Monday, June 27, 2022

MANON (Opera Wrocławska)

na zdjęciu Hanna Sosnowska-Bill z dyplomem za nominację do Emocji - nagród Radia Wrocław Kultura

Ma Opera Wrocławska artystkę wielką i wspaniałą, głosowo i aktorsko. I to na etacie. Wszystko, za co się weźmie Hanna Sosnowska-Bill, każda, nawet mniejsza partia, staje się zjawiskiem i wydarzeniem. Pamiętacie błyskotliwą rolę Milionerki w 'Immanuelu Kancie' Możdżera (to ona m.in. przyniosła jej Wrocławską Nagrodę Muzyczną)? Ja mam ją ciągle przed oczami, a było to już z pięć lat temu.  Wreszcie w tym sezonie mamy Sosnowskiej znów więcej w dużych, premierowych partiach. W 'Manon' jest po prostu królową. Śpiewa przepięknie, jej bohaterka ma styl, przemieniając się z podlotka w kobietę... salonową. Odpuśćmy sobie fabułę, we współczesnym świecie piekielnie trudną do obrony, skupmy się na urodzie i liryzmie scen, tych, w których Sosnowska pokazuje takie tony i pigmenty operowej tęczy, że nic tylko podziwiać. Inscenizacja Waldemara Zawodzińskiego jest jak dla mnie zbyt ostrożna, klasyczna, oparta na sprawdzonych patentach, większość widzów będzie pewnie zadowolona, nie douważy np. ruchowych nieporadności (scena w kasynie, więźniarki z finału), pominie spacerowe tło w momentach z chórem. Powinny wystarczyć kolory, choć bierności reżysera światła (też pan Waldemar) w owym ruletkowym epizodzie nie wybaczam. Niełatwo również wytłumaczyć słabość głosową Erica Fennella (des Grieux, ukochany Manon). Słyszę barwę ładną, ale skromną tutaj, zanikającą w duetach, nieprzekonującą w ariach. Tym bardziej że orkiestra z Bassemem Akikim śpiewaków nie oszczędzała, grając na full. Jeśli Amerykanin miał jakąś infekcję lub słabszy dzień, warto było pomóc. Znakomicie zabrzmiał bas Jakuba Michalskiego-ojca Kawalera (nie pierwszy raz), Mariusz Godlewski (Lescaut) - wiadomo, zawsze klasa, no i bardzo ciekawy Jędrzej Tomczyk (de Monfortaine).
Ale Hanna Sosnowska-Bill przyćmiła wszystko i wszystkich. To jej spektakl i na nią idźcie na 'Manon'! W listopadzie widzę w repertuarze obsadę wyłącznie wrocławską (i na taką cieszę się najbardziej), z jednym wyjątkiem. Na razie nie wiadomo, kto zaśpiewa des Grieux. Życzę widzom i Hannie lepszego partnera (ewentualnie Fennella w formie). Słyszałem same dobre słowa o Charlesie Castronovo z pierwszej obsady (wcale mnie nie dziwią). Więc może? Hanna i Charles to byłby poziom Met.  A... może... Piotr Beczała? Marzenia.
gch
[0-6] 4+ (Hanna Sosnowska-Bill na 7)
---
Jules Massenet MANON, reż. W. Zawodziński, kier. muz. B. Akiki, Opera Wrocławska, 26.06.22, balkon, rząd III, miejsce 5.

Monday, June 13, 2022

DAISY (Teatr Szaniawskiego w Wałbrzychu)


Co mówią stokrotki?
 






---

DAISY, Teatr Szaniawskiego w Wałbrzychu, reż. Konrad Imiela, muzyka Grzegorz Rdzak, 12.06.2022, rząd VI, miejsce 1
 

Friday, January 28, 2022

Barbara Krafftówna i Wrocław

Być może Państwo wiedzą, że istnieje taka fantastyczna strona Hypatia.pl, czyli kobieca encyklopedia polskiego teatru. Można tam znaleźć pod osobowym hasłem wiele, naprawdę wiele, wywiadów z niezwykłymi artystkami. Z Barbarą Krafftówną oczywiście też. Już z samych tytułów tekstów, publikowanych w polskiej prasie przez dekady, czy to w „Żołnierzu polskim”, czy to w „Życiu na gorąco”, można się dowiedzieć wiele o życiu zmarłej w niedzielę aktorki. Najczęstsza fraza przewijająca się w tych nagłówkach, to „Jak być kochaną”, jest też np. „Kabaret starszej pani”, „Mam chcicę na życie” czy „A w sercu ciągle maj”, ale i tytuł „Nie tylko uśmiech”. W jednym z numerów miesięcznika „Teatr”, w 1970 roku, dziennikarka Małgorzata Kakiet zapytała panią Barbarę o okres wrocławski. Trafiła do Teatrów Dramatycznych we Wrocławiu (dzisiejszy Teatr Polski) po sezonie w łódzkim Jaraczu i po okresie gdańskim. Jak wspominała Wrocław?

Niezmiernie dużo dała mi praca pod kierunkiem Wiercińskich, tak jak przedtem opieka ze strony Galla i jego żony. Zdobyłam wtedy bardzo ważną umiejętność zatrzymywania, utrwalania dobrych pomysłów, które pojawiają się zwykle spontanicznie. Najlepiej pamiętam z tego okresu rolę Klary w „Ślubach panieńskich” Fredry, w reżyserii Marii Wiercińskiej.

To był duży sukces. Krytyka pisała wówczas: ,,Największą niespodzianką tego przedstawienia, radosną niespodzianka dla fredrowskiego teatru, była Barbara Krafftówna. Takiej Klary nie widziałem jeszcze w życiu. Było w niej jakieś roztańczone dziewczęce smarkaczostwo, niezrównana lekkość gestu, zarażająca zupełnie wesołość. Furkotała na scenie bez żadnych gierek, trzepała bajecznie wspaniały fredrowski wiersz, nie uroniwszy ani jednego akcentu... Była żywa jak iskra, a przy tym i rozśmieszająca, i wzruszająca, i śmieszka, i beksa, i trzpiot, i nagle dorosła рапnа".

Czyż nie jest to kwintesencja tego, jak Krafftównę zawsze odbieraliśmy? We Wrocławiu zagrała jeszcze m.in. Audrey w „Jak wam się podoba” czy Elizę w Molierowym „Skąpcu”, a także w dwóch sztukach rosyjskich autorów: „Magazynie mód” – komedii Kryłowa (tego od słynnych bajek) oraz „Małżeństwie Kreczyńskiego” Suchowo-Kobylina (też autor XIX-wieczny). W 1953 przeniosła się do stolicy i zrobiła wielką karierę w teatrze, w kinie, w telewizji i radiu. W słuchowisku „Pan Wołodyjowski” – jak Państwo myślą – kogo zagrała? Oczywiście Baśkę. Była niezrównana w sztukach Witkacego, świetną Iwoną Gombrowicza, w 2006 roku wystąpiła w monodramie o Marlenie Dietrich. Z jednej strony niezwykle wyrazista Honorata, narzeczona Gustlika, z „Czterech pancernych i psa”, z drugiej pamiętna Felicja z filmu „Jak być kochaną” Wojciecha Hasa, realizowanego zresztą we Wrocławiu.

Ostatni raz we Wrocławiu zjawiła się trzy lata temu, kiedy odbierała nagrodę na Festiwalu Aktorstwa Filmowego i medal Zasłużony dla Wrocławia. Robertowi Migdałowi z „Gazety Wrocławskiej” mówiła wtedy:

Ten Wrocław, który pamiętam sprzed lat, był kompletnie inny niż ten, co jest teraz. Inna epoka, inna energia. Nie było tylu aut na drogach, co dziś. Oooo, tramwaje zostały - tylko są nowocześniejsze. Obłe takie, na granatowo pomalowane, cichobieżniki takie niskopodłogowe, ale po torach jeżdżą tych, co pamiętam. Mieszkałam na Zalesiu we Wrocławiu, niedaleko pętli tramwajowej. Ładna okolica. Lubiłam jeździć tramwajami po Wrocławiu - gdy tylko się nowe trasy pojawiały, nowe wagony, to wsiadałam i jeździłam. Taką sobie atrakcję robiłam. Lubiłam te tramwajowe wibracje…

Zapamiętała rzecz jasna gruzy, ale przede wszystkim „inteligencko-kulturalną atmosferę” miasta. 9 lat temu wystąpiła w gali Przeglądu Piosenki Aktorskiej pt. „Zawsze może gorzej być”, z piosenkami Jerzego Wasowskiego. To były aż cztery piosenki. Myślę, że wszyscy, którzy byli w Teatrze Polskim w marcu 2013 roku, pamiętają jej wersje „Szarp pan bas” czy „Walca Embarras”. Wasowskiego znała z Kabaretu Starszych Panów. Jedną z postaci była Radna, co ciekawe, autoparodystyczna, bo przez kilka lat Krafftówna rzeczywiście pełniła funkcję warszawskiej radnej.


Życie prywatne jej nie rozpieszczało. Obaj mężowie zmarli po zawałach serca, pochowała też syna Piotra. W grudniu ubiegłego roku przeszła korona wirusa. Zmarła w wieku 93 lat. W 2002 roku mówiła w wywiadzie dla „Gazety TV”:

Moją najukochańszą dziecięcą zabawą było przebieranie się i teatr. Ubierałam się w stroje i kapelusze matki i organizowałam pokazy na parapecie okna, żeby zwrócić uwagę przechodniów. Z koleżankami zakładałyśmy się, kto się zatrzyma i dłużej będzie patrzył.

Czas upewnił Panią, że aktorstwo było Pani najtrafniejszym wyborem?

Zdecydowanie tak, chociaż kiedyś myślałam i o innych zawodowych możliwościach. O chirurgii miękkiej albo... pracy detektywa. To drugie pasuje nawet jakoś do zawodu aktorskiego, bo oba wymagają analizy, obserwacji, czujności, bystrości. To są cechy, które mam wrodzone. A u Galla rozwijaliśmy je na zajęciach pt. spostrzegawczość. On sprawdzał swoich uczniów: kto, ile, co i jak widzi.

To zawód tylko dla wybranych?

Każdy z nas jest aktorem. Nieświadomie, zależnie od sytuacji, odgrywamy różne role i postacie. Jednak gra profesjonalnego aktora to proces bardziej skomplikowany. Wymaga nie tylko iskry talentu, ale również precyzyjnie opanowanego warsztatu - świadomości i samokontroli, które na scenie i przed kamerą pozwalają panować nad emocjami, ciałem, ruchem, dźwiękiem. [Rozmawiała Monika Kuc]

Zanim jedna z najznakomitszych piosenek z repertuaru pani Barbary jeszcze jeden cytat, tym razem z Remigiusza Grzeli, autora książki ‘Krafftówna w krainie czarów’ (i współautora filmu dokumentalnego pod tym samym tytułem):

Opowiadała: „Kiedy miałam wyjść na scenę i zaśpiewać, dwóch panów wzięło mnie pod pachy i omal wyniosło za kulisy. Stanął przede mną inspicjent i przekazał mi, że wyjść na scenę nie mogę i piosenki w koncercie nie ma. Dlaczego? Zagadka do dzisiaj. Możemy się tylko domyślać. Była wściekła. Skończyło się skargą na „skandaliczne wykroczenia przeciwko dobrym obyczajom, normom współżycia społecznego i gwarantowanym przez umowę zbiorową prawom artysty”, którą wysłała do ministra kultury. Czuła się upokorzona. Pisała o „oburzającym, graniczącym z lekceważeniem stosunkiem” do niej.

To była ta piosenka…


GCH

Sunday, August 29, 2021

TOSCA (Opera Wrocławska)


Bardzo udanym spektaklem rozpoczęła sezon Opera Wrocławska. W 'Tosce' Michaela Gielety, Bassema Akikiego i Gary'ego McCanna jest wyrazisty przekaz, mnóstwo emocji, akcja, która pędzi z filmową prędkością, imponująca scenografia, no i 
bogactwo świetnego śpiewania połączonego z dobrym aktorstwem. Gieleta okazał się reżyserem stworzonym do opery, chciałbym zobaczyć więcej inscenizacji jego autorstwa we Wrocławiu. Zwłaszcza że umiejętnie - i z sensem - wykorzystuje maszynerię naszej sceny, z obrotówką na czele. Dzięki temu 'Tosca' staje się opowieścią polifoniczną, prezentując obraz miasta i jego mieszkańców pod bezduszną władzą państwa z religią na sztandarze i okrucieństwem wobec człowieka w realu. Człowieka niezgadzającego się z dyktatem, ateisty-artysty czy opozycjonisty-wolnościowca.

W takiej rzeczywistości tytułowa bohaterka jest pomiędzy. Żarliwa w wierze, nie ma nic przeciwko pomocy zbiegowi z politycznego więzienia. Śpiewa dla królowej, ale swoje wie, to osobowość, nie naiwność. W popisowej arii wzruszająco wadzi się z Bogiem. Ewidentnie reżysera wrocławskiej 'Toski' los jednostki wobec władzy interesuje najbardziej (także kobiety wobec władzy wpływowego mężczyzny). Słuszny to wybór, bo melodramat zazdrości jest u Pucciniego skrajnie prosty. Ona podejrzewa zdradę, z 'qui pro quo' wykluwa się intryga. To najsłabszy element fabuły, nieprzystający do muzyki i ambicji pozamuzycznych. Trzeba się gimnastykować, by w XXI wieku 'Tosca' wybrzmiała prawdziwie. Tutaj się to udaje, właśnie dzięki wizualnie poszerzonej narracji.

Działa też ten spektakl na poziomie współodczuwania, parze kochanków kibicujemy (znając tę historię), starają się o to aktorzy-śpiewacy. Choć gdyby w pierwszym akcie było między nimi więcej, hm, czułości, zaangażowani bylibyśmy jeszcze mocniej. Doskonaląc inscenizację na kolejne lata warto zadbać o detale. Niech np. Floria nie ściska w dłoniach kartki z portretem malowanym przez Maria na sztalugach. Jeśli już musi sięgnąć po rekwizyt, niech weźmie do ręki coś solidniejszego niż zwykła kartka z bloku. I niech ci żołnierze z plutonu egzekucyjnego nie spacerują jak na deptaku w Kudowie. Może trzeba już w polskiej operze pomyśleć o zatrudnieniu specjalistów od ruchu scenicznego (ale nie baletowych choreografów), albo po prostu nie puszczać takich scen reżysersko.

O śpiewaniu nie da się napisać więcej: absolutnie znakomite. Słychać, że główne supertrio ma swoje partie dojrzale ułożone, ukształtowane w scenicznej praktyce, a ciągle na wysokim poziomie artystycznym, nie tylko wykonawczym. Owacje dla Ewy Vesin (cudownie, że wraca na swą rodzimą scenę), Tadeusza Szlenkiera (Cavaradossi), Mikołaja Zalasińskiego (Scarpia) są ultrazasłużone, żadna z przebojowych arii nie rozczarowuje. Słusznie też muzycy orkiestry gratulowali sobie koncertowego wręcz występu. Prowadzeni przez przenikliwego Akikiego z pietyzmem, ale i ekspresją (no i tempem) wykreowali aurę idealnie dopasowaną do koncepcji inscenizacji - gęstej, emocjonującej, wytchnienie liryczne też dającej w trzecim akcie. Akcie, gdzie znalazło się miejsce dla smutnej refleksji na temat codziennego życia w państwie niedemokratycznym, ideologicznym, ale i akcie wolnościowej nadziei. Nike ma skrzydła. Ma je wrocławska 'Tosca'.

I tylko jedna, jedyna rzecz może być dla widza problemem po przekroczeniu progów opery przy Świdnickiej. Ja z tym problem mam. Co najmniej 1/3 widowni za nic miała 28 sierpnia komunikat przypominający o noszeniu masek podczas przebywania na widowni czy we foyer. Bezpieczni jesteśmy w teatrze o ile wszyscy dbamy o siebie nawzajem. Bardzo mnie dziwi, że operowa publiczność jest w takiej liczbie nieodpowiedzialna, może to do pójścia do teatru naprawdę zniechęcić. Zatem polecam tę 'Toskę' bardzo, lecz czy teraz, gdy liczba zakażeń rośnie, za chwilę przyjdzie czwarta fala, a maski na twarzach widzów będą niedotrzymywaną umową między uczestnikami kulturalnych wydarzeń? Sami zdecydujcie.
GCH

[0-6] > 5
---
28.08.2021, balkon I, rząd II, miejsce 15

Saturday, June 26, 2021

Rzeźnia nr 5 (Wrocławski Teatr Współczesny, reż. Marcin Liber, 25.06.2021, rząd III, miejsce 4)

(fot. Natalia Kabanow, wteatrw.pl)

Kilkanaście lat temu widziałem w Legnicy słynny spektakl Made in Poland, a w nim Janusza Chabiora w roli nauczyciela. Pan Janusz wypijał w jednej scenie cztery duże piwa. Wspominam o tym, bo najnowsze przedstawienie Współczesnego też idzie na rekord. Zina Kerste - również w jednej scenie - wypala kilka papierosów jeden za drugim, a w całym spektaklu zużyta zostaje cała paczka najbardziej znienawidzonej przeze mnie używki. Siedząc tak w maseczce te trzy godziny, wdychając co rusz tę paskudną woń tytoniowego dymu, miałem pokusy. Żeby wyjść albo po prostu krzyknąć do aktorów: Zina, proszę, już dość, Rafał, nie..., znowu? I tak dalej. Nie zdziwcie się, drodzy artyści, jeśli widzowie w ten sposób zareagują. Czy muszę dodawać, że palenie na scenie jest tu zupełnie niepotrzebne? To nie jest spektakl o paleniu papierosów, tylko miasta, nie o wojnie palaczy z niepalącymi, lecz o wojnie (drugiej światowej, wojnie w ogóle) i traumie po niej. O pokoju. Przyznam, że niepokój - zwłaszcza o Zinę - ogarnął mnie w owej scenie przemożny. Nie wiem, czy Współczesny zamierza zamieszczać taki komunikat (są teatry, które to robią), uważam, że powinien: w spektaklu pali się dużo, często i to czuć (w trzecim rzędzie na pewno). No dobrze, a co poza tym? Nie wyszedłem z Rzeźni (bo jest świetna) i nie krzyknąłem (nie chcąc nic psuć). Czuję dziś suchość w gardle i na drugi raz z tym tytułem nie namówi mnie nikt (chyba że online), czuję też jednak i wagę, i urodę przedstawienia. Nieco zbyt długiego, owszem, przescenkowanego, ale o potężnej mocy reżysersko-aktorskiej. Wiernego Vonnegutowej powieści, stawiającego aktualne i nienachalne akcenty. Przypominającego sekret dobrego życia: zginąć i tak zginiemy, my ludzie, on wszechświat, więc po co nam bomby i depresje. Cieszmy się chwilą, która jest, choćby wieczorem w teatrze z publicznością, książką (raczej nie science fiction), spotkaniem, uśmiechem, pozdrowieniem, jak to, które ładnie puentuje się w spektaklu piosenką o Yonie Yonsonie z Wisconsin. Cieszmy się nadzwyczajną w 'Rzeźni nr 5' formą aktorów i aktorek (absolutnie niesamowita Maria Kania, jak zawsze doskonały Rafał Cieluch), w paru przypadkach dla mnie wręcz zaskakującą, gdy porównać występy w poprzednich spektaklach. Widzieć zespół Współczesnego w takiej dyspozycji to ogromna przyjemność.
GCH
(0-6) > 5 

Wiązanka pieśni miłosnych (41 Przegląd Piosenki Aktorskiej, reż. Jan Klata, Wrocław 2021)

Bardzo dobry koncert. Jan Klata poszedł na całość, zaproponował rzecz posępną (jak reżyser poprzedniej gali PPA Wojciech Kościelniak), z tą różnicą, że wszystkie piosenki śpiewano w językach obcych. Angielskim i włoskim. Być może jest w tym Klatowa złość na to, co w Polsce, a też i swoiste podkreślenie wyobcowania bohaterów tej przygnębiającej wizji. Wszyscy bowiem są arcysamotni, jeśli nawet śpiewają duety, to bez fizycznej bliskości. Wszyscy noszą czerwone uniformy, przypominające te robocze lub więzienne. I tak to czytam: jesteśmy gdzieś w przyszłości, na jakiejś planecie albo w podziemiu, jedyne co z miłością mamy wspólnego to tęsknota za nią. Więźniowie, którzy dla wygody stracili tamten świat (Tymon Tymański niesłusznie przetłumaczył comfort z piosenki Tropics of Love jako kompromis). Katastrofa klimatyczna wybija się na plan główny, lecz w celnie (i porywająco w interpretacji Ceziego Studniaka) puentujacej całość piosence La Situazione Non E' Buona słychać i sprawy polityczne, i społeczne. Krwawimy, i sami sobie to zafundowaliśmy, fundujemy. W rozmowach foyerowych dominowała konfuzja: kolejna gala-przestroga, pesymizm i dół, no i trzeba zadzierać głowę, by zobaczyć ważne dla odbioru przekłady. Czy można było to samo wyrazić polskimi piosenkami? Jestem pewien, że tak, sięgając choćby po repertuar Maanamu, Republiki, Heya. Wiem, redaktorzy muzyczni z różnych polskich stacji radiowych mówili mi nieraz: polska muzyka jest słaba, brzmi gorzej niż brytyjska czy amerykańska. Może i tak (en masse), ale są przecież cuda, a poza tym Piotr Dziubek potrafi wszystko z każdą muzyką. Muzyka PL zabrzmiałaby równie doskonale, co English language music w jego aranżacjach, z takim bandem i solistami, jak ci z gali AD 2021. Najwięcej krytyk zebrała Katarzyna Figura, aktorka rzeczywiście śpiewająca inaczej, ale ja się nie czepiam. Jeśli mogę w intrygującej inscenizacji choć przez chwilę zobaczyć znów we Wrocławiu Bartosza Porczyka, satysfakcja gwarantowana. A do tego jeszcze Emose czy Marcin Czarnik... To nic, że Wiązanka Klaty to postscriptum do Lazarusa, bo to bardzo solidne postscriptum. Za rok jednak, jak świat nam da marcowy przegląd, chciałbym gali-radości, nie apokalipsy. Może w kolorach tęczy, na którą teraz patrzę, wdychając rześkie powietrze po letniej burzy.
GCH
(0-6) > 5 

A tu galowa playlista, przygotowana przez organizatorów PPA, w oczekiwaniu na DVD: Galowa wiązanka

Wednesday, February 3, 2021

Jan Stanisław Witkiewicz MUZYKA I TANIEC

 


Czy jest sens publikować w książce, księdze nawet, tzw. teksty niegdyś rozproszone, artykuły, felietony, recenzje, napisane głównie w latach 1990.? Na wątpliwości podobnego rodzaju polecam jako skuteczne lekarstwo i najsłuszniejszą odpowiedź lekturę tomu pt. ‘Muzyka i taniec’ Jana Stanisława Witkiewicza. Już umieszczony w poprzedniej książce autora (‘Ostatki Jana Stanisława Witkiewicza’) dziennik muzyczny tworzony na początku lat dwutysięcznych dawał taki respons. Bo Witkiewicz nawet wtedy, gdy opowiada w swoich tekstach o konkretnych zdarzeniach wtedy aktualnych, dziś należących do historii życia muzycznego, wędruje poza czas. Ujmuje i jedno, i drugie, moment i uniwersum. Jak w pierwszym artykule-wywiadzie z Christą Ludwig, która w 1993 roku ‘po 45 latach wielkiej kariery rozstaje się ze sceną’. Właśnie: rozstaje. Ja czytam gawędy Witkiewicza jako coś, co ciągle się dzieje. Christa Ludwig, znakomita mezzosopranistka, zresztą szczęśliwie jeszcze żyje, ma 92 lata, mieszka w Berlinie. Czyli tam, gdzie ostatnio wyemigrował Jan Stanisław Witkiewicz, zmęczony polskimi meandrami. Śpiewaczka wyznaje: ‘Jestem za stara. Struny głosowe są mięśniami, które podlegają także procesowi starzenia się. Tu nie pomoże żadna technika, żaden trening, absolutnie nic’. Słowem: trzeba wiedzieć kiedy zejść ze sceny. I jest to warunek niepodlegający postępom, wynalazkom, nowoczesności. To jest – nie tylko muzyczne – zawsze. Kończy swój tekst Witkiewicz tak: ‘Chciałbym na końcu przywołać słowa dyrektora salzburskiego festiwalu, Gerarda Mortiera, który po zakończonym recitalu żegnał Christę Ludwig w sposób następujący: – Pożegnanie jest bolesne, to szczególnie. Ale ktoś, kto jak pani tak często śpiewał ‘Pieśń o ziemi’, ten wie, że Mahler na końcu „pożegnania” dodał „na zawsze”. I tak właśnie my jesteśmy pani wdzięczni: „na zawsze”’.

Drugi tekst w wydanym przez wrocławską oficynę Atut tomie dotyczy drugiej opery Verdiego. I tu mamy do czynienia wyłącznie ze wspomnianym wcześniej ‘zawsze’. Pojawia się i Wrocław, bo to w naszym mieście 147 lat po mediolańskiej premierze odbył się polski debiut ‘Dnia królowania’. W roku 1987. Treścią opery jest królowanie polskiego władcy Stanisława Leszczyńskiego, bardzo teraz zapomnianego, podobnie do dzieła Verdiego i librecisty Romaniego. Sam Verdi, jak zaznacza Witkiewicz, nie widział swej opery być może nigdy po prapremierze w La Scali (okazała się klapą). O czym mówi? O tym, jak Leszczyński zabiega o powrót na polski tron, zajęty już przez Augusta Mocnego. Ale Leszczyński się w ‘Un giorno de regno’ jako postać nie pojawia, głównym bohaterem jest Belfiore, jego wysłannik. Opera ma charakter komiczny, więc obserwujemy intrygę, także miłosną. Tylko w Wenecji się prawdziwie podobała, ale Jan Stanisław Witkiewicz przyznaje, że ‘nawet niepowodzenia Verdiego przewyższają o wiele sukcesy jego ówczesnych rywali’. A co do króla Leszczyńskiego: barwna to postać, warto sobie o nim przypomnieć jako o autorze postępowego ‘Głosu wolnego wolność ubezpieczającego’ i jako człowieku, który – jak pisze historyk Jerzy Besala – ‘miał liczne słabostki i skłonność do żartów, uwielbiał płeć piękną, piwo i namiętnie palił fajkę’. I może opera Verdiego nie zrobiła kariery dlatego, że... w niej Leszczyńskiego nie było.

Przytaczam oczywiście jedynie kilka przykładowych tematów i tekstów Jana Stanisława Witkiewicza z książki ‘Muzyka i taniec’, żeby dać Państwu pojęcie o zawartości, niemożliwej do streszczenia w recenzji czy audycji. Jest ich bowiem jakieś trzysta. W tym zachęcające do lektury już samym tytułem, jak ‘Cierpienia młodego krytyka’ (o inscenizacji Massenetowego ‘Werthera’ w reżyserii Gerarda Wilka), ‘Z perspektywy skarpetek’ (na gali klubu Rotary w Warszawie muzycy Sinfonii Varsovii ubrani we fraki i różnokolorowe skarpetki także z wzorkami) albo ‘Tenorzy, piłka i pieniądze’. Ten ostatni felieton zapowiada kolejny występ trzech tenorów, ale już mniejszy autor wykazuje entuzjazm niż w przypadku koncertu w rzymskich Termach z okazji mistrzostw świata w piłce nożnej. W Los Angeles śpiewacy wystąpili na stadionie baseballowym, w sumie dali w ciągu kilkunastu lat 33 koncerty. Cytat z Witkiewicza: ‘Może jednak zdarzyć się coś takiego, że warto będzie koncert oglądać. Pavarotti np. schudnie pięćdziesiąt kilogramów, o co ciągle się stara, twierdząc, iż nie chce by mówiono o nim, że największy tenor świata jest zarazem najgrubszym tenorem na świecie. Całkiem możliwe, że Domingo pogra w piłkę, a Carreras wda się w pyskówkę z dyrygentem i orkiestrą, jak wydarzyło się to w Zabrzu’. Pyta autor ironicznie, ileż można w tym wykonaniu słuchać ‘O sole mio’.

I jak, można jeszcze z przyjemnością słuchać ich po tych 30 latach? Czytać teksty sprzed lat również. Nie brakuje w tomie Jana Stanisława Witkiewicza, autora – przypomnijmy – wielu książek, biografii gigantów scen polskich i światowych (Krzyszkowska, Gruca, Wójcikowski, Malakhov, Nurejew etc.) indeksu nazwisk, więc i tak można podróżować przez ‘Muzykę i taniec’, którą kończy esej o Baletach Rosyjskich i malarzach zafascynowanych artystami tej pięknej i trudnej sztuki. Zerknijmy zatem na Nurejewa. Tematem interesującego, a mówiącego nie o muzyce, lecz przedmiotach, felietonu jest aukcja pozostałych po tancerzu dzieł sztuki i prywatnych bądź zawodowych drobiazgów. Spinka do krawata wysadzana diamentami, kostium z ‘Don Kichota’, zwykłe zdjęcia, meble, obrazy: ’Najdrożej sprzedano… kominek z nowojorskiego apartamentu Nurejewa – aż za 772 500 dolarów!’. Trzeba dodać, że Jan Stanisław Witkiewicz sam jest koneserem sztuki i kolekcjonerem, kuratorem licznych wystaw od Szwajcarii po Litwę. W wywiadzie przeprowadzonym na potrzeby książki ‘Ostatki Jana Stanisława Witkiewicza’ mówił mi tak: ‘Nigdy nie traktowałem antyków jako obiektów, które mają być za szybą, jak w muzeum. Nawet figurki porcelanowe u mnie żyły, podczas przyjęć stały na stole wraz z kwiatami. Większość kolekcjonerów, kiedy widzi, że z filiżanki z 1750 roku piję codziennie herbatę, dziwi się, są przerażeni, bo przecież może się coś zdarzyć. Mam swoje srebra, obrazy, także dywany, z którymi się nie rozstaję od lat’. I swoją muzykę, której teraz słucha z playlist streamingowych, kiedyś – pamiętam krótką wizytę w jego domu w Lipkowie – z płyt. Nie pamiętam, co wtedy przygrywało naszej rozmowie (jakaś opera), ale doskonale wiem, że ulubioną śpiewaczką Jana Stanisława Witkiewicza jest Edita Gruberova. I podobno pracuje nad książką poświęconą słowackiej primadonnie. Co ciekawe, w tekstach zebranych w tym tomie Gruberova wymieniona jest zaledwie dwukrotnie, w rolach mocno trzecioplanowych.

Ostatni dziś rzut oka na książkę ‘Muzyka i taniec’ to fragment zatytułowany ‘Najlepiej z rodziną’, traktujący o blisko spokrewnionych artystach występujących razem. Ja prezentowałem Państwu w radiowych Variacjach utwory z albumu Roberta Alagni zaśpiewane z żoną Aleksandrą Kurzak i córką Maleną, Witkiewicz zauważa (styczeń 1997) Menuhinów (legendarny ojciec Yehudi i zdolny syn Jeremy), Montserrat Caballe i jej córkę Monsterrat Marti czy choćby Dimitriia i Vladimira Ashkenazych (syn i ojciec). ‘Trudno jest dziś zrobić karierę nawet utalentowanym śpiewakom, muzykom czy też dyrygentom – pisze Witkiewicz. – Oczywiście pomaga w tym zajęcie znaczącego miejsca na konkursie, ale by zostać gwiazdą, a tym samym otrzymać wieloletnią umowę z renomowaną firmą płytową lub mieć wstęp do najbardziej prestiżowych sal koncertowych czy teatrów operowych, konieczne jest wiele sprzyjających temu okoliczności. Na przykład uznany dyrygent może pomóc w karierze śpiewaka lub muzyka solisty. Jeśli jednak ma się szczęście mieć sławnych rodziców, to już w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie jeśli… – no   właśnie – ma się talent’.  Talent do wszystkiego w życiu się przydaje, do pisania również. Wtedy i po kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilku setkach i tysiącach lat tekst żyje. Jak te z ‘Muzyki i tańca’ Jana Stanisława Witkiewicza. Wypada tylko żałować, że ich autor tak aktywnie jak kiedyś już swych pasji nie uprawia w podobnej, temperamentnej, literacko-komentatorskiej, formie.

GCH
........
Jan Stanisław Witkiewicz MUZYKA I TANIEC, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław, 2021