Monday, April 7, 2008
Kamila Shamsie SÓL I SZAFRAN
Na pokładzie samolotu z Ameryki do Europy Aliya poznaje Khaleela. Ona szlachetnego urodzenia, on z ubogiej stołecznej dzielnicy. Co dalej, wiadomo. Romans z przeszkodami to jedna z najstarszych historii świata. Zresztą narratorka będzie się do dziejów pewnej podobnej miłości odnosić, chwytając się jej w chwili zwątpienia. Legenda rodzinna głosi bowiem, że kuzynka Aliyi uciekła kiedyś z kucharzem, co było dla wszystkich traumatycznie bolesnym doświadczeniem. Ponieważ Masood, kucharz, gotował podniebienne cuda. Mezalians został wkrótce otoczony familijnym milczeniem, do czasu, gdy kolejna dziewczyna pokochała następnego niewłaściwego chłopca i postanowiła popytać, odświeżając pamięć. Nie tylko rodzinną. W tle wspominany jest podział Indii z 1947 roku, powstanie państwa pakistańskiego oraz towarzyszący rozpad dynastii. I nagle ze zwykłego romansu robi się saga lub przynajmniej jej fragment.
"- Co teraz, Khaleel? Co teraz zrobimy?
- Dlaczego nie możemy zaczekać i przekonać się, dokąd nas to zaprowadzi?
- Z powodu Liaquatabadu - nie mogłam uwierzyć, że powiedziałam to głośno. Zamiast się obrazić, uśmiechnął się do mnie, jakby był wdzięczny za prawdę".
Czy młodzieniec ze slumsowego Liaquatabadu i młoda kobieta z rodziny Wykrochmalonych Ciotek, Wuja-Kawalera, Zastraszonego Kuzyna mogą być razem? Czy dynastyczną klątwę może odwrócić studentka, wydobywająca się na niezależność w nowych czasach (Aliya znaczy przecież powrót)? To oczywiście pytania najważniejsze. Na nie czytelniczki zechcą poznać odpowiedź w pierwszej kolejności. Lecz, jak wskazuje tytuł, w "Soli i szafranie" jest smak istotniejszy niż słodycz harlekinowej zagadki z nietrudnym do przewidzenia endem. Przyprawa lub raczej esensja, którą pod każdą szerokością geografii i kultury nazywa się przyjemnością czytania. O tej przyjemności mówiła pisarka dziennikarzowi "Telegraph", gdy zobaczyli kobietę, jak zagłębiona w lekturę książki o sałatkach świata pochłaniała przy sąsiednim stoliku ciasto czekoladowe. "- Lepiej tak niż gdyby miała jeść sałatkę, czytając o czekoladzie" - spuentowała Kamila Shamsie. W swojej "Soli i szafranie" jest mniej dosłowna, ale równie mądra.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
....................................................................
Kamila Shamsie SÓL I SZAFRAN, przeł. K. Maciejczyk, Red Horse, 2008
Saturday, April 5, 2008
Andrew Morton TOM CRUISE
Autor tej książki wymyślił sobie w pewnym momencie ciekawy sposób na życie: opisywać historie sławnych ludzi. Rozprawił się już z Madonną, Moniką Lewinsky, Beckhamami. Sam zdobył sławę historią księżnej Diany, wydaną jeszcze za jej życia. Niezła kariera jak na dziennikarza tabloidów. Z jednej strony naturalna konsekwencja zawodowej drogi, z drugiej duże szczęście. Morton wie zatem o swoich bohaterach wiele nie tylko dlatego, że pisząc każdą z książek, przeprowadza dość szeroko zakrojony research, spotyka się z przyjaciółmi i wrogami, studiuje szczegóły biografii, zbiera recenzje i opinie. On zna tę stronę życia z bliska; nieraz bywał podziwiany i atakowany jak postaci z jego bestsellerów. To wydawnictwo nie pojawiło się na brytyjskim i australijskim rynku z powodu restrykcyjnych przepisów związanych z prawniczym terminem „pomówienie”. Z pewnością Morton potrafi też kolekcję faktów ubrać w zajmujące akapity, analizując osobowości gwiazd. O tym, czy w przypadku Toma Cruise’a ma rację, czy mija się z prawdą, zdecyduje czas.
W nieautoryzowanej biografii jednego z najgłośniejszych aktorów dzisiejszego Hollywoodu Morton nie ukrywa osobistej perspektywy, choć miejscami stara się zdobyć na obiektywizm. Gdy przywołuje chwilę zerwania Cruise’a z wytwórnią filmową Paramount po fiasku negocjacji kolejnego kontraktu, wymienia okołozawodowe religijne okoliczności konfliktu, ale przypomina również rok 1919 i sprawę Chaplina, który założył własną firmę, by zdobyć niezależność. Chwieją się jednak Mortonowi proporcje. Można bowiem odnieść wrażenie, że nie Tom Cruise jest głównym tematem książki, lecz kościół scjentologiczny, którego amerykański gwiazdor stał się żarliwym wyznawcą i popularyzatorem. Może zresztą autor tej biografii ma rację, kładąc tak znaczący akcent na tę stronę aktywności bohatera; młody Tom spędził rok w seminarium. Może rzeczywiście nie powinno się oddzielać zawodowych osiągnięć (i porażek) od życia osobistego, zwłaszcza w przypadku Cruise’a. Ale czytelnika muszą nachodzić wątpliwości, kiedy czyta:
„Tom jest nie tylko gwiazdą filmową, lecz także mesjaszem mediów, eksplikującym lęki i zwątpienia dzisiejszych czasów, czerpiącym moc z własnej sławy, z naszego uwikłania w religijne ekstremizmy, z porażającej skali globalizacji (…). Na współczesnym rynku idei racjonalne dyskusje i naukowe metody są zbyt często zagłuszane przez skrajne i niemożliwe do udowodnienia dogmaty, A Tom Cruise jest tym, który krzyczy najgłośniej, wciskając wszystkim swój pseudoreligijny towar”.
To nie cytat z czyjejś wypowiedzi, nie przytoczona przez dziennikarza refleksja eksperta. Tak Andrew Morton z roli opisywacza rzeczywistości zmienia się w komentatora, co czyni z niniejszej książki smaczniejszy kęs do lekturowej strawy, równocześnie stawia pytanie o wiarygodność treści. Kłania się tabloidowy sznyt, tyle atrakcyjny, co prostacki. Morton nie docenia czytelnika swojej najnowszej publikacji. Sama relacja zupełnie by wystarczyła. Scjentologia i tak nie ma najlepszej prasy. Tymczasem angielski autor nieautoryzowanej historii Toma Cruise’a funduje nam przestrogę rodem z antysektowej ulotki, zbyt często zagłuszając tzw. fakty swoją pseudopsychologiczną interpretacją.
Ale poza tym jest ciekawie. Tom Cruise Mapother IV okazuje się konsekwentnym graczem we współzawodnictwie, którego celem było uznanie i zaspokojenie ambicji. Talentu i oddania aktorstwu nie odmawia mu nikt. Steven Spielberg przyznaje, że trzykrotnie nominowany do Oscara potomek emigranta z Irlandii posiada „wspaniałą magię”. Problemy zaczynają się, kiedy przychodzi do wyciągnięcia wniosków z prywatnego życia aktora. Ze scjentologicznej działalności i związków z kobietami. Po przeczytaniu całości nie da się od próby sformułowania własnej opinii uciec. Bo skoro zdecydowaliśmy się sięgnąć po tę książkę, jej bohater coś dla nas znaczy. Coś więcej niż funkcja krzewiciela scjentologii. O tym czymś Andrew Morton niepotrzebnie w końcu zapomina.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………
Andrew Morton TOM CRUISE. Nieautoryzowana biografia, Philip Wilson, 2008
Friday, March 21, 2008
Jerry Beck SZTUKA ANIMACJI
Księgę na temat dziejów animacji stworzył Jerry Beck, historyk tej dziedziny filmu i producent, jedna z najważniejszych postaci w branży. Polską wersję też przygotowali fachowcy z Andrzejem Kołodyńskim i Konradem Zarębskim. Nie znajdziemy tu elaboratów o polskich osiągnięciach na animowanym polu, ale obecność zaznaczamy. Jest naprawdę sporo o pionierze Władysławie Starewiczu, trochę o łódzkim SeMaForze, wymienieni są Borowczyk, Dumała, Lenica, Rybczyński czy Haupe z Bielińską, zdobywcy Złotej Palmy za „Zmianę warty”. Wszystko dlatego, że autorzy księgi zdecydowali się zaprezentować najważniejsze zjawiska światowej animacji przynajmniej w akapitowych skrótach. Poczytamy zatem i o kreskówkach Bozzetta, i złotych czasach francuskiej, zagrzebskiej, węgierskiej szkoły. Nie zapomniano o Rosjanach, Estończykach, Bułgarach, a nawet Wietnamczykach, dość obszernie i ciekawie pisze się o osobowościach ponad 100-letniej historii animacji. Trafimy na Rene Laloux, braci Quay, Ralpha Bakshiego czy Osamu Tezukę, by wymienić tylko paru twórców z różnych stron świata i różniących się artystycznych światów.
To album zarówno do czytania, jak przeglądania, do odkrywania nowej wiedzy lub sentymentalnej podróży po chwilach śmiechu i wzruszeń. Z jednej strony tajemnicza „Ulica Krokodyli” i przepiękna ikoniczna „Bitwa pod Kierżeńcem”, z drugiej galeria bohaterów dzieciństwa: od Myszki Mickey po Nemo. Z satysfakcją rozpoznajemy Gustawa czy Krecika, żałujemy, gdy nie spotykamy naszego Bolka ani Lolka. Oczywiście najwięcej tekstu i reprodukcji dotyczy Amerykanów. Stamtąd księga pochodzi, tam powstał przemysł, choć sztuka animacji wywodzi się oczywiście z Europy. Na szczególną uwagę zasługują fragmenty opisujące techniki realizacji filmów, detale związane ze sposobami ożywiania niezapomnianych postaci, takich jak np. Gollum z „Władcy pierścieni”. Można się wgryźć w formę i poznać rozmaite treści animowanych produkcji. Nie wiedziałem, że jedyny nagrodzony Oscarem film z Kaczorem Donaldem to „Twarz Fuhrera” z 1943 roku, opowieść o koszmarze bohatera, który we śnie pracuje w nazistowskiej fabryce amunicji. Na fotosie widać jak kukułka wykonuje „zig heil”, obwieszczając godzinę siedemnastą.
Jeffrey Katzenberg, jeden z wielkich producentów animowanego świata, pisze w „Przedmowie”: „w naszym nieustannym dążeniu do stworzenia czegoś nowego, pragniemy zachować to, co już minęło (…), w całej tej gorączce zachwycającego rozwoju technologii tworzenia filmów, tym ważniejsze jest, by przypomnieć sobie, dlaczego je tworzymy”. „Sztuka animacji” dyskretnie odpowiada na to wezwanie, prezentując imponujący zestaw tematów i artystów. A przede wszystkim podkreślając, że animowana postać potrafi się wybić na zadziwiającą indywidualność.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………
SZTUKA ANIMACJI. Od ołówka do piksela – historia filmu animowanego, red. Jerry Beck, przeł. E. Romkowska, A. Kołodyński, Wydawnictwo Arkady, 2006-2008
Mircea Cartarescu DLACZEGO KOCHAMY KOBIETY
Daje się czytać te nowele, w których Cartarescu oszczędza nam własnych przeżyć z kobietami swojego życia. Nie są to najbardziej fascynujące męsko-damskie przygody, podobne mieliśmy wszyscy, z podobną liczbą pięknych i uduchowionych partnerek. Po tym autorze po prostu oczekiwałem czegoś więcej niż katalogu zwyczajnych stosunków międzypłciowych z ponad czterdziestu lat życia oraz zestawu zdań, mających na celu odkryć sekret męskich emocji i pożądania. No więc dlaczego kochamy? Np. "ponieważ w łóżku są śmiałe i pomysłowe nie z zamiłowania do perwersji, lecz żeby pokazać, że cię kochają", "ponieważ nie czytają świerszczyków i nie przeglądają stron porno w internecie", "ponieważ przyozdabiają się wszelkiego rodzaju błyskotkami, które dobierają do stroju wg skomplikowanych i niezrozumiałych reguł". I tak dalej. Ani to odkrywcze, ani pasjonujące. Trącące, no właśnie, czasopismem. Większość historyjek, jak pisarz nazywa te kawałki, ukazały się w rumuńskiej wersji poczytnego magazynu dla pań. Może nie powinienem się czepiać, skoro rzecz skierowana jest najwyraźniej do czytelniczek?
W kilku momentach Cartarescu przypomina o tym, że potrafi pisać wyjątkowo. Wtedy, gdy nie opowiada o sobie, tylko o osobach czyjejś komedii, niekoniecznie romantycznej. Historia Wiktora i Ingrid z noweli "Papierowy diabeł" to kilka stron magicznej literatury, dzięki której książka się broni jako wydatek. A prawdy w stylu "najcudowniejsza kobieta na świecie, to ta, która naprawdę ciebie kocha i którą ty naprawdę kochasz" lepiej przemilczeć, bo nie po to czytamy książki, by mówiły banalnym językiem o oczywistych sprawach.
Szkoda mi tego tematu, pod piórem tego autora mogłoby się wydarzyć coś zdecydowanie ciekawszego. Carterescu otrzymał w końcu najpoważniejsze rumuńskie nagrody literackie. Tyle że trochę już dawno. Ten zbiór 20 nowel wydał w ojczyźnie 4 lata temu w imponującym nakładzie 150 000 egzemplarzy. To jego jedyny bestseller, tłumaczony także na francuski i hiszpański. Sam autor wyznał kiedyś w wywiadzie, iż "dobre książki inspirują czytelnika do strajku". Ani intelektualny, ani emocjonalny strajk w tym przypadku nie grozi.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.............................................................................
Mircea Cartarescu DLACZEGO KOCHAMY KOBIETY, przeł. J. Kornaś-Wyrwas, Czarne, 2008
Sunday, March 9, 2008
Cormack McCarthy DROGA
Powieść Cormaca McCarthy'ego pod tytułem "Droga" to laureatka Pulitzera i amerykański bestseller w jednym. Rzecz emocjonalna i męska, we współczesnym świecie literatury rozpiętej między gustem elity a upodobaniem tłumu coś wyjątkowego. Nie dlatego, że McCarthy opisuje coś innego niż inni, ale ze względu na język, którym przedstawia historię wędrówki ojca i syna przez krajobraz po wojnie. Jest szaro, zimno, brudno, ciemno, depresyjnie, mgliście. Proch, pył, ziemia jałowa. Groza, głód. Nie wiadomo, co zdarzy się za chwilę, kogo spotkają bohaterowie, kto zrobi z nich użytek, przed kim będą się bronić, lecz także komu pomogą. Nie mają nic, choć mają siebie. Ta wyjątkowa autorska mowa McCarthy'ego przysporzyła mu najwięcej entuzjastów, świetnie, że polski tłumacz potrafił tyle zachować w przekładzie:
"Kiedyś w górskich potokach żyły pstrągi źródlane. Widać je było, jak stoją w bursztynowym nurcie, a białę krańce płetw drgają delikatnie w płynącej wodzie. W ręku pachniały mchem. Wypolerowane, muskularne, torsyjne. Na grzbietach miały ślimacznicowate desenie, które były mapami nastającego świata. Mapami i labiryntami. Tego, czego nie można odtworzyć. Czego nie można naprawić. W głębokich dolinach, gdzie żyły, wszelka rzecz była starsza od człowieka i tchnęła tajemnicą".
Teraz, w czasie tytułowej drogi, nie ma nie tylko pstrągów, nie ma przede wszystkim źródeł. Od nowa trzeba uratować się z chaosu i dojść tam, gdzie budowanie będzie możliwe. Powieść opowiadająca o rzeczywistości po zniszczeniu, po katastrofie, jaką nietrudno nam sobie wyobrazić, mówi głosem ponadpokoleniowego człowieczeństwa. Dzięki człowiekowi człowiek przetrwa, mimo ludzi. Człowiek-wykonawca planu mistycznej próby, poddany niewiadomej potędze życia. Dla niej warto poświęcić śmierć. Chłopiec nie pamięta poprzedniego świata, ojciec rezygnuje z przekazywania własnej pamięci o tym, co było kiedyś. Dziecko nie zrozumie, patrząc na nuklearne popioły. Kiedyś może poszuka samodzielnie, wiedzione wspomnieniem ojca i jego oszczędnej nauki: o Bogu, dobrych i złych ludziach, o tym, że "musisz się postarać". I że ich role są z góry określone. Ojciec opiekuje się synem, obaj niosą ogień.
McCarthy'ego uważa się za następcę Faulknera, lecz czuć w tej prozie również Hemingwaya i ogromną już tradycję amerykańskiej kultury wiary mimo zła, na przekór złu. Nawet mimo obawy o brak Boga, ktoś musi być prorokiem. "Droga" wyróżnia się z wielkiej liczby poapokaliptycznych powieści absolutną tożsamością tematu i środków. Co widać, od razu, po otworzeniu na dowolnej stronie. Momentami czyta się tę książkę jak nieistniejącą księgę, ewangelię drogi, chwilami jak poezję. Niebezpieczny to wybór i trudne dla artysty rejony. Łatwo stracić równowagę i stać się kaznodzieją lub terapeutą. Cormack McCarthy pozostaje Pisarzem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................................................................
Cormack McCarthy DROGA, przeł. R. Sudół, Wydawnictwo Literackie, 2008
Friday, February 29, 2008
Chitra Divakaruni NIEŚWIADOME BŁĘDY NASZEGO ŻYCIA
Bohaterka otwierającego opowiadania, pani Dutta, pisze list do przyjaciółki. Adresatka mieszka w Indiach, skąd Dutta niedawno przyjechała, aby spędzić jesień życia w domu syna w Kalifornii. Kobieta próbuje dostosować się do nowych warunków, domu, gdzie synowa jest gospodynią. Niełatwo jej przywyknąć do kultury obcego kraju i zrozumieć styl życia tutejszych mieszkańców. Poprzez codzienne drobiazgi, ręczne pranie, suszenie bielizny na płocie, gotowanie indyjskiej potrawy rutis chce zachować własną tożsamość i szacunek dla tradycji, czego dzieci i wnuki nie akceptują. "Pani Dutta pisze list", podobnie jak następna nowela, "Inteligencja dzikich stworzeń", to historie międzypokoleniowej przepaści, opowiedziane z charakterystyczną dla Divakaruni narracyjną powściągliwością i równoczesnym zaangażowaniem w uczucia postaci. Można pomyśleć, że przeznaczeniem autorki jest międzyludzka mediacja, do której zresztą nie zawsze dochodzi. Tytułowe nieświadome błędy naszego życia popełniamy bez złej woli, chcąc spełnić swoje marzenia, czyjeś oczekiwania, dowieść słuszności jakiegoś wyboru. Często sprawiamy cierpienie. Czytając Divakaruni, czujemy się jak uczniowie w wiecznej szkole bycia z innymi. Każda historia, nawet mimo porażek bohaterów, może nam przynieść olśnienie lub przypomnienie o najważniejszym.
"Pewnego dnia w lutym, kiedy wiatr będzie jak kwiaty wiśni, Ruczira zdejmie obraz wiszący w holu, pójdzie do pracowni i namaluje ptaka o twarzy chłopca ze sterczącymi złotymi włosami, spiczastym podbródkiem Birena i nieoczekiwanym dołkiem w policzku. A jeśli Biren o niego zapyta...? I to jest właśnie to, czego Ruczira oczekuje od drzewa kalpa taru: kiedy Biren zada jej pytanie, ona będzie wiedziała, jak je odwzajemnić".
W kolejnych opowiadaniach Divakaruni odkrywa sekrety kobiet, które orientują się, że tkwią w pułapce nieświadomości siebie samych. Monisza z noweli "Miłość dobrego człowieka" musi zmierzyć się z rodzinną przeszłością, gdy jej ojciec zapragnie odwiedzić nowo narodzonego wnuka, w "Kiedy zakwitają kaktusy" dwie kobiety znajdują nieoczekiwane rozwiązanie trosk w związku dotąd nie do pomyślenia. Czasem irytuje u Divakaruni zbyt proste porównanie ("rzuciła mu ostre jak brzytwa spojrzenie") lub jednostajność podobnie zbudowanych zdań. Lecz jeśli cenią Państwo klasyczny sposób pisania i tę starożytną cechę literatury zwaną impulsem do oczyszczenia własnej historii, to sięgnięcie po "Nieświadome błędy naszego życia" będzie dla Was przeżyciem.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................................................
Chitra Banerjee Divakaruni NIEŚWIADOME BŁĘDY NASZEGO ŻYCIA, przeł. J. Szczepańska, ZYSK I SKA, 2007
Thursday, February 14, 2008
Jean-Dominique Bauby SKAFANDER I MOTYL
Jean-Dominique Bauby był motylem przez 44 lata swojego życia. Wypadek samochodowy spowodował zmianę rewolucyjną. Z energicznego dandysa, redaktora naczelnego poczytnego magazynu przepoczwarzył się w kalekę cierpiącego na locked-in syndrome, mrugającego ledwie powieką, o ograniczonej zdolności ruchowej głowy. Reszta legła w gruzach. Życie od A do Z stało się wegetacją w ciasnym skafandrze sparaliżowanego ciała, kontakt ze światem zakłócony, wznowiony za pomocą specjalnego alfabetu od E do W. Dyktując tę książkę młodej sekretarce, Bauby podzielił się jednak nie wściekłością, bólem, depresją, lecz doświadczeniem, wydobył i z choroby, i z okresu zdrowia coś, co ludzie poznaczeni szczególnym poznaniem nazywają pełnią życia.
“Ponieważ nie zgodziłem się na haniebne dresy zalecane przez kierownictwo, nakładają mi moje ciuchy w stylu “wieczny student”. Co prawda moje stare kamizelki (...) mogłyby otworzyć bolesne rany w pamięci, ale nie: widzę w nich raczej symbol ciągłości życia.I dowód, że chcę pozostać sobą. Chociaż się ślinię, niech cieknie mi na kaszmir”.
Bauby wspomina niektóre fakty sprzed wypadku, chwile spędzone z ojcem, przyjacielem, podróż z kobietą. Tamte momenty: gdy golił ojcu twarz, gdy przegapił zakłady na wyścigach, kiedy bluźnił w Lourdes, są teraz znaczącym symbolem, prześwietlonym przez późniejszy kontekst. Fotografia z dzieciństwa, z rodzinnych wakacji w nadmorskiej miejscowości, zdobywa rangę naczelnego rekwizytu. To to samo miejsce, w którym teraz spędza długie dni, jeszcze dłuższe niedziele. "Meduza", "puchacz", "warzywo", "Szalony Piotruś". Wtedy był w wieku swojego syna Teofila. Berck-sur-Mer, kwiecień 1963, marzec 1997. Tu się coś zaczynało, tu się coś kończy. Narrator i bohater tej książki nie mówi wszystkiego, wydobywa z pamięci tylko niektóre wydarzenia i uczucia, skupia się na wybranych elementach swego teraz. Nie ma słowa na temat związków z kobietami, nie istnieje erotyczna intymność. Ważniejsza stała się tożsamość z aktualną sytuacją. Pacjent ogląda kąty szpitala, zaznajamia się z historią cesarzowej Eugenii, patronki placówki. Wyrozumiale utyskuje na personel, zwłaszcza kiedy mu wyłączają mecz Ligi Mistrzów w połowie. W anegdotyczny sposób buduje spójną opowieść o życiu w ogóle, ani smutną, ani wesołą. W sam raz dla kogoś kto, jak każdy, trochę się boi i żyć, i umrzeć, a najbardziej nie móc ani żyć, ani umrzeć.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................................................
Jean-Dominique Bauby SKAFANDER I MOTYL, przeł. K. Rutkowski, słowo/obraz terytoria, 2008