Thursday, April 21, 2016
Silesius dla Kornhausera
W maju na corocznej gali laury za całokształt twórczości odbierze Julian Kornhauser. Tak zdecydowali jurorzy Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. To naprawdę znakomity wybór. Wzruszające wiersze. Tak, przede wszystkim wzruszające. Przypomnijcie sobie: 'Moja kochana mama', a nawet 'Moja żona śpi, Iljiczu' z Leninem wychodzącym na palcach z pewnego domu. Albo 'Było minęło' o szczelinach pomiędzy. A wiersz 'Księgarnie'? 'W księgarniach nie ma już duszy', ale 'książki/ogrody zapuszczone złe z kłującymi kolcami głogów/wchodzę w nie ryzykując/i pożera mnie dziki śpiew stronic'. Jest w poezji Kornhausera sporo z Różewicza, pobrzmiewa Herbert (nie może być inaczej w przypadku Nowej Fali), jest też ten 'dziki śpiew', który z poety tworzy artystę, żeby nie powiedzieć pisarza i Człowieka. Pisze Kornhauser: 'Jestem tu na swoim miejscu,/choć daleko od siebie'. Tak się już dzisiaj, niestety, nie pisze i nie wie się tyle o świecie i sobie, o 'zjadaczu kartofli'. Czytajcie Kornhausera, nie pożałujecie./GCH
PO BURZY (Teatr Muzyczny Capitol)
P O B U R Z Y
P jak Polski hejt
Agata Duda-Gracz w tym spektaklu radykalnie przeobraża Szekspirowskie dzieło we współczesny antymanifest, ostrą krytykę tzw. polskiego hejtu, wspólnot opartych na krytyce i negacji, a także manipulacji relacjami międzyludzkimi, społecznymi. I mocno to czasem wybrzmiewa. Wszyscy jesteśmy hejterami - sugeruje reżyserka - lub nas na hejterów przerobią nasi ojcowie i matki, sąsiedzi i pracodawcy, współmieszkańcy wyspy zwanej Ziemią - takie przesłanie kołacze mi się po głowie po ponad dwóch godzinach spektaklu (i ponad dwóch dniach też).
O jak One
Aktorki są w tym spektaklu fantastyczne (przymiotnik Krystyny Meissner). Emose Uhunmwangho, Justyna Szafran, Ewelina Adamska-Porczyk, Helena Sujecka dają PO BURZY naprawdę wiele. Znakomicie napisany tekst intelektualnej tresury córki znajduje doskonałą interpretację dzięki Justynie Szafran. Nie tylko słowem, lecz całą sobą jest Szafran wcieleniem Mirandy wcale nie naiwnej, przeciwnie: dobrze zdającej sobie sprawę, co się tam na tej wyspie-mieszkaniu dzieje. Ariel Eweliny Adamskiej-Porczyk to ktoś przede wszystkim chyba bezradny w świecie wymyślonym przez kogoś innego, wykonujący obowiązki i oszukany na końcu. Przejmująca to rola. Podobnie jak pijaczka z duszą i żalem: Helena Sujecka ma bardzo trudne aktorskie zadanie grania postaci mówiącej mało, istniejącej ciągle. Robi to cudownie, przypominając także w teatrze (po świetnej roli w Muzeum Marzeń), jak znakomitą jest artystką. A to, co się dzieje w scenie rozpaczy pani Kalibanowej... PATRZ litera U.
B jak Burza
Ile jest w przedstawieniu Agaty Dudy-Gracz z BURZY Shakespeare'a? I dużo, i mało. Czy duch schyłkowej twórczości Stradfortczyka się tu odnajdzie? Litera na pewno nie, bo to tekst napisany od nowa. Są cytaty, ale wolność tworzenia przeważa absolutnie nad tym, co znane. Piosenki Prospera (mocno przekonujący zwłaszcza na początku Zbigniew Ruciński) nie usłyszymy, a w zamian - hm - otrzymamy raz błyskotliwe, raz odgrzewane, raz twórcze i dotkliwe, raz powierzchowne i powtórkowe. Nie zaufała reżyserka-scenarzystka Williamowi, buntując się przeciw - jej zdaniem - błahej opowieści. W tej pozornej błahości jednego z ostatnich tekstów Shakespeare'a tkwi siła, jakiej w efekcie brakuje spektaklowi: wielowymiarowości. Wszystko dzieje się u Agaty Dudy-Gracz w głowie Prospera - pięknie, tylko czemu akurat ta głowa została ukierunkowana tak jednotorowo? Nie ma pogodzenia ani przebaczenia, tych chyba najważniejszych Burzowych dojść. Bez nich ani BURZA, ani tym bardziej PO BURZY coś istotnego traci.
U jak Uhunmwangho
Od kiedy pojawiła się sto kilka przedstawień temu w obsadzie HAIR i w Capitolu w ogóle, wiedzieliśmy, że mamy diament. Wokalna petarda z rzadka wchodziła dotąd w konszachty z aktorstwem. Widywaliśmy przebłyski i satysfakcje, ale w PO BURZY jesteśmy świadkami narodzin Aktorki, która zbudowała się z epizodów capitolowych, ale też pamiętamy jej znaczącą obecność w pamiętnym - zobaczonym podczas festiwalu Dialog w Browarze Mieszczańskim - EXHIBIT B. I tu, i tu Emose Uhunmwangho potrafiła stworzyć kreacje poruszające. W tzw. międzyczasie była i pyszna partia w NINE.
R jak Rozbitkowie
Właśnie rozbitków mi w tym przedstawieniu żal najbardziej. Bo aktorzy są przedni, grają z nut, tylko nie mają co grać. W tym - środkowym - etapie spektaklu dzieje się nie najlepiej. Zamiast dramatu obserwujemy letni teatrzyk solowych wystąpień niepotrzebnych, niewiele dodających do brzmienia całości. Leszczyński, Maciejewski, Picher, Woubishet - świetni, ale w jakiej sprawie?
Z jak Zapowiedź
Znalazło się w tym spektaklu miejsce - niemałe - na nawiązania do MABKETA, dla Agaty Dudy-Gracz najwybitniejszej (wraz z HAMLETEM) sztuki Shakespeare'a. Korony ze złotka zakładają Prospero i państwo Kalibanowie, zniewoleni z powodu biedy, nawet łaknący zniewolenia kogoś od nich niżej usytuowanego, tzw. zwykli obywatele. Emose Uhunmwangho z Cezarym Studniakiem zakalibanowują Scenę Ciśnień na długi moment i jest to również chwila podziwu dla ich aktorskiej charyzmy. MAKBETA mamy zobaczyć za rok, z Magdą Kumorek i Cezarym Studniakiem w rolach głównych. I będzie to Shakespeare, prawdopodobnie bez skreśleń.
Y jak Yyy
Z oceną spektaklu jestem w kropce. Po niezwykle silnym, ekspresyjnym, skondensowanym początku, napięcie mocno siada. To, co wisiało u Shakespeare'a na włosku, tutaj jest od początku zdecydowane. OK, rozumiem wizję interpretatora (interpretatorki), zwykle ją w ciemno i bez szemrania kupuję, tym razem jednak na pytanie, czy mnie porwała, czy nie, odpowiadam: yyy.
0-6: 4
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Agata Duda-Gracz PO BURZY, spektakl inspirowany sztuką W. Shakespeare'a, reż. A. Duda-Gracz (arcydzielna jest jej scenografia), Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień, 8 kwietnia 2016, rząd VIII, miejsce 16
Sunday, March 6, 2016
GARNITUR PREZYDENTA (Wrocławski Teatr Współczesny)
PUNKT WYJŚCIA
Podczas oficjalnej uroczystości państwowej, więcej, gdy brzmi hymn narodowy, ptasie odchody znajdują przystań na garniturze polskiego prezydenta (nieważne którego). Po czym poznajemy kilka postaci zamieszkujących toitoie. Z toitoiów przewróconych, toitoiów-grobów wychylają się jeszcze Mickiewicz (zrobiony na śmiesznie, wiec smacznie) i Słowacki (tak niesprawiedliwie pompatyczny, że zbiera na mdłości). Biały proszek, który gra z początku ptasią kupę, w finale stanie się już symbolem śmierci, pewnie może się też skojarzyć z kolorem słynnej brzozy, bo Anna Kowalska (żona kowala) powtarza, że słowo zamach ma dla niej atrakcyjne brzmienie. Nie najgorzej taki opis spektaklu brzmi?
MIĘDZY MADONNĄ A LEWYM
Rzeczywiście, jest w dość pojemnym i językowo ciekawym tekście Maliny Prześlugi potencjał na niezły teatr, może nie jakiś odkrywczy (co można o Polsce i Polakach nowego napisać), ale zabawny, momentami dotkliwy, a w końcu i wzruszający, materiał na przypominajkę o tym, jacy jesteśmy nie tylko tu i teraz. Z uwzględnieniem fragmentarycznej mowy, jaka jest w medialnym i ludzkim użyciu, zwróceniem uwagi na drugoplanową rolę kobiet w społeczeństwie. Lecz trzeba przy inscenizacji - paradoksalnie to ujmując - i kombinować, i nie kombinować. Czyli wyprodukować tyle scenicznych pomysłów, ile się da, decydując się wszakże iść z tekstu szansą, na odlot, odjazd, coś jak kabaret (voltaire). Tymczasem Cezary Iber wyrzucił ze spektaklu scenę z piosenką disco polo (pokazaną podczas premierowego wieczoru na bis). A właśnie nie powinien. Powinien brnąć w stylistyczne ryzyka, na tej samej zasadzie na jakiej polski dom zawiera się między obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej a plakatem z Robertem Lewandowskim (w barwach Bayernu Monachium), między prawym a lewym. Za scenografię należą się zresztą największe brawa Michałowi Araszewiczowi. Po feerii gagów końcowy 'Katechizm polskiego dziecka' Bełzy (wypowiedziany przez czującego scenę małego Ernesta Lisowskiego) złapałby za gardło.
MIMO
Zabrakło twórcom tego przedstawienia po prostu decyzji, w którą stronę iść. Zatrzymali się pośrodku i publiczność teatralnego środka pewnie to doceni. Ja na takich seansach ziewam. Zwłaszcza w mało przekonujących chwilach pantomimicznych. O Polsce i Polakach więcej mówi ciągle pokazywany na Scenie na Strychu TRANSATLANTYK. Drugi raz na Gombrowicza w wersji Tumidajskiego chętnie pójdę, na Prześlugę w ujęciu Ibera nie. Mimo muzyki Macieja Zakrzewskiego, mimo pysznego Krzysztofa Kulińskiego-Mickiewicza, dynamicznej Dominiki Majewskiej (jeszcze PWST) czy pełnego właściwości człowieka-nikt Krzysztofa Boczkowskiego, bardzo dobrej Eweliny Paszke-Kowalskiej, intrygującej Jolanty Solarz w roli rozwieszającej zdjęcia zaginionego męża Pani Słowikowej.
Ocena (0-6): 3,5
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
M. Prześluga GARNITUR PREZYDENTA, rez. C. Iber, Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena, rząd V, miejsce 1
PS
I jeszcze jedno. Prapremiera GARNITURU PREZYDENTA to jeden z punktów programu teatralnego Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Ujęty także w oficjalnym kalendarzu jako jeden z dwóch akcentów ESK na dzień 5 marca. Kiedy się wchodzi do Współczesnego, nie czuje się zupełnie, że jesteśmy w Europejskiej Stolicy Kultury, nie ma natychmiast zauważalnego plakatu, pieczątki, symbolu tego podobno najważniejszego w dziejach powojennego Wrocławia wydarzenia. Gospodarzem ESK miasto będzie jeszcze przez 10 miesięcy, jest nim od dwóch. Trudno to dostrzec. Nie tylko idąc do teatru.
Sunday, February 21, 2016
DZIADY (Teatr Polski we Wrocławiu)
Na finał brawa bili widzowie aktorom i realizatorom spektaklu, ci zaś publiczności, która niemal w komplecie dotrwała do końca prawie piętnastogodzinnego (z kilkoma przerwami, w tym dwoma godzinnymi) teatralnego maratonu. Nie była to jednak żadna szkoła przetrwania, lecz artystyczna uczta, jakiej się nie zapomina do końca życia. W Teatrze Polskim we Wrocławiu mieliśmy do czynienia ze światowej klasy przedstawieniem opartym na jednym z najdziwniejszych dramatów światowej literatury, ale też - to nie mniej ważne - z nieczęstą w dzisiejszym teatrze relacją wspólnotową, jaka wytworzyła się między sceną a widownią. O to chyba zresztą Mickiewiczowi chodziło, gdy pisał wszystkie swoje najważniejsze dzieła.
Ale wspólnoty odbioru tej wersji DZIADÓW zapewne nie będzie, nie każdy bowiem potrzebuje odbrązowionej, odspiżowionej literacko-teatralno-narodowej legendy tego tekstu. Mimo że Michał Zadara z zespołem pozłotę tradycji wykonywania wieszczowego dzieła zeskrobują mądrze, oddając autorowi to, co królewskie. Mamy tu - i to wyraźnie widać w przypadku całości zaprezentowanej w jeden dzień - opowieść epicką, pełną rozmachu, a jednocześnie sięgającą po intymność, liryzm, tragikomedię, śmiech. I właśnie z tym lejtmotywem zgrywy, dystansu, luzu będzie wielu widzom najtrudniej się pogodzić. Bo Dejmek, Swinarski, Braun, Konwicki, Trela, Holoubek, świętość.
Zgrywa zaproponowana przez Zadarę jest oczywiście pełna szacunku i dla Mickiewicza, i dla ludzi (człowieka), których autor sportretował, nie chodzi jedynie o żart dla żartu (choć i takie momenty się w spektaklu zdarzają). Taki zabieg inscenizacyjny pozwala zabrzmieć DZIADOM w uchu współczesnego młodego odbiorcy, no i przede wszystkim zrównoważyć akcenty utrwalone w 115-letniej tradycji ich wystawiania. Nie dla każdego DZIADY są narodową ikoną, kręgiem mistycznego wtajemniczenia w wyższą prawdę. Takie ujęcie tworzy często mur nie do przebrnięcia dla lekturowych czytelników nie tylko romantycznych klasyków. Są tutaj chwile, kiedy należy się pośmiać, są te, gdy się wzruszamy, i takie, kiedy pojawia się w głowie pytanie o nadmiar w genialnej Mickiewiczowskiej frazie.
W sobotę 20 lutego w Teatrze Polskim zobaczyliśmy znane już z wcześniejszych premier dwie odsłony DZIADÓW w lepszej niż kiedyś, bardziej zwartej, pewniejszej, okrzepniętej wersji. Lepiej widać sceny filmowane noktowizorem w ciemnościach podczas obrzędu, dużo przyjemności sprawia porównywanie aktorskich interpretacji poszczególnych kwestii. Proszę zauważyć, jak bawią się swymi monologami Mariusz Kiljan i Bartosz Porczyk, jak uwielbia rolę Pasterki Sylwia Boroń, jakie żarliwe emocje potrafi wykreować za każdym razem Cezary Łukaszewicz, jakim Neronem jest Nowosilcow Wiesława Cichego. Zwróćcie uwagę na drugi plan, na uczestników obrzędu, sekretarzy senatora, balowiczów i salonowców, na dresiarską młodzież. Maestria i jeszcze raz maestria.
To, co nowe w tym roku w Zadarowych DZIADACH to DZIADÓW CZĘŚCI III USTĘP w stylu imponującego, wkręcającego multimedialnego jam session, w wykonaniu aktorów pod kierownictwem Justyny Skoczek, oraz niezwykle zabawne OBJAŚNIENIA w formie przyspieszonych powtórkowych scenek z komentarzem świetnej narratorki Anny Ilczuk. Także nowi liderzy scenicznych wydarzeń nam się w tych fragmentach ujawniają. Jakub Giel przepysznie dopełnia galerię swoich wcieleń w różne postaci, prześmieszny jest Rafał Kronenberger jako znudzony wieszczowym wykładem perkusista, nieprzesadzone są brawa dla Dariusza Maja czy wspaniałej Moniki Bolly. A show - jak to nierzadko w sztuce bywa - kradnie Julia Leszkiewicz, kilkunastoletnia dziewczyna, z której bije aktorskie lśnienie.
W tak wystawionych DZIADACH radziłbym nie doszukiwać się na siłę ani uniwersaliów (choć są), ani nie zstępować zanadto pod skorupę. Raczej zanurzcie się po prostu, z całym dobrodziejstwem tego gospodarstwa w rzekę najlepszej pod słońcem poezyji, błyskotliwie zainscenizowanej i mistrzowsko zaprezentowanej przez artystów ze światowej ligi.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Adam Mickiewicz DZIADY - CAŁOŚĆ, reż. M. Zadara, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, 20.02.2016, rząd VIII, miejsce 1
Saturday, February 13, 2016
KONKURS, ALE PO CO? (Teatr Polski, Opera Wrocławska)
To, że urzędnicy dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego po macoszemu traktują kulturę, jest jasne od lat. W ciągu ostatniej dekady właściwie wszyscy wicemarszałkowie, którzy w swoich zadaniach mieli opiekę nad kulturą, od chodzenia do teatru, na koncert, do galerii woleli mecz tenisowy czy wyprawy w góry. Nic w tym złego, na zdrowie, ale...
Zarządzając jakąś dziedziną lokalnego życia, mając wpływ na losy i kondycje instytucji, trzeba tę dziedzinę czuć, mieć wiedzę, znać mechanizmy, przewidywać konsekwencje decyzji, no i przede wszystkim rozmawiać, konsultować, chcieć wiedzieć. Tymczasem zarząd marszałkowski przyjął po prostu bezwarunkową zasadę: wszędzie konkurs. W instytucjach artystycznych nie jest to absolutnie najlepsze rozwiązanie, przeciwnie: często słabość organizatora. Często też, niestety, konkursy bywają jedynie pozorem, bo i tak wiadomo, że ma wygrać kandydat już wybrany. Dziś - po obserwacji doświadczeń nie tylko wrocławskich i dolnośląskich instytucji - uważam, że konkurs należy ogłaszać wtedy, gdy brakuje pomysłu, jest konflikt w środowisku, dzieje się przesilenie albo wtedy, gdy zbyt wielu dobrych i dostępnych kandydatów mamy w głowie (i wiemy, że ci kandydaci przyjmą zaproszenie do rywalizacji na programy).
W kulturze liczy się budowany przez choćby kilka lat dorobek, biografia, pozycja. Tylko ktoś z osiągnięciami może przekonać zespoły artystyczne, zdobyć ciekawość i wstępne zaufanie widzów. Krystyna Meissner - autorka niekwestionowanego sukcesu Wrocławskiego Teatru Współczesnego w poprzedniej dekadzie - nie przyszła tam po konkursie, podobnie Konrad Imiela - stojący na czele obleganego przez publiczność i chwalonego przez krytyków Teatru Capitol. Nie przypominam sobie w ostatnich latach konkursu na szefa artystycznego Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Andrzej Kosendiak jako dyrektor Narodowego Forum Muzyki? Nikt konkursu na to stanowisko nie organizował. Z nominacji Piotr Oszczanowski został szefem Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Dorota Monkiewicz szefową Muzeum Współczesnego. Ewa Michnik pojawiła się w Operze Wrocławskiej nie dlatego, że aplikowała w konkursie.
Ludzie z nazwiskiem rzadko decydują się na procedury konkursowe. Oni nie muszą. Do rywalizacji o urzędnicze uznanie startuje wiele osób z ambicjami, niekoniecznie z autorytetem. Można sobie na wybór kogoś takiego pozwalać w przypadku mniejszych instytucji (dajemy szansę, która nie kosztuje wiele) lub tych pogrążonych w kryzysie (gorzej być nie może), lecz są sytuacje, kiedy konkurs z góry wydaje się pomysłem nadmiernie ryzykownym. Tak jest teraz we Wrocławiu. Mamy ceniony na świecie Teatr Polski, mamy Operę Wrocławską na wysokim poziomie. Oba przypadki inne.
Ewa Michnik ogłosiła swoje odejście już we wrześniu 2015 i doprawdy nie rozumiem, dlaczego zarząd nie kiwnął do tej pory palcem w tej sprawie. Nie słyszałem, żeby ktoś jeździł po świecie w poszukiwaniu następcy Ewy Michnik. W efekcie nowego dyrektora/dyrektorów poznamy za dwa, trzy miesiące, czyli kolejny martwy sezon przed nami, bo kontraktów na spektakle w tym świecie nie podpisuje się z kwartału na kwartał. Krzysztof Mieszkowski, szef Polskiego, chciałby zostać. Marne są na to szanse, bo zarząd najwyraźniej czeka do końca umowy z niewygodnym, kontrowersyjnym dyrektorem, dziś także politykiem. W Urzędzie Marszałkowskim nieraz chciano się Mieszkowskiego pozbyć z powodów finansowych. Mieszkowski trwał dzięki poparciu środowiska, zespołu, wynikom artystycznym. W końcu, przy udziale ministra kultury, ustalono kompromis: miał być w Polskim tandem i rozdzielenie funkcji naczelnego-artystycznego. Nic się jednak nie zadziało. Niech Mieszkowski dokończy kontrakt, a potem wybierzemy kogoś nowego. W przededniu takich wyborów jesteśmy.
Czy Krzysztof Mieszkowski na stanowisku dyrektora powinien zostać (do konkursu nie stanie)? Zdrowy rozsądek takie wyjście podpowiada jako jedno z dwojga. To drugie to przekazanie teatru przez być może coraz bardziej zajętego w Sejmie posła komuś, kto z Polskim jest związany, komuś z zespołu lub reżyserowi z Teatrem Polskim współpracującemu/współpracującej. Po co na siłę robić rewolucję w dobrze działającej maszynie? Doświadczenie z konkursem na szefa TP jest przecież kiepskie. To wprawdzie jeden z najlepszych teatrów w Polsce, lecz zbyt mała dotacja na gabaryty tej instytucji nie przyciąga idealnych kandydatów. Co innego stworzyć tu od czasu do czasu spektakl, co innego wziąć na barki codzienność.
Szczególnie dobrej myśli w tych sprawach nie jestem. Za późno to wszystko się rozgrywa, bez rozmów z zainteresowanymi (Rada Artystyczna Polskiego pisze w oświadczeniu, że zabiegała o spotkanie i była ignorowana, Ewa Michnik już we wrześniu sugerowała w wywiadzie dla Radia Wrocław Kultura szybki wybór następcy, powtarzając to potem kilkakrotnie). Jedno wiemy na pewno: znów kultura jest w dolnośląskim Urzędzie Marszałkowskim najwyraźniej na dalekim marginesie. Dowód? Na stronie umwd.dolnyslask.pl są zakładki z aktualnościami dotyczącymi poszczególnych pól działalności urzędu (stan na dziś: 13.02.2016). Zerknijmy: edukacja - ostatni wpis z 9 lutego 2016, rozwój obszarów wiejskich - 22 stycznia 2016, zdrowie - 1 lutego 2016, a kultura? 4 maja 2010. Tak. Tekst o laureatach przeglądu piosenki, wcześniej o tym, że marszałek jeszcze Łapiński zagrał 'Hey Joe'. Wtedy gitarowego rekordu nie pobito, za to rekord w braku kulturalnych aktualności na stronie urzędu wyśrubowano arcydzielnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Zarządzając jakąś dziedziną lokalnego życia, mając wpływ na losy i kondycje instytucji, trzeba tę dziedzinę czuć, mieć wiedzę, znać mechanizmy, przewidywać konsekwencje decyzji, no i przede wszystkim rozmawiać, konsultować, chcieć wiedzieć. Tymczasem zarząd marszałkowski przyjął po prostu bezwarunkową zasadę: wszędzie konkurs. W instytucjach artystycznych nie jest to absolutnie najlepsze rozwiązanie, przeciwnie: często słabość organizatora. Często też, niestety, konkursy bywają jedynie pozorem, bo i tak wiadomo, że ma wygrać kandydat już wybrany. Dziś - po obserwacji doświadczeń nie tylko wrocławskich i dolnośląskich instytucji - uważam, że konkurs należy ogłaszać wtedy, gdy brakuje pomysłu, jest konflikt w środowisku, dzieje się przesilenie albo wtedy, gdy zbyt wielu dobrych i dostępnych kandydatów mamy w głowie (i wiemy, że ci kandydaci przyjmą zaproszenie do rywalizacji na programy).
W kulturze liczy się budowany przez choćby kilka lat dorobek, biografia, pozycja. Tylko ktoś z osiągnięciami może przekonać zespoły artystyczne, zdobyć ciekawość i wstępne zaufanie widzów. Krystyna Meissner - autorka niekwestionowanego sukcesu Wrocławskiego Teatru Współczesnego w poprzedniej dekadzie - nie przyszła tam po konkursie, podobnie Konrad Imiela - stojący na czele obleganego przez publiczność i chwalonego przez krytyków Teatru Capitol. Nie przypominam sobie w ostatnich latach konkursu na szefa artystycznego Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Andrzej Kosendiak jako dyrektor Narodowego Forum Muzyki? Nikt konkursu na to stanowisko nie organizował. Z nominacji Piotr Oszczanowski został szefem Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Dorota Monkiewicz szefową Muzeum Współczesnego. Ewa Michnik pojawiła się w Operze Wrocławskiej nie dlatego, że aplikowała w konkursie.
Ludzie z nazwiskiem rzadko decydują się na procedury konkursowe. Oni nie muszą. Do rywalizacji o urzędnicze uznanie startuje wiele osób z ambicjami, niekoniecznie z autorytetem. Można sobie na wybór kogoś takiego pozwalać w przypadku mniejszych instytucji (dajemy szansę, która nie kosztuje wiele) lub tych pogrążonych w kryzysie (gorzej być nie może), lecz są sytuacje, kiedy konkurs z góry wydaje się pomysłem nadmiernie ryzykownym. Tak jest teraz we Wrocławiu. Mamy ceniony na świecie Teatr Polski, mamy Operę Wrocławską na wysokim poziomie. Oba przypadki inne.
Ewa Michnik ogłosiła swoje odejście już we wrześniu 2015 i doprawdy nie rozumiem, dlaczego zarząd nie kiwnął do tej pory palcem w tej sprawie. Nie słyszałem, żeby ktoś jeździł po świecie w poszukiwaniu następcy Ewy Michnik. W efekcie nowego dyrektora/dyrektorów poznamy za dwa, trzy miesiące, czyli kolejny martwy sezon przed nami, bo kontraktów na spektakle w tym świecie nie podpisuje się z kwartału na kwartał. Krzysztof Mieszkowski, szef Polskiego, chciałby zostać. Marne są na to szanse, bo zarząd najwyraźniej czeka do końca umowy z niewygodnym, kontrowersyjnym dyrektorem, dziś także politykiem. W Urzędzie Marszałkowskim nieraz chciano się Mieszkowskiego pozbyć z powodów finansowych. Mieszkowski trwał dzięki poparciu środowiska, zespołu, wynikom artystycznym. W końcu, przy udziale ministra kultury, ustalono kompromis: miał być w Polskim tandem i rozdzielenie funkcji naczelnego-artystycznego. Nic się jednak nie zadziało. Niech Mieszkowski dokończy kontrakt, a potem wybierzemy kogoś nowego. W przededniu takich wyborów jesteśmy.
Czy Krzysztof Mieszkowski na stanowisku dyrektora powinien zostać (do konkursu nie stanie)? Zdrowy rozsądek takie wyjście podpowiada jako jedno z dwojga. To drugie to przekazanie teatru przez być może coraz bardziej zajętego w Sejmie posła komuś, kto z Polskim jest związany, komuś z zespołu lub reżyserowi z Teatrem Polskim współpracującemu/współpracującej. Po co na siłę robić rewolucję w dobrze działającej maszynie? Doświadczenie z konkursem na szefa TP jest przecież kiepskie. To wprawdzie jeden z najlepszych teatrów w Polsce, lecz zbyt mała dotacja na gabaryty tej instytucji nie przyciąga idealnych kandydatów. Co innego stworzyć tu od czasu do czasu spektakl, co innego wziąć na barki codzienność.
Szczególnie dobrej myśli w tych sprawach nie jestem. Za późno to wszystko się rozgrywa, bez rozmów z zainteresowanymi (Rada Artystyczna Polskiego pisze w oświadczeniu, że zabiegała o spotkanie i była ignorowana, Ewa Michnik już we wrześniu sugerowała w wywiadzie dla Radia Wrocław Kultura szybki wybór następcy, powtarzając to potem kilkakrotnie). Jedno wiemy na pewno: znów kultura jest w dolnośląskim Urzędzie Marszałkowskim najwyraźniej na dalekim marginesie. Dowód? Na stronie umwd.dolnyslask.pl są zakładki z aktualnościami dotyczącymi poszczególnych pól działalności urzędu (stan na dziś: 13.02.2016). Zerknijmy: edukacja - ostatni wpis z 9 lutego 2016, rozwój obszarów wiejskich - 22 stycznia 2016, zdrowie - 1 lutego 2016, a kultura? 4 maja 2010. Tak. Tekst o laureatach przeglądu piosenki, wcześniej o tym, że marszałek jeszcze Łapiński zagrał 'Hey Joe'. Wtedy gitarowego rekordu nie pobito, za to rekord w braku kulturalnych aktualności na stronie urzędu wyśrubowano arcydzielnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Sunday, January 24, 2016
SILESIA,SILENTIA (Wrocławski Teatr Współczesny)
Wreszcie - po paru sezonach stanów średnich - we Współczesnym zdarzył mi się wieczór, który zapamiętam na lata. Może nie z wybitnymi kreacjami indywidualnych aktorów, lecz znakomitą grą zespołową, artystów, którzy zespoleni przez reżysera, wprowadzili widzów w stan euforii, zostawiając też miejsce na pospektaklową refleksję nad czasem, charakterami i historią. Ze sceny na scenę coraz głębiej zanurzałem się w metaforyczną opowieść o płaszczu, krawcu, duszy, nierozłącznej trójcy ludzkiego istnienia. Zafascynowany pojemnością tekstu, wciągnięty w wir inscenizacji.
Nie macie pojęcia, jak bardzo chciałbym tak wreszcie napisać o przedstawieniu Wrocławskiego Teatru Współczesnego i Marka Fiedora. Łaknę tego spełnionego wieczoru przy Rzeźniczej, dla siebie, widzów, dla aktorek i aktorów. Ale SILESIA,SILENTIA to spektakl tak daleki od powyższego akapitu, jak daleko z Wrocławia do Buenos Aires. Tekst Lidii Amejko jest wystudiowany, artystycznie nieświeży, lecz - mimo to - lepszy od tego, co zobaczyłem na Scenie na Strychu.
Zobaczyłem teatr retro, zapatrzony w siebie, teatr zaprzeszły, pozbawiony emocji, pełen skrótowości i umowności. Szczytową śmiesznością było nawet nie zabijanie z pistoletu bez wystrzału, lecz sceniczny znak postarzenia głównego bohatera (Płaszcza vel Paltota). Drodzy Państwo, jeśli aktor (przemilczam dziś celowo nazwiska bogu ducha winnych wykonawców) mówi chrypką, znaczy to, że posunął się w latach.
Brawo zacząłem bić dopiero, gdy do ukłonów szedł gitarzysta Grzegorz Zioło, ubarwiający stronę dźwiękową przedstawienia, podkreślający (nie zawsze potrzebnie) grozę wydarzeń. To był jedyny element jakoś łączący najnowszą premierę Współczesnego z teatrem dzisiejszym. Przepraszam, była jeszcze nagość - i męska, i żeńska.
Nie udała się ta przypowieściowa piguła na temat historii wrocławskiego mikrokosmosu ani uznanej autorce, ani bardzo dobremu przecież reżyserowi. Narzekaliśmy na trochę zbyt oczywisty w treści ZAMEK wg Kafki (pierwsza realizacja Marka Fiedora we Współczesnym), kręciliśmy nosem na archaiczny, choć dynamiczny ton późniejszego PATER NOSTER, ale tamte przedstawienia przy SILESIA,SILENTIA to co najmniej liga wyżej.
Ocena (0-6): 3
............................................................
Lidia Amejko SILESIA,SILENTIA, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu, 24.01.2016
Saturday, January 23, 2016
GRIMM.CZARNY ŚNIEG (Teatr Polski we Wrocławiu)
PANIKA RECENZENTA
Wśród naprędce wymienianych wrażeń po obejrzeniu, a raczej doświadczeniu spektaklu, przeważało takie: nie wiem, o czym, ale coś w tym jest. I było też skierowane do mnie życzenie: od ciebie się dowiemy o czym i co to jest. A recenzent wychodzi z teatru z ciągle tą samą paniką: czy będzie w stanie wyjaśnić, ocenić, opisać.
STYL REŻYSERA
Odkąd znam Łukasza Twarkowskiego wiem jedno: tworzy swój własny teatr, niekoniecznie zaplanowany z góry. Ma wyrazistą sceniczną kreskę, mocno multimedialną, co u niego akurat jest tak oczywiste, naturalne, że nigdy ani przez chwilę nie posądzałem go o bycie modnym. Na spektakle Twarkowskiego i jego IP Group także po to się idzie, by zobaczyć, usłyszeć, odczuć zmysłami, nie tylko intelektem. GRIMM.CZARNY ŚNIEG to kwintesencja tego stylu.
RYZYKO AUTORA
W momencie, kiedy Śpiąca Królewna zostaje ze sceny wyniesiona w przezroczystej trumnie, kończą się złudzenia, że zostanie nam opowiedziana baśń, którą na początku zapowiada storytellerka. O kimś, kto odchodzi w świat, by poddać się próbie i wygrać lub nie. Każdy z nas jest bohaterem takiej baśni. Dobrze znana fabuła nie wypala, miesza się opowieść, gubi i plącze. Wilhelm stara się przywołać brata-współautora do porządku. Niech będzie jak w podręczniku do pisania, jak w przytaczanych tu przysłowiach, jak w gramatyce, ale Jakub chce czegoś innego - wszystkiego, chce zaryzykować i pójść dalej.
FENOMEN BAŚNI
GRIMM.CZARNY ŚNIEG to spektakl zmysłowo uwodzący, intelektualnie wyzywający. O tworzeniu, stwarzaniu, potrzebie kreatywności w zderzeniu z poetyką już kiedyś przez kogoś sformułowaną. Ale też o uwięzieniu w porządku baśni, czyli życia. A także (co w depresyjno-melancholijnym klimacie przedstawienia daje nadzieję): o możliwości uwolnienia od tego porządku w samej baśni. Bo, jak głosi stara prawda, poznaj reguły i niektóre naruszaj. Tak dzieje się rozwój, tylko tak tworzysz, zostawiając po sobie ślad. Gęsty tekst Anki Herbut może skłaniać do wielu wypraw interpretacyjnych, być może za wiele zostało w nim z erudycyjnych podróży za wiedzą, ale w całości z warstwą inscenizacyjną mocno niepokoi, narusza, skłaniając do myślenia choćby o ostatnich słowach baśniarki. Pewnie, że można by jaśniej i prościej, lecz siłą metafory jest urok działający dłużej, zagadka, której rozwiązanie nie musi być jednowymiarowe. Wizualne 3D do takiego skoku w głąb namawia.
WYSOKIE C
Waham się, czy kogokolwiek z wykonawców wyróżniać. Wszyscy się w tym niełatwym lesie językowo-cielesnych zdarzeń znajdują bez zarzutu. Cieszy pojawienie się znów w dużej roli świetnej Anny Ilczuk, smakuje - jak zawsze - epizod Haliny Rasiakówny, podoba się Wojciech Ziemiański, który mówi zresztą kluczowe dla spektaklu zdanie ('Mam w dupie, co się dzieje na świecie, bo najpierw chciałbym zrozumieć, co się we mnie samym dzieje'). Robią wrażenie Adam Szczyszczaj i Bartosz Porczyk jako bracia Grimm, przychylny uśmiech budzi obecny przez cały czas na scenie jako ochroniarz Witold Liszkowski, wrocławski malarz, w dialogu ujawniający niemały aktorski temperament. Najbardziej chyba jednak zapadają w pamięć monologi Krzesisławy Dubielówny (Storytellerka) i każde wcielenie Marty Zięby, imponującej tu zaledwie kilka dni po cudownie rodzajowej Ciotce z projektu Muzeum Marzeń w Muzeum Narodowym.
KOŃCOWA OCENA (0-6)
4 z małym plusem (jednak za dużo tych twórczych pragnień)
................................................
GRIMM.CZARNY ŚNIEG, reż. Ł. Twarkowski, dramaturgia A. Herbut, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, rząd IV, miejsce 23
Subscribe to:
Posts (Atom)





