„Słodka Darusia” Marii Matios to najskromniejsza objętościowo książka w angelusowym finale 2011, ale też kto wie czy nie najpopularniejsza, w swoim kraju. Bo w 2005 roku nagrodzono ją najważniejszą ukraińską nagrodą literacką (im. Tarasa Szewczenki), zdobyła też m.in. miano najpoczytniejszej książki 2007 roku. Co takiego w niej jest, że nakład kilku wydań to ponad 100 tysięcy? Nie mamy przecież do czynienia z żadnym czytadłem, Matios nie można nazwać ukraińską Grocholą, zwłaszcza że „Słodką Darusię” już wciągnięto na listę lektur szkolnych. Niełatwo odpowiedzieć. Autorka jest wykształconą filologicznie zawodową pisarką, najpłodniejszą podobno na Ukrainie, hucułką z pochodzenia (nawet na oficjalnej stronie internetowej pokazuje się na fotografii w bluzce wyhaftowanej ludowymi motywami). Jej książka ma klimat ludowej bajki, prostej, niesłodzonej, więc i wiarygodnej, w treści jest bardzo konkretna. Nie czytamy tej powieści jako opowieści egzotycznej, bo wieś Czeremoszne to wieś symboliczna, przechodząca w historii przez władzę sowietów, Rumunów, Niemców, zapatrzona na „tamten brzeg”, gdzie „panowali Polacy”. I trudno mówić o wspólnocie mieszkańców w obliczu komunizmu, wywózek na Sybir, walk UPA. Autorka mówi, że to rzecz o „buciorach historii stąpających po ludzkim losie”, dodając: „swoim cienkim głosem próbuję uzupełniać te badania ludzkiego losu. Dlaczego przeszłość jest dla mnie taka ważna? Dlatego, że w przeszłości zakodowane są znaki, które umożliwią nam większy postęp w przyszłości”. Łatwo się dać „Słodkiej Darusi” uwieść (główna bohaterka jest niemą dziewczyną, którą rozumie tylko obcy przybłęda Iwan), łatwo też wskazać tradycję, z jakiej się ta książka wywodzi. W Polsce pisywało się kiedyś takie powieści, teraz, gdyby podobna u nas wyszła, pewnie by się krytycy nie spisali.
A Jenny Erpenbeck „Klucz do ogrodu”? Tytuł sugerowałby jakieś powiązanie z „Tajemniczym ogrodem” i choć to trop mylny, tajemnica w tej książce tkwi, bo tkwi ona w historii, historii Niemiec, skojarzonej z dziejami nie tylko Niemców. Co ciekawe, oryginalny tytuł brzmi „Heimsuchung”, co oznacza klęskę, plagę, ciężką próbę, także wizytę. Czy wyroki losu zwalniają od odpowiedzialności za czyny? Czy człowiek ma jakieś narzędzie obrony przed wyrokami historii? Takie pytania pojawiają się w głowie czytelnika przeżywającego fragmenty biografii różnych mieszkańców domu nad Morzem Brandenburskim. Tłumaczona na 10 języków niemiecka autorka, reżyserka, dramaturg nie komentuje, nie ułatwia zadania, także stylistycznie, nie wszystko jest jasne od razu. Sołtys i jego nieszczęśliwe córki, małżeństwo Żydów, architekt nazistów, żołnierze Armii Czerwonej - każdy z mieszkańców zostawia w domu część siebie (jak my wszyscy w przestrzeniach, w których mieszkamy), a jednak dom nie staje się coraz wspanialszy, lecz z czasem niszczeje. Jedyna ponadczasowa postać to tutaj ogrodnik, czyli natura, chociaż może rzeczywistym bohaterem tej poetyckiej powieści jest czas, zwyczajna kolej rzeczy po burzy niezwykłych zdarzeń.
Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita", 552 strony. O czym, o kim? O nas, poprzez perspektywę wieku osiemnastego, Europy chaotycznej, wojennej, kiedy pielgrzymowanie było prawdziwym przejawem poszukiwania Boga. Trójkąt głównych postaci tworzą: trzydziestoletnia Katarina, nie do końca już pewny swojej wiary jezuita, austriacki oficer-zwycięzca, ów tytułowy paw. Z prowincjonalnej Słowenii wędrują do katedry w Kolonii, celując w objawienie. To jedyna w tegorocznym angelusowym towarzystwie powieść pełną gębą, romans historyczny z ambicjami. Lubimy taki gatunek, zwłaszcza tak dobrze reprezentowany. Zaś sam Jančar to bardzo uznany słoweński pisarz, przewodnik i wyrocznia dla niektórych. Podczas jednego ze spotkań autorskich, poproszony o porównanie człowieka XVII-wiecznego i współczesnego, powiedział, że „z pewnością nie zmieniły się ludzkie namiętności i lęki”, że „nie jesteśmy dziś lepsi, lecz lepiej maskujemy się i kłamiemy”, a „niebo nad nami jest teraz puste”. Wtedy nie było inaczej.
W tej samej serii Meridian wydawnictwa Pogranicze obok powieści Jančara ukazała się także inna tegoroczna finalistka, czyli „Ślepy ferman” Albańczyka z pochodzenia Ismaila Kadarego, mieszkającego we Francji laureata Man Booker International czy Nagrody Księcia Asturii. To trzy mikropowieści (pierwotnie opublikowane w 1977 i 1984 roku) o piekle zapomnianym przez Europę, o kraju, z którego się ucieka, niepotrafiącym wzbudzić zainteresowania, współczucia, o wyizolowanej ze świata imperialnej (osmańskiej) prowincji. Krajobraz dość przygnębiający. Dominuje zniewolenie, strach przed władzą, czuć dramat historii. I pomiędzy tym wszystkim pisarz, od którego oczekuje się uległości, ale też walki, bo w zawód pisarza tradycyjnie wpisana jest krytyka, działanie heroiczne, potencjał wskazania drogi. Kadare mierzy się z tym problemem w życiu jako ktoś uważany kiedyś za autora lojalnego wobec reżimu. Co może zrobić pisarz? Spisywać, być kronikarzem, niewiele więcej (albańska nazwa kraju, Shqipëria, ma podobno swój źródłosłów w wyrazie shqipoj, czyli „mówić otwarcie, krótko i jasno”). Momentami przypominają się niegdysiejsze polskie dylematy artystów i polska literatura czasów zniewolenia, kiedy pisaliśmy tak, by dać do zrozumienia, bo wprost pisać nie można było.
W „Ślepym fermanie” realia są historyczne, lecz wydarzenia przypowieściowe, wzięte z okrutnej baśni, (która zdarzyła się naprawdę). Jak opowieść o złoocznych ludziach - kozłach ofiarnych władzy, oślepianych dla odwrócenia uwagi, usprawiedliwienia, dla absurdu. U Kadarego nie ma miejsca na Dawida-Albańczyka-zwycięzcę, jest Goliat-Turek. Treścią drugiej z opowieści są dzieje pewnego rodu z Gjirokastry, miasta urodzenia byłego albańskiego prezydenta Hodży, trzecia prezentuje wyszukaną historyczną egzekucję. Czytając (czy też studiując) Kadarego , warto pomyśleć o Albanii dzisiaj, kraju członkowskim NATO, od 2 lat aspirującym do Unii Europejskiej, gdzie akcesję popiera ponad 90 procent obywateli.
Literatura krajów znajdujących się w orbicie Angelusa, takich jak Słowenia, Albania, Białoruś, Ukraina, Niemcy, Polska (by wymienić tylko tegorocznych finalistów) oprócz bycia piękną, potrafi Europę nauczyć, że jesteśmy tacy sami, że wobec czasu, historii, zła mamy identycznie niewiele do obrony, ale też dzięki różnorodności, zrozumieniu odrębności możemy się ze złem historii zmierzyć, nie dopuszczając go do władzy. Do głosu tak, do władzy nie. Na tym, między innymi, polega idea nagrody literackiej Angelus. Która z książek wyda się w tym roku jurorom środkowo-europejsko najpełniejsza, najważniejsza, najlepsza? Nie mam, w tym roku, najbladszego pojęcia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Swietłana Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" /Czarne/ Białoruś, przekład Jerzy Czech
Natalka Babina, "Miasto ryb" /Rebis/ Białoruś, przekład Małgorzata Buchalik
Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu" /W.A.B./ Niemcy, przekład Eliza Borg
Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita" /Pogranicze/ Słowenia, przekład Joanna Pomorska
Ismail Kadare, "Ślepy ferman", /Pogranicze/ Albania, przekład Dorota Horodyska
Maria Matios, "Słodka Darusia" /Wydawnictwo "Andrzej Bihun"/ Ukraina, przekład Anna Korzeniowska-Bihun
Wojciech Tochman, "Dzisiaj narysujemy śmierć" /Czarne/
Friday, November 18, 2011
Saturday, November 5, 2011
Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM

Dość osobliwy zestaw przewodzi liście bestsellerów wrocławskiego Empiku. Na miejscu pierwszym Jarosław Kaczyński ze słowem dla fanów, na drugim Małgorzata Gutowska-Adamczyk z „Cukiernią pod Amorem III”. Pierwszego dzieła czytać nie zamierzam, tym bardziej że już po wyborach (choć podobno bywa śmiesznie, gdy autor myli brunetkę z blondynką, czyli Anouk Aimee z Brigitte Bardot, jak mignęło na którymś z portali). Drugiej pozycji byłem ciekawy, bo bardzo chciałbym, by polska literatura najpopularniejsza weszła wreszcie na poziom plus jeden zamiast się zabawiać między zerowym a minusowym. Dlatego uparcie co jakiś czas sprawdzam tę jakość. Na razie wzlotów nie notuję.
„Cukiernia pod Amorem” odstrasza mnie tytułem, ale miejsce numer 2 i trzy nagrody od czytających blogerów wymagają poświęcenia, wzbudzając też lekkie zainteresowanie. Co tam w tej cukierni tak pachnie? Ano niewiele. Nie wyrasta ponad inne kobiece pisanie, nie jest jednak jakimś niewytłumaczalnym zjawiskiem rynkowym. Z pewnością ma swoich odbiorców (odbiorczynie). Adamczyk to doświadczona autorka z powieściami i scenariuszami na koncie, prywatnie żona bardzo zdolnego reżysera Wojciecha Adamczyka. Temu duetowi zawdzięczamy choćby niegłupi rodzinny serial o tacie, któremu syn zadawał trudne pytania inspirowane kwestiami kolegi o imieniu Marcin. Historie Zajezierskich, Hryciów i Cieślaków, tak docenione przez zakupo-czytelników Empiku, mnie nie wciągają, mam wrażenie, że wszystkie je gdzieś już poznałem, od razu ulatują w niepamięć. Nie bierze mnie zagadka, nie fascynują postaci, ani z wieku dziewiętnastego, ani dwudziestego. Treść jest telenowelowa, forma staroświecka. Gutowskiej-Adamczyk daleko do Galsworthy'ego, jeszcze dalej do Jamesa i Dąbrowskiej. Może gdyby autorka zrezygnowała z łopatologicznie wypisanych dat inaugurujących każdy rozdział, dała więcej pola do domysłów czytelnikom, przeplatała wątki z różnych lat bardziej subtelnie, wyszłoby coś więcej niż czytadło. Rozciągnięte do granicy nudy. O wiele ciekawsza okazuje się dużo skromniejsza powieść tej samej pisarki pt. „Mariola, moje krople”. Momentami uroczo prześmiewcza (czasem zbyt uroczo), nieudająca lepszej niż jest. Mamy rok 1981, stan wojenny za progiem. W pewnym miejskim teatrze życie powiatowe. Bimber i komuna, konspira i partia, kolejki i drobnoludzkie zagrywki. Obrazek, ale gdzieś tam podskórnie pełen gorzkiego sentymentu, który smakuje o niebo lepiej od dziejowego zadęcia.
Po „Cukierni pod Amorem” i „Marioli..” dałem się jeszcze ostatnio zaprosić na spotkanie ze „Zwyczajnym facetem”, czyli Małgorzatą Kalicińską piszącą z męskiej perspektywy (premiera była rok temu, a w Merlinie produkt już niedostępny). Główny bohater i narrator całości Wiesiek to ktoś, kto potrafi przekląć, lecz również powiedzieć (w dialogu z kumplem) o swoim wacusiu, którego żona wypieściła przed wyjazdem męża do pracy w Finlandii. Przeglądałem tę książkę zaintrygowany (specjalistka od kobiecego rozlewiska wzięła się za mężczyznę) i zażenowany (bo historyjka zanadto trąci typowym melodramatem). Ale uwaga: Wiesiek znajdzie szczęście w ramionach tej fajnej, tyle że będzie musiał się rozstać z matką własnych dwojga dzieci. Na koniec powie to słynne słowo na k (kocham, żeby nie było wątpliwości). K jak Kalicinska, w jak wacuś, a facet zwyczajny. No nie, jednak dziękujemy. Mimo uznania dla karkołomnego planu wcielenia się mieszkanki domu na Mazurach (tu także się ten nasz cud natury pojawia) w skórę poczciwego Wieśka, miłośnika Pink Floyd i The Who.
Jak widać, zapału autorkom popularnej literatury popularnej nie brakuje, poziomu zero ciągle nie pokonują, ale może kiedyś... Tymczasem cieszę się, iż w Empikowej dziesiątce znalazło się miejsce również dla "Tarantuli" Thierry'ego Jonqueta. Oby z powodu ostatniego filmu Almodovara, a nie reklamowego Banderasa na okładce.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………..
Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM, Nasza Księgarnia, 2011, Małgorzata Kalicińska ZWYCZAJNY FACET, Zysk i s-ka, 2010
Monday, October 24, 2011
Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY

Najpierw cytat (z Juliusza Machulskiego): „Cieszę się, że wreszcie mamy mistrza powieści kryminalnej na europejską miarę. A do tego jego książki świetnie dają się adaptować na film”. I jeszcze jeden (z Andrzeja Wajdy): „Jestem zachwycony, zdumiony. To jest fantastycznie zrobiony film, tak żywo”. Cytat numer trzy to słowa Jerzego Pilcha: „W literaturze polskiej pojawił się nie lada majster: Zygmunt Miłoszewski - pisarz rasowy”. Pierwsza wypowiedź to w połowie czysta racja, w połowie paplanina w uwikłaniu, drugą opinię mógłby usprawiedliwić jedynie kontekst ironiczno-fantastyczny, trzecie zdanie to prawda absolutna.
Zaczynam w ten sposób, bo jestem tuż po obejrzeniu filmu „Uwikłanie” wg scenariusza Machulskiego i Jacka Bromskiego (także reżysera tego haniebnego, serialopodobnego wyrobu kinowego) oraz po około ośmiogodzinnej lekturze „Ziarna prawdy”, najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego, autora bestsellerowego „Uwikłania”. Tamtej, nagradzanej, i tak przez Pilcha podziwianej, powieści wcześniej nie czytałem, jakoś mnie ominęła w rytmie codzienności. Ucieszyłem się więc na film, który właśnie się ukazał na DVD. Macherzy od komercyjnej sieczki, kiedyś zdolni, choć zawsze zbyt kasowi Bromski z Machulskim uczynili jednak Miłoszewskiemu warte prokuratorskiego śledztwa zło. Poważnie: filmowe zbrodnie na literaturze powinno się wreszcie zacząć ścigać z urzędu lub obywatelskiego doniesienia (chętnie napiszę pozew). Bohaterką filmu, niby nakręconego na podstawie „Uwikłania”, jest bowiem niejaka i nijaka Agata Szacka, młoda pani prokurator debiutująca w świecie spraw kryminalnych. Bohater książki to natomiast Teodor Szacki, trzydziestoparoletni prokurator z pewnym męskim pokręceniem jako istotną cechą charakteru, niewielką rodziną (żona Weronika i córka Helcia). Ładna mi adaptacja. Zamiast pierwszej części zapowiadanej na literacką serię opowieści o chropowatym, ale interesującym facecie, Bromski z Machulskim bezwstydnie wypreparowali maślaną papkę z ogranymi w TV aktorami. Na miejscu Miłoszewskiego ledwo bym się powstrzymał od wyciągnięcia przynajmniej pięści. Reżyserzy ze studia Zebra odarli znakomitą powieść z najważniejszego, nie proponując w zamian nic wartościowego. Po jaką cholerę było przebierać stołecznego wygę Teodora Szackiego w fatałachy krakowskiej waćpanny? Bo największy w Europie rynek lepiej się fotografuje? Żeby zadowolić zakochanego w wawelskim grodzie pana Andrzeja Wajdę? Niedźwiedzia przysługa – tak się powinien ten antyfilm nazywać.
Strata niepowetowana, ale trudno. Trzeba z żywymi naprzód. Na szczęście, Miłoszewski wydał kolejną powieść, „Ziarno prawdy”. Zbliżający się do czterdziestki, rozwiedziony Teodor wyjechał do Sandomierza, gdzie od czasu do czasu w samotności pochlipuje za warszawską przeszłością, często spotyka się na seks z piękną, młodą Klarą (zresztą nie tylko) i czeka na godną swojego doświadczenia sprawę. Rytualne zabójstwo małomiejskiej społeczniczki staje się początkiem kilkutygodniowej pogoni za bestią, która morduje z okrucieństwem porównywalnym do domniemanej bezwzględności Żydów z katedralnego obrazu de Prevosta. W tle współczesnych wydarzeń (kwiecień - a jakże, rok 2009) mamy zatem historię relacji polsko-żydowskich, prawd, półprawd, kłamstw i zabobonów. Sandomierz rzeczywiście był w XVII wieku miejscem procesów o mordy rytualne. W przeważnie niewymuszony sposób wykłada Miłoszewski w dialogach fragmenty wiedzy na temat na Ż. Kielce przecież niedaleko, pojawia się motyw powojennej esbecji, nazwiska Bolesława Piaseckiego, Salomona Morela, ale też Szymona Wiesenthala. Autor stara się na marginesie rozwiązywania kryminalnej zagadki wyjaśnić tzw. polski antysemityzm, zracjonalizować traumy jednych i drugich, potępiając wydzielające się z ludzkiej żółci stereotypy. Ściany mieszkania lubelskiego rabina, dokąd trafia Szacki po radę, wytapetowane są zdjęciami izraelskich miss w strojach kąpielowych. Lecz w Sandomierzu panika narasta, wraz z następnymi, coraz brutalniejszymi zabójstwami. „Interesuje mnie jedno: – mówi prokurator-szeryf do grupy dziennikarzy - znaleźć i postawić przed sądem sprawcę tych zbrodni. Jest mi obojętne, czy to będzie wskrzeszony z martwych Karol Wojtyła, Ahmed z budki z kebabami, czy jakiś chudy Żyd (...), wypiekający macę w piwnicy. Ktokolwiek to jest, zostanie wyciągnięty za swoje zawszone pejsy z tej wilgotnej nory, w której się schował, i odpowie za to, co zrobił”.
O zagadce więcej nie napiszę, z wiadomych przyczyn. Miłoszewski wytrawnie gubi tropy, tożsamość mordercy poznamy pod koniec książki, niczego się nie domyślając. A po drodze poznamy galerię smacznie i realistycznie zarysowanych typów. Szeryf wcale oczywiście Eastwoodem nie jest, czego ma bolesną świadomość, jego współpracownicy również okazują się postaciami dalekimi od papieru. Znajduje się przestrzeń na popkulturowe żarty: o Arturze Żmijewskim-ojcu Mateuszu i jego słynnym rowerze, dostaje się Nosowskiej za kiepską „Osiecką” i Kasi Kowalskiej „wyjącej piosenki Republiki”. Najmocniej Miłoszewski krytykuje media, obrazowo zestawiając przemielone przez publikatory informacje z wymiocinami, do których dosmaża się nowe mięso, pieprzy i soli dla efektu. Znalazłem w tej powieści może dwa, trzy zdania do stylistycznej poprawki, parę niepotrzebnych mrugnięć okiem (nazwiska!) i prawie 400 stron czystej przyjemności czytania. Dlatego czekam na trzecią (podobno ostatnią) część cyklu o Szackim i wracam do książkowego „Uwikłania”, nieszczęśnie przerobionego na rytualny gniot przez ekspertów od filmowej tandety. Jak ogłasza wydawca, prawa do wydania „Ziarna prawdy” w USA zostały sprzedane jeszcze przed polską premierą. Życzę Miłoszewskiemu zasłużonego sukcesu na zachodnich rynkach (choćby i niemieckim) oraz rozwodu ze studiem Zebra, które, niestety, przygotowuje ekranizację horroru „Domofon” z 2005 roku.
Dobra wiadomość na koniec: na manipulacje Bromskiego i Machulskiego przy sandomierskim śledztwie Szackiego (Szackiej) nie ma szans. 35-letni pisarz o ogromnym talencie, wybitnym rzemiośle, zdecydował się bardziej zadbać o swoje pomysły, bohaterów i w konsekwencji czytelników. Na festiwalu Dwa Brzegi powiedział wprost o takiej ewentualności: „Po moim trupie”. Lepiej późno, niż później.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY, W.A.B., 2011
Monday, October 17, 2011
DIALOG FESTIVAL 2011, cz. 2

6. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog, odbywający się w tym roku pod hasłem NIECODZIENNI, przestał być codziennością wrocławskich teatrofilów. W ciągu 8 dni, przy pełnej widowni, 240 artystów z 8 krajów zaprezentowało widzom 15 różnych spektakli. Debatujący na finał uczestnicy panelu dyskusyjnego zwrócili uwagę, że teatrem, kulturą niekomercyjną interesuje się nie więcej niż 15 procent tzw. społeczeństwa, więc już choćby z tego powodu należą do grona ludzi niecodziennych. Jak transwestyci z mądrego przedstawienia Belgów Alaina Platela i Franka van Laecke, jak na końcu świata przeżywający swoje dramaty i fascynacje Chilijczycy, jak wyautowani z życia wykolejeńcy z placu Sergles Torg w centrum Sztokholmu (lub innej europejskiej stolicy). Niecodzienni są także sami artyści, którzy potrafili dialogową publiczność zachwycić, zaintrygować, zmusić do myślenia, a także rozjuszyć i zirytować.
Najwięcej emocji wzbudziło przedstawienie O TWARZY włoskiego prowokatora współczesnej sceny Romea Castellucciego - drastyczny komentarz na temat upadku Wartości, posługujący się mocnymi obrazami (i zapachami), wieloznacznymi metaforami. Widzowie albo odrzucali spektakl, albo byli nim poruszeni. Zasłużone bardzo dobre przyjęcie spotkało słoweński Teatr Mladinsko. Reżyser Oliver Frljić i jego aktorzy opowiedzieli o narodowych sporach po rozpadzie byłej Jugosławii, zmienili przestrzeń teatru w pole bitwy między sobą, a także pomiędzy sceną a widownią. Dostawaliśmy kulą w łeb z teatralnej atrapy pistoletu i tekstem w mózg, oskarżani o obojętność wobec Srebrenicy. Naśmiewano się z polskiej mgły smoleńskiej, wytykano podwójną moralność. Spektaklowi PRZEKLĘTY NIECH BĘDZIE ZDRAJCA MEJ OJCZYZNY! (cytat z jugosłowiańskiego hymnu, jak wiadomo, przypominającego melodią polski) przydałyby się niewielkie nożyczki, lecz i tak Frljić, nazywany przez niektórych chorwackim Janem Klatą, okazał się twórcą z ostrym publicystycznym pazurem i nieposkromionym talentem do inicjowania inspirującego niepokoju. Chilijskie SIMULACRO, tożsame w temperamencie i tonie, nie miało takiej siły, choć kiedy aktor piętnował kłamstwo turystycznego oglądu tamtejszej rzeczywistości, zrobiło się w urlopowych żyłach mroźno. Do Chorwacji jeździmy jeszcze częściej niż na Kubę czy Dominikanę i też tego, co tkwi pod kurortową szminką, nie dostrzegamy. Przy okazji słoweńskiej ofensywy pomyślałem, jakie wrażenie mógłby zrobić na Francuzach lub Anglikach polski teatr, gdyby objeżdżał Europę w kilka lat po wojnie ze sztuką o naszym Wrześniu lub gdyby jakiejś żydowskiej trupie udało się wtedy podobne przedsięwzięcie.
Nie zawiedli oczekiwani przez publiczność: Emma Dante i jej błyskotliwi TANCERZE, Holender Ivo van Hove z zarazem nowoczesnym i tradycyjnym widowiskiem ROSJANIE! wg Czechowa oraz Krystian Lupa, który przywiózł do Wrocławia zrealizowaną w Lozannie POCZEKALNIĘ. To z początku trudne do wytrzymania przedstawienie, wypełnione gęstymi, męczącymi dialogami-malignami, z każdą godziną nabierało teatralnej poezji, by przemienić się w liryczny portret ludzi, którzy nawet na dnie próbują zatrzymać w sobie człowieka. Ich konieczność-wybór-los, czyli alkoholowo-narkotykowo-psychiczny haj life narysował Lupa bohemiczną kreską, widza zostawiając jednak z czystym współodczuciem. Druga część POCZEKALNI to arcydzieło. Ogromny aplauz i owacje na stojąco towarzyszyły GARDENII, belgijskiej opowieści o kabarecie złożonym z wiekowych transwestytów. W momencie pojawienia się w polskim sejmie osób otwarcie i odważnie manifestujących własną odmienność (niecodzienność) GARDENIA zabrzmiała wyjątkowo aktualnie, chociaż akurat festiwalowi widzowie nie polityczno-społecznym akcentem zawracali sobie głowy, ciesząc się z perfekcyjnie wykonanego teatru. Ten spektakl wywołał uśmiech, zrozumienie, pozwolił nam się jeszcze bliżej poznać. Jeszcze bliżej, bo niecodzienni są bohaterami teatru od lat, ich cudną inność znamy doskonale. My, czyli zainteresowani sztuką, czyli ci z owych 15 procent. A przecież to, o co walczą artyści, przydałoby się najbardziej 85 procentom tamtych nas-mas. Retorycznie pytała Marie-Helene Falcon w wieńczącej debacie: co pokazać w teatrze i jak, by dialog sceny z widownią był szerszy? Sugerował Johan Simons, mający doświadczenia bezpośrednie: widz, który nie chodzi na co dzień do teatru, potrafi docenić sztukę, trzeba więc do widza dotrzeć, zagrać w koszarach, wyjść, nawiązać kontakt. Trzeba trochę więcej pieniędzy dla teatru, by móc obniżyć ceny biletów. Tylko wtedy niecodzienni sztuki mogliby czegoś nauczyć codziennych.
Zbierały mniejsze i większe cięgi polskie spektakle zaproszone, włączone w Dialog, niedorastające do europejskich celnością, pasją, postępowością. Tak wyszło. Autorski festiwal niesie w sobie i taką opcję, potencjał przestrzelenia. Zamiast, na przykład, bytomskiego HAMLETA można by pokazać coś wartościowszego, coś współcześniejszego, co trafniej współgrałoby z programem całości. Nawet z nierównym, eksperymentalno-szkolnym węgierskim LEONCEM I LENĄ, formalną ciekawostką do zapamiętania. Bo siłą festiwalu Dialog jest również jego całość, zaplanowana przez wyrafinowaną mistrzynię reżyserii Krystynę Meissner. Obejrzenie wszystkich (prawie wszystkich) przedstawień wraz z przynajmniej wybiórczym uczestnictwem w debatach, spotkaniach daje wiedzę o życiu teatralnym Europy, nowych, innych językach, tematach, jakie zajmują nienadodrzańskich mieszkańców. Dialog zostawia po sobie pytania: czy Jezus XXI to ciągle ten sam Jezus?, czy da się pomóc Płatonowowi obok lub Iwanowowi wewnątrz nas?, co zrobić, by tolerancja, wolność, rozmowa stały się normą, nie złudzeniem? I tak dalej. Czas na odpowiedź: 2 lata. Do Dialogu nr 7.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................
Dialog Festival 2011, reż. Krystyna Meissner
Monday, October 10, 2011
DIALOG FESTIVAL 2011
zdjęcie z wykładu Zygmunta Baumana
Nie bywam, niestety, na wszystkich polskich festiwalach teatralnych, więc muszę w tej sprawie wierzyć na słowo, ale obserwując DIALOG od kilku edycji, w słowa Jacka Sieradzkiego (który bywa) uwierzyć łatwo. Sieradzki powiedział po poprzednim, piątym, wydaniu, że to najważniejszy i najlepszy polski festiwal. Po obejrzeniu trzech spektakli otwierających DIALOG nr 6, wysłuchaniu wykładu Zygmunta Baumana, po kilku żywych kuluarowych rozmowach, ciśnie się pod klawiaturę taka fraza: DIALOG RZĄDZI! Pisana z tym samym wykrzyknikiem, z jakim niesamowity Belg Ivo van Hove pokazał we Wrocławiu swoją najnowszą superprodukcję.
ROSJANIE! w jego ujęciu wcale oczywiście Rosjanami nie są, lecz kosmopolitami, metropolitami współczesnego świata. Iwanow i Płatonow, bohaterowie dwóch zestawionych tu sztuk Czechowa, rodzą się wszędzie, a w dzisiejszych czasach jest ich więcej niż kiedykolwiek. Nasza społeczna systemowa nerwica, rozdźwięk między marzeniem a rzeczywistością, codziennością i niecodziennością, prowadzi do nieuchronnej klęski człowieka, jeśli się w porę nie zorientuje, że uczestniczy nie w tym biegu, nie w tych zajęciach, na jakie się zapisał. Ciągła walka o przetrwanie na kurczącym się rynku pracy, niepewność jutra, podejmowanie wyzwań ponad siły i powyżej możliwości sprawia, iż zamiast cieszyć się względną wolnością demokracji, stajemy się zniewoleni totalitarną presją. Mówił o tym Zygmunt Bauman, niedużego wzrostu, skromny pan, który nie chciał się wdawać w hipotezowanie na temat przyszłości, za to podsumował teraźniejszość. Jesteśmy, jak Tomasz Adamek, być może świetnymi zawodnikami, ale stajemy nie do tego pojedynku, wybieramy (lub jesteśmy wybierani) niewłaściwą wagę i nieodpowiedniego przeciwnika. Kliczko zawsze z nami wygra, nam pozostanie obita twarz, zszargana ambicja, czasem trwała gorycz. Tak kończą bohaterowie ROSJAN!, nakręceni obwinianiem innych o własną porażkę, niespełnieni, bo, być może, poszli o jeden kompromis za daleko.
Ivo van Hove wraz z autorem scenariusza, znanym belgijskim pisarzem Tomem Lanoye, zaproponowali zaskakująco temperamentny spektakl, za podstawę biorąc teksty rosyjskiego geniusza nudy. Ich Czechow kompletnie nie przypomina Czechowa robionego przez polskich twórców. Niektórym widzom to przeszkadza. Gardłowy niderlandzki, którym władają Głagoliew, Osip, Anna Pietrowna czy Lebiediew, jakoś zgrzyta w tradycyjnych polskich uszach. Śmieszą też zostawione w kwestiach aktorów fragmenty na temat chłopów małorolnych czy tęsknocie za Moskwą, gdy właśnie na dachu stołecznego apartamentowca, podczas miejskiego przyjęcia, rozgrywa się akcja, nie na zapadłej prowincji, skąd nawet do Kijowa godzinami trzeba jechać powozem. Van Hove i Lanoye zupełnie się tym nie przejmują, traktując Czechowowskie postaci jako materiał ponadczasowy. W pierwszej części dają im tylko mówić, kłócić się i oskarżać, w drugiej wprowadzają multimedia, symbole i neony, podkreślając pustkę osobowości, w trzeciej, za pomocą kamer, obserwują ich jeszcze głębiej, do reszty nie zostawiając złudzeń. Wspaniały, kolejny po TRAGEDIACH RZYMSKICH, inscenizacyjny majstersztyk! No i cóż za aktorstwo!
Włoski prowokator Romeo Castelucci zaprezentował głośne już w świecie przedstawienie O TWARZY. WIZERUNEK SYNA BOGA, objeżdżające, od premiery przed rokiem, największe teatralne wydarzenia. To jeden z tych spektakli, którego nie sposób wytłumaczyć kilkoma zdaniami, streścić opisową formułą, zrozumieć od razu. To także jedno z tych artystycznych doświadczeń, które zostają. I wywołują skrajne reakcje. Jedni mdleją, drudzy ostentacyjnie wychodzą po kwadransie, inni rechoczą w zagubieniu, jeszcze inni wstają do oklasków. Syn opiekuje się zniedołężniałym ojcem, podciera mu tyłek i myje z przed chwilą zrobionej kupy. Kawałki wydzielin spadają na białą podłogę, białe pieluchy niemal rytualnie zastępują białe pieluchy, na białej sofie pozostaje ślad ludzkiej golgoty, ale i miłości. Dzieje się na oczach (i w nosach) widzów tytaniczna, odwrócona pieta, skumulowana w scenie płaczu obu mężczyzn. Na wszystko patrzy z ogromnego płótna twarz Chrystusa z renesansowego obrazu Da Messiny. Ale Castelucci nie zapomina, jaki uprawia zawód, gdzie pracuje. To teatr, nie życie, więc w pewnym momencie aktor grający ojca (Gianni Piazzi) chwyci kanister z chemicznie wytworzonym łajnem, obleje się nim, zanieczyści białe łóżko, przenosząc znaczenia z przestrzeni prywatnej w kulturową. Przypomina się prezentowana we Wrocławiu niedawno rzeźba-instalacja Mirosława Bałki („Wege zur Behandlung von Schmerzen”).
O TWARZY… nie jest spektaklem domowym, lecz światowym. To mocny atak na współczesne społeczeństwo, na to, co uczyniliśmy (i czynimy) wartościom, które powinny nas trzymać przy człowieczeństwie. I nie chodzi tu tylko o chrystusową ofiarę czy jakąkolwiek religię, lecz o to, co wypieramy i czego się wypieramy, będąc nie takimi samymi ludźmi jak kiedyś. Dzieci (my-dzieci?, dzieci w nas?) w buncie walą granatami w niewzruszony i nienaruszalny wizerunek Jezusa. Bez skutku. Dopiero w finale od wewnątrz, od drugiej strony, sceny, zacznie się rozpad. Artysta-reżyser zniszczy płótno, niszcząc nową sztuką stary obraz. Pod którym pozostanie napis z psalmu: „Ty jesteś moim pasterzem”, święcący do chwili, kiedy reżyser zdecyduje się go wyłączyć. Aktorzy spojrzą nam w oczy, odwracając role, może skłonią do myślenia. I wierzący, i ateista poczuje na tym spektaklu zapach-smród, ale też nadzieję i tajemnicę. Wielki spektakl!
TANCERZE Sycylijki Emmy Dante wydają się przy dziele Castellucciego zwyczajną, prostą historią. Dwoje staruszków przemienia się w tańcu z ledwo powłóczących nogami w mistrzów parkietu. Para wykonawców (Sabino Civilleri, Manuela Lo Sicco) zdejmuje maski, odgrywając (tańcząc) historię ich, każdego, związku od tyłu. Od starości do narzeczeństwa, od wspierania się w chorobie do spierania się o siebie w młodości. W ciągu zaledwie 45 minut przeżywamy prawie całą miłosną historię ludzkiego życia, podeszły walc późnego wieku i skoczny jive zdrowego ciała, przed którym wszystko, czyli krótki skrawek wieczności. Wypełnia nas smutek i radość równocześnie. Taki teatr, piękny teatr, także zmienia coś w człowieku, porusza nutę, skłania do kroku.
„Spowolnijcie!” – radził Zygmunt Bauman podczas festiwalowego wykładu. Wtórowała mu swą obecnością Krystyna Meissner, gospodyni i sprawczyni tego niezwykłego spotkania wielu ludzi wokół teatru, artystka, dzięki której niecodzienność z hasła tegorocznej imprezy, staje się, przynajmniej na tydzień, codziennością, mając szansę na więcej. Na otwarcie zamiast zamknięcia się w świecie online, na rozmowę i współdziałanie, na dialog!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………
ROSJANIE! (Toneelgroep Amsterdam), reż. I. van Hove, O TWARZY. WIZERUNEK SYNA BOGA (Societas Raffaello Sanzio, Cesena), reż. R. Castellucci, TANCERZE (Sud Costa Occidentale, Palermo), reż. E. Dante - DIALOG FESTIVAL 2011, reż. K. Meissner
Sunday, October 2, 2011
JUTRO NIE UMIERA NIGDY (BWA Design)

Wystawa „Jutro nie umiera nigdy” została przygotowana z okazji Europejskiego Kongresu Kultury, wydarzenia, które rozczarowało, bo z nadmuchanego balonu oczekiwań wyszło powietrze jeszcze jednego festiwalu (połączonego z takimi sobie dyskusjami). Oczywiście, wśród zbyt wielu niekoniecznych pomysłów i projektów pojawiły się także te prawdziwie wartościowe, jak choćby rzeźba-instalacja Mirosława Bałki. I jak wystawa o tytule wziętym z bondowskiego filmu z 1997 roku. W „Tomorrow Never Dies” James wraz z agentką chińskiego wywiadu przeciwstawiają się planom wielkiego medialnego magnata, chcącego podporządkować własnemu przedsiębiorstwu cały świat. Jutrzejsze newsy dzisiaj – tak brzmi jedna z jego dewiz, tragedia sprzedaje się najlepiej – taka jest inna zasada naczelna. Autorzy wystawy, z kuratorką Katarzyną Roj na czele, wykorzystali głównie tytuł, wiążący zawartość ekspozycji z popkulturą, czyli tym, czym, przynajmniej w pewnym stopniu, interesują się wszyscy. Tak jak wszystkich zapewne, przynajmniej w pewnym stopniu, interesuje to, co będzie ze światem, jaki znamy, za 100 lat.
5 listopada umieszczone na wystawie wrocławskiego BWA Design obiekty artystyczne zostaną włożone do specjalnej kapsuły, przeznaczonej do otwarcia najwcześniej w listopadzie 2111. Co zobaczą nasi następcy?
Najbardziej działają filmy przygotowane przez Marka Wasilewskiego. Emitowane na 6 monitorach prezentują historię poprzez serię spektakularnych pogrzebów, m.in.: Elvisa Presleya, Marii Callas, Che Guevary czy Stalina. Mocna rzecz, podkreślająca siłę spektaklu życia i śmierci, przekazywanego, ale i inspirowanego, reżyserowanego przez współczesne media. Tęsknotę za niedoskonałością ujmuje „Roślina z błędem” Katarzyny Krakowiak, paradoks niemożliwej perfekcji tajemnicza kulka Jerzego Kosałki. Wrażenie robi rzeźba Szymona Kobylarza „Civil Defence” przedstawiająca kukłę quasi-orwellowskiego obywatela, ubranego w płaszcz z toreb foliowych, oddychającego przez maskę zrobioną z plastikowej coca-coli, trzymającego w dłoni rurę-miecz. Ekologiczny motyw znajdziemy również w fajkach Adama Witkowskiego, fantazyjnie wyprodukowanych z puszek i butelek. Na ironiczno-mesjanistycznym wideo autorstwa Dominiki Olszowy zobaczymy wróżkę, która wieszczy, że Polska odrodzi poapokaliptyczny świat. Wojciech Kocołowski proponuje znaczący podręczny „Zestaw na czarną godzinę”: scyzoryk, konfitury z czereśni (rocznik 2005), książkę „Pinokio” i cyjanek. Karmniki Pawła Jasiewicza czy film Bartosza Muchy o mężczyźnie w niemal pustym pokoju mają nam przypominać o próżni indywidualizmu, potrzebie kontaktu i pomocy. Wzorzec drobiny, jaka w naturalny sposób ubyła ze słynnego wzorca kilograma z Sevres, zaprojektowany i wykonany przez Huberta Czerepoka, zwraca uwagę na nieuchronność Zmiany. Czerepok wraz z Kocołowskim przywołują też eksperyment polskiego programu kosmicznego, marzenia utrąconego przez władczych, zazdrosnych sąsiadów. Do przeszłości wraca też Kama Sokolnicka, cytując fragment „Dziennika” Sławomira Mrożka, który w 1964 roku pisał o Polsce: „tam wszystko się zawsze buduje. Tam zawsze trwa jutro (…)” i dodawał: „jutro to oszustwo, zawsze jest tylko teraz”. Sokolnicka używa kadrów z dawnych filmów, by opowiedzieć o ulotności chwili, niepewności związanej z przyszłością, wyrażonej frazą „Do widzenia, do jutra”.
Obecny w jednej z prac Nicola Tesla, serbski wynalazca z przełomu wieków XIX i XX, do śmierci walczący o uznanie pierwszeństwa np. swojego patentu cewki elektromagnetycznej, powiedział: „teraźniejszość należy do nich, przyszłość jest moja”. Ale „Jutro nie umiera nigdy”, poprzez spektakularny zabieg artystycznego przeniesienia części naszej rzeczywistości w czasy nam nieznane, komentuje nasze teraz. Nie za 100 lat, lecz dziś, przesłanie tej ważnej wystawy ma sens głębszy niż wartość dokumentu.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
JUTRO NIE UMIERA NIGDY, kuratorka; Katarzyna Roj, BWA DESIGN, Wrocław 8.09-5.11.2011
Subscribe to:
Comments (Atom)