Tuesday, March 26, 2013

34 Przegląd Piosenki Aktorskiej



34. Przegląd Piosenki Aktorskiej stał się już właśnie historią, pobudziwszy zaskakująco wiele tzw. pozytywnej energii, zostawiając sporo pamiętnych emocji i dużo nadziei na przyszłość. Konrad Imiela, szef artystyczny festiwalu, doprowadził w 2013 roku swoją ideę połączenia pokoleń wokół wrocławskiej imprezy-legendy do modelu, który można by na tę chwilę nazwać nawet idealnym. Jest coś dla każdego, młodego, średniego i starszego, a przy tym całość idzie zauważalnie do przodu. Mamy światowe trendy, nowe nazwiska, powiewy świeżości.

W tym roku przegląd zaoferował kilkanaście premierowych wydarzeń. Jak zawsze, publiczność najbardziej czekała na koncerty galowe. Setna rocznica urodzin Jerzego Wasowskiego skłoniła Imielę do zaproponowania właśnie takiego tematu gali. Zapalił się do pomysłu Paweł Miśkiewicz, reżyser dotąd niekojarzony z piosenką. Dla niego koncert pt. ZAWSZE GORZEJ MOŻE BYĆ to również powrót do Teatru Polskiego we Wrocławiu, gdzie na początku ubiegłej dekady dyrektorował, przygotowując istotne w dziejach tej sceny spektakle, PRZYPADEK KLARY czy WIŚNIOWY SAD. Piosenek Wasowskiego (nie tylko do tekstów Jeremiego Przybory) wraz z aranżerami nie przerabiał, przeciwnie, starał się wydobyć ich sentymentalno-dowcipny klimat. I udało się, czego najlepszym dowodem aplauz publiczności. Wszystkie koncerty kończyły się długimi owacjami na stojąco. W stylizowanej na studio telewizyjne, w jakim realizowano kiedyś Kabaret Starszych Panów, scenografii, ze sztucznymi zwierzętami, blue-boxem i ciągniętymi przez obsługę łódkami, łóżkami, drzewkami, dał się uchwycić tkliwy ton muzyki i poważno-niepoważny charakter słów. Na scenie śpiewały wyłącznie kobiety (nie po raz pierwszy w gali), wśród nich także te, dla których kompozytor pisał WALCA EMBARRAS (Barbara Krafftówna) czy PANIENKĘ Z TEMPERAMENTEM (Iga Cembrzyńska). I może zabrakło tu arcydzieł tzw. piosenki aktorskiej (z wyjątkiem genialnej wręcz WIELKANOCY w wykonaniu Stanisławy Celińskiej), lecz w zamian dostaliśmy artystyczny prezent o niespodziewanym uroku zarówno wspomnieniowości, jak  i świeżości. Działał PEJZAŻ BEZ CIEBIE Anny Chodakowskiej, uwodził SZARP PAN BAS Barbary Krafftówny (w bieliźnie!), mógł wzruszyć duet Beaty Fudalej ze śpiewającym z taśmy Jerzym Wasowskim (CZEMU ZGUBIŁAM KORALE). Jasne, że był to wieczór retro, lecz pełen całkiem współczesnej klasy.

Wzruszenia towarzyszyły również widzom w czasie koncertu dedykowanego Alinie Janowskiej, trzeciego dnia festiwalu. Jubilatka słuchała kiedyś przez siebie śpiewanych utworów z uwagą i radością, odbierała życzenia, a nawet tańczyła. 34. PPA przejdzie do historii jako jeden z najciekawszych, prezentujący różne odmiany teatru, w którym się śpiewa. Od koncertu z piosenkami Davida Bowiego w wersji Matyldy Damięckiej i Voo Voo przez angażujący publiczność występ Meow Meow, dialogującego Asafa Avidana akustycznie po The Best of Katarzyna Groniec. A poza tym zachwycili i porwali m.in.: brytyjscy wokaliści-beatboxerzy z The Vocal Orchestra, ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz z zespołem Karbido, znakomita (znów) Stanisława Celińska z młodymi muzykami w programie NOWA WARSZAWA. Trudno w takim zestawie znaleźć słaby punkt festiwalu. Nie okazał się nim także konkurs aktorskiej interpretacji piosenki, choć po II etapie nie można się było oprzeć mieszanym uczuciom. Finał z siedmiorgiem laureatów podobał się niemal wszystkim, bo po prostu stał na wysokim poziomie. Aby uchronić się przed znanym z poprzednich lat nastrojem pompy i powagi, organizatorzy zatrudnili w roli konferansjera Artura Andrusa. Autora przeboju PIŁEM W SPALE, SPAŁEM W PILE chwalili widzowie i minister kultury z prezydentem Wrocławia, nie zauważając, że wyłącznie kabaretowe zapowiedzi-skecze kompletnie nie pasowały do piosenek wykonywanych przez finalistów. Zdaniem jurorów najlepiej interpretował maturzysta z Andrychowa Kamil Studnicki, który w tym roku ma zamiar zdawać do szkoły aktorskiej (jak sam powiedział „chętnie we Wrocławiu”). Publiczność bardziej przekonała wyrazista Dominika Barabas, ale właściwie zwycięzcą mógł być każdy/każda z siódemki. Gorzej, niestety, wypadli zwycięzcy PPA z ostatnich siedmiu lat, w większości bez nowego, przekonującego pomysłu na siebie (z wyjątkiem Natalii Sikory i Bartosza Porczyka).

Warto jeszcze dodać, że prestiżowy dyplom mistrzowski kapituły im. prof. Aleksandra Bardiniego (urodzonego 100 lat temu, co jednak przemknęło bez specjalnego koncertu) otrzymał absolutnie zasłużenie kompozytor i muzyk Piotr Dziubek. Niebawem usłyszymy jego i Wojciecha Kościelniaka musicalową wersję MISTRZA I MAŁGORZATY. To już na scenie odnowionego Teatru Muzycznego Capitol, gdzie również za rok, w marcu, kolejny, 35., Przegląd Piosenki Aktorskiej.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………
34 Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, dyr. artystyczny Konrad Imiela, 15-24.03.2013

Tuesday, March 19, 2013

NIEKONIECZNIE JEST ŹLE. Piosenki Lecha Janerki

fot. ŁUKASZ GAWROŃSKI/ Teatr Muzyczny Capitol, www.ppa.wroclaw.pl

Tydzień temu pewien przebywający we Wrocławiu zachodnio-południowy Europejczyk pytał mnie, co to jest ten Przegląd Piosenki Aktorskiej. Odpowiedziałem po chwili namysłu, bo zdefiniować akurat tę imprezę niełatwo, że to festiwal, na którym artyści (najczęściej aktorzy) śpiewają zwykle czyjeś, bardziej lub mniej znane, utwory. I robią z tego naprawdę niezłe show. Dobrze, że mój Hiszpan nie dotarł na piątkowy koncert konkursowy II etapu tzw. aktorskiej interpretacji piosenki. Nie było ciekawie, wiało i pretensją, i nudą, z chwalebnymi wyjątkami. Jurorzy zakwalifikowali do finału zaledwie siedem osób, co pokazuje trwały kryzys przeglądowych zmagań konkursowych. A może też kryteriów oceny poszczególnych występów, jakieś obustronne, wykonawców i oceniających, zastanie w formule sprzed lat? Czemu na przykład nie mógłby w koncercie finałowym zaśpiewać, jako ożywcza ciekawostka, Joao de Sousa? Czemu nie dostał szansy, by na warsztatach z Mariuszem Kiljanem czy Olgą Szwajgier pogłębić swą zwiewną interpretację „Groszków i róży”, ucieszyć znów publiczność pięknym głosem i humorem?

Z piosenką aktorską w ogóle nie jest wcale źle, co z kolei udowodnił sobotni spektakl pod znaczącym również w takim kontekście tytułem NIEKONIECZNIE JEST ŹLE. Przeboje i nieprzeboje wrocławskiej rockowej legendy, czyli Lecha Janerki, zaśpiewali (to mało powiedziane) aktorzy związani z Wrocławiem. Na scenie Centrum Sztuki Impart, w pomysłowo zaprojektowanej scenografii Michała Hrisulidisa, zdarzył się multimedialny teatr z ekstraklasy, z nienachalną a wyrazistą strukturą dramatyczną, przy okazji prezentujący piosenki Janerki z czasem niespodziewanej muzycznej strony (np. soulowo-gospelowa Emose Uhunmwangho w przekonujących duetach z Januszem Chabiorem). W kwadratowych peerelowskich pokoikach snuły się opowieści, o jakie autorowi chodziło w latach osiemdziesiątych, brzmiące zaskakująco współcześnie, zarówno w muzyce, jak i w treści. Dziś żyjemy w takich samych pokoikach, klepiemy podobną codzienność, mimo wielkiej ustrojowej zmiany. Janerkowe „ja no i ty” zyskuje dodatkowe znaczenia w epoce internetu. Magdalena Kumorek zaśpiewała „Śmielej” do kamery i pewnie za chwilę jej bohaterka wrzuci ten kawałek w sieć, publikując go na swoim profilu.

Jesteśmy mieszkańcami niewiele podpicowanej rzeczywistości – zdaje się mówić scenarzysta i reżyser spektaklu Cezary Studniak. Pływamy w akwarium, nie w oceanie, rybki mają twarze celebrytów i ludzi z ulicy, a jak już nam ta niewola dopiecze nie do wytrzymania, „idziemy do zoo”. W lustrze Studniaka-Janerki przejrzyście odbija się człowiek uniwersalny, choć opowiadany na dwadzieścia parę sposobów i kilka pokoleń. Trudno powiedzieć, kto w tym towarzystwie bryluje, NIEKONIECZNIE JEST ŹLE to kreacja zespołowa, zabawna (kwartetowe „Konstytucje” artystów Capitolu czy porywające „Jezu jak się cieszę” Bartosza Porczyka z kolegami) i gorzka. Dawno na przeglądowej scenie niewidziany Sambor Dudziński jest Chrystusem, któremu w pewnej chwili znudzi się przeołtarzony krzyż miłosierdzia. „Wyprowadzam się na górę..., a ty możesz zostać” – rzuca na odchodnym do panienki lżejszych obyczajów i to ona zmienia go w staniu i tańcu na cokole, czyli rurze. Warto było posłuchać, jak Mariusz Kiljan w dresiku przypomina sobie czasy własnego rockowego szaleństwa (mocno wykonane „Siedzi”), jak Marcin Czarnik śpiewa w hymnie do „Ryby lufy”: „Bądź zawsze przy mnie lecz bez przesady / Nie zrób za dobrze mi bo będzie źle”. Gdybyśmy poznali prawdę, nie byłoby dla nas nadziei – sugeruje w innym tekście Janerka, siedzący sobotniego wieczoru na widowni. Nie wiem, czy spektakl Studniaka go zachwycił, zadziwił czy jakkolwiek poruszył, z pewnością nie znudził. Świetny band pod kierownictwem aranżera Krzysztofa Wiki Nowikowa musiał się podobać, a wizualizacje Karola Rakowskiego windowały całość na jeszcze inny poziom. Mnie zabrakło jubilata (60 lat w maju) na scenie, choćby na końcu mówiącego „Dobranoc”, jeśli już nie wcielającego się w postać sąsiada, którego zresztą udanie wykreował Michał Staszczak.

Dzięki takim koncertom-spektaklom, spektaklo-koncertom tzw. piosenka aktorska daje sygnał, że żyje i niekoniecznie ma się tak nie najlepiej, jak od lat, niestety, sugeruje konkurs PPA. Na miejscu dyrektora Teatru Muzycznego Capitol (i szefa Przeglądu) Konrada Imieli rozważyłbym wprowadzenie NIEKONIECZNIE JEST ŹLE do stałego repertuaru nowej sceny przy Piłsudskiego.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
NIEKONIECZNIE JEST ŹLE. Piosenki Lecha Janerki, reż. C. Studniak, Przegląd Piosenki Aktorskiej, CS Impart, 16 marca 2013

Tuesday, March 12, 2013

OD CRANACHA DO PICASSA

Lucas Cranach Starszy Święty Jan Chrzciciel nauczający

Wystawa o chwytliwym tytule OD CRANACHA DO PICASSA, pokazywana właśnie we wrocławskim Muzeum Narodowym, pojawiła się nad Odrą dzięki fuzji dwóch banków: polskiego WBK Zachodniego i hiszpańskiego Santander. Prosimy o więcej takich artystycznych skutków rozmaitych przejęć, połączeń, sprzedaży i kupna. To, że Wrocław i San Sebastian będą dwoma stolicami kultury w jednym 2016 roku nie miało zatem tym razem znaczenia, choć warto wspomnieć, iż jeden z artystów prezentowanych w czasie trwającej do czerwca ekspozycji, , rzeźbiarz Eduardo Cillida, urodził się właśnie w San Sebastian nad Zatoką Biskajską. Co ciekawe, zanim poszedł na architekturę, artysta bronił bramki piłkarskiego zespołu Real Sociedad. Jego abstrakcyjne prace stoją na całym świecie, są ozdobą przestrzeni w Ameryce i Europie. Kilka z nich można na przykład podziwiać w Niemczech: w Berlinie, Münster czy Trewirze (wspaniała „Klatka wolności”). Warto więc rzucić okiem na skromniejszą rzeźbę umieszczoną w muzeum.

Cała kolekcja Santander liczy około pięciuset obrazów, dwóch tysięcy monet, wiele gobelinów, mebli, dzieł z porcelany czy rzeźb. Najważniejsze jest malarstwo, z którego we Wrocławiu zobaczymy kilkadziesiąt znakomitych obrazów z różnych epok, jak celnie głosi tytuł. Wrażenie robią nazwiska i prace starych mistrzów. Można bowiem na własne oczy przekonać się o pięknie, a nawet cudowności takich arcydzieł jak „Święty Jan Chrzciciel nauczający” Lucasa Cranacha Starszego, „Chrystus ukrzyżowany z Toledo w tle” El Greca, „Najświętsza Maria Panna jako śpiąca dziewczynka” Francisco de Zurbarána, „Don Diego de Mexía, markiz de Leganés” Antona van Dycka, „Portret Michela Ophoviusa” Petera Paula Rubensa. Jest niesamowity i tajemniczy „Portret dwudziestopięcioletniego młodzieńca w pelisie” Tintoretta, wreszcie późne płótno Pabla Picassa („Popiersie rycerza III”) czy „Personnage” Juana Miró. Pięćset lat nie tylko hiszpańskiej sztuki, więc przysłowiowemu „każdy znajdzie tutaj coś dla siebie” w tym przypadku daleko do sloganu.

          https://pl-pl.facebook.com/Muzeum.Narodowe.Wroclaw?group_id=0

Mnie zachwyciła od pierwszego spojrzenia „Martwa natura z kwiatami” nieznanego mi wcześniej Juana de Arellano. Czarne tło i żywe kolory kwiatów dają się zauważyć i wyróżnić mimo godnej konkurencji obrazów sąsiadujących. Jak mówi kurator wystawy, madrycki profesor José Manuel Cruz Valdovinos, de Arrellano był jednym z najwybitniejszych malarzy martwej natury w Madrycie w XVII wieku. Obok Muzeum Prado wszystkie największe hiszpańskie kolekcje mają obrazy tego artysty. To obrazy drogie, jeden potrafi kosztować co najmniej pół miliona euro, zazwyczaj dużo więcej. Dzieło prezentowane we Wrocławiu to w dodatku rzecz szczególna kompozycyjnie. Składa się z trzech elementów, a zwykle de Arrellano malował tylko jeden obiekt. I chociaż nie ma w kolekcji Santandera ani Velazqueza, ani Goyi, ekspozycja wydaje się reprezentatywna dla dziejów malarstwa hiszpańskiego. Część poświęcona czasom późniejszym, choćby malarzom z wieku dziewiętnastego, będzie zapewne odkryciem, ale kiedy się po jej podziwianiu poszpera trochę w książkach lub w sieci, okaże się, iż są to twórcy cenieni i szanowani (świetne płótno Joaquína Sorolli!). Żadna druga liga, lecz najprawdziwsza malarska Primera Division.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
OD CRANACHA DO PICASSA. Kolekcja Santander, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, 12.03.2013

Tuesday, March 5, 2013

Miesięcznik ODRA



Jestem zdania, że nie potrzeba w Polsce tylu czasopism artystyczno-literackich, ile się wydaje. I nie chodzi mi o finanse, choć to z pewnością także ważna sprawa, lecz o realną potrzebę czytelników, których coraz mniej. Kto ma dziś czas czytać (i pieniądze, by kupować) choćby kilka tytułów? Może zainteresowany emeryt na emeryturze (w odróżnieniu od emeryta pracującego), ale i on (ona) też pewnie niekoniecznie. Z kurczącego się, ciągle jednak pokaźnego, zbioru czasopism podejmujących tematy sztuk przeróżnych, głównie literackich, niełatwo wybrać coś, co rzeczywiście warto przynajmniej wnikliwie przeglądać regularnie lub nie. Na szczęście jest Odra.

Mam znajomych, którzy na wydawany od ponad pięćdziesięciu lat we Wrocławiu miesięcznik patrzą krzywo. Że forma nieatrakcyjna, czerń i biel bez innych kolorów, że pismo trąci myszką, że kiedyś to pewnie taka lektura miała sens, ale teraz to ja ledwo jakiś tygodnik plus porcję niusów z sieciowego portalu przełykam. Takie czasy. Gdy jednak opowiadam o tym, co w tej niby leciwej a zasłużonej Odrze znalazło się ostatnio, deklarują chęć kontaktu. Bo w lutowym, na przykład, numerze już z okładki patrzy Witold Gombrowicz, a z wnętrza pisze, w niepublikowanych wcześniej listach, do Litki, czyli Alicji de Barcza, przyjaciółki z przedwojennych stołecznych salonów, później – jak on – emigrantki, tyle że północnoamerykańskiej. Mało tę epistolarną aktywność pisarza znamy, więc za okraszony wywiadem z Ritą Gombrowicz pomysł prezentacji choć fragmentu trzeba redakcji pozazdrościć. Wychodzi z autora w tych kilku listach człowiek trzeźwo myślący o sobie i ludziach, ten ironista, jakiego pełno w dzienniku, ale też wcale męski uwodziciel, choć, niestety, z brakami w portfelu. „Wobec dolarów jestem zupełnie bezsilny” – tłumaczy się Witoldo z przyjęcia od Alicji znalezionego w kopercie ze Stanów banknotu z prezydentem Hamiltonem.

Miesiąc temu, w styczniowej Odrze, można było się natknąć na nowe (najnowsze?) wiersze Tadeusza Różewicza, kiedyś stałego na łamach bywalca, a w zawsze interesującej sekcji recenzyjnej Cezary Rosiński rozprawił się jeszcze mocniej ode mnie z powieściowymi kotami Doroty Masłowskiej („horrorem czytelniczym” tu nazwanymi). Co nie znaczy, iż z opiniami Odrowców zgadzać się należy, recenzenci i felietoniści potrafią czasem zdziwić własnym zdaniem i hipotezą. Osobiście uważam, że miesiąc bez celnie dowcipnego Stanu Przejściowego Mariusza Urbanka czy chwili w Poczekalni Urszuli Kozioł byłby miesiącem uboższym. Nie czytam za to artykułów socjologicznych i ekonomicznych, rozmów politykujących (nawet z Władysławem Frasyniukiem czy Pawłem Kowalem), we wrocławskim magazynie szukam tego, czego nie znajdę gdzie indziej. Jak esej Eryka Ostrowskiego o Charlotcie Brontë, przedstawiający alternatywną wersję autorstwa książek brytyjskich sióstr. Kto naprawdę napisał WICHROWE WZGÓRZA i wszystkie inne? Odpowiedź w październikowym, 605., numerze. Takie odkrycia bywają niemal w każdym wydaniu Odry. Rok temu pojawił się tutaj ostatni, jak się potem okazało, wydrukowany za życia wiersz Wisławy Szymborskiej, o której luksemburski poeta Lambert Schlechter wspomina w swoim wierszu, zamieszczonym w numerze lutowym (przekład Urszuli Kozioł): „rozpocząć dzień z wierszem / Wisławy Szymborskiej (…) / to będzie dzień jak żaden inny”. Bardzo ciekawie zapowiada się ankieta na temat polskiej poezji pierwszej dekady XXI wieku, a w marcu między innymi: publikacja fragmentu najnowszej powieści Olgi Tokarczuk FRANK i rozmowa Stanisława Obirka z Zygmuntem Baumanem o religii i literatach.

Warto więc do Odry zaglądać, żeby czegoś rzeczywiście istotnego nie przegapić.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
ODRA – miesięcznik, red. nacz. Mieczysław Orski, OKiS we Wrocławiu i Instytut Książki

Monday, February 25, 2013

Shawn Levy PAUL NEWMAN



Na początek zagadka. O którym filmie tak po premierze pisali renomowani amerykańscy krytycy: „bardzo powierzchowny”, „doskwierająca pustka”, „musiało to wyglądać na naturalne na papierze”, ale jest „powolny i rozczarowujący”? O BUTCH CASSIDY I SUNDANCE KID, (nie)oczywiście. Kto by dziś pomyślał, że właśnie dzieło George’a Roya Hilla, wprowadzające średnio znanego wówczas Roberta Redforda do hollywoodzkiej ekstraklasy miało taką prasę? Dla Paula Newmana film, który zarobił 102 miliony dolarów, był istotny jeszcze z innego powodu. Podczas zdjęć wdał się bowiem w krótki romans z dziennikarką Nancy Bacon, co nadszarpnęło wizerunek idealnego małżeństwa z Joanne Woodward.

Paul Newman ideałem nie był – czasami próbuje szepnąć między akapitami swojej książki Shawn Levy. Nieudolnie, rzecz jasna. Właśnie wydana u nas biografia jednego z największych gwiazdorów kina wszech czasów to niepozbawiony prób odbrązowieńczych pean na cześć. Bardzo rzetelny, doskonale skomponowany z anegdot i cytatów, prezentujący zawodowo-prywatną pełnię faceta, o którym własna matka mówiła: „Paul był pięknym dzieckiem, aż żal tracić taką urodę na chłopca”. W wieku 18 lat pojechał na wojnę i jak sam twierdził radził sobie nie najlepiej („Kiedy ja oceniałem, że mamy kontakt z celem, wysokościomierz pokazywał, że jesteśmy sześćdziesiąt albo dziewięćdziesiąt metrów pod wodą, w morzu! A pilot tylko boki zrywał i bawił się wyśmienicie”). Z kobietami na początku też średnio mu szło, większość przerastała go o głowę. Ale potem wszystko się zmieniło. Yale, Actors Studio, no i Joanne, którą poznał będąc już jakimś aktorem, a także mężem i ojcem trojga dzieci.

Z Woodward pobrali się w lutym 1958 roku, miesiąc później ona dostała Oscara. Na swoje nagrody Akademii Newman czekał długo, przy czym najpierw ściskał statuetkę honorową (więc mniejszego kalibru), rok później, w 1987, za kreację w KOLORZE PIENIĘDZY. Na ceremonię zresztą nie przyjechał, obawiając się kolejnej porażki. Pewniakiem do wyróżnienia zdarzało mu się bywać kilkakrotnie (w sumie osiem nieustrzelonych nominacji), za każdym razem bez powodzenia. Nie zawsze uczestniczył w ceremoniach, nawet dla Los Angeles nie rezygnował ze spektakli na Broadwayu. Kiedy po fantastycznej roli prawnika-pijaka w WERDYKCIE Sidneya Lumeta, uniesiony pracą i sukcesem niełatwego filmu, przybył po odbiór należności (jak się powszechnie wtedy uważało), musiał przełknąć zwycięstwo Bena Kingsleya, czyli ekranowego Ghandiego. Przyjaciele ofiarowali mu koszulkę z obrazkiem, na którym zaciska dłonie na szyi konkurenta.

Shawn Levy wyznaje w posłowiu, iż marzył o rozmowie z Newmanem na potrzeby swojej książki, ale trafił już na okres, gdy aktor biograficznych wywiadów nie udzielał (zmarł na raka w 2008 roku). Nigdy się więc nie spotkali, co w najmniejszym stopniu nie pomniejsza wartości ponad czterystustronicowego kompendium na temat życia aktora, reżysera, producenta, właściciela firmy żywnościowej, filantropa, angażującego się w sprawy polityczne. Levy przypomina o słynnym wieczorze wyborczym, kiedy w gronie znajomych Newman oglądał jakąś niesławną komedię z Ronaldem Reaganem i lekceważący śmiech ugrzązł towarzystwu w gardle. Pod koniec życia zdecydował się na odejście z planu: „Nie jestem już w stanie pracować jako aktor na takim poziomie, na jakim bym chciał – przyznał w telewizyjnej rozmowie. – Człowiek zaczyna tracić pamięć, pewność siebie, inwencję. Dla mnie to już zamknięta księga. Wystarczy”. Podkładał więc glos do dokumentów i kreskówek, choćby do filmu AUTA, co zapewne sprawiło mu również przyjemność, bo przez lata uchodził za znakomitego kierowcę-miłośnika rajdów samochodowych. Drugie miejsce w Le Mans (jechał Porsche 935) to zaledwie jedno z licznych trofeów.

Najciekawsze w biografii Newmana, jak zresztą w każdej biografii, są momenty przełomu i rysy na znanym z oficjalnych przekazów wizerunku. Nie setki anegdot, filmowych wspomnień, lecz realne życie, dające o sobie znać nawet w chwilach triumfu, tworzy człowieka i jego prawdziwy portret. Mający na swoim koncie opowieści o komiku Jerrym Lewisie, playboyu-dyplomacie Porfirio Rubirosie czy najsłynniejszej aktorsko-piosenkarskiej trupie Ameryki The Rat Pack autor niniejszej książki o tym nie zapomina. Zwraca na takie momenty szczególną uwagę, widząc słodko-gorzki los swojego bohatera w sprawiedliwych barwach, a jednocześnie dając do zrozumienia, jakim podziwem darzył Newmana-człowieka i Newmana-artystę: upartego, przedsiębiorczego, wybrednego, szalonego, dającego współpracownikom w kość, pijącego trochę za dużo, zachowującego dystans do przestrzeni publicznej, ale też do siebie. Co oczywiście przyszło z czasem i nie bez bólu. "Gdybym stał się psem, byłbym terierem – powiedział kiedyś aktor. – Według mnie te psy zawsze próbują nosić kości o wiele dla nich za duże, próbują wykopywać kości spod płotów, których fundament jest zbyt głęboko. Mam fart, i to w nadmiarze, ale jestem też bardzo zawzięty. Tym czy innym sposobem dobiorę się do tej kości". Jaki był Paul Newman? Zdaje się, że właśnie taki jak w książce Shawna Levy’ego.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
Shawn Levy PAUL NEWMAN, przeł. A. Czwojdrak, Wyd. Dolnośląskie, 2013

Tuesday, February 19, 2013

Nadia Szagdaj KRONIKI KLARY SCHULZ





Trzeba mieć odwagę, by dzisiaj zaprezentować światu tzw. retro kryminał, którego akcja dzieje się w Breslau na początku XX wieku. To jest przecież miasto Eberharda Mocka, gatunek kojarzony z Markiem Krajewskim. Sensacyjne klimaty retro w Krakowie, Lublinie, Warszawie niech sobie będą, na tamtejszych naśladowców spoglądamy z pobłażaniem, na ewentualnych miejscowych z podejrzliwością.

Podejrzana to Nadia Szagdaj, wykształcona we wrocławskiej Akademii Muzycznej śpiewaczka operowa (sopran), dotąd autorka jednej skromnej powieści fantasy pt. PRZEPOWIEDNIA, fotograf, ale też wokalistka rockowego zespołu Yunnaya. Właśnie ukazują się KRONIKI KLARY SCHULZ, pierwsza z cyklu książek detektywistycznych z tytułową Klarą w roli głównej. SPRAWA PECHOWCA rozgrywa się wokół morderstwa w Operze Wrocławskiej, kiedy podczas spektaklu CZARODZIEJSKI FLET ginie na scenie baryton Emmanuel Heiss, śpiewający partię Papagena. Wśród widzów znajduje się Klara Schulz z mężem Bernardem. Klara jest córką emerytowanego policjanta, aktualnie kurą domową, mamą kilkuletniego syna i żoną robiącego karierę w kręgach medycznych Breslau i Oppeln lekarza, więc aż pali się, by robić coś ekscytującego. Chce być detektywem (dziś pewnie powinniśmy używać słowa detektywka), a pierwsza ze spraw właśnie zjawiła się na jej drodze. Oczywiście, Bernard będzie przeciw, lecz dziewczyna postawi na swoim, przyjmując zlecenie Henryka Skrodzkiego, operowego suflera, prywatnie partnera zamordowanego.

Stylistycznie tej powieści do książek Krajewskiego trochę brakuje, zwłaszcza strony początkowe zdają się potrzebować szlifu i skreśleń. Z każdym rozdziałem robi się jednak coraz ciekawiej, sprawniej, momentami trudno się od towarzyszenia Klarze powstrzymać, a cokolwiek opisowy, kobiecy styl przestaje przeszkadzać. Obok promienia słońca, co nie zapomina pogładzić bohaterkę po włosach, dostarcza nam autorka pogłębionego wglądu w intrygującą osobowość młodej kobiety walczącej o swoje w czasach dla kobiet niezbyt przyjaznych. Klara nie może wstąpić do policji, czego pragnie nawet jej ojciec, chyba że zadowoli się posadą sekretarki. Nie zadowoli się, ona woli penetrować piwnice, asystować przy sekcji zwłok, patrzeć przestępcom w oczy. Dzięki zbiegowi okoliczności udaje jej się nawet na czas śledztwa wyekspediować męża i syna do Opola po to, by samej wikłać się w niebezpieczną przygodę, a także flirt z byłym kochankiem. W kolejnych tomach mąż będzie musiał zrewidować swoje poglądy na temat roli kobiety w społeczeństwie, bo inaczej przyjdzie mu jedynie czytać o sukcesach eksmałżonki w Schlesische Zeitung.

SPRAWA PECHOWCA nie jest imitacją powieści o Mocku, lecz poważną propozycją również dla czytelników blisko zżytych ze światem przedstawionym przez Marka Krajewskiego. Wyjadaczy kryminałów nie zaskoczy akcja, intryga wyda im się dość konwencjonalna, motyw zbrodni bywały w książkach tego typu, ale najbardziej interesujący i najmocniejszy element prozy Nadii Szagdaj to główna bohaterka, której chętnie kibicujemy, lubiąc ją od pierwszego słowa. Wątki operowe, emancypacyjne, melodramatyczne dodają KRONIKOM KLARY SCHULZ smaku, odejmują go fragmenty pamiętnikowe, napisane nazbyt szkolnym stylem, prawie nic niewnoszące do fabuły, nieostrożnie natomiast zdradzające kierunki śledztwa. Przeciętnie rozgarnięty włamywacz mógłby łatwo wejść w posiadanie owych zapisków. Klara jest w tej książce w fazie zawodowej inicjacji, dojrzewa ciągle także jako kobieta, matka i żona, dlatego wybaczamy jej czułostkowość czy nieroztropność, tak jak wybaczamy debiutującej w sumie pisarce drobne chropowatości. Z tymi kobietami bowiem chce się ponownie spotkać w zawsze atrakcyjnej przestrzeni literackiego Breslau.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Nadia Szagdaj KRONIKI KLARY SCHULZ. SPRAWA PECHOWCA, Bukowy Las, 2013

Tuesday, February 12, 2013

Agnieszka Wolny-Hamkało INICJAŁ Z OFFU



Nie wiem, czy to najlepszy sposób na popularyzację poezji współczesnej, ale na pewno jeden z najciekawszych, na jakie ostatnio, a może i w ogóle, trafiłem. Agnieszka Wolny-Hamkało opublikowała niewielką książkę, będącą rodzajem osobliwego pamiętnika z lektury wierszy. Autorka sama jest poetką, więc wokół utworów swoich ulubieńców, często kolegów, koleżanek i przyjaciół, a pewnie i mistrzów/mistrzyń, stworzyła zupełnie nową opowieść. Jak przy okazji krótkiego DESZCZU Piotra Sommera, przedstawiającego chwilę z życia pewnego mężczyzny, pasażera samolotu. Agnieszka  dopisuje Sommerowi przód i tył, ciąg wcześniejszy i dalszy, o tym, jak w życiu tego mężczyzny zaistniała kobieta i jak z tego życia znikła, zostawiając pogodowy, wcale niepogodny ślad.

Takich historii i zabiegów znajdziemy w tomie INICJAŁ Z OFFU więcej. Opowiadając o swoich wrażeniach, myślach, emocjach, autorka podpowiada czytelnikowi: zobacz, jak bliska jest nowa poezja tobie. Który latasz samolotami, wędrujesz po internecie (nieustannie walczę o małe i przy internecie), wychodzisz na spacer z pełnym witalnej siły psem, żyjesz, czujesz, zastanawiasz się. Często nad miłością, czasem nad śmiercią. Wiele z takich momentów ktoś zatrzymał w wierszu, ktoś taki jak Urszula Kozioł, Marcin Świetlicki, Marcin Sendecki, Tomasz Różycki i tak dalej. Agnieszka Wolny-Hamkało zdecydowała się na dwadzieścia cztery zbliżenia na głównie polską poezję zdaje się po to, by tę poezję wydobyć z marginesu, pokazać jej aktualność, werwę, piękno, odjąć jej łatę trudności, niezrozumiałości, pożegnać legendę o elitarności odbioru. Popatrz, sugeruje autorka, dzisiejszy wiersz jest tak obrazowy jak film, tak czuły jak taśma, trzeba mu tylko pozwolić mówić, być w naszym codziennym świecie. Kiedyś nie było z tym problemu, bo nie było, no właśnie, czego? Telewizji, tak zwanych multimediów?

W książeczce poetki o poezji wiersze stają się przyczynami i skutkami olśnień i zachwytów, smutków i tajemnic, wiele kryją, wiele odkrywają, a wiedzę na ich temat może posiąść każdy z nas. W SONECIE DROGI Darka Foksa bohater przypominać może twardziela z filmu jakiegoś Tarantino, spotykającego się z Laurą Palmer i agentką Scully podczas podróży przez Europę, ale może też być popkulturowym pożeraczem wszystkiego, co zaoferuje kino lub zwykłym facetem zmyślającym niestworzone historie stworzone przez innych. Po to, by zaimponować dziewczynom stojącym przy drodze krajowej numer wcale nie czterdzieści i cztery. Tak, bohater wiersza Foksa to postać świadoma swojej wartości, co czytelniczka Agnieszka doskonale ujmuje, podkładając mu głos: "- A dzisiaj pijemy z Foksem. Będzie pite - zdecydował znienacka i ruszył na spotkanie poety". Po którym poeta napisze o nim wiersz.

Ważnym elementem całości INICJAŁU Z OFFU jest strona graficzna. Specjalnie do książki robione przez Kamę Sokolnicką kolaże przywołują stare filmy, klimat retro, coś bajkowego, amerykański, ale też peerelowski sen. Wiersze i teksty bywają ostre, trzeźwe, lecz tkwi w nich ten sam czar, wypadniętej z niekomputerowego albumu fotografii. Wystarczy spojrzeć, żeby wydostać się stąd, przystanąć lub popędzić, zależnie od humoru, lat na karku, więc chęci i (nie) przymuszonej woli.

Świat się za nimi wstawił, Bóg 
im zajrzał w oczy, grant im się przytrafił, 
ksiądz do nich przemówił, bank im wysłał kartkę, 
Lot im wysłał bilet, Gazeta Wyborcza 
dała im kluczyki i całą klasykę XX wieku, 
Tygodnik Powszechny znów ich recenzował, 
nawet telefonia, nawet ona, nawet 
listonosz, wydawca, służby PKP. 
Znowu ich wezwali na ten sam festiwal, 
jeden posterunek, umówiony peron, 
postawili nago w tym samym pokoju, 
wcześniej obdarzyli żoną, mężem, 
dziećmi, lekką kuchnią i wspaniałą pracą. 
Stawiają im domy w tym samym mieście, 
piszą za nich najpiękniejsze wiersze, 
lekką ręką dają wolną rękę. 
Wolną wolę.

Nie trzeba tu mądrości szkolnych podręczników, na wyrywki wydukanej typologii metafor, rozległych nauk ściśle humanistycznych, liryczności podmiotu i podmiotowości liryki. Wystarczy przewrócić kartkę, by poznać ich, czyli siebie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Agnieszka Wolny-Hamkało INICJAŁ Z OFFU, Iskry, 2012
(wiersz Agnieszki Wolny-Hamkało pt. piracka piosenka pochodzi ze strony www.biuroliterackie.pl)