Thursday, July 21, 2016

JULIETA i ZAGUBIONA AUTOSTRADA (16 NOWE HORYZONTY)


Dzięki Almodovarowi wielu polskich artystów (i widzów) nauczyło się kiedyś, jak niewiele czasem od kiczu do sztuki. Hiszpański reżyser używał emocji melodramatu obficie w swoich najlepszych filmach i zawsze trafiał w serce, potrafiąc zaintrygować również intelekt. Właściwie jedno i drugie stawało się jednym podczas doświadczania tych więcej niż kilku arcydzieł i dzieł, jakie się Almodovarowi (i widzom) zdarzyły.

Ale najnowsza 'Julieta' tego szlifu już nie ma. Próba zekranizowania kompletnie niepasujących do poetyki Almodovara opowiadań Alice Munro to chyba największa porażka w filmografii Hiszpana (OK - 'Skóra, w której żyję' to mocna konkurencja w tej kategorii). Emocji malutko, fabuła przewidywalna, makabrycznie tym razem dosłowna muzyka towarzysząca niby zwrotom akcji, takie sobie role (wyjątkiem Rossy de Palma i Inma Cuesta). I ta namolna sugestia płynąca z ekranu, żebyśmy może poszukali niuansów w błahej opowieści o matce i córce, winie i karze, losie powtórzonym. Niuanse u Almodovara to my znajdowaliśmy nieraz, ale w powodzi, sztormie, w ogniu nieoczekiwanych wydarzeń, w południowej temperaturze napięć. Tutaj się nudzimy. No dobrze, ja się nudzę. Koleżanka recenzentka stwierdziła, gdy użyłem przymiotnika 'słaby' w odniesieniu do 'Juliety': 'bo nie jesteś kobietą'. Czyżby to rzeczywiście było babskie kino? I czy to komplement?

Ciekawsze od głównego są wątki z tła. Postać rzeźbiarki Avy (co ma symbolizować falliczny bożek jej autorstwa?) znacznie wydaje się ciekawsza od bohaterki tytułowej, bardziej interesująca jest relacja między rodzicami Juliety, niż biografia dziewczyny, która się zakochała w pociągu w pewnym Xoanie, też kochającym, nie do końca wiernym rybaku. Oglądałem ten film, momentami zadając takie pytanie: po co pan, panie Pedro, chce być nasyconym kolorami Bergmanem? To nie pański świat, nie pańskie buty. Zagadnięty pomiędzy seansem a seansem znany polski reżyser, bywalec Nowych Horyzontów, nazwał 'Julietę' nieporozumieniem i szmirą. I coś w tym, niestety, jest. Czytajcie Munro zamiast oglądać Almodovara w tej wersji.

Tak mi się zaczął szesnasty festiwal T Mobile Nowe Horyzonty. Słabo, ale i tak uwielbiam klimat tej imprezy, bezpośredniość, uśmiechy i chęć rozmowy obcych sobie osób połączonych oglądaniem tych samych filmów. Nie ma tego żaden inny wrocławski festiwal.

Po 'Juliecie' pobiegłem na 'Zagubioną autostradę' do NFM-u. O operze na podstawie filmu Lyncha na razie (a może i na zawsze) mam do powiedzenia mało. Muzycznie brzmi intrygująco, co orkiestra pewnie cyzelowana przez Marzenę Diakun oddała idealnie w akustycznym ogrodzie rozkoszy przy Placu Wolności. No ale istnieje płyta i można sobie posłuchać bez wychodzenia z domu (na dobrym sprzęcie efekt podobny). Doskonała była - wokalnie, interpretacyjnie i aktorsko - Barbara Kinga Majewska. To sporo, bo prawdziwy diament, lecz nie przyszedłem na recital. Więcej mi po tym wieczorze nie zostanie w głowie. Przeszarżowane role (szczególnie nieudany Mr Eddie Davida Mossa), nijakie libretto, przeciętne rozwiązania sceniczne, zero niepokoju, jakim tchnął pierwowzór. Jeśli robić z filmu teatr, to sama nowa ścieżka dźwiękowa nie wystarczy. Trzeba dużo, dużo więcej.

Jutro kolejne filmy i - jak to na Horyzontach - ryzyko wyboru. To też uwielbiam.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
---------------------------------
JULIETA, reż. Pedro Almodovar (kino Nowe Horyzonty, sala 1, rząd V, miejsce 9; ZAGUBIONA AUTOSTRADA, reż. Natalia Korczakowska (Narodowe Forum Muzyki, sala główna, rząd VII, miejsce 7; 16 MIędzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty, 21 lipca 2016  

Sunday, May 22, 2016

37 Przegląd Piosenki Aktorskiej


1. Trzonem tegorocznej edycji Przeglądu miały być trzy koncerty specjalne, opowiadające historie wrocławskie. Powiodły się, choć nie w pełni. Po BUDORIGUM zostanie nam - wrocławianom - sporo zabawnych, aluzyjnych anegdot i doskonałych wykonań, ale nie wiem, na jak długo. To było pełne uciechy widowisko, szybko jednak ulatniające swój kabaretowy czar. Nie czepiałbym się, gdyby Formacja Chłopięca Legitymacje występowała częściej, lecz po 11 latach, po przeglądowej gali oczekiwałem trochę więcej. Mimo to daję piątkę.

Najwyżej z całego tryptyku oceniam jednak A. w reżyserii Wiktora Rubina, pomyślane zupełnie inaczej. Muzyka T'ien Lai na dziedzińcu Arsenału zabrzmiała wyjątkowo, a sam koncert celował raczej w naszą wewnętrzną aurę niż w intelekt. Efekt: bardzo nowoczesny, pod skórę wdzierający się zestaw spójnych songów o uniwersalnym wymiarze. Na szóstkę z minusem (bo, niestety, czasem nie było słychać tekstów).

Spektakl kresowo-easternowy (3:10 DO YUMY) miał szansę, aby stać się tą wieńczącą festiwal galą (bo co to za gala, która zaczyna PPA). Ale chyba z powodu szybkości pracy i braku czasu na przygotowania wyszła połówka. Z bardziej lub mniej udanymi występami. Zamiast wzruszającej opowieści rekapitulującej powojenne dzieje miasta i jego napływowych mieszkańców dostaliśmy tej opowieści próbę. Obiecującą, niespełnioną. Z niezrównaną Beatą Fudalej (i potem długo nic). Na czwórkę.

2. Na czwórkę oceniam koncert finałowy z przedwojennymi hitami. Szanuję wizję Natalii Korczakowskiej, by przenieść tamte harmonie w czasie i przestrzeni, ale nie odczułem pod hełmem i kombinezonem scenicznych kosmonautów emocji. Mimo znakomitych aranżacji (Adam Lepka) jakoś te poszczególne propozycje (choć świetnie zaśpiewane) przelatywały przez uszy, a scenograficzno-scenariuszowe spoiwo wyprało też wartość tamtych przebojów może największą: wdzięk.

Za to konkurs aktorskiej interpretacji piosenki mógł się naprawdę podobać. Do tego stopnia, że my, dziennikarze, mieliśmy ogromny kłopot z podjęciem decyzji, kto ma otrzymać przez nas przyznawanego Tukana. Podobali się właściwie wszyscy laureaci-finaliści i nie byłoby żadnego ale, gdyby wygrał ktoś inny. Poziom wysoki, pomysły ciekawe, konkurs - jak widać - na dobre odżył. Jurorzy wskazali na Artura Caturiana, dziennikarze na Adama Turczyka, publiczność na Ewę Prus. Trudno o trafniejsze rozwiązania.

No właśnie, publiczność. Bywała zdezorientowana. Wybierając Ewę Prus, zdaje się, zasugerowała dyrektorowi Ceziemu Studniakowi, by nie zapominał o przeglądowej tradycji, o tych tzw. długich sukniach, które są na tym festiwalu potrzebne, bo to nie powinien być tylko festiwal dla młodszych. EUROPEJCZYCY to trochę za mało dla starszych bywalców PPA (brytyjski cover band Beatlesów okazał się nieporozumieniem).

3. Ale też trzeba powiedzieć, że Studniak to dyrektor odważny, dzięki czemu zobaczyliśmy we Wrocławiu genialny spektakl TR Warszawa pt. NIETOPERZ Kornela Mandruczo (część widzów wychodziła z niego właśnie z powodu dezorientacji). To mój prywatny nr 1 tegorocznego przeglądu. Nie widziałem jednak mocno oklaskiwanego Benjamina Clementine'a ani JERUSALEM Jordiego Savalla (choć znam ten projekt z płyty), nie udało mi się posłuchać Lior Schoov (jak pisze moja radiowa koleżanka 'absolutnie zachwycającej'). Z przyjemnością wspominam za to amerykański duet Faun Fables i ich serdeczną bezpretensjonalność przy zachowaniu wysokiej jakości wykonawczej wraz z czymś, co nazwałbym podejściem amatora. 'Karuzela z Madonnami' w ich wersji kołacze mi się ciągle w głowie.

Pokazał się z bardzo dobrej strony ubiegłoroczny zwycięzca konkursu Maciej Musiałowski. W monodramie pt. BOHATER ujawnił to, o co nie tylko go podejrzewaliśmy, wręcz byliśmy pewni, że mamy w mieście sceniczną Osobowość. I rzeczywiście. Maciej wyszedł z pozytywnym przekazem, domagając się w imieniu bohaterów (nie jedynie literackich) więcej luzu, uśmiechu, pomyślniejszych losów (fantastyczny pomysł autora Michała Pabiana). Zamiast pakować nas w kabałę depresji, cierpienia czy samobójstwa - dajcie nam kawał tekstu niosącego ludziom otuchę. O TAK!

4'12" i koniec. No a na zwieńczenie 37 PPA zobaczyliśmy ponad czterominutowy performans Agaty Dudy-Gracz, która wprawdzie zasłużenie otrzymała dyplom mistrzowski, stając się członkinią Kapituły im. Aleksandra Bardiniego, ale tą akurat propozycją nie zachwyciła. To, co zrobili artyści zaproszeni do 4'12" I KOŃCA, spokojnie wykonaliby statyści pod wodzą Takiej reżyserki. Przesłanie, owszem, czytelne: niczego się z historii Europy kolejne pokolenia nie uczą, depcząc Ideały w imię własnych idei, zabijając niepokornych, innych, nie naszych. Ale nie robiła ta seria ezgekucji do muzyki Leszka Możdżera i wystrzałów z pistoletów, karabinów wrażenia. I wcale nie dlatego, że jesteśmy na zbrodnie dziś nieczuli. Przeciwnie. Jesteśmy czuli, tylko chcemy od teatru niosącego podobną wiadomość czegoś więcej niż show. Więcej ugrałoby ustawienie jednej dramatycznej sceny - jako stopklatki - i przeczekanie jej przez 4 minuty, by przez 12 sekund obserwować, jak postaci padają na scenę od wystrzałów. Może udałoby się wtedy poczuć więź z ofiarami.

Oczywiście, nie widziałem wszystkiego, ale: 37 Przegląd Piosenki Aktorskiej to edycja bardziej niż udana, nadaktywna pod względem ilości wydarzeń, lecz trzymająca wysoki poziom. Czy przegląd powinien zostać w majowym terminie? Sądząc także po funkcjonującej przy Teatrze Muzycznym Capitol estradzie plenerowej, zdecydowanie TAK.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
37 Przegląd Piosenki Aktorskiej, Wrocław, 2017. Ocena (w skali 0-6): 5

Wednesday, May 4, 2016

TRUDNY WYBÓR NOWEGO DYREKTORA OPERY WROCŁAWSKIEJ

Można by rzec: i wszystko wiadomo. Że konkurs został rozstrzygnięty i nowym dyrektorem Opery Wrocławskiej zostaje Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Ale to na razie jedynie rekomendacja komisji konkursowej. Jedynie?

Ostatnie słowo należy do zarządu województwa. Zarząd nie musi się zgodzić z decyzją komisji - to nawet dość częsta praktyka. Bywa i tak, że to ostatni w postępowaniu konkursowym na koniec wygrywa. Oczywiście, taka sytuacja zawsze rodzi wątpliwości. Dlaczego nie postawiono na kandydata komisji, której członkowie byli przy tzw. przesłuchaniach, mieli więc okazję na rozmowę, dodatkowe pytania do złożonego na piśmie planu artystyczno-finansowego, na bliższe poznanie osoby mającej kierować tak ważną dolnośląską instytucją, jak Opera Wrocławska. Kwestii zdobytego podczas rozmów zaufania nie da się nie docenić.

Ale też można zrozumieć ewentualne różnice zdań co do wizji operowej przyszłości, zwłaszcza w momencie, gdy z dyrektorskiego fotela odchodzi jedna z najważniejszych osobowości tutejszej kultury ostatnich kilkudziesięciu dekad. Zaakceptować zatem werdykt komisji (byli w niej przedstawiciele Urzędu Marszałkowskiego) czy jeszcze się wahać? Odpowiedzialność za sukces lub porażkę spada na zarząd, nie komisję.

W kategoriach sportowych w większości dyscyplin wynik 5:4 (tak rozłożyły się głosy komisji) jest ostateczny i klarowny, w kategoriach artystyczno-kulturalnych niekoniecznie. Przyjrzyjmy się finałowym kandydatom.

Ten, który teoretycznie wygrał: Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Dyrygent z dorobkiem, nagraniami, znaczącymi osiągnięciami, laureat srebrnej Glorii Artis, doktor habilitowany. Wieloletni szef naczelny i artystyczny filharmonii w Białymstoku, to on doprowadził do powstania Opery i Filharmonii Podlaskiej - Europejskiego Centrum Kultury. W środowisku bardzo ceniony za śrubowanie poziomu orkiestr, za pamięć o muzycznej edukacji. No ale z powodu konfliktu ze współpracownikami musiał się z Białymstokiem pożegnać. Chciał za bardzo? W sądzie pracy wygrał proces o niesłuszne odwołanie. We Wrocławiu jako kierownik muzyczny zrealizował jeden tytuł: nieźle przyjetego EUGENIUSZA ONIEGINA. Ma poczucie humoru, nie stroni od scenicznych żartów, potrafi na koncercie zaśpiewać. Podobno ma poparcie Ewy Michnik.

Ten, który teoretycznie przegrał: Tomasz Janczak. Tenor, reżyser, dyrektor artystyczny Filharmonii Sudeckiej, były szef artystyczny Teatru Muzycznego w Lublinie. Wiele ról zaśpiewanych w Lublinie i na innych scenach, w Polsce i Europie, realizator superprodukcji operowych. Doktor wokalistyki, absolwent wrocławskiej Akademii Muzycznej, śpiewał w Teatrze Muzycznym - Operetce Wrocławskiej, w Operze Wrocławskiej występuje w udanym aktorskim przedstawieniu pt. KWARTET (wraz z żoną Elżbietą Kaczmarzyk-Janczak). Od początku było wiadomo, że jeśli zostanie dyrektorem, pomagać mu będzie (w roli dyrektor artystycznej) Aleksandra Kurzak - jedna z najbardziej znanych w świecie i rozchwytywanych polskich sopranistek. Wrocławianka. Zatem tę kandydaturę trzeba rozpatrywać jako duet.

I którą z opcji by Państwo wybrali?

Trudny orzech do zgryzienia. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że urzędnicy marszałkowscy byli w komisji za wyborem duetu Kurzak-Janczak, ministerialni poparli Nałęcz-Niesiołowskiego. Z tym też podczas dyskusji przed ostateczną decyzją zarząd województwa będzie się musiał liczyć. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego współprowadzi (czyli współfinansuje) operę. Marcin Nałęcz-Niesiołowski to opcja bardziej elitarna, gwarancja jakości. Tomasz Janczak stawiał w swojej twórczości operowej na dzieła - powiedzmy - lżejsze, popularne. Aleksandra Kurzak sprawdza się w różnym repertuarze, na najlepszych scenach świata z Metropolitan Opera na czele, ma znajomości, jej mężem jest słynny śpiewak Roberto Alagna. Oboje ciągle ewentualni dyrektorzy wystąpili w ubiegłym roku na koncercie DWA ŻYWIOŁY. Z wałbrzyską orkiestrą w Hali Stulecia śpiewali Aleksandra Kurzak z Krzysztofem Cugowskim, pod dyrekcją Tomasza Janczaka - pomysłodawcy wydarzenia.

Nie zazdroszczę wyboru. Czy decydujemy się na rozwiązanie może pewniejsze i bezpieczniejsze (Nałęcz-Niesiołowski), czy dajemy trzyletnią szansę bardzo intrygującemu tandemowi? Hm.

Cóż, zarząd sam sobie winien, bo w przypadku takich instytucji, jak Opera Wrocławska, w chwilach szczególnie znaczących - po ponad dwudziestoletniej dyrekcji Ewy Michnik - nie trzeba koniecznie ogłaszać konkursu. Trzeba mieć na następcę pomysł. A są ludzie, którzy mogli w tej sprawie pomóc. Niestety, w komisji nie zasiadali.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Tuesday, May 3, 2016

POŁAWIACZE PEREŁ (Opera Wrocławska)


Mam problem z POŁAWIACZAMI PEREŁ w wersji Waldemara Zawodzińskiego. Nie mam żadnych zastrzeżeń do POŁAWIACZY PEREŁ w wersji Ewy Michnik.

Świetnie zagrana i zaśpiewana całość (no, może można było orkiestrę poprowadzić ciszej w scenach, gdy soliści są głębiej na scenie) ma pewne braki i irytacje inscenizacyjne. Moim zdaniem. Publiczność - w wielkiej większości - była zachwycona.

Co to za braki?

Przede wszystkim to, co dolegało też przebojowym OPOWIEŚCIOM HOFFMANA. Czyli umowność. Tam w trzecim akcie Zawodziński przypiął tancerkom paryskiego kabaretu sztuczny biust (bo przecież nagiego biustu w polskiej operze być nie może), tu zaaranżował scenę niby-gwałtu przez ubranie. Nie wierzę, że w teatrze dramatycznym zrobiłby to samo. W teatrze dramatycznym widzowie by się śmiali. W operze... wyciągali głowy, szeroko otwierając oczy i pytając towarzyszy: co się dzieje. To ważna scena, znacząca dla odbioru postawy bohaterów, a zostajemy w niepewności. Był gwałt czy tylko przystawianie się? Zbytnia umowność i symboliczność we współcześnie wystawianej operze, w mieście na wskroś kulturalnie europejskim, nie powinna się zdarzać. Albo, albo. Niech wreszcie trochę realizmu, trochę życia w te operowe złocenia ktoś tchnie.

Po drugie, właśnie złocenia. Czyli kostiumy (Małgorzaty Słoniowskiej). Nie mam pojęcia, jak ubierali się poławiacze pereł na cejlońskiej wyspie, ale dziwnie przypominali bojarów z BORYSA GODUNOWA. I te długie płaszcze solistów... Trochę więcej wyobraźni, please.

Po trzecie, sztampa. Jeśli się widziało sceny zbiorowe (z chórem) w BORYSIE GODUNOWIE (poprzedniej realizacji Waldemara Zawodzińskiego przy Świdnickiej) i porówna się je z tym, co wykreowano tym razem, hm, widać różnicę? Podobne jest myślenie o scenicznej przestrzeni, a naprawdę od TAKIEGO inscenizatora chciałoby się nie tyle więcej, co inaczej.

Nie zdobył mojej uwagi balet. Nie olśniła ani choreografia (Janina Niesobska), ani jej wykonanie. Doceniam intencje i starania, sięganie po różne taneczne tradycje, lecz tym razem wyszło poprawnie, nie błyskotliwie. Również technicznie.

I jeszcze jedno: nie trzeba tak precyzyjnie dogrywać ruchu do muzycznych fraz. To trąci zaledwie rzemiosłem.

Ale poza tym:

Wokalnie było znakomicie!!! To wspaniałe przeżycie posłuchać  Sang-Jun Lee (Nadir - piękny głos, rewelacja wieczoru), Mariusza Godlewskiego (Zurga - Godlewski to od kilku sezonów pewniak), Makariya Pihury (mocny Nurabad) i Joanny Moskowicz (Leila). Ich partie-role musiały przekonać każdego. Najtrudniej miała Joanna Moskowicz, bo suspense, z jakim oczekujemy pojawienia się kapłanki, jest spory, a akurat dla tej postaci Bizet nie okazał się zbyt łaskawy w melodie. Dotrzymać kroku mężczyznom, których arie same się słuchają - zadanie podwójnie niełatwe. Leila to postać kluczowa, trzeba ją zinterpretować i zaprezentować zmysłowo, wydobyć i prostą dziewczynę wciągniętą w los kapłanki-dziewicy, i drzemiącą (wybuchającą) w niej kobietę, która kocha i pożąda. Wrocławska sopranistka dała radę, nie tylko w koloraturach, nie tylko śpiewając leżąc, połowę spektaklu grając boso. Szkoda, że tak rzadko widzimy ją w premierowych spektaklach. Częstsze pojawianie się śpiewaczki podczas pierwszego wieczoru = większa pewność siebie.

Atutem POŁAWIACZY PEREŁ jest takie potraktowanie miłosnego trójkąta, jakie chyba wcześniej nie wybrzmiało w podobnie przekonujący sposób. Miłość i przyjaźń rzadko w historii opery i literatury są sobie wierne. Tu tak się dzieje, w poświęceniu znajdując ofiarę i ukojenie.

Na osobne uznanie zasługuje operowy chór, potrafiący - dowodem to przedstawienie - wszystko.

Jednym zdaniem:

Na POŁAWIACZY PEREŁ pójść warto dla muzyki, śpiewu i dla nieoczywistej historii. Nie pożałujecie, mimo wątpliwości.

Ocena (0-6): 4,5

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
......................................
G. Bizet POŁAWIACZE PEREŁ, reż. W. Zawodziński, kier. muz. Ewa Michnik, Opera Wrocławska, 30 kwietnia 2016, balkon I, rząd 2, miejsce 10

Thursday, April 21, 2016

Silesius dla Kornhausera



W maju na corocznej gali laury za całokształt twórczości odbierze Julian Kornhauser. Tak zdecydowali jurorzy Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. To naprawdę znakomity wybór. Wzruszające wiersze. Tak, przede wszystkim wzruszające. Przypomnijcie sobie: 'Moja kochana mama', a nawet 'Moja żona śpi, Iljiczu' z Leninem wychodzącym na palcach z pewnego domu. Albo 'Było minęło' o szczelinach pomiędzy. A wiersz 'Księgarnie'? 'W księgarniach nie ma już duszy', ale 'książki/ogrody zapuszczone złe z kłującymi kolcami głogów/wchodzę w nie ryzykując/i pożera mnie dziki śpiew stronic'. Jest w poezji Kornhausera sporo z Różewicza, pobrzmiewa Herbert (nie może być inaczej w przypadku Nowej Fali), jest też ten 'dziki śpiew', który z poety tworzy artystę, żeby nie powiedzieć pisarza i Człowieka. Pisze Kornhauser: 'Jestem tu na swoim miejscu,/choć daleko od siebie'. Tak się już dzisiaj, niestety, nie pisze i nie wie się tyle o świecie i sobie, o 'zjadaczu kartofli'. Czytajcie Kornhausera, nie pożałujecie./GCH

PO BURZY (Teatr Muzyczny Capitol)


P O   B U R Z Y

P jak Polski hejt
Agata Duda-Gracz w tym spektaklu radykalnie przeobraża Szekspirowskie dzieło we współczesny antymanifest, ostrą krytykę tzw. polskiego hejtu, wspólnot opartych na krytyce i negacji, a także manipulacji relacjami międzyludzkimi, społecznymi. I mocno to czasem wybrzmiewa. Wszyscy jesteśmy hejterami - sugeruje reżyserka - lub nas na hejterów przerobią nasi ojcowie i matki, sąsiedzi i pracodawcy, współmieszkańcy wyspy zwanej Ziemią - takie przesłanie kołacze mi się po głowie po ponad dwóch godzinach spektaklu (i ponad dwóch dniach też).

O jak One
Aktorki  są w tym spektaklu fantastyczne (przymiotnik Krystyny Meissner). Emose Uhunmwangho, Justyna Szafran, Ewelina Adamska-Porczyk, Helena Sujecka dają PO BURZY naprawdę wiele. Znakomicie napisany tekst intelektualnej tresury córki znajduje doskonałą interpretację dzięki Justynie Szafran. Nie tylko słowem, lecz całą sobą jest Szafran wcieleniem Mirandy wcale nie naiwnej, przeciwnie: dobrze zdającej sobie sprawę, co się tam na tej wyspie-mieszkaniu dzieje. Ariel Eweliny Adamskiej-Porczyk to ktoś przede wszystkim chyba bezradny w świecie wymyślonym przez kogoś innego, wykonujący obowiązki i oszukany na końcu. Przejmująca to rola. Podobnie jak pijaczka z duszą i żalem: Helena Sujecka ma bardzo trudne aktorskie zadanie grania postaci mówiącej mało, istniejącej ciągle. Robi to cudownie, przypominając także w teatrze (po świetnej roli w Muzeum Marzeń), jak znakomitą jest artystką. A to, co się dzieje w scenie rozpaczy pani Kalibanowej... PATRZ litera U.

B jak Burza
Ile jest w przedstawieniu Agaty Dudy-Gracz z BURZY Shakespeare'a? I dużo, i mało. Czy duch schyłkowej twórczości Stradfortczyka  się tu odnajdzie? Litera na pewno nie, bo to tekst napisany od nowa. Są cytaty, ale wolność tworzenia przeważa absolutnie nad tym, co znane. Piosenki Prospera (mocno przekonujący zwłaszcza na początku Zbigniew Ruciński) nie usłyszymy, a w zamian - hm - otrzymamy raz błyskotliwe, raz odgrzewane, raz twórcze i dotkliwe, raz powierzchowne i powtórkowe. Nie zaufała reżyserka-scenarzystka Williamowi, buntując się przeciw - jej zdaniem - błahej opowieści. W tej pozornej błahości jednego z ostatnich tekstów Shakespeare'a tkwi siła, jakiej w efekcie brakuje spektaklowi: wielowymiarowości. Wszystko dzieje się u Agaty Dudy-Gracz w głowie Prospera - pięknie, tylko czemu akurat ta głowa została ukierunkowana tak jednotorowo? Nie ma pogodzenia ani przebaczenia, tych chyba najważniejszych Burzowych dojść. Bez nich ani BURZA, ani tym bardziej PO BURZY coś istotnego traci.

U jak Uhunmwangho
Od kiedy pojawiła się sto kilka przedstawień temu w obsadzie HAIR i w Capitolu w ogóle, wiedzieliśmy, że mamy diament. Wokalna petarda z rzadka wchodziła dotąd w konszachty z aktorstwem. Widywaliśmy przebłyski i satysfakcje, ale w PO BURZY jesteśmy świadkami narodzin Aktorki, która zbudowała się z epizodów capitolowych, ale też pamiętamy jej znaczącą obecność w pamiętnym - zobaczonym podczas festiwalu Dialog w Browarze Mieszczańskim - EXHIBIT B. I tu, i tu Emose Uhunmwangho potrafiła stworzyć kreacje poruszające. W tzw. międzyczasie była i pyszna partia w NINE.

R jak Rozbitkowie
Właśnie rozbitków mi w tym przedstawieniu żal najbardziej. Bo aktorzy są przedni, grają z nut, tylko nie mają co grać. W tym - środkowym - etapie spektaklu dzieje się nie najlepiej. Zamiast dramatu obserwujemy letni teatrzyk solowych wystąpień niepotrzebnych, niewiele dodających do brzmienia całości. Leszczyński, Maciejewski, Picher, Woubishet - świetni, ale w jakiej sprawie?

Z jak Zapowiedź
Znalazło się w tym spektaklu miejsce - niemałe - na nawiązania do MABKETA, dla Agaty Dudy-Gracz najwybitniejszej (wraz z HAMLETEM) sztuki Shakespeare'a. Korony ze złotka zakładają Prospero i państwo Kalibanowie, zniewoleni z powodu biedy, nawet łaknący zniewolenia kogoś od nich niżej usytuowanego, tzw. zwykli obywatele. Emose Uhunmwangho z Cezarym Studniakiem zakalibanowują Scenę Ciśnień na długi moment i jest to również chwila podziwu dla ich aktorskiej charyzmy. MAKBETA mamy zobaczyć za rok, z Magdą Kumorek i Cezarym Studniakiem w rolach głównych. I będzie to Shakespeare, prawdopodobnie bez skreśleń.

Y jak Yyy
Z oceną spektaklu jestem w kropce. Po niezwykle silnym, ekspresyjnym, skondensowanym początku, napięcie mocno siada. To, co wisiało u Shakespeare'a na włosku, tutaj jest od początku zdecydowane. OK, rozumiem wizję interpretatora (interpretatorki), zwykle ją w ciemno i bez szemrania kupuję, tym razem jednak na pytanie, czy mnie porwała, czy nie, odpowiadam: yyy.

0-6: 4

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Agata Duda-Gracz PO BURZY, spektakl inspirowany sztuką W. Shakespeare'a, reż. A. Duda-Gracz (arcydzielna jest jej scenografia), Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień, 8 kwietnia 2016, rząd VIII, miejsce 16

Sunday, March 6, 2016

GARNITUR PREZYDENTA (Wrocławski Teatr Współczesny)


PUNKT WYJŚCIA
Podczas oficjalnej uroczystości państwowej, więcej, gdy brzmi hymn narodowy, ptasie odchody znajdują przystań na garniturze polskiego prezydenta (nieważne którego). Po czym poznajemy kilka postaci zamieszkujących toitoie. Z toitoiów przewróconych, toitoiów-grobów wychylają się jeszcze Mickiewicz (zrobiony na śmiesznie, wiec smacznie) i Słowacki (tak niesprawiedliwie pompatyczny, że zbiera na mdłości). Biały proszek, który gra z początku ptasią kupę, w finale stanie się już symbolem śmierci, pewnie może się też skojarzyć z kolorem słynnej brzozy, bo Anna Kowalska (żona kowala) powtarza, że słowo zamach ma dla niej atrakcyjne brzmienie. Nie najgorzej taki opis spektaklu brzmi?          

MIĘDZY MADONNĄ A LEWYM
Rzeczywiście, jest w dość pojemnym i językowo ciekawym tekście Maliny Prześlugi potencjał na niezły teatr, może nie jakiś odkrywczy (co można o Polsce i Polakach nowego napisać), ale zabawny, momentami dotkliwy, a w końcu i wzruszający, materiał na przypominajkę o tym, jacy jesteśmy nie tylko tu i teraz. Z uwzględnieniem fragmentarycznej mowy, jaka jest w medialnym i ludzkim użyciu, zwróceniem uwagi na drugoplanową rolę kobiet w społeczeństwie. Lecz trzeba przy inscenizacji - paradoksalnie to ujmując - i kombinować, i nie kombinować. Czyli wyprodukować tyle scenicznych pomysłów, ile się da, decydując się wszakże iść z tekstu szansą, na odlot, odjazd, coś jak kabaret (voltaire). Tymczasem Cezary Iber wyrzucił ze spektaklu scenę z piosenką disco polo (pokazaną podczas premierowego wieczoru na bis). A właśnie nie powinien. Powinien brnąć w stylistyczne ryzyka, na tej samej zasadzie na jakiej polski dom zawiera się między obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej a plakatem z Robertem Lewandowskim (w barwach Bayernu Monachium), między prawym a lewym. Za scenografię należą się zresztą największe brawa Michałowi Araszewiczowi. Po feerii gagów końcowy 'Katechizm polskiego dziecka' Bełzy (wypowiedziany przez czującego scenę małego Ernesta Lisowskiego) złapałby za gardło.

MIMO
Zabrakło twórcom tego przedstawienia po prostu decyzji, w którą stronę iść. Zatrzymali się pośrodku i publiczność teatralnego środka pewnie to doceni. Ja na takich seansach ziewam. Zwłaszcza w mało przekonujących chwilach pantomimicznych. O Polsce i Polakach więcej mówi ciągle pokazywany na Scenie na Strychu TRANSATLANTYK. Drugi raz na Gombrowicza w wersji Tumidajskiego chętnie pójdę, na Prześlugę w ujęciu Ibera nie. Mimo muzyki Macieja Zakrzewskiego, mimo pysznego Krzysztofa Kulińskiego-Mickiewicza, dynamicznej Dominiki Majewskiej (jeszcze PWST) czy pełnego właściwości człowieka-nikt Krzysztofa Boczkowskiego, bardzo dobrej Eweliny Paszke-Kowalskiej, intrygującej Jolanty Solarz w roli rozwieszającej zdjęcia zaginionego męża Pani Słowikowej.

Ocena (0-6): 3,5
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
M. Prześluga GARNITUR PREZYDENTA, rez. C. Iber, Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena, rząd V, miejsce 1

PS
I jeszcze jedno. Prapremiera GARNITURU PREZYDENTA to jeden z punktów programu teatralnego Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Ujęty także w oficjalnym kalendarzu jako jeden z dwóch akcentów ESK na dzień 5 marca. Kiedy się wchodzi do Współczesnego, nie czuje się zupełnie, że jesteśmy w Europejskiej Stolicy Kultury, nie ma natychmiast zauważalnego plakatu, pieczątki, symbolu tego podobno najważniejszego w dziejach powojennego Wrocławia wydarzenia. Gospodarzem ESK miasto będzie jeszcze przez 10 miesięcy, jest nim od dwóch. Trudno to dostrzec. Nie tylko idąc do teatru.