Wednesday, June 27, 2012
DOM BERNARDY ALBA (Wrocławski Teatr Pantomimy)
Najnowszy spektakl Wrocławskiego Teatru Pantomimy to przede wszystkim przekonujące portrety kobiet, wykreowane z twórczą werwą, techniczną klasą i momentami porywającą wyobraźnią. Więcej w dźwiękowej recenzji:
.............................................
DOM BERNARDY ALBA, wg F.G. Lorki, reż. i choreografia Z. Szymczyk, Wrocławski Teatr Pantomimy, Scena na Świebodzkim, 23.06.2012
Tuesday, June 19, 2012
CZY PAN TO BĘDZIE CZYTAŁ NA STAŁE?
Kto wie, czy nie najważniejszą premierą mijającego sezonu teatralnego we Wrocławiu był spektakl-performans pt. "Czy pan to będzie czytał na stałe?". Aktorzy Teatru Polskiego we Wrocławiu na Scenie na Świebodzkim, w celowym scenograficznym bałaganie prezentowali tekst Marzeny Sadochy i Michała Kmiecika. Bohaterem był teatr, który jeszcze jest, a może przeminąć, bo urzędnicy zarządzający instytucją ostro się w tym roku zawzięli, aby artystom dodać do ekipy menedżera, skoro teatr wpadł w długi. Imiennym adresatem sztuki został wicemarszałek województwa dolnośląskiego Radosław Mołoń, człowiek otwarcie przyznający, iż na teatrze się nie zna, lecz chce mieć porządek w papierach i zadłużania się tolerować nie będzie. Jego pomysł arbitralnego rozdzielenia funkcji szefa artystycznego od generalnego nie spodobał się oczywiście artystom, nie najlepiej się o nim wypowiadał również minister kultury i komentatorzy życia kulturalnego. Gdzie znaleźć menedżerów, którzy dogadaliby się z artystami, znając się na kulturze choćby na tyle, by widzieć różnicę między potrzebą tworzenia i produkowania, między - powiedzmy - "Poczekalnią" a "Mejdejem"? Czyli przedstawieniem-eksperymentem-ryzykiem podpisanym przez wybitnego, znanego w całym teatralnym świecie reżysera, a świetnym acz czysto rozrywkowym farsowym pewniakiem brytyjskiego autorstwa.
W piątkowy wieczór 15 czerwca na Scenie Kameralnej Teatr Polski grał "Mayday" po raz bodajże 1040., świętując 20-lecie trwania tego spektaklu przy niesłabnącej popularności i pełnych widowniach. O tej samej godzinie kilka kilometrów dalej, na Świebodzkim, inna grupa aktorów po raz trzeci i prawodopodobnie ostatni zwracała się do publiczności (też pełna sala) z pytaniami, żalami, oburzeniem i postulatem: Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem, a aktor, zespół powinien mieć coś do powiedzenia na temat zmiany na stanowisku dyrektora. Przedstawienie kończy się zwyczajowymi oklaskami, zanim jednak zabrzmią, na ekranie pojawia się złowieszcze zdanie: Pierwsza głowa musi spaść. Wszystko wskazuje na to, że może to być głowa Krzysztofa Mieszkowskiego, aktualnego szefa generalnego i artystycznego. Od wiosny, gdy ogłoszony przedwcześnie, bez konsultacji społecznych pomysł marszałkowski ujrzał światło dzienne, sprawa się przyprószyła kurzem, zaczęliśmy o niej powoli zapominać jak o zwyczajnym wybryku. Duet menedżersko-artystyczny? Czemu nie, ale nie od razu we wszystkich marszałkowskich instytucjach, lecz ewentualnie i tylko tam, gdzie taki duet się sformuje, przedkładając przekonujący program przede wszystkim artystyczny. Za hasło "Po pierwsze gospodarka" w kontekście teatru dziękujemy.
A może da się jeszcze pójść na kompromis? Może katowską siekierę lepiej zastąpić rozsądną zgodą, choćby pod pomnikiem Fredry, bez wzajemnych urazów, dla dobra, nie z zemsty? Marszałek Mołoń widział pierwszą odsłonę "Czy pan to będzie czytał...?", słał listy do szefów Polskiego, Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy, Opery Wrocławskiej z życzeniami utrzymywania wysokiego artystycznego poziomu. Zapowiadał konsultacje społeczne, a jednak - boją się artyści - ideę konkursów zamierza zrealizować. A gdyby Krzysztof Mieszkowski, który zna środowisko kulturalne doskonale, poszukał tzw. menedżera, osobę do zaakceptowania przez urząd, na własną rękę? Nie byłoby lepiej niż organizować konkurs, a więc w świecie kultury instancję ostateczną, najbardziej niepewną w skutkach? Teatr to bardzo delikatna budowla, jedną decyzją łatwo doprowadzić do kryzysu groźniejszego od ekonomicznej dziury w budżecie. Z długów da się wyjść, wartość i markę polskiej sceny nr 1 osiągnąć trudniej.
W "Czy pan to będzie czytał na stałe?" chodzi rzecz jasna nie tylko o Wrocław i Dolny Śląsk, bo podobne problemy w relacjach urząd-teatr są w tym roku faktem również w Warszawie czy Poznaniu. Nie idzie tylko o Mieszkowskiego, Głomba czy Ewę Michnik. Wcześniej zdarzył się na przykład incydent jeleniogórski, co przypomina nam sceniczny film. Swoją historię protestującego artysty opowiada Marcin Pempuś, były aktor Teatru w Jeleniej Górze. To, że demokratyczna władza może zrobić wszystko, ignorując głos ludu, wyłączając mikrofony, zamykając drzwi, musi dziś przerażać. Osoby dramatu we wrocławskim spektaklu, Marta, Adam, Ewa, Michał i inni, to ludzie zawiedzeni stylem zarządzania tej władzy. Wraz z nimi uczestniczymy niby w próbie, naprawdę w zebraniu. Padają liczby, wątpliwości, argumenty. Dobrze rozumiemy tę bezradność i złość, współodczuwamy. W tle brzmi "Ta ostatnia niedziela", czuć nastrój buntu na chwilę przed stypą. Coś jest nie tak, jeśli miliony na kulturę wkłada się w strefę kibica, obcinając dotacje (do czego bezceremonialnie przyznaje się Hanna Gronkiewicz-Waltz w cytowanym radiowym wywiadzie). A przecież nie piłkarze, lecz Lupa, Jarzyna, Warlikowski, Klata i ich aktorzy należą do światowej elity. Trzeba o tym urzędnikom przypominać do skutku, od premiera po wicemarszałka, od prezydenta po rzecznika. Więc może jednak taki spektakl, jak ten, zmieniany, redagowany, reaktywny, powinien istnieć w teatrze na stałe?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Marzena Sadocha, Michał Kmiecik CZY PAN TO BĘDZIE CZYTAŁ NA STAŁE?, Teatr Polski we Wrocławiu, 15 czerwca 2012
Tuesday, June 5, 2012
Krzysztof Łoszewski DRESS CODE
Jeden z rozdziałów książki Krzysztofa Łoszewskiego „Dress code. Tajemnice męskiej elegancji” otwiera taki akapit: „Młody mężczyzna, zaczynający po studiach karierę zawodową, przeklina swoje przyszłe życie w garniturze. Nie będzie mu wolno przyjść do pracy ubranym inaczej. Chyba że jest dziennikarzem radiowym – w tym wypadku nie ubranie, a timbre głosu jest najważniejszy”. Nie można nie polubić tej książki, będąc dziennikarzem radiowym.
Wspomniany rozdział nosi tytuł „Smart casual”, co przypomina mi zabawny mail, jaki pojawił się prawie rok temu w skrzynkach dziennikarzy pracujących przy festiwalu Wratislavia Cantans. Pewna nadgorliwa prasowa oficerka napisała, że strojem obowiązującym akredytowanych Dziennikarzy i Fotoreporterów jest casual elegant, ze względu na szacunek dla Wydarzenia, Artystów oraz Gości nie będziemy akceptować adidasów, jeansów, t-shirtów oraz swetrów.
Pamiętam, że z koleżeństwem dziennikarzami nieźle się tym pouczeniem ubawiliśmy. I zastanawialiśmy się, kto będzie cantansowym selekcjonerem. Nazajutrz otrzymaliśmy kolejny mail, tym razem od kierownictwa wydarzenia, z przeprosinami.
W dzisiejszych czasach tzw. dress code, czyli kodeks ubierania staje się sprawą coraz bardziej względną. Na wieczór w operze garnitur zakładają już tylko panowie w wieku ustatkowania, choć marynarki zdecydowanie ciągle przeważają nad swetrami. W teatrze elegancja właściwie nie obowiązuje, publiczność przychodzi w ciuchach często codziennych, co wcale nie oznacza braku szacunku dla miejsca czy artystów. Zmienił się przecież także teatr, mocno uwspółcześniając dawne sztuki, również estetycznie. Osobiście staram się dostosować strój do konkretnego spektaklu. Nie wyobrażam sobie oglądać na przykład „Tęczowej trybuny” lub musicalu „Hair” w po szyję zapiętej białej koszuli, w krawacie i marynarce. Szacunek wyrażam oklaskami, no i tym, że nawet gdy rzecz jest nudna, zostaję na fotelu przynajmniej do przerwy. Ale do filharmonii lub opery nie wybrałbym się w stroju choć minimalnie nieeleganckim (co w moim dress kodzie oznacza: przynajmniej marynarka). Krawatu nie założyłem od lat, mniej więcej od kiedy przestałem prowadzić programy w telewizji. Łoszewski i tutaj idzie mi w sukurs, opisując wprawdzie przymioty męskiego zwisu (jak próbowano tę część garderoby przezwać w PRL-u), lecz jednocześnie przyznając, iż „przestał być obowiązkowy”, skoro „druga połowa XX wieku kompletnie zmieniła męską modę”. Przytacza anegdotę o Zbigniewie Cybulskim, który miał w szatni nocnego lokalu zapasowy krawat i „wkładał go nawet na sweter z golfem, bo bez niego nie wpuszczono by go do środka”. No ale oczywiście lepiej wiedzieć, jaki dobrać do której koszuli, gdyby jednak wydało się nam (lub zachciało), że okoliczność krawata wymaga.
I właśnie dlatego podręcznik Krzysztofa Łoszewskiego, projektanta, stylisty, kostiumografa, tak jest potrzebny. Żeby wiedzieć, gdy przyjdzie czas albo ochota na zastosowanie odpowiedniego kodu do sytuacji. Długość mankietów koszuli (koniecznie odrobinę wystających spod rękawa marynarki), najtrafniejszy wybór obuwia, najlepszy kolor garnituru i koszuli (autor preferuje biel i ecru), istotne dodatki, czy i na kiedy frak lub smoking – rady w tych i wielu innych sprawach, ujęte w jednej książce, mogą się stać bezcenne. Mężczyźni nie przepadają za myśleniem o modzie, kupowanie ubrań traktują zwykle jak nieprzyjemny dopust, a jednak dobrze wyglądać lubią. Łoszewski podpowie nam zatem wszystko, co powinniśmy wiedzieć, a nie mamy kogo zapytać. Realnie spojrzy na nasze ciała („natura nie obdarzyła wszystkich sylwetką Rambo”), doradzi, co nosić w każdej sylwetkowej wersji – trójkąta, prostokąta, gruszki, jabłka – i czego unikać. „Trudno liczyć na projektantów. Oni mają wizje, a my – potrzeby”, podsumowuje autor „Tajemnic męskiej elegancji”, tajemnic, które właśnie przestały nimi być.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Krzysztof Łoszewski DRESS CODE, Wydawnictwo Bosz, 2012
Thursday, May 31, 2012
Sara Antczak KLATKA
Dziś w formie dźwiękowej o najnowszej książce bardzo utalentowanej i bardzo młodej wrocławskiej autorki, która pisze o świecie zabawy i zagubienia pierwszorocznych studentów medycyny, dziennikarstwa, aktorstwa, fotografii... Rzecz dzieje się tu i teraz, czyli we Wrocławiu 2012. Powieść wydało wydawnictwo Jirafa Roja. Warto przeczytać, można posłuchać:
Monday, May 21, 2012
Silesius 2012
Kolejny Silesius za nami, tym razem za całokształt nagrodzono Marcina Świetlickiego (zasłużenie), Książką Roku zostało „Imię i znamię” Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (takie sobie, w kierunku nudy), Debiutem Roku ogłoszono „Kanadę” Tomasza Bąka.
Debiut Bąka zwrócił uwagę wielu jeszcze zainteresowanych poezją czytelników i recenzentów. Właściwie wszyscy go chwalą za język i czucie czasów, w których poeta i my żyjemy. Używając tytułu jednego z wierszy studiującego we Wrocławiu (uwaga: ekonomię) dwudziestolatka, ta książka to kakofonia głosów, zdarzeń, fraz, poglądów i obraz(k)ów. W takim chaosie biegnie nam codzienność i Bąk celnie ją portretuje. „Rozjechany kot przypomina mi, że nie ma już rzeczy wiecznych / – na ten moment, forever to tylko Batman, Rabka i remonty”. Przypomina mi się Marcin Świetlicki z lat 1990., z tą różnicą, że Tomasz Bąk nie zwraca się przeciwko żadnej poetyce, nie wyciąga manifestu do przybicia na białej kartce, no i ma trochę inną rzeczywistość wokół siebie. Ale pomysł na poezję jest podobny: opisać siebie i świat możliwie wprost i nie wprost, „mieścić się w granicach, lecz myślami być już na zewnątrz” (cytat z wiersza „Kanada”). Czyż taki fragment nie mógłby sie kiedyś znaleźć w bruLionie, sygnowany inicjałami M.Ś.: „najważniejsze to zostać legendą, być / jak Robert de Niro, Irek Bieleninik, / jak jutro – nie umierać nigdy”?
Sporo tu ironii, ale zaangażowanej, czuć rodzaj pochylenia się nad człowiekiem i systemem, momentami nawet pierwiastek walki o... lepsze dziś? Postulat z tekstu „Hip”, czyli „Najlepsze, co możesz zrobić w życiu to otworzyć / własną restaurację lub pizzerię!” krzyczy bardzo oczywistą kpiną, lecz następujący po nim paradoksalny w dzisiejszej rzeczywistości „Pokaż mi swój łom, / a powiem ci, jaki z ciebie lewak” wprowadza ton poważniejszy, budząc myśli. I choć na razie u Tomasza Bąka więcej językowych zawrotów głowy, błyskotliwych połączeń słów w słowach (choćby „Żywiec miękko ląduje za chmurtyną” z wiersza „Mad Season”), to całość pozwala mieć nadzieję na narodziny ważnego poety. „W wiadrze krew się mrozi”.
Dycki w tym świetle jest kimś od tu i teraz oderwanym, autopowtórkowym, stąd nagrodzenie „Imienia i znamienia” uważam za jurorski błąd. Może sędziowie Silesiusa chcieli się zrehabilitować za pominięcie „Piosenki o zależnościach i uzależnieniach”, która przegrała kiedyś z „Po Krzyku” Krystyny Miłobędzkiej, a wygrała Nike i Gdynię. Mnie się ten tom nie czytał dobrze, nie intrygował, nie wciągnął, wydał zbyt skupiony na osobistej historii, własnej traumie. Wiersze najczęściej bywają rodzajem spowiedzi, wyznania i terapii, te najlepsze potrafią jednak wywołać stan porozumienia, uchwycić emocje pulsujące w różnych biografiach. Czarne piosenki Dyckiego może i mówią coś o kresowej tożsamości, lecz ich katarynkowa monotonia nuży.
Za to Marcinowi Świetlickiemu sto tysięcy za całokształt należało się bezwzględnie, choć – jak laureat przypomniał ze sceny – znajduje się dopiero w połowie drogi (ma 50 lat, wydał dziewięć premierowych tomów wierszy) i mimo iż pisze mniej niż kiedyś, poezja znaczy w jego dorobku najwięcej. Ów „półkształt” Świetlickiego mocno zmienił polską literaturę, okazał się impulsem dla pokoleń poetów (i czytelników), wykreował też autentyczną artystyczną legendę. To ciągle świeża, żywa, znakomita i bliska twórczość, której sprawca „stara się o wiersze, żeby mu nie wymarzły”.
A sam Silesius? Zdaje się, że Wrocławska Nagroda Poetycka łapie zadyszkę. Sobotnia gala była przykładem zatrzymania się tuż przed finiszem. Aktorzy, jak zwykle, odegrali (tym razem odśpiewali) teksty poetów w tradycyjnie ciekawym minispektaklu obmyślonym przez reżysera Tomasza Mana, lecz samo wręczenie nagród rozczarowało. Z przyczyn zapewne istotnych, ale nieoznajmionych publiczności, osobiście nie pojawili się ani Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, ani Tomasz Bąk. W takich przypadkach wysyła się do laureatów kamerę lub przynajmniej mikrofon i nagrywa krótkie wystąpienia. Wiedzieliśmy od miesiąca, że nagrodę za cało-pół-kształt przyznano Świelickiemu, czy nie można mu było zaproponować, by wystąpił tego wieczoru ze Świetlikami? Może trzeba się zastanowić nad uczynieniem z Silesiusowego finału czegoś więcej niż godzinnej gali? Seria spotkań autorskich (wzorem salonu Angelusa) przybliżyłaby kandydujące książki, dałaby okazję do bezpośredniego zetknięcia z autorami. Promocyjnego rozmachu Wrocław powinien się uczyć na przykład od Szczecina i festiwalu związanego z nagrodą Gryfia. Kilka drobnych posunięć pozwoliłoby prestiż podkreślić. Statuetek (i czeków) nie wręczał fundator prezydent Rafał Dutkiewicz (nie było go też zresztą dzień wcześniej na uroczystości wiekowej Nagrody Odry). To są znaki i znaczki, o które warto w przyszłości zadbać dla dobra Silesiusa (i nie tylko).
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
PS
Prezydent Dutkiewicz w sobotę wyleciał podobno do Kanady, by podpisać umowę na kolejne sportowe igrzyska we Wrocławiu. No OK, sam się sportem pasjonuję (z wyjątkiem polskiej tzw. ekstraklasy piłkarskiej). Tę Kanadę w kontekście wygranej Bąka (za tom "Kanada") dałoby się PR-owo ograć, a przynajmniej wiedzielibyśmy, dlaczego prezydenta nie ma...
........................................
Wrocławska Nagroda Poetycka Silesius 2012
Tuesday, May 15, 2012
Jerzy Pilch DZIENNIK
Na „Dziennik” spojrzałem od razu z ciekawością i nadzieją, bo zawsze bardziej mnie przekonywała publicystyka Jerzego Pilcha niż powszechnie chwalone i nagradzane powieści. Pilch felietonista ma pałer, Pilch pisarz wydaje mi się cokolwiek na siłę. Pewnie jednak nie byłoby tego bez tamtego. Dowodem choćby legendarne pierwsze zdanie, o którym autor mawia, że to argument decydujący przy podejmowaniu czytelniczego trudu (niekiedy zmieniającego się w rozkosz): „W Wiśle jak Pan Bóg przykazał: minus czternaście stopni mrozu, plus czternaście centymetrów śniegu. Można powiedzieć: zatrważająca luterska równowaga”. Zaczyna się ten „Dziennik” w grudniu 2009, roku utraconej wiary, jak wyznaje Jerzy Pilch, przy okazji wymieniając inne straty („umarł Leszek Kołakowski”, „zgasła gwiazda Leo Beenhakkera”), ale i zyski, czyli ponowną lekturę Flauberta, Schulza, Tołstoja oraz poetycki come back Jana Polkowskiego. Niezmiennie od tysiącleci każda sytuacja i każdy czas przynosi straty i zyski, by w świecie panowała jako taka równowaga. Pamiętam edycję Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius sprzed dwóch lat, kiedy za książkę roku nominowani byli właśnie Polkowski wraz z m.in. Marcinem Świetlickim, który w młodości napisał swój słynny manifest „Do Jana Polkowskiego”, odsądzając poezję wielkich słów od czci i glorii. Po dekadach i jedna, i druga – poezja bolącego zęba oraz ta spod proporca czterdzieści i cztery – znalazła się w tym samym konkursie na równych prawach wyróżnienia. Przy czym, co może przypadkowe, może znaczące, ani Polkowski, ani Świetlicki na galę nie przyjechali. Dyskretny kod równowagi.
To, na co Pilch zwraca uwagę w „Dzienniku” również pozostaje w przestrzeni pomiędzy, jest i oddalone od wielkich wydarzeń czy kulturowych monumentów, i prowadzi z nimi zaangażowany dialog. Kiedy się spojrzy na daty graniczne zapisków autora, koniec 2009 – listopad 2011, naturalną staje się pokusa, by otworzyć strony dotyczące kwietnia 2010. Dwa dni przed katastrofą smoleńską Jerzy Pilch analizuje „Sklepy cynamonowe”, potem milczy całe dziesięć dni. 18 kwietnia obszernie wspomina księdza generała Adama Pilcha, jedną z ofiar: „Nieraz dawałem wyraz przeświadczeniu, że prawdziwy ksiądz nie musi, a może nawet nie powinien, za dobrze znać się na Panu Bogu – musi i powinien znać się na ludziach”. Ewangelicka perspektywa autora często dochodzi w tej książce do głosu, podobnie jak wiślańska, małomiasteczkowa, w relacji do nadwiślańskiej stołecznej. Dystans jest dla „Dziennika” charakterystyczny, lecz dystans wiążący, nie chodzi o bezpieczny autsajderski ogląd rzeczywistości, a o szczere współodczuwanie. Pilch żyje (czy też szamocze się, jak sam to określa) tu i teraz, krytycznie, nie bez zrozumienia zjawiska opisując, czasem wzdychając do tam i wtedy. Wracając do siebie: „Katastrofa się zdarzyła? Prezydent zginął? Pozwolą państwo, że w takim razie powiem coś o sobie. Bez cienia ironii i zwłaszcza bez gombrowicziad”. Dostanie się zatem Rymkiewiczowi za wiersz „Do Jarosława Kaczyńskiego” (i nie tylko) oraz (co u Pilcha publicysty wartość stała) różnym artystom słowa (Joanna Bator czy Cormac McCarthy) za o jedną opinię za daleko, a także na przykład polskiej ekstraklasie piłkarskiej, zwanej tutaj „hańbą”. Najważniejsze jest jednak gadanie o sobie, przez siebie, do siebie nawet, w obecności innych i innych przywołujące.
4 lipca 2010, dzień z Elżbietą Czyżewską i Agnieszką Osiecką: „Czy ja dałem radę powiedzieć Czyżewskiej, że w wieku dwunastu lat po wielokrotnym obejrzeniu Giuseppe w Warszawie, Żony dla Australijczyka i Domu bez okien (...) platonizm przestał mi wystarczać i jąłem szukać bliższego kontaktu?”. 5 sierpnia: „Nakładem Biura Literackiego ukazała się ciekawa książka o Tymoteuszu Karpowiczu – pozwolą państwo, że w związku z tym rytualnie powiem coś od siebie”. Pilch przywołuje ogrom anegdot, historii z życia i z mediów, wyjątków z powieści i gazet, są one dla autora punktem wyjścia, przydrożnymi znakami w polemicznych wędrówkach, rozmowach, które odbywa z czytelnikiem (teksty stąd ukazywały się na bieżąco w „Przekroju”), ale przede wszystkim ze sobą. Jak przystało na użyty tu gatunek literacki, a może i ogólnoliteracką prawdę o tym, że pisze się dla samozaspokojenia i po to, by o sobie wiedzieć więcej. Zresztą, czy inaczej się żyje? Powie przecież Gombrowicz, cytowany przez Pilcha: „Człowiek powinien żyć najpierw dla siebie”. Tylko tak może być interesujący dla innych, zaznać jakiejś wersji szczęścia, stworzyć książkę, która stałaby się doświadczeniem zbiorowym. Ten dziennik taki jest.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Jerzy Pilch DZIENNIK, Wielka Litera, 2012
Tuesday, May 8, 2012
Wrocław Europejską Stolicą Kultury???
W sporcie istnieje zasada niezmieniania zwycięskiego składu, niegrzebania w formacjach, które zapewniają trofea, nie ma mowy o zatrudnianiu nowego trenera, bo i po co. W przypadku Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław zachowuje się zatem odwrotnie. Można powiedzieć, że kultura to nie sport, obowiązują tu inne reguły, można myśleć w kategoriach podobieństwa. Adamowi Chmielewskiemu zarzucano brak doświadczenia w organizowaniu imprez, wskazywano na biegłość intelektualną, świetny przegląd sytuacji, ponadprzeciętne umiejętności, przydatne jednak na etapie aplikacji, niekoniecznie później. Nie wiem, dlaczego nie miał zatem możliwości doprowadzenia swojego projektu do końca, czyli do roku 2016, wraz z dobranym, choćby w konkursie, menedżerem. Co więcej, profesorowi od aplikacji podziękowano nieelegancko, powołując na przykład radę ESK bez jego udziału, choć wtedy jeszcze szefował. Z kolei Anna Wołek, dzięki której Impart, jest jedną z nielicznych w Polsce publicznych instytucji kultury na tzw. plusie, bez długów, z przychodami znacznie przewyższającymi koszty i coraz ciekawszymi artystycznie projektami, została odwołana natychmiast po konkursowym rozwiązaniu, mimo że jej dyrektorski kontrakt w Imparcie kończył się w 2014 roku. I miała ambitne plany. Czy naprawdę tak powinno się dziś, w tak przyjaźnie postrzeganym mieście jak Wrocław, traktować ludzi, dzięki którym to miasto tylko zyskuje?
Na miejscu na przykład Oresta Lenczyka nie byłbym dziś pewien przyszłości w mistrzowskim Śląsku Wrocław. Prezydent Dutkiewicz może łatwo dojść do wniosku, że Lenczyk na europejskie puchary się nie nadaje, bo nie osiągał w tej przestrzeni sukcesów. Klepanie trenera po plecach równa się ściskanie profesora Chmielewskiego. A po kilku miesiącach... pomysł może się zmienić. Taki casus Jerzego Dudka, który wygrał dla Liverpoolu Ligę Mistrzów i za chwilę usiadł na ławce rezerwowych, odszedł z klubu. Mam wrażenie, iż miejskie władze zbyt mocno zapatrzyły się w siebie, w lustro mówiące im: tak, jesteście najmądrzejsi na świecie. Nie ujawnia się nazwisk osób biorących udział w konkursach ani tego, co kandydaci proponują, jurorskie obrady są trzymane w tajemnicy. Jak w tej reklamie tajemniczego Dolnego Śląska: w pewnym momencie przykłada się palec do ust i milczy lub nie odbiera się telefonu. Dopiero kiedy już po wszystkim, ogłaszane są jednomyślne wyroki do wiadomości mieszkańców. Nie da się stworzyć strony internetowej, na której poszczególne etapy byłyby transparentnie, na bieżąco przekazywane zainteresowanym? Ogłoszenie o konkursie, otworzenie zgłoszeń, publikacja nazwisk kandydatów, finalistów, a potem transmisja finałowych przesłuchań. To za wiele? Z jakich powodów? Warto iść drogą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, czyli jawnych posiedzeń ws. powoływania zarządu TVP, dostępnych w całości w sieci. Szlak miejskich sekretów zostawmy turystom. Wtedy wybór tego czy tamtego dyrektora nie będzie budził podejrzeń. Teraz, choćby w przypadku ESK, budzi, a w grę wchodzi przecież nie tylko podatny na względność opinii artystyczny program, lecz również duże nieprywatne pieniądze.
10 maja Wrocław zostanie oficjalnie Europejską Stolicą Kultury, w Brukseli odbędzie się formalne przekazanie nominacji. Od lipca lub nawet września do biura festiwalowego wprowadzą się nowi dyrektorzy z zapewne nową wizją kulturalnego roku 2016 (nie wyobrażam sobie, by tej klasy twórca co Krzysztof Czyżewski stał się zaledwie strażnikiem pieczęci). Z tym, że to nie ta wizja wygrała rok temu, nie ona była częścią wrocławskiej oceny sędziów europejskiego konkursu. Krzysztof Czyżewski zajmował się wtedy lubelską kandydaturą jako autor aplikacji Lublina. Z Lublinem nie dał rady, a teraz przychodzi do Wrocławia jako szef artystyczny czyjegoś projektu. Coś tu nie gra. Znając brukselskie zasady, wiele zmienić nie można. Jeśli zwyciężył konkretny projekt, ten powinien być realizowany. Jeżeli nie będzie, może nastąpić weryfikacja i co wtedy? Czy Wrocław jako Europejska Stolica Kultury 2016 to w tym kontekście rzecz niestuprocentowo pewna?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
Subscribe to:
Posts (Atom)




