Monday, February 20, 2012

Paweł Kwiatkowski TAJEMNICE ARTYSTÓW I ICH DZIEŁ



Czy w Nokturnie cis-moll Chopina ukryta jest sekretna wiadomość dla siostry kompozytora? Kim była „Dziewczyna z Ipanemy”, bohaterka jednej z najsłynniejszych piosenek Carlosa Jobima? Jakie były losy Bolerarawela (pisownia poprawna)? Który wizerunek Che Guevary uwiecznił Andy Warhol... wróć... Gerard Malanga? Czy profanacja obrazu poprzez zostawienie na nim śladu szminki to wyłącznie czyn zasługujący na wyrok sądu, czy może w los sztuki wpisany bywa ciąg nieprzypadkowych zdarzeń? Te i liczne inne pytania znajdują w książce Pawła Kwiatkowskiego „Tajemnice artystów i ich dzieł” swoje odpowiedzi, pewniki i spekulacje, hipotezy i rozwiązania. Pracując, jak sam przyznaje, po nocach, w rzadkich chwilach wolnych, dyrektor poznańskiej korporacji wymyślił publikację fascynującą. Na prawie czterystu stronach umieścił tysiące faktów z dziejów artystycznych przedmiotów i podmiotów, wplótł w opowieść biografie sławnych ludzi, gdzieniegdzie rzucił światło na zaciemniony kąt historii malarstwa, muzyki czy kina.

Mnie najbardziej zainteresowało śledztwo w sprawie filmu „Deszczowa piosenka”, musicalowego przeboju wszech czasów spod ręki Stanleya Donena i Gene’a Kelly’ego. Pamiętacie kluczową scenę, gdy publiczność dowiaduje się, że Lina Lamont (pozbawiona miłego timbre’u i dykcji gwiazda niemego filmu, grana przez Jean Hagen) śpiewa głosem Kathy Selden, swej fonicznej dublerki (w tej roli Debbie Reynolds)? Za śladem owego dźwięku poszedł w rozdziale „Najsłynniejszy nieznany głos” Paweł Kwiatkowski, przypominając, że filmową piosenkę „Would you?” naprawdę wykonuje Betty Noyes. Polski autor skrupulatnie notuje zasługi już nieżyjącej i nieistniejącej w napisach wokalistki, docierając nawet do córki, o wdzięcznym imieniu Debby, byłej burmistrz kalifornijskiego Tehachapi... Jej matka występowała na przykład w chórkowej grupie The Girlfriends, towarzysząc m.in. Sinatrze i Crosby’emu (choćby w nagraniu „White Christmas”). Debby (a raczej Deborah Hand) przysłała też Kwiatkowskiemu kilka fotografii, które możemy w „Tajemnicach artystów...” oglądać najprawdopodobniej jako jedyni na świecie. Na końcu rozdziału docieramy natomiast do zabawnego postscriptum, przenosząc się z planu amerykańskiej produkcji na teren ojczysty, do roku 1954, kiedy powstawał „pierwszy polski pełnometrażowy, barwny film fabularny”, czyli komediowy produkcyjniak „Przygoda na Mariensztacie”. Główną piosenkę w rzeczywistości śpiewała tu nie Lidia Korsakówna (ekranowa Hanka Ruczaj), ale 19-letnia Irena Wiśniewska, późniejsza Irena Santor.

Od podobnych anegdot i gawęd trudno się oderwać, czytając książkę, którą sam autor nieświadomie najtrafniej zrecenzował we fragmencie dotyczącym „Singing in the Rain”: „Najbardziej imponuje mi w ‘Deszczowej piosence’ precyzja i finezja, jaką wykazał się cały zespół produkujący film, dbałość o detal i umiejętność zestawiania drobiazgów (...)”. To samo trzeba powiedzieć o „Tajemnicach artystów i ich dzieł”, namawiając Pawła Kwiatkowskiego na niejedną kontynuację.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Paweł Kwiatkowski TAJEMNICE ARTYSTÓW I ICH DZIEŁ, Arkady, 2012

Tuesday, February 14, 2012

INNY CHŁOPIEC (Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy)



Raymond Marks ma nadwagę, gitarę bez jednej struny, mamę i babcię (ojciec nieobecny) oraz kilka wybryków, które w końcu szargają mu szkolno-harcerską reputację i zamykają w psychiatrycznej klinice. Ale poza tym wszystko z nim w porządku, to po prostu chłopiec nie taki jak by chcieli dorośli. Inny, czy też niewłaściwy, bo tak właściwie brzmi bliższe oryginałowi tłumaczenie tytułu pierwszej powieści znanego brytyjskiego dramatopisarza Willy’ego Russella „The Wrong Boy”. 19-letni Raymond pisze w niej listy do swojego idola Morriseya, opowiadając historię dotychczasowego życia.
 
10 lat zajęła Russellowi powieść, tworzona pomiędzy dostarczaniem teatrom kolejnych sztuk (te trzy najsłynniejsze w jego dorobku to: „Edukacja Rity”, „Shirley Valentine” i musical „Blood Brothers”). Prawie pięćsetstronicowy przekład Ewy Sztyler ukazał się u nas w roku 2003,  trzy lata po angielskiej premierze. Krzysztof Kopka i Paweł Palcat musieli mocno okroić fabułę, przenosząc powieść na scenę. W efekcie skupiamy się na najważniejszych wydarzeniach nastoletniego życia Raymonda, nawet nie smakując książkowego kolorytu środowiskowego. Adaptatorów interesuje samotność jednostki w społeczeństwie dość rozpaczliwie broniącym status quo, karzącym za byle zabawę i przejawy odchylenia od normy. Zapracowana matka i postępowa babcia są bezsilne, nie potrafią obronić jedenastolatka przed pseudoprzyjaźnią, tchórzostwem i hipokryzją otoczenia. Raymondowi pozostaje więc tylko kultowy muzyk z Manchesteru Morrisey, autor „Ambitious Outsiders” („Ambitnych autsajderów”) czy „I Have Forgiven Jesus” („Przebaczyłem Jezusowi”).

Postać idola (Rafał Cieluch) towarzyszy Raymondowi w teatrze fizycznie, nie wiem, czy słusznie. Plakat, pełniący również funkcję kurtyny, w zupełności by wystarczył. Niedoskonała jest, niestety, strona muzyczna spektaklu, bo aktor śpiewa jak aktor, nie wokalista. Na miejscu realizatorów zostawiłbym piosenki The Smiths w oryginale, tłumacząc w jakiejś multimedialnej (może komiksowej) formie teksty, zwłaszcza że kulminacyjna scena właśnie w ten sposób zaprezentowana sprawdza się rewelacyjnie (rysunki Gabrieli Fabian, występującej także w roli psycholożki Janice). Przedstawienie wyraźnie zyskałoby na naturalności, lepiej trafiając do młodej publiczności (oglądałem „Innego chłopca” na poranku z licealistami, którzy do imentu zachwyceni nie byli). Ta muzyczno-multimedialna naturalność bardzo by się spektaklowi przydała, by zrównoważyć ciekawie wymyślone i przekonujące pomysły inscenizacyjne. Jak to, że w komiksie o Spidermanie nie ma Spidermana (ani komiksu) lub to, że Raymonda gra aktor starszy od swoich scenicznych opiekunek.

Aktorzy „Innego chłopca” bez wyjątku zasługują na oklaski. Bogdan Grzeszczak wciela się w główny charakter z dojrzałą subtelnością mistrza, Ewa Galusińska jako matka ukochanego jedynaka wypada przewiarygodnie, a Małgorzata Urbańska (babcia) tworzy kreację wieczoru, na długo wdzierając się w pamięć pięknie zaplanowaną sceną śmierci. Celowo nie kojarzę spektaklu Pawła Palcata ze słynnym już w polskim teatralnym świecie manifestem kontrrewolucyjnym Jacka Głomba i jego współpracowników, bo „Inny chłopiec” nie zasłużył na etykietę zaledwie programowej ilustracji. To nie jest przedstawienie roku, brakuje w nim oskarżycielskiego żaru, rockowej siły, ale wychodzi się z teatru z głową pełną teatru i zadowoleniem z powodu zwycięstwa indywidualnego bohatera nad systemem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………
INNY CHŁOPIEC wg powieści W. Russella, reż. P. Palcat, Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy, 1 lutego 2012    

Tuesday, February 7, 2012

CÓRKA ŹLE STRZEŻONA (Opera Wrocławska)




Po premierowym przedstawieniu „Córki źle strzeżonej” dyrektorka Opery Wrocławskiej Ewa Michnik zainspirowała publiczność do owacji na stojąco, zrywając się z miejsca po zapadnięciu kurtyny.  Oklaski były długie, szczere i zasłużone,  bo zespół, który dość rzadko tańczy pełnospektaklowe balety, sprawił się doskonale.

„Córka źle strzeżona” to najstarszy z baletowych tytułów istniejących w artystycznym obiegu, przebój kilkudziesięciu teatrów świata, zawsze chętnie wystawiany i oglądany, choć taka popularność może się wydawać zagadką. Na scenie widzimy przecież błahą historyjkę z wiejskiego życia (jest nawet taniec domowego drobiu, uprawa roli, żniwa, pojawia się traktor), a za fabułę wystarcza zabawa w kotka i myszkę z udziałem pary młodych ludzi (Lise i Colasa) oraz surowej matki dziewczyny, zwanej Wdową Simone. Seniorce podoba się zupełnie inny (bogatszy) absztyfikant, robi więc wszystko, by Lise się z ubogim ukochanym nie spotykała. Rzecz jasna na próżno.

Co zatem zdecydowało o zawrotnej, już ponad dwustuletniej karierze „Baletu słomy”, jak głosił afisz teatru w Bordeaux, gdzie „Córkę…” pokazano po raz pierwszy? Po pierwsze, swojego czasu to była inscenizacyjna rewolucja, bo wcześniej widzowie baletowych widowisk oglądali na scenie bogów i herosów, a nie zwykłych ludzi, po drugie, choreografowie musieli zadbać o taneczne popisy, mając tak wątłą opowieść. Po trzecie, publiczność po prostu uwielbia komedie, zwłaszcza te romantyczne.

Wrocławska „Córka źle strzeżona” jest propozycją familijną, uśmieje lub uśmiechnie się na niej każdy. Wraz z tancerzami włoski reżyser Giorgio Madia opowiada akcję arcyczytelnie, używając również pozabaletowych środków. Świetna Paulina Woś jako wdzięczna, rezolutna, momentami krnąbrna Lise sięga po pantomimę (i to nie tylko w należącej już do tradycji scenie marzeń), Anatoliy Ivanov (odrzucony narzeczony Alain) przypomina chwilami bohatera filmów Charliego Chaplina. Działają żelazne numery „Córki źle strzeżonej”, jak taniec ze wstążkami czy nieśmiertelnie komiczne pas Wdowy w drewniakach. Dariusz Raczycki (rolę Simone kreują zwykle mężczyźni) znakomicie radzi sobie w przerysowanej konwencji, z gracją targając olbrzymie sztuczne piersi. Pięknie się prezentuje słynna elsslerówka do nut wziętych z „Napoju miłosnego”, z rozczuleniem ogląda się pas de deux, nastawione bardziej na miłosną treść niż popisową formę. Czasem wręcz odnosimy wrażenie, że więcej w tej produkcji teatru niż baletu, co wcale nie pomniejsza przyjemności obserwowania rozerotyzowanej wiejskiej gromadki. Bywają układy pustawe i przez to absolutnie za długie, zwłaszcza scena pracy w polu, gdzie nie wypala koncept ze schowaniem nóg. To w końcu jest spektakl taneczny. Dlatego na pierwszy plan wysuwa się Łukasz Ożga w roli Colasa, bo on ma do zatańczenia najwięcej trudnych sekwencji. Młody solista pokazuje naprawdę dużą klasę i wysokie umiejętności.

Pochwalić trzeba cały zespół wrocławskiego baletu, z premiery na premierę coraz pewniejszy i bardziej wszechstronny w wypełnianiu scenicznych zadań. W „Córce źle strzeżonej” jest tempo, timing, pomysłowe wykorzystanie przestrzeni i niezaprzeczalny, nieodparty urok, poparty techniczną precyzją. No i urzekająca scenografia Kinsun Chana, utrzymana w pastelowo-szarych odcieniach w części pierwszej, słonecznie żółta po przerwie. Martwię się trochę, że to druga w serii (po „Romeo i Julii”) baletowa premiera bez tańca na pointach, lecz mam nadzieję, iż tancerze nie wychodzą z wprawy. Trzeba będzie przecież kiedyś zatańczyć we Wrocławiu „Giselle” czy „Esmeraldę”. Tymczasem, dla tych, co balet kochają i dla tych, którzy z tą sztuką niewiele mieli dotąd kontaktu, najnowsza inscenizacja „Córki źle strzeżonej” będzie przeżyciem relaksującym, odświeżającym, niezawodnie poprawiającym nastrój. Idźcie do opery! Na balet!
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Monday, January 30, 2012

Mariusz Urbanek BRONIEWSKI. MIŁOŚĆ, WÓDKA, POLITYKA



Cieszył się sławą, rzadkim talentem, kochał i był kochany. Szczęśliwy nie był. Nie miał też szczęścia do życia po śmierci, bo najpierw zrobiono z niego sztandar realnego socjalizmu (a on utożsamiał się z idealnym), potem przyszły wątpliwości ludzi małych, czy aby Broniewskiemu należy się tu i tam ulica, plac albo skwer. Przetrwał tamten cokolwiek dziki okres lat dziewięćdziesiątych i dziś nie tylko możemy iść do sklepu spożywczego Merkury w Rzeszowie przy ulicy imienia poety, ale i czytać biografię oddającą autorowi „Bagnetu na broń” wszystkie stany emocji i umysłu.

Książkę „Miłość, wódka, polityka” Mariusz Urbanek chciał pierwotnie nazwać inaczej, „Polak, katolik, alkoholik”, bo taką ironiczną frazą Broniewski się niekiedy przedstawiał. Wraz z wydawcą zdecydował się autor na łagodniejszy i bardziej romansowy tytuł, w takim również kierunku prowadząc narrację. Gdyby nie poetyckie cytaty z bohatera, byłaby to wręcz powieść, odmalowana co najmniej kilkoma podgatunkowymi kolorami. Mamy tu bowiem i element łotrzykowski, sporo przygód, jest bildungsroman, wymieniony już romans (a raczej romanse), nie brakuje psychologii (psychiatrii), historii czy cech powieści drogi. Urbanek postanowił przedstawić Broniewskiego z innych niż do tej pory stron, dlatego wiele tutaj smacznych drobiazgów i plotek. Jak choćby ta o roku 1917, gdy jedną z nocy spędza Władysław w Warszawie z prostytutką Staśką, a za zapłatę wystarcza dziewczynie legionowy sztylet. Albo ta o maturalnym stopniu celującym z... religii (reszta przedmiotów zdana na 3). Przewodnikiem po Broniewskim jest dla autora przede wszystkim sam poeta poprzez własne zapiski i twórczość w ogromnej mierze odzwierciedlającą wewnętrzny świat człowieka pragnącego od życia dwustu procent doświadczeń, stuprocentowego zanurzenia w idei, no i tych we krwi promil kilku, które go w końcu wycieńczyły, do końca jednak pozwalając pisać.

„Obrócę się twarzą do ściany, / moje miłe malarskie donny, / bo jestem z lekka zawiany / i zasnąć skłonny. / Jeśli zdążę, to wiersz napiszę, / choćby niewielki: / widzę stłuczony kieliszek / obok zielonej butelki...” – wyznaje Broniewski w „Martwej naturze”, jednym z wierszy zamieszczonych w równolegle do biografii wydanym przez Iskry wyborze poezji (dokonanym przez Mariusza Urbanka). Spogląda tu na nas z czerwonosepiowej okładki dobrze kiedyś znana twarz żołnierza i artysty, uwikłanego w meandry polskiego i ludzkiego po prostu losu. Piłsudczyk i komunista, kochający mąż i korzystający z uciech mężczyzna, troskliwy ojciec i alkoholik. Nie był niezłomny, jak usiłowała przekonywać zakłamana legenda bojownika o ojczyznę ludową, nie palił się do wojny zawsze i wszędzie. Odmówił Bierutowi nowego tekstu do państwowego hymnu (nie odmawiając słowa Stalinowi), a przed ponownym zaciągiem do armii żalił się: „Idę do wojska (niech szlag trafi) pełen rezygnacji względem moich tak ślicznie zapowiadających się studiów”. Stawał przy Piłsudskim, lecz kilka lat później apelował: „sześć tysięcy zamkniętych w więzieniach / woła dziś do was: Otwórzcie!”. Miał tego paradoksu dziejów świadomość: „Moje życie podobne lustru, / w którym zły przegląda się los; każde prawo i każdy ustrój / w całopalny mnie rzuca stos” („Do poezji”).

Kto wie, czy nie najbardziej dramatycznym wątkiem w tym gotowym na film niesfilmowanym żywocie (główną rolę zagrałby oczywiście Robert Więckiewicz) jest jednak sprawa ukochanej żony Marii, o której słyszał, że zginęła w obozie („puszczona z dymem po wietrze”, „powietrze – to ona” – pisze w pierwszej strofie wiersza „Oświęcim”). Maria Oświęcim przetrwała, Władysław wybrał więc powrót i Polskę (zamiast emigracji) po to, by radować się rodzinnym bytem przez chwilę, bo żona umiera w lipcu 1947. Książkę Urbanka wieńczy obszerny wywiad z jej córką z wcześniejszego związku, też Marią (Broniewską-Pijanowską).

A ostatni wiersz w wyborze poezji to „Niedoczekanie wasze” ze zwrotką (jak często u Broniewskiego rytmicznie balladową):

„Puls jest normalny, nastrój fatalny,
długo pan tak nie pożyje”.
„Panie doktorze, cóż pan pomoże,
jestem w poezji po szyję”.

Finałowe słowo tego tekstu brzmi „Do widzenia”, co szczęśliwie wziął sobie do autorskiego serca Mariusz Urbanek, przypominając o poecie, który wprawdzie obronił się przed zamachami na pamięć o nim na ulicznych szyldach naszych miast, lecz w kulturze ciągle szuka zrozumienia. Ta książka pokazuje go takim, jakim pewnie był, w owej legendarnej prostocie niepospolicie zwielokrotnionym, skoro „w jednej piersi mieści się świat najszerszy”, jak wołał w wierszu „Poeta i trzeźwi”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Mariusz Urbanek BRONIEWSKI. MIŁOŚĆ, WÓDKA, POLITYKA, Iskry, 2011
Władysław Broniewski WIERSZEM PRZEZ ŻYCIE. POEZJE, wybór M. Urbanka, Iskry, 2011     

Tuesday, January 17, 2012

WEDŁUG BOBCZYŃSKIEGO (Wrocławski Teatr Współczesny)


LOJALNIE UPRZEDZA SIĘ, ŻE W TEKŚCIE SĄ TZW. SPOJLERY, WIĘC MOŻE LEPIEJ PRZECZYTAĆ PO WIZYCIE W TEATRZE (I NAPISAĆ, CZY SIĘ PAŃSTWO ZGADZAJĄ)

Jest taka kwestia Horodniczego w „Rewizorze” Gogola: „Zawadzi, czy nie zawadzi, nie wiem, ja swoje zrobiłem i uprzedziłem panów. (...)  Rewizor zechce niewątpliwie, i to przede wszystkim, — obejrzeć powierzone pańskiej pieczy instytucje (...) niech pan przeto postara się, aby wszystko było jak należy: żeby szlafmyce były czyste, żeby chorzy nie wyglądali jak kominiarze, jak to tam zwykle...”. Agata Duda-Gracz nie chciała jak zwykle, wywróciła Gogolowe arcydzieło do góry nogami i uprzedziła, że Chlestakowa u niej nie ma, rewizor to śmierć. Jak spadać, to z wysokiego szczytu.

Wrocławski „Rewizor” przede wszystkim nie śmieszy. Podczas premierowego spektaklu jakiś uśmiech zawitał na mojej twarzy raz czy dwa, głównie za sprawą znakomitego Tomasza Schimscheinera (Bobczyński). Chociaż przyznam: siedzący na schodach młody człowiek rżał dość często. Zwłaszcza wtedy, gdy po niemiecku odzywał się Hibner (Maciej Tomaszewski), w wersji Dudy-Gracz zwany Tym Niemcem. Zwykle nie mam nic przeciwko zmianom w tekście, nawet dodawanie (i odejmowanie) postaci uważam za możliwy krok w drodze do teatralnego szczęścia, ale tutaj rozkładam ręce, których nie składam do zwyczajowych oklasków. Mimo że reżyserka stworzyła właściwie spójny obraz ludzi małych, pełnych obaw o utratę ich pozornego prowincjonalnego spokoju, ujawniających neurotyczne splątanie w obliczu niespodziewanej wizyty kogoś/czegoś większego. Agata Duda-Gracz zdarła z Gogola gatunek (komedię), ów kluczowy pomysł-płaszcz, tylko gdzieniegdzie malując tej sztuce nos. Pozbyła się części osób i realiów osiemnastowiecznej Rosji, rzeczonego Krystiana Iwanowicza Hibnera uczyniła Hübnerem, którego pytają, co robił w trzydziestym dziewiątym, wyciągając przedramiona z niby obozowymi numerami. Ale już w scenie relacji z przyjęcia wymienia się Puszkina. Tego Puszkina.

Jeśli to przedstawienie o strachu przed władzą, wystarczyłoby pół godziny na prezentację. Reszta jest zmęczeniem. W ciągu tych trzydziestu pierwszych minut spektaklu dzieje się najwięcej i najlepiej. Coś intryguje. Światła włączone, wyłączone, światła na scenę, na widownię – będzie o celebryckim śnie o pięciu minutach, a może o relacjach między aktorem a widzem? O byciu obiektem zainteresowania i szarym człowieku w cieniu? Nieobecny Chlestakow wzbudzi tęsknotę za innym życiem, zainspiruje do marzeń? Pięknie funkcjonujące w multimediach gwiazdy mogłyby taki trop sugerować. Ci ludzie nie błądzą i nie knują (jak u Gogola), lecz się uwalniają, gdy przybywa wielkomiejski urzędnik, a ich dotychczasowy szef, Horodniczy Dmuchanowski (Krzysztof Kuliński), popada w marazm, skoro traci berło. Jego żona (najlepsza tutaj Ewelina Paszke-Lowitzsch) od razu flirtuje z widmem znamienitego przybysza. Ale zamiast indywidualnych rewolucji i buntów,  następuje wprowadzenie wątków faszystowskich. Brzmi przyśpiewka nazistów (na wszelki wypadek od razu wykpiwana), a Hibner przemawia jak Hitler (czerwononosy). Prościej się nie dało? W dodatku największą tragedią staje się utrata niewinności przez konformistyczną córkę Horodniczego Marię (utalentowana Katarzyna Michalska bijąca rekord w kategorii Rola kobiety szlochającej). Może zatem trzeba w spektaklu „Według Bobczyńskiego” szukać symboli, może zatonąć w estetycznej aurze multimedialnego tła, może znaleźć w tych wszystkich Liapkinach-Tiapkinach, Szpiekinach i Ziemlianikach rzeczywistość współczesnych urzędników, polityków czy lekarzy? Może Agata Duda-Gracz mówi nam coś ważnego, przestrzega przed niebezpieczeństwem zapędzenia się w ideologiczno-ekonomiczny układ, przed szekspirowskim mieszaniem światów? Aspirujący ponad własną miarę Bobczyński kończy źle, wykrwawiając się poprzez wątrobę (w renesansie wierzono, że w wątrobie swe źródło mają ludzkie charaktery), nie pęka mu serce ani mózg. Może to jest jednak o zmaganiach z Bogiem? Może o dojrzewaniu lub starzeniu? I tak dalej.

Snucie domysłów na temat tych gogolowskich wariacji porządnie daje w kość widzowi, który szybko się orientuje, iż bezzasadnie oczekiwał jakiejś zawartości „Rewizora” w „Rewizorze”. Mamy przecież jasno wyłożone: „Według Bobczyńskiego”, zaledwie na motywach. Jako spektakl do analizy w licealnej klasie humanistycznej, podczas lekcji o adaptacjach klasyki, przedstawienie Wrocławskiego Teatru Współczesnego sprawdzi się idealnie. W innej sytuacji czeka nas rozczarowanie z powodu rozmycia wyrazistości przesłania oryginału, amputacji jego satyrycznych sił i wdzięków, rezygnacji z rodzajowości oraz autorskiego geniuszu na rzecz uniwersalizującej metafory. Są tutaj zatem ambicje, godna szacunku próba nowego odczytania, świetni aktorzy, robiące wrażenie animacje, ale w sumie, według mnie-Chojnowskiego, „to pudło, nie kapelusz” – jak u Gogola mówi Komisarz do Horodniczego.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
WEDŁUG BOBCZYŃSKIEGO, na motywach REWIZORA Mikołaja Gogola, reżyseria, adaptacja, scenografia i kostiumy Agata Duda-Gracz, premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, 14 stycznia 2012

Monday, January 9, 2012

GŁĘBOKA WODA (TVP)


W Telewizji Polskiej niedzielne wieczory należą ostatnio albo do sielskich kolorów (Jedynka z „Blondynką”, „Ranczem” i „Domem nad Rozlewiskiem”), albo do czarno-białych spraw patriotyczno-społecznych. W Dwójce emitowany jest o 21 serial „Czas honoru” zamiennie z niedawno rozpoczętą „Głęboką wodą”. „Czas honoru” to telenowelowa wersja „Kolumbów” i „Polskich dróg”, a więc temat wojenny, odrestaurowany jeszcze za rządów ekipy stawiającej przede wszystkim na akcenty historyczne. Wymyślona później „Głęboka woda” ma widownię zdobywać opisem rzeczywistości. W dużej części za pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego i ministerstwa pracy. Jeśli jednak „Czas honoru” daje się najzwyczajniej w świecie oglądać, mimo swojej konwencjonalności, to druga propozycja nadzwyczajnie nudzi przedziwnym artystycznym archaizmem. W niemal każdym ujęciu widać mękę wykonawców, którzy pewnie najchętniej utopiliby egzemplarze scenariusza w toaletach ośrodka opieki społecznej, miejscu akcji tego dramatu zrobionego na siłę, jako odpowiedź na ministerialny konkurs.

Niespełniony muzyk-narkoman, mamroczący w przejściu pod Świdnicką  przeboje Klausa Mitffocha, śmieszy zamiast przejmować, bo mówi tekstem z książki, nie z ulicy. Tak jak pracownicy ochronki, recytujący psychologiczno-społeczne formułki. Nie ma tempa, są za to serie niby wstrząsowych obrazów, opartych choćby na amatorsko skrojonym, łopatologicznym kontraście. Jednym ze szczytów reżyserskich możliwości jest scena z odcinka trzeciego, gdy syn, którego najpierw pobili rówieśnicy, a później on w desperacji odegrał się na ojcu-alkoholiku, budzi się nazajutrz w pokoju słodko śniącego rodzeństwa, ze świeżo zmakijażowaną krwią na twarzy. Posmak filmowego tandeciarstwa towarzyszy szlachetnej idei serialu w każdym epizodzie. W jednym kadrze zobaczymy, jak zdejmują chłopakowi z nóg buty, w drugim trzeba pokazać stopy w samych skarpetkach, żeby wszystko było jasne. Przewijający się przez całość motyw kręcenia zdarzeń i wyznań bohaterów przez operatora obywatelskiej telewizji (zgrany w podobnych klimatach Rafał Maćkowiak) szeleści papierem z artystycznego hipermarketu.

W rolach głównych i pobocznych oglądamy Katarzynę Maciąg, Dominikę Ostałowską, Bartłomieja Topę, Annę Ilczuk, Agatę Kuleszę, Martę Klubowicz, świetnych aktorów, wędrujących od serialu do serialu za chlebem. Mimo udziału w niezłych lub bardzo dobrych filmach czy spektaklach teatralnych. Najmocniejszą twarzą ma być Marcin Dorociński, ale gdzie mu w tej gładkiej fryzurze dyrektora pomocowego ośrodka do wyróżnionej Nagrodą im. Cybulskiego roli Despera w pamiętnym „Pitbulu”, też stworzonym dla TVP. Z tym, że nie na konkurs z morałem, lecz z chęci zrobienia ciekawego kina. Gdzie społecznych wątków nie brakowało. Na monstrualną satyrę zakrawa gazetowa wypowiedź producenta „Głębokiej wody” o „nowej jakości” i doktorze House jako charakterologicznym wzorze głównej postaci („Gazeta Wyborcza Wrocław” z czerwca 2011).

8 stycznia, w dniu emisji piątej części serialu, minęło 45 lat od wrocławskiej śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Przeglądam listę laureatów nagrody jego imienia. Różnie się działo. Daniel Olbrychski, Olgierd Łukaszewicz, Maja Komorowska, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Krystyna Janda, Marek Kondrat,  Krzysztof Majchrzak – wiadomo. Ale już Laura Łącz, Maria Gładkowska, Adrianna Biedrzyńska, Anna Majcher, Katarzyna Skrzynecka, Rafał Królikowski czy Jan Jankowski rady nie dali. Laureat z 1985 roku, Marek Wysocki, zniknął z ekranu prawie zupełnie, przewijając się tu i ówdzie w bladym tle. Nagrodę przyznaje kilkuosobowe jury (od sześciu lat także głosująca w Internecie, czyli przypadkowa, niemiarodajna publiczność) "młodym aktorom wyróżniającym się wybitną indywidualnością”. Ostatnio jurorzy wskazali na Magdalenę Popławską (za film „Prosta historia o miłości”), której „Przepis na życie” też nie ominął (i „Usta, usta”). Tak w Polsce musi dzisiaj być, istniejący w Stanach podział na aktorów filmowych i serialowych (też zresztą coraz bardziej płynny) u nas się nie przyjmie. Kluczowa jest zatem chwila wyboru. Raz zagram w „Róży”, innym razem będę Wiktorem z MOPS-u, raz błysnę w „Czterech nocach z Anną”, zaraz się sprawdzę w plastikowym „Ojcu Mateuszu” (jak Kinga Preis, laureatka Cybulskiego sprzed 5 lat). Pojawię w „Bez tajemnic” (Dorociński) czy „Bożej podszewce” (Preis).  Raz się uda, innym razem nie bardzo. Przypomina to trochę skok z wieży na główkę, jak ten z finału drugiego odcinka „Głębokiej wody”, której twórcy brodzą po banale.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
GŁĘBOKA WODA, reż. M. Łazarkiewicz, TVP, 2011    

Monday, December 26, 2011

2011 - podsumowanie


Najważniejszą wiadomością mijającego roku, jaką wrocławski świat kultury otrzymał w prezencie, było ogłoszenie Wrocławia Europejską Stolicą Kultury 2016. I tego czerwcowego wydarzenia nic do końca grudnia nie było w stanie przebić. Nawet Europejski Kongres Kultury, o którym można powiedzieć właściwie tylko tyle, że się odbył. Wbrew autopeanom organizatorów niewiele wniósł do świadomości kulturalnej mieszkańców tzw. starego kontynentu, nie przyniósł również wyjątkowych przedstawień ani koncertów. Trzy interesujące wystawy (kolekcja Wernera Nekesa, rzeźba Mirosława Bałki i zbiór pt. "Jutro nie umiera nigdy") to żenująco mało na tak drogie i dęte przedsięwzięcie. Do topu nie zaliczam muzycznych spotkań Krzysztofa Pendereckiego z Aphex Twinem oraz Jonnym Greenwoodem, bo zagraniczni artyści byli we Wrocławiu przejazdem. Ich koncerty w Hali Stulecia poprzedzały występy na festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie. Europejskiemu Kongresowi Kultury należała się absolutna wyłączność.

Skoro zaczęliśmy od rozczarowań to jeszcze jedno: zawieszenie, jakie miastu Wrocław dolega w sprawie dwóch miejskich teatrów. Nie wiadomo, kto przejmie Wrocławski Teatr Lalek po odejściu Roberta Skolmowskiego (z dniem 31 grudnia), nie wiadomo także, co z fotelem dyrektora Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Krystynie Meissner podobno kończy się kontrakt na szefowanie za kilka miesięcy (choć ma i siłę, i energię, i kreatywność, by zostać), więc wybór ewentualnego następcy powinien toczyć się już teraz. Meissner zrobiła dla naszego środowiska teatralnego więcej niż ktokolwiek w ciągu ostatnich 20 lat, powołując do życia festiwal Dialog, dając wiarę talentom Klaty i Warlikowskiego zanim stali się mistrzami polskiej sceny, utrzymując reżysersko-menedżerski kontakt z publicznością. Tymczasem relacje wrocławskiego Ratusza z dyrektorką Współczesnego od pewnego czasu mocno kuleją. Prezydent chciał ją odwołać już dwa lata temu, tym razem sprawa wydaje się zatem przesądzona. Kto przyjdzie na miejsce jednej z najbardziej znaczących osobowości polskiego teatru w ogóle? Dziś nie wiadomo, co bardzo martwi. Na rynku nie ma armii specjalistów, co przerabialiśmy we Wrocławiu przy okazji kłopotów z obsadą szefów Teatru Polskiego czy Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Sukces Lalek i pozycja Współczesnego zobowiązują do podjęcia niepochopnych działań. Najwyższy czas zacząć albo... przedłużyć umowę z Krystyną Meissner.

Na szczęście znakomicie sobie radzi Teatr Polski. Krzysztof Mieszkowski okazał się być doskonałym rozgrywającym, to zaproszeni przez niego artyści (Strzępka i Demirski, Klata) wygrywają ogólnopolskie (i nie tylko) festiwale. Swoją drogą trudno sobie wyobrazić wrocławski teatr bez Jana Klaty, który w nowym roku zdobędzie trzecią już tutejszą scenę. Po pracy we Współczesnym i Polskim, przyszedł czas na Capitol i prowokacyjny musical "Jerry Springer - The Opera". A to nie wszystko: w tym sezonie Klata wyreżyseruje jeszcze farsę "Czego nie widać" w Wałbrzychu, gdzie, znów nominowany do Paszportu Polityki Sebastian Majewski, od trzech lat tworzy głośny na całą Polskę teatr zaangażowany. Nie ustaje w swoim autorskim projekcie sceny zanurzonej w lokalności, wsłuchanej w społeczne nastroje legnicki Teatr im. Modrzejewskiej. Jacek Głomb (dziś senator RP) potrafi szokować decyzjami dziwnymi (rezygnacja z festiwalu prapremier Miasto), zadziwiać pomysłami wręcz cudownymi (nadanie dużej scenie imienia najwierniejszego widza Ludwika Gadzickiego), oferuje też oryginalny repertuar, choćby "Zrozumieć H", spektakl inspirowany biografią Henryki Krzywonos.

Świat filmowy Wrocławia, niegdysiejszego znaczącego centrum kina, od lat skupiony jest wokół przedsięwzięć Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, z roku na rok coraz prężniejszego w staraniach przyciągania publiczności i gwiazd niemainstreamowych produkcji. Na Nowych Horyzontach i American Film Festival można zobaczyć tytuły, których ze świecą szukać w multipleksach. Ale: od tego roku w multipleksie właśnie (Heliosie przy ul. Kazimierza Wielkiego) funkcjonuje sala programowana przez Romana Gutka i jego współpracowników. Gutek miał objąć programowym patronatem przebudowane na Dolnośląskie Centrum Filmowe dawne kino Warszawa, stało się inaczej. Szkoda. Niepogodzone ambicje i interesy Odry Film i SNH to jednoznaczna porażka. Artystycznie wrocławscy filmowcy banku nie rozbili. Waldemar Krzystek przedstawił "80 milionów", Wiesław Saniewski "Wygranego", ale to "Daas" młodego Adriana Panka wzbudził największe zainteresowanie krytyków, dowodząc niespodziewanie, jak żywe może być kino historyczne. Trzeba jeszcze odnotować ekranowy debiut w głównej roli wrocławskiej aktorki Heleny Sujeckiej, która fantastycznie zagrała Kitkę w "Cudownym lecie", bardzo udanym cygańsko-cmentarnym romansie Ryszarda Brylskiego.

Wśród niewątpliwych zwycięstw 2011 roku trzeba wymienić przede wszystkim: otwarcie Galerii Sztuki Współczesnej na odnowionym strychu Muzeum Narodowego we Wrocławiu oraz start Muzeum Współczesnego w schronie przy Legnickiej. Obie propozycje to zjawiska dużej klasy na mapie nie tylko dolnośląskiej sztuki. Znakomicie rozwija się projekt Joanny Stembalskiej "Out of Something" w BWA Awangarda, czyli unikatowa na skalę ogólnokrajową prezentacja urban artu. Warto też pamiętać o wizytach w BWA Design (w roku 2011 m.in. świetna wystawa Ewy Kuryluk) oraz w Entropii. W malutkiej galerii przy Rzeźniczej udaje się często obejrzeć rzeczy zapadające w pamięć, jak ostatnio obrazy Ewy Harabasz, łączącej barokowe malarstwo Caravaggia z przekazem współczesnych nam mediów. W mieszczącej się w ratuszu Galerii Patio Muzeum Miejskiego szanse na pokazanie własnych talentów zdobyli młodzi artyści pochodzący ze stolicy Dolnego Śląska. Patio Młodych to świetna inicjatywa, choć wystawianej tu właśnie Ance Mierzejewskiej należałaby się dużo większa ekspozycja. Na szczególne wyróżnienie w 2011 roku zasłużyło Wro Art Center, przestrzeń spotkań z najnowszą sztuką mediów. Biennale Wro było już tradycyjnym sukcesem, ale o wszystkich wystawach przy ul. Widok dałoby się powiedzieć to samo. Aktualnie zachwycają przepiękne, klimatyczne obiekty medialne Izabelli Gustowskiej.

Godne uwagi i emocji wieczory muzyczne odbywają się już nie jedynie co piątek w Filharmonii Wrocławskiej. I wcale nie zaproszeni artyści z zewnątrz zdają się najbardziej interesujący. Wrocław dorobił się kilku zespołów na wysokim poziomie. To już nie tylko odmłodzone tutti symfoniczne, ale też chwalony wszędzie chór, kameraliści z Leopoldinum, Wrocławska Orkiestra Barokowa, Lutosławski Quartet. Niemal każdy występ, a zwłaszcza nagranie, staje się wydarzeniem. Szkoda, że tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans przemknął bez głośnego echa. Winny temu był pomysł organizacji imprezy w trzy kolejne weekendy zamiast tygodniowej kumulacji, jak bywało wcześniej. Operze Wrocławskiej średnio wyszły tegoroczne superprodukcje. Ani "Turandot" na Stadionie Olimpijskim, ani "Kniaź Igor" w Hali Stulecia nie zaimponowały artystycznym rozmachem, lecz zirytowały rozmachem na siłę. Głosowo przeciętne, niezbyt widowiskowe spektakle przyciągnęły widzów, którzy, niestety, wychodzili zawiedzeni. Na czerwcowy "Bal maskowy" pewnie przyjdą, ale jeśli i ten nie wypali, kolejne tytuły megaprodukowane mogą ponieść również frekwencyjną porażkę. Za to w domowym budynku przy Świdnickiej zawsze warto złożyć wizytę, bo poziom spektakli nie słabnie. "Don Giovanni" i "Pułapka" to najmocniejsze tegoroczne premiery operowe. Warto wspomnieć także o albumie naszego gitarowego wirtuoza Krzysztofa Pełecha, który zrealizował swoje marzenie, wydając płytę z koncertami. Przy Vivaldim towarzyszy mu Amadeus Agnieszki Duczmal, a w tytułowym "Concierto de Aranjuez" Joaquina Rodrigo sam Antoni Wit i orkiestra Filharmonii Narodowej.

Wrocławski rynek literacki trzyma się nieźle, choć do Warszawy czy Krakowa w tej dziedzinie nam jednak daleko. Zjawiskiem jest literatura czeska i słowacka wydawana przez zafascynowananych tematem młodych wrocławian. W wakacje mogliśmy na dodatek uczestniczyć w miesięcznym festiwalu spotkań autorskich z twórcami z Polski, Czech i Słowacji. O rewelacyjnej biografii Broniewskiego pióra Mariusza Urbanka napiszę osobno, tu chcę przypomnieć spełniony debiut maturzystki 2011 Sary Antczak. Jej napisana z Aleksandrem Małeckim powieść "Wolny i De Klesz" zwiastuje nowy talent, zajmuje fabułą (młody nauczyciel zaczyna pracę w szkole od wychowawstwa w trudnej klasie). Czekam na powstałą już podobno kontynuację. Trochę żał, że po Roku Różewicza zostanie nam jedynie jedno naprawdę istotne wydawnictwo, zbiór wywiadów "Wbrew sobie" ("Margines, ale" ukazał się jeszcze w 2010). 90. jubileusz takiego artysty warto by uczcić zdecydowanie bardziej okazale. Rozrzucony festiwal teatralny, album zdjęć i reprint "Kartoteki"... - mało! Za to zabłysło w 2011 światło dla Tymoteusza Karpowicza. Jest już pierwszy tom Dzieł zebranych poety niesłusznie zapominanego. Przyda się nowemu pokoleniu, które zaczyna mylić Karpowicza z Kasprowiczem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI