Monday, June 16, 2014

PATERNOSTER (Wrocławski Teatr Współczesny)


Józio, bohater sztuki Helmuta Kajzara i spektaklu Marka Fiedora pt. PATERNOSTER, powraca do swojego dawno nieodwiedzanego wiejskiego domu i mieszkających tam rodziców. Ojciec wita się z początku niechętnie, ale gdy tylko widzi „tysiąc złotych na drobne wydatki” wpuszcza marnotrawnego syna za próg. Przychodzą znajomi rodziny, pojawiają się przyjaciele Józia, dziś sławnego artysty, kompozytora, który studiował w Londynie, bywa w Paryżu. Wiejskie środowisko ma go za takiego samego gamonia jak oni sami i traktuje podobnie jak kiedyś w czasach sielskiego, anielskiego dzieciństwa pod pasem ojca, twardym protestanckim słowem pastora i stołem, gdzie z koleżanką palili papierosy. Ów abstrakcyjny Paryż, gdzie „koniecznie trzeba zobaczyć wystawę”, z miejsca zostaje przerobiony w „dupę ryżą”, unieważniając wszystkie niby osiągnięcia bohatera w wielkim świecie. A tak w ogóle to okazuje się, że to sen, ten powrót Józia do korzeni.

Nie jest snem spektakl we Współczesnym. Byłem tam, oglądałem prawie dwie godziny, sporą część widowiska przeziewałem, ale też – kronikarsko relacjonuję – słyszałem mocne brawa uśmiechniętych współwidzów. Dobrze, że nikomu nie przyszło do głowy wstać przy owacjach.

Trzeba oddać Markowi Fiedorowi, iż świetnie czuje teatralny czas, układa sceny rytmicznie, każda ma tempo i płynnie przechodzi w kolejną. Na dobrym poziomie występują aktorzy, z – jak zawsze – przekonującym Jerzym Senatorem w roli Józia. Daje się też zauważyć indywidualna i zespołowa praca nad słowem, intonacją, zaśpiewem, co urozmaica aurę spektaklu i dopowiada znaczenia. Ale jak tu tak znakomitego reżysera wychwalać za sprawy podstawowe. Zastanawiam się więc, po co temu doświadczonemu artyście tak oczywisty pomysł na scenografię (prostokąt sceny otoczony przezroczystym woalem). Nazbyt czytelne zaznaczanie rzeczywistości snu może świadczyć o niepewności. Czy aby ten Kajzar naprawdę interesujący dla dzisiejszej publiczności, czy się przebije, czy niegdysiejsze awangardowe śniegi nie stopniały do reszty?

Jak się Państwo już domyślają, na powyższe pytania odpowiadam: nie - nie - tak. Wprawdzie zwarty i zdyscyplinowany aktorsko spektakl Fiedora przywraca pamięć o znaczącej postaci z historii wrocławskiego teatru, lecz nie pobudza do myślenia o świecie teraźniejszym. Biografia Józia jest na poły konkretna, na poły uniwersalna, więc teoretycznie można by się przejrzeć w losie dojrzałego (?) mężczyzny szukającego po latach tożsamościowej bazy, bo przyszedł na to w końcu moment, jak przychodzi w przypadku większości ludzi. Kłopot w tym, że Kajzar to nie Różewicz ani Gombrowicz, nie tej klasy dramaturg albo myśliciel. Słusznie mu zarzucano naśladownictwo. Może teksty późniejsze byłyby odkryciem? Kiedyś awangardowa, teraz archaiczna forma PATERNOSTERA trąci tym szczurem, którego mięsem ojciec chce nakarmić znamienitych gości, to teatr ery minionej, do srebrnej setki Teatru TV, nie na Scenę na Strychu Współczesnego. Nie mógłby Fiedor walnąć między oczy jakimś nowym zygmuntem? Ceni przecież współczesne powieści. 

Nie działa na mnie Kajzar wyciągnięty z lamusa, ale interesuje coś, co składa się – być może – na wrocławski serial teatralny Marka Fiedora. I mam nadzieję, że do trzech razy sztuka, że następnym razem opowieść o mężczyźnie w wieku uświadamiania sobie własnych pogubień, porażek, może i zwycięstw, zapoczątkowana rok temu w sumie udanym ZAMKIEM wg Kafki, dobierze lepszy materiał wyjściowy i dojściowe sposoby prezentacji. Poprawna sztuka o życiośnie jakiegoś Józia z jakiejś PRL-owskiej dekady jest artystycznym krokiem wstecz.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Helmut Kajzar PATERNOSTER, reż. Marek Fiedor, Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu, 15.06.2014      

Sunday, June 8, 2014

TEATR POLSKI - DŁUG, ALE I SUKCES

W Teatrze Polskim we Wrocławiu dzieje się źle czy dobrze? Jest dług ze zobowiązaniami wymagalnymi, jest też mocny repertuar z przebojową nowością, czyli DZIADAMI w reżyserii Michała Zadary na czele. Robić te DZIADY i narażać się na kłopoty finansowe, bo z dotacji nie da się wyżyć, czy nie robić i zamienić czołowy teatr w Polsce w teatr średni, bez takich nazwisk jak Lupa czy Klata na afiszu, bo oni żądają wyższych honorariów? Przed takim dylematem stanął Krzysztof Mieszkowski, szef Polskiego, wybierając Sztukę.

Radosław Mołoń, wicemarszałek województwa dolnośląskiego (to urząd marszałkowski jest organizatorem działalności teatru), mówi jednak: Chwila, a gdzie dyscyplina finansowa? Przyznaje też, że placówka ma za mało pieniędzy na funkcjonowanie, nie waloryzowano dotacji od lat, nawet o wskaźnik inflacji. A koszty rosną, czynsze, energia, także minimalne płace kosztują zarządzających więcej niż kiedyś. Czyli zgoda co do meritum, niezgoda co do detali.

Detalem decydującym są 3 miliony złotych. Tyle, jak oszacował teatr, brakuje do stabilnej działalności: wypłacania zobowiązań wobec ludzi i instytucji, produkowania premier, grania bieżącego repertuaru, utrzymania trzech budynków z trzema scenami (im. Grzegorzewskiego przy ul. Zapolskiej, Kameralną przy Świdnickiej, na Świebodzkim). Czy urząd da te pieniądze – nie wiadomo. Kryzys jeszcze nie minął. Teatr Polski wysłał pisma, nie chcąc oszczędzać jak rok temu, gdy zrezygnowano z zagrania kilkudziesięciu przedstawień. Nie zarobili aktorzy, którym płaci się – obok niewielkiej stałej etatowej pensji – za występy. Dług zmalał do 50 tysięcy. Zatem wyjście awaryjne istnieje, lecz tracą na nim ludzie i ich rodziny.

Co jeszcze można robić? Realizować mniej premier. Sąsiedzki Teatr Muzyczny Capitol (z podobną 10-milionową dotacją) radzi sobie bez zadłużania się, ale z mniejszą liczbą premier na obu scenach na sezon. Taka rzeczywistość i już. I jeszcze jedna możliwość: jeśli Polski nie może obsłużyć trzech budynków z dotacji samorządowej (ministerialną musi wydać wyłącznie na cele artystyczne i edukacyjne), to oddanie Sceny Kameralnej lub Sceny na Świebodzkim właścicielom (odpowiednio miastu i Polskim Kolejom Państwowym) nasuwa się jako jedno z rozwiązań automatycznie. Tylko czy to są dobre rozwiązania? Wiążą się ze zwalnianiem ludzi, zubożeniem oferty kulturalnej. Inny pomysł: zaprosić miasto Wrocław do współfinansowania. Na miejscu teatralnego kuratora Europejskiej Stolicy Kultury sam bym zadzwonił do dyrektora Mieszkowskiego, proponując partycypację w realizacji niezwykłego i odważnego projektu wystawienia całości Mickiewiczowskich DZIADÓW bez skrótów.

Teatr Polski ma dziś świetny zespół aktorski (zbyt liczny nawet na bieżącą liczbę premier, ale świetny), są nagrody na festiwalach (ostatnio dla Bartosza Porczyka i Mariusza Kiljana), zaproszenia na występy gościnne, również zagraniczne. Krzysztof Mieszkowski z dumą mówi, że za jego dyrekcji (8 lat) udało się na tym zarobić 10 milionów. Do Polskiego przychodzi też publiczność (przychody ze sprzedaży biletów tylko w tym roku to milion złotych), DZIADY zobaczy w czerwcu 9-tysięczny widz.
Jednym się podoba, innym mniej, trzecim w ogóle, lecz obojętnie takich sztuk jak KRONOS, COURTNEY LOVE, TERMOPILE POLSKIE czy ZIEMIA OBIECANA oglądać się nie da. Pamiętać warto o działaniach edukacyjnych, o poniedziałkowych cyklach spotkań z artystami, czytań nowych i starych tekstów z darmowym wstępem. Teatr żyje, pobudza dyskusje, zbiera wokół siebie myślącą młodzież, buduje tzw. społeczne relacje, które – być może – zaowocują jakimś lepszym kontaktem międzyludzkim w przyszłości.

No ale wisi dziś także w powietrzu to powracające od czasu do czasu pytanie: Czy dyrektor Mieszkowski poleci, skoro znów robi długi, odszedł zastępca ds. ekonomicznych (Grzegorz Stryjeński) i nie przewiduje się nowego? Nie przepadają za Krzysztofem Mieszkowskim strażnicy finansów, nie w smak jego szefowanie ludziom szukającym w teatrze klasyki klasycznie wystawionej. Ci powtarzają: co szkodzi takiej dużej instytucji zaprezentować raz na rok lub dwa przedstawienie może niemodne, lecz przyjazne wszystkim. Są wołania o HAMLETA w zamku, nie w garderobie, o nowe komedie w stylu hitowego MAYDAY-a czy OKNA NA PARLAMENT, eksploatowanych od lat przy pełnych widowniach. Część aktorów też chciałaby bardziej tradycyjnego repertuaru.

Programowa linia Krzysztofa Mieszkowskiego i jego współpracowników nie trafia do każdego. Dyrekcja Polskiego woli artystyczny ferment od utrwalania skamielin, opowieści złożone zamiast prostych. Nic w tym złego, tym bardziej że taka wizja działa, sądząc po wyróżnieniach, choć – trzeba zaznaczyć – festiwalowa rzeczywistość bywa złudna, bo elitarna. No ale codzienna publiczność w teatrze jest, nietrudno się przekonać.

Łatwo rzucić: Mieszkowski musi odejść, zwłaszcza teraz, gdy do Parlamentu Europejskiego przenosi się protektor dyrektora minister Bogdan Zdrojewski, zespołowi aktorskiemu zaczyna dolegać brak cierpliwości. Natychmiast rusza giełda nazwisk potencjalnych następców, Teatr Polski we Wrocławiu to prestiż, kariera. Lecz także kłopoty. Bo faktem jest niedofinansowanie, co wyraźnie podkreśla i marszałek.

Mieszkowski ma w środowisku pozycję, właśnie został laureatem srebrnej Glorii Artis za zasługi na rzecz kultury. To, że reżyseruje tu Krystian Lupa, Jan Klata, Monika Strzępka, Barbara Wysocka, Michał Zadara, ostatnio też Paweł Miśkiewicz, były szef tego teatru, to jego zasługa. 170 tysięcy złotych dla Lupy za przygotowanie WYCINKI (adaptacja, reżyseria, scenografia, światło) nie uważam za kwotę wygórowaną, to wybitny artysta. 90 tysięcy dla Jana Klaty? Warto. Lepiej mieć na afiszu takie magnesy niż debiutantów lub średniaków.

Trudno również ot tak znaleźć dla Krzysztofa Mieszkowskiego ekwiwalent. Ale i on powinien zrozumieć, że czasem powinien z czegoś zrezygnować, powiedzieć stop. Na tyle premier nas teraz nie stać. Przed uruchomieniem produkcji, przed pójściem w długi zapewnić sobie dodatkowe pieniądze (może strategicznego sponsora jak Opera Wrocławska i Narodowe Forum Muzyki) albo dowiedzieć się, że ich nie dostanie i z żalem przeczekać. Rzeczywiście, w  jednym roku ciężko wydobyć środki i na DZIADY, i na TERMOPILE i WYCINKĘ.

Marszałek Mołoń deklaruje: nie ma pomysłu odwołania dyrektora; widzi więc szansę na kontynuowanie współpracy owocującej w artystyczne sukcesy. Czy tego samego zdania będą pozostali członkowie zarządu i radni województwa, mający własne gusta, sympatie, koalicje, no i słupki przychodów-wydatków przed oczami?
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Sunday, June 1, 2014

Olgierd Świerzewski ZAPACH MIASTA PO BURZY


Na potężne nazwiska wskazuje wydawca książki Olgierda Świerzewskiego. Na czwartej stronie okładki czytamy, że mamy do czynienia z „porywającą historią miłości z upadającym imperium w tle”, że to „wielka historia rodem z Tołstoja, ciemna strona rosyjskiej natury rodem z Dostojewskiego”. Uff, po takiej laudacji nic tylko wziąć głęboki oddech i zabrać się czym prędzej do lektury, przy okazji ćwicząc mięśnie przedramion i sprawność nadgarstków, bo ponad siedemset stronicowa cegła swoje waży.

Fabuła rozciągnięta jest na 30 lat. Zaczynamy w Moskwie 1 czerwca 1979 roku od życzeń, jakie składa matka synowi w Dniu Dziecka. W prezencie Oleg dostaje OBRONĘ NIMZOWITSCHA, książkę na temat szachów, którymi się pasjonuje. W finale znajdziemy się w Londynie w roku 2000, po drodze uczestnicząc w biografiach bohaterów i dziejach zmieniającej się Rosji (autor zadedykował swą powieść pamięci dziadków, urodzonych w Sankt Petersburgu – tam też trafimy).

Główne napięcie tworzy się między dwoma mężczyznami, młodziutkim z początku Olegiem Antonowem i młodym Anatolijem Romancewem, nadziejami rosyjskich szachów. Ich pojedynek sportowy i życiowy ciągnie ambitnie zaplanowaną powieść z bogatym drugim planem, pokaźną geografią (podróżujemy także m.in. do Odessy, Nowego Jorku, Dortmundu, Paryża, Linares, Reykjaviku). Antonow i Romancew przypominają Kasparowa i Karpowa, najsłynniejszych arcymistrzów z Rosji, toczących kiedyś boje, którymi interesował się świat (Olgierd Świerzewski był ich doradcą). Dziś szachy straciły tamten blask, lecz w książce ZAPACH MIASTA PO BURZY świecą nim jeszcze jasno.

Autor poświęca królewskiej grze liczne strony, relacjonując i analizując poszczególne partie i posunięcia. Zbyt detaliczne to opisy na romans, jakim z pewnością ZAPACH... ma być przede wszystkim. Obawiam się, że kobiety jako czytelniczy target nr 1 tej książki, będą przewracać te kartki z d4, e4, Grünfeldem i Caro-Kann. Sam zresztą to robiłem. Z drugiej strony, no, jest to jakiś pomysł, by wojnę w czasach (względnego) pokoju zastąpić sportem tak wyrafinowanym, jak szachy. Miłośnicy partii hiszpańskiej czy obrony sycylijskiej będą może usatysfakcjonowani, choć i pewnie niektórych zdziwi aktywność Roberta Zimmermana (wzorowanego na Bobbym Fischerze) w roku 1979, siedem lat po meczu stulecia Fishera ze Spasskim (jego zastępuje tu Tigran Wartanowicz Gurgenidze – z gruzińskim arcymistrzem Buchutim Gurgenidzem nie mylić).

Na szczęście dla czytelniczek Świerzewski potrafi i tak: „Mgła, która o poranku spowiła budzący się ze snu Wiedeń, nadała miastu romantyczny koloryt”, „O poranku, niebo nad Wolskiem mieniło się przepiękną purpurą, która niczym płomień gorejącej ropy rozlanej na oceanie, płonęła na ciemnobłękitnym sklepieniu nieba”. Hm, podobno gdy jako szesnastolatek autor tych zdań wygrywał konkurs „Szukamy polskiego Szekspira”, usłyszał od Tadeusza Różewicza, że jest ‘młodym Jamesem Joyce’em'. Z pewnością nie jest nim już dziś, kiedy „noc spuściła welon na pełne życia miasto”. Bliżej mu do Janusza Leona Wiśniewskiego niż Lwa Nikołajewicza Tołstoja, również w portretach kobiecych: Tatiany (pięknej aktorki filmowej i teatralnej), Katii (ślicznej fryzjerki z dyplomem uniwersytetu). Gwarantuje to – prawda – bestsellerowe powodzenie, nie zapewni miejsca w historii literatury, mimo próby pokoleniowego szkicu i historycznego tła (Afganistan, zimna wojna, pieriestrojka, pucz Janajewa).

Jednakże nie można odmówić powieści Olgierda Świerzewskiego nie tylko wdzięku (o ambicjach już wspominałem), ale i pewnej siły przyciągającej. Postaci pozostają w głowie, fabułę śledzimy z ciekawością, wyczuwając tam i ówdzie wykoncypowanie, taktyczne triki pisarskie i tanie sztuczki („biały płaszczyk”...), lecz także doceniając dar opowiadania, może i dając się chwilami nawet porwać emocjom. Zupełnie się nie zgadzam z okładkowym blurbem Leszka Bugajskiego („Dawno – a może nigdy – nie czytałem tak potężnego pod każdym względem i odważnego prozatorskiego debiutu”), choć nazwisko Świerzewski warto zapamiętać, bo zachwyty formułowane teraz na wyrost mogą się kiedyś spełnić.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
........................................
Olgierd Świerzewski ZAPACH MIASTA PO BURZY, Wydawnictwo Literackie MUZA, 2014

Sunday, May 25, 2014

Michał Witkowski ZBRODNIARZ I DZIEWCZYNA


Michała Witkowskiego poznałem dziesięć lat temu, przed Wieczorem z Kulturą, do którego go zaprosiłem na rozmowę. Był wtedy tuż po wydaniu LUBIEWA, jeszcze przed Paszportem i tym całym halo wokół jego osoby. Trzeci lub nawet czwarty rok studiów doktoranckich, ale już na korytarzu przed studiem mówił, że raczej doktoratu nie będzie. No i nie ma. Są w zamian kolejne powieści, nagrody, przekłady, wywiady, a z polonistycznej edukacji zostały w twórczości liczne cytaty (tu np. z ROZMOWY MISTRZA POLIKARPA ZE ŚMIERCIĄ) i kreacje (Paula, przyjaciółka-przyjaciel bohatera, zajmuje się zawodowo nauczaniem języka polskiego w szkole średniej). Warto też przypomnieć, że Michał ubierał się wtedy inaczej niż teraz. Tak trochę po męsku... Pamiętam klasyczną skórzaną kurtkę, czarne wąskie spodnie. Zarówno on, jak i ja: kilka kilogramów mniej.

Z Wrocławia Witkowski wyjechał szybko do Warszawy, gdzie się osobowościowo rozkręcał, pisarsko rozwijał w strony bardziej lub mniej ciekawe, salonował. Aż tu nagle dwa lata temu znów widzimy się we Wrocławiu. Mówi, że kupił i urządza mieszkanie, że wraca. Jego DRWALA nominowano właśnie do Angelusa, mocno ściskaliśmy palce, lecz jurorzy wskazali na Miljenkę Jergovicia z Chorwacji. Minęło kilkanaście miesięcy, Michał znów porzucił Wrocław, bo niby jak by tu mógł być up-to-date z produkcjami świata mody, świata, w który chce wejść jako projektant (pod koniec 2014 pierwsza autorska kolekcja Fashion Pathology). Opublikowana właśnie powieść ZBRODNIARZ I DZIEWCZYNA to pozostałość po tym krótkim powrocie pisarza nad Odrę (dzieje się we Wrocławiu i Międzyzdrojach), a także lustro modowych zainteresowań Witkowskiego vel Miss Gizzi.

Ale nie: akcja nie rozgrywa się w środowisku kreatorów, nikt nie zabija modelek na pokazie Paprockiego&Brzozowskiego w Operze Wrocławskiej. Morduje się tu przeważnie chłopaków, bo ZBRODNIARZ I DZIEWCZYNA, zawdzięczająca swój tytuł filmowi Janusza Nasfetera (scenariusz Macieja Słomczyńskiego), to kryminalny romans gejowski. Witkowski bawi się gatunkiem błyskotliwie, podśmiewując się z polskiej mody na kryminały. Nie brakuje prologu, zmian narracyjnego punktu opowiadania, w wątku historycznym (Breslau, Misdroy) prześwietla się nurt retro, zwłaszcza spod brandu Marek Krajewski, czyli skojarzony z krwawym okrucieństwem. Drobiazgowość opisów rozkładających się ciał, sekcji zwłok świadczy o doskonałym autopsyjnym researchu. To oczywiście zawsze było znakiem firmowym twórczości Witkowskiego, tym razem zadziwia ze względu na tak głębokie wejście w temat, w którym autorom babrać się chce zwykle na odległość, jaka dzieli bibliotekę od prosektorium. „Ale co, nieadekwatność i przesada to przecież moje znaki firmowe” – przyznaje bohater książki, zjawiając się rano na komisariacie w stroju i zapachu wieczorowym. To również główne cechy artystycznego pastiszu.

Bohaterem ZBRODNIARZA I DZIEWCZYNY jest sam Michał Michaśka Witkowski, zaangażowany w śledztwo przez penetrującego (tak, tak) jego otoczenie agenta Bartka, zwanego tu Studencikiem („Ten facet to był jeden wielki oksymoron. Niby po trzydziestce, a młodzieńczy jak student”). Z początku umizgi obu pan..ń..ów w wieku pobalzakowskim przypominają pensjonarskie harce, w ironii odnajdując piekielnie pociągający czytelnika dystans. Moment spełnienia zdarza się jednak bez kwiatów dla nobliwej mamusi i pół litra dla statecznego ojczulka. Moment spełnienia to jednak również chwila zabójstwa, zwrot z romansowego ku kryminalnemu kierunkowi, a słowotok zakochanego Michaśki kontemplującego kulturę i popkulturę dostaje okrasę konkretnych zdarzeń śmiertelnych i wywiadowczych. Podczas ich wykonywania przewleczemy się z autorem i jego ukochanym do Międzyzdrojów (pociągiem PKP), spotkamy postaci znane z DRWALA (poprzedniej książki MW), zbliżając się do rozwiązania zagadki. A na koniec znów powita nas zimowy Wrocław 2012, pejzaż ze znanymi miejscami i prawdziwymi ludźmi (Wanda Ziembicka, Krzysztof Mieszkowski).

Różnie bywało w moich kontaktach z prozą Michała Witkowskiego, którego uważam za największy chyba pisarski talent w naszej literaturze, o absolutnym stylistycznym słuchu, wyjątkowo precyzyjnym piórze. Miałem pretensje, że się ten skarb marnuje w rzeczach błahych, środowiskowych, zamiast ocierać się o coś wyższego. Ale wraz ze ZBRODNIARZEM I DZIEWCZYNĄ daję spokój, biorę, co dają. A dają literacki brylant, ociekający wprawdzie brylantyną, lecz jest to towar haute couture, business class, elite look et cetera.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Michał Witkowski ZBRODNIARZ I DZIEWCZYNA, Świat Książki, 2014

Sunday, May 18, 2014

KRÓL DAWID LIVE (Teatr Muzyczny Capitol)

Fot. ze strony www.ppa.art.pl

Mam z najnowszym spektaklem Sambora Dudzińskiego pewien kłopot. Bo KRÓL DAWID LIVE to kawał dobrej i ciężkiej roboty teatralnej, performerskie show wysokiej klasy, a jednak nie mogłem się zmusić do stojących owacji i jako jeden z nielicznych widzów – bijąc brawo – siedziałem na swoim krześle, choć przecież bardzo Sambora cenię i lubię.

KRÓL DAWID LIVE jest czymś w rodzaju drugiego rozdziału opowieści królewskich Sambora Dudzińskiego. Pierwszym był KRÓL DUCH TWÓJ, zrealizowany na Małej Scenie wrocławskiego Capitolu prawie 5 lat temu. Tam również postać wcielała się w aktora na prawach dybuka, a dźwiękowa aura rozbudowywała przestrzeń akcji, wyprowadzając daleko poza ściany teatru i czas trwania przedstawienia. Żałuję, że KRÓL DUCH TWÓJ nie miał dłuższego żywota (teoretycznie ciągle tkwi na afiszu). Z DAWIDEM będzie pewnie inaczej, bo do Capitolu teraz się chodzi, to miejsce modne, sprytnie wylansowane jako centrum „inteligentnej rozrywki” (tak określa swój teatr dyrektor Konrad Imiela). Z akcentem na rozrywkę.

Dudziński wraz z reżyserem Jackiem Bałą sięgnęli po legendarnego Dawida, by opowiedzieć jego historię, ale też zahaczyć o nasze czasy i nasze biografie. Z wdziękiem i niezwykłą pomysłowością jest ten plan realizowany (przynajmniej do jakiejś sześćdziesiątej minuty półtoragodzinnego przedstawienia). Raz słyszymy psalm (w przekładzie Jana Kochanowskiego), raz piosenkę z tekstem współczesnym, nie do końca zresztą wiedząc, kto ją wykonuje: Sambor A.D. 2014 czy akredytowany w ciele Sambora król Izraela. Piszę: akredytowany, bo śpiewa się tu głównie o tzw. wyścigu szczurów, braku czasu dla siebie i swoich pasji, pogoni za pieniądzem, by wychować dzieci, zarobić na starość, a przede wszystkim spłacać raty kredytowe we frankach szwajcarskich. Gdzieś mi umyka w takim ujęciu spójność, ale można sobie z jej niedostatkiem poradzić, obserwując techniczną maestrię Dudzińskiego, który gra na swych słynnych instrumentach hand made, tańczy, zmienia głosy, z tym wyjątkowym błyskiem w oku artysty wolnego, osobnego, ale nie odklejonego od świata.

Show Dudzińskiego i Bały pełne jest atrakcji, biblijne przypowieści okraszone małymi inscenizacjami wymyślonymi z inwencją, wykonanymi z rzemieślniczą pewnością i talentem. Walka Dawida z Goliatem rozgrywa się za pomocą bębna i bębenka, a koncert przechodzi w teatr lalek (Sambor ukończył wydział lalkarski właśnie) i stand-up. Nie trzeba dodawać, z jakim wspaniałym wokalistą mamy do czynienia. Niestety, w ostatnich trzydziestu minutach, kiedy twórcy podganiają prezentację Dawidowego żywota, zaczyna brakować mikroidei na poszczególne fragmenty. Jeszcze po raz kolejny usłyszymy o kredytowym zniewoleniu (ten kolejny raz za wiele), ale Sambor już się nie wychyli spod wpływu Dawida, który panuje niepodzielnie. Do zaoferowania ma mniej niż przedtem. Myślę, że przydałoby się w chwili, gdy gaśnie tempo spektaklu na jednego aktora, dodać Samborowi partnera, a właściwie partnerkę (moment zobaczenia Batszeby wydaje się do tego jedyny), no i chyba lepiej byłoby zdjąć te białe slipy, występując – jak na posągu Michała Anioła – w stroju Dawida albo - jak w Księdze Samuela - w czymś, co przypominałoby lniany efod.

Za perfekcję wykonania, pomysł, za inscenizacyjne błyskotliwości wypadałoby wstać do oklasków, lecz musiałoby się to przedstawienie skończyć po mniej więcej godzinie. Jednakże mimo niedociągnięć, bardzo cieszy wrocławska reaktywacja sceniczna Sambora Dudzińskiego, bo tacy artyści to rzadki skarb, z którym kontakt zawsze jest przeżyciem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
KRÓL DAWID LIVE, scenariusz i reżyseria Jacek Bała, dramaturgia Agnieszka Bała, muzyka i wykonanie Sambor Dudziński, Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień, 16.05.2014, rząd 3, miejsce 12

Monday, May 12, 2014

THE RAT PACK I TERMOPILE POLSKIE, czyli weekend z Imielą i Klatą


Ukazywała się kiedyś taka świetna seria książeczek z cyklu 500 ZAGADEK... Jedno z pytań literackich brzmiało: Czy się spotkali? Mickiewicz i Gogol, Konopnicka z Orzeszkową, Proust z Joyce’em i tak dalej. Może za kilkadziesiąt lat ktoś reanimuje ZAGADKI w formie jakiejś aplikacji i umieści pytanie o spotkaniu Konrada Imieli z Janem Klatą. My wiemy, że się spotkali, w Konradowym Capitolu Jan zrobił spektakl JERRY SPRINGER – THE OPERA. Łączy ich zresztą więcej: obaj są laureatami Wrocławskiej Nagrody Teatralnej (Klata jej zwycięzcą-rekordzistą), dyrektorami teatrów, reżyserami, urodzili się w pierwszej połowie lat 1970. Obaj też zdają sobie sprawę z tego, że sztuka bez publiczności nie ma sensu, więc robią rzeczy atrakcyjne, z większym i mniejszym udziałem muzyki i nierzadko z humorem. Właśnie spędziłem część weekendu z najnowszymi propozycjami Konrada Imieli i Jana Klaty.

THE RAT PACK, CZYLI SINATRA Z KOLEGAMI to quasi-rekonstrukcja występu słynnego tria piosenkarzy, rozpisany na solowe i grupowe numery koncert piosenek ze wstawkami kabaretowymi. Niby wszystko gra: doskonały big-band pod kierownictwem Zbigniewa Czwojdy, wyborne wokalnie chórzystki-solistki (Dzwonkowska, Kalinowska, Wojnarowska), niezły konferansjer (Marek Kocot), przebojowe standardy z zadziwiająco naturalnie brzmiącymi polskimi tekstami Rafała Dziwisza, trzech znakomitych śpiewających aktorów mierzących się z legendą Sammy’ego Davisa Juniora, Deana Martina, Franka Sinatry. Publiczność bije brawo, może nie tak żywiołowo i często jak by wykonawcy chcieli, ale grzechem byłoby narzekać. W sumie udany wieczór, bez wielkich artystycznych ambicji, obliczony na wypełnienie widowni głównej sceny Capitolu (700 miejsc). Ma być lekko, łatwo i przyjemnie. Przyjemnie jest, łatwo się to odbiera, ale do lekkości oryginału wrocławskiej przeróbce daleko.

Maciej Maciejewski urzeka nie tylko panie jako wiecznie podpity Dean Martin, śpiewa bezbłędnie, lecz ogranicza go gorset pierwowzorowego gestu i ruchu, nie słychać w nisko trzymanym głosie croonerowego swingu. Ucharakteryzowany na Davisa Juniora Konrad Imiela sprawdza się oczywiście, pokazuje sprawność także fizyczną, mógłby z ogromnym powodzeniem wystąpić w programie TWOJA TWARZ BRZMI ZNAJOMO. Widać, jaką radość sprawia mu ta rola, lecz nad ziemią się nie unosi jak MR. BOJANGLES. Najciekawszy głosowo wydał mi się tym razem Błażej Wójcik, znakomity w FLY ME TO THE MOON, za miękki – niestety – w MY WAY. Warto by dopracować aktorską obecność na scenie, bo na jednym geście ręką i sztucznawym śmiechu trudno zbudować pełnokrwistego Franka Sinatrę. Inscenizacyjny pomysł Konrada Imieli-reżysera, by od czasu do czasu zatrzymywać czas i wciskać przypisy do postaci, ma sens, trzeba jednak znaleźć do tego odpowiednie momenty, a gaszenie entuzjazmu widzów po paru taktach NEW YORK, NEW YORK to nie trafienie, lecz zatopienie.

TERMOPILOM POLSKIM dolega podobny problem, co SZCZURZEJ PACZCE. Oglądałem spektakl Klaty bez fascynacji, z poczuciem trochę zawiedzionych oczekiwań. Już po godzinie byłem i podmęczony (niczego nowego etycznie i estetycznie nie doświadczyłem) i podrażniony (dźwiękowym hałasem podbitych i nie zawsze przez to zrozumiałych tekstów). Od pierwszej sceny, której poprowadzenie reżyser powierzył dziecku (Józef Chorosiński), dostajemy czytelny sygnał. Że zamierzone amatorstwo będzie znaczące, skoro prowizorka narodowych spraw polskich trwa. Dlatego pojawią się po kilkudziesięciu minutach panowie od technicznej obsługi jako Amerykanie, dopisując kolejną kartę do historii takich zabiegów na deskach Teatru Polskiego. No właśnie: to wrażenie deja vu towarzyszyło mi przez całe przedstawienie. Przecież ja to już widziałem.

Jan Klata wzbraniał się przed porównywaniem TERMOPIL do SPRAWY DANTONA, jednej z poprzednich swoich wrocławskich realizacji, ale ubogo-tymczasowo-papierowa rzeczywistość łączy te spektakle wyraźnie. Tam domki z kartonów – tu tekturowe tarcze i gazetowy bikorn księcia. Gimnastyczny koń z plakatu od razu mi się skojarzył z TROILUSEM I KRESYDĄ Babickiego sprzed dwudziestu paru lat z Teatru Wybrzeże. Zestawienie wojny ze sportem – było, nie raz. Kabaretowy ton dialogów może nawet i trafnym jest wyborem, biorąc pod uwagę młodopolszczyznę autora Micińskiego, ale w efekcie TERMOPILE stają się SZAJBĄ, innym tutejszym przedstawieniem Klaty. Odrobina grozy towarzyszy scenom z Bartoszem Porczykiem i Wojciechem Ziemiańskim (treścią stosunki polsko-rosyjskie). Mimo iż wizualnie Porczyk śmieszy w stroju trenera z klubu fitness, siła aktorstwa obu panów działa niezmiennie. Tak samo pociąga caryca wrocławskiego teatru Halina Rasiakówna jako Katarzyna, zainteresowana przede wszystkim erotycznym zabijaniem czasu.

Nawiązań do sytuacji aktualnej, do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i unijno-polskiej w nim roli, nie brakuje. Stanisław August ustami Ziemiańskiego, na kolanach – a raczej na leżąco – krzyczy: Co na to świat, co na to Europa? Nic, rzecz jasna. Nie zostaje wiele także po obejrzeniu do końca TERMOPIL POLSKICH, choć – kto wie – gdyby pokazać ten spektakl w Krakowie, prawicowe skrzydło widowni Starego Teatru, mogłoby zrobić zadymę i ujawniłaby się moc tej inscenizacji. Za prześmiewczą fasadą trudno odkryć granat, bo nie ma tu – jak w SPRAWIE DANTONA na przykład – sporu, nie ma ognia i tytułowej ofiarności. Główna postać – książę Józef Poniatowski (Wiesław Cichy) nie wychodzi z roli żołnierzyka. Co ciekawe, widzowie zamiast uczestniczyć w tej zabawie śmiechem, jedynie obserwują, regulując co chwil kilka pozycję w fotelu. Owszem, artyści się starają. Ma energię Marian Czerski jako feldmarszałek Suworow, imponuje Marcin Pempuś finałowym monologiem, cieszy występ Edwina Petrykata (Kamienskij), za scenografię Justynę Łagowską pochwalić trzeba. Nie ma jednak duszy ten spektakl Jana Klaty, owa dusza jest widmem, iluzją, duchem, snującą się po scenie Witą (Janka Woźnicka), a nie prawdą, o której w wygodach współczesnego życia zapomnieliśmy. Takie przedstawienie jak TERMOPILE POLSKIE powinno potrząsnąć, pobudzić, zainspirować, tymczasem męczy.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
THE RAT PACK, CZYLI SINATRA I PRZYJACIELE (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 9.05.2014), TERMOPILE POLSKIE (Teatr Polski we Wrocławiu, 11.05.2014)

Tuesday, May 6, 2014

Marcin Wroński HAITI


Komisarz Zyga Maciejewski powraca jako dozorca hipodromu w erze stalinowskiej - gdyby taki slogan pojawił się na plakatach promujących najnowszą książkę Marcina Wrońskiego, konia z kulawą nogą trzeba by specjalnym cukrem zachęcać, by pokłusował do księgarni. Dlatego cieciowanie byłego gliniarza, szefa wydziału zabójstw komendy powiatowej w Lublinie, zestawił autor ze śledztwem prowadzonym przez Zygę w lipcu 1938. W obu planach czasowych oprócz komisarza spotykamy przodownika Fałniewicza (którego intymną tajemnicę przy okazji odkrywamy) i tytułową Haiti, czyli klacz wyścigową, pochodzącą ze stajni księcia Czetwertyńskiego (który jest postacią wziętą z przedwojennej rzeczywistości). W autorskim posłowiu przeczytamy na dodatek, że Wroński zamierzał tym razem napisać trzymający się gatunku po prostu kryminał, lecz zagłębiając się w realia przeszłości znów się dał wciągnąć w ich wir. No i w efekcie znowu wyszedł lubelskiemu pisarzowi thriller historyczny. Tym razem konny.

Podczas wyścigów w boksie Haiti zostaje znaleziony trup mężczyzny. Z pozoru wygląda na ofiarę końskich nerwów, ale Maciejewski węszy nieco inne powody nagłej śmierci bezimiennego. I - jak zwykle - ma rację. W śledztwie pomagają mu i przeszkadzają znane z poprzednich części lubelskiej serii retrokryminałów osoby, zarówno niewysoki tajniak Zielny - erotoman niegawędziarz, jak i wyjątkowo Zydze nieżyczliwy patolog doktor Krępiel. Et cetera. Jak przystało na przemyślany, z talentem skrojony cykl, gdzie wszystko gra i działa jak w szwajcarskim chronometrze, wszystkie elementy, za które czytelnik polubił wcześniejsze powieści Wrońskiego wracają. Soczyste opisy, celne komentarze, wrażliwe na charakterologiczno-stylistyczne odmiany dialogi, no i temperament głównego bohatera.

Maciejewski to typ raczej niesympatyczny, mocno niechlujny, bardzo niedoskonały i mimo to pociągający, prawdziwy motor literacki, o dużej pojemności. Trzymając się konnej nomenklatury powinienem powiedzieć: ogier krwi pełnej (tu prawie wierny swojej narzeczonej pielęgniarce Róży, jak pamiętamy, wyratowanej z nałogu morfinistki, dziś ponętnej i niekoniecznie tylko Zygmuntowi oddanej). Może ktoś kiedyś wpadnie na pomysł (i skutecznie go zrealizuje, sakwą lub przekąską przekonując obu znających się i niestroniących od siebie autorów, że warto), by w jakiejś na przykład filmowej (a może i literackiej) sytuacji skojarzyć Maciejewskiego z Popielskim i Mockiem (od Marka Krajewskiego). Osiągnęliby panowie natychmiast niemal idealne porozumienie - niemal, bo nie wiem, co Edward z Eberhardem poczęliby z estetyczną dezynwolturą Zygmunta.

Podobieństwa między Krajewskim a Wrońskim rzucają się w oczy także w HAITI. Obaj - jako filologowie - dbają o styl, obaj są przywiązani do detalu, widać, że kwerendy biblioteczne uwielbiają, plotą swe intrygi w różnorodnych środowiskach i podobnych czasach, ze swadą, językowym kolorytem malują portrety ludzi i miejsc, kochają epizodyczne wycieczki. Dobrze również wiedzą, iż wyborowo zaprezentowanemu glinie potrzeba godnego przestępcy jako przeciwnika. W powieści niniejszej chodzi o honor i zemstę w jednym, a zły okazuje się nie taki czarny. Jeśli natomiast znajdzie się na drodze Maciejewskiego ktoś czysty i dobry (jak ksiądz Popiel), dla dobra śledztwa Zyga gotów popełnić świństwo, resztkami sumienia czując swą winę. Jedyne fragmenty HAITI godne pominięcia w czytaniu to otwierające każdy rozdział litanie wydarzeń dziejących się w miastach Polski i świata. Nic książce nie dają, opóźniając kontakt z atrakcyjnie i drobiazgowo obmyśloną fabułą i jej bohaterami.

Marcin Wroński to rekordzista pod względem nominacji do Nagrody Wielkiego Kalibru, rok temu otrzymał na pocieszenie laur czytelników. Coś mi jednak mówi, że albo za najnowszą, albo za poprzednią powieść (POGROM JUŻ WE WTOREK) wreszcie się najwyższego literacko-kryminalnego wyróżnienia doczeka.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Marcin Wroński HAITI, W.A.B., 2014