Sunday, February 21, 2016
DZIADY (Teatr Polski we Wrocławiu)
Na finał brawa bili widzowie aktorom i realizatorom spektaklu, ci zaś publiczności, która niemal w komplecie dotrwała do końca prawie piętnastogodzinnego (z kilkoma przerwami, w tym dwoma godzinnymi) teatralnego maratonu. Nie była to jednak żadna szkoła przetrwania, lecz artystyczna uczta, jakiej się nie zapomina do końca życia. W Teatrze Polskim we Wrocławiu mieliśmy do czynienia ze światowej klasy przedstawieniem opartym na jednym z najdziwniejszych dramatów światowej literatury, ale też - to nie mniej ważne - z nieczęstą w dzisiejszym teatrze relacją wspólnotową, jaka wytworzyła się między sceną a widownią. O to chyba zresztą Mickiewiczowi chodziło, gdy pisał wszystkie swoje najważniejsze dzieła.
Ale wspólnoty odbioru tej wersji DZIADÓW zapewne nie będzie, nie każdy bowiem potrzebuje odbrązowionej, odspiżowionej literacko-teatralno-narodowej legendy tego tekstu. Mimo że Michał Zadara z zespołem pozłotę tradycji wykonywania wieszczowego dzieła zeskrobują mądrze, oddając autorowi to, co królewskie. Mamy tu - i to wyraźnie widać w przypadku całości zaprezentowanej w jeden dzień - opowieść epicką, pełną rozmachu, a jednocześnie sięgającą po intymność, liryzm, tragikomedię, śmiech. I właśnie z tym lejtmotywem zgrywy, dystansu, luzu będzie wielu widzom najtrudniej się pogodzić. Bo Dejmek, Swinarski, Braun, Konwicki, Trela, Holoubek, świętość.
Zgrywa zaproponowana przez Zadarę jest oczywiście pełna szacunku i dla Mickiewicza, i dla ludzi (człowieka), których autor sportretował, nie chodzi jedynie o żart dla żartu (choć i takie momenty się w spektaklu zdarzają). Taki zabieg inscenizacyjny pozwala zabrzmieć DZIADOM w uchu współczesnego młodego odbiorcy, no i przede wszystkim zrównoważyć akcenty utrwalone w 115-letniej tradycji ich wystawiania. Nie dla każdego DZIADY są narodową ikoną, kręgiem mistycznego wtajemniczenia w wyższą prawdę. Takie ujęcie tworzy często mur nie do przebrnięcia dla lekturowych czytelników nie tylko romantycznych klasyków. Są tutaj chwile, kiedy należy się pośmiać, są te, gdy się wzruszamy, i takie, kiedy pojawia się w głowie pytanie o nadmiar w genialnej Mickiewiczowskiej frazie.
W sobotę 20 lutego w Teatrze Polskim zobaczyliśmy znane już z wcześniejszych premier dwie odsłony DZIADÓW w lepszej niż kiedyś, bardziej zwartej, pewniejszej, okrzepniętej wersji. Lepiej widać sceny filmowane noktowizorem w ciemnościach podczas obrzędu, dużo przyjemności sprawia porównywanie aktorskich interpretacji poszczególnych kwestii. Proszę zauważyć, jak bawią się swymi monologami Mariusz Kiljan i Bartosz Porczyk, jak uwielbia rolę Pasterki Sylwia Boroń, jakie żarliwe emocje potrafi wykreować za każdym razem Cezary Łukaszewicz, jakim Neronem jest Nowosilcow Wiesława Cichego. Zwróćcie uwagę na drugi plan, na uczestników obrzędu, sekretarzy senatora, balowiczów i salonowców, na dresiarską młodzież. Maestria i jeszcze raz maestria.
To, co nowe w tym roku w Zadarowych DZIADACH to DZIADÓW CZĘŚCI III USTĘP w stylu imponującego, wkręcającego multimedialnego jam session, w wykonaniu aktorów pod kierownictwem Justyny Skoczek, oraz niezwykle zabawne OBJAŚNIENIA w formie przyspieszonych powtórkowych scenek z komentarzem świetnej narratorki Anny Ilczuk. Także nowi liderzy scenicznych wydarzeń nam się w tych fragmentach ujawniają. Jakub Giel przepysznie dopełnia galerię swoich wcieleń w różne postaci, prześmieszny jest Rafał Kronenberger jako znudzony wieszczowym wykładem perkusista, nieprzesadzone są brawa dla Dariusza Maja czy wspaniałej Moniki Bolly. A show - jak to nierzadko w sztuce bywa - kradnie Julia Leszkiewicz, kilkunastoletnia dziewczyna, z której bije aktorskie lśnienie.
W tak wystawionych DZIADACH radziłbym nie doszukiwać się na siłę ani uniwersaliów (choć są), ani nie zstępować zanadto pod skorupę. Raczej zanurzcie się po prostu, z całym dobrodziejstwem tego gospodarstwa w rzekę najlepszej pod słońcem poezyji, błyskotliwie zainscenizowanej i mistrzowsko zaprezentowanej przez artystów ze światowej ligi.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Adam Mickiewicz DZIADY - CAŁOŚĆ, reż. M. Zadara, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, 20.02.2016, rząd VIII, miejsce 1
Saturday, February 13, 2016
KONKURS, ALE PO CO? (Teatr Polski, Opera Wrocławska)
To, że urzędnicy dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego po macoszemu traktują kulturę, jest jasne od lat. W ciągu ostatniej dekady właściwie wszyscy wicemarszałkowie, którzy w swoich zadaniach mieli opiekę nad kulturą, od chodzenia do teatru, na koncert, do galerii woleli mecz tenisowy czy wyprawy w góry. Nic w tym złego, na zdrowie, ale...
Zarządzając jakąś dziedziną lokalnego życia, mając wpływ na losy i kondycje instytucji, trzeba tę dziedzinę czuć, mieć wiedzę, znać mechanizmy, przewidywać konsekwencje decyzji, no i przede wszystkim rozmawiać, konsultować, chcieć wiedzieć. Tymczasem zarząd marszałkowski przyjął po prostu bezwarunkową zasadę: wszędzie konkurs. W instytucjach artystycznych nie jest to absolutnie najlepsze rozwiązanie, przeciwnie: często słabość organizatora. Często też, niestety, konkursy bywają jedynie pozorem, bo i tak wiadomo, że ma wygrać kandydat już wybrany. Dziś - po obserwacji doświadczeń nie tylko wrocławskich i dolnośląskich instytucji - uważam, że konkurs należy ogłaszać wtedy, gdy brakuje pomysłu, jest konflikt w środowisku, dzieje się przesilenie albo wtedy, gdy zbyt wielu dobrych i dostępnych kandydatów mamy w głowie (i wiemy, że ci kandydaci przyjmą zaproszenie do rywalizacji na programy).
W kulturze liczy się budowany przez choćby kilka lat dorobek, biografia, pozycja. Tylko ktoś z osiągnięciami może przekonać zespoły artystyczne, zdobyć ciekawość i wstępne zaufanie widzów. Krystyna Meissner - autorka niekwestionowanego sukcesu Wrocławskiego Teatru Współczesnego w poprzedniej dekadzie - nie przyszła tam po konkursie, podobnie Konrad Imiela - stojący na czele obleganego przez publiczność i chwalonego przez krytyków Teatru Capitol. Nie przypominam sobie w ostatnich latach konkursu na szefa artystycznego Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Andrzej Kosendiak jako dyrektor Narodowego Forum Muzyki? Nikt konkursu na to stanowisko nie organizował. Z nominacji Piotr Oszczanowski został szefem Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Dorota Monkiewicz szefową Muzeum Współczesnego. Ewa Michnik pojawiła się w Operze Wrocławskiej nie dlatego, że aplikowała w konkursie.
Ludzie z nazwiskiem rzadko decydują się na procedury konkursowe. Oni nie muszą. Do rywalizacji o urzędnicze uznanie startuje wiele osób z ambicjami, niekoniecznie z autorytetem. Można sobie na wybór kogoś takiego pozwalać w przypadku mniejszych instytucji (dajemy szansę, która nie kosztuje wiele) lub tych pogrążonych w kryzysie (gorzej być nie może), lecz są sytuacje, kiedy konkurs z góry wydaje się pomysłem nadmiernie ryzykownym. Tak jest teraz we Wrocławiu. Mamy ceniony na świecie Teatr Polski, mamy Operę Wrocławską na wysokim poziomie. Oba przypadki inne.
Ewa Michnik ogłosiła swoje odejście już we wrześniu 2015 i doprawdy nie rozumiem, dlaczego zarząd nie kiwnął do tej pory palcem w tej sprawie. Nie słyszałem, żeby ktoś jeździł po świecie w poszukiwaniu następcy Ewy Michnik. W efekcie nowego dyrektora/dyrektorów poznamy za dwa, trzy miesiące, czyli kolejny martwy sezon przed nami, bo kontraktów na spektakle w tym świecie nie podpisuje się z kwartału na kwartał. Krzysztof Mieszkowski, szef Polskiego, chciałby zostać. Marne są na to szanse, bo zarząd najwyraźniej czeka do końca umowy z niewygodnym, kontrowersyjnym dyrektorem, dziś także politykiem. W Urzędzie Marszałkowskim nieraz chciano się Mieszkowskiego pozbyć z powodów finansowych. Mieszkowski trwał dzięki poparciu środowiska, zespołu, wynikom artystycznym. W końcu, przy udziale ministra kultury, ustalono kompromis: miał być w Polskim tandem i rozdzielenie funkcji naczelnego-artystycznego. Nic się jednak nie zadziało. Niech Mieszkowski dokończy kontrakt, a potem wybierzemy kogoś nowego. W przededniu takich wyborów jesteśmy.
Czy Krzysztof Mieszkowski na stanowisku dyrektora powinien zostać (do konkursu nie stanie)? Zdrowy rozsądek takie wyjście podpowiada jako jedno z dwojga. To drugie to przekazanie teatru przez być może coraz bardziej zajętego w Sejmie posła komuś, kto z Polskim jest związany, komuś z zespołu lub reżyserowi z Teatrem Polskim współpracującemu/współpracującej. Po co na siłę robić rewolucję w dobrze działającej maszynie? Doświadczenie z konkursem na szefa TP jest przecież kiepskie. To wprawdzie jeden z najlepszych teatrów w Polsce, lecz zbyt mała dotacja na gabaryty tej instytucji nie przyciąga idealnych kandydatów. Co innego stworzyć tu od czasu do czasu spektakl, co innego wziąć na barki codzienność.
Szczególnie dobrej myśli w tych sprawach nie jestem. Za późno to wszystko się rozgrywa, bez rozmów z zainteresowanymi (Rada Artystyczna Polskiego pisze w oświadczeniu, że zabiegała o spotkanie i była ignorowana, Ewa Michnik już we wrześniu sugerowała w wywiadzie dla Radia Wrocław Kultura szybki wybór następcy, powtarzając to potem kilkakrotnie). Jedno wiemy na pewno: znów kultura jest w dolnośląskim Urzędzie Marszałkowskim najwyraźniej na dalekim marginesie. Dowód? Na stronie umwd.dolnyslask.pl są zakładki z aktualnościami dotyczącymi poszczególnych pól działalności urzędu (stan na dziś: 13.02.2016). Zerknijmy: edukacja - ostatni wpis z 9 lutego 2016, rozwój obszarów wiejskich - 22 stycznia 2016, zdrowie - 1 lutego 2016, a kultura? 4 maja 2010. Tak. Tekst o laureatach przeglądu piosenki, wcześniej o tym, że marszałek jeszcze Łapiński zagrał 'Hey Joe'. Wtedy gitarowego rekordu nie pobito, za to rekord w braku kulturalnych aktualności na stronie urzędu wyśrubowano arcydzielnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Zarządzając jakąś dziedziną lokalnego życia, mając wpływ na losy i kondycje instytucji, trzeba tę dziedzinę czuć, mieć wiedzę, znać mechanizmy, przewidywać konsekwencje decyzji, no i przede wszystkim rozmawiać, konsultować, chcieć wiedzieć. Tymczasem zarząd marszałkowski przyjął po prostu bezwarunkową zasadę: wszędzie konkurs. W instytucjach artystycznych nie jest to absolutnie najlepsze rozwiązanie, przeciwnie: często słabość organizatora. Często też, niestety, konkursy bywają jedynie pozorem, bo i tak wiadomo, że ma wygrać kandydat już wybrany. Dziś - po obserwacji doświadczeń nie tylko wrocławskich i dolnośląskich instytucji - uważam, że konkurs należy ogłaszać wtedy, gdy brakuje pomysłu, jest konflikt w środowisku, dzieje się przesilenie albo wtedy, gdy zbyt wielu dobrych i dostępnych kandydatów mamy w głowie (i wiemy, że ci kandydaci przyjmą zaproszenie do rywalizacji na programy).
W kulturze liczy się budowany przez choćby kilka lat dorobek, biografia, pozycja. Tylko ktoś z osiągnięciami może przekonać zespoły artystyczne, zdobyć ciekawość i wstępne zaufanie widzów. Krystyna Meissner - autorka niekwestionowanego sukcesu Wrocławskiego Teatru Współczesnego w poprzedniej dekadzie - nie przyszła tam po konkursie, podobnie Konrad Imiela - stojący na czele obleganego przez publiczność i chwalonego przez krytyków Teatru Capitol. Nie przypominam sobie w ostatnich latach konkursu na szefa artystycznego Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Andrzej Kosendiak jako dyrektor Narodowego Forum Muzyki? Nikt konkursu na to stanowisko nie organizował. Z nominacji Piotr Oszczanowski został szefem Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Dorota Monkiewicz szefową Muzeum Współczesnego. Ewa Michnik pojawiła się w Operze Wrocławskiej nie dlatego, że aplikowała w konkursie.
Ludzie z nazwiskiem rzadko decydują się na procedury konkursowe. Oni nie muszą. Do rywalizacji o urzędnicze uznanie startuje wiele osób z ambicjami, niekoniecznie z autorytetem. Można sobie na wybór kogoś takiego pozwalać w przypadku mniejszych instytucji (dajemy szansę, która nie kosztuje wiele) lub tych pogrążonych w kryzysie (gorzej być nie może), lecz są sytuacje, kiedy konkurs z góry wydaje się pomysłem nadmiernie ryzykownym. Tak jest teraz we Wrocławiu. Mamy ceniony na świecie Teatr Polski, mamy Operę Wrocławską na wysokim poziomie. Oba przypadki inne.
Ewa Michnik ogłosiła swoje odejście już we wrześniu 2015 i doprawdy nie rozumiem, dlaczego zarząd nie kiwnął do tej pory palcem w tej sprawie. Nie słyszałem, żeby ktoś jeździł po świecie w poszukiwaniu następcy Ewy Michnik. W efekcie nowego dyrektora/dyrektorów poznamy za dwa, trzy miesiące, czyli kolejny martwy sezon przed nami, bo kontraktów na spektakle w tym świecie nie podpisuje się z kwartału na kwartał. Krzysztof Mieszkowski, szef Polskiego, chciałby zostać. Marne są na to szanse, bo zarząd najwyraźniej czeka do końca umowy z niewygodnym, kontrowersyjnym dyrektorem, dziś także politykiem. W Urzędzie Marszałkowskim nieraz chciano się Mieszkowskiego pozbyć z powodów finansowych. Mieszkowski trwał dzięki poparciu środowiska, zespołu, wynikom artystycznym. W końcu, przy udziale ministra kultury, ustalono kompromis: miał być w Polskim tandem i rozdzielenie funkcji naczelnego-artystycznego. Nic się jednak nie zadziało. Niech Mieszkowski dokończy kontrakt, a potem wybierzemy kogoś nowego. W przededniu takich wyborów jesteśmy.
Czy Krzysztof Mieszkowski na stanowisku dyrektora powinien zostać (do konkursu nie stanie)? Zdrowy rozsądek takie wyjście podpowiada jako jedno z dwojga. To drugie to przekazanie teatru przez być może coraz bardziej zajętego w Sejmie posła komuś, kto z Polskim jest związany, komuś z zespołu lub reżyserowi z Teatrem Polskim współpracującemu/współpracującej. Po co na siłę robić rewolucję w dobrze działającej maszynie? Doświadczenie z konkursem na szefa TP jest przecież kiepskie. To wprawdzie jeden z najlepszych teatrów w Polsce, lecz zbyt mała dotacja na gabaryty tej instytucji nie przyciąga idealnych kandydatów. Co innego stworzyć tu od czasu do czasu spektakl, co innego wziąć na barki codzienność.
Szczególnie dobrej myśli w tych sprawach nie jestem. Za późno to wszystko się rozgrywa, bez rozmów z zainteresowanymi (Rada Artystyczna Polskiego pisze w oświadczeniu, że zabiegała o spotkanie i była ignorowana, Ewa Michnik już we wrześniu sugerowała w wywiadzie dla Radia Wrocław Kultura szybki wybór następcy, powtarzając to potem kilkakrotnie). Jedno wiemy na pewno: znów kultura jest w dolnośląskim Urzędzie Marszałkowskim najwyraźniej na dalekim marginesie. Dowód? Na stronie umwd.dolnyslask.pl są zakładki z aktualnościami dotyczącymi poszczególnych pól działalności urzędu (stan na dziś: 13.02.2016). Zerknijmy: edukacja - ostatni wpis z 9 lutego 2016, rozwój obszarów wiejskich - 22 stycznia 2016, zdrowie - 1 lutego 2016, a kultura? 4 maja 2010. Tak. Tekst o laureatach przeglądu piosenki, wcześniej o tym, że marszałek jeszcze Łapiński zagrał 'Hey Joe'. Wtedy gitarowego rekordu nie pobito, za to rekord w braku kulturalnych aktualności na stronie urzędu wyśrubowano arcydzielnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Sunday, January 24, 2016
SILESIA,SILENTIA (Wrocławski Teatr Współczesny)
Wreszcie - po paru sezonach stanów średnich - we Współczesnym zdarzył mi się wieczór, który zapamiętam na lata. Może nie z wybitnymi kreacjami indywidualnych aktorów, lecz znakomitą grą zespołową, artystów, którzy zespoleni przez reżysera, wprowadzili widzów w stan euforii, zostawiając też miejsce na pospektaklową refleksję nad czasem, charakterami i historią. Ze sceny na scenę coraz głębiej zanurzałem się w metaforyczną opowieść o płaszczu, krawcu, duszy, nierozłącznej trójcy ludzkiego istnienia. Zafascynowany pojemnością tekstu, wciągnięty w wir inscenizacji.
Nie macie pojęcia, jak bardzo chciałbym tak wreszcie napisać o przedstawieniu Wrocławskiego Teatru Współczesnego i Marka Fiedora. Łaknę tego spełnionego wieczoru przy Rzeźniczej, dla siebie, widzów, dla aktorek i aktorów. Ale SILESIA,SILENTIA to spektakl tak daleki od powyższego akapitu, jak daleko z Wrocławia do Buenos Aires. Tekst Lidii Amejko jest wystudiowany, artystycznie nieświeży, lecz - mimo to - lepszy od tego, co zobaczyłem na Scenie na Strychu.
Zobaczyłem teatr retro, zapatrzony w siebie, teatr zaprzeszły, pozbawiony emocji, pełen skrótowości i umowności. Szczytową śmiesznością było nawet nie zabijanie z pistoletu bez wystrzału, lecz sceniczny znak postarzenia głównego bohatera (Płaszcza vel Paltota). Drodzy Państwo, jeśli aktor (przemilczam dziś celowo nazwiska bogu ducha winnych wykonawców) mówi chrypką, znaczy to, że posunął się w latach.
Brawo zacząłem bić dopiero, gdy do ukłonów szedł gitarzysta Grzegorz Zioło, ubarwiający stronę dźwiękową przedstawienia, podkreślający (nie zawsze potrzebnie) grozę wydarzeń. To był jedyny element jakoś łączący najnowszą premierę Współczesnego z teatrem dzisiejszym. Przepraszam, była jeszcze nagość - i męska, i żeńska.
Nie udała się ta przypowieściowa piguła na temat historii wrocławskiego mikrokosmosu ani uznanej autorce, ani bardzo dobremu przecież reżyserowi. Narzekaliśmy na trochę zbyt oczywisty w treści ZAMEK wg Kafki (pierwsza realizacja Marka Fiedora we Współczesnym), kręciliśmy nosem na archaiczny, choć dynamiczny ton późniejszego PATER NOSTER, ale tamte przedstawienia przy SILESIA,SILENTIA to co najmniej liga wyżej.
Ocena (0-6): 3
............................................................
Lidia Amejko SILESIA,SILENTIA, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu, 24.01.2016
Saturday, January 23, 2016
GRIMM.CZARNY ŚNIEG (Teatr Polski we Wrocławiu)
PANIKA RECENZENTA
Wśród naprędce wymienianych wrażeń po obejrzeniu, a raczej doświadczeniu spektaklu, przeważało takie: nie wiem, o czym, ale coś w tym jest. I było też skierowane do mnie życzenie: od ciebie się dowiemy o czym i co to jest. A recenzent wychodzi z teatru z ciągle tą samą paniką: czy będzie w stanie wyjaśnić, ocenić, opisać.
STYL REŻYSERA
Odkąd znam Łukasza Twarkowskiego wiem jedno: tworzy swój własny teatr, niekoniecznie zaplanowany z góry. Ma wyrazistą sceniczną kreskę, mocno multimedialną, co u niego akurat jest tak oczywiste, naturalne, że nigdy ani przez chwilę nie posądzałem go o bycie modnym. Na spektakle Twarkowskiego i jego IP Group także po to się idzie, by zobaczyć, usłyszeć, odczuć zmysłami, nie tylko intelektem. GRIMM.CZARNY ŚNIEG to kwintesencja tego stylu.
RYZYKO AUTORA
W momencie, kiedy Śpiąca Królewna zostaje ze sceny wyniesiona w przezroczystej trumnie, kończą się złudzenia, że zostanie nam opowiedziana baśń, którą na początku zapowiada storytellerka. O kimś, kto odchodzi w świat, by poddać się próbie i wygrać lub nie. Każdy z nas jest bohaterem takiej baśni. Dobrze znana fabuła nie wypala, miesza się opowieść, gubi i plącze. Wilhelm stara się przywołać brata-współautora do porządku. Niech będzie jak w podręczniku do pisania, jak w przytaczanych tu przysłowiach, jak w gramatyce, ale Jakub chce czegoś innego - wszystkiego, chce zaryzykować i pójść dalej.
FENOMEN BAŚNI
GRIMM.CZARNY ŚNIEG to spektakl zmysłowo uwodzący, intelektualnie wyzywający. O tworzeniu, stwarzaniu, potrzebie kreatywności w zderzeniu z poetyką już kiedyś przez kogoś sformułowaną. Ale też o uwięzieniu w porządku baśni, czyli życia. A także (co w depresyjno-melancholijnym klimacie przedstawienia daje nadzieję): o możliwości uwolnienia od tego porządku w samej baśni. Bo, jak głosi stara prawda, poznaj reguły i niektóre naruszaj. Tak dzieje się rozwój, tylko tak tworzysz, zostawiając po sobie ślad. Gęsty tekst Anki Herbut może skłaniać do wielu wypraw interpretacyjnych, być może za wiele zostało w nim z erudycyjnych podróży za wiedzą, ale w całości z warstwą inscenizacyjną mocno niepokoi, narusza, skłaniając do myślenia choćby o ostatnich słowach baśniarki. Pewnie, że można by jaśniej i prościej, lecz siłą metafory jest urok działający dłużej, zagadka, której rozwiązanie nie musi być jednowymiarowe. Wizualne 3D do takiego skoku w głąb namawia.
WYSOKIE C
Waham się, czy kogokolwiek z wykonawców wyróżniać. Wszyscy się w tym niełatwym lesie językowo-cielesnych zdarzeń znajdują bez zarzutu. Cieszy pojawienie się znów w dużej roli świetnej Anny Ilczuk, smakuje - jak zawsze - epizod Haliny Rasiakówny, podoba się Wojciech Ziemiański, który mówi zresztą kluczowe dla spektaklu zdanie ('Mam w dupie, co się dzieje na świecie, bo najpierw chciałbym zrozumieć, co się we mnie samym dzieje'). Robią wrażenie Adam Szczyszczaj i Bartosz Porczyk jako bracia Grimm, przychylny uśmiech budzi obecny przez cały czas na scenie jako ochroniarz Witold Liszkowski, wrocławski malarz, w dialogu ujawniający niemały aktorski temperament. Najbardziej chyba jednak zapadają w pamięć monologi Krzesisławy Dubielówny (Storytellerka) i każde wcielenie Marty Zięby, imponującej tu zaledwie kilka dni po cudownie rodzajowej Ciotce z projektu Muzeum Marzeń w Muzeum Narodowym.
KOŃCOWA OCENA (0-6)
4 z małym plusem (jednak za dużo tych twórczych pragnień)
................................................
GRIMM.CZARNY ŚNIEG, reż. Ł. Twarkowski, dramaturgia A. Herbut, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, rząd IV, miejsce 23
Monday, January 18, 2016
ESK WROCŁAW 2016 - WEEKEND OTWARCIA na CZTERY
Po pierwsze: Nigdy pewnie nie zapomni nikt obecny na oficjalnej gali otwarcia w Narodowym Forum Muzyki (niedziela, południe), jaką Agnieszka Franków-Żelazny i Paweł Romańczuk zorganizowali orkiestrę małych instrumentów. Każdy dostał papierową torbę z jednym z czterech rodzajów instrumentów do zrobienia ich samemu (grałem na quasi guiro). Potem krótka instrukcja obsługi, dyrygenckie polecenia i wszyscy staliśmy się muzykami. Niesamowite! Gdyby tak na wrocławskim rynku zrobić to samo. Może prościej, wykorzystując siłę kilkudziesięciu tysięcy gardeł, rytm do wyklaskania dłońmi lub butami, wreszcie dzwoneczki rozdawane publiczności. Zamiast podobno okrojonego (po awarii) pretensjonalnego finału pójść w muzyczny spontan. Wtedy moglibyśmy mówić o wyjątkowym starcie. A tak: energia ludzi entuzjastycznie biorących udział w pochodach czterech duchów poszła w pierze. Na rynku niemal nic z niej nie zostało. Dziś już się nie dowiemy, czy zaplanowane na finał widowisko rzeczywiście zachwyciłoby Europę, ale jeśli zawarto w nim te wydumane frazy artykułowane przez mistrza ceremonii z jarmarcznego teatrzyku, to mam wątpliwości. Chris Baldwin potrafi zapalić amatorów i zawodowców do ulicznego przedsięwzięcia - to wielka wartość, ale wielotygodniowa (i kosztowna) praca nie daje spektakularnych rezultatów już po raz drugi. Nie zaparły nam dechu mosty, zwieńczenie pochodu duchów mocno zawiodło. Kolejnym etapem kuratorskiej wizji Baldwina będzie FLOW rozegrany na Odrze. Może jednak trzeba Chrisowi pomóc w planowaniu i realizowaniu ciekawych pomysłów?
Po drugie: Weekend otwarcia jako całość się udał. Zwłaszcza BRZMIENIA Chillidy w Awangardzie i MUZEUM MARZEŃ w Narodowym. To drogie projekty, ale z klasą, przynoszące to, czego pragniemy od sztuki: przeżycia, zanurzenia w świat, który jest w stanie nas wciągnąć, wzbudzić emocje, wzbogacić. Abstrakcyjne rzeźby Chillidy w czarnej aranżacji Pałacu Hatzfeldów to goście z innego wymiaru. Czuje się kosmos, patrząc na nie, czytając zastanawiające haiku artysty, tłumacząc sobie tytuły poszczególnych dzieł. To estetyczna i intelektualna rozkosz, choć pewnie nie dla wszystkich. MUZEUM MARZEŃ to z kolei fenomen rzadko spotykany. Niełatwo bowiem, co tam - piekielnie ciężko, dorównać poziomowi poprzedniej serii monodramów, wyreżyserowanych we Wrocławiu przez Jacqueline Kornmueller i Petera Wolfa dwa lata temu. Tamten projekt (GANYMED GOES EUROPE) nas olśnił, ten wprowadził w podobnie magiczny stan. Wielka to zasługa nie tylko odkrywczego pomysłu połączenia teatru, literatury, malarstwa, tańca i muzyki, lecz także maestrii wszystkich aktorek i aktorów, autorów i autorek tego wieczoru złożonego z ośmiu znakomitych mini spektakli. A dodajmy do tego jeszcze fotografie Jana Krzysztofa Fiołka przedstawiające Jerzego Grotowskiego, ekspozycje prac Poli i Edwarda Dwurników (Muzeum Współczesne, CK Zamek) i będzie jasne, który z kuratorów ten weekend wygrał. OK, jest jeszcze 25 LAT NAGRODY MIESA VAN DER ROHE (Muzeum Architektury).
Po trzecie: Świetnie zabrzmiały utwory Xenakisa w Narodowym Forum Muzyki. Była moc dźwięku i intryga pozornie chaotycznych nut. To się nazywa koncert totalny. Oczywiście, że część widzów wyszła, ale ci, którzy zdecydowali się otworzyć na nowe, trudniejsze, obezwładniające, byli zadowoleni. Odwrotne odczucia towarzyszyły tym, którzy oczekiwali niezwykłości od mappingu wideo na fasadzie NFM-u. Tak mało kreatywnych i marnych pod względem widowiskowym animacji ostatnio we Wrocławiu nie widziałem. Nie przekonały mnie też muzyczne koksowniki. W centrum miasta jakoś się nie przyjęły, może na osiedlach byłoby lepiej?
Po czwarte: Weekend się skończył, a w kalendarzu wydanym z okazji rozpoczęcia ESK pustka. 18 stycznia, poniedziałek i miejsce jedynie na własną twórczość. W ogóle kalendarz tą pustką wieje od początku do końca. Niepotrzebna ta cegła, ani ją targać w plecaku, ani z przyjemnością czytać. I nie sprawia wrażenia, że program jest obfity. A przecież jest.
GCH
Saturday, January 9, 2016
Y (Teatr Muzyczny Capitol)
fot. Ł.Giza; teatr-capitol.pl
4 rzeczy, dla których warto zobaczyć Y w Capitolu:
1. Monolog tytułowej Y, czyli komputera stworzonego przez Steve'a Jobsa: ta litania pragnień przypomina nam - ludziom - jak cudowny jest świat i dlaczego warto żyć. Monolog ma werwę autora, na pewno sporo pracy dołożył reżyser, ale przede wszystkim liczy się tu talent, świeżość i entuzjazm Katarzyny Janiszewskiej, dla której to teatralny profesjonalny debiut. Wygrany absolutnie, od początku do końca. Narodziny...
2. Pomysł: że syryjski chłopiec, martwy, wyrzucony przez morze emigrant, mógłby się stać kimś tak wpływowym, jak twórca firmy Apple. Gdyby tylko dostał od losu, świata, swojej ojczyzny, od Europy szansę.
3. Wokalno-brzmieniowa maestria aktorek i aktorów Capitolu: do takiego poziomu jesteśmy wprawdzie przyzwyczajeni, ale i tak zawsze nam z tego powodu przyjemnie. W intrygujących aranżacjach piosenek Beatlesów (autorstwa Łukasza Wójcika) również są wiarygodni, bez wyjątku. Od ostrego Helter Skelter (Cezary Studniak) przez oniryczne Strawberry Fields Forever po Dont't Let Me Down (tak potrafi tylko Justyna Antoniak). Aż żal, że piosenek nie ma w spektaklu więcej.
4. Wrastająca w pamięć scenografia - wraz z kostiumami (Eleny Leszczyńskiej): biała łódź podwodna-wirtualna chmura, w której jesteśmy uwięzieni, bo tak chce demiurg Jobs, bo nie potrafimy się już uwolnić od rządzących aplikacji. Szkoda, że tablety i smartfony nie świecą, że czarnoekranowe cmentarzysko zużytego sprzętu nie ożywa na moment w kulminacji.
I piąta, która wizytę w Capitolu czyni nieoczywistą:
5. Słowotok. Brak skreśleń. Rozwleczona ekspozycja, niepotrzebnych kilka dokończeń. Y to przedstawienie - niestety - męczące, o niewykorzystanej okazji na wybitność. Trzy kwadranse, pół godziny krócej i - bardzo możliwe - Scena Ciśnień zostałaby odczarowana. Na razie próżno tam ciągle szukać spektaklu spełnionego. Passini jest blisko, ale...
Ocena (0-6): 4
GCH
..............................
Artur Pałyga Y, reż. Paweł Passini, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 8.01.2016, rząd IV, miejsce 16
4 rzeczy, dla których warto zobaczyć Y w Capitolu:
1. Monolog tytułowej Y, czyli komputera stworzonego przez Steve'a Jobsa: ta litania pragnień przypomina nam - ludziom - jak cudowny jest świat i dlaczego warto żyć. Monolog ma werwę autora, na pewno sporo pracy dołożył reżyser, ale przede wszystkim liczy się tu talent, świeżość i entuzjazm Katarzyny Janiszewskiej, dla której to teatralny profesjonalny debiut. Wygrany absolutnie, od początku do końca. Narodziny...
2. Pomysł: że syryjski chłopiec, martwy, wyrzucony przez morze emigrant, mógłby się stać kimś tak wpływowym, jak twórca firmy Apple. Gdyby tylko dostał od losu, świata, swojej ojczyzny, od Europy szansę.
3. Wokalno-brzmieniowa maestria aktorek i aktorów Capitolu: do takiego poziomu jesteśmy wprawdzie przyzwyczajeni, ale i tak zawsze nam z tego powodu przyjemnie. W intrygujących aranżacjach piosenek Beatlesów (autorstwa Łukasza Wójcika) również są wiarygodni, bez wyjątku. Od ostrego Helter Skelter (Cezary Studniak) przez oniryczne Strawberry Fields Forever po Dont't Let Me Down (tak potrafi tylko Justyna Antoniak). Aż żal, że piosenek nie ma w spektaklu więcej.
4. Wrastająca w pamięć scenografia - wraz z kostiumami (Eleny Leszczyńskiej): biała łódź podwodna-wirtualna chmura, w której jesteśmy uwięzieni, bo tak chce demiurg Jobs, bo nie potrafimy się już uwolnić od rządzących aplikacji. Szkoda, że tablety i smartfony nie świecą, że czarnoekranowe cmentarzysko zużytego sprzętu nie ożywa na moment w kulminacji.
I piąta, która wizytę w Capitolu czyni nieoczywistą:
5. Słowotok. Brak skreśleń. Rozwleczona ekspozycja, niepotrzebnych kilka dokończeń. Y to przedstawienie - niestety - męczące, o niewykorzystanej okazji na wybitność. Trzy kwadranse, pół godziny krócej i - bardzo możliwe - Scena Ciśnień zostałaby odczarowana. Na razie próżno tam ciągle szukać spektaklu spełnionego. Passini jest blisko, ale...
Ocena (0-6): 4
GCH
..............................
Artur Pałyga Y, reż. Paweł Passini, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 8.01.2016, rząd IV, miejsce 16
Friday, November 27, 2015
Jeszcze raz: ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA - był sobie seks na żywo
Usłyszałem właśnie (TVP Kultura, Hala odlotów) z ust Eweliny Marciniak, reżyserki słynnego spektaklu ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA, że na próbie seks był, a w spektaklach umowa między twórcami a aktorami porno jest otwarta: mogą TO zrobić, mogą nie robić. Zdębiałem. Wiele osób po premierowym przedstawieniu i całym tym zgiełku społeczno-politycznym wokół próbowało sytuację wyciszać, oceniając to, co było widać, no i artystyczny efekt. A reżyserka inaczej. Z jednej strony świetnie, że mamy już jasność, z drugiej - to czysta woda na młyn protestujących. I po co?
Po co zdradzać proces twórczy, coś w sztuce być może niezbędnego, ale dotkniętego niestałością, niepewnością, kruchością. Ileż to scen w historii teatru wypadało w ostatnim tygodniu przed premierą. Tym razem artystka zdecydowała się ujawnić, jak dochodziła do finału. Dobrze? Ucięła dochodzące stąd i stamtąd plotki, proces kolejny też jest nieodwracalny: utwierdzenie się w racjach przeciwników spektaklu.
Był seks na próbach, wypadł przed premierą. Albo zadziałał dyrektor, albo autopodgląd na dynamikę wydarzeń. Dobrze że obroniła się sztuka, która startuje po krótkiej niby-pornoscenie, niezintegrowanej ze spektaklem, będącej aktualnościowym smaczkiem i tyle. Po następnym uniesieniu kurtyny zobaczymy więcej, mocniej, wyraźniej. Ale bez owych aktorów. Oni wyjdą jeszcze na jeden paradny moment, ukłony.
Popłynęła Ewelina Marciniak, niemądrze rozgrywając przed i popremierowe wydarzenia. Teraz trudno już tłumaczyć, że teatr (i reżyserka) nie sprowokowali tego szaleństwa. Nic to nie zmienia w odbiorze finalnej wersji spektaklu, lecz odbiera złudzenia. Naprawdę, nie wszystko trzeba pokazać, nie wszystko powiedzieć. Nie wiem, czy warto również wszystkiego spróbować. Przed Eweliną Marciniak przyszłość jednak świetlana, choć w najbliższym czasie może nie być łatwo na publicznym garnku. Rozwiązanie? Duet Marciniak-Mieszkowski jako dyrektorzy teatru. Artystyczny i naczelny. Jeśli założyliby prywatną scenę, frekwencja gwarantowana. Na kolejne trzy grudniowe prezentacje ŚMIERCI I DZIEWCZYNY na Scenie Grzegorzewskiego biletów brak.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Subscribe to:
Posts (Atom)





