Tuesday, January 8, 2013

APOGEA I KURIOZA 2012, cz.I

10 zadziwień, 10 rozczarowań, bez numerów porządkowych. To jak zwykle przegląd bardzo osobisty, niekompletny, wrocławski, ale jednak... A że miejsc jest po 10, wiadomo, iż nie wszyscy się zmieścili.

APOGEUM 2012

Ewa Skibińska. To jedna z najważniejszych, bo najbardziej twórczych, gotowych na wszystko, a przy tym zachowujących zdrowy rozsądek życiowy artystek polskiego teatru. Jej Dora ze spektaklu HANS, DORA I WILK w Teatrze Polskim to postać z pogranicza postaci i aktorki, która ją gra, z pogranicza epok, ktoś, kto fascynuje i bawi, daje do myślenia, przynosi ukojenie. Wielka rola! To czas Skibińskiej. A że jej nie zauważono w teatralnych rankingach 2012, to Kuriozum przez wielkie K.
    
Justyna Szafran (jako Matka w JA, PIOTR RIVIERE...) oraz JA, PIOTR RIVIERE... w Teatrze Muzycznym Capitol). Spektakl-marzenie w reżyserii Agaty Dudy-Gracz. Pisałem już po premierze, że tkwi w nim „wielka inscenizacyjna siła, przypominająca najlepsze chwile polskiego teatru”. Kilka osób się uśmiechało dziwnie, słysząc moje słowa, a jeden z sympatycznych znawców polskiego teatru rzucił, że dla niego miejscami nudnawe. Ja obstaję przy swoim. Mamy do czynienia z przedstawieniem wspaniałym, do zanotowania w tzw. annałach. A rola Justyny Szafran, ciągle przecudnie się rozwijającej z aktorki śpiewającej w aktorkę-aktorkę naprawdę niezwykła. Niby prosta baba z francuskiej wsi, a w wykonaniu Szafran dużo, dużo więcej. I subtelniej.   

Sebastian Majewski. Reżyser ŚWIADECTW WZLOTU I UPADKU ANTKA KOCHANKA oraz były już szef artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Dzięki niemu grupa studentów wrocławskiej PWST zagrała nie spektakl dyplomowy, lecz coś, co będzie ich wizytówką i zostanie w biografii na zawsze. Majewski jako reżyser i autor tekstu o meandrach polskiej historii (i jej recepcji) dał tej grupie szansę, a młodzież wykorzystała ją absolutnie. Z takim graniem, takim spektaklem można spokojnie pokazać się na każdym festiwalu, każdej zawodowej scenie, co się stało właśnie w Wałbrzychu, gdzie ANTEK KOCHANEK wszedł na stały afisz, podróżując przy tym jako jedno z przedstawień rewelacyjnego i niezbędnego projektu Teatr Polska, w ramach którego prezentowano spektakle w małych miejscowościach, pozbawionych stałej sceny. 

Jan Klata. Niezmiennie w formie. Wraz z Sebastianem Majewskim obejmują od stycznia Stary Teatr w Krakowie i musi być rewolucja. We Wrocławiu Klata pokazał dwie rzeczy dla siebie niekoniecznie oczywiste, czyli Szekspirowskiego TYTUSA ANDRONIKUSA w dwujęzycznej koprodukcji z Niemcami oraz polską wersję Westendowego przeboju JERRY SPRINGER – THE OPERA. No i wygrał dwa razy. Może nie tak spektakularnie jak mu się to w życiu zdarzało, ale, jak mówią sprawozdawcy sportowi, bezapelacyjnie. Klata potrafi być poetycki, co pokazał TYTUS, i rozrywkowy, czego dowiódł JERRY. Jaki jeszcze potrafi być Jan Klata? Oto jest pytanie na 2013 i kolejne lata.

TO I OWO, czyli nowy Tadeusz Różewicz. Swoją najnowszą książką Wielki Mistrz kontynuuje pełną ironii i autoironii konwencję KUP KOTA W WORKU, tyle że lepiej. Nie miksuje wierszy świetlnie od siebie stylistycznie oddalonych, nie udaje Greka. Nawet w dowcipie bywa głęboki, jak przy okazji ławeczkowego testamentu, czyli serii poleceń, czego na ławce z jego rzeźbą robić się nie powinno. Może to ja dojrzałem do Różewiczowskich humorów, może w TO I OWO lepiej to wszystko skonstruowane, ułożone, może po prostu ciekawsze. No i prawie pozbawione wierszy z szuflady. Prawie, bo ten o relacji z Miłoszem mógłby nie wychylić wersu z zamknięcia. ‘Godzi się bowiem / „klasykowi” (mistrzu, mistrzu) / wysłać do redakcji / cały wiersz / porażający / a nie jakiś / głodny kawałek”.   

Marzena Diakun. Dziewczyna (tak, dziewczyna), przed którą przyszłość, o jakiej dziś pewnie się muzykologom nie śni. Zdobyła II nagrodę w prestiżowym konkursie dyrygenckim im. Fitelberga i zaczyna podboje. Lubi prowadzić orkiestrę bez rozłożonej partytury, ale nie na pokaz, lecz wtedy, gdy jest pewna każdej nuty. Ma charyzmę i delikatność, poczucie humoru i stanowczość, tzw. męski dryl i tzw. kobiecy wdzięk. W marcu wystąpi w Filharmonii Wrocławskiej, dyrygując najprawdopodobniej utworami Sibeliusa. Rezerwujcie bilety, za kilka lat wejściówka na jej koncert może być nieosiągalna.

Galeria Sztuki Europejskiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Tych pięć czy sześć sal wygospodarowanych na II piętrze to pełna cudów podróż w czasie. Przekracza się próg galerii i wędruje od późnego średniowiecza do początków XX wieku, za przewodników mając wybitnych malarzy i ich wyjątkowe bez wyjątku dzieła. Jedyny istniejący w polskich kolekcjach obraz Wasyla Kandinsky'ego oraz ponad 200 innych dzieł, m.in. Pietera Brueghela Młodszego czy Giovanniego Santi (ojca Rafaela). Nieograne na arenie sztuki obrazy z artystycznej ekstraklasy.

Muzeum Współczesne. Konsekwencja, godna podziwu aktywność i pomysł na ważne wrocławskie miejsce, do którego zaprasza arcydzieło Stanisława Dróżdża (BYŁO, JEST, BĘDZIE), to najpoważniejsze atuty ekipy pod wodzą Doroty Monkiewicz. Niemal codziennie w bunkrze przy Placu Strzegomskim dzieje się coś, na co warto zwrócić uwagę. Nie tylko wystawy, choć w roku 2012 przebojami były właśnie one: GDZIE JEST PERMAFO?, PEŁNIA SZTUCZNA, a przede wszystkim  MIT I MELANCHOLIA. To niepowtarzalne okazje do spotkania z najnowszą polską sztuką, z której większa część z pewnością przejdzie do historii, ale, co ważniejsze, mówi o naszym teraz.  

Helios Nowe Horyzonty. Śmiały plan Romana Gutka, by do przestrzeni skojarzonej z symbolem komercji i masowości, czyli do multipleksu, wprowadzić na stałe repertuar ambitny, często niszowy, niehollywoodzki. Bez popcornu (niestety, nie bez reklam) można o dowolnej porze, obejrzeć na ekranie kino dotąd dostępne jedynie na festiwalach, i to przy dużym szczęściu i niezłym refleksie w grze zwanej rezerwacją wejściówek. Dla kogoś, kto nie daje rady boksofisowym kitom, ale też dla tych, co wyrośli z Almodovara i znudzili się Woodym Allenem, Nowe Horyzonty wydają się propozycją idealną. Żeby tylko znaleźć na nie należny im czas w nowym roku!

Filharmonia Wrocławska. Przyznaję, że z graniczną niecierpliwością czekam na Narodowe Forum Muzyki, bo Sali Filharmonii Wrocławskiej nie lubię. Choruję tu na klaustrofobię, więc rzadko bywam.  Na szczęście instytucja, kierowana przez człowieka-wizjonera, Andrzeja Kosendiaka, wydaje też płyty. Coraz więcej i ciągle znakomite. Trudno się nie zachwycić siłą ELIASZA Mendelssohna pod dyrekcją Paula McCreesha, nie zaciekawić dorobkiem mniej znanego Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego, nie sposób oderwać się od Mozartowskich arii w wykonaniu Olgi Pasiecznik i jedynej w Polsce orkiestry grającej na instrumentach z epoki, czyli Wrocławskiej Orkiestry Barokowej. Jest jeszcze  Chór Filharmonii Wrocławskiej w nagraniu z Bobem Chilcottem czy Vivaldi i Piazzola w wersji orkiestry Leopoldinum i Christiana Danowicza. A na nowy rok morze kolejnych zapowiedzi.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

APOGEA I KURIOZA 2012, cz.II

KURIOZUM 2012

Budowa NFM. Narodowe Forum Muzyki miało być gotowe (otwarte) właśnie w 2013 roku. Nie wyszło, bo coś tam, coś tam, czyli nie przyłożył się ani projektant, ani wykonawca, a i nadzorca okazał się amatorem. Kolejny plan to 2014, a może i 2015 rok. To i tak lepiej niż tzw. Scena Letnia Opery Wrocławskiej, która miała być usytuowana obok forum. Tej nie będzie w ogóle, przynajmniej nie do końca dekady. Tym razem zawinił kryzys.

Nominacja do nominacji do Oscara dla 80 MILIONÓW. Od lat nie potrafimy sprecyzować jasnych kryteriów w sprawie wysyłania polskich filmów do rywalizacji o najsławniejszą filmową nagrodę świata. Wprawdzie Oscar obcojęzyczny to margines ceremonii, ale jednak. 80 MILIONÓW w reż. Waldemara Krzystka to kino fajne i tyle. Zdecydowanie nie na tyle, by choć marzyć o powalczenie np. z kandydującą w tym roku MIŁOŚCIĄ Hanekego. A przy tym znów poszła w świat wiadomość, że my tylko historią potrafimy żyć w tym dziwnym kraju nad Wisłą. 

Zaproszenie i występ Czesława Mozila podczas gali Wrocławskich Nagród: Muzycznej i Teatralnej. Ani to było odważne, ani pomysłowe, ani artystycznie interesujące. Mówię o występie, lecz przede wszystkim o pomyśle, by zaprosić kabaretowego Mozila do zabawienia (?) publiczności akurat tego wieczoru. Na sali laureaci, nominowani, ludzie, którym sen z powiek spędza to, jak się nie dać popkulturalnie spłaszczyć, jak wykombinować Sztukę, a na scenie błazenek. Mozil na gali to nie był pomysł, tylko policzek wymierzony wrocławskiej kulturze. Prezydent Dutkiewicz zmył się z tego popisu (zbieżność frazy przypadkowa) szybciutko. I słusznie. Mam nadzieję, że przy okazji zrugał setnie inicjatora takiego kuriozum nad kuriozami.

Zawirowania wokół Europejskiej Stolicy Kultury i dyrekcji Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Gołębie turkotały, że prezydent się wkurzył na Adama Chmielewskiego, który wyprowadził Wrocław na kulturalną stołeczność 2016, za pewien wywiad i zbytnią pewność siebie. A przecież gwiazdor może być tylko jeden. No i Chmielewski musiał odejść, przyszedł Krzysztof Czyżewski, człowiek sensowny, zaczynający właśnie programową robotę. Jednakże styl rozstawania się z dyrektorami podległych miastu jednostek nie ma nic wspólnego ze stylowością. W podobnie niesmaczny sposób dziękowano Annie Wołek, szefowej Impartu, oraz Krystynie Meissner, szefowej Współczesnego.   

Mołoń kontra Mieszkowski. Ta potyczka też chluby władzy nie przynosi. Najpierw marszałek Radosław Mołoń zobaczył teatralne długi, a może i słuchał doradców, którzy radzili, by skarcił niesfornych, ciągle wyciągających rękę po kasę artystów. Pomyślał więc marszałek o tym, by teatrami zajęli się, obok artystów, menedżerowie. Sensownie pomyślał, tyle że arbitralnie. Bo teatr nie fabryka, a poza tym w teatrach funkcjonują przecież dyrektorzy finansowi. Jeśli kiepscy, to ich zmieńmy, po co takie wielkie halo? Dyrektor Teatru Polskiego Krzysztof Mieszkowski się odciął satyrycznym spektaklem (niezłym), zmobilizował środowisko (nie tylko wrocławskie, bo i nie tylko tutaj biznesowe pomysły na teatry się pojawiły). No i chyba się dogadano. Tylko jak nazwać trzymanie w niepewności człowieka i teatr do samego końca, do ostatnich dni? Rewanżem?*   

III Festiwal Opery Współczesnej. Sama impreza szlachetnie pomyślana, choć przesadnie kryzysowo. Nie wolno nie przygotować polskich napisów do amerykańskiej i czeskiej opery prezentowanych podczas festiwalu. Cała para idzie w piękny sufit gmachu przy Świdnickiej, a zlekceważone ewentualne przeżycia widzów się w tej parze przykro ulatniają.

Angelus, czyli Nagroda Literacka Europy Środkowej. Był pewien przełom, bo jurorzy się sprawili i wytypowali wreszcie więcej książek nie tak wprost historycznych. Ale przeniesienie gali z grudnia na październik na razie nie wypaliło. Odbyło się zbyt chaotycznie i w efekcie zabrakło pomysłu. Nie sprawdzono terminu (w tym czasie we Wrocławiu odbywały się dwie inne gale), nie zadbano o promocje spotkań z pisarzami. Nagroda, która miała się stać ważnym laurem w skali polskiej, europejskiej, ciągle raczkuje. Po siedmiu latach od pierwszej edycji!  

Książka Olgi Tokarczuk „Moment niedźwiedzia”. Literatura zna tysiące, miliony może, podobnych przypadków, czyli publikacji niepotrzebnych, makulaturowych zapisków nawet wielkich autorów. Dołączyła do tej praktyki także świetna zazwyczaj Tokarczuk. To, co się sprawdza w gazecie, często nie sprawdza się w tomie. Chyba że dzieł zebranych.

Świat Miejscem Prawdy nr 2. Kiedy 3 lata temu festiwal organizowany przez Instytut im. Grotowskiego debiutował, wydawało się, że jeśli nie będzie to jednorazowa impreza, będziemy mieli kolejny po Dialogu przegląd światowego teatru na światowym poziomie. Nic podobnego. Druga edycja pokazała, że festiwal idzie w kierunku teatru eksperymentalno-laboratoryjnego, niewiele dziś dającego widzom, chociaż zapewne pożytecznego dla twórców. Tylko nie chce się tego oglądać. 

Długi teatrów. Pisałem powyżej o sprawie dwóch panów M, czyli Mołonia i Mieszkowskiego, ale to nie jedynie ich sprawa. Bo długi dolnośląskich teatrów, publicznych instytucji kultury, są faktem. Milionowe zobowiązania Współczesnego, trochę mniejsze Polskiego muszą martwić, bo mimo wszystko, mimo niedofinansowania działalności, zwiększających się kosztów, mam wrażenie, że można ich uniknąć. Każdy z nas w czasach trudniejszych inaczej gospodaruje domowym budżetem niż w chwili finansowo pomyślniejszej. Tyle mam, tyle musi mi wystarczyć – są przykłady instytucji, które tak właśnie podchodzą do życia w kryzysie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

*Krzysztof Mieszkowski do dziś nie ma umowy.

Sunday, December 30, 2012

ŻYCZENIA

Niebawem pojawi się tu zestawienie APOGEÓW I KURIOZÓW 2012 roku, a tymczasem kilka kadrów z Wrocławia z noworocznymi życzeniami wszelkiej pomyślności dla wszystkich stałych i sporadycznych Czytelników.



      
        ul. Purkyniego, wiosna


         z tablicy ogłoszeń w windzie na Krzykach

Tuesday, December 18, 2012

PAJACE (Opera Wrocławska)



Przez pierwsze 80 minut najnowszej premierowej propozycji Opery Wrocławskiej z niedowierzaniem pytałem siebie w myślach: gdzie się podział inscenizacyjny rozmach Waldemara Zawodzińskiego? Na scenie bowiem działo się niewiele, a do teatru operowego przychodzi się jednak nie po, by tylko posłuchać muzyki. Ten ponadgodzinny seans scenicznego nudziarstwa w naprawdę starym stylu skłania do wniosku ostatecznego: by wreszcie rozwieść Mascaniego z Leoncavallem, bo taki mariaż wyraźnie odbywa się kosztem PAJACÓW. Uroczą, swoją drogą, muzykę z RYCERSKOŚCI WIEŚNIACZEJ zostawiłbym wyłącznie do popisów koncertowo-recitalowych, chyba że reżyser miałby na nią pomysł.

Ewa Michnik mówiła mi o niedawnej realizacji niemieckiej, gdy PAJACOM towarzyszyła opera współczesna. Z kolei Michigan Opera Theatre z Detroit wystawił w tym roku dzieło Leoncavalla jako tytuł odrębny, wcielając w fabułę początku II aktu sekwencję baletową, opartą na muzyce z ZAZY, innej opery tego kompozytora. We Wrocławiu nie zdecydowano się na któryś z podobnych kierunków, szkoda. Może dyrektor Ewa Michnik miała nadzieję, iż taki macher jak Zawodziński znajdzie sposób i na tę ramotę o tym, jak obie kochają jego, jedna jest zazdrosna, cierpi i mści się rękami męża tamtej, która jej go odebrała. Przykro patrzeć na męczarnie pięknie śpiewającej Aleksandry Makowskiej (Santuzza), zasupłanej w zestaw gestów męczenniczych. Od otwierającego niby-erotycznego duetu Loli i Turiddu po zabawną w swej nieporadnej śmieszności scenę błogosławieństwa matki daje się odczuć sztuczność scenicznych sytuacji, niewypełnionych ani atrakcyjną treścią, ani choćby inscenizacyjnym trikiem. Deseczka udaje siodło, by śpiewak mógł na chwil parę stanąć na grzbiecie nieprawdziwego rumaka, tancerze pchają pięć drzewek na kółkach, by zrobić plener. O zaznaczenie umowności pewnie reżyserowi chodziło, ale nie wyszło, bo akcentów jest za mało i brakuje im inwencji. Wysiłki znakomitych wokalistów (Anny Bernackiej, Jacka Jaskuły, wspomnianej Makowskiej i przede wszystkim mocno śpiewającego Kamena Chanewa, bardzo dobrze brzmiącej orkiestry oraz chóru) idą w gwizdek, lecz, z drugiej strony, jedynie dzięki nim nie słychać gwizdów.

Za to po przerwie, już od prologu Tonia vel Taddea (zasłużenie przyjmowany owacjami Mariusz Godlewski) widać zmianę. Nie bez powodu Leoncavalla uważano za świetnego librecistę. Tekst (i treść) PAJACÓW ciągle żyje, fabularnie i intelektualnie zaciekawia, a nawet wzrusza. Do miłosnego trójkąta (czworokąta) włoski mistrz dodał problem artysty, który mimo prywatnego życiowego dramatu musi komedię odegrać. Łatwo to przenieść na codzienne życie widzów. Wszyscy jesteśmy komediantami, rzadko ściągamy maski, zrzucamy fasadowy kostium. Doskonale pokazuje to i wspaniale wyśpiewuje Nikolay Dorozhkin (Canio). Można powiedzieć, że aria Pajaca (Vesti la giubba) to samograj, ale tak naprawdę niełatwo wykonać przebój znany wszystkim na przykład z wersji Pavarottiego. Uwielbianemu przez zwłaszcza żeńską publiczność Godlewskiemu Dorozhkin dotrzymuje dramatycznego kroku, jeśli z nim tym razem nie wygrywa.  Wszechstronnym talentem pobłyskują Łukasz Gaj (Beppo) i Michał Kowalik (Silvio), a Anna Lichorowicz przechodzi siebie w spełnianiu akrobatyczno-choreograficznych życzeń Janiny Niesobskiej, nie wspominając o głosowej i aktorskiej urodzie jej Neddy. W PAJACACH wreszcie odnajdujemy scenograficzno-inscenizacyjny szlif Zawodzińskiego, kostiumową wyobraźnię Małgorzaty Słoniowskiej, a po opadnięciu kurtyny, kiedy commedia e finita - jak to się mówi - dłonie same składają się do oklasków.

Gdy przenikały się światy, realny i sceniczny, w rytm nut i słów Leoncavalla, przypominałem sobie, jak po niełatwym ustaleniu dogodnego dla nas obu terminu, umówieni z Waldemarem Zawodzińskim na sobotę 10 kwietnia 2010 roku, zdecydowaliśmy, że wywiadu nie odwołamy. Mimo wszystko. W tamtym smoleńskim czasie nie grano wprawdzie spektakli, ale artyści próbowali (BORYSA GODUNOWA), dziennikarze nagrywali nie tylko rozmowy o tragedii, bo, owszem, trudno Pajacowi w żałobie wyjść do widzów i zapewniać im rozrywkę, lecz i tak jest, że praca w radzeniu sobie z żałobą pomaga. Często nawet chciałoby się na scenie pozostać dłużej, aby do pustego domu, niewiernej żony, zwyczajności życia nie wracać.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………..
Pietro Mascagni RYCERSKOŚĆ WIEŚNIACZA/ Rugierro Leoncavallo PAJACE, reż. W. Zawodziński, kierownictwo muz. E. Michnik, premiera w Operze Wrocławskiej 15.12.2012
           

Monday, December 10, 2012

Dorota Masłowska KOCHANIE, ZABIŁAM NASZE KOTY




Siedem lat temu Dorota Masłowska wydała z siebie literackiego pawia (PAWIA KRÓLOWEJ), którym zachłysnęli się recenzenci i jurorzy. Smacznego! Różną kuchnię lubią ludzie. KOCHANIE, ZABIŁAM NASZE KOTY, czyli tegoroczna książka najpopularniejszej polskiej autorki przed trzydziestką, to już zaledwie beknięcie. Nie do wykorzystania nawet na przystawkę.

Tym razem bohaterkami są dwie młode kobiety o znajomo brzmiących imionach Farah i Joanne. Mieszkają w jakiejś amerykańskiej metropolii. Farah pracuje w agencji, gdzie przysłuchuje się „dyskusjom o projekcie najnowszej kampanii”, Joanne „w zakładzie fryzjerskim przy metrze przy Bohemian Street, tam przy Chase”. Jest jeszcze poznana na wernisażu rozmonologowana Go (Gosza), której chłopak Chris okazał się gejem. A, i Albert, leczący się psychiatrycznie chłopiec noszący majtki w Lorda Vadera - sąsiad Farah - oraz jej  facet hungarysta zatrudniony w sklepie z armaturą. Oczywiście, Ameryka to także Polska, choć raczej nie Polska, lecz Warszawa. Postaci żyją Twitterem, Facebookiem, czytają magazyn „Yogalife” i poradniki typu ŻYCIE PEŁNE CUDÓW. ZAUWAŻ MAGIĘ ISTNIENIA W 14 DNI. Chodzą też do kina na NAPRAWDĘ SZKLANĄ PUŁAPKĘ 134 lub sequele ŚMIERTELNEJ BIEGUNKI. Satyra na powierzchowność niby-lajfu bardzo jaskrawa, warta opisania na 50 zamiast 155 stronach, ładnych kilka lat temu. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie miała to być książka dla młodzieży.
 
Treść powieści Masłowskiej wydaje się TOTALNIE nieoryginalna, również w momentach kpiny z tzw. nowej sztuki. Co gorsze, głównym obiektem podszytego banalnym moralizatorstwem szyderstwa są zwykłe dziewczyny wplątane w śniadaniowo-telewizyjną narrację typu „urządzamy pokój 6-miesięcznego synka Conrada Moreno” – piszcie i lajkujcie). Po krytyce kultury celebrytów, zawartej  w książce poprzedniej, tutaj obśmiewamy normalsów, a czasem i  hipsterów, w sumie do siebie bliźniaczo podobnych, aspirujących do niemożliwego. „Przyjaźń czy miłość jeszcze tylko to wszystko pogarsza, daje ci złudzenia” – mówi Jo do hungarysty, wykładając niezwykle odkrywczą prawdę. – „Kochasz się z kimś i myślisz już, że będzie tobą razem z tobą, że zlepicie się i będziecie tak zawsze, głowa w głowę, serce w serce, że w wielkim ognisku miłości spalisz tę samotność, ten cały tłuszcz życia, druzgocącą ohydę własnego istnienia! A tymczasem: on tylko wstaje i idzie do łazienki się wysikać, a ty leżysz i patrzysz na zwały cellulitu, które niegdyś były twoimi udami”.

Pojawia się w tej książce sama pisarka, wprowadzająca się z narzeczonym Ernestem do mieszkania obok Farah. Artystka w stanie twórczej niemocy. Coś w tym jest. W odautorsko-wydawniczej notce zapowiadającej Dorota Masłowska wyznaje, że KOCHANIE, ZABIŁAM NASZE KOTY powstawała w bólu, że wyraża zmęczenie „miastami i sobą” oraz „bezustanne zadziwienie kondycją duchową nowego człowieka”. Ów nowy człowiek to ktoś, kto wyrugował z systemu własnych wartości i obszarów zainteresowania „duchowość, religię, politykę, historię”. Otóż, nie wyrugował i nie żyje poza „takimi anachronicznymi, zaśmiardującymi molami kategoriami”, lecz zamienia je na inne od tradycyjnych, szuka jakiegoś nowszego sposobu na świat, który w miejscu nie stoi. Trzeba te ślepe poszukiwania oceniać, analizować, surowym okiem i piórem towarzyszyć swojemu i nieswojemu pokoleniu. Przy okazji powinno się jednak zadbać nie o spójność z serialowym stylem, lecz o Literaturę:Fabułę, Postacie, Język, a przynajmniej emocje. Tę w przezroczystości najnowszej powieści autorki WOJNY POLSKO-RUSKIEJ znaleźć trudno.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Dorota Masłowska KOCHANIE, ZABIŁAM NASZE KOTY, Noir Sur Blanc, 2012
  
      

Monday, December 3, 2012

FILOKTET (Teatr Polski we Wrocławiu)


JAM NA ŚWIEBODZKIM



FILOKTET Barbary Wysockiej, dość wiernie zrealizowany w Teatrze Polskim na podstawie mniej znanej i rzadko grywanej tragedii Sofoklesa, przypomina o KASPARZE sprzed kilku lat. Tamten spektakl, wyreżyserowany przez Wysocką we Współczesnym, zdobył nawet Wrocławską Nagrodę Teatralną. Podobny jest bohater, ktoś, kto dopiero wchodzi w dorosłość (i polityczność życia), nagabywany, namawiany, przeciągany na ciemną stronę etyki. „Przełam się, potem będziemy moralni” – mówi Odys do Neoptolemosa, polecając mu przekonanie Filokteta do wyprawy na Troję. Jeśli uda się sprowadzić tytułową postać przed mury oblężonego miasta, wieloletnia wojna zostanie zakończona, a broniących się zaciekle mieszkańców miasta czeka zagłada.

Od początku tego przedstawienia staje się jasne, że dylemat, chociaż poważny, może i fundamentalny, jest grą. W chowanego, piekło-niebo, w dwa ognie. Styl mówienia i zachowania się aktorów wiele znaczy. Wiesław Cichy (Odys), Adam Szczyszczaj (Neoptolemos), Rafał Kronenberger (Chór) i Marcin Czarnik (Filoktet) prezentują raczej dystans niż emocje, dialogują, wdają się w dyskusje, w agon, ale czuć, że to rzecz na niby, teatr, że tak trzeba, że finał jest przesądzony. Chór-Kronenberger podgrywa na basie, udźwiękowiając kameralne debaty na temat wierności sobie, słuszności sprawy, pełne wątpliwości, rozterek, pragnień i konieczności. Każdy z mężczyzn stosuje właściwe sobie strategie: kłamstwa, szachrajstwa, rozkazu, ataku, obrony, wzbudzania litości i tak dalej. A Neoptolemos spisuje dziennik swojej inicjacji na białym pochyłym kwadracie sceny, tak jak przywołany wcześniej Kaspar uczył się języka. Kiedy tak sobie panowie dżemują na Świebodzkim, widzowi przychodzą do głowy myśli. Przeróżne, od przywoływania osobistych doświadczeń (każdego gdzieś tam ktoś jakoś zdradził, niekoniecznie o świcie) do obsadzania spektaklowych ról na przykład postaciami z życia politycznego. W końcu: „potem będziemy moralni”, po wyborach, gdy dosięgniemy władzy, pokonamy symboliczną Troję. Trzeba się przy tym ubrudzić, uknuć, ułożyć, upodlić, innego wyjścia nie ma. No chyba że bezludna Lemnos, przestrzeń oddalona od centrum, komuś wystarcza. Na to jednak osoby tego spektaklu są za młode, zbyt energiczne i nienasycone.

Wysocka wraz z aktorami tworzy więc napięcia pozorne, proponuje chwilami pasjonujące pojedynki na argumenty, tyle że w aurze marionetkowości. Bardzo to konsekwentne (zbyt konsekwentne) i bardzo w duchu starożytnej mitologii. Człowiek może sobie fikać do woli, lecz w pewnej chwili i tak będzie tak jak chcą bogowie, jak każe przeznaczenie, przepowiedziała wyrocznia. I wtedy o buncie nie ma mowy. Mina Marcina Czarnika po usłyszeniu wyroku doskonale oddaje stan rzeczy, a Wiesław Cichy z głową lwa i tonem Lindy z filmów Pasikowskiego nie pozostawia w tym kabarecie losu żadnych szczelin umożliwiających interpretacyjną ucieczkę. W finale jednak zobaczymy (i usłyszymy) scenę wstrząsającą, podaną nie wprost, i podumamy nad wartościami podstawowymi. I właśnie to, czego w Sofoklesie się nie doczytamy, stanowi o sukcesie FILOKTETA według Wysockiej. Wiele zależy tu od formy aktorów (ich klasa jest niezaprzeczalna), skupienia na słowie. I chociaż na grad nagród tym razem bym nie liczył, to lepiej nie pomijać tego stylowego, klasycznego spektaklu znakomitej reżyserki.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Sofokles FILOKTET, przekład R. Chodkowski, reż. B. Wysocka, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena na Świebodzkim, 30 listopada 2012