Wednesday, May 4, 2016

TRUDNY WYBÓR NOWEGO DYREKTORA OPERY WROCŁAWSKIEJ

Można by rzec: i wszystko wiadomo. Że konkurs został rozstrzygnięty i nowym dyrektorem Opery Wrocławskiej zostaje Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Ale to na razie jedynie rekomendacja komisji konkursowej. Jedynie?

Ostatnie słowo należy do zarządu województwa. Zarząd nie musi się zgodzić z decyzją komisji - to nawet dość częsta praktyka. Bywa i tak, że to ostatni w postępowaniu konkursowym na koniec wygrywa. Oczywiście, taka sytuacja zawsze rodzi wątpliwości. Dlaczego nie postawiono na kandydata komisji, której członkowie byli przy tzw. przesłuchaniach, mieli więc okazję na rozmowę, dodatkowe pytania do złożonego na piśmie planu artystyczno-finansowego, na bliższe poznanie osoby mającej kierować tak ważną dolnośląską instytucją, jak Opera Wrocławska. Kwestii zdobytego podczas rozmów zaufania nie da się nie docenić.

Ale też można zrozumieć ewentualne różnice zdań co do wizji operowej przyszłości, zwłaszcza w momencie, gdy z dyrektorskiego fotela odchodzi jedna z najważniejszych osobowości tutejszej kultury ostatnich kilkudziesięciu dekad. Zaakceptować zatem werdykt komisji (byli w niej przedstawiciele Urzędu Marszałkowskiego) czy jeszcze się wahać? Odpowiedzialność za sukces lub porażkę spada na zarząd, nie komisję.

W kategoriach sportowych w większości dyscyplin wynik 5:4 (tak rozłożyły się głosy komisji) jest ostateczny i klarowny, w kategoriach artystyczno-kulturalnych niekoniecznie. Przyjrzyjmy się finałowym kandydatom.

Ten, który teoretycznie wygrał: Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Dyrygent z dorobkiem, nagraniami, znaczącymi osiągnięciami, laureat srebrnej Glorii Artis, doktor habilitowany. Wieloletni szef naczelny i artystyczny filharmonii w Białymstoku, to on doprowadził do powstania Opery i Filharmonii Podlaskiej - Europejskiego Centrum Kultury. W środowisku bardzo ceniony za śrubowanie poziomu orkiestr, za pamięć o muzycznej edukacji. No ale z powodu konfliktu ze współpracownikami musiał się z Białymstokiem pożegnać. Chciał za bardzo? W sądzie pracy wygrał proces o niesłuszne odwołanie. We Wrocławiu jako kierownik muzyczny zrealizował jeden tytuł: nieźle przyjetego EUGENIUSZA ONIEGINA. Ma poczucie humoru, nie stroni od scenicznych żartów, potrafi na koncercie zaśpiewać. Podobno ma poparcie Ewy Michnik.

Ten, który teoretycznie przegrał: Tomasz Janczak. Tenor, reżyser, dyrektor artystyczny Filharmonii Sudeckiej, były szef artystyczny Teatru Muzycznego w Lublinie. Wiele ról zaśpiewanych w Lublinie i na innych scenach, w Polsce i Europie, realizator superprodukcji operowych. Doktor wokalistyki, absolwent wrocławskiej Akademii Muzycznej, śpiewał w Teatrze Muzycznym - Operetce Wrocławskiej, w Operze Wrocławskiej występuje w udanym aktorskim przedstawieniu pt. KWARTET (wraz z żoną Elżbietą Kaczmarzyk-Janczak). Od początku było wiadomo, że jeśli zostanie dyrektorem, pomagać mu będzie (w roli dyrektor artystycznej) Aleksandra Kurzak - jedna z najbardziej znanych w świecie i rozchwytywanych polskich sopranistek. Wrocławianka. Zatem tę kandydaturę trzeba rozpatrywać jako duet.

I którą z opcji by Państwo wybrali?

Trudny orzech do zgryzienia. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że urzędnicy marszałkowscy byli w komisji za wyborem duetu Kurzak-Janczak, ministerialni poparli Nałęcz-Niesiołowskiego. Z tym też podczas dyskusji przed ostateczną decyzją zarząd województwa będzie się musiał liczyć. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego współprowadzi (czyli współfinansuje) operę. Marcin Nałęcz-Niesiołowski to opcja bardziej elitarna, gwarancja jakości. Tomasz Janczak stawiał w swojej twórczości operowej na dzieła - powiedzmy - lżejsze, popularne. Aleksandra Kurzak sprawdza się w różnym repertuarze, na najlepszych scenach świata z Metropolitan Opera na czele, ma znajomości, jej mężem jest słynny śpiewak Roberto Alagna. Oboje ciągle ewentualni dyrektorzy wystąpili w ubiegłym roku na koncercie DWA ŻYWIOŁY. Z wałbrzyską orkiestrą w Hali Stulecia śpiewali Aleksandra Kurzak z Krzysztofem Cugowskim, pod dyrekcją Tomasza Janczaka - pomysłodawcy wydarzenia.

Nie zazdroszczę wyboru. Czy decydujemy się na rozwiązanie może pewniejsze i bezpieczniejsze (Nałęcz-Niesiołowski), czy dajemy trzyletnią szansę bardzo intrygującemu tandemowi? Hm.

Cóż, zarząd sam sobie winien, bo w przypadku takich instytucji, jak Opera Wrocławska, w chwilach szczególnie znaczących - po ponad dwudziestoletniej dyrekcji Ewy Michnik - nie trzeba koniecznie ogłaszać konkursu. Trzeba mieć na następcę pomysł. A są ludzie, którzy mogli w tej sprawie pomóc. Niestety, w komisji nie zasiadali.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Tuesday, May 3, 2016

POŁAWIACZE PEREŁ (Opera Wrocławska)


Mam problem z POŁAWIACZAMI PEREŁ w wersji Waldemara Zawodzińskiego. Nie mam żadnych zastrzeżeń do POŁAWIACZY PEREŁ w wersji Ewy Michnik.

Świetnie zagrana i zaśpiewana całość (no, może można było orkiestrę poprowadzić ciszej w scenach, gdy soliści są głębiej na scenie) ma pewne braki i irytacje inscenizacyjne. Moim zdaniem. Publiczność - w wielkiej większości - była zachwycona.

Co to za braki?

Przede wszystkim to, co dolegało też przebojowym OPOWIEŚCIOM HOFFMANA. Czyli umowność. Tam w trzecim akcie Zawodziński przypiął tancerkom paryskiego kabaretu sztuczny biust (bo przecież nagiego biustu w polskiej operze być nie może), tu zaaranżował scenę niby-gwałtu przez ubranie. Nie wierzę, że w teatrze dramatycznym zrobiłby to samo. W teatrze dramatycznym widzowie by się śmiali. W operze... wyciągali głowy, szeroko otwierając oczy i pytając towarzyszy: co się dzieje. To ważna scena, znacząca dla odbioru postawy bohaterów, a zostajemy w niepewności. Był gwałt czy tylko przystawianie się? Zbytnia umowność i symboliczność we współcześnie wystawianej operze, w mieście na wskroś kulturalnie europejskim, nie powinna się zdarzać. Albo, albo. Niech wreszcie trochę realizmu, trochę życia w te operowe złocenia ktoś tchnie.

Po drugie, właśnie złocenia. Czyli kostiumy (Małgorzaty Słoniowskiej). Nie mam pojęcia, jak ubierali się poławiacze pereł na cejlońskiej wyspie, ale dziwnie przypominali bojarów z BORYSA GODUNOWA. I te długie płaszcze solistów... Trochę więcej wyobraźni, please.

Po trzecie, sztampa. Jeśli się widziało sceny zbiorowe (z chórem) w BORYSIE GODUNOWIE (poprzedniej realizacji Waldemara Zawodzińskiego przy Świdnickiej) i porówna się je z tym, co wykreowano tym razem, hm, widać różnicę? Podobne jest myślenie o scenicznej przestrzeni, a naprawdę od TAKIEGO inscenizatora chciałoby się nie tyle więcej, co inaczej.

Nie zdobył mojej uwagi balet. Nie olśniła ani choreografia (Janina Niesobska), ani jej wykonanie. Doceniam intencje i starania, sięganie po różne taneczne tradycje, lecz tym razem wyszło poprawnie, nie błyskotliwie. Również technicznie.

I jeszcze jedno: nie trzeba tak precyzyjnie dogrywać ruchu do muzycznych fraz. To trąci zaledwie rzemiosłem.

Ale poza tym:

Wokalnie było znakomicie!!! To wspaniałe przeżycie posłuchać  Sang-Jun Lee (Nadir - piękny głos, rewelacja wieczoru), Mariusza Godlewskiego (Zurga - Godlewski to od kilku sezonów pewniak), Makariya Pihury (mocny Nurabad) i Joanny Moskowicz (Leila). Ich partie-role musiały przekonać każdego. Najtrudniej miała Joanna Moskowicz, bo suspense, z jakim oczekujemy pojawienia się kapłanki, jest spory, a akurat dla tej postaci Bizet nie okazał się zbyt łaskawy w melodie. Dotrzymać kroku mężczyznom, których arie same się słuchają - zadanie podwójnie niełatwe. Leila to postać kluczowa, trzeba ją zinterpretować i zaprezentować zmysłowo, wydobyć i prostą dziewczynę wciągniętą w los kapłanki-dziewicy, i drzemiącą (wybuchającą) w niej kobietę, która kocha i pożąda. Wrocławska sopranistka dała radę, nie tylko w koloraturach, nie tylko śpiewając leżąc, połowę spektaklu grając boso. Szkoda, że tak rzadko widzimy ją w premierowych spektaklach. Częstsze pojawianie się śpiewaczki podczas pierwszego wieczoru = większa pewność siebie.

Atutem POŁAWIACZY PEREŁ jest takie potraktowanie miłosnego trójkąta, jakie chyba wcześniej nie wybrzmiało w podobnie przekonujący sposób. Miłość i przyjaźń rzadko w historii opery i literatury są sobie wierne. Tu tak się dzieje, w poświęceniu znajdując ofiarę i ukojenie.

Na osobne uznanie zasługuje operowy chór, potrafiący - dowodem to przedstawienie - wszystko.

Jednym zdaniem:

Na POŁAWIACZY PEREŁ pójść warto dla muzyki, śpiewu i dla nieoczywistej historii. Nie pożałujecie, mimo wątpliwości.

Ocena (0-6): 4,5

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
......................................
G. Bizet POŁAWIACZE PEREŁ, reż. W. Zawodziński, kier. muz. Ewa Michnik, Opera Wrocławska, 30 kwietnia 2016, balkon I, rząd 2, miejsce 10

Thursday, April 21, 2016

Silesius dla Kornhausera



W maju na corocznej gali laury za całokształt twórczości odbierze Julian Kornhauser. Tak zdecydowali jurorzy Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. To naprawdę znakomity wybór. Wzruszające wiersze. Tak, przede wszystkim wzruszające. Przypomnijcie sobie: 'Moja kochana mama', a nawet 'Moja żona śpi, Iljiczu' z Leninem wychodzącym na palcach z pewnego domu. Albo 'Było minęło' o szczelinach pomiędzy. A wiersz 'Księgarnie'? 'W księgarniach nie ma już duszy', ale 'książki/ogrody zapuszczone złe z kłującymi kolcami głogów/wchodzę w nie ryzykując/i pożera mnie dziki śpiew stronic'. Jest w poezji Kornhausera sporo z Różewicza, pobrzmiewa Herbert (nie może być inaczej w przypadku Nowej Fali), jest też ten 'dziki śpiew', który z poety tworzy artystę, żeby nie powiedzieć pisarza i Człowieka. Pisze Kornhauser: 'Jestem tu na swoim miejscu,/choć daleko od siebie'. Tak się już dzisiaj, niestety, nie pisze i nie wie się tyle o świecie i sobie, o 'zjadaczu kartofli'. Czytajcie Kornhausera, nie pożałujecie./GCH

PO BURZY (Teatr Muzyczny Capitol)


P O   B U R Z Y

P jak Polski hejt
Agata Duda-Gracz w tym spektaklu radykalnie przeobraża Szekspirowskie dzieło we współczesny antymanifest, ostrą krytykę tzw. polskiego hejtu, wspólnot opartych na krytyce i negacji, a także manipulacji relacjami międzyludzkimi, społecznymi. I mocno to czasem wybrzmiewa. Wszyscy jesteśmy hejterami - sugeruje reżyserka - lub nas na hejterów przerobią nasi ojcowie i matki, sąsiedzi i pracodawcy, współmieszkańcy wyspy zwanej Ziemią - takie przesłanie kołacze mi się po głowie po ponad dwóch godzinach spektaklu (i ponad dwóch dniach też).

O jak One
Aktorki  są w tym spektaklu fantastyczne (przymiotnik Krystyny Meissner). Emose Uhunmwangho, Justyna Szafran, Ewelina Adamska-Porczyk, Helena Sujecka dają PO BURZY naprawdę wiele. Znakomicie napisany tekst intelektualnej tresury córki znajduje doskonałą interpretację dzięki Justynie Szafran. Nie tylko słowem, lecz całą sobą jest Szafran wcieleniem Mirandy wcale nie naiwnej, przeciwnie: dobrze zdającej sobie sprawę, co się tam na tej wyspie-mieszkaniu dzieje. Ariel Eweliny Adamskiej-Porczyk to ktoś przede wszystkim chyba bezradny w świecie wymyślonym przez kogoś innego, wykonujący obowiązki i oszukany na końcu. Przejmująca to rola. Podobnie jak pijaczka z duszą i żalem: Helena Sujecka ma bardzo trudne aktorskie zadanie grania postaci mówiącej mało, istniejącej ciągle. Robi to cudownie, przypominając także w teatrze (po świetnej roli w Muzeum Marzeń), jak znakomitą jest artystką. A to, co się dzieje w scenie rozpaczy pani Kalibanowej... PATRZ litera U.

B jak Burza
Ile jest w przedstawieniu Agaty Dudy-Gracz z BURZY Shakespeare'a? I dużo, i mało. Czy duch schyłkowej twórczości Stradfortczyka  się tu odnajdzie? Litera na pewno nie, bo to tekst napisany od nowa. Są cytaty, ale wolność tworzenia przeważa absolutnie nad tym, co znane. Piosenki Prospera (mocno przekonujący zwłaszcza na początku Zbigniew Ruciński) nie usłyszymy, a w zamian - hm - otrzymamy raz błyskotliwe, raz odgrzewane, raz twórcze i dotkliwe, raz powierzchowne i powtórkowe. Nie zaufała reżyserka-scenarzystka Williamowi, buntując się przeciw - jej zdaniem - błahej opowieści. W tej pozornej błahości jednego z ostatnich tekstów Shakespeare'a tkwi siła, jakiej w efekcie brakuje spektaklowi: wielowymiarowości. Wszystko dzieje się u Agaty Dudy-Gracz w głowie Prospera - pięknie, tylko czemu akurat ta głowa została ukierunkowana tak jednotorowo? Nie ma pogodzenia ani przebaczenia, tych chyba najważniejszych Burzowych dojść. Bez nich ani BURZA, ani tym bardziej PO BURZY coś istotnego traci.

U jak Uhunmwangho
Od kiedy pojawiła się sto kilka przedstawień temu w obsadzie HAIR i w Capitolu w ogóle, wiedzieliśmy, że mamy diament. Wokalna petarda z rzadka wchodziła dotąd w konszachty z aktorstwem. Widywaliśmy przebłyski i satysfakcje, ale w PO BURZY jesteśmy świadkami narodzin Aktorki, która zbudowała się z epizodów capitolowych, ale też pamiętamy jej znaczącą obecność w pamiętnym - zobaczonym podczas festiwalu Dialog w Browarze Mieszczańskim - EXHIBIT B. I tu, i tu Emose Uhunmwangho potrafiła stworzyć kreacje poruszające. W tzw. międzyczasie była i pyszna partia w NINE.

R jak Rozbitkowie
Właśnie rozbitków mi w tym przedstawieniu żal najbardziej. Bo aktorzy są przedni, grają z nut, tylko nie mają co grać. W tym - środkowym - etapie spektaklu dzieje się nie najlepiej. Zamiast dramatu obserwujemy letni teatrzyk solowych wystąpień niepotrzebnych, niewiele dodających do brzmienia całości. Leszczyński, Maciejewski, Picher, Woubishet - świetni, ale w jakiej sprawie?

Z jak Zapowiedź
Znalazło się w tym spektaklu miejsce - niemałe - na nawiązania do MABKETA, dla Agaty Dudy-Gracz najwybitniejszej (wraz z HAMLETEM) sztuki Shakespeare'a. Korony ze złotka zakładają Prospero i państwo Kalibanowie, zniewoleni z powodu biedy, nawet łaknący zniewolenia kogoś od nich niżej usytuowanego, tzw. zwykli obywatele. Emose Uhunmwangho z Cezarym Studniakiem zakalibanowują Scenę Ciśnień na długi moment i jest to również chwila podziwu dla ich aktorskiej charyzmy. MAKBETA mamy zobaczyć za rok, z Magdą Kumorek i Cezarym Studniakiem w rolach głównych. I będzie to Shakespeare, prawdopodobnie bez skreśleń.

Y jak Yyy
Z oceną spektaklu jestem w kropce. Po niezwykle silnym, ekspresyjnym, skondensowanym początku, napięcie mocno siada. To, co wisiało u Shakespeare'a na włosku, tutaj jest od początku zdecydowane. OK, rozumiem wizję interpretatora (interpretatorki), zwykle ją w ciemno i bez szemrania kupuję, tym razem jednak na pytanie, czy mnie porwała, czy nie, odpowiadam: yyy.

0-6: 4

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................
Agata Duda-Gracz PO BURZY, spektakl inspirowany sztuką W. Shakespeare'a, reż. A. Duda-Gracz (arcydzielna jest jej scenografia), Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień, 8 kwietnia 2016, rząd VIII, miejsce 16

Sunday, March 6, 2016

GARNITUR PREZYDENTA (Wrocławski Teatr Współczesny)


PUNKT WYJŚCIA
Podczas oficjalnej uroczystości państwowej, więcej, gdy brzmi hymn narodowy, ptasie odchody znajdują przystań na garniturze polskiego prezydenta (nieważne którego). Po czym poznajemy kilka postaci zamieszkujących toitoie. Z toitoiów przewróconych, toitoiów-grobów wychylają się jeszcze Mickiewicz (zrobiony na śmiesznie, wiec smacznie) i Słowacki (tak niesprawiedliwie pompatyczny, że zbiera na mdłości). Biały proszek, który gra z początku ptasią kupę, w finale stanie się już symbolem śmierci, pewnie może się też skojarzyć z kolorem słynnej brzozy, bo Anna Kowalska (żona kowala) powtarza, że słowo zamach ma dla niej atrakcyjne brzmienie. Nie najgorzej taki opis spektaklu brzmi?          

MIĘDZY MADONNĄ A LEWYM
Rzeczywiście, jest w dość pojemnym i językowo ciekawym tekście Maliny Prześlugi potencjał na niezły teatr, może nie jakiś odkrywczy (co można o Polsce i Polakach nowego napisać), ale zabawny, momentami dotkliwy, a w końcu i wzruszający, materiał na przypominajkę o tym, jacy jesteśmy nie tylko tu i teraz. Z uwzględnieniem fragmentarycznej mowy, jaka jest w medialnym i ludzkim użyciu, zwróceniem uwagi na drugoplanową rolę kobiet w społeczeństwie. Lecz trzeba przy inscenizacji - paradoksalnie to ujmując - i kombinować, i nie kombinować. Czyli wyprodukować tyle scenicznych pomysłów, ile się da, decydując się wszakże iść z tekstu szansą, na odlot, odjazd, coś jak kabaret (voltaire). Tymczasem Cezary Iber wyrzucił ze spektaklu scenę z piosenką disco polo (pokazaną podczas premierowego wieczoru na bis). A właśnie nie powinien. Powinien brnąć w stylistyczne ryzyka, na tej samej zasadzie na jakiej polski dom zawiera się między obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej a plakatem z Robertem Lewandowskim (w barwach Bayernu Monachium), między prawym a lewym. Za scenografię należą się zresztą największe brawa Michałowi Araszewiczowi. Po feerii gagów końcowy 'Katechizm polskiego dziecka' Bełzy (wypowiedziany przez czującego scenę małego Ernesta Lisowskiego) złapałby za gardło.

MIMO
Zabrakło twórcom tego przedstawienia po prostu decyzji, w którą stronę iść. Zatrzymali się pośrodku i publiczność teatralnego środka pewnie to doceni. Ja na takich seansach ziewam. Zwłaszcza w mało przekonujących chwilach pantomimicznych. O Polsce i Polakach więcej mówi ciągle pokazywany na Scenie na Strychu TRANSATLANTYK. Drugi raz na Gombrowicza w wersji Tumidajskiego chętnie pójdę, na Prześlugę w ujęciu Ibera nie. Mimo muzyki Macieja Zakrzewskiego, mimo pysznego Krzysztofa Kulińskiego-Mickiewicza, dynamicznej Dominiki Majewskiej (jeszcze PWST) czy pełnego właściwości człowieka-nikt Krzysztofa Boczkowskiego, bardzo dobrej Eweliny Paszke-Kowalskiej, intrygującej Jolanty Solarz w roli rozwieszającej zdjęcia zaginionego męża Pani Słowikowej.

Ocena (0-6): 3,5
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
M. Prześluga GARNITUR PREZYDENTA, rez. C. Iber, Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena, rząd V, miejsce 1

PS
I jeszcze jedno. Prapremiera GARNITURU PREZYDENTA to jeden z punktów programu teatralnego Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Ujęty także w oficjalnym kalendarzu jako jeden z dwóch akcentów ESK na dzień 5 marca. Kiedy się wchodzi do Współczesnego, nie czuje się zupełnie, że jesteśmy w Europejskiej Stolicy Kultury, nie ma natychmiast zauważalnego plakatu, pieczątki, symbolu tego podobno najważniejszego w dziejach powojennego Wrocławia wydarzenia. Gospodarzem ESK miasto będzie jeszcze przez 10 miesięcy, jest nim od dwóch. Trudno to dostrzec. Nie tylko idąc do teatru.

Sunday, February 21, 2016

DZIADY (Teatr Polski we Wrocławiu)


Na finał brawa bili widzowie aktorom i realizatorom spektaklu, ci zaś publiczności, która niemal w komplecie dotrwała do końca prawie piętnastogodzinnego (z kilkoma przerwami, w tym dwoma godzinnymi) teatralnego maratonu. Nie była to jednak żadna szkoła przetrwania, lecz artystyczna uczta, jakiej się nie zapomina do końca życia. W Teatrze Polskim we Wrocławiu mieliśmy do czynienia ze światowej klasy przedstawieniem opartym na jednym z najdziwniejszych dramatów światowej literatury, ale też - to nie mniej ważne - z nieczęstą w dzisiejszym teatrze relacją wspólnotową, jaka wytworzyła się między sceną a widownią. O to chyba zresztą Mickiewiczowi chodziło, gdy pisał wszystkie swoje najważniejsze dzieła.

Ale wspólnoty odbioru tej wersji DZIADÓW zapewne nie będzie, nie każdy bowiem potrzebuje odbrązowionej, odspiżowionej literacko-teatralno-narodowej legendy tego tekstu. Mimo że Michał Zadara z zespołem pozłotę tradycji wykonywania wieszczowego dzieła zeskrobują mądrze, oddając autorowi to, co królewskie. Mamy tu - i to wyraźnie widać w przypadku całości zaprezentowanej w jeden dzień - opowieść epicką, pełną rozmachu, a jednocześnie sięgającą po intymność, liryzm, tragikomedię, śmiech. I właśnie z tym lejtmotywem zgrywy, dystansu, luzu będzie wielu widzom najtrudniej się pogodzić. Bo Dejmek, Swinarski, Braun, Konwicki, Trela, Holoubek, świętość.

Zgrywa zaproponowana przez Zadarę jest oczywiście pełna szacunku i dla Mickiewicza, i dla ludzi (człowieka), których autor sportretował, nie chodzi jedynie o żart dla żartu (choć i takie momenty się w spektaklu zdarzają). Taki zabieg inscenizacyjny pozwala zabrzmieć DZIADOM w uchu współczesnego młodego odbiorcy, no i przede wszystkim zrównoważyć akcenty utrwalone w 115-letniej tradycji ich wystawiania. Nie dla każdego DZIADY są narodową ikoną, kręgiem mistycznego wtajemniczenia w wyższą prawdę. Takie ujęcie tworzy często mur nie do przebrnięcia dla lekturowych czytelników nie tylko romantycznych klasyków. Są tutaj chwile, kiedy należy się pośmiać, są te, gdy się wzruszamy, i takie, kiedy pojawia się w głowie pytanie o nadmiar w genialnej Mickiewiczowskiej frazie.

W sobotę 20 lutego w Teatrze Polskim zobaczyliśmy znane już z wcześniejszych premier dwie odsłony DZIADÓW w lepszej niż kiedyś, bardziej zwartej, pewniejszej, okrzepniętej wersji. Lepiej widać sceny filmowane noktowizorem w ciemnościach podczas obrzędu, dużo przyjemności sprawia porównywanie aktorskich interpretacji poszczególnych kwestii. Proszę zauważyć, jak bawią się swymi monologami Mariusz Kiljan i Bartosz Porczyk, jak uwielbia rolę Pasterki Sylwia Boroń, jakie żarliwe emocje potrafi wykreować za każdym razem Cezary Łukaszewicz, jakim Neronem jest Nowosilcow Wiesława Cichego. Zwróćcie uwagę na drugi plan, na uczestników obrzędu, sekretarzy senatora, balowiczów i salonowców, na dresiarską młodzież. Maestria i jeszcze raz maestria.

To, co nowe w tym roku w Zadarowych DZIADACH to DZIADÓW CZĘŚCI III USTĘP w stylu imponującego, wkręcającego multimedialnego jam session, w wykonaniu aktorów pod kierownictwem Justyny Skoczek, oraz niezwykle zabawne OBJAŚNIENIA w formie przyspieszonych powtórkowych scenek z komentarzem świetnej narratorki Anny Ilczuk. Także nowi liderzy scenicznych wydarzeń nam się w tych fragmentach ujawniają. Jakub Giel przepysznie dopełnia galerię swoich wcieleń w różne postaci, prześmieszny jest Rafał Kronenberger jako znudzony wieszczowym wykładem perkusista, nieprzesadzone są brawa dla Dariusza Maja czy wspaniałej Moniki Bolly. A show - jak to nierzadko w sztuce bywa - kradnie Julia Leszkiewicz, kilkunastoletnia dziewczyna, z której bije aktorskie lśnienie.

W tak wystawionych DZIADACH radziłbym nie doszukiwać się na siłę ani uniwersaliów (choć są), ani nie zstępować zanadto pod skorupę. Raczej zanurzcie się po prostu, z całym dobrodziejstwem tego gospodarstwa w rzekę najlepszej pod słońcem poezyji, błyskotliwie zainscenizowanej i mistrzowsko zaprezentowanej przez artystów ze światowej ligi.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Adam Mickiewicz DZIADY - CAŁOŚĆ, reż. M. Zadara, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, 20.02.2016, rząd VIII, miejsce 1

Saturday, February 13, 2016

KONKURS, ALE PO CO? (Teatr Polski, Opera Wrocławska)

To, że urzędnicy dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego po macoszemu traktują kulturę, jest jasne od lat. W ciągu ostatniej dekady właściwie wszyscy wicemarszałkowie, którzy w swoich zadaniach mieli opiekę nad kulturą, od chodzenia do teatru, na koncert, do galerii woleli mecz tenisowy czy wyprawy w góry. Nic w tym złego, na zdrowie, ale...

Zarządzając jakąś dziedziną lokalnego życia, mając wpływ na losy i kondycje instytucji, trzeba tę dziedzinę czuć, mieć wiedzę, znać mechanizmy, przewidywać konsekwencje decyzji, no i przede wszystkim rozmawiać, konsultować, chcieć wiedzieć. Tymczasem zarząd marszałkowski przyjął po prostu bezwarunkową zasadę: wszędzie konkurs. W instytucjach artystycznych nie jest to absolutnie najlepsze rozwiązanie, przeciwnie: często słabość organizatora. Często też, niestety, konkursy bywają jedynie pozorem, bo i tak wiadomo, że ma wygrać kandydat już wybrany. Dziś - po obserwacji doświadczeń nie tylko wrocławskich i dolnośląskich instytucji - uważam, że konkurs należy ogłaszać wtedy, gdy brakuje pomysłu, jest konflikt w środowisku, dzieje się przesilenie albo wtedy, gdy zbyt wielu dobrych i dostępnych kandydatów mamy w głowie (i wiemy, że ci kandydaci przyjmą zaproszenie do rywalizacji na programy).

W kulturze liczy się budowany przez choćby kilka lat dorobek, biografia, pozycja. Tylko ktoś z osiągnięciami może przekonać zespoły artystyczne, zdobyć ciekawość i wstępne zaufanie widzów. Krystyna Meissner - autorka niekwestionowanego sukcesu Wrocławskiego Teatru Współczesnego w poprzedniej dekadzie - nie przyszła tam po konkursie, podobnie Konrad Imiela - stojący na czele obleganego przez publiczność i chwalonego przez krytyków Teatru Capitol. Nie przypominam sobie w ostatnich latach konkursu na szefa artystycznego Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Andrzej Kosendiak jako dyrektor Narodowego Forum Muzyki? Nikt konkursu na to stanowisko nie organizował. Z nominacji Piotr Oszczanowski został szefem Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Dorota Monkiewicz szefową Muzeum Współczesnego. Ewa Michnik pojawiła się w Operze Wrocławskiej nie dlatego, że aplikowała w konkursie.

Ludzie z nazwiskiem rzadko decydują się na procedury konkursowe. Oni nie muszą. Do rywalizacji o urzędnicze uznanie startuje wiele osób z ambicjami, niekoniecznie z autorytetem. Można sobie na wybór kogoś takiego pozwalać w przypadku mniejszych instytucji (dajemy szansę, która nie kosztuje wiele) lub tych pogrążonych w kryzysie (gorzej być nie może), lecz są sytuacje, kiedy konkurs z góry wydaje się pomysłem nadmiernie ryzykownym. Tak jest teraz we Wrocławiu. Mamy ceniony na świecie Teatr Polski, mamy Operę Wrocławską na wysokim poziomie. Oba przypadki inne.

Ewa Michnik ogłosiła swoje odejście już we wrześniu 2015 i doprawdy nie rozumiem, dlaczego zarząd nie kiwnął do tej pory palcem w tej sprawie. Nie słyszałem, żeby ktoś jeździł po świecie w poszukiwaniu następcy Ewy Michnik. W efekcie nowego dyrektora/dyrektorów poznamy za dwa, trzy miesiące, czyli kolejny martwy sezon przed nami, bo kontraktów na spektakle w tym świecie nie podpisuje się z kwartału na kwartał. Krzysztof Mieszkowski, szef Polskiego, chciałby zostać. Marne są na to szanse, bo zarząd najwyraźniej czeka do końca umowy z niewygodnym, kontrowersyjnym dyrektorem, dziś także politykiem. W Urzędzie Marszałkowskim nieraz chciano się Mieszkowskiego pozbyć z powodów finansowych. Mieszkowski trwał dzięki poparciu środowiska, zespołu, wynikom artystycznym. W końcu, przy udziale ministra kultury, ustalono kompromis: miał być w Polskim tandem i rozdzielenie funkcji naczelnego-artystycznego. Nic się jednak nie zadziało. Niech Mieszkowski dokończy kontrakt, a potem wybierzemy kogoś nowego. W przededniu takich wyborów jesteśmy.

Czy Krzysztof Mieszkowski na stanowisku dyrektora powinien zostać (do konkursu nie stanie)? Zdrowy rozsądek takie wyjście podpowiada jako jedno z dwojga. To drugie to przekazanie teatru przez być może coraz bardziej zajętego w Sejmie posła komuś, kto z Polskim jest związany, komuś z zespołu lub reżyserowi z Teatrem Polskim współpracującemu/współpracującej. Po co na siłę robić rewolucję w dobrze działającej maszynie? Doświadczenie z konkursem na szefa TP jest przecież kiepskie. To wprawdzie jeden z najlepszych teatrów w Polsce, lecz zbyt mała dotacja na gabaryty tej instytucji nie przyciąga idealnych kandydatów. Co innego stworzyć tu od czasu do czasu  spektakl, co innego wziąć na barki codzienność.

Szczególnie dobrej myśli w tych sprawach nie jestem. Za późno to wszystko się rozgrywa, bez rozmów z zainteresowanymi (Rada Artystyczna Polskiego pisze w oświadczeniu, że zabiegała o spotkanie i była ignorowana, Ewa Michnik już we wrześniu sugerowała w wywiadzie dla Radia Wrocław Kultura szybki wybór następcy, powtarzając to potem kilkakrotnie). Jedno wiemy na pewno: znów kultura jest w dolnośląskim Urzędzie Marszałkowskim najwyraźniej na dalekim marginesie. Dowód? Na stronie umwd.dolnyslask.pl są zakładki z aktualnościami dotyczącymi poszczególnych pól działalności urzędu (stan na dziś: 13.02.2016). Zerknijmy: edukacja - ostatni wpis z 9 lutego 2016, rozwój obszarów wiejskich - 22 stycznia 2016, zdrowie - 1 lutego 2016, a kultura? 4 maja 2010. Tak. Tekst o laureatach przeglądu piosenki, wcześniej o tym, że marszałek jeszcze Łapiński zagrał 'Hey Joe'. Wtedy gitarowego rekordu nie pobito, za to rekord w braku kulturalnych aktualności na stronie urzędu wyśrubowano arcydzielnie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI