Monday, November 21, 2011

FRANKENSTEIN (Teatr Muzyczny Capitol)


Po przedpremierowym spektaklu FRANKENSTEINA Teatru Muzycznego Capitol wrażenia do posłuchania poniżej. Jednym zdaniem: F jak Finezja!

Gdyby się nie wyświetlał plik audio poniżej (to już prawie 7 lat), kliknijcie: http://chojnowski.blogspot.com/2018/02/frankenstein-teatr-muzyczny-capitol.html
...........................
FRANKENSTEIN wg powieści M. Shelley, scenariusz i reżyseria Wojciech Kościelniak, muz. Piotr Dziubek, teksty piosenek Rafał Dziwisz, scenografia Damian Styrna, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 20.11.2011

Friday, November 18, 2011

Angelus 2011, cz. 1


3 grudnia we Wrocławiu poznamy szóstego zwycięzcę Angelusa, nagrody przyznawanej najlepszej wydanej po polsku powieści środkowoeuropejskiej. W finałowej siódemce została jedna książka polska, z siedmiu, które nominowano do półfinałowej czternastki. Można ten werdykt jurorów uznać za rozczarowanie, ale można też wnioskować o przeciętności naszej literatury współczesnej, zwłaszcza w zestawieniu z sąsiednimi, Ukraińcami, Białorusinami czy Niemcami. Węgrzy wygrywali Angelusa już dwukrotnie, Polacy jeszcze nigdy. I tym razem też się na to nie zanosi.

Polski jedynak, czyli literacki reportaż Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” to rzecz wstrząsająca, opowiadająca o ludobójstwie, jakie miało miejsce w Rwandzie w 1994 roku. Tochman wraca do tamtych wydarzeń jako przybysz z dalekiego kraju, w którym strach, nienawiść, szczucie jednych przeciw drugim zdarzyło się dużo wcześniej, ale przez lata przemilczane, niezagojone rany dały o sobie dużo później. Do dziś pogromy w Jedwabnem czy Kielcach budzą społeczne upiory. W Rwandzie Hutu mordowali Tutsi, kilkunastoprocentową mniejszość. Polski reporter nie zawiązuje porównań wprost, lecz trudno im się oprzeć, czytając tę trudną w odbiorze, jeszcze jedną niezbędną relację o ludziach, co zgotowali ludziom los straszliwy. Byli wprawdzie i tacy wśród Hutu, którzy ukrywali Tutsi, jak pisze Tochman, ale symbolem tamtej wojny domowej pozostaje przede wszystkim „trzask rozłupywanej maczetą głowy”, brzmiący jak „trzask rozłupywanej kapusty”.

Wojna uobecnia się również w białoruskiej książce, trudno ją nazwać powieścią, Swietłany Aleksijewicz pt. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Tu znów przeważa relacja reporterska. II wojnę światową widzimy oczami kobiet, odzwierciedloną w ich pojedynczych biografiach. Nie jest to obraz heroiczny, nie jest to też temat nowy w krajach dawnego Związku Radzieckiego. W latach 70., na przykład, do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego nominowany był dramat „Tak tu cicho o zmierzchu”, na podstawie powieści Borysa Wasiljewa. Czym zdobywa czytelnika Aleksijewicz? Dotarciem do kobiecej intymności, niedostępnej mężczyznom. Jedna z bohaterek, sanitariuszka, mówi o swoim uczuciu do dowódcy batalionu, uczuciu i dziecku, które z tym mężczyzną ma. Po wojnie on wrócił do żony i innych dzieci, ona została bez żadnej pomocy, żadnego kontaktu, wychowała córkę sama. I wyznaje: "Zostawił mi na pamiątkę swoje zdjęcie. A ja nie chciałam, żeby wojna się skończyła". Wojna się, oczywiście, skończyła, skończyła się i jego miłość. Ale kobieta całe życie kocha, tamtą wojnę i tamto uczucie. O takich historiach niewiele się mówiło i pisało przez tych kilkadziesiąt lat od 1945 roku, a było ich mnóstwo.

To, że Aleksijewicz jest Białorusinką, nie ma w kontekście jej książki znaczenia, ale „Miasto ryb” drugiej w finale pisarki z Białorusi Natalki Babiny to już powieść mocno z krajem Łukaszenki związana. Babina jest dziennikarką niezależnej gazety, chociaż na ostatniej stronie okładki umieszcza zdanie: „Ta książka nie jest o Łukaszence!". Czegoś się jednak od Babiny można dowiedzieć o współczesnej Białorusi, mimo że akcja dzieje się w roku 2012... Między innymi tego, jak zadziwiająco podobny to kraj do innych, z galopującą ostatnio inflacją, lecz ludźmi z problemami takimi jak wszędzie. Narratorka Ałła, kobieta doświadczona przez los i nałogi, opowiada własną historię, przy okazji magicznie kopiąc dziury w czasie. Przenosi nas do przeszłości, tej niedalekiej, choćby lat 90., i tej zamierzchłej, kiedy Brześć był częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego. Książkowe Dobratycze to rodzinna wieś autorki Zakazanka, od zapomnianego dziś zakazu, jaki podobno wydał mieszkańcom w XVI wieku Sapieha. Styl tej powieści niewątpliwie zadziwia, humorem, dystansem, dynamiką, oryginalnym skrzyżowaniem Joanny Chmielewskiej, Jurija Andruchowycza z odrobiną Bułhakowa.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Angelus 2011

Angelus 2011, cz. 2

„Słodka Darusia” Marii Matios to najskromniejsza objętościowo książka w angelusowym finale 2011, ale też kto wie czy nie najpopularniejsza, w swoim kraju. Bo w 2005 roku nagrodzono ją najważniejszą ukraińską nagrodą literacką (im. Tarasa Szewczenki), zdobyła też m.in. miano najpoczytniejszej książki 2007 roku. Co takiego w niej jest, że nakład kilku wydań to ponad 100 tysięcy? Nie mamy przecież do czynienia z żadnym czytadłem, Matios nie można nazwać ukraińską Grocholą, zwłaszcza że „Słodką Darusię” już wciągnięto na listę lektur szkolnych. Niełatwo odpowiedzieć. Autorka jest wykształconą filologicznie zawodową pisarką, najpłodniejszą podobno na Ukrainie, hucułką z pochodzenia (nawet na oficjalnej stronie internetowej pokazuje się na fotografii w bluzce wyhaftowanej ludowymi motywami). Jej książka ma klimat ludowej bajki, prostej, niesłodzonej, więc i wiarygodnej, w treści jest bardzo konkretna. Nie czytamy tej powieści jako opowieści egzotycznej, bo wieś Czeremoszne to wieś symboliczna, przechodząca w historii przez władzę sowietów, Rumunów, Niemców, zapatrzona na „tamten brzeg”, gdzie „panowali Polacy”. I trudno mówić o wspólnocie mieszkańców w obliczu komunizmu, wywózek na Sybir, walk UPA. Autorka mówi, że to rzecz o „buciorach historii stąpających po ludzkim losie”, dodając: „swoim cienkim głosem próbuję uzupełniać te badania ludzkiego losu. Dlaczego przeszłość jest dla mnie taka ważna? Dlatego, że w przeszłości zakodowane są znaki, które umożliwią nam większy postęp w przyszłości”. Łatwo się dać „Słodkiej Darusi” uwieść (główna bohaterka jest niemą dziewczyną, którą rozumie tylko obcy przybłęda Iwan), łatwo też wskazać tradycję, z jakiej się ta książka wywodzi. W Polsce pisywało się kiedyś takie powieści, teraz, gdyby podobna u nas wyszła, pewnie by się krytycy nie spisali.

A Jenny Erpenbeck „Klucz do ogrodu”? Tytuł sugerowałby jakieś powiązanie z „Tajemniczym ogrodem” i choć to trop mylny, tajemnica w tej książce tkwi, bo tkwi ona w historii, historii Niemiec, skojarzonej z dziejami nie tylko Niemców. Co ciekawe, oryginalny tytuł brzmi „Heimsuchung”, co oznacza klęskę, plagę, ciężką próbę, także wizytę. Czy wyroki losu zwalniają od odpowiedzialności za czyny? Czy człowiek ma jakieś narzędzie obrony przed wyrokami historii? Takie pytania pojawiają się w głowie czytelnika przeżywającego fragmenty biografii różnych mieszkańców domu nad Morzem Brandenburskim. Tłumaczona na 10 języków niemiecka autorka, reżyserka, dramaturg nie komentuje, nie ułatwia zadania, także stylistycznie, nie wszystko jest jasne od razu. Sołtys i jego nieszczęśliwe córki, małżeństwo Żydów, architekt nazistów, żołnierze Armii Czerwonej - każdy z mieszkańców zostawia w domu część siebie (jak my wszyscy w przestrzeniach, w których mieszkamy), a jednak dom nie staje się coraz wspanialszy, lecz z czasem niszczeje. Jedyna ponadczasowa postać to tutaj ogrodnik, czyli natura, chociaż może rzeczywistym bohaterem tej poetyckiej powieści jest czas, zwyczajna kolej rzeczy po burzy niezwykłych zdarzeń.

Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita", 552 strony. O czym, o kim? O nas, poprzez perspektywę wieku osiemnastego, Europy chaotycznej, wojennej, kiedy pielgrzymowanie było prawdziwym przejawem poszukiwania Boga. Trójkąt głównych postaci tworzą: trzydziestoletnia Katarina, nie do końca już pewny swojej wiary jezuita, austriacki oficer-zwycięzca, ów tytułowy paw. Z prowincjonalnej Słowenii wędrują do katedry w Kolonii, celując w objawienie. To jedyna w tegorocznym angelusowym towarzystwie powieść pełną gębą, romans historyczny z ambicjami. Lubimy taki gatunek, zwłaszcza tak dobrze reprezentowany. Zaś sam Jančar to bardzo uznany słoweński pisarz, przewodnik i wyrocznia dla niektórych. Podczas jednego ze spotkań autorskich, poproszony o porównanie człowieka XVII-wiecznego i współczesnego, powiedział, że „z pewnością nie zmieniły się ludzkie namiętności i lęki”, że „nie jesteśmy dziś lepsi, lecz lepiej maskujemy się i kłamiemy”, a „niebo nad nami jest teraz puste”. Wtedy nie było inaczej.

W tej samej serii Meridian wydawnictwa Pogranicze obok powieści Jančara ukazała się także inna tegoroczna finalistka, czyli „Ślepy ferman” Albańczyka z pochodzenia Ismaila Kadarego, mieszkającego we Francji laureata Man Booker International czy Nagrody Księcia Asturii. To trzy mikropowieści (pierwotnie opublikowane w 1977 i 1984 roku) o piekle zapomnianym przez Europę, o kraju, z którego się ucieka, niepotrafiącym wzbudzić zainteresowania, współczucia, o wyizolowanej ze świata imperialnej (osmańskiej) prowincji. Krajobraz dość przygnębiający. Dominuje zniewolenie, strach przed władzą, czuć dramat historii. I pomiędzy tym wszystkim pisarz, od którego oczekuje się uległości, ale też walki, bo w zawód pisarza tradycyjnie wpisana jest krytyka, działanie heroiczne, potencjał wskazania drogi. Kadare mierzy się z tym problemem w życiu jako ktoś uważany kiedyś za autora lojalnego wobec reżimu. Co może zrobić pisarz? Spisywać, być kronikarzem, niewiele więcej (albańska nazwa kraju, Shqipëria, ma podobno swój źródłosłów w wyrazie shqipoj, czyli „mówić otwarcie, krótko i jasno”). Momentami przypominają się niegdysiejsze polskie dylematy artystów i polska literatura czasów zniewolenia, kiedy pisaliśmy tak, by dać do zrozumienia, bo wprost pisać nie można było.

W „Ślepym fermanie” realia są historyczne, lecz wydarzenia przypowieściowe, wzięte z okrutnej baśni, (która zdarzyła się naprawdę). Jak opowieść o złoocznych ludziach - kozłach ofiarnych władzy, oślepianych dla odwrócenia uwagi, usprawiedliwienia, dla absurdu. U Kadarego nie ma miejsca na Dawida-Albańczyka-zwycięzcę, jest Goliat-Turek. Treścią drugiej z opowieści są dzieje pewnego rodu z Gjirokastry, miasta urodzenia byłego albańskiego prezydenta Hodży, trzecia prezentuje wyszukaną historyczną egzekucję. Czytając (czy też studiując) Kadarego , warto pomyśleć o Albanii dzisiaj, kraju członkowskim NATO, od 2 lat aspirującym do Unii Europejskiej, gdzie akcesję popiera ponad 90 procent obywateli.

Literatura krajów znajdujących się w orbicie Angelusa, takich jak Słowenia, Albania, Białoruś, Ukraina, Niemcy, Polska (by wymienić tylko tegorocznych finalistów) oprócz bycia piękną, potrafi Europę nauczyć, że jesteśmy tacy sami, że wobec czasu, historii, zła mamy identycznie niewiele do obrony, ale też dzięki różnorodności, zrozumieniu odrębności możemy się ze złem historii zmierzyć, nie dopuszczając go do władzy. Do głosu tak, do władzy nie. Na tym, między innymi, polega idea nagrody literackiej Angelus. Która z książek wyda się w tym roku jurorom środkowo-europejsko najpełniejsza, najważniejsza, najlepsza? Nie mam, w tym roku, najbladszego pojęcia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Swietłana Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" /Czarne/ Białoruś, przekład Jerzy Czech
Natalka Babina, "Miasto ryb" /Rebis/ Białoruś, przekład Małgorzata Buchalik
Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu" /W.A.B./ Niemcy, przekład Eliza Borg
Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita" /Pogranicze/ Słowenia, przekład Joanna Pomorska
Ismail Kadare, "Ślepy ferman", /Pogranicze/ Albania, przekład Dorota Horodyska
Maria Matios, "Słodka Darusia" /Wydawnictwo "Andrzej Bihun"/ Ukraina, przekład Anna Korzeniowska-Bihun
Wojciech Tochman, "Dzisiaj narysujemy śmierć" /Czarne/

Saturday, November 5, 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM


Dość osobliwy zestaw przewodzi liście bestsellerów wrocławskiego Empiku. Na miejscu pierwszym Jarosław Kaczyński ze słowem dla fanów, na drugim Małgorzata Gutowska-Adamczyk z „Cukiernią pod Amorem III”. Pierwszego dzieła czytać nie zamierzam, tym bardziej że już po wyborach (choć podobno bywa śmiesznie, gdy autor myli brunetkę z blondynką, czyli Anouk Aimee z Brigitte Bardot, jak mignęło na którymś z portali). Drugiej pozycji byłem ciekawy, bo bardzo chciałbym, by polska literatura najpopularniejsza weszła wreszcie na poziom plus jeden zamiast się zabawiać między zerowym a minusowym. Dlatego uparcie co jakiś czas sprawdzam tę jakość. Na razie wzlotów nie notuję.

„Cukiernia pod Amorem” odstrasza mnie tytułem, ale miejsce numer 2 i trzy nagrody od czytających blogerów wymagają poświęcenia, wzbudzając też lekkie zainteresowanie. Co tam w tej cukierni tak pachnie? Ano niewiele. Nie wyrasta ponad inne kobiece pisanie, nie jest jednak jakimś niewytłumaczalnym zjawiskiem rynkowym. Z pewnością ma swoich odbiorców (odbiorczynie). Adamczyk to doświadczona autorka z powieściami i scenariuszami na koncie, prywatnie żona bardzo zdolnego reżysera Wojciecha Adamczyka. Temu duetowi zawdzięczamy choćby niegłupi rodzinny serial o tacie, któremu syn zadawał trudne pytania inspirowane kwestiami kolegi o imieniu Marcin. Historie Zajezierskich, Hryciów i Cieślaków, tak docenione przez zakupo-czytelników Empiku, mnie nie wciągają, mam wrażenie, że wszystkie je gdzieś już poznałem, od razu ulatują w niepamięć. Nie bierze mnie zagadka, nie fascynują postaci, ani z wieku dziewiętnastego, ani dwudziestego. Treść jest telenowelowa, forma staroświecka. Gutowskiej-Adamczyk daleko do Galsworthy'ego, jeszcze dalej do Jamesa i Dąbrowskiej. Może gdyby autorka zrezygnowała z łopatologicznie wypisanych dat inaugurujących każdy rozdział, dała więcej pola do domysłów czytelnikom, przeplatała wątki z różnych lat bardziej subtelnie, wyszłoby coś więcej niż czytadło. Rozciągnięte do granicy nudy. O wiele ciekawsza okazuje się dużo skromniejsza powieść tej samej pisarki pt. „Mariola, moje krople”. Momentami uroczo prześmiewcza (czasem zbyt uroczo), nieudająca lepszej niż jest. Mamy rok 1981, stan wojenny za progiem. W pewnym miejskim teatrze życie powiatowe. Bimber i komuna, konspira i partia, kolejki i drobnoludzkie zagrywki. Obrazek, ale gdzieś tam podskórnie pełen gorzkiego sentymentu, który smakuje o niebo lepiej od dziejowego zadęcia.

Po „Cukierni pod Amorem” i „Marioli..” dałem się jeszcze ostatnio zaprosić na spotkanie ze „Zwyczajnym facetem”, czyli Małgorzatą Kalicińską piszącą z męskiej perspektywy (premiera była rok temu, a w Merlinie produkt już niedostępny). Główny bohater i narrator całości Wiesiek to ktoś, kto potrafi przekląć, lecz również powiedzieć (w dialogu z kumplem) o swoim wacusiu, którego żona wypieściła przed wyjazdem męża do pracy w Finlandii. Przeglądałem tę książkę zaintrygowany (specjalistka od kobiecego rozlewiska wzięła się za mężczyznę) i zażenowany (bo historyjka zanadto trąci typowym melodramatem). Ale uwaga: Wiesiek znajdzie szczęście w ramionach tej fajnej, tyle że będzie musiał się rozstać z matką własnych dwojga dzieci. Na koniec powie to słynne słowo na k (kocham, żeby nie było wątpliwości). K jak Kalicinska, w jak wacuś, a facet zwyczajny. No nie, jednak dziękujemy. Mimo uznania dla karkołomnego planu wcielenia się mieszkanki domu na Mazurach (tu także się ten nasz cud natury pojawia) w skórę poczciwego Wieśka, miłośnika Pink Floyd i The Who.

Jak widać, zapału autorkom popularnej literatury popularnej nie brakuje, poziomu zero ciągle nie pokonują, ale może kiedyś... Tymczasem cieszę się, iż w Empikowej dziesiątce znalazło się miejsce również dla "Tarantuli" Thierry'ego Jonqueta. Oby z powodu ostatniego filmu Almodovara, a nie reklamowego Banderasa na okładce.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………..
Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM, Nasza Księgarnia, 2011, Małgorzata Kalicińska ZWYCZAJNY FACET, Zysk i s-ka, 2010

Monday, October 24, 2011

Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY


Najpierw cytat (z Juliusza Machulskiego): „Cieszę się, że wreszcie mamy mistrza powieści kryminalnej na europejską miarę. A do tego jego książki świetnie dają się adaptować na film”. I jeszcze jeden (z Andrzeja Wajdy): „Jestem zachwycony, zdumiony. To jest fantastycznie zrobiony film, tak żywo”. Cytat numer trzy to słowa Jerzego Pilcha: „W literaturze polskiej pojawił się nie lada majster: Zygmunt Miłoszewski - pisarz rasowy”. Pierwsza wypowiedź to w połowie czysta racja, w połowie paplanina w uwikłaniu, drugą opinię mógłby usprawiedliwić jedynie kontekst ironiczno-fantastyczny, trzecie zdanie to prawda absolutna.

Zaczynam w ten sposób, bo jestem tuż po obejrzeniu filmu „Uwikłanie” wg scenariusza Machulskiego i Jacka Bromskiego (także reżysera tego haniebnego, serialopodobnego wyrobu kinowego) oraz po około ośmiogodzinnej lekturze „Ziarna prawdy”, najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego, autora bestsellerowego „Uwikłania”. Tamtej, nagradzanej, i tak przez Pilcha podziwianej, powieści wcześniej nie czytałem, jakoś mnie ominęła w rytmie codzienności. Ucieszyłem się więc na film, który właśnie się ukazał na DVD. Macherzy od komercyjnej sieczki, kiedyś zdolni, choć zawsze zbyt kasowi Bromski z Machulskim uczynili jednak Miłoszewskiemu warte prokuratorskiego śledztwa zło. Poważnie: filmowe zbrodnie na literaturze powinno się wreszcie zacząć ścigać z urzędu lub obywatelskiego doniesienia (chętnie napiszę pozew). Bohaterką filmu, niby nakręconego na podstawie „Uwikłania”, jest bowiem niejaka i nijaka Agata Szacka, młoda pani prokurator debiutująca w świecie spraw kryminalnych. Bohater książki to natomiast Teodor Szacki, trzydziestoparoletni prokurator z pewnym męskim pokręceniem jako istotną cechą charakteru, niewielką rodziną (żona Weronika i córka Helcia). Ładna mi adaptacja. Zamiast pierwszej części zapowiadanej na literacką serię opowieści o chropowatym, ale interesującym facecie, Bromski z Machulskim bezwstydnie wypreparowali maślaną papkę z ogranymi w TV aktorami. Na miejscu Miłoszewskiego ledwo bym się powstrzymał od wyciągnięcia przynajmniej pięści. Reżyserzy ze studia Zebra odarli znakomitą powieść z najważniejszego, nie proponując w zamian nic wartościowego. Po jaką cholerę było przebierać stołecznego wygę Teodora Szackiego w fatałachy krakowskiej waćpanny? Bo największy w Europie rynek lepiej się fotografuje? Żeby zadowolić zakochanego w wawelskim grodzie pana Andrzeja Wajdę? Niedźwiedzia przysługa – tak się powinien ten antyfilm nazywać.

Strata niepowetowana, ale trudno. Trzeba z żywymi naprzód. Na szczęście, Miłoszewski wydał kolejną powieść, „Ziarno prawdy”. Zbliżający się do czterdziestki, rozwiedziony Teodor wyjechał do Sandomierza, gdzie od czasu do czasu w samotności pochlipuje za warszawską przeszłością, często spotyka się na seks z piękną, młodą Klarą (zresztą nie tylko) i czeka na godną swojego doświadczenia sprawę. Rytualne zabójstwo małomiejskiej społeczniczki staje się początkiem kilkutygodniowej pogoni za bestią, która morduje z okrucieństwem porównywalnym do domniemanej bezwzględności Żydów z katedralnego obrazu de Prevosta. W tle współczesnych wydarzeń (kwiecień - a jakże, rok 2009) mamy zatem historię relacji polsko-żydowskich, prawd, półprawd, kłamstw i zabobonów. Sandomierz rzeczywiście był w XVII wieku miejscem procesów o mordy rytualne. W przeważnie niewymuszony sposób wykłada Miłoszewski w dialogach fragmenty wiedzy na temat na Ż. Kielce przecież niedaleko, pojawia się motyw powojennej esbecji, nazwiska Bolesława Piaseckiego, Salomona Morela, ale też Szymona Wiesenthala. Autor stara się na marginesie rozwiązywania kryminalnej zagadki wyjaśnić tzw. polski antysemityzm, zracjonalizować traumy jednych i drugich, potępiając wydzielające się z ludzkiej żółci stereotypy. Ściany mieszkania lubelskiego rabina, dokąd trafia Szacki po radę, wytapetowane są zdjęciami izraelskich miss w strojach kąpielowych. Lecz w Sandomierzu panika narasta, wraz z następnymi, coraz brutalniejszymi zabójstwami. „Interesuje mnie jedno: – mówi prokurator-szeryf do grupy dziennikarzy - znaleźć i postawić przed sądem sprawcę tych zbrodni. Jest mi obojętne, czy to będzie wskrzeszony z martwych Karol Wojtyła, Ahmed z budki z kebabami, czy jakiś chudy Żyd (...), wypiekający macę w piwnicy. Ktokolwiek to jest, zostanie wyciągnięty za swoje zawszone pejsy z tej wilgotnej nory, w której się schował, i odpowie za to, co zrobił”.

O zagadce więcej nie napiszę, z wiadomych przyczyn. Miłoszewski wytrawnie gubi tropy, tożsamość mordercy poznamy pod koniec książki, niczego się nie domyślając. A po drodze poznamy galerię smacznie i realistycznie zarysowanych typów. Szeryf wcale oczywiście Eastwoodem nie jest, czego ma bolesną świadomość, jego współpracownicy również okazują się postaciami dalekimi od papieru. Znajduje się przestrzeń na popkulturowe żarty: o Arturze Żmijewskim-ojcu Mateuszu i jego słynnym rowerze, dostaje się Nosowskiej za kiepską „Osiecką” i Kasi Kowalskiej „wyjącej piosenki Republiki”. Najmocniej Miłoszewski krytykuje media, obrazowo zestawiając przemielone przez publikatory informacje z wymiocinami, do których dosmaża się nowe mięso, pieprzy i soli dla efektu. Znalazłem w tej powieści może dwa, trzy zdania do stylistycznej poprawki, parę niepotrzebnych mrugnięć okiem (nazwiska!) i prawie 400 stron czystej przyjemności czytania. Dlatego czekam na trzecią (podobno ostatnią) część cyklu o Szackim i wracam do książkowego „Uwikłania”, nieszczęśnie przerobionego na rytualny gniot przez ekspertów od filmowej tandety. Jak ogłasza wydawca, prawa do wydania „Ziarna prawdy” w USA zostały sprzedane jeszcze przed polską premierą. Życzę Miłoszewskiemu zasłużonego sukcesu na zachodnich rynkach (choćby i niemieckim) oraz rozwodu ze studiem Zebra, które, niestety, przygotowuje ekranizację horroru „Domofon” z 2005 roku.

Dobra wiadomość na koniec: na manipulacje Bromskiego i Machulskiego przy sandomierskim śledztwie Szackiego (Szackiej) nie ma szans. 35-letni pisarz o ogromnym talencie, wybitnym rzemiośle, zdecydował się bardziej zadbać o swoje pomysły, bohaterów i w konsekwencji czytelników. Na festiwalu Dwa Brzegi powiedział wprost o takiej ewentualności: „Po moim trupie”. Lepiej późno, niż później.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY, W.A.B., 2011

DIALOG FESTIVAL reportaż

Dźwiękowe podsumowanie festiwalu:

Monday, October 17, 2011

DIALOG FESTIVAL 2011, cz. 2


6. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog, odbywający się w tym roku pod hasłem NIECODZIENNI, przestał być codziennością wrocławskich teatrofilów. W ciągu 8 dni, przy pełnej widowni, 240 artystów z 8 krajów zaprezentowało widzom 15 różnych spektakli. Debatujący na finał uczestnicy panelu dyskusyjnego zwrócili uwagę, że teatrem, kulturą niekomercyjną interesuje się nie więcej niż 15 procent tzw. społeczeństwa, więc już choćby z tego powodu należą do grona ludzi niecodziennych. Jak transwestyci z mądrego przedstawienia Belgów Alaina Platela i Franka van Laecke, jak na końcu świata przeżywający swoje dramaty i fascynacje Chilijczycy, jak wyautowani z życia wykolejeńcy z placu Sergles Torg w centrum Sztokholmu (lub innej europejskiej stolicy). Niecodzienni są także sami artyści, którzy potrafili dialogową publiczność zachwycić, zaintrygować, zmusić do myślenia, a także rozjuszyć i zirytować.

Najwięcej emocji wzbudziło przedstawienie O TWARZY włoskiego prowokatora współczesnej sceny Romea Castellucciego - drastyczny komentarz na temat upadku Wartości, posługujący się mocnymi obrazami (i zapachami), wieloznacznymi metaforami. Widzowie albo odrzucali spektakl, albo byli nim poruszeni. Zasłużone bardzo dobre przyjęcie spotkało słoweński Teatr Mladinsko. Reżyser Oliver Frljić i jego aktorzy opowiedzieli o narodowych sporach po rozpadzie byłej Jugosławii, zmienili przestrzeń teatru w pole bitwy między sobą, a także pomiędzy sceną a widownią. Dostawaliśmy kulą w łeb z teatralnej atrapy pistoletu i tekstem w mózg, oskarżani o obojętność wobec Srebrenicy. Naśmiewano się z polskiej mgły smoleńskiej, wytykano podwójną moralność. Spektaklowi PRZEKLĘTY NIECH BĘDZIE ZDRAJCA MEJ OJCZYZNY! (cytat z jugosłowiańskiego hymnu, jak wiadomo, przypominającego melodią polski) przydałyby się niewielkie nożyczki, lecz i tak Frljić, nazywany przez niektórych chorwackim Janem Klatą, okazał się twórcą z ostrym publicystycznym pazurem i nieposkromionym talentem do inicjowania inspirującego niepokoju. Chilijskie SIMULACRO, tożsame w temperamencie i tonie, nie miało takiej siły, choć kiedy aktor piętnował kłamstwo turystycznego oglądu tamtejszej rzeczywistości, zrobiło się w urlopowych żyłach mroźno. Do Chorwacji jeździmy jeszcze częściej niż na Kubę czy Dominikanę i też tego, co tkwi pod kurortową szminką, nie dostrzegamy. Przy okazji słoweńskiej ofensywy pomyślałem, jakie wrażenie mógłby zrobić na Francuzach lub Anglikach polski teatr, gdyby objeżdżał Europę w kilka lat po wojnie ze sztuką o naszym Wrześniu lub gdyby jakiejś żydowskiej trupie udało się wtedy podobne przedsięwzięcie.

Nie zawiedli oczekiwani przez publiczność: Emma Dante i jej błyskotliwi TANCERZE, Holender Ivo van Hove z zarazem nowoczesnym i tradycyjnym widowiskiem ROSJANIE! wg Czechowa oraz Krystian Lupa, który przywiózł do Wrocławia zrealizowaną w Lozannie POCZEKALNIĘ. To z początku trudne do wytrzymania przedstawienie, wypełnione gęstymi, męczącymi dialogami-malignami, z każdą godziną nabierało teatralnej poezji, by przemienić się w liryczny portret ludzi, którzy nawet na dnie próbują zatrzymać w sobie człowieka. Ich konieczność-wybór-los, czyli alkoholowo-narkotykowo-psychiczny haj life narysował Lupa bohemiczną kreską, widza zostawiając jednak z czystym współodczuciem. Druga część POCZEKALNI to arcydzieło. Ogromny aplauz i owacje na stojąco towarzyszyły GARDENII, belgijskiej opowieści o kabarecie złożonym z wiekowych transwestytów. W momencie pojawienia się w polskim sejmie osób otwarcie i odważnie manifestujących własną odmienność (niecodzienność) GARDENIA zabrzmiała wyjątkowo aktualnie, chociaż akurat festiwalowi widzowie nie polityczno-społecznym akcentem zawracali sobie głowy, ciesząc się z perfekcyjnie wykonanego teatru. Ten spektakl wywołał uśmiech, zrozumienie, pozwolił nam się jeszcze bliżej poznać. Jeszcze bliżej, bo niecodzienni są bohaterami teatru od lat, ich cudną inność znamy doskonale. My, czyli zainteresowani sztuką, czyli ci z owych 15 procent. A przecież to, o co walczą artyści, przydałoby się najbardziej 85 procentom tamtych nas-mas. Retorycznie pytała Marie-Helene Falcon w wieńczącej debacie: co pokazać w teatrze i jak, by dialog sceny z widownią był szerszy? Sugerował Johan Simons, mający doświadczenia bezpośrednie: widz, który nie chodzi na co dzień do teatru, potrafi docenić sztukę, trzeba więc do widza dotrzeć, zagrać w koszarach, wyjść, nawiązać kontakt. Trzeba trochę więcej pieniędzy dla teatru, by móc obniżyć ceny biletów. Tylko wtedy niecodzienni sztuki mogliby czegoś nauczyć codziennych.

Zbierały mniejsze i większe cięgi polskie spektakle zaproszone, włączone w Dialog, niedorastające do europejskich celnością, pasją, postępowością. Tak wyszło. Autorski festiwal niesie w sobie i taką opcję, potencjał przestrzelenia. Zamiast, na przykład, bytomskiego HAMLETA można by pokazać coś wartościowszego, coś współcześniejszego, co trafniej współgrałoby z programem całości. Nawet z nierównym, eksperymentalno-szkolnym węgierskim LEONCEM I LENĄ, formalną ciekawostką do zapamiętania. Bo siłą festiwalu Dialog jest również jego całość, zaplanowana przez wyrafinowaną mistrzynię reżyserii Krystynę Meissner. Obejrzenie wszystkich (prawie wszystkich) przedstawień wraz z przynajmniej wybiórczym uczestnictwem w debatach, spotkaniach daje wiedzę o życiu teatralnym Europy, nowych, innych językach, tematach, jakie zajmują nienadodrzańskich mieszkańców. Dialog zostawia po sobie pytania: czy Jezus XXI to ciągle ten sam Jezus?, czy da się pomóc Płatonowowi obok lub Iwanowowi wewnątrz nas?, co zrobić, by tolerancja, wolność, rozmowa stały się normą, nie złudzeniem? I tak dalej. Czas na odpowiedź: 2 lata. Do Dialogu nr 7.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................
Dialog Festival 2011, reż. Krystyna Meissner