Thursday, April 21, 2011

Nick Trout MIŁOŚĆ TO NAJLEPSZE LEKARSTWO


Weterynarz piszący powieści to na rynku wydawniczym nic nowego. Czytelnicy sięgając po książki Herriota, Sumińskiej, czy właśnie Trouta liczą zapewne na to, że oprócz zwierzęcych bohaterów znajdą w tych lekturach kilka pożytecznych, praktycznych, czy też naukowych informacji. I tak rzeczywiście jest, ale chociaż w tej historii nie brakuje medycznego żargonu, w naszych polskich realiach najnowszą książkę Trouta czyta się raczej jak bajkę lub opowieść z gatunku science-fiction. A jednak, jak sam autor podkreśla we wstępie, to, o czym opowiada wydarzyło się naprawdę, a historie podobne do tych opisanych w książce mają miejsce codziennie.

Dr Nick Trout to ceniony chirurg weterynaryjny. Pracuje razem z 70 innymi weterynarzami w znanej bostońskiej klinice Angell Animal Medical Center, gdzie w 26 doskonale wyposażonych gabinetach każdego dnia przyjmują liczną gromadę zwierzęcych pacjentów. Trout jest weterynarzem z powołania, a za cel swojej pracy uważa „wzmacnianie i służenie miłości”. Miłości, która łączy człowieka i jego psa, kota, papugę czy chomika. W amerykańskiej klinice lekarze walczą o życie pacjentów i nie ma znaczenia, czy pacjent to „czteroletni królik o imieniu Atlas z dużą puchliną na dolnej szczęce”, który po kilku wizytach u dentysty trafia wreszcie na stół operacyjny doktora Trouta, czy niedoszły reproduktor, basset Łobuz, ze skręconą łapą. Każde życie się liczy, każdy przypadek zasługuje na prawdziwą batalię toczoną przez sztab specjalistów. Czytelnika w znanych nam realiach zadziwia nie tylko ładunek emocji i poświęcenia z jakim weterynarze walczą o życie pacjentów, ale także to, jak bardzo takie podejście jest dla bostońskich lekarzy oczywiste. A sposób, w jaki Trout przedstawia nam swoją codzienną pracę sprawia, że czytając o operacji królika, czujemy się, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią sensacyjną.

Wszyscy pacjenci są dla Trouta czymś znacznie więcej niż tylko medycznym przypadkiem, każdy z nich zasługuje na własną opowieść. Ta historia ma dwie główne bohaterki: Cleo i Helen. Wydaje się, że wszystko je różni: Cleo jest młodziutkim ratlerkiem, spełnieniem marzeń swojej opiekunki, a Helen to stary spaniel, porzucony i zaniedbany, szczęśliwie postawiony przed szansą na nowe, wspaniałe życie. Drogi Cleo i Helen krzyżują się za sprawą weterynarza, któremu powierzono medyczną opiekę nad nimi i to właśnie on postanowił opisać ich dzieje. A czytelnik z przyjemnością i wzruszeniem dzieli z autorem niewymuszone emocje, bez wahania wierząc w przesłanie o głębokim uczuciu, które może łączyć człowieka i zwierzę, które jest w stanie odmienić życie i pokonuje śmierć. Przypadkowi, niezaangażowani w psio-ludzki świat lekturożercy na książkę Trouta nie trafią, a szkoda, może coś by się u nas zmieniło, mniej byłoby doniesień o przemocy wobec zwierząt. Bo „Miłość to najlepsze lekarstwo” gra nie tylko sentymentami i familijnym klimatem. Daje też odrobinę nadziei, że relacja między ssakiem i ssakiem może być lepsza.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Nick Trout MIŁOŚĆ TO NAJLEPSZE LEKARSTWO, przeł. A. Sak, Wydawnictwo Literackie, 2011

Sunday, April 17, 2011

SZTANDAR ZE SPÓDNICY


Jest w tym spektaklu kilka ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, są ambicje kulturowego komentarza, interesująco wymyślona muzyka (Maria Rumińska), scenografia i kostiumy zaprojektowane z głową (Diana Marszałek). Jest też kiepski scenariusz, tekst, który po kwadransie niemiłosiernie szeleści, z którym aktorki radzą sobie średnio. Bo nie mają co grać.

Pierwszy akt to powrót do czasów Gabrieli Zapolskiej, autorki wybranych przez reżyserkę Ulę Kijak fragmentów sztuk, prozy, listów, publicystyki. Ubrane w kostiumy z epoki aktorki (w przedstawieniu zrealizowanym wyłącznie przez kobiety występują tylko kobiety) ośmieszają kolejne żeńskie stereotypy. Na scenie pojawiają się: Emancypantka, Kokota, Naiwne Cielę (zaskakująco komediowa Anna Kieca), Cierpiętnica, Spryciula (ciekawa Aleksandra Listwan), Wredna Baba (przyzwoita, zasługująca na lepsze role Ewelina Paszke-Lowitzsch), Głupia Idiotka, Wieśniaczka (ekspresyjna, choć niezdecydowana gwarowo Agata Skowrońska), Babunia. W drugim akcie zmienia się zaledwie czas akcji (lata pięćdziesiąte?). Widzimy obrazki z życia owych babocieląt. Każda z nich wygłosi w pewnym momencie retoryczne zapytanie o przyszłość, czyli ślub, a więc, w tamtych czasach, kobiece być albo nie być.

Na stronie internetowej teatru czytamy: „Postaci kobiet są u Zapolskiej zawsze krwiste i bardzo mocno osadzone w swoich poglądach – zauważa Ula Kijak, – zawsze gotowe są walczyć o swoje przekonania do ostatniej kropli krwi i przekonywać świat cały, że jest tak właśnie, jak one same to widzą". Nic z tego nie zostało w scenicznym "Sztandarze ze spódnicy". Postaci teatralne są tylko teatralne, mamy do czynienia z ludzkimi manekinami powtarzającymi swoje nadto dobrze znane mantry. Co z tego, że całość zaprogramowano w konwencji filmowych klipów ze stopklatkami po każdym kolejnym ujęciu. Przez chwilę może to intrygować, po chwili irytuje. Brakuje treści. Czy naprawdę po to się chodzi dziś do teatru, żeby przez dwie i pół godziny słuchać wyświechtanych gadek, obserwować płaskie charaktery, współczując jedynie szyjącym grubym ściegiem wykonawczyniom?

Zdaje się, że nietrafiony był pomysł wyjściowy. Zamiast wystawić pełną sztukę i za jej pomocą wyrazić zmienność-niezmienność kobiecych celów, typów, Ula Kijak porwała się na patchwork z podobnych elementów. I poległa, pociągając za sobą pozostałe uczestniczki tego maratonu uniesień nie do zniesienia. Zabrakło tutaj choćby jednej kobiety niejednowymiarowej, która mogłaby jeśli nie zafascynować, to dać się zrozumieć współczesnym widzom. Może należało zrobić po prostu spektakl o Zapolskiej, bohaterce skomplikowanej, a nie babrać się w beztlenowym sosie gotowanym już setki razy?

Kiedy wyszedłem na przerwę, zapytałem znajomą o jej odczucia, bo, pomyślałem, kobiecy punkt widzenia bywa różny od męskiego, tak jak świat piłki nożnej od lekcji salsy. Ale nie. Mieliśmy podobne wrażenie co do wyważania otwartych drzwi i mielenia mięsa spożytego. 10 lat temu ta sztuka odbiłaby się pewnie innym echem, ale dzisiaj, przy naszej świadomości? "Sztandar ze spódnicy" polecam tylko zapalonym czytelniczkom magazynów dla pań (tych z niższej półki), tym, dla których najważniejsze jest wyjść za mąż (byle wyjść za mąż), plotki i to, co ludzie powiedzą, tym, które nie słyszały o seksdżenderze, a pani Dulska żyje obok, a nawet wewnątrz nich. To prawdopodobnie ciągle pokaźna publiczność.

Z tym, że, jak to się mówi: nie ma chemii między aktorkami, nie ma kontaktu między sceną a widownią. Parę efektownych, choć dalekich od błyskotliwości, zbiorowych grepsów choreograficznych (z żelazkami, wózkami, wiadrami i ziemniakami) oraz podsumowujący finał już w XXI wieku nie wystarczy, żeby z pustego nalać. W ostatniej scenie aktorki najpierw błądzą w czarnych garniturach z nałożonymi na biodra czerwonymi sukiennymi kloszami, potem parafrazują pokutną modlitwę: spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że zgrzeszyłam idąc do pracy/nie idąc do pracy, chcąc/nie chcąc mieć dziecka, chcąc być człowiekiem. I trzeba dużo dobrej woli, by do tak pasjonującej puenty dotrwać.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
SZTANDAR ZE SPÓDNICY wg tekstów Gabrieli Zapolskiej, reż. U. Kijak, Wrocławski Teatr Współczesny, 16 kwietnia 2011

Tuesday, April 12, 2011

TĘCZOWA TRYBUNA 2012


Odwalili autorzy "Tęczowej trybuny" kawał treningowej roboty, kreśląc wyraziste postaci, dając im (także dzięki jednemu z najlepszych w Polsce zespołów aktorskich) dusze, podejmując całą listę niezałatwionych tematów naszej rzeczywistości. Jednego nie potrafili: kreślić, kreślić, kreślić, by powstało przedstawienie i ważne, i zajmujące, i atrakcyjne. Tną tutaj tylko metaforyczne komary. Ich europejska plaga stawia pod znakiem zapytania organizację Euro 2012, wprowadza podważający niepokój. Strzępka i Demirski zrezygnowali z chronologii wydarzeń, akcentując zdarzenia i opinie, nie sam przebieg fabuły. Tyle że to, co do przerwy sprawdza się fantastycznie, wartko napisane, wyreżyserowane i grane, po przerwie męczy. W futbolu też tak bywa. 45 minut ciągłych sytuacji podbramkowych, czasem kilka goli, kibice zachwyceni, a po ponownym wyjściu z szatni tempo siada, nogi nie niosą, przeważają długie podania, mniej koronkowych akcji lub szybkich ataków skrzydłami. A każda z teatralnych części trwa w dodatku ponad półtorej godziny.

Zawiązuje się więc inicjatywa homoseksualistów walczących o przestrzeń do bezpiecznego oglądania piłkarskich meczów podczas Euro 2012, zostają sportretowani poszczególni jej uczestnicy, wszystko w klimacie hippisowskiej komuny, z energią solidarnościowego poruszenia. Nauczyciel (Adam Cywka na swoim, wysokim, poziomie) upija się piwem przed ekranem telewizora z Ligą Mistrzów. Jest ojcem, swoją orientację zrozumiał po związku z kobietą, a może tylko coming-out odbył się późno. Kelner (totalny, rewelacyjny Marcin Pempuś) to nieudacznik z godnością i, jak się potem okazuje, charakterem, Ikona (wyrazisty Igor Kujawski) reprezentuje typ biznesmena-geja, który w życiu sobie radzi jak człowiek, podobnie Trener i Aktor (doskonały Jakub Giel). Czy są szczęśliwi? Oczywiście nie, skoro potrzebują powstańczego zrywu i publiczno-prywatnej akceptacji. Galerię uzupełniają: Pan Spisek (żarliwy Michał Majnicz), zagubiony w tym towarzystwie Hetero-Homo (przeciekawy Mariusz Kiljan) i Dragqueen-Boruc, czyli Michał Chorosiński (wyśmienita rola). Artura Boruca zaprogramowano na sceniczny symbol sławnego piłkarza-geja, a więc kogoś, kto nie istnieje (bo wiadomo, że w futbolu homoseksualistów nie ma, a polskie autostrady przed Euro 2012 jednak w komplecie powstaną). Boruc, Christiano Ronaldo i Ebi Smolarek z plakatów służą w tej sztuce również jako ścienni idole nastolatka i marzenie masturbacyjne byłej żony Nauczyciela (świetna Katarzyna Strączek). W takich to meandrach łysy Kibic (bardzo dobry Michał Mrozek) zbrata się z Kelnerem, a ortodoksyjni członkowie klubu pseudokibica toruńskiej Elany, wykluczeni ze stadionowej widowni, w celu zmiany wizerunku, gwoli powrotu na trybuny, zaangażują się w działalność charytatywną.

Po przerwie okaże sie, że bitwy o tęczową trybunę nie da się wygrać. Z politykami-urzędnikami. W utopijno-antyutopijnej wizji Demirskiego i Strzępki to władza przeszkadza ludziom pokochać inność. Władza, która za nic lub pozory bierze niebotyczne pensje, cwaniacy utrzymujący ideologiczno-ekonomiczne status quo. Geje i transseksualista w habicie (Agata Skowrońska - oklaski!) mogą sobie poprotestować albo odnieść zawodowy sukces, wypiąć się na mniejszości, żyć własnym, indywidualnym etosem (jak karykaturalnie sportretowany tu Krzysztof Warlikowski). Strzępka i Demirski nie lubią tych na górze, artystycznie ujmują się za słabszymi. Słusznie. Pani Prezydent Hanna (brawa dla Jolanty Zalewskiej) i jej przyboczny (owacje dla Michała Opalińskiego) sami znajdą sposób, "na swej wadze położą nie raz". Jakimś cudem znów zwyciężą w wyborach, tak jak znów zdarzy się cud, gdy na mecz polskich piłkarzy przyjdą widzowie. Pada znamienne zdanie: i piłkarze, i urzędnicy niewiele umieją. Idąc tak daleko w próbie przesuwania społecznych granic, a nawet ich wymazywania, w kolejnych kontrapunktowanych ironią błyskotliwych dekonstrukcjach i poważnych wołaniach o nowy porządek, reżyserka i dramaturg są socjalistami i liberałami w jednym. Coraz też szerzej portretują świat. Bezkompromisowo, ale też bez umiarkowania. Im bliżej końca (którego nie widać) "Tęczowa trybuna" grzeszy niemożliwą do strawienia w takiej ilości retoryką. Na tylu monologach trzeba połamać zęby i nawet tak wspaniali aktorzy, takim tekstem, nie mogą utrzymać zainteresowania widza do finału na zamienionej w kawałek stadionu Scenie im. Grzegorzewskiego.

Po obejrzeniu tego zbyt długiego spektaklu najważniejsze wydaje mi się pytanie: czy to jest aby nasz świat? Skoro na pojawiającą się w trakcie przedstawienia propozycję podpisu pod petycją ws. tęczowej trybuny odpowiadają nieliczni. W sytuacji teatru taka oferta to rzecz ryzykowna. Nie wychodzi na scenę gej-autentyk, nie przekonuje do swojej racji ktoś z prawdziwego stowarzyszenia. Jaką wartość ma ewentualny podpis? Wartość teatralnego chwytu. Oglądałem ten spektakl 10 kwietnia, więc jedna myśl dziwić nie powinna: chciałbym, żeby tak ambitnie zaplanowaną sztukę Paweł Demirski napisał o Polaków przypadkach posmoleńskich. Żeby, tak jak tutaj, włożył każdemu bohaterowi do ust osobisty monolog, może nawet piosenkę, prezentując społecznie niejednoznaczny i artystycznie mocny obraz, chyba jednak ważniejszy niż tęczowe trybuny, bardziej lub mniej marginesowe inicjatywy inne (dziennikarze wobec komercjalizacji mediów publicznych). Osobami dramatu mogliby być: Brat-Prezes, Redaktor Jaś z Siostrą Ewą, Pełnomocnik Rodzin Tych, Występujący W Imieniu Tamtych, Ludzie Spod Krzyża Którego Nie Ma Już Pod Pałacem, Polonus, Polak Raczej Normalny, Dziennikarz Niebieskiej Stacji, Ksiądz Który Długo Milczy, Kawalarze z Krakowskiego Przedmieścia, Krytyk Sławek, Prezydent Nie Wszystkich Polaków i tak dalej. Demirski wymyśliłby tysiąckrotnie lepiej. Znalazłoby się miejsce dla Pani Prezydent Hani i Grupy Gejów z "Tęczowej trybuny". Mój postulat motywuję i podziwem, i niedosytem po obejrzeniu najnowszej realizacji Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Pod czym się otwarcie podpisuję.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Paweł Demirski TĘCZOWA TRYBUNA 2012, reż. M. Strzępka, Teatr Polski we Wrocławiu, 10 kwietnia 2011

Saturday, April 2, 2011

POŻEGNANIE JESIENI


Widać po tym spektaklu pracę, jaką musieli wykonać realizatorzy. Od teatralnie czytelnej adaptacji (Tomasza Kireńczuka i Piotra Siekluckiego), poprzez baletowy ruch (szczególne brawa dla Marty Malikowskiej-Szymkiewicz i Michała Szweda) do pomysłów na postacie (wyróżniam Dariusza Maja, ale pozostali też na pochwały zasługują). Momentami myślałem nawet, że witkacowski styl powinien odpowiadać dzisiejszej młodości, bo potrafi skrywać poważny stan pod powierzchnią automatycznych pokazowych gestów i ról. Momentami wydawało mi się, iż tego Witkacego napisał Gombrowicz; pojedynek Tempego z Wyprztykiem (Michnika z Dziwiszem?) przypomina starcie Miętusa z Syfonem.

Błazeńska nuta i przeciągnięte tonacje poszczególnych charakterów ładnie to wrocławskie "Pożegnanie jesieni" otwierają. Od razu wiadomo, kto kogo gra. Hela (znakomita Szymkiewicz) jest nienasyconą seks-maszyną, Atanazy pięknym młodzieńcem szukającym wrażeń, książę Prepudrech (bardzo sugestywny Krzysztof Zych) zblazo-zafascynowanym absztyfikantem. Dwoistość osobowości ujawnia się trochę później, gdy na scenie pojawia się Łochojski (Krzysztof Boczkowski), zaczyna mówić Zosia (Aleksandra Dytko - odkrycie wieczoru). Dla mnie to jednak trochę za mało, żeby opowiedzieć o współczesnej Polsce, czego najwyraźniej chcą autorzy pierwszej teatralnej adaptacji dość szeroko zakrojonej powieści Witkacego.

Chwile na niby nie mają równoważnej kontry w minutach poważnych. Boczkowski doskonale wypada w klimatach groteskowych, niełatwo uwierzyć w autentyczność miłości jego bohatera. Szwedowi brakuje decyzji, kim Bazakbal ma być naprawdę: jakimś śmiesznym fircykiem czy eroto-dekadentem. Może o to chodziło, by pokazać postawy niedookreślone, niewiedzące, błądzące we mgle, raz takie, raz takie, bez zwycięskiego koloru (jedyny Sempe - Piotr Łukaszczyk nie wychodzi z gniewnej roli). Może dlatego tych wypowiedzianych na serio kilka finałowych słów Bolesława Abarta (Starca Pierwszego) i społecznie oskarżające hasła na koszulkach nie chwytają ani za gardło, ani za umysł.

Ja ze Sceny na Strychu wyszedłem bezrefleksyjnie, nie znajdując w przedstawieniu zrobionym według tekstu Witkacego (choć w mocno zmienionym kształcie) niczego nowego, żadnej olśniewającej kwestii w sprawie naszych wojen polsko-polskich. Nie udało mi się również powziąć przekonania o pozostawaniu człowieka we władzy płci, chuci, instynktu. Pewnie dlatego, że akurat ten wątek już w latach 20. ubiegłego wieku trącił myszką. A chór starców (Abart, Zdzisław Kuźniar, Maciej Tomaszewski), raz na wózkach, raz obok wózków, zamiast wygłosić przekonujący komentarz na temat przemijania, po prostu dygresyjnie prowadzi narrację. No tak, kolejne zagubione pokolenia bawią się w doktora, w uczucia, a i tak wiadomo, jak się to wszystko skończy. Niewiele jak na współczesny teatr.

Powiodło się natomiast coś, co do tego teatru powinno być znaczącym, lecz jednak tylko dodatkiem. Zestaw scen komicznych z pewnością się publiczności spodoba. Oprócz podszytego politycznym szyderstwem pojedynku poety z księdzem warto zwrócić uwagę na powalający zbiorowy country-dance i drobiazgi: gdy Prepudrech krzyczy imię swej kochanki z głową w jej pachwinach, gdy goście wychodzą na papierosa (bo w lokalu palić nie wolno). Nagrody domaga się niezwyczajna w teatrze dramatycznym choreografia Mikołaja Mikołajczyka!

Wrocławskie "Pożegnanie jesieni" ogląda się z przyjemnością, ale bez satysfakcji. Z sympatią dla scenicznych rozwiązań, ale także z rozczarowaniem z powodu ich prostoty. Zbyt dosłowne "I Want to Break Free" Queenów, zanadto oczywiste disco-polo mogą śmieszyć, wdzięcznie wykonane, mogą również zbić z tropu. Ile tu spektaklu, ile kabaretu? Takie, w sumie bardzo witkacowskie, pytanie brzmi echem jeszcze trzy godziny po wyjściu z teatru.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
PS
I jeszcze jedno: nieszczęsny numer ze skakanką. Na miejscu aktora bym odmówił, na miejscu producenta (dyrektora) też wiedziałbym, co zrobić na generalnej. Takie rzeczy wszędzie, tylko nie w zawodowym teatrze.
.................................................
POŻEGNANIE JESIENI wg Witkacego, reż. P. Sieklucki, dramaturgia: T. Kireńczuk, Wrocławski Teatr Współczesny, 2 kwietnia 2011

Sunday, March 27, 2011

ANIOŁY W KOLORZE (32. PPA)

Skończyła się 32. edycja Przeglądu Piosenki Aktorskiej, o którym można powiedzieć wiele, trzeba jedno: to była poważna propozycja dla widza-słuchacza poszukującego artystycznej różnorodności, pragnącego wrażeń nieoczywistych i skrajnych. Magda Umer i Basia Raduszkiewicz obok Tanyi Tagaq, Meredith Monk. Mocna "Samotność pól bawełnianych" o homoseksualno-teatralnej wymianie towaru i Chór Kobiet z ambicjami protestu kulturowego. Zjawiska dotąd w Polsce prawie nieznane (Jorane) skojarzone z głośnym "Spamalotem" czy nawiązującym do chałturniczych piosenkarskich występów na festynach "Dżobem". Gwiazda West Endu i Broadwayu Frances Ruffelle w repertuarze porterowo-gershwinowym oraz skromna, lecz wielka Karolina Cicha śpiewająca wiersze Różewicza. I tak dalej.

Najważniejszym wydarzeniem PPA jest od lat koncert galowy, najdroższy realizacyjnie i biletowo. Wygórowanym oczekiwaniom bywalców festiwalu niełatwo sprostać, zwłaszcza że ostatnio szef artystyczny całości, Konrad Imiela, zaprasza do reżyserowania gal młodych twórców. A oni nie chcą powielać klasycznej formuły, lecz proponują krok w przód. W tym roku Paweł Passini zamiast jedynie oddać hołd pieśniom znanym z pomnikowych wykonań Ewy Demarczyk postanowił te pieśni przerobić, by zabrzmiały świeżo, nowocześnie, inaczej, by zaistniały w przestrzeni artystycznej wyobraźni naszego dzisiaj. Wraz z Piotrem Dziubkiem, kierownikiem muzycznym koncertu, i plejadą doskonałych, wyrazistych wokalistek zaplanowali wieczór, który będzie się pamiętać długo. Nie tylko zaprezentowano wygięte aranżacje piosenek Koniecznego, Zaryckiego do tekstów Tuwima czy Białoszewskiego, ale również została na wrocławskiej scenie opowiedziana wyjątkowa historia kobiecej emocjonalności, wrażliwości, świadomości. Passini streszcza swoją ideę idealnie:



Koncert zaczyna Justyna Steczkowska stylowo, celowo manierycznie (i znakomicie) śpiewając "Grande Valse Brillante", tak jakby to zrobiła naśladowczyni Demarczyk. Za nią scenograficzna głowa-gigant i rusztowania obok. Napis: "Roboty na scenie". Kiedy natchniona pieśniarka wciela się w czarną madonnę, wychodzi sobie z lewej strony mężczyzna-robotnik z przyczepionymi niby-anielskimi skrzydłami i naturalnie wyhodowanym brzuszkiem. Wiemy już mniej więcej, co nas czeka. Po Steczkowskiej niesamowita Justyna Szafran wykonuje najtrudniejszy numer gali ("Czarne anioły" do tekstu Wiesława Dymnego"). Tylko pewna swej sztuki, odważna, otwarta i doświadczona artystka potrafi wejść w taką ekspresję jak Szafran tutaj. "Czarne anioły choć białoskrzydłe / A na ich twarzach miny obrzydłe (...) / Anioły śmierci z głowami węża / I latają w górze i czas swój mitrężą / I trzeba by wszystkie je razem połapać / I w pęczki powiązać i wapnem pochlapać / I wpuścić do nieba czy trzeba nie trzeba". Te "anioły z mojej stodoły" wyznaczają też wizualny rytm koncertu-spektaklu. Bo gdy kobiety-wokalistki, w kostiumach często z pokazu mody, wyśpiewują własne opowieści o życiu z, bez, obok, oprócz, mężczyźni-tancerze przebrani za białoskrzydłych roboli pląsają w tle, szczerzą się do widzów, przypominając raczej niezainteresowane tym całym światem uczuć chochliki.

A kobiety są na poważnie (Kinga Preis w "Garbusie", Natalia Grosiak w "Tomaszowie", Renate Jett w "Nähe des Geliebten" wg Goethego), jedynie momentami pozwalają sobie na, również przecież kobiecy, wdzięczny odjazd. Gaba Kulka swinguje "Sur le pont d'Avignion", a Natalia Przybysz jazzowo-soulowo rozwibrowuje "Karuzelę z madonnami". Słyszałem osoby, które tego niewątpliwego muzycznego skoku na legendarne (i archaiczne) nagrania Ewy Demarczyk nie zaakceptowały, rozumiem dystans miłośników talentu pieśniarki z Krakowa. Ale to właśnie dzięki takim kierunkom i takim wersjom te teatralne piosenki zdobywają współczesny teren i nowego słuchacza. Przy okazji mówią też coś innego o innej kobiecie. "Rebeka" Mai Kleszcz pobrzmiewa wyznaniem złej na siebie samą panny, co dała się wpuścić w miłosną złudę, podobnie "Pocałunki" Justyny Antoniak to ballada z pazurem, nie tęskny smętek. Największe wrażenie robi powtórzony na koniec koncertu "Grande Valse Brillante". Gdy na scenę wkracza Stanisława Celińska w czarnej halce, niosąc stołek, na którym zaraz usiądzie, robi się cicho, męskie aniołki znikają. Celińska śpiewa wspaniały tekst Tuwima a capella, wyrażając w pełni dramat porażki, ale i pogodzenia, miłości, żalu, rozczulenia. Coś absolutnie niezwykłego, wzruszającego i porywającego. Stanisława Celińska jest tu po prostu boska!

Nie mam pojęcia, jaki będzie żywot piosenek znanych z repertuaru Ewy Demarczyk w kolejnych dekadach naszego wieku, pewnie niezbyt eksponowany, bo to nie są kawałki do radiowego music boxu. Wiem natomiast, że gala Pawła Passiniego zostanie w dziejach wrocławskiego festiwalu jedną z tych najważniejszych, najspójniejszych, najbardziej pamiętnych. Grzechem godnym potępienia byłoby nie zrobić z tego płyty.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
ANIOŁY W KOLORZE, scenariusz i reż. P. Passini, 32. Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, 26.03.2011

Thursday, March 24, 2011

Kożuchowska, Karolak, Adamczyk, czyli...

...CO ZA DUŻO, TO ZA DUŻO

"To film dla bezpruderyjnego widza, otwartego na nowe doznania. Historia bezrobotnej dziennikarki, która walczy z nadwagą i brakami na koncie skuteczniej niż Bridget Jones i choć o mężczyznach wie znacznie więcej niż wszystkie Lejdis razem wzięte, znalezienie tego właściwego będzie wymagało od niej nie lada wysiłku". To opis promujący premierę w polskim kinie rozrywkowym, "Wojnę żeńsko-męską". Nawiązano więc do ekranowych przebojów sprzed lat, zatytułowano podobnie do nagradzanej "Wojny polsko-ruskiej", bo może dobrze się skojarzy, wreszcie zatrudniono znakomitych aktorów: Sonię Bohosiewicz, Wojciecha Mecwaldowskiego, a na dokładkę m.in. Tomaszów Karolaka i Kota. Brawa za obsadową inwencję! Bohosiewicz i Mecwaldowski grają, na przykład, byłych małżonków w serialu "Usta, usta", Karolaka i Kota można by nazwać weteranami naszych filmów i seriali komediowych. Kiedy się nasi reżyserzy i producenci uprą na jeden kierunek, te same nazwiska, trudno ich od tego błyskotliwego pomysłu odwieść.

Mieliśmy sezony na Lindę-twardziela, Pazurę-komika, Zakościelnego-romantyka, teraz trwa kwadrans Piotra Adamczyka. To jemu trafiło się "Śniadanie do łóżka", to on uwikłał się w "Przepis na życie", to jego wymyślono do drugiej części "Och Karola", z wyrafinowanym poczuciem humoru obsadzając w tytułowej roli aktora (świetnego zresztą), który był już Karolem-papieżem. Gdyby spojrzeć na karierę Adamczyka całościowo, można by pewnie wysnuć wniosek o ucieczce od gęby roli, czy to Wojtyły, czy wcześniej Fryderyka Chopina. Taki trick. Tyle że ta kariera dryfuje teraz na mieliznę pop-masowych hitów, skąd bardzo trudno o kolejną zmianę kursu. Robert Więckiewicz? Występuje wprawdzie w rzeczach ambitniejszych, ale od "Różyczki" do "Zwerbowanej miłości" droga niedaleka, a to pewnie nie koniec obsadzania agenta jako agenta. Są jeszcze przykłady Jana Wieczorkowskiego czy Borysa Szyca, Mateusza Damięckiego, Rafała Królikowskiego.

Z kobietami identycznie. Jak tango, to tango. Oprócz Bohosiewicz na występy w polskich produkcjach mogą dziś liczyć Małgorzata Kożuchowska, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Małgorzata Socha, Anna Mucha. I tak dalej. Na absolutną nowość rzadko kto dzisiaj postawi, realizując mainstreamowy tytuł. To oczywiście zrozumiałe, lecz potwornie nużące. Kożuchowska jest tu figurą wzorcową. Najpierw naprawdę udana kariera teatralna, potem dwa "Kilery", "Zróbmy sobie wnuka", no i serialowe portfolio: Hanka w wiadomo czym, "Nowa", "Rodzinka.pl", a i "Teraz albo nigdy" czy "Tylko miłość". W końcu: dlaczego nie? Skoro chcą, zapraszają, to trzeba wchodzić. Mimo ryzyka dewaluacji nazwiska, inflacji potrzeb, przyszłych wahań na giełdzie propozycji. No i zmęczenia materiału, czyli widza. Uwielbiam Danutę Stenkę, ale czy naprawdę muszą jej jeszcze instynktownie towarzyszyć właśnie Szymon Bobrowski i Paweł "Kusy" Królikowski? Wystarczy wcisnąć przycisk pilota, żeby ujrzeć te same twarze w rozmaitych konfiguracjach.

I właściwie nie wiadomo, kto winien. Aktor jest od grania. Jak powiedział Piotr Adamczyk przy okazji telewizyjnej dyskusji o polskim kinie: on wykonuje swój zawód. Producent musi zadbać o kasę, więc bierze sprawdzonych. W efekcie czasem trudno się połapać, kto jest kim w którym serialu czy filmie. A ponieważ na zdrowy rozsądek tzw. polskiego show-biznesu nie ma co czekać, może lepiej przełączyć się na inny odbiór? Czyli tam, gdzie Gregory House jest House'em, a nie w piątek dr. Burskim, w czwartek ojcem Mateuszem?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Monday, March 7, 2011

WRONIEC (Wrocławski Teatr Lalek)


Zdaje się, że nagradzana powieść Jacka Dukaja będzie miała całkiem pokaźny żywot sceniczny. W ciągu trzech ostatnich miesięcy pojawiły się na polskich scenach dwie jej inscenizacje. Pierwszą wystawił stołeczny, prywatny Teatr Kamienica (adaptacja i reżyseria Jerzego Bielunasa), najnowszą Wrocławski Teatr Lalek w wersji Mateusza Pakuły (brawa za tekst) i Jana Peszka (reżyseria). "Wroniec" stawia wyobraźni twórców teatru poważne wyzwanie, ale też daje wielkie możliwości. Oto sześcioletni Adaś opowiada burzliwą historię wędrówki w poszukiwaniu rodziny, porwanej 13 grudnia 1981 roku przez tajemniczego Wrońca. Spotyka na swojej drodze ludzi dobrych i złych, dowiadując się przy okazji, jak wygląda świat dorosłych, zbyt wcześnie dojrzewając do bycia jednym z nich. "To wcale tak nie jest, nic a nic", ale "mogłoby tak być, gdyby było" - przekonywali się w książce Lewisa Carolla Tweedledum i Tweedledee, co Dukaj uczynił mottem własnego dzieła wraz z cytatem z "Drogi" Cormaca McCarthy'ego. Zatem z jednej strony metaforyczna baśń o życiu, z drugiej poapokaliptyczna relacja z podróży ojca i syna ku jakiemuś smutnemu nowemu początkowi. A pomiędzy niesamowity świat do wypełnienia postaciami, dźwiękami, obrazami.

Peszek, który czytał świetny audiobook powieści, zdecydował się obsadzić w roli Adasia nie dziecko, nie lalkę (jak Bielunas), lecz dorosłego, młodego mężczyznę (solidna rola Grzegorza Mazonia). Razem z Robertem Rumasem, autorem doskonałej, samoanimującej się scenografii, wstawił Adama w peerelowskie M, by powspominał, przeniósł się w przeszłość i dokonał rachunku sumienia. Mógł być artystą, tworzyć podobnie przedziwne światy, co rzeczywistość Bubeków, Opornych, Milipantów, Pangłowców, został kolejnym szarym człowiekiem w garniturze, zdolnym do snów (wiszący przez chwilę nad sceną szyld Społem z ogonkiem przy o), bezwolnym na jawie. Bohater przenosi więc nas i siebie w lata osiemdziesiąte, przedstawia charaktery tamtych czasów. Widzimy w pigułce skondensowaną historię Polski, również tę sprzed stanu wojennego, kiedy omamieni przez system zwykli ludzie wyrabiali 1000, 20 000, 250 000 procent normy. A potem przejrzeli na oczy, jak pan Beton, nieoceniony pomocnik i opiekun Adasiowej drogi (przewspaniały Tomasz Maśląkowski). Kołacze się też po głowie refleksja dotycząca naszego wieku telefonów komórkowych już nie na podsłuchu (choć są ciągle tacy, co w to nie wierzą). Że wolność to pojęciowa abstrakcja, być może z drugiej strony lustra.

90-minutowe przedstawienie Peszka ogląda się z nadteatralnym zaciekawieniem i zadziwieniem. Mija szybciej niż finałowy odcinek najlepiej zrobionego amerykańskiego serialu. W każdej sekundzie dzieje się coś, czy to na pierwszym, czy w drugim planie, otwierają się ściany, na scenę wpadają kolejne postaci, brzmią rozmaite dźwięki. Reżyser i jego współpracownicy wypełnili przestrzeń pomysłami prostymi, ułożonymi jednak na wysokim poziomie skomplikowania, wykonanymi w niezwykłym tempie i z absolutną perfekcją (uznanie dla choreografa Cezarego Tomaszewskiego). Unosi się nad wrocławskim "Wrońcem" duch dawnych awangardowych doświadczeń Jana Peszka, przypomina się jego popisowy "Scenariusz na nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego", są też bardzo sugestywne elementy nowoczesne, multimedialne (wielki ekran, który śnieży-szarzy-wroni), jest nawet konwencja farsowa (rodzinne otwarcie). Mogłoby być więcej piosenek (muzyka Dominika Strycharskiego), bo te, które są, działają fantastycznie, nie przerywając, tylko rytmizując akcję. Dwie najważniejsze role (Maśląkowskiego i Mazonia) pojawią się w zestawieniach podsumowujących artystyczny rok we Wrocławiu, warto zauważyć pyszny epizod Członka (Marek Tatko, przekonujący także jako mroczny, vaderowski Wroniec), ale chwałę należy oddać całemu zespołowi aktorów. Widać, że mają świadomość występowania w spektaklu znakomitym, choć pewnie tym razem niekoniecznie dla młodszych widzów przeznaczonym.

Jak to się mówi: czapki z głów! Milion procent normy!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.................................................
Jacek Dukaj WRONIEC, reż. J. Peszek, adaptacja M. Pakuła, Wrocławski Teatr Lalek, 6 marca 2011

PS
Premierze towarzyszy książka pt. "Wrocław walczy o wolność", dokumentująca lata 1980-1989 (tekst Beaty Maciejewskiej, fotoedycja Mieczysława Michalaka, opracowanie graficzne Elżbiety Lukierskiej).