Monday, October 2, 2017
TERAZ WSZYSTKIE DUSZE RAZEM (Teatr PWST we Wrocławiu)
Niesamowitą pracę wykonali młodzi aktorzy wrocławskiego Teatru PWST, studenci IV roku Wydziału Lalkarskiego. Widać ją w całym spektaklu, imponuje. Szkoda jednak, że to, ile dała im twórcza kopalnia reżyserska Pawła Passiniego, nie przekłada się na podobny parametr w odbiorze widowni.
Na niełatwej Dużej Scenie przy Braniborskiej pięknie się prezentuje scenografia, fizyczno-medialna, ale z akustyką trzeba umieć sobie radzić. I w tej pierwszej sekwencji niemal rockowego transowego koncertu-wywoływania Mickiewiczowskich dusz z II części 'Dziadów' sporo słów ginie. OK, znamy to, ale nie wszyscy. Bardzo trudno osiągnąć mistrzostwo w wypowiadaniu tekstu chórem, poległa już w tej bitwie rzesza doświadczonych zawodowców, po co wszczynać ją na nowo? Inaczej się mówi, inaczej śpiewa, a i chór NFM-u niespecjalnie tu się sprawił w oglądanych (i słuchanych) miesiąc temu 'Widmach' (w chwalonej przecież za brzmienie sali głównej Narodowego Forum Muzyki).
'Widma' Moniuszki/Mickiewicza są istotnym tropem, bo i Passini, i studenci (i artyści odpowiadający za stronę wizualną) brali w nich udział, a reżyser nie ukrywa relacji między jednym i drugim tytułem. Jednakże spektakl pod tytułem 'Teraz wszystkie dusze razem' to dzieło autonomiczne. Zaczyna się od fragmentu muzyczno-choreograficznego do Moniuszki, potem ewoluuje w koncert 'Dziadów', by w końcu utknąć w mieliznach - niestety - Eurypidesowych. Mało bowiem czytelne okazują się historie antycznych bohaterów. Trzeba by ostrzec widzów, aby przed przyjściem do teatru odświeżyli mityczną pamięć. Albo środkami teatralnymi zadbać o streszczenia. Nie dajemy się wciągnąć w wir opowieści Klitajmestr i Orestesów, bo mało są konkretne, raczej poetyckie. Chciałoby się mocniej wejść w spektakl fabularnie, nie tylko podziwiać pomysły na poszczególne etiudy i ich wykonania. Apriorycznie interesujące zestawienie obrzędu 'Dziadów' z grecką tragedią nie klei się, za dużo też słyszymy krzyku, czy też - powiedzmy wprost - wkurwu, by wniknąć w znaczenia.
Ale potencjał w tym spektaklu tkwi ogromny. Dzięki zarówno szerokiej wizji Pawła Passiniego, jak i energii, gotowości aktorskiej młodzieży. Dla nich tych parę miesięcy przygotowań do premiery (i 'Widm', i 'Teraz wszystkich dusz razem') z pewnością było jednym z absolutnie najważniejszych zawodowych doświadczeń. Chciałoby się natomiast mniej abstrakcyjnego przegadywania, więcej takich scen jak symultaniczna finałowa (w Pieśni Kozła wyraziliby uznanie za śpiew) czy wcześniejsza podsumowująca (nazwijmy ją sceną rzucania mięsem). A jeśli muszę ustawić podium, wybierając swoich faworytów-wykonawców, wyróżniłbym: Annę Wieczorek (Hekabe), Annę Zachciał (Guślarza, czy też Guślarkę), Magdalenę Zabel w może przesadnej w inwektywach, ale skupiającej uwagę roli wieszczki, oraz znakomitego ruchowo i muzycznie Piotra Michalczuka. Tak, podium ma 4 stopnie (i nie przypisuję numeru do żadnego z nazwisk), lecz pozostała szóstka też godna zapamiętania.
(0-6): 4.
gch
.....................
TERAZ WSZYSTKIE DUSZE RAZEM, reż. Paweł Passini, Teatr PWST Wrocław, 2.10.2017, rząd 11, miejsce 18
Sunday, October 1, 2017
SZABERPLAC.MOJA MIŁOŚĆ (Wrocławski Teatr Współczesny)
To przedstawienie mogłoby być wizytówką Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Takich spektakli powstaje tu więcej. Poważny temat, prymat słowa i jego znaczeń, raczej dystans niż emocjonalność, słowem teatr środka, do którego chyba przywykła już publiczność.
W SZABERPLACU intrygujące wydawało się zetknięcie historii wrocławian sprzed 72 lat z doświadczeniami narodów byłej Jugosławii, przywiezionymi przez reżyserkę Tanyę Miletić Orucević. Nie pierwszy to pomysł na rzecz o uniwersalnym wymiarze ludzkiej natury i mechanizmów społeczno-psychologicznych w chwili skrajnej, ale skoro nic nas historia nie uczy, artyści muszą przypominać. Byle ciekawie, po nowemu, ujmując temat z innej perspektywy, tu bośniacko-polskiej.
I właściwie zgrabną sztukę na Scenie na Strychu oglądamy przez 80 minut, tyle że bez zaangażowania. Bo teksty wypowiadane przez postaci i sytuacje między nimi nie wychodzą poza schemat. Obojętna w odbiorze jest już pierwsza opowieść młodej Polki zmuszonej wraz z rodzicami do opuszczenia kresowej wsi (mimo absolwenckiej werwy Katarzyny Pilichowskiej). Można było wziąć z teki wspomnień z 1945 roku coś bardziej interesującego niż w pigułce streszczony los. W ogóle przypowieściowość tekstu mocno stępiła jego potencjalne ostrze. Koincydencja wakacyjnych spotkań Polaka, Ruska, Bośniaka, Ukraińca drażni, podobnie działają komediowe w zamierzeniu chwyty aktorskie z początku spektaklu (kreskówkowy informatyk - Maciej Kowalczyk, Przemysław Kozłowski we wschodniackim półzaśpiewie). Wymyślono bowiem, że nie od świadków-uczestników wydarzeń dowiemy się ludzkich biografii, lecz z odgrywanych scenek. To nie ma prawa wywołać wzruszeń (jak kiedyś TRANSFER Klaty/Majewskiego), nawet refleksji, nie na tym poziomie stereotypowości treści i formalnych umowności. Lepiej wychodzi, gdy aktorzy najmniej udają. Jak Jolanta Solarz-Szwed (Ukrainka) w finałowej solówce czy we wcześniejszym duecie z Krzysztofem Kulińskim (muzułmanin z Mostaru). Tylko że po chwili wszystko wraca do normy, do sytuacji na niby.
Na poważnie za to pojawia się teza o istnieniu ponadpokoleniowego instynktu szabru. Zgadzam się, jakiś jego pociotek zauważam w gonitwie po promocje w Lidlu. Ale bogaty mieszkaniec apartamentowca w nocnym amoku szabrowania? To mi się jakoś nie mieści, nawet w zawodowym wykonaniu Piotra Łukaszczyka. Perfekcyjne panie domu szabrujące sobie mężów i wypieki? Nie, do tego nie przekonają mnie nawet Beata Rakowska wespół z Ireną Rybicką. Szanuję próbę, popieram świeże spojrzenia i wszelkie wzloty ponad historyczno-edukacyjny teatr i temat, lecz po co go spłycać na siłę?
(0-6): =4
gch
....................
Szymon Bogacz SZABERPLAC.MOJA MIŁOSĆ, reż. T. Miletić Orucević, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu, rząd 3, miejsce skrajne
Monday, September 18, 2017
AFROAZJA (Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu)
Od mocnego akcentu rozpoczął się III Festiwal Prapremier, organizowany przez wałbrzyski Teatr Lalki i Aktora. Gospodarz zaprezentował spektakl Martyny Majewskiej (autorka i reżyserka) pt. 'Afroazja'. Pełen atrakcji i ukrytych pod nimi sensów.
Bohaterką jest Polianna, ale nie, nie kojarzcie jej z postacią z książki Eleanor Porter, choć parę wspólnych pól tu znajdziemy. Wałbrzyska Polianna nie jest sierotą, choć rodzinę ma niepełną. Właściwie wychowuje ją babka (intrygująca Patrycja Rojecka), która stara się jak umie i być towarzyszką zabaw (piękna scena z mąką), i trzymać względną dyscyplinę. Tata jest zapewne świetny, ale zapracowany (Kamil Król). 13 godzin w wirtualnych kamieniołomach, do których dojazd trwa 5 godzin. Jak łatwo obliczyć, na sen zostaje godzina, na kontakt z córką... Mamy nie ma. Od początku się nad tym zastanawiamy, może umarła? Polianna żyje na pograniczu świata realnego i wyobrażonego. Jej przyjaciółmi są krówka, topola i płot, podpowiada też tajemniczy ktoś (Jakub Grzybek), kto za chwilę stanie się foliozębnym przewodnikiem w podróży. Tylko czy mama naprawdę jest gdzieś daleko, czy istnieje tylko w głowie dziewczynki?
Jak to się rozwiąże, zdradzić nie mogę, bo spektakl na pierwszym planie przygodowo-komediowy, wiele zyskuje dzięki drugiemu dnu, zaciekawieniu widza niedopowiedzeniem. Dla mnie, dorosłego i nieprzepadającego za teatralnymi bajkami, 'Afroazja' jest manifestem wolności. Owszem, okupionej wyrzeczeniem, ale i odkupionej opieką. Bo Polianna otrzymuje od mamy prezenty (dostarcza je bezbłędny paczkonosz Paweł Pawlik), zawsze trafione, dziewczynka czuje, że to mama najlepiej ją rozumie i wie, czego córce potrzeba. I nic dziwnego, że w końcu nie wytrzymuje, ucieka, chcąc mamę spotkać. I o tę podróż po świecie (ze wsi Polska) chodzi tu najbardziej, o odmianę, odwagę, poznanie, dojrzewanie. Matki i córki, kobiety.
Tempo przedstawienia imponuje, pomysły scenograficzne (Anny Haudek) to poziom gór wyrafinowanych, wysokich, muzyka (Dawida Majewskiego) - tym razem na gitarowo - doskonale rytmizuje poszczególne sceny, widać reżyserską dbałość o szczegół, aktorzy potrafią wejść w każdą postać z werwą i humorem. Katarzyna Kłaczek w roli Polianny bardzo umiejętnie i energicznie wygrywa zmienne nastroje, wydobywając przede wszystkim jej niezależność i - wraz z rozwojem fabuły - empatyczność (tu znów kłania się Porterowa Polyanna). Trochę rozczarowuje finał, niezdecydowany, może zbyt zniuansowany, choć mimo to czytelny.
'Afroazja' to ważny spektakl młodej reżyserki, która - tylko patrzeć - zrobi coś absolutnie niezwykłego. Zarówno widowiskowej 'Yemayi, królowej mórz' zrealizowanej we Wrocławskim Teatrze Lalek, jak i najnowszej 'Afroazji' brakuje niewiele do dzieła. Niewiele, czyli ile? Martynie Majewskiej trzeba zaufać do końca, dać jej zrobić spektakl bezkompromisowy. I chyba nie da się tego osiągnąć w - choćby najlepszym z najlepszych - teatrów lalek, skierowanym do dzieci. Marzy mi się Majewska niepokojąca i wyzwalająca, idąca na całość.
(0-6): 4,5.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Martyna Majewska AFROAZJA, reż. M. Majewska, Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu, 17.09.2017
Thursday, September 14, 2017
WIDMA (Wratislavia Cantans)
W czasach dewaluacji, zwłaszcza w naszych teatrach, owacji na stojąco pisanie o takim aplauzie niewiele waży, ale w przypadku 'Widm' Kosendiaka/Passiniego reakcja widowni Narodowego Forum Muzyki była absolutnie trafiona. Mniej więcej od 20 minuty tego spektaklu, gdy - po nieco zbyt długiej sekwencji choreograficznej - już się upewniłem, że wszystkie elementy mają sens, a wykonanie jest ektraklasowe, mimowolnie poczułem wewnętrzną radość. Z fantastycznego przedstawienia.
Andrzej Kosendiak, któremu przyszła do głowy ta inscenizacyjna wersja 'Widm', zadbał o - paradoksalnie - bardzo nowoczesne brzmienie orkiestry i śpiewaków. Nie programowy sentymentalizm i nostalgia, jakich można by się po muzyce Stanisława Moniuszki spodziewać, lecz rytm, tempo i kolor zwyciężyły w moim odbiorze. Mimo - a może właśnie także dlatego - że Wrocławska Orkiestra Barokowa grała na instrumentach romantycznych. Oczywiście, inscenizację odbieramy jako całość, więc szumnie i wyraźnie trzeba podkreślić ogromne zasługi reżysera Pawła Passiniego, który zamienił scenę NFM-u w arenę pełną niezwykle sugestywnych zjaw. I choć na pamięć znam obrzęd z Mickiewiczowskich 'Dziadów', moje zainteresowanie wykreowanym tu teatrem tylko rosło. A gdzieś w tyle głowy pojawiło się nawet gorzkie wzruszenie na myśl o 'Dziadach' Michała Zadary i tamtego Teatru Polskiego, tak niedawno i tak niedaleko, po sąsiedzku, nas unoszących, w tak przykry sposób zniszczonych.
Passini zrobił własne 'Dziady' nie po raz pierwszy, w czym muzyka Moniuszki ani przez chwilę nie przeszkadzała. Sprawili się doskonale soliści, dbając o stylistyczną powściągliwość. Ciągle słyszę głosy Jarosława Bręka (Guślarza) i Aleksandry Kubas-Kruk (Zosi), ale też ciągle mam przed oczami Annę Wieczorek w trudnej roli wcielonego Cierpienia i znakomitą jako podwojona Zosia Franciszkę Kierc-Franik. W ogóle idea dublowania, a nawet potrojenia postaci (i planów) okazała się odkrywczo płodna w kolejne pomysły. Przekonywał aktorski Guślarz (Paweł Janyst), działający trochę na wzór Tadeusza Kantora, mistrzowsko wypadł Mariusz Bonaszewski jako Medium przemawiające różnym głosami i tonami. Koniecznie pochwalić trzeba studentów-lalkarzy z PWST we Wrocławiu za energiczną ruchową aurę, bez której spektakl byłby o niebo uboższy. Duże wrażenie robiły lalki i kostiumy (autorstwa scenografki Zuzanny Srebrnej), inspirowane malarstwem Zdzisława Beksińskiego.
Jedną scenę wrocławskich 'Widm' wyróżnić warto szczególnie. To moment, kiedy słychać pamiętne 'Bo kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże', a na płótnie-ekranie (projekcje Aleksandry Konarskiej) widzimy wideo z płynącymi łodzią emigrantami. Mogę sobie wyobrazić, że to jest to, co by nam dziś chciał powiedzieć Adam Mickiewicz, sam przecież kiedyś w podobnej sytuacji.
Nie mogę się doczekać wersji płytowej i emisji telewizyjnej realizacji 'Widm', którą ma pokazać w okolicach Święta Zmarłych TVP Kultura. Na płycie - mam nadzieję - wysłyszę wszystkie słowa, co niestety nie udało się na żywo w sali. Mimo iż Chór NFM-u śpiewał wspaniale, to sporo tekstu uciekło, w chmurze dźwięku nie docierając do publiczności. Wersja filmowa pozwoli skupić się na szczegółach, inaczej przeżyć te magiczne 80 minut. A w tzw. międzyczasie, końcem września, pojawi się dyplomowe przedstawienie studentów PWST Wrocław, mające być 'Widmami/Dziadami' w jeszcze innej interpretacji, i bez muzyki Moniuszki.
Ocena (0-6): 6.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Stanisław Moniuszko/Adam Mickiewicz WIDMA, kierownictwo muzyczne Andrzej Kosendiak, reżyseria Paweł Passini. Narodowe Forum Muzyki, 12 września 2017, amfiteatr, rząd I, miejsce 62
Saturday, September 9, 2017
Stacja Literatura 22
Olga Tokarczuk, Kora, Olo Walicki i pudełka Kory na Stacji Literatura 22
Okazuje się, że Artur Burszta i Biuro Literackie po rozstaniu z Wrocławiem, wiodą życie szczęśliwe. Że Port Literacki zamieniony w Stację Literatura, ma podobny klimat i poziom, a Stronie Śląskie i Sienna doskonale odgrywają rolę literackiej stolicy Dolnego Śląska przez trzy wrześniowe dni. To Europejska Stolica Kultury powinna żałować tego rozstania, zwłaszcza mając w świadomości jakość wydawnictw i nagrody, jakie książki Biura otrzymały w ciągu ostatnich dwóch lat. Nike, nagroda im. Szymborskiej, Silesius, no i Dylanowski Nobel.
Na Stację Literatura trzeba się dziś wybrać na południe, w kotlinę i góry, by tam doświadczyć na przykład energii, z którą Filip Łobodziński czyta własny przekład 'Glorii' Patti Smith albo poczuć niezwykły temperament Kory w rozmowie z Olgą Tokarczuk. Dowiedzieć się, że niedługo ma się pojawić piosenka Sweet Noise z refrenem 'Krakowskiego Spleenu', nagranym na nowo przez byłą frontwoman Maanamu w tym roku, mimo choroby. I że największym przyjacielem jest książka, bo literatura chroni przed samotnością:
Uczestnicy Stacji Literatura niezłomnie wierzą w poezję, w wiersz zrozumiały i niezrozumiały - jak przy muzyce na żywo tworzonej przez Ola Walickiego deklamował Marcin Sendecki. Są wśród nich artyści wdzięcznie w szaleństwie wyrafinowani (jak Robert Rybicki z 'Darem Meneli'), są klasycy potrafiący ciągle zaskoczyć (eklektyczny poemat 'Palamedes' Piotra Matywieckiego), są półmistrzowie (pół, bo jeszcze jednak niestarzy - jak Marta Podgórnik czy Roman Honet), jest i grupa zdolnych młodych (Martyna Buliżańska, Szymon Słomczyński), których nie zniechęca wąski rynek poezji w Polsce. Jedni marzą o debiucie, inni zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że 'po debiucie trudniej niż przed' (tak Matywiecki nazwał prowadzone przez siebie warsztaty).
Kilka dni przed startem Stacji zmarł John Ashbery, jeden z patronów pewnego pokolenia nie tylko polskiej poezji, poświęcono mu zorganizowane spontanicznie specjalne czytanie z udziałem również gości zagranicznych. 5 lat temu czytano na ówczesnym Porcie - zdaje się, w Studiu na Grobli - fragmenty poematów nowojorczyka. W tamtym samym roku tragicznie odszedł Tomasz Pułka, mocno istniejący podczas Stacji przy okazji właśnie wydanego zbioru wierszy. Ale nie śmierć z hasłowej triady tegorocznego festiwalu, nie miłość nawet, lecz życie ma w sobie pojemność nieskończoną. - John Ashbery umarł? Nie sądzę - mówił Kacper Bartczak, tłumacz, autor tomu 'Pokarm suweren'. - Ile jeszcze będzie myśli z tego człowieka?*
No i innych, tych, którzy przystanek Stronie Śląskie traktują może nawet z większym sercem niż przystań Wrocław. Wedle ostatnich zasług.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Festiwal Stacja Literatura 22, Stronie Śląskie/Sienna, 7-9.09.2017
*Nie znam przekładu tego wiersza Ashbery'ego, sam nie mam nań czasu (teraz). Wiele z tego, o czym pisze poeta, istnieje w Stacji Literatura: How to Continue
Okazuje się, że Artur Burszta i Biuro Literackie po rozstaniu z Wrocławiem, wiodą życie szczęśliwe. Że Port Literacki zamieniony w Stację Literatura, ma podobny klimat i poziom, a Stronie Śląskie i Sienna doskonale odgrywają rolę literackiej stolicy Dolnego Śląska przez trzy wrześniowe dni. To Europejska Stolica Kultury powinna żałować tego rozstania, zwłaszcza mając w świadomości jakość wydawnictw i nagrody, jakie książki Biura otrzymały w ciągu ostatnich dwóch lat. Nike, nagroda im. Szymborskiej, Silesius, no i Dylanowski Nobel.
Na Stację Literatura trzeba się dziś wybrać na południe, w kotlinę i góry, by tam doświadczyć na przykład energii, z którą Filip Łobodziński czyta własny przekład 'Glorii' Patti Smith albo poczuć niezwykły temperament Kory w rozmowie z Olgą Tokarczuk. Dowiedzieć się, że niedługo ma się pojawić piosenka Sweet Noise z refrenem 'Krakowskiego Spleenu', nagranym na nowo przez byłą frontwoman Maanamu w tym roku, mimo choroby. I że największym przyjacielem jest książka, bo literatura chroni przed samotnością:
Jesteśmy przesiedleńcami, wszyscy, którzy tutaj są. Historia to nam zafundowała, los. Jednego zabije, uszkodzi, a drugiemu, być może dlatego, że ma jakąś fajną schedę genową, pozwoli przetrwać i iść jak wojownik do przodu. Życie takie jest. A nie musi takie być, nie musi być opresyjne, pełne bólu. Życie jest tak krótkie, że powinno być cudowne, miłe, piękne, bez bólu i opresji, która powinna iść i idzie zawsze od ciała żywego, czyli od tego, że ulegamy zniszczeniu, jak wszystko. Ale nie niszczmy się sami. Ja się cały czas musiałam ocalać, od początku wiedziałam i czułam, że moim ocaleniem jest książka. Gdy miałam pięć lat, już umiałam czytać. Książka, pisarz to mój największy przyjaciel. Dopiero potem idzie muzyka, natura i co innego. Taka jest moja gradacja. Najpierw słowo pisane i pisarz. To największy przyjaciel człowieka. Masz książkę, nigdy już nie jesteś sam.
Uczestnicy Stacji Literatura niezłomnie wierzą w poezję, w wiersz zrozumiały i niezrozumiały - jak przy muzyce na żywo tworzonej przez Ola Walickiego deklamował Marcin Sendecki. Są wśród nich artyści wdzięcznie w szaleństwie wyrafinowani (jak Robert Rybicki z 'Darem Meneli'), są klasycy potrafiący ciągle zaskoczyć (eklektyczny poemat 'Palamedes' Piotra Matywieckiego), są półmistrzowie (pół, bo jeszcze jednak niestarzy - jak Marta Podgórnik czy Roman Honet), jest i grupa zdolnych młodych (Martyna Buliżańska, Szymon Słomczyński), których nie zniechęca wąski rynek poezji w Polsce. Jedni marzą o debiucie, inni zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że 'po debiucie trudniej niż przed' (tak Matywiecki nazwał prowadzone przez siebie warsztaty).
Kilka dni przed startem Stacji zmarł John Ashbery, jeden z patronów pewnego pokolenia nie tylko polskiej poezji, poświęcono mu zorganizowane spontanicznie specjalne czytanie z udziałem również gości zagranicznych. 5 lat temu czytano na ówczesnym Porcie - zdaje się, w Studiu na Grobli - fragmenty poematów nowojorczyka. W tamtym samym roku tragicznie odszedł Tomasz Pułka, mocno istniejący podczas Stacji przy okazji właśnie wydanego zbioru wierszy. Ale nie śmierć z hasłowej triady tegorocznego festiwalu, nie miłość nawet, lecz życie ma w sobie pojemność nieskończoną. - John Ashbery umarł? Nie sądzę - mówił Kacper Bartczak, tłumacz, autor tomu 'Pokarm suweren'. - Ile jeszcze będzie myśli z tego człowieka?*
No i innych, tych, którzy przystanek Stronie Śląskie traktują może nawet z większym sercem niż przystań Wrocław. Wedle ostatnich zasług.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................
Festiwal Stacja Literatura 22, Stronie Śląskie/Sienna, 7-9.09.2017
*Nie znam przekładu tego wiersza Ashbery'ego, sam nie mam nań czasu (teraz). Wiele z tego, o czym pisze poeta, istnieje w Stacji Literatura: How to Continue
Thursday, August 24, 2017
Marek Krajewski MOCK. LUDZKIE ZOO (Posłuchaj)
Jaka jest nowa powieść o Mocku? Jednym słowem: stylowa. Mamy więc mroczny Breslau i wszystko, czego się po książkach z tej serii spodziewamy. Ale Marek Krajewski potrafi tu też zaskoczyć rysunkiem swego bohatera. Bo dobrze nam znany smakosz życia, owszem, chodzi już do sprzedajnych kobiet, ale ma jeszcze pewne braki jako przyszły koneser rozkoszy ziemskich. Spójrzcie na taki passus: 'Eberhard wielokrotnie czuł w ustach smak alkoholu zarówno wtedy, gdy przyjmował jego spore dawki, jak i wtedy, gdy zwracał. Nawet jeśli by dobrze nie pamiętał, jaki alkohol dominował dnia poprzedniego, mógł rano rozpoznać jego rodzaj po woniach, które dochodziły z jego własnych trzewi. To, co czuł teraz, przesuwając sztywnym drewnianym językiem po szorstkich dziąsłach i po obolałym podniebieniu, nie przypominało mu jednak niczego. Nic dziwnego, jeszcze nigdy wcześniej nie pił whisky'. Jeśli idzie o jadło, również preferuje proste posiłki. W końcu jest rok 1914, a syn wałbrzyskiego szewca ma zaledwie 31 lat. Śledztwo, które tym razem prowadzi, zawiedzie go m.in. do... Afryki. Naprawdę, kolejna znakomita powieść, w sam raz na koniec wakacji i/lub wrocławską jesień. A Autor czyta jej fragment tradycyjnie stylowo:
Thursday, August 3, 2017
PODWÓJNY KOCHANEK (reż. Francois Ozon)
JEDNYM SŁOWEM: SZKODA
Jeśli Francois byłby Quentinem, może bym się i ubawił, ale jest tym samym Ozonem, jednym z najbardziej przecenionych reżyserów w światowym kinie. 'Podwójny kochanek' to ni to, ni owo. Ani satyra na kino klasy C (i literaturę tej klasy), ani dreszczowiec, ani kino, które mówi coś ważnego. To strata czasu (szkoda czasu). Czytam u dystrybutora: Światowa krytyka przyrównała najnowszy film François Ozona do wczesnych filmów Romana Polańskiego, takich jak „Dziecko Rosemary” czy „Wstręt”. Oj... Jeśli już Polański, to raczej z "Frantica". Chociaż... Może jednak światowa krytyka ma rację? Może to niezwykle konsekwentnie zrealizowane dzieło z co prawda obojętnymi aktorami, lecz za to niespotykanie spójne w każdej warstwie? No bo skoro mówimy o bliźniakach, to wszyscy bohaterowie (mieszkający w Paryżu) powinni jeździć samochodami marki Skoda. Nawet biała taksówka spod szpitala to... Skoda.
Ocena (0-6): wymęczona 2.
Subscribe to:
Posts (Atom)




