Wednesday, February 3, 2021

Jan Stanisław Witkiewicz MUZYKA I TANIEC

 


Czy jest sens publikować w książce, księdze nawet, tzw. teksty niegdyś rozproszone, artykuły, felietony, recenzje, napisane głównie w latach 1990.? Na wątpliwości podobnego rodzaju polecam jako skuteczne lekarstwo i najsłuszniejszą odpowiedź lekturę tomu pt. ‘Muzyka i taniec’ Jana Stanisława Witkiewicza. Już umieszczony w poprzedniej książce autora (‘Ostatki Jana Stanisława Witkiewicza’) dziennik muzyczny tworzony na początku lat dwutysięcznych dawał taki respons. Bo Witkiewicz nawet wtedy, gdy opowiada w swoich tekstach o konkretnych zdarzeniach wtedy aktualnych, dziś należących do historii życia muzycznego, wędruje poza czas. Ujmuje i jedno, i drugie, moment i uniwersum. Jak w pierwszym artykule-wywiadzie z Christą Ludwig, która w 1993 roku ‘po 45 latach wielkiej kariery rozstaje się ze sceną’. Właśnie: rozstaje. Ja czytam gawędy Witkiewicza jako coś, co ciągle się dzieje. Christa Ludwig, znakomita mezzosopranistka, zresztą szczęśliwie jeszcze żyje, ma 92 lata, mieszka w Berlinie. Czyli tam, gdzie ostatnio wyemigrował Jan Stanisław Witkiewicz, zmęczony polskimi meandrami. Śpiewaczka wyznaje: ‘Jestem za stara. Struny głosowe są mięśniami, które podlegają także procesowi starzenia się. Tu nie pomoże żadna technika, żaden trening, absolutnie nic’. Słowem: trzeba wiedzieć kiedy zejść ze sceny. I jest to warunek niepodlegający postępom, wynalazkom, nowoczesności. To jest – nie tylko muzyczne – zawsze. Kończy swój tekst Witkiewicz tak: ‘Chciałbym na końcu przywołać słowa dyrektora salzburskiego festiwalu, Gerarda Mortiera, który po zakończonym recitalu żegnał Christę Ludwig w sposób następujący: – Pożegnanie jest bolesne, to szczególnie. Ale ktoś, kto jak pani tak często śpiewał ‘Pieśń o ziemi’, ten wie, że Mahler na końcu „pożegnania” dodał „na zawsze”. I tak właśnie my jesteśmy pani wdzięczni: „na zawsze”’.

Drugi tekst w wydanym przez wrocławską oficynę Atut tomie dotyczy drugiej opery Verdiego. I tu mamy do czynienia wyłącznie ze wspomnianym wcześniej ‘zawsze’. Pojawia się i Wrocław, bo to w naszym mieście 147 lat po mediolańskiej premierze odbył się polski debiut ‘Dnia królowania’. W roku 1987. Treścią opery jest królowanie polskiego władcy Stanisława Leszczyńskiego, bardzo teraz zapomnianego, podobnie do dzieła Verdiego i librecisty Romaniego. Sam Verdi, jak zaznacza Witkiewicz, nie widział swej opery być może nigdy po prapremierze w La Scali (okazała się klapą). O czym mówi? O tym, jak Leszczyński zabiega o powrót na polski tron, zajęty już przez Augusta Mocnego. Ale Leszczyński się w ‘Un giorno de regno’ jako postać nie pojawia, głównym bohaterem jest Belfiore, jego wysłannik. Opera ma charakter komiczny, więc obserwujemy intrygę, także miłosną. Tylko w Wenecji się prawdziwie podobała, ale Jan Stanisław Witkiewicz przyznaje, że ‘nawet niepowodzenia Verdiego przewyższają o wiele sukcesy jego ówczesnych rywali’. A co do króla Leszczyńskiego: barwna to postać, warto sobie o nim przypomnieć jako o autorze postępowego ‘Głosu wolnego wolność ubezpieczającego’ i jako człowieku, który – jak pisze historyk Jerzy Besala – ‘miał liczne słabostki i skłonność do żartów, uwielbiał płeć piękną, piwo i namiętnie palił fajkę’. I może opera Verdiego nie zrobiła kariery dlatego, że... w niej Leszczyńskiego nie było.

Przytaczam oczywiście jedynie kilka przykładowych tematów i tekstów Jana Stanisława Witkiewicza z książki ‘Muzyka i taniec’, żeby dać Państwu pojęcie o zawartości, niemożliwej do streszczenia w recenzji czy audycji. Jest ich bowiem jakieś trzysta. W tym zachęcające do lektury już samym tytułem, jak ‘Cierpienia młodego krytyka’ (o inscenizacji Massenetowego ‘Werthera’ w reżyserii Gerarda Wilka), ‘Z perspektywy skarpetek’ (na gali klubu Rotary w Warszawie muzycy Sinfonii Varsovii ubrani we fraki i różnokolorowe skarpetki także z wzorkami) albo ‘Tenorzy, piłka i pieniądze’. Ten ostatni felieton zapowiada kolejny występ trzech tenorów, ale już mniejszy autor wykazuje entuzjazm niż w przypadku koncertu w rzymskich Termach z okazji mistrzostw świata w piłce nożnej. W Los Angeles śpiewacy wystąpili na stadionie baseballowym, w sumie dali w ciągu kilkunastu lat 33 koncerty. Cytat z Witkiewicza: ‘Może jednak zdarzyć się coś takiego, że warto będzie koncert oglądać. Pavarotti np. schudnie pięćdziesiąt kilogramów, o co ciągle się stara, twierdząc, iż nie chce by mówiono o nim, że największy tenor świata jest zarazem najgrubszym tenorem na świecie. Całkiem możliwe, że Domingo pogra w piłkę, a Carreras wda się w pyskówkę z dyrygentem i orkiestrą, jak wydarzyło się to w Zabrzu’. Pyta autor ironicznie, ileż można w tym wykonaniu słuchać ‘O sole mio’.

I jak, można jeszcze z przyjemnością słuchać ich po tych 30 latach? Czytać teksty sprzed lat również. Nie brakuje w tomie Jana Stanisława Witkiewicza, autora – przypomnijmy – wielu książek, biografii gigantów scen polskich i światowych (Krzyszkowska, Gruca, Wójcikowski, Malakhov, Nurejew etc.) indeksu nazwisk, więc i tak można podróżować przez ‘Muzykę i taniec’, którą kończy esej o Baletach Rosyjskich i malarzach zafascynowanych artystami tej pięknej i trudnej sztuki. Zerknijmy zatem na Nurejewa. Tematem interesującego, a mówiącego nie o muzyce, lecz przedmiotach, felietonu jest aukcja pozostałych po tancerzu dzieł sztuki i prywatnych bądź zawodowych drobiazgów. Spinka do krawata wysadzana diamentami, kostium z ‘Don Kichota’, zwykłe zdjęcia, meble, obrazy: ’Najdrożej sprzedano… kominek z nowojorskiego apartamentu Nurejewa – aż za 772 500 dolarów!’. Trzeba dodać, że Jan Stanisław Witkiewicz sam jest koneserem sztuki i kolekcjonerem, kuratorem licznych wystaw od Szwajcarii po Litwę. W wywiadzie przeprowadzonym na potrzeby książki ‘Ostatki Jana Stanisława Witkiewicza’ mówił mi tak: ‘Nigdy nie traktowałem antyków jako obiektów, które mają być za szybą, jak w muzeum. Nawet figurki porcelanowe u mnie żyły, podczas przyjęć stały na stole wraz z kwiatami. Większość kolekcjonerów, kiedy widzi, że z filiżanki z 1750 roku piję codziennie herbatę, dziwi się, są przerażeni, bo przecież może się coś zdarzyć. Mam swoje srebra, obrazy, także dywany, z którymi się nie rozstaję od lat’. I swoją muzykę, której teraz słucha z playlist streamingowych, kiedyś – pamiętam krótką wizytę w jego domu w Lipkowie – z płyt. Nie pamiętam, co wtedy przygrywało naszej rozmowie (jakaś opera), ale doskonale wiem, że ulubioną śpiewaczką Jana Stanisława Witkiewicza jest Edita Gruberova. I podobno pracuje nad książką poświęconą słowackiej primadonnie. Co ciekawe, w tekstach zebranych w tym tomie Gruberova wymieniona jest zaledwie dwukrotnie, w rolach mocno trzecioplanowych.

Ostatni dziś rzut oka na książkę ‘Muzyka i taniec’ to fragment zatytułowany ‘Najlepiej z rodziną’, traktujący o blisko spokrewnionych artystach występujących razem. Ja prezentowałem Państwu w radiowych Variacjach utwory z albumu Roberta Alagni zaśpiewane z żoną Aleksandrą Kurzak i córką Maleną, Witkiewicz zauważa (styczeń 1997) Menuhinów (legendarny ojciec Yehudi i zdolny syn Jeremy), Montserrat Caballe i jej córkę Monsterrat Marti czy choćby Dimitriia i Vladimira Ashkenazych (syn i ojciec). ‘Trudno jest dziś zrobić karierę nawet utalentowanym śpiewakom, muzykom czy też dyrygentom – pisze Witkiewicz. – Oczywiście pomaga w tym zajęcie znaczącego miejsca na konkursie, ale by zostać gwiazdą, a tym samym otrzymać wieloletnią umowę z renomowaną firmą płytową lub mieć wstęp do najbardziej prestiżowych sal koncertowych czy teatrów operowych, konieczne jest wiele sprzyjających temu okoliczności. Na przykład uznany dyrygent może pomóc w karierze śpiewaka lub muzyka solisty. Jeśli jednak ma się szczęście mieć sławnych rodziców, to już w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie jeśli… – no   właśnie – ma się talent’.  Talent do wszystkiego w życiu się przydaje, do pisania również. Wtedy i po kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilku setkach i tysiącach lat tekst żyje. Jak te z ‘Muzyki i tańca’ Jana Stanisława Witkiewicza. Wypada tylko żałować, że ich autor tak aktywnie jak kiedyś już swych pasji nie uprawia w podobnej, temperamentnej, literacko-komentatorskiej, formie.

GCH
........
Jan Stanisław Witkiewicz MUZYKA I TANIEC, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław, 2021

 

Saturday, September 26, 2020

LAZARUS (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)



Piękny spektakl! Pełen świadomości, co robi z człowiekiem (kosmitą też) nasz świat, a jednak młodzieńczy. Gdy niezrównany Marcin Czarnik (Newton) mówi bezpretensjonalnie o nadziei, którą poczuł wraz z pojawieniem się wyimaginowanej Dziewczyny (bardzo dobra rola Klaudii Waszak), czujemy się niemal nastolatkami. A finałowa scena - tak, wiem, melomusicalowa - dodaje przedstawieniu jeszcze jeden przymiot-nik. Bo to cholernie potrzebny spektakl dziś. Kiedy zwycieżają autorytaryzmy, a my niby ślepi nie jesteśmy, a przecież nie widzimy, żyjemy jakoś, godzimy się na pustki, osamotnienia, wieczną tęsknotę, wyjałowienie. Bez zauważania tła, marginesów, ograniczeni i uśmierzeni. Oczywiście, sprawy są znacznie bardziej skomplikowane niż w scenariuszu Walsha/Bowiego, w końcu - mimo edukacji, kultury, cywilizacji - liczy się wybór większości. Ale ten na indywidualne myślenie, czucie, wiarę i decyzje nie musi mieć wpływu. My rzeczywiście możemy być heroes choćby przez chwilę, choćby we śnie. To już coś, co może dać dużo więcej po przebudzeniu. 

Są w spektaklu Capitolu wyraźne sygnały  wielkich tematów gorących. Najwyraźniej brzmi (a raczej się wizualizuje multimedialnie) migracyjny, bo łatwo sobie wyobrazić siebie/ludzkość za czas jakiś, kiedy będzie zmuszona szukać nowych lądów, nowej planety z powodów klimatycznych, a może i atomowych. Wtedy Polak stanie się Syryjczykiem. Amerykanin też. No i Węgier. Ale 'Lazarus' to również opowieść intymna, osobista, małżeńska, tożsamościowa, męska, gejowska, kobieca (kolejna znakomita rola Ewy Szlempo, wyrastającej na jedną z najciekawszych osobowości polskiego teatru muzycznego). Można to dzieło analizować i rozkładać na wątki. Zauważać poszczególne sceny, dźwięki, rozwiązania (Maćko Prusak idalnie rozegrał ruch w synchronicznym duecie Ewy ze scenicznym mężem, udanie debiutującym w Capitolu Albertem Pyśkiem). Mnie urzeka w 'Lazarusie' całość, dojrzały namysł nad światem i niezatracenie owej młodzieńczej siły nadziei, a raczej marzenia. I - owszem - przesłanie tak wyrażone może się wydać oczywiste, powtarzalne, nieodkrywcze. Lecz przekonacie się - oglądając spektakl - że daje się jeszcze we współczesnym teatrze zrobić coś naprawdę, otwarcie, nienaiwnie, rzemieślniczo wybitnie, artystycznie cudownie, gdzie Szatan zbiera żniwo, upokarza, zabija miłość (i Konrad Imiela w tego Szatana w dublurze za Ceziego Studniaka celnie się wciela), a jednocześnie zawsze życie, trwanie, wiosna przychodzi, śpiewa. 

W 'Lazarusie' wszyscy wykonawcy śpiewają świetnie, muzycy grają fantastycznie, nie ma tutaj musicalowych swad i spłaszczeń, kompozycje Bowiego zostają w większości wiernie odtworzone. I nie może to być tym razem zarzut, bo to przecież najlepsze co z tak doskonałymi piosenkami powinno się robić. Z początku zastanawiałem się nad zostawieniem w songach języka oryginału (dialogi są polskie), i to bez tłumaczących napisów, po pół godzinie przestałem, wchodząc w relacje bohaterów ze sobą i światem. Skoro tak to działa, OK. Trafna - choć zapewne niełatwa w podjęciu - strategia. Mirek Kaczmarek (scenografia, kostiumy, światło) przypomina, że jest w swoich fachach mistrzem, a Jan Klata wraca do Wrocławia w formie wręcz arcymistrzowskiej. Jest sztuką zrobienie spektaklu według licencji, a z siebie. Lazarusowa licencja na pełne poważnej refleksji, nie ckliwości, wzruszenie prowadzi do najbardziej od kilku lat zasłużonych stojących wrocławskich owacji. 

Jeszcze raz: piękny spektakl!

[0-6] > 6
GCH
........
26 września. rząd IX, miejsce 1

Thursday, September 3, 2020

Jacek Głomb musi odejść? Albo uchwała nr 2531/VI/20


Nie wiem, czy Państwo w to uwierzą, ale zapewniam, że to fakt: Zarząd Województwa Dolnośląskiego podjął 27 sierpnia uchwałę (nr 2531/VI/20) o zamiarze przeprowadzenia konkursu na stanowisko dyrektora Teatru Modrzejewskiej w Legnicy. Aktualnemu dyrektorowi Jackowi Głombowi kończy się w przyszłym roku kontrakt, zgodnie z prawem urząd musi ogłosić zamiar konkursowy w roku poprzedzającym etc. Musi, ale nie powinien. Musi, ale może tego nie robić. Musi, ale gdyby tego nie zrobił, okazałby się zarządem, który chce w końcu z rozumem zarządzać dolnośląską kulturą. Tymczasem dał właśnie znak, że niekoniecznie.

Nie mógł się Legnicy trafić lepszy dyrektor teatru, to wiedzą wszyscy, którzy odrobinę się na kulturze znają. Nie znajdą Państwo osoby mającej inne zdanie, a zajmującej się polskim teatrem. I można by tu wyliczać liczne sukcesy Drużyny Modrzejewskiej z okresu 26 lat dyrekcji Jacka Głomba, może trzeba by o nich przypomnieć, skoro Cezary Przybylski – marszałek odpowiedzialny od pewnego czasu w zarządzie za kulturę – pozwala na uchwałę nr 2531. Piszę: pozwala, bo nie wierzę, że chce zmiany szefa legnickiego teatru. Mam nadzieję, że dla koalicyjnego spokoju tę uchwałę przyjęto i nic z konkursu nie wyjdzie. Nie, nie będę dziś streszczał sagi z Modrzejewskimi osiągnięciami, odsyłam do analiz, felietonów i wywiadów łatwych do znalezienia w Internecie. Moja jubileuszowa rozmowa z dyrektorem Głombem TUTAJ.

No właśnie: jubileuszowa… Z Jackiem Głombem nigdy nie rozmawia się historycznie (mimo że już jest postacią historyczną i zapewne będzie kiedyś w Legnicy ulica Głomba), on zawsze od 26 lat myśli naprzód, o czymś kolejnym, nowym, gasi pożary finansowo-kwarantannowe, a w głowie ma teatr za chwilę, nie tylko teraz. Można się nie lubić, nie zgadzać z wizją, mieć za złe jakiś spektakl, małostkowo mścić się za krytykę i opozycję, można, ale po co? Przecież szefowanie Głomba w niczym dzisiejszej władzy nie zaszkodziło, żaden ‘Hymn narodowy’ ani ‘Popiół i diament’. Takiego dyrektora się nie wymienia konkursem, którym najczęściej ostatnio w naszych realiach rządzi przypadek albo polityczne animozje. Od razu Państwu z zarządu województwa to powiem: nikt poważny się do ewentualnego konkursu nie zgłosi, wybieralibyście spośród kandydatów bezsensownych. Ludzie kultury już dziś to wiedzą, posłuchajcie nas chociaż raz. Nie słuchaliście w sprawie Teatru Polskiego we Wrocławiu, nie popełniajcie tego błędu przy okazji Legnicy.

Uprzedzając typową argumentację: konkurs jest po to, by procedury były transparentne, by wszyscy mieli równe szanse i możliwości. Taka będzie pewnie linia urzędu. Z obowiązkowym dodatkiem: dyrektor Głomb może się również zgłosić. Tak, tak, przerabialiśmy to nieraz. Jan Klata, były szef Starego Teatru w Krakowie (nomen omen: imienia Heleny Modrzejewskiej), mógłby co nieco o tym opowiedzieć. Albo na przykład, na świeżo, Dorota Ignatjew z lubelskiego Osterwy. Wiemy to doskonale: konkurs ogłasza się po to, by się kogoś pozbyć. Powołali Państwo dzisiejszych dyrektorów Teatru Polskiego we Wrocławiu bez konkursu, prawda? Zostawcie sobie zatem wymówkę o transparentności i konkursowości w szufladzie z napisem: nie wyjmować do końca sejmikowej kadencji.

Do tej samej szuflady niech trafi uchwała nr 2531/VI/20. Jeśli jeszcze tam nie trafiła.

GCH

Wednesday, July 29, 2020

ENL w ESK (Europejska Noc Literatury w Europejskiej Stolicy Kultury)

Taka informacja o najnowszej edycji:  

We wtorek organizatorzy wydarzenia ogłosili nazwiska pierwszych gości tegorocznej edycji ENL. Wśród aktorów, którzy przeczytają fragmenty wybranych dzieł literackich znaleźli się Eliza Rycembel, która na koncie ma role w takich filmach jak „Boże Ciało” Jana Komasy czy „Nina” Olgi Hajdas”; Jarosław Boberek, który ostatnio znany jest także jako aktor dubbingowy - wystąpił m.in. w takich animowanych produkcjach jak „Shrek”, „Madagaskar” i „Epoka lodowcowa”, oraz Andrzej Zieliński znany m.in. z filmów „Chłopaki nie płaczą” „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” czy „Ziarno prawdy". Kuratorem 9. odsłony wydarzenia jest dziennikarz literacki i pisarz Max Cegielski. (radiowroclaw.pl)

Mam od paru lat mieszane uczucia dotyczące tego wydarzenia. Wrocław je finansuje, a występują tzw. gwiazdy z Warszawy. Kuratorami są też przyjezdni. Jaki to ma sens w mieście, które było Europejską Stolicą Kultury? To jest przykład myślenia europejskiego - powiedzą jedni, ja jednak skłaniałbym się ku temu, że to przykład myślenia zaściankowego. Nie mam nic przeciwko zapraszaniu gości, wspaniale było usłyszeć Magdalenę Cielecką czytającą kiedyś Shakespeare'a w Katedrze Marii Magdaleny (to był akurat 2016), ale proporcje się nam chwieją. Niech gościnni lektorzy będą w mniejszości (jako dodatkowy magnes), przeważać powinni tutejsi artyści. Już nie mówię o kosztach (zakwaterowanie, gaże etc.), choć w sytuacji epidemicznych zawieszeń działalności teatrów to szczególnie ważne (wsparcie by się artystom przydało). Mówię o rodzaju myślenia. Wrocław to brzmi dumnie, nie prowincjonalnie. W ubiegłym roku nie było ani jednego/ani jednej aktora/aktorki stąd. No i kuratorów u nas też byśmy znaleźli natychmiast. Naturalnym wyborem na ten rok byłaby zresztą nasza Noblistka. Nie wiem, czemu organizująca ENL Strefa Kultury tak marnie w swoją stołeczność kulturalną wierzy 4 lata po ESK.

GCH

Aktualizacja: ENL się odbyła i proszę mi powiedzieć, w którym z dolnośląskich teatrów występują albo w którym mieście w regionie mieszkają: Anna Dziewit-Meller, Grzegorz Małecki, Jarosław Boberek, Krzysztof Czeczot, Eliza Rycembel, Anna Dereszowska, Krystyna Czubówna, Magdalena Popławska, Andrzej Zieliński, Andrzej Konopka (to już cały zestaw czytających)? 
Albo może proszę o odpowiedź na takie pytania:
1/ Czy w Strefie Kultury Wrocław uważa się, że we Wrocławiu nie ma dobrych aktorów?
2/ Czy w Strefie Kultury Wrocław myśli się o widzach Europejskiej Nocy Literatury, że przyjdą tylko i wyłącznie na znane z TV twarze? Że nie chodzi tu o literaturę, lecz o... event?

Monday, June 8, 2020

Teatr Polski we Wrocławiu: Likwidujemy "Dziady". Tylko: Czemu teraz?



Zastanawia mnie moment decyzji nowej dyrekcji Teatru Polskiego we Wrocławiu o zdjęciu z afisza „Dziadów”. Decyzji podjętej ze świadomością, że Publiczności Teatru Polskiego prawie udało się zorganizować festiwal wokół tego dzieła, po negocjacjach z Urzędem Marszałkowskim naszego województwa i miastem Wrocław. Po co robić to teraz? W dokumencie datowanym na 3 czerwca „Dziady” znalazły się wśród spektakli przeznaczonych do likwidacji, usunięcia z repertuaru. Z jeszcze groźniejszą adnotacją: „zobowiązuję kierowników do podjęcia niezbędnych działań wynikających z decyzji, w tym w zakresie gospodarki materiałowej”. Czyli co: palimy, niszczymy, przekształcamy? Żeby już nikt nigdy nie mógł tych „Dziadów” reanimować? Bo teraz to ja decyduję, „po uzyskaniu pozytywnej opinii Rady Artystyczno-Programowej”. Oj, bardzo złych doradców ma dyrektor Polskiego, inicjując kolejną awanturę, nikomu dziś niepotrzebną.

Mickiewiczowskie „Dziady” po raz pierwszy i jedyny w historii światowego teatru właśnie we Wrocławiu miały swoją realizację bez skreśleń. Wystawiono cały tekst wieszcza, włącznie z przypisami. Spektakl szybko stał się rzeczywiście kultowym, na kilka czternastogodzinnych prezentacji całości szybko sprzedawały się bilety, było to święto teatru, jego artystów, pracowników i widzów. Docenione nie tylko w prestiżowym Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa” nagrodą główną, reżyserską i aktorską. Przedstawienie zbierało i inne laury, części I, II i IV oraz wiersz „Upiór” (grane jako osobny spektakl) pojechały na bezprecedensowe tournee do Chin. Z tej okazji ukazał się również pierwszy przekład naszego romantycznego arcydzieła poezji i dramatu na język chiński. Festiwal, organizowany z inicjatywy Publiczności Teatru Polskiego, miał być uroczystym pożegnaniem z tytułem i – co być może najważniejsze – czasoprzestrzenią profesjonalnej rejestracji wideo epokowego spektaklu, by zachować dzieło nie jedynie w pamięci pewnego pokolenia. Nie ma już w Teatrze Polskim większości głównych aktorów, wiadomo, że nie ma szans na regularną eksploatację ani całości, ani części. Czy można tak szlachetnej misji nie wesprzeć?
  
Okazuje się, że można. Od paru miesięcy władający teatrem duet dyrektorski, Jacek Gawroński i Jan Szurmiej, decyduje: zdejmujemy „Dziady”, co tam jakieś fanaberie festiwalowo-rejestracyjne. Mają prawo, owszem, wybierać tytuły do istnienia w repertuarze ich sceny, lecz czy to jest akurat właściwy moment na tak ostateczny wyrok? Gdy mamy pandemię, więc wszelkie masowe, wielkoobsadowe widowiska i wydarzenia są zamrożone. Igrzyska olimpijskie przesunięto o rok, czy nie byłoby właściwie, a nawet po prostu przyzwoicie, poczekać na rozwój sytuacji? Uważam, że to najlepsze wyjście, ciągle zresztą możliwe. Choćby jeszcze rok przetrzymania scenografii nikogo nie zbawi, nic nikomu nie zabiera i nie szkodzi. Na miejscu dyrektorów poczekałbym nawet dłużej, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie mówimy o jakimś spektaklu, lecz – także z dzisiejszej perspektywy – najważniejszym wydarzeniu artystycznym i około artystycznym we Wrocławiu w ostatniej dekadzie.

A jeśli już dyrektor Jacek Gawroński, wraz z dyrektorem Janem Szurmiejem i Radą Artystyczno-Programową uprą się, aby „Dziady” znikły z Teatru Polskiego, czy to z powodów ekonomicznych, czy programowych, to rozważmy jeszcze jedną opcję. Nie niszczcie scenografii i dokumentacji, sprzedajcie je. Ja bym to zrobił za przysłowiową złotówkę, ale można też podać wyższą cenę. Chętnie wpłacę cegiełkę w zbiórce społecznej. Państwo pewnie także. Po to, by – miejmy nadzieję za rok – przypomnieć sobie, że we Wrocławiu (i w przeżywającym teraz artystyczny kryzys Teatrze Polskim) powstawały wspaniałe dzieła, które trzeba ocalić od przysłowiowego zapomnienia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Tuesday, May 19, 2020

OSTATKI JANA STANISŁAWA WITKIEWICZA (Wydawnictwo Iskry)


O swojej książce sam pisać nie będę, więc poniżej znajdą Państwo wstęp i spis treści, by wiedzieć czego się spodziewać. To owoc rozmów z bardzo ciekawym człowiekiem, a także - w drugiej części - rezultat jego pasji do muzyki i kultury. Na okładce portret autorstwa Hanny Bakuły.

WSTĘP
Nie pamiętam dokładnie w jakich okolicznościach i kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Janem Stanisławem Witkiewiczem. Na pewno było to we Wrocławiu, z pewnością dotyczyło spraw operowych, baletowych. Nigdy nie wiemy zresztą, co tak naprawdę staje się iskrą inicjującą takie międzyludzkie kontakty, że potrafią przetrwać kilkanaście lat. Tyle się z Janem Stanisławem Witkiewiczem znamy. Nie są to kontakty częste, ale – każdy to zna z autopsji – spotykamy w życiu nieliczne osoby, które od razu wydają się nam w jakiś sposób bliskie, i wcale nie musimy się regularnie widywać, by nie stracić więzi. Bohater tej książki sam się przyznaje do podobnej znajomości z pewną genialną tancerką i nauczycielką wielu pokoleń artystek i artystów z całego świata. Kiedy Jan Stanisław Witkiewicz napisał do mnie i zapytał, czy byłbym zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu do niniejszej książki, moja odpowiedź była jednoznaczna i natychmiastowa. Natomiast dziś – gdy książka jest już gotowa i znajduje drogę do Czytelników – mam jeszcze jedną refleksję na jej temat. Bo nie tylko wypowiada się w niej niezwykle interesująca osobowość, o ciekawym, bogatym, jednostkowym życiorysie i poglądach, lecz przeglądają się tu również czasy, wyjątkowe, przełomowe, no i… nasze. I możliwe, że chwilami oddadzą się Państwo nastrojom sentymentalnym, ale zapewne dominującą refleksją będzie owo odwieczne: jakim cudem, mimo upływu lat, tak niewiele się zmienia człowiek i świat. I na to pytanie chyba nie udzielimy tutaj satysfakcjonującej odpowiedzi. Proszę też nie brać dosłownie tytułowych „Ostatków” – na taki tytuł uparł się bohater – bo są to raczej ostatki karnawałowe, po których – jak wiadomo – przychodzi wiosna, lato, jesień, zima i znów mamy bal. Nad bale, jak pięknie pisała poetka. Będę szczęśliwy, mój rozmówca oraz autor drugiej części tego tomu także, jeśli czytając, poczują Państwo dreszcz porozumienia w choćby kilku istotnych sprawach, jakie porusza nasza książka. Życzę pobudzającej lektury!
Grzegorz Chojnowski    

SPIS TREŚCI
Wstęp
I O wszystkim oprócz poezji
II W Szwajcarii
III Powrót do Polski
IV Wiadomości Kulturalne
V Opera – moja pasja
VI Balet – moja miłość
VII Akt przedostatni: ludzie, miejsca, czas
Aneks
Dziennik muzyczny
Wywiady Jana Stanisława Witkiewicza
Indeks nazwisk



Thursday, April 30, 2020

TERESA KUJAWA (1927-2020)

fot. Wrocławska Księga Pamięci

Gdy Teresa Kujawa reżyserowała ‘Carmen’ w szczecińskiej operze, główna solistka Joanna Cortes zachorowała. Żeby oszczędzić i podreperować zdrowie śpiewaczki przed premierą, pani Teresa poleciła jej zostać w hotelu i nie przychodzić na próbę. Sama szczegółowo odegrała rolę Carmen, o czym długo opowiadali artyści. Zmarłą w tym tygodniu Teresę Kujawę wymienia się od lat w gronie najwybitniejszych twórców polskiego baletu.
Urodziła się w Bydgoszczy, debiutowała we Wrocławiu. Zanim została solistką tańczyła choćby mazura w ‘Strasznym dworze’, w parze z innym późniejszym wielkim Witoldem Grucą. Przez ładnych kilka dekad od lat 50. ubiegłego wieku zapisywała się artystyczna karta Teresy Kujawy w księdze baletu. Pisali o niej recenzenci: Ta sama Teresa Kujawa, która w trykotach była tylko jedną z licznych sprężynek w skomplikowanej budowli klasycznej, w roli Dziewczyny Połowieckiej narzuciła widzom nieprawdopodobny impet żywiołowości (Tomasz  Chrośnicki); Teresa Kujawa to nie tylko świetna tancerka, to także bardzo dobra aktorka, jej sposób chodzenia, poruszania wachlarzem, spojrzenia zza niego rzucane, jej cały taniec podporządkowany jest jednej myśli (Andrzej Kafliński).
Związana była z Operą Wrocławską (Dolnośląską), ale i z teatrami Łodzi, Poznania, Warszawy, Szczecina. Współpracowała również ze słynnym Leonidem Ławrowskim w Moskwie, parę lat spędziła w Paryżu. Na warsztat brała nie tylko klasykę, interesował ją taniec nowoczesny. W 2018 roku Opera Wrocławska powtórzyła jej znakomitą choreografię do ‘Exodusu’ Wojciecha Kilara w spektaklu ‘Wieczór polski’. Tych osiągnięć, także pedagogicznych, było mnóstwo, pani Teresa zmarła mając 92 lata. W wywiadzie udzielonym na początku lat 1980. w ‘Kobiecie i życiu’ mówiła: Zawsze czułam potrzebę wypowiedzenia się przez taniec, przez ruch, który mam teraz możność choreografować. Sądzę jednak, że gdyby moim przeznaczeniem było zostać pielęgniarką czy krawcową, tak samo zatraciłabym się w tych zawodach jak w sztuce tańca. Jako choreograf, mówiąc wprost, robię teatr i to nie dla siebie, ale dla innych.
Realizowała najpopularniejsze tytuły baletowej literatury, nie rezygnowała z prapremier (najważniejszą była chyba ‘Medea’ Juliusza Łuciuka w Polskim Teatrze Tańca i potem w TVP), ‘Halkę’ wystawiła w Paryżu i w Meksyku. Jej choreografie pojawiały się w przedstawieniach teatru dramatycznego, co mocno ceniła, twierdząc, że dzięki temu bogatsze są realizacje baletowe i operowe. W malutkim epizodzie Sąsiadki można ja zobaczyć nawet w filmie Sylwestra Chęcińskiego ‘Roman i Magda’. Pełnospektaklowym debiutem choreograficznym Teresy Kujawy był wrocławski ‘Spartakus’, w którym wystąpił jej mąż Franciszek Knapik, tancerz równie wybitny jak żona, zmarły zaledwie trzy miesiące przed nią, pochowany w Alei Zasłużonych Cmentarza Osobowickiego. Dziś odchodzi i ona, i to kolejne smutne w ostatnich miesiącach rozstanie w świecie wrocławskiego teatru, po tym jak w ten lepszy, niebieski wybrali się inni mistrzowie: Danuta Balicka, Andrzej Mrozek, Janusz Zipser.
W rozmowie opublikowanej w programie do szczecińskiej ‘Coppelli’, przygotowanej na jubileusz półwiecza pracy artystycznej, Teresa Kujawa wyznawała Renacie Mazurowskiej: 50 lat pracuję w swoim zawodzie, na różnych stanowiskach, ale właściwie mogłabym powiedzieć, że są takie pozycje, które jeszcze chciałabym w życiu zrealizować, a nie zdążyłam z takich czy innych względów. Chyba żaden człowiek nie może do końca spełnić się w swoich marzeniach i dokonaniach – myślę o pracy. Ale kiedy mi przyjdzie odejść z tego świata, nie będę żałowała życia – ani zawodowego ani prywatnego. Myślę, że mogę sie nazwać człowiekiem szczęśliwym. Miałam możliwość spełniania się, był to okres bardzo piękny dla artystów, byliśmy szanowani, byliśmy uwielbiani, publiczność nas kochała, władze nas kochały – to jest bardzo ważne.
Warto przytoczyć jeszcze jeden fragment tamtego wywiadu (Opera i Operetka w Szczecinie, 1998):

Czy jest taka realizacja w Pani przebogatej pracy artystycznej, która kosztowała Panią wiele emocji, wysiłku, nerwów?
Odpowiem inaczej – nie ma takiej, która by nie kosztowała. Przedstawienie baletowe wymaga ogromnej pracy – choreograf musi wybrać temat, musi mieć to szczęście, że ma dyrektora, który ten temat zaakceptuje, trzeba poznać libretto, muzykę, nauczyć się jej dokładnie na pamięć, wiedzieć, co się z tą muzyką zrobi. Znacznie łatwiej jest reżyserować niż tworzyć spektakl baletowy. Śpiewak musi się nauczyć zarówno słów, jak i muzyki, ale ma to już podane, a choreograf całą treść przekazuje w geście, w technice, w wyrazie. To jest strasznie trudna robota. Ale wszystkie pozycje sprawiały mi bardzo wiele radości i miałam szczęście, że pracowałam ze wspaniałymi artystami. Mogę powiedzieć, że w całym moim życiu zawodowym raz tylko spotkała mnie wielka przykrość, a mianowicie w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1985 roku, kiedy kończyłam tam swoją pracę realizacją „Pana Twardowskiego". Pan Różycki napisał piękną końcową scenę, kiedy wchodzą dzieci z księdzem i śpiewają pieśń do Matki Boskiej. Poszły trzy przedstawienia po premierze i pan dyrektor, nieżyjący już Robert Satanowski zlecił mi, abym tę modlitwę wyeliminowała z przedstawienia. Nie wiem, jakie czynniki tu zadziałały, w każdym razie powiedziałam, że jest to po prostu niemożliwe, że albo pójdzie tak, jak na premierze, albo proszę zdjąć spektakl. I rzeczywiście zdjęli. Po jakimś czasie wszystko się rozmyło i przedstawienie wróciło, ale zaczęli mówić, że jest niedobre i w końcu zeszło z afisza. Po tym zdarzeniu odeszłam na emeryturę i od tej pory pracuję jako wolny strzelec.
Co jest najważniejsze w pracy z tancerzami?
Odpowiedź jest bardzo krótka: dar boży czyli talent i praca, praca i jeszcze raz praca. Mówię o tancerzach świetnych. Jeżeli praca nie jest połączona z talentem i wielką muzykalnością, to nie ma o czym marzyć. Jeżeli ktoś mówi, że tancerz pracuje nogami, to jest to taka bzdura, że nawet mi się śmiać nie chce.

GCH