Wednesday, October 28, 2015

Festiwal DIALOG 2015



Nie udało mi się zobaczyć trzech spektakli z zestawu przygotowanego tym razem po raz ostatni jednoosobowo przez Krystynę Meissner. To i tak, jak przypuszczam, niezły wynik, zwłaszcza że w stołeczno-europejskim Wrocławiu właśnie w październiku mamy bogactwo wyboru wydarzeń nie do ogarnięcia. Spektakle - jak to spektakle - jedne ciekawsze, inne mniej, dyskusyjne i do debaty, inspirujące, twórcze i odgrzewające, odtwarzające. Moja wielka trójka Dialogu nr 8 to: WYCINKA, SZEPTY I KRZYKI oraz DZIADY (które widziałem wcześniej w telewizyjnej realizacji). Zawiodły mnie więc międzynarodowe propozycje (łącznie z epigońskim finałowym duetem bergmanowsko-vanhovowskim, na co bardzo liczyłem po otwierających SZEPTACH), rozczarował i zmęczył nowy Warlikowski, zbyt już powtarzalny w formach i tematach.

Krystyna Meissner, wreszcie nagrodzona Złotym Medalem Gloria Artis, zawsze podkreśla, że najpierw ogląda przedstawienia, potem powstaje hasło imprezy (w tym roku znów prowokujące ŚWIAT BEZ BOGA, czyli Wartości). Nie przekonało mnie to hasło w kontekście obejrzanych spektakli, które też w większości nie robiły większego wrażenia. Nawet niemiecki, pomysłowy, ale przesadzony w długości WARUM, nie potrafił zdobyć mojego teatralnego serca. Nie uwiodły mnie piękne marionetki Romana Paski, nie wciągnął taneczny rytuał Lemiego Ponifasia. Bo nie zaoferowali mi ci artyści niczego nowego, nie przywieźli z daleka impulsu, jakiego nie znałem. Nie było na tym Dialogu nowego EXHIBIT B ani O TWARZY, nie było wizji na miarę TRAGEDII RZYMSKICH czy elektrycznych ROSJAN.

Na szczęście było to, co w Dialogu też mocno się liczy, może nawet najbardziej: prezentacja bardzo różnorodnego teatru i aktorzy na poziomie himalajsko-kosmicznym. I właśnie - jeśli coś z tego ósmego festiwalu zapamiętam - to ich, w teatrze chyba jednak najważniejszych.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI

Wednesday, October 21, 2015

TRZEJ MUSZKIETEROWIE (Teatr Muzyczny Capitol)


KRÓTKO 
Niedoskonały spektakl z doskonałym, mądrym pomysłem na nawet dzieło. Jest na to ciągle szansa.

Ale mała szansa, bo publiczność bardzo szybko wstaje z miejsc, by owacją w teatrze najcenniejszą docenić wysiłki aktorów i inscenizatorów. Ja bym zachęcał do powściągnięcia tej niezasłużonej nagrody i do oklasków, owszem, ale nie tak okazałych. 

ZARZUTY 
Capitolowi Muszkieterowie potrzebują jeszcze pracy. Idea jest znakomita, nie mogę jej zdradzić, choć pewnie zrobią to inni recenzenci. Proszę jednak pamiętać: to oni odebrali Wam największą przyjemność wieczoru. Kłopot polega na tym, że do błyskotliwego finałowego twistu - rodem z najlepszego kryminału lub wielkiej powieści - dochodzi po prawie cztery godziny trwającej serii czasem przyzwoitych, a czasem przezroczystych czy nawet kiczowatych scen niesklejonych w spójną całość. Domyślam się, o co chodziło reżyserowi i scenarzystom, lecz - moim zdaniem - nie wyszło. Bo wykonawcy deklamują kwestie na modłę teatru dla grzecznej młodzieży albo raczej seniorów, a widz taki jak ja przez tych ponad dwieście minut przeciera oczy, drapie uszy, łapie się za głowę i wzdycha (bezgłośnie), pytając w duchu: czy to możliwe, by aktorzy tego talentu, z ich doświadczeniem, po pracy z Dudą-Gracz i innymi, nie potrafili normalnie powiedzieć swoich dialogów, bez wygłaszania, bez wpadania w retro-teatrzyk? Czy to przypadkiem nie wina tekstu?

PO CO?
Po co ta konwencja komedii romantycznej? Po co sztuczność i kabaret? Po co dopowiedzenia? Czy kardynał musi dośpiewać "ja" do "Boga"? Żeby co? Nikt się nie dał nabrać? Właśnie trzeba było nas nabrać. Realistyczne miały być pojedynki (ten w scenie w La Rochelle wymknął się spod kontroli?), ale już nie dialogi? Aby osiągnąć zamierzony efekt, wystarczy wysłać kilka sygnałów, parę momentów wziąć w nawias, resztę robiąc nowocześnie, naturalnie, dramatycznie. Ja rozumiem, że - jak mówi Planchet pod koniec pierwszego aktu - te dworskie intrygi z diamentami to głupoty, ale jednak to z ich powodu Trzej muszkieterowie stali się jedną z najpopularniejszych historii w dziejach kultury. No chyba żeby zaryzykować i pójść w parodię na całość. Jeśli nie, bo może nie każdy kupi, to uważniej z proporcjami. Tymczasem oglądając część pierwszą, mamy dylemat: widzimy kpinę czy rzecz przestrzeloną. W drugiej przekonuje finał, do którego dojść trzeba po teatralnych wybojach.

TO, CO DOBRE
To przedstawienie należy do trojga aktorów: Mikołaja Woubisheta-Plancheta, imponującego jako narrator napędzany gniewem, oraz obdarzonej bardzo dobrym głosem i umiejętnościami dramatycznymi Aleksandry Adamskiej (Konstancja). No i Tomasza Leszczyńskiego w dwóch wcieleniach (Abramis-Felton). Wyróżniłbym jeszcze Ewelinę Adamską-Porczyk (siostrę Aleksandry) w roli Kitty, a potem żony Plancheta oraz wdzięcznego Macieja Musiałowskiego-Grimauda (laureata ostatniego PPA). I Marcina Januszkiewicza (nieoczywisty, choć przeszarżowany Książę Buckingham) oraz niezawodnego nie tylko w komicznym stylu Andrzeja Gałłę (Pan Bonacieux). Zwraca uwagę również Błażej Wójcik jako Richelieu. Jak widać, główni bohaterowie nie błyszczą.

ZASKOCZENIE
Muzyka. Bałem się tych Krzesimirowo-Dębskich melodii kameralnych, a tu brzmią zadziwiająco świeżo. Bronią się bezpretensjonalnością.

SCENY DO ZAPAMIĘTANIA
Występ włoskiego śpiewaka na balu u króla Ludwika - brawa za kunszt Tomasza Leszczyńskiego! W tych klimatach jest jedyny. I finał, który wywraca wszystko do góry nogami. A, i jeszcze zabawne smaczki: wyciąganie Portosa z wyra oraz pyszny szambelan Tomasza Sztonyka.

WAŻNE DETALE
Świetne kostiumy Anny Chadaj oraz momentami irytująca, ale absolutnie usprawiedliwiona scenografia Grzegorza Policińskiego, wymagająca znoju jej przesuwania (dlaczego, okazuje się na końcu). To samo dotyczy powtarzającego się wątku poniżania służących przez muszkieterów.

OCENA (0-6)
Tej wersji nie dam więcej niż 3+. Ale poprawka możliwa.

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...............................................
TRZEJ MUSZKIETEROWIE, wg A. Dumasa, scenariusz Konrad Imiela, Marek Kocot, reż. K. Imiela, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 11.10.2015, rząd V, miejsce 13 

Sunday, October 4, 2015

MEDIA MEDEA (Teatr Polski we Wrocławiu)



JEDNYM ZDANIEM:
Udany, dobry, mocny spektakl o tym, że dzisiejsza Medea ma więcej powodów do zabicia swoich dzieci (albo ich nierodzenia) niż niegdysiejsza, a porzucony (tak, porzucony) Jazon ucieka w ideologiczny (prawicowy) odjazd.

WIĘCEJ:
Reinterpretowanie mitów ma swoje zalety i wady. Pozwala spojrzeć na zastane symbole i prawdy z nowej perspektywy, w nowym kontekście, okiem nowego człowieka, ale też budzi wątpliwość: bo jednak taki Eurypides pisał sztukę dla swoich współczesnych, więc można popełnić grzech nadużycia, co zdarza się twórcom często. Marzena Sadocha pisząc tekst do MEDIA MEDEI, przywiązała się nawet do legendy o tym, że to nie Medea zabiła, że została w to wrobiona, że była ofiarą, nie morderczynią. I akurat w takie rozważania bym dalej nie brnął, nie róbmy z Medei Niobe, bo jej historia przestanie fascynować. Ale reszta bardzo mi się klei. Sztuka Sadochy wprawiona znakomicie w sceniczny ruch przez Marcina Libera ma wszystko, czego potrzeba dobremu teatrowi: wciągające, hipnotyczne intro, treściwy środek (z mielizną, bo tak poetyckiemu tekstowi trudno sprostać niezmąconą percepcją) i poparty filmowym thrillerem finał w wersji strong. Może brakuje tu zdecydowanej dialogowości (obserwujemy w końcu losy trzech par), ale czy nie tak się dziś rozmawia? Społecznościowo-politycznym monologiem właśnie? I tzw. zwykli ludzie, i politycy chcą uznawania własnych racji, obawiając się niepewności dialogu. Czy nie tak toczy się choćby europejski spór o przyjmowanie uchodźców? Czy nie tak przeróżne środowiska próbują narzucić swój światopogląd? Taki świat nie ma sensu - zdaje się brzmieć echo scenicznych zdarzeń, Medea ma nie tylko prywatny powód do zemsty.

ARTYŚCI:
Scenografia Mirka Kaczmarka urzeka, aura muzyczna (Filip Kaniecki) idealnie charakteryzuje lub kontrapunktuje, zwracają uwagę kostiumy (Grupa Mixer), których znaczenie z pewnością doceniają aktorzy. A Marcin Pempuś - jak wiemy i widzimy znów - radzi sobie świetnie także bez kostiumu. Wideo Krzysztofa Skoniecznego i Jacqueline Sobiszewski zostaje przed oczami na długo. Aktorki i aktorzy - jak to w Polskim - bez zarzutu.

ROLA SPEKTAKLU:
Dla mnie Andrzej Kłak. Wybaczcie mi Medee i nie mścijcie się.

DETAL:
Język. Poetycka fraza faszerowana wtrąceniami: ja Medea/ katastrofę ubieram jak stanik/ codziennie w nowym to smutne rozmiarze.

SCENA SPEKTAKLU:
Dwie sceny: równoległa prezentacja trzech par na początku i finałowa mantra mścicielek połączona z wyświetlanym na ekranie morderstwem.

OCENA (0-6):
5

GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...........................................
Marzena Sadocha MEDIA MEDEA, reż. M. Liber, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena na Świebodzkim, 3.10.2015, rząd 3, miejsce 13


Monday, September 7, 2015

IX Mahlera - Wratislavia Cantans


Zubin Mehta jest wielki. Ze względu na kontuzję kolana (niedawno operacja) na siedząco poprowadził swoich Filharmoników - celująco! Klasa, elegancja, pewność. Mahlerowska Symfonia minionego życia zabrzmiała w przestrzeni Narodowego Forum Muzyki przepięknie. Blisko ideału. Mamy wreszcie we Wrocławiu miejsce na muzykę, dokąd chce się pójść i nie chce się wychodzić. No i słyszeliśmy jedno z największych wydarzeń artystycznych nie tylko w tym roku.
GCH

Sunday, May 17, 2015

KONIEC ŚWIATA W BRESLAU (Wrocławski Teatr Współczesny)


Kiedy piszę te zdania, we Wrocławskim Teatrze Współczesnym kończy się pierwsza część drugiego premierowego spektaklu. W przerwie wyjdą widzowie do foyer i wymienią opinie. Niektórzy wyjdą z teatru na papierosa i już do niego nie wrócą. Tak jak podczas wieczoru prapremierowego. Bo Agnieszka Olsten zrobiła to przedstawienie po swojemu i dla siebie, lekceważąc nadzieje publiczności, która wykupiła bilety na cały majowy tydzień prezentacji KOŃCA ŚWIATA W BRESLAU.

Poprzednio reżyserka przeniosła na tę samą Dużą Scenę Współczesnego książkę Olgi Tokarczuk PROWADŹ SWÓJ PŁUG..., też kryminał, ale przewrotny, więcej jej było wolno. KOTLINA nie zyskała wielkiej popularności, narzekano na odjechanie, udziwnienia, ekologiczną propagandę łopatologiczną. Ja w tamten spektakl wszedłem, jego oniryczna energia mnie uwiodła, mimo niedociągnięć. Parę pięknych scen i znakomite momentami aktorstwo je rekompensowało. Z KOŃCEM ŚWIATA... jest inaczej. Proza Marka Krajewskiego to rzecz czysto gatunkowa, rozrywkowa, co wielokrotnie podkreślał autor. Mocny charakter Mocka, przedwojenne miasto, jakiego nie znaliśmy, oraz precyzyjnie zaplanowana intryga - na tych fundamentach powstawała potęga polskiego retro kryminału i kryminału polskiego w ogóle. Wiele osób zdrowo się emocjonowało klimatem powieści Krajewskiego, poddając się tej perwersyjnej czytelniczej zabawie. Przedstawienie Agnieszki Olsten niby to wszystko wykorzystuje, ale w wersji odwróconej. Zamiast wartkiej akcji mamy rozwleczone etiudy na temat, zamiast mrocznego, pewnego siebie bohatera - faceta w kryzysie wieku. Kryminalna zagadka schodzi na daleki margines, a gdy próbuje się ją wydobyć na wierzch, podganiając fabułę, pachnie to SZATANEM Z SIÓDMEJ KLASY albo PANEM SAMOCHODZIKIEM. Zostaje więc Wrocław sprzed lat, tyle że w teatrze niełatwo miasto pokazać.

Nie wiem, co na to Krzysztof Kopka - podobno współautor adaptacji - ale dla mnie najnowszy spektakl Współczesnego jest przede wszystkim bardzo olstenowski, bardzo tożsamy z KOTLINĄ. Podobnie się zaczyna: tu od długiej sceny oględzin miejsca zbrodni przez policjantów, tam od sceny obcowania z autentycznymi psami. Bardziej chodzi o wejście w specyficzny nastrój niż o zawiązanie akcji. A potem już z górki. Kto nie czytał książki, tak samo jak przy okazji KOTLINY, gubi się od razu. Obserwuje tylko zmagania Mocka z nałogiem i młodą żoną pełną niezaspokojonego temperamentu. W powieści Ebi jest inny, alkohol podsyca jego libido, daje radę z początku zresztą nierozbudzonej Sophie, to sybaryta-macho. W teatrze mięknie i usypia, wymiotuje po zetknięciu z trupem. Różnicę podkreślają elementy teatru amatorsko-studenckiego, gdy sprasza się na scenę młodych widzów, aranżując imprezę. I wtedy dopiero wieje pustką. Co dostajemy w zamian? Narracyjną scenografię Olafa Brzeskiego, nurtującą muzykę Kuby Suchara. Świeżą, pełną urody i wdzięku Polę Błasik (jeszcze PWST), która jeszcze nie jest w stanie dograć niuansów wyuzdania swojej bohaterki-arystokratki w związku z inteligentnym i wykształconym, lecz jednak prostakiem. Najlepsi w obsadzie są: niepokojący Tadeusz Ratuszniak (baron von Hagenstahl/Norbert Risse) i Justyna Antoniak (Inge), śpiewająca - jak zawsze - fantastycznie. Ale nie na nich ma się skupiać nasza uwaga. To Eberhard powinien rządzić. Niestety, Konrad Imiela innego Mocka dostał do zagrania.

Drażnią, nie zaciekawiają epizody. Po co pakuje się aktorów w owadzie ubranka? Po co nożycoręki Robert Fritz (Maciej Kowalczyk) mówi jak w przedszkolu? Po co Krzysztof Boczkowski (Hartner/Hockerman) przedrzeźnia jednego z wrocławskich uczonych, a Piotr Bondyra (Erwin) eksploatuje znany już z jego poprzednich występów ton prymusa? Po co wreszcie przełamywane są granice między sceną a widownią? W pewnej chwili pomyślałem wręcz, że teatralny KONIEC ŚWIATA... to naigrywanie się z kryminału jako gatunku. - Ty jesteś kpiną, Mock - mówi do radcy jego szef (Jerzy Senator). Mock po angielsku to kpić. I kpiną właśnie jest finałowy taniec po może i niezłym obrazie orgii w fin-de siecle'owym stylu, w towarzystwie palącego się neonu Breslau. NSDAP-owiec pląsający obroty wygląda śmiesznie, nie złowrogo. Tak jakby twórcy nie mogli się zdecydować: robimy parodię czy thriller? Jak odjechać, to odjechać z przytupem, w Bauhaus, balet, pantomimę, farsę.

Nie ma szans na przebicie ta jedna organizująca chaos, z gruntu olstenowska, myśl interpretacyjna. Że prywatne zło, które czyni Mock swojej żonie i współpracownikom, nadużywanie prawa i życia, zapala ogień zła większego. Doskonały to punkt dojścia, lecz po maratonie zlepionych scen i scenek, po szeregu tak sobie zagranych quasi-improwizacji olśnienie nie przychodzi do zmęczonych, rozczarowanych, rozminiętych z oczekiwaniami widzów. Agnieszka Olsten zrobi pewnie kiedyś arcydzieło, KONIEC ŚWIATA W BRESLAU zaliczamy do etapu prób i błędów. Szkoda.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..........................................
KONIEC ŚWIATA W BRESLAU wg powieści Marka Krajewskiego, reż. Agnieszka Olsten, Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena, rząd 6, miejsce 14, 16 maja 2015

Saturday, April 11, 2015

DZIADÓW CZĘŚĆ TRZECIA (Teatr Polski we Wrocławiu)


Nie ma już dzisiaj szans na to, by DZIADY zainspirowały Polaków do zrywu, żyjemy w innych czasach, mieszkamy w innym kraju, więc Michał Zadara trzyma się odmiennej drogi niż poprzednie inscenizacje Mickiewiczowego dzieła. Wybiera komedię, nie dramat, i celuje we współczesną, młodą publiczność, choć starsi (byle tylko otwarci na nowy ton tej niegdysiejszej sztuki narodowej) poczują się w trakcie oglądania wrocławskiego przedstawienia przyjemnie. Bo rzadka to okazja do zobaczenia na scenie licznej obsady, z której co rusz wyłania się rola lub epizod do zapamiętania, bo twórcy zadbali o atrakcyjną oprawę scen, bo słowo wieszcza brzmi głosem dotąd w polskim teatrze niespotykanym, bo cała teatralna robota – wizualna, dźwiękowa i interpretacyjna – budzi podziw. Natomiast to, co z tego spektaklu zostaje w pamięci po kolejnym pięciogodzinnym maratonie, to, jak DZIADY Zadary działają na emocje, jest sprawą indywidualną.

Dydaktyzmu nie ma, nie ma też diagnozy i odezwy, komentarz znaleźć można głęboko, jak kto się uprze, w słowach Mickiewicza. Reżyser wrocławskiego przedstawienia postawił na prezentację lekturowego tekstu do zakucia w sposób zabawny i zrozumiały, bez babrania się w klimaty polityczno-pomnikowe. I wygrał, z ogromną pomocą przecudownych aktorów. Tu naprawdę każdy kreuje swoją postać, wykorzystując wszystkie możliwości, jakie daje tekst. Od – powiedzmy – Adama Szczyszczaja w rolach mniejszych, przez – na przykład – Monikę Bolly w zaskakujących śpiewanych, po Skibińską-Rollison i Cichego, Kiljana, Porczyka w wiodących – jak to się kiedyś mówiło: ręce same składają się do owacji. A przy okazji okazuje się, że Mickiewicz oprócz genialnego władania językiem był bardzo zdolnym dramaturgiem – i zdaje się, Zadara wydobywa tę umiejętność poety jako pierwszy tak wyraziście.
  
Ale kontrowersji nie brakuje i pewnie zdarzy się list od nauczyciela lub romantyzmologa zarzucający inscenizacyjne lekceważenie narodowej świętości. Konrad zaczyna Wielką Improwizację od pójścia w kąt celi na siku, dając sygnał jasny do bólu, że będzie inaczej niż u Treli i Holoubka. Ten spektakl rozwija najciekawszy i najświeższy element poprzedniego odcinka Dziadowego cyklu Teatru Polskiego, czyli motyw odspiżowienia klasycznego dla nas tekstu, i to w sposób komiczny, ironiczny, imprezowy. Ci, którzy przed rokiem mówili o sprofanowaniu obrzędu z II części, będą teraz cierpieć jeszcze mocniej, ci, których montypythonowski urok tamtych DZIADÓW przekonał, ubawił i/lub olśnił, będą znów usatysfakcjonowani (do potęgi).

Myślę, że finalnie kluczem do sukcesu tego przedstawienia u poszczególnego odbiorcy, będzie odpowiedź na pytanie, ile pod zgrywą udało się pozostawić powagi, ile ważnej dyskusji o rzeczach ziemskich i niebieskich, o naszej historii i charakterze, przedostaje się przez farsową nawet chwilami konwencję. W scenie VII (Salon Warszawski) tylko Adolf (Cezary Łukaszewicz) z Anielicą-Damą (Sylwia Boroń) emanują żarem, wszyscy pozostali hołdują konformistycznej inercji, a słynne słowa o narodzie jako lawie, zamierzone przez Mickiewicza na budzący z letargu apel, wypowiadane są tu tonem prześmiewczym. Tak właśnie: między zaraz gaszoną żarliwością a (nie)bezpieczną olewką rozgrywa się spektakl Zadary. I rezonans tej gry, odczucie proporcji składników, jej celowość, zdecyduje o tym, jak wam się podobało.

Nie zapominajmy jednak, że DZIADY to nie tylko ta część III, że projekt Teatru Polskiego zakłada wystawienie w styczniu 2016 całości w następstwie zaplanowanym przez Autora. Można już sobie teraz to sklejać, wyobrażać, jakie tropy wyznaczą choćby pojawianie się tych samych aktorów w różnych scenicznych wcieleniach lub powtarzające się sygnały scenograficzne (Robert Rumas!), ale ja bym z takimi deliberacjami poczekał. Bo teatr to także fizyczność, ich sztuka i pot, nasza fascynacja i zmęczenie. Przebiegnięcie dwóch maratonów nie jest równoważne z ukończeniem maratonu ultra.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
Adam Mickiewicz DZIADÓW CZĘŚĆ III, reż. Michał Zadara, Teatr Polski we Wrocławiu, Scena Grzegorzewskiego, 10 kwietnia 2015, rząd 5, miejsce 25

Monday, March 30, 2015

PPA: GALA, GŁUPTASKA, NUT FERMENT, ale najlepsze WIELKIE PRZEMÓWIENIA


Czytam w stołecznej Wyborczej: - Ani niesmaczne, ani smaczne. Ot, zapychacz żołądka, który w nocnych sytuacjach okołoklubowych pochłania się nawet z pewną satysfakcją - pisze w recenzji restauracji Manekin Maciej Nowak. We Wrocławiu pan Maciej miał więcej szczęścia. Gala, którą prowadził z Jeremim, synem Moniki i Pawła Strzępka-Demirskich, była ważnym i jasnym punktem Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Mimo że mroczną stronę także współczesnego nam świata pokazywała. W koncercie pt. PROSZĘ PAŃSTWA, BĘDZIE WOJNA Nowak dał popis. A to i tak tylko początek.


Poza wyraźnie niedysponowanym Gienkiem Loską wszystkie wykonania wnosiły do Strzępkowej Gali coś wyjątkowego, osobnego, najczęściej wzruszającego, czasem porywającego. Najmocniej wdarły mi się w pamięć: Alona Szostak w rosyjskich rytmicznych szlagierach z antywojenną WOJNĄ Pugaczowej na czele, niesamowity Marcin Czarnik w żarliwym proteście Tuwima i grupy Akurat o ekonomiczno-elitarnych przyczynach zbrojnych zbrodni, Marek Piekarczyk jako bezradny tata robiący dziecku schron ze swoich ramion (piękny tekst Loebla do muzyki Nalepy) i Michał Szpak, czyli pograniczna płciowo postać w mocnej GODZINIE W Lao Che. Przy piosence Szpaka można sobie wyobrazić istnienie LBGT-owskiej kompanii biorącej udział w ewentualnej kampanii wrześniowej. Była i świetna Alicja Majewska, niezwykła Gołda Tencer w kiedyś lekturowym, dziś zapomnianym wierszu Broniewskiego (BALLADY I ROMANSE). I tak dalej. Na scenie scenograficzny pastisz kołobrzeskich festiwali, na widowni łezka, łza, uśmiech, lecz żadnej euforii, bo wojna jednak tuż obok. Zasłużone i oczywiste owacje na stojąco. Również dla orkiestry złożonej z fantastycznych wrocławskich muzyków związanych z Capitolem i NFM-em oraz doskonałego Chóru Con Brio pod kierownictwem Małgorzaty Podzielny. Całość pewnie poprowadził Adam Lepka.

Zabrakło emocji na GŁUPTASCE Jerzego Bielunasa wg powieści Swietłany Wasilienko. Mimo starań Kingi Preis i Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, formy chóru Oktoich i muzycznej inwencji Mateusza Pospieszalskiego z zespołem, znużenie stylem tego spektaklu szybko o sobie dało znać. Za dużo reżyser chciał pokazać, za bardzo dopasować się do multimedialnego nurtu w teatrze, wmawiając sobie grę na narracyjne ekwiwalenty. Tymczasem niepotrzebne te ekrany, gdy ma się taki temat, tekst i aktorki. Przedobrzenia i slogany zgubiły GŁUPTASKĘ, choć przedstawienie to przyzwoite i może być grane regularnie.

Na tej samej Scenie Ciśnień 36. PPA kończył się NUT FERMENTEM, czyli muzycznym tokszołem, szóstym w cyklu. Świątecznym o tyle, że zobaczyliśmy same gwiazdy: Bartosza Porczyka, Justynę Szafran, Legitymacje. Konrad Imiela bardzo udanie rozgrywał rolę na dwa fronty, usłyszeliśmy coś na serio, coś na zabawnie, zdradzono nam parę przyjacielskich sekretów (quiz: co to jest kółko życia na urodzinach u dyrektora Capitolu, który poleciał kiedyś na Solny po bukiet dla młodziutkiej Justyny wygrywającej PPA CYGANERIĄ, a ona tego n i e  p a m i ę t a ?). Fermentował piękny duch naigrywający się z wysokiej litery Sztuki, ukazując chwilami i litery cztery. Bezpretensjonalny i bezpieczny był to wieczór, podskórnie tylko sugerujący: tak się chcemy bawić; swaboda i mir zamiast absurdalnej wymiany ognia i ofiar.


Dwa dni wcześniej piętro wyżej brzmiało podobne przesłanie, lecz wyrażone inaczej. Poważnie, ideowo. WIELKIE PRZEMÓWIENIA w reż. Radosława Rychcika, wg scenariusza Joanny Zdrady, złożone z zaangażowanych mów Indian, Ghandiego, Kennedy'ego, kongresowego Wałęsy, ale też trzynastogrudniowego Jaruzelskiego, oscarowego Wajdy czy gubernatorskiego Schwarzeneggera, naprawdę wgniotły mnie w czerwony capitolowy fotel. Celująco wypowiadane i wyśpiewywane przez młode artystki na muzyce grupy Natural Born Chillers błyskotliwie i wprost sformułowane słowa o wolności, pokoju, zmęczeniu walką, solidarności przypominały o tym, jak łatwo poukładać ten zawikłany w indywidualne ambicje świat, jak prosto polityczne komplikacje obrócić o oś i pojąć, co jest ważne, choć - niestety - przemówienia to tylko zdania, zdania. Od Heleny Sujeckiej poprzez Emose Uhunmwangho, Misię Furtak, Anię Rusowicz, Annę Mierzwę, Annę Gorajską, Paulinę Przybysz, Ilonę Ostrowską do Heleny Sujeckiej szła wiadomość jedyna: Nie ma zgody na wojnę. Tak podsumował tegoroczny PPA jego nowy szef Cezary Studniak, celnie po sobotnim koncercie galowym życząc wszystkim odwagi w spojrzeniu na wydarzenia bliższe nam i dalsze. Mamy jedno zadanie: nie dać się omamić i oszukać, nie wpaść w pułapkę konieczności poparcia konfliktu. Już lepiej zamówić coś w warszawskim Manekinie, którego bardzo by pewnie nam brakowało, gdyby.

"Nie nasz zawód zabijać, nie nasza miłość cekaemy" - jak nadzwyczajnie śpiewał Mariusz Benoit podczas Gali (tekst Adama Kreczmara). No a jeśli przyjdą podpalić dom?
GCH
Zdjęcia: ppa. wroclaw.pl