, żeby dać. Bo zabierając, można zniweczyć długoletni wysiłek wielu i zdegradować instytucję do niższej klasy.

Dobry zarządca nagradza dobrze funkcjonujących podopiecznych i cieszy się z udziału w świetnym przedsięwzięciu, chwali się nim w świecie. Księżycowe pomysły wyartykułowane na sejmikowej komisji kultury (likwidacja Wrocławskiego Teatru Pantomimy) oraz przez wicemarszałka Bobowca dziennikarzom (wycofanie się z finansowania Narodowego Forum Muzyki) świadczą o tym, że nowemu zarządowi województwa do miana dobrego zarządcy daleko jak stąd do kosmosu. Ale człowiek potrafi się tam dostać, istnieją podróże na księżyc. Istnieje więc i nadzieja, że ktoś tam na urzędzie pójdzie jeszcze po rozum do głowy.
GCH

Sunday, March 17, 2019

WYZWOLENIA (Teatr Modrzejewskiej w Legnicy)


Modrzejewskie 'Wyzwolenia' są dziełem godnym podziwu. Za warsztat, zespołową energię (co w opisywaniu legnickich przedstawień jest oczywiście pięknym truizmem), przede wszystkim jednak za inteligencję, z jaką rozprawiają się z polskością ze sztandaru i historii. Z hipokryzją - niezwykle celnie śpiewa o niej męskie trio z lampą (Bulanda, Cieluch, Krzyk). Z marzeniami o lepszej, innej przyszłości.

Grupa zwiedzających-nawiedzających jakieś muzeum M3 zgrywa-odgrywa Polaków, wymieniając ich 'zalety'. Gdzieniegdzie pojawia się głos rozsądku - może by trochę uśmiechu pomiędzy goryczą, dumą i cierpieniem? A pytany o to, kim jest, anonimowy bohater (któż by inny w tej roli, jak nie Bogdan Grzeszczak) nie potrafi - mimo podpowiedzi - zadeklarować przynależności. Potem aktorki doskonale ironizują na tzw. dyżurne kobiece tematy, rewelacyjnie śpiewając. Zarówno krytykując tzw. tradycyjne modele płciowe, jak i podszczypując parasolkowe gesty. Wzruszająco i refleksyjnie robi się, gdy Firanka czystym głosem Anity Poddębniak nuci kolędę o kontroli (nie tylko) natury. Kulminacją spektaklu staje się chwila terapii. Gabriela Fabian zachęca najpierw sceniczną grupę, potem widownię do zmieszczenia Polski pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Błyskotliwa i mocna to propozycja sprecyzowania, na ile czujemy wspólnotę z innymi mieszkańcami swojego kraju, na ile czujemy się Polakami właśnie.

Ta pierwsza część sztuki - znakomicie napisana i wyreżyserowana oraz skomponowana i udźwiękowiona - to rozpędzony ekspres teatralnej maestrii, mądrze kabaretowy (nie szopkowy), na poziomie najwyższym. W drugiej części zmieniamy formułę. Rozmawiamy. Autorka (we własnej osobie Magda Drab) broni się przed pytaniami, oskarżeniami aktorów - owych tajemniczych wyspiańskich masek. Bo przecież nie wie, bo błądzi, bo musi się określić. I ten korowód życzeń, deklaracji, prawd-kłamstw też robi wrażenie. Do czasu. W końcu dłuży się. Nuży jego powtarzalność - choć forma to usprawiedliwiona przebiegiem polskich rzeczywistości, ciągle tych samych od wieków i pokoleń. Z semityzmem-antysemityzmem i katolickimi sprawami na czele.

Po 90 minutach premierowa publiczność - rzecz jasna - powstała z krzeseł. Nic dziwnego, robi wrażenie każdy element tego widowiska: aktorstwo, scenografia, ruch, muzyka. A ja zostałem raczej z pełnym szacunku niedosytem. Z powodu braku pomysłu na trzeci akt. Ten drugi - trochę różewiczowski, ktoś mówił nawet, że kantorowski - kończy się jakimś zwykłym 'a kysz' i nieodkrywczym apelem. Przydałoby się coś jeszcze. Co to by mogło być?

Autorka: Odp..... się ode mnie! A kysz!
Światła nie gasną, maski nie dają się przegonić, schodzą się na scenę. Wszyscy stają lub siadają w kręgu. I na przemian cytują fragmenty kanonicznych narodowych tekstów. Bez pompy, ale i bez zgrywy. Poważnie, współcześnie, normalnie. 'Testament mój', 'Do Matki Polki', 'Rotę', 'Transatlantyk'. Etcetera. I na finał serdecznie się śmieją, jak przyjaciel do przyjaciółki, Polka do Polaka. Ze zrozumieniem zrzucają ciężar, rozumiejąc też jego wartość. Zarażona widownia śmieje się tak samo.

Ale to już nie na ten spektakl, którego z kolei ogromną wartością jest zainspirowanie do zadania sobie samemu pytania o narodową tożsamość i identyfikację. Jaka będzie Wasza odpowiedź? Ile procent Polaka/Polki zawiera Wasz człowiek?
GCH
...
WYZWOLENIA, tekst Magda Drab, z inspiracji dramatem Stanisława Wyspiańskiego, reżyseria Piotr Cieplak, scenografia Andrzej Witkowski, muzyka Paweł Czepułkowski, Michał Litwiniec, ruch Leszek Bzdyl. Premiera na Scenie Gadzickiego 16 marca 2019, rząd II, miejsce w środku

Thursday, February 14, 2019

DON GIOVANNI (Opera Wrocławska)


Plakat do przedstawienia sugerowałby dwoistość, ludzkiej natury, psychiki, podwójność także sztuki (dramma giocoso, tragikomedia). Na dopowiedzianych a priori sugestiach się kończy. Bo nie jest to, niestety, dobry spektakl. Przez jeden niemądry inscenizacyjny pomysł reżyser zabił dramat, jaki z tej opery Wolfganga Amadeusza - zwłaszcza w dzisiejszych czasach - powinno się wydobyć. Oglądałem to trzygodzinne dziwowisko znudzony jak nigdy. To sztuka, by tak znakomite dzieło tak zepsuć. Przeniesienie akcji do domu wariatów umieszczonego w gigantycznej bibliotece - aby pensjonariusze mogli odgrywać książkowe przygody - sprawia, że los poszczególnych bohaterów jest nam obojętny. Nie ma szans na przejęcie, gdy nie uświadczymy choćby grosza realizmu. Morderstwo z początku stawia zaledwie pytanie: jak można kogoś uśmiercić podobnym kawałkiem plastiku? Niemożliwe żeby po takim ciosie pojawiła się taka plama. Chyba że była wcześniej przygotowana, bo - na przykład - to element terapii pacjenta. No ale pomysł tego rodzaju musiałby zostać inaczej wykonany, trzeba by wejść w szaloną konwencję farsy, co 'Don Giovanniemu' pewnie też na dobre by nie wyszło. Mariusz Treliński w poprzedniej (dell'artowskiej) wersji tej opery (premiera odbyła się we Wrocławiu jeszcze w tej dekadzie, więc po co robić nową, gorszą tak szybko?) próbował różnych klimatów, ale jednak zachował mrok finału. Tutaj o żadnym mroku mowy nie ma (finał śmieszy). Chór gdzieś na marginesach nieustannie podryguje w psychiatrycznych konwulsjach, a śpiewacy - cóż - chyba nie bardzo wiedzą, co robić. Co z tego, że Tomasz Rudnicki bardzo porządnie śpiewa, skoro ani przez chwilę nie czujemy do tego intryganta nic, ani negatywnych, ani pozytywnych emocji. Zerlina Iwony Handzlik nijak nie uwodzi, Ottavio Jędrzeja Tomczyka to statysta, Leporello Marco Camastry wypada szkolnie. Zająć uwagę potrafią tylko Donny Anna i Elwira (Tatiana Gavrilowa, Bożena Bujnicka), jedynie im udaje się wyjść poza ramy jednowymiarowej inscenizacji i przytłaczającej scenografii, nawiązując relację z szukającym czegoś innego niż rozrywki widzem. Słyszałem, że pierwsza obsada lepiej sobie radziła, ale czy można uratować tak chybiony pomysł na całość? Od wizyty na tym 'Don Giovannim' w teatrze wolę płytę.
[0-6] > **
GCH
...
W.A.Mozart, L.da Ponte DON GIOVANNI, reż. A. Heller Lopes, kier.muz. M.Nałęcz-Niesiołowski, 10.02.2019, balkon I, rząd 3, miejsce H

Sunday, December 16, 2018

HALKA (Opera Wrocławska, reż. Grażyna Szapołowska)


Grażyna Szapołowska otwarcie deklarowała przed swoją inscenizacją ‘Halki’, że chce się skupić na emocjach i uczuciach wiążących kwartet głównych postaci. Co zrobiła i czym wygrała, choć jedenasta wrocławska wersja najpopularniejszego dzieła Stanisława Moniuszki nie jest wolna od zaniedbań.

Ale nie chodzi tu na pewno o brak pogłębienia prostej fabuły o wątki społeczno-klasowe, one jednak wybrzmiewają, zgodnie z librettem, któremu Szapołowska pozostaje wierna. Niektórzy zwracali na to uwagę w antrakcie, ja – przyznam szczerze – nigdy oglądając ‘Halkę’ jakoś nie przyznawałem temu zagadnieniu szczególnego znaczenia. Zawsze była to dla mnie historia nieszczęśliwie zakochanej i uwiedzionej dziewczyny. Dlatego wybór reżyserki szanuję i akceptuję, choć, powtarzam, i na społeczny element znalazł się czas. Nie chodzi mi również – mówiąc o niedociągnięciach – o słuszność czy niesłuszność prezentacji filmu podczas preludium do drugiej części. Wideo nakręcone na ulicy Świdnickiej przedstawia zagubioną w dużym mieście dziewczynkę z psem, w pewnej chwili zauważa ona budynek opery, wchodzi i zaraz widzimy ją na scenie live zachwyconą, już bezpieczną w świecie sztuki. Ładny to akcent, łączący nieco – przyznajmy – zramociałe dzieło ze współczesnością, tę dziewiętnastowieczną Halinę z jej dzisiejszym odpowiednikiem. Szkoda, że nie poszła tym tropem Szapołowska mocniej, powinien pojawić się bowiem jeszcze jeden film do wyemitowania na uwerturze. Zamiast nieszczęsnych podrygów tancerzy przebranych za szczury (zwierzęcy motyw zresztą okazał się chybiony, sztuczny, w drugiej części niemal nieobecny).

Choreografia to zdecydowanie najsłabszy punkt spektaklu. Szkolna, we wspomnianym wstępie wręcz przedszkolna (bardzo drażnią te naśladowcze łapki zwierząt). Mazur wypada najwyżej przeciętnie, a popisy góralskie wręcz urągają umiejętnościom wrocławskiego corps de ballet. Nic nowego, nic trudnego. I jest to – mam nadzieję – nauczka dla reżyserki, która przyznała, że nad choreografią nie miała kontroli. Dlaczego? Biorąc odpowiedzialność za inscenizację, trzeba zająć się każdym jej miejscem, bo każde jest czułe.

Podobała mi się scenografia (Brage Martin Jonassen), dobrym pomysłem okazał się efekt trójwymiarowości, osiągnięty z sukcesem, górskie pejzaże robią wrażenie (projekcje: Piotr Maruszak). Tradycyjne kostiumy nie rażą w takim kontekście, bo udało się zachować wizualną równowagę. Za to niepotrzebne wydają mi się symbole: krzyż i rzeźba Matki Boskiej z Dzieciątkiem wysyłane na scenę jak desant przestarzałej scenograficznej armii. Pewnie intencją było domknięcie stron dekoracji (i podkreślenie efektu przestrzenności), wyszła zbędna i tania dosłowność. A już zupełnie bezsensownie Jontkowi w pięknej arii towarzyszy wielki plastikowo-koronkowy medalion, może i symboliczny, lecz przyszyty, osłabiający koncentrację na emocjonalności pieśni. Nie trzeba na siłę pomagać artystom i libreciście, czasem warto ich sztukę zostawić w spokoju, dbając o detale interpretacyjne.

I taką pracę reżyserską widać zwłaszcza w scenach kameralnych, gdzie mogą się popisać wokaliści, wiarygodnie wcielający się w swoje postaci. Najlepsza scena? Przedślubna. Zestawienie Halki z Zosią, która – orientując się w występku przyszłego męża – współodczuwa z oszukaną konkurentką, zdejmując weselne szaty. Do ślubu pójdzie ubrana prosto, w identycznym stroju, w jakim od początku widzimy Halkę, na znak solidarności z losem kobiet. Odważne jest też zakończenie, zmienione przez Szapołowską, logiczne, wywiedzione z libretta, sprytnie (acz niebłyskotliwie) rozegrane i w sumie działające. Nie zdradzę go, przeczytacie o nim z pewnością w innych recenzjach – ja, jak zwykle, do takiej recenzenckiej niegodziwości się nie posuwam.

W pierwszej części orkiestra pod kierownictwem Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego grała za głośno, nie przebijał się chór (wiemy przecież, że w Operze Wrocławskiej doskonały), bez zerkania na napisy nie zrozumielibyśmy, o czym się śpiewa również w duetach i tercetach. Ale w drugiej części muzycy ściszyli wolumen, dzięki czemu pięknie zaistnieli soliści. Joanna Zawartko nadzwyczajna, wzruszająco wyrażała dramat tytułowej bohaterki, a Jontek Yurego Horodeckiego jako postać liryczna to pewna nowość. Jego aria ‘Szumią jodły’ zapada w pamięć właśnie dlatego, że jest śpiewana z rzeczywistym zrozumieniem tekstu, dzięki mocno zbudowanej roli przyjaciela dziewczyny, która wybrała innego. Aktorsko słabiej poradził sobie Szymon Mechliński (Janusz), nazbyt zajęty bardzo dobrym wykonywaniem tej partii, mniej poświęcający się zadaniom pozamuzycznym. Zosia Karoliny Filus mniej ma do zagrania, lecz to, co się dało z tej partii wycisnąć (zwłaszcza że reżyserka wymyśliła dodatkową możliwość), utalentowana sopranistka wycisnęła.

Grażyna Szapołowska – to było największym znakiem zapytania przed premierą – poradziła sobie z materią dla niej nową. Debiut reżyserski należy uznać za udany, powiem nawet, że w tej funkcji świetna aktorka prawdziwie rokuje. W przyszłości jednak musi zapanować nad całością teatralnych elementów, wtrącić się i do choreografii. No i: niech soliści nie śpiewają tak obficie zwróceni do publiczności, kiedy ze sobą prowadzą rozmowę. Zwłaszcza w scenach-dialogach wskazana byłaby konsekwencja. Opera to gatunek silnie skonwencjonalizowany, lecz nie niepodatny na zmiany. Ciekawy jestem czerwcowej ‘Traviaty’, którą Grażyna Szapołowska wystawi – zdaje się – najpierw na Placu Wolności, a potem też przy Świdnickiej.

[0-6] -4
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
Stanisław Moniuszko, Włodzimierz Wolski HALKA, reż. G. Szapołowska, kier. muz. M. Nałęcz-Niesiołowski, 14 grudnia 2018, balkon 1, rząd I, miejsce 8

Thursday, December 13, 2018

PREZYDENT. RAFAŁ DUTKIEWICZ (nie tylko) o Wrocławiu


Mniej więcej w 2002 roku zacząłem myśleć o zamieszkaniu we Wrocławiu. Dojeżdżając wtedy okresami z Rzeszowa do pracy w radiu i nauki na uniwersyteckiej anglistyce. Czyli wtedy, gdy Rafał Dutkiewicz rozpoczynał swoje 16-lecie jako prezydent miasta, po wygraniu pierwszych powszechnych wyborów na to stanowisko. Dlatego książka pod tytułem 'Prezydent' ma dla mnie także znaczenie wspomnieniowe i osobiste, i prowokowała do sentymentalnych wycieczek zupełnie (choć może pozornie zupełnie) z nią niezwiązanych. Bo jest ten wywiad-rzeka - oczywiście i głównie - opowieścią o tym, jak budowano Wrocław w ciągu tych lat, przepisem na sukces miasta, ale i historią człowieka: odważnego, z wyobraźnią, bystrego i światowego. Którego nie byłoby, gdyby nie piękne dzieciństwo w Mikstacie, gdyby nie właśnie historia, to miejsce i ten czas.

Maryla Rodowicz śpiewała kiedyś taką piosenkę: 'Ja to mam szczęście, że w tym momencie żyć mi przyszło...'. Pojawiają się w rozmowie, doskonale poprowadzonej przez Jacka Antczaka, wydarzenia i nazwiska kluczowe dla dziejów kraju nad Wisłą i Odrą. Od kardynała Gulbinowicza, Władysława Frasyniuka po Mateusza Morawieckiego. Jest Tusk, wicewojewoda Schetyna, jest Mario Kamiński (tak, szef służb specjalnych użyczał Dutkiewiczowi warszawskiego adresu, gdy ten pracował jako headhunter). Wspomina prezydent swój sztab z wyborów 2002, tworzony wespół w zespół przez późniejszych antagonistów politycznych: Protasiewicza, Jackiewicza czy Adasia Hoffmana. W relacji bohatera tej książki występują jako przyjaciele i znajomi, często nazywani zdrobniale, nawet ksywką. Więc musi dojść w czytelniczym odbiorze do głosu ta refleksja o przedziwnym, może i ludzkim, lecz jednak przedziwnym, podzieleniu niegdysiejszej - symbolicznie ujmując - solidarnościowej rodziny. Niby rzecz dziś banalna, a ciągle robi wrażenie. Zwłaszcza że w kontekście naszych prywatnych żyć pewnie tożsama. Co się z nami dzieje, co się musi stać, że bliscy współpracownicy już nie współdziałają, kiedy wspólnej sprawie brakuje wroga lub po prostu upływa szybko czas, w grę wchodzą ambicje i interesy. Odwieczny mechanizm.

I to spora siła książki Dutkiewicza/Antczaka (skłonienie do zadumy), inspirująca spojrzenie na minione polskie dekady z perspektywy zarówno konkretnego losu, jak i zbiorowego doświadczenia (lub odwrotnie). Którego każdy będzie miał własną wersję. Inaczej opowie te 16 lat krytykowany tu dość otwarcie Bogdan Zdrojewski, inaczej czyni to Rafał Dutkiewicz. Zwłaszcza w tych miejscach, kiedy wygłaszane są opinie. Adam Chmielewski z pewnością odmiennie widzi swój udział i brak w obchodach Europejskiej Stolicy Kultury. Inne będą spostrzeżenia aktywistów miejskich, inne urzędników. Ustępujący prezydent jest w wypowiedziach szczery (na ile ma na to ochotę i na ile uda się go zachęcić przez dociekliwego dziennikarza-współautora), nie udaje też skromnego. O niektórych wydarzeniach trudnych woli nie mówić. Jak o słynnym wypadku na Ostrowie Tumskim czy o relacji z byłym zastępcą Michałem Janickim. Szybko ucina ten wątek.

Dutkiewicza wersja opowieści o Wrocławiu jest atrakcyjna, bo - poza tym wymiarem szerszym - dla wielu odbiorców może najciekawsza w 'Prezydencie' będzie księga anegdot i zakulisowych smaczków, jakimi sypie z prezydenckiego rękawa. Zaczyna się od znajomości z Tadeuszem Różewiczem, któremu za pierwszej kadencji Dutkiewicza miasto ofiarowało willę przy ulicy Promień, kończy wyborem fraszek, z których prezydent słynie, choć myślę, że nie we wszystkich kręgach. Ta podzielona na 15 rozdziałów (plus suplement i fotografie), mniej więcej chronologiczna w narracji, książka prezentuje niezaskakujący portret mocnej osobowości, człowieka pełnego wdzięku, a przy tym sprawnego gracza polityczno-publicznego, specjalistę w samorządowym fachu. I może przynosi też informację-deklarację co do przyszłości Rafała Dutkiewicza? 'Zawodowo zajmowałem się Wrocławiem, a hobbystycznie pewnymi projektami politycznymi i jakbym dzisiaj miał do tego wrócić, to bym tego nie robił - wyznaje, później dodając zdanie o dużym poziomie spełnienia jako 'tylko prezydent Wrocławia'. Czy oznacza to odejście z aktywnego życia społeczno-politycznego, czy jednak przeciwnie? Teraz, kiedy już nie urzęduje w ratuszu, ma szansę rzucić się stuprocentowo w wir ogólnopolski i europejski. Fragment powyższy sugerowałby chyba Dutkiexit, ale... Wkrótce zobaczymy, jak będzie, na razie czytamy barwną i rajcowną książkę - relacjonującą to, jak było. Według Rafała Dutkiewicza.

.......................................
Jacek Antczak, Rafał Dutkiewicz Prezydent. Rafał Dutkiewicz (nie tylko) o Wrocławiu, Wydawnictwo Nieoczywiste, 2018

Wednesday, December 5, 2018

GISELLE (Opera Wrocławska)


Wrocławska 'Giselle' jest zanadto i za płytko zapląsana w pierwszej części, na szczęście w drugiej zwycięża taniec na wysokim poziomie, chwilami akrobatyczny.
Kiedy Giselle wariuje z miłości oszukanej i żegna się z życiem, my żegnamy się wreszcie z przedszkolną pantomimą, z zamaszystymi gestami rąk, z minami rodem z niemego kina. Nie lubię gdy balet wchodzi na to pole minowe. Tancerze nie są mimami, tak jak mimowie nie są artystami baletu. Jedni i drudzy władają innymi środkami, stąd i gatunkowe różnice. Tak, wiem, że libretto pierwszego aktu jest - delikatnie mówiąc - naciągane, ale od czego mamy inwencję. Doceniam pojawiające się sygnały choroby bohaterki, uwiarygodniające jej szaleństwo z dość błahego impulsu. Może należałoby właśnie tym tropem pójść mocniej zamiast reprodukować przeciętną choreografię tej części w skromnej, bajeczkowej scenerii. Pląsy, pląsy i tyle.
Ale - jak napisałem wyżej - po antrakcie mamy rasowy balet, zatańczony doskonale. Nikt się już tutaj - w świecie pozagrobowych willid - nie uśmiecha, lecz każdym ruchem wyraża napięcie baśni, już nie bajki. Nie przeszkadza nam pusta scena. Mitra - nieugięta królowa tego towarzystwa (Hannah Cho) pięknie wypada w tańcu solowym, zbiorowy imponuje, fascynuje nas przeniesiona w byt-niebyt bohaterka (cudowna Natsuki Katayama), wreszcie spóźniona miłość nieszczęsnej pary (Łukasz Ożga w znakomitej formie). Ich pas de deux to świetna robota. Nic jednak nie poradzę, że ogląda się ten spektakl bardziej jak galę baletową niż balet romantyczno-dramatyczny. Dlaczego jedno z bohaterów znika za kulisami, gdy drugie ma moment solowy? Nie tęsknią do siebie tak mocno? Przydałby się reżyser, oprócz choreografek, które wrocławski ensemble przygotowały - do tańca - bardzo dobrze. Jest dyscyplina, jest polot. Uznanie należy się i orkiestrze pod wodzą Rafała Karczmarczyka. Przemelodyjnej muzyki Adama słuchało się z przyjemnością. Zatem: ta - klasyczna do bólu - wersja 'Giselle' nie porywa, w pierwszym akcie wręcz nudzi, za to drugi warto zobaczyć dla zaprezentowanej na europejskim poziomie sztuki tańca. Z naprawdę trudnymi figurami wszyscy radzą sobie perfekcyjnie. Ale gwiazda wieczoru jest oczywiście jedna. Natsuki Katayama to tancerka-zjawisko. Nawet gdy inscenizacja nie przynosi satysfakcji. [0-6] 4
GCH
A. Adam GISELLE, opracowanie i realizacja choreograficzna Ewa Głowacka, Zofia Rudnicka, Opera Wrocławska, 4.12.2018, balkon I, rząd 1, miejsce 14