Saturday, January 25, 2020
MAX EMANUEL CENCIC i WROCŁAWSKA ORKIESTRA BAROKOWA - Koncert w Narodowym Forum Muzyki
Z rozczarowaniem słuchałem śpiewu Maxa Emanuela Cencica w Sali Głównej NFM. Na płytach jego głos brzmi absolutnie wyjątkowo, to nie kontratenor, lecz coś więcej, coś innego. Na koncercie było przeciętnie, zaledwie przyzwoicie. Nie wiem, może trzeba kontratenorów nagłaśniać? Pamiętam, że parę lat temu Philippe Jarrousky też nie był zbyt słyszalny, tyle że... pięknie śpiewał. Cencic sobie nie poradził, po pierwszej części ktoś rzucił: chyba się oszczędza. Tylko na co? To nie próba, lecz koncert w znaczącym muzycznym mieście, goszczącym artystów wielkich. Aria Porpory, którą zaczął po antrakcie, przywróciła nadzieje na wyjątkowe spotkanie z geniuszem głosu, Farinellim naszych czasów, ale - pomimo lepszego śpiewania - wrażenie słabszego dnia wykonawcy pozostało. Dobra wiadomość? Mamy światowej klasy orkiestrę, Wrocławską Orkiestrę Barokową, której nie zawsze są w stanie kroku dotrzymać światowej sławy soliści. Najlepszy moment wieczoru? Bezwzględnie utwór Richtera, zagrany w drugiej części. Jak mówię, Cencic po przerwie też się bardziej starał, ale nie dość, nie na tyle, by doskonałość nagrań znalazła odbicie w koncertowej wersji. Niestety, weryfikacja tego, co na płycie, z tym, co live czasami wypada nie najlepiej. Tak było tym razem.
[0-6] 3 (Cencic)
[0-6] 5 (Wrocławska Orkiestra Barokowa, pod batutą Benjamina Bayla)
GCH
...
24.01.2020, amfiteatr, wejście D, rząd I, miejsce 50
JUTRO PRZYPŁYNIE KRÓLOWA (Wrocławski Teatr Współczesny)
Nierzadki to grzech teatralny: ugrzęznąć w formie. Bolesny, bo i temat ważki. Po spektaklu o tym, co zdarzyło się kobietom, dziewczynkom, dzieciom na wyspie Pitcairn powinniśmy wyjść z teatru unurzani w ludzkim złu, zdepresjonowani i zbuntowani jednocześnie. Tymczasem odbyło się po prostu przedstawienie, aktorzy odgrywali role i kłaniali się w tanecznym rytmie, uczuć zostało niewiele, trochę myśli w głowie i pytanie, co nie tak, przecież się starali. Inscenizacja, forma zabiła napięcia. Najlepszy jest prolog, kiedy spektakl niby już trwa, widzimy bohaterki i bohaterów w sielankowych sytuacjach codziennych, publiczność zajmuje miejsca. Gasną światła, oglądamy pigułkową animację o dziejach wyspy, po czym Donna (matka) mówi do córki po sześciokroć: ucichnij. Pojawia się pierwszy zgrzyt. Czemu nie cztery razy mniej albo więcej? Do końca już sztuki będziemy mieć grzęzawisko scen, z których ledwie niuanse ("ta ziemia"), mikro pomysły się obronią. Nie da się samą muzyką (Filipa Zawady) poruszyć i przejąć, nie wystarczy symbol i opowieść, by wygarnąć piekielną prawdę o pedofilsko-patriarchalnym systemie władzy i opresji. Albo róbmy słuchowisko, albo decydujmy się na mocniejsze sceny. Półśrodki się tutaj nie sprawdzają, mimo konsekwentnej i przekonującej kreacji Bartosza Woźnego (rządzącego niepodzielnie wujaszka Bucka) czy błysku talentu Anny Błaut (Donny). Trzeba też z uznaniem zauważyć funkcjonalną, ciekawą scenografię Michała Araszewicza. 'Jutro przypłynie królowa' we Współczesnym przypomina teatr robiony dla dzieci, gdzie role dzieci grają dorośli, a konflikt, spór, agon odbywa się na raczej podstawowym poziomie argumentów i zachowań. Więc oprócz niespełnionego, chybionego pomysłu na formę zawodzi i dramaturgia. - To nie ja, to on, oni też to robią, my tworzymy nowy ład, nas się nie ocenia (za to nam wszystko wolno) - znamy te śpiewki. Przełknąłbym je jeszcze i ten raz, gdyby zadziałały emocje. Może trzeba było użyć lalki, lalek, może bardzo realistycznych, żeby choć przez moment odsłonić życie, realną historię, zbyt głęboko ukrytą w teatralności.
[0-6] 3+
GCH
...
JUTRO PRZYPŁYNIE KRÓLOWA, , Scena na Strychu, 25.01.2020, lewa strona, rząd III, miejsce skrajne po prawej
Wednesday, January 22, 2020
Justyna Szafran NIE MA (Teatr Muzyczny Capitol)
W jednej z najbardziej lubianych piosenek śpiewanych przez Justynę Szafran brzmi napisane przez Agnieszkę Osiecką zdanie: no chyba że zdarzy się cud. Otóż, zdarzył się teraz, niejeden. Przede wszystkim to cud, że Justyna w ogóle się na ten recital zdecydowała. Jeszcze kilka lat temu nie chciała o takim repertuarze słyszeć. Mam 'Łagodną' (koncertowa płyta została nagrana kilkanaście lat temu), ciągle z tym jeżdżę, szukam innych klimatów - odpowiadała na sugestie, by coś podobnego do 'Nie ma' przygotować. Szczęśliwie, znalazł się pomysł na nowy recital właśnie w takim stylu, pomysł na lirykę Osieckiej, nuty Satanowskiego, na portret kobiety po przejściach, lecz z gorzko figlarnym uśmiechem w duszy. Przepis na cud. Ten zestaw brzmi przepięknie, zagrany na fortepianie i kontrabasie (świetni wręcz Rafał Karasiewicz i Kuba Olejnik), zaśpiewany w kolorach prze-życia, całą paletą barw niezwykłego głosu i aktorskiego artyzmu wokalistki. Każda piosenka wnosi coś innego, także do naszego odbioru tekstów Osieckiej. Czasem zaskakuje całościowym ujęciem muzyczno-interpretacyjnym, czasem elementem subtelnym, pauzą, przeciągnięciem, tonem, szeptem, ale i ruchem, gestem, wyrazem twarzy, iskrą i łzą w oku. Nie sposób wyróżniać któreś z tych utworów. Ułożone doskonale: zastanawiają, współodczuwają, wzruszają, chwilami nawet bawią. Ale warto zauważyć, że - wbrew różnym życzeniom zachwyconych widzów - na trzeci bis artystka wybrała powtórkę 'Tanga tendresse' , piosenki rzeczywiście w pigule ujmującej świat opowiedziany w recitalu 'Nie ma'. Justyna Szafran wraz z muzykami wyrażają tę treść po prostu cudownie. Jeśli zapytacie, kto dziś w Polsce wygrywa w kategorii piosenki aktorskiej, piosenki-teatru, bez wahania odpowiem: ONA! Maestra Justyna Szafran. Będzie z tego wkrótce płyta - nie mogę się jej doczekać - ale radziłbym nie rezygnować z koncertu.
[0-6] 6
GCH
...
NIE MA, teksty: Agnieszka Osiecka, Wojciech Fułek, muzyka: Jerzy Satanowski, Seweryn Krajewski, Kuba Olejnik. Aranżacje: Rafał Karasiewicz, Kuba Olejnik. Wykonawcy: Justyna Szafran - śpiew, Rafał Karasiewicz - fortepian, Kuba Olejnik - kontrabas. Scena Ciśnień, 22.01.2020, rząd IV, miejsce 5
Monday, January 13, 2020
NASZA KLASA (Teatr Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu)
Sztukę Tadeusza Słobodzianka słusznie kiedyś nagrodzono literacką Nike. Siła tej nieodkrywczej przecież opowieści o Polakach, Żydach, o ludzkiej naturze, milczeniu lub - jak kto woli - wyższym zamyśle Boga, o historii ciągle działa. A to, co z tą sztuką zrobili młodzi studenci aktorstwa i reżyserii Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu, ociera się o mistrzostwo. To nie jest skromny spektakl, choć za całą scenografię wystarcza szkolna tablica, dziesięć krzeseł, kilka stołów, parę rekwizytów: kartka papieru, biały obrus, czerwona szarfa, no i zapałki. Przez ponad 90 minut śledzimy ten pogrom człowieczeństwa, jaki się zdarzył w Polsce XX wieku, w skupieniu, myślach i uwadze, w napięciu, które na moment nie gaśnie. I w absolutnym podziwie dla tych bardzo zdolnych, idealnie obsadzonych aktorek i aktorów. Jeśli oni na trzecim roku, ruchem, słowem, mimiką, gestem, śpiewem, potrafią TO zrobić z nami - co będzie potem? Niech tylko trafiają na równie dobrych reżyserów, czułych zawodowych opiekunów. I niech grają tę 'Naszą klasę' dopóki się da. Brawo!
[0-6] = 5
GCH, 13.01.2020
...
Opieka Pedagogiczna: Gabriel Gietzky
Reżyseria: Marta Wiśniewska, Ada Tabisz, Robert Traczyk, Monika Reks
Występują: Dora - Julia Bochenek, Zocha - Urszula Gołdowska, Rachelka - Milena Jóźwiak, Ilza Kac - Dominika Hudziec, Rysiek - Szymon Bujak, Menachem - Miłosz Broniszewski, Zygmunt - Paweł Pacyna, Henia - Magdalena Kocoń, Władek - Maciej Łabaz, Deborah Piekarz – Sandra Obrębska
Egzamin końcowy III roku z przedmiotu Sceny współczesne, Wydział Lalkarski
Sunday, January 12, 2020
IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA (Teatr Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu)
Bardzo ciekawie, w estetyce minimalistycznie zaplanowany spektakl. Zwłaszcza aktorki wykorzystują potencjał tej Iwony. Radosław Rychcik dodał Gombrowiczowi do tekstu wykład Grety Thunberg, czyniąc z zahukanej cimcirymci postać ze strategią, zgodnie zresztą chyba z duchem Witoldowego oryginału (ten tekst jest wiecznie żywy!). Że nie do końca wyszło wyjście za księcia, by wpłynąć na świat? No cóż, dziewczyna ma prawo się zakochać i zagubić w nieprzyjaznej rodzinie i rzeczywistości. Sporo satysfakcji (Magdalena Walkiewicz rządzi) i duża przyjemność oglądania tak zagranej, ze współczesnym nerwem, klasycznej sztuki polskiej awangardy. Ta ekipa dyplomantów ma nadzwyczajne szczęście do świetnych dyplomów, wszak kilkanaście tygodni temu zaprezentowali premierę rewelacyjnych 'Chłopów' wg Reymonta, za co spotkał ich przedziwny, niezrozumiały hejt. Przetrwali to wzorowo. Za oba spektakle należą im się gromkie owacje. Teatr AST po raz nie pierwszy ani dziesiąty udowadnia, że tu trzeba bywać.
[0-6] = 4+
GCH, 11 stycznia 2020
...
Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego, wg dramatu Witolda Gombrowicza
Reżyseria: Radosław Rychcik
Scenografia i kostiumy: Sara Sulej | ASP Wrocław
Muzyka: Mateusz Winsław | AM Wrocław
Występują: Pola Dębkowska, Igor Korus, Mikołaj Krzeszowiec, Anna Nowak, Antoni Rychłowski, Michał Surma, Michał Tokarski, Magdalena Walkiewicz
GRACJAN PAN (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)
Nie szczędzą ludzie owacji na stojąco, zwłaszcza po premierowych spektaklach. Tak było i tym razem, niestety. Ale znalazł się też ktoś, kto w rozmowach po spektaklu podsumował swoje wrażenia, mówiąc, że to fake theatre. I coś w tym jest. Niedobrze się dzieje, jeśli sztuka infantylnieje. Można się podpierać terminologią Susan Sontag (wszystko można), ale sztuka jest sztuką, a kicz kiczem, gust gustem. Nie potrzeba wymyślać hybrydy pod tytułem 'camp'. Zwykle w przedstawieniach Cezarego Tomaszewskiego mamy drugie dno, podszyte są ironią, gorzką a śmieszną krytyką zjawisk. Tutaj trochę tego mało, choć - na szczęście - się pojawia. Częściej widzimy jednak wręcz apologię Gracjanlandu, krainy bardzo, bardzo prostego przekazu, fałszywego przekazu. Nie wszystko jest fajne (choć chciałby tego youtubowy Gracjan Roztocki, bohater capitolowej premiery), nie wszyscy warci tolerancji i szacunku. Gdy wszystko jest fajne, tracimy sferę smaku. A stąd już niedaleko do niesmaku, a na pewno nudności. Ten spektakl miał szansę, gdyby od doskonałego pomysłu quasi-biblijnej narracji dotrzeć do może parodii kaznodziejstwa, religijnego, politycznego, medialnego. Ale nie da się tego zrobić jeśli, powiedzmy to wprost, naiwny i prościutki przekaz zaledwie ubiera się w formę warsztatowo, wykonawczo nienagannego teatru muzycznego. By powiedzieć coś więcej, wyjść poza truizmy o lawciu and hejcie, trzeba czegoś więcej. Kreacji, nie tylko kostiumu.
[0-6] = 3+
GCH, 10.01.2020
...
GRACJAN PAN, reż. C.Tomaszewski, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu
Sunday, November 24, 2019
III Opolski Maraton Teatralny (Teatr Kochanowskiego w Opolu)
O tym, że warto jeździć do opolskiego Teatru im. Kochanowskiego już nieraz pisałem. Trzeci maraton, podczas którego można było w trzy dni obejrzeć najnowsze realizacje tej sceny, premiery z ostatnich kilkunastu miesięcy, tylko potwierdził, że jest to dziś miejsce, gdzie tworzy się wartościowy i bardzo różnorodny teatr, gdzie dyrektor Norbert Rakowski buduje niezwykle interesujący zespół.
Dwa spektakle widziałem podczas maratonu po raz drugi. Interesujące to doświadczenie. Nie było owacji stojących po prezentacji ‘Mistrza i Małgorzaty’, frekwencyjnego przeboju teatralnej jesieni w Opolu. Co zgadza się z moimi odczuciami wobec tego pokazu (poprzednio widownia wstała). Mnie też za pierwszym razem podobało się bardziej, mimo że wtedy – z powodów technicznych – nie wypaliła duża część multimedialnych projekcji. Propozycja inscenizacyjna adaptatora i reżysera Janusza Opryńskiego jest z tych radykalnych. To ‘Mistrz i Małgorzata’ pozbawiony humoru, który niesie lekturę książki. Opryński zaproponował podejście intelektualne, gruntownie serio, jego wersja to poważna opowieść o wolności, przede wszystkim artysty, kobiety, ale i uwikłanych w swoje funkcje, dylematy i czyny ludzi. Problemem spektaklu nie jest wizja reżyserska, bo ona jest ciekawa, oryginalna. Wszystko dzieje się w półmroku, na chłodno, kolory pojawiają się czasem w projekcjach, klarownym znakiem staje się ofiarna nagość Małgorzaty. Problemem tego ‘Mistrza i Małgorzaty’ w stylu noir jest nieobecność emocji, błyskotliwości, lekkości, polotu. Nie można ich wygenerować (jak próbowali aktorzy na tym moim drugim pokazie), grając po prostu szybciej. Problemem jest postać Mistrza, pozbawiona wdzięku. Ktoś, kto napisał taką powieść, kto głosił takie nauki (Michał Kitliński wciela się tu też w rolę Jezusa), nawet cierpiąc tortury w rzymskim więzieniu i syberyjskim łagrze, ma w sobie siłę uwodzenia. Ten Mistrz jej nie ma. W rezultacie trudno uwierzyć nie tylko w jego geniusz, lecz także w to, że Małgorzata tak go, do końca, kocha. Jednakże zalety opolskiego przedstawienia są liczniejsze niż uchybienia. Rałał Kronenberger jako Woland, Magdalena Maścianica jako Małgorzata (i jej alter ego Martyny Pytel), cała diabelska trupa (Monika Stanek, Katarzyna Osipuk, Radomir Rospondek, Kacper Sasin), Piłat Andrzeja Jakubczyka, Iwan Artura Paczesnego, Berlioz Leszka Malca, kilka wcieleń Michała Świtały to znakomite role. Działa muzyka (Rafała Rozmusa). Jeśli wejdziecie w gąszcz rozmyślań prowokowanych przez wizję Opryńskiego, czeka Was sporo satysfakcji. Bez wątpienia.
Co do spektaklu ‘Wątpliwość’ mam natomiast wątpliwość jedną. O której za moment. To słynny tekst, sfilmowany w 2008 roku przez autora pulitzerowej sztuki Johna Patricka Shanleya (z Meryl Streep i Philipem Seymourem Hoffmanem). Samograj, pod warunkiem, że zostanie z pietyzmem wystawiony. Norbert Rakowski i czwórka aktorek i aktorów (Judyta Paradzińska, Karolina Kuklińska, Michał Rolnicki, Dorota Kaniecka) zadanie wykonali. Nie dziwią Złote Maski, jakie opolsko-katowicka ‘Wątpliwość’ dostała. Konflikt progresywnego księdza z zakonnicą (dyrektorką szkoły) ma wiele podtekstów i płaszczyzn, uruchamia gamę napięć, podobną do mocy kryminalnej zagadki. W oryginale mamy rok 1964, Nowy Jork, Bronx. Dziś w Polsce, w okresie ujawniania pedofilii w Kościele, inne konteksty w związku z tym tekstem w grę wchodzą. Po premierze filmu Sekielskich (premiera spektaklu odbyła się wcześniej, w 2018 roku) zyskujemy dodatkowe emocje. Już nie kryzys wiary ani konfrontacja postaw wysuwają się na plan pierwszy, lecz pytanie, czy on to zrobił. Mam zatem wątpliwość, czy spektakl nie zostawi po sobie w głowach wielu widzów (którzy gremialnie wstają do owacji) głównie takiej konstatacji: o, i tak zamiotą sprawę pod dywan. Nie byłoby to sprawiedliwe dla sztuki, dobrze zagranej, dopracowanej, rozegranej na małej powierzchni, ze skromną, pomysłową a gęstą scenografią (Marii Jankowskiej).
Podwójne doświadczenie mam dziś też z oglądaniem ‘Grotowski non fiction’. We Wrocławiu widziałem ten spektakl z udziałem Romana Pawłowskiego w roli prowadzącego i było lepiej. Pawłowski jest aktywniejszy od Krystyny Duniec, wydaje się zdecydowanie bardziej zanurzony w sceniczne wydarzenia od dublerki. I jako niegłupie show na temat postaci Grotowskiego, przyczynek do rozmowy o biografii artysty w ogóle to przedstawienie się broni. Przez godzinę, tyle, ile trwa quasi konferencja, powierzchowna lecz przebiegająca w tempie, przymrużeniu oka. Gdy brylują Monika Stanek, Ewelina Paszke, Rafał Kronenberger, Jerzy Senator. Ale po scenie rekonstrukcji legendarnego ‘Chleba życia’ z ‘Apocalypsis cum figuris’ spektakl siada, wędrując z komediowej konwencji w niby pogłębienie, w rzecz o jednostkowych, ludzkich wolnościach, wyborach, sztuce etc. Jest to zabieg logiczny w kontekście historii teatru Grotowskiego, wchodzimy w parateatr, dla widza męczący, ale też przecież nieprzewidziany dla publiczności. Tutaj wciąga się nas do współuczestnictwa, kilka osób się znajduje i dołącza do aktorów, leżąc sobie na podłodze. Może to i metoda, by nieco przysnąć w tym momencie. Zatem doświadczamy dwóch rodzajów teatru: tego będącego widowiskiem i tego będącego warsztatem, medytacją. To ma sens, choć nudzi. Może i dlatego, że w stosunku do zapisanego w anonsach planu (godzina trzydzieści minut) ta prezentacja spektaklu trwała co najmniej kwadrans dłużej. Tak czy tak, ‘Grotowski non fiction’ dowodzi jednego: nie da się w dwugodzinnej pigule ogarnąć fenomenu Grotowskiego, taki skrót musi płynąć po powierzchni. Prawda oczywista, lecz opolsko-wrocławskie przedstawienie próbuje przekonać, że jednak się da. Tyleż to ambitne, co niemądre. Ale gdyby zrobić serial… – jak kiedyś ‘Z biegiem lat, z biegiem dni’ – to kto wie…
W przypadku 'Reality show(s). Kabaretu o rzeczach strasznych' siedziałem na widowni sceny Bunkier jak zaczarowany, w lekkim szoku, głębokim zadziwieniu, że młody reżyser bierze się za tak anachroniczny tekst i formę. To czysto studenckie, może nawet licealne deliberowanie, by nie powiedzieć paplanie, o kłopotach tzw. zwykłych ludzi z transformacją. Do wyrzucenia z głowy sekundę po obejrzeniu. Forma telewizyjnego programu jest tak ograna, tak prosta i niewyszukana jak rzucane w rozmaitych skeczach i stand-upach przekleństwa (i tu są). A przy tym ani dramaturg Przemysław Pilarski, ani reżyser Jan Hussakowski nie zauważyli, że ich bohaterka Bożenka wyszła już co najmniej kilka lat temu z meblościanki i poszła do Ikei, bierze 500 plus, trzynastą emeryturę. Zrobiła w domu remont. Czy dosadniejszy akcent na żydowskie trupy w szafie, politykę historyczną by temu kabaretowi pomógł? Wątpię, bo: ale to już było. Szkoda do tego opolskich aktorów.
Utalentowana Karolina Kuklińska wystąpiła w ‘Reality show(s)…’ w zupełnie odmiennej roli niż dzień wcześniej w 'Wątpliwości'. Ona jest dla mnie odkryciem tych trzech dni w Opolu. To młoda aktorka z dużym wachlarzem umiejętności, potrafi wygrywać bardzo różne emocje, tony, nie powiela środków sprawdzonych gdzie indziej. Potrafi być inna. W zamykającym maraton spektaklu (używam tego słowa nie bez wątpliwości) ‘Czarna skóra, białe maski’ również jest inna. Ma niełatwe zadanie aktorskie, w dodatku nie w pełni potrzebne. Nie rozebrałbym się dla tego reżysera, nie widzę sensu w rekonstruowaniu tej sceny na pół gwizdka. Jeśli już, to idźmy na całość. Jak wieki temu w ‘Grach’ we Wrocławskim Teatrze Współczesnym wg ‘Zabaw na podwórku’ Edny Mazyi. W poprzedniej scenie sam reżyser Wiktor Bagiński sapał po dość realistycznym odegraniu ofiary przemocy, a Kornel Sadowski jako Paź kąpał się w złotych majtkach. Gdzie tu konsekwencja? Piszę enigmatycznie, żeby nie psuć efektu, jeśli się na ‘Czarną skórę…’ wybierzecie. Jest to raczej seans terapeutyczny, nie przedstawienie teatralne i chyba niedobrze, że młody twórca zaczyna swą karierę od takiej formy. Spektakl, owszem, może prowokować do dyskusji, lecz teatralna robota leży, pogrążona przez marną dramaturgię. Uczestniczymy w spotkaniu Stowarzyszenia Anonimowych Rasistów i przyglądamy się, jak rekonstruują pewne sytuacje z historii Polski, kiedy nasza arystokracja trzymała na swych dworach afrykańskich niewolników, do dekoracji i chwalenia się przed gośćmi. Ale po jakichś dwudziestu minutach zaciera się granica między teatrem a rzeczywistością. Trochę podobnie jak w ‘Grotowski non fiction’, tyle że ‘Grotowski non fiction’ napędzany był przez absolutnie spójny logiczny pomysł na całość. Tutaj tej wizji nie ma. Jest pół pomysł na rodzaj performansu na temat rasizmu lub przemocy człowieka wobec człowieka. Wiktor Bagiński to czarnoskóry Polak, urodzony w Dzierżoniowie. Zobaczymy w spektaklu też Sibonisiwe Ndlovu-Sucharską, która przyjechała do Polski z Zimbabwe, wyszła za mąż za Polaka. Oni prowadzą terapię, opowiadając własne przeżycia, sytuacje, zachowania rasistowskie, jakich doznali. Oburzeni, przywołują wiersz ‘Murzynek Bambo’, krytykując jego treść i wymowę. Nie zgadza się z takim odbiorem Tuwimowego klasyka jedynie Michał Świtała (używamy prawdziwych imion aktorów), najstarszy w grupie. Rasizm jest ważnym tematem, także dziś w Polsce, kiedy poczytny pisarz bezwstydnie wydaje ‘Malarstwo białego człowieka’, kwitną etnofobie. Jednak zabierając się do realizacji przedstawienia teatralnego, warto wiedzieć, na czym ten rodzaj artystycznej ekspresji polega. Raczej nie na inscenizowanym spotkaniu autorskim Wiktora Bagińskiego, podczas którego gadamy i pokazujemy to, o czym gadaliśmy w formie scenki rodzajowej. Słuchałem rozmów widzów po spektaklu. Pewien pan przy tuszy mówił do kolegi: jestem rozczarowany, tak można robić sztuki o każdej ludzkiej właściwości. Ja wyglądam jak wyglądam, od urodzenia, o mnie by mógł być podobny spektakl. O każdej cesze wyróżniającej ludzi. Można by to i na plus policzyć Bagińskiemu: rasizm jako przykład, pars pro toto. Lecz forma tej wypowiedzi artystycznej kuleje, ‘Czarna skóra, białe maski’ nie jest przeżyciem teatralnym, jest fake teatrem. Który w dodatku kończy się tańcem, sekwencją choreograficzną. Znana to rzecz: gdy nie wiadomo jak skończyć, kończymy chocholim tangiem. Treściowo sztuka zaproponowana przez Bagińskiego (i dramaturga Pawła Sablika), zwycięska w przeznaczonym dla młodych twórców konkursie na wystawienie przedstawienia na scenie Modelatornia, to co najwyżej punkt wyjścia do rozmowy z młodzieżą. Jeżeli Bagiński chce robić teatr dla młodzieży, trzeba mu kibicować, wysyłając najpierw jako czeladnika do wrocławskiego Układu Formalnego. Usłyszy z pewnością: popracuj nad strukturą, rozpisz sobie wyraźne linie, wątki, cele, pamiętaj o architekturze spektaklu. Ale po ‘Czarnej skórze, białych maskach’ mam, hm, wątpliwości, czy Wiktor Bagiński chce w ogóle robić teatr. Potencjał widzę, w paru scenach teatr się dzieje (kąpiel Pierre'a - Kornel Sadowski, Karolina Kuklińska, znakomicie zaśpiewana przez Katarzynę Osipuk i Karola Kossakowskiego piosenka), w paru się zaledwie zapowiada (wykorzystanie schodów i piętra).
Warto było przyjechać do Opola, aby zobaczyć rodzący się nowy zespół aktorski Teatru Kochanowskiego, w świetnej formie. Zobaczyć, jak się tam myśli o zagospodarowaniu artystycznych talentów i ogromnej przestrzeni (cztery sceny w jednym budynku!), jak się tworzy wokół teatru wspólnotę żądną zajść i przygód, debat i przejęć. Kiedy nawet mocno niedoskonała realizacja prowokuje do nocnych – międzynarodowych – rozmów. JK Opole Theatre – jak w anglojęzycznym komunikacie nazywa swój teatr Norbert Rakowski – to miejsce o temperaturze, za którą tęskni teatralny widz. Cudownie, że tak niedaleko od Wrocławia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
III Opolski Maraton Teatralny, 22-24.11.2019, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Subscribe to:
Posts (Atom)






