Taki festiwal jak DIALOG zawsze łączy ludzi, bo dzieje się święto teatru, i dzieli, bo każdy ma swoją opinię na temat konkretnych spektakli. Najważniejsze w istnieniu DIALOGU jest jego istnienie właśnie i możliwość bycia przez tydzień w świecie teatru różnych form, za pomocą których artyści opowiadają różne historie o tym samym, czyli o człowieku. Podczas finałowej debaty Mirosław Kocur nazwał tę edycję festiwalu „jedną z wybitniejszych”, inni bywają bardziej powściągliwi w ocenach. Oglądam DIALOG od 2005 roku i za każdym razem to impreza wybitna, bo daje pojęcie o kierunkach we współczesnym teatrze. Za każdym razem widzę przedstawienia lepsze i gorsze, te zostające w głowie na lata i te znikające po godzinie. Nigdy nie żałuję ich obejrzenia i godzę się na autorską formułę DIALOGU, ponieważ Krystyna Meissner, jak rzadko kto, potrafi scalić fragmenty w nieobojętną całość. A oto moje osobiste podium zachwytów i zmęczeń.
Co mnie zdobyło
1. HAMLET Oskarasa Korŝunovasa. W tej wersji najsłynniejszego dramatu wszech czasów czuło się myślenie i pasję odkrywania w szekspirowskim tekście osobistej treści. Litewski reżyser zmierzył się z tytułem po raz pierwszy w życiu (ma 40 lat), ponieważ dopiero teraz znalazł na HAMLETA sposób i zrozumiał wszystkie znaczące dla siebie kwestie. Jak ta o pułapce na myszy. Że są chwile, kiedy trzeba coś zrobić tu i teraz, nie odkładać niczego na potem, cokolwiek by się działo. Duński książę doświadcza właśnie takiego momentu. Korŝunovas podobnie, co natychmiast przywołuje słynne słowa z trzeciego aktu o teatrze jako zwierciadle natury i duchowego piętna. Aktorzy zaczynają spektakl, pytając siebie szeptem i krzykiem: „kim jesteś”, „kim jestem”, widz robi to samo. Może mało widziałem, ale nie widziałem dotąd ciekawszej inscenizacji tej sztuki.
2. TRAGEDIE RZYMSKIE Ivo van Hovego. Teatr totalny i teatr przyszłości – tak wołano podczas DIALOGU na przedstawienie-show, dziejące się w wielkiej hali z kilkunastoma planami. To poczekalnia lotniska, hall hotelowy albo po prostu studio telewizyjne. Kamery wyświetlają obraz aktualnie rozgrywanej sceny, co kilkadziesiąt minut następuje zmiana dekoracji, mistrz ceremonii zachęca publiczność do przemieszczania się. Można usiąść obok aktora wygłaszającego monolog, skorzystać z usług fryzjerskich, komputera, zamówić coś do jedzenia, być w środku akcji jednej z trzech umiejętnie uwspółcześnionych tragedii Szekspira (KORIOLAN, JULIUSZ CEZAR, ANTONIUSZ I KLEOPATRA) albo tradycyjnie usiąść na widowni. Stare opowieści nigdy się nie zestarzeją, jeśli mają tak śmiałych realizatorów jak holenderski reżyser.
3. T.E.O.R.E.M.A.T. Grzegorza Jarzyny. Wizualnie piękna kolejna osobista historia inscenizatora ciągle poszukującego i tekstów, i języków dla własnego teatru. Danuta Stenka obawiała się dużej przestrzeni Opery Wrocławskiej, by nie rozpuściła gęstości kameralnego przedstawienia. Nie rozpuściła. Przeciwnie, operowy kontekst bardzo do TEOREMATU pasuje, a wykonawcza biegłość sprawia, że żaden niuans nie niknie. Nieśpieszna narracja sprzyja też rozmyślaniu o sile, która zapowiada się, jak przybysz, w życiu każdego z nas i konfrontuje rzeczywistość z pragnieniami. A potem znika, jak wyjeżdża gość, zostawiając gospodarza ze świadomością. I nieważne, kim był turysta, ważne, jak zmienia się świat po jego wizycie.
Co mnie zmęczyło
1. RIESENBUTZBACH. STAŁA KOLONIA Christopha Marthalera. Trudno polubić to przedstawienie, choć łatwo zrozumieć. Połączenie reakcji więc niezbyt fortunne. RIESENBUTZBACH to chyba najczęściej opuszczany spektakl tegorocznego DIALOGU, publiczność po prostu nie wytrzymywała gadania o niczym, gestów niby znaczących, śpiewanek, które niczego nie rekompensowały. Grupa zadowolonych z dostatniego życia traci dochody z powodu kryzysu, ich droga, wygodna, estetyczna i pusta egzystencja zamienia się w świat szmateksu. Byłbym skłonny uwierzyć w ten pomysł, gdyby karteczki z napisem „Verkauft”, informujące o zajęciu mebli przez komornika, zniknęły w pewnej chwili z mebli, sugerując, że tak się mieszkańcy Riesenbutzbachu bawią po dekadencku. Ale nie, ze sceny zostają wyniesione jednak meble. Nie trafia do mnie ten Marthaler, bo w dzisiejszym polskim kapitalizmie widmo utraty nigdy nie jest dalekie. A poza tym RIESENBUTZBACH. STAŁA KOLONIA to zwyczajnie potwornie nudny teatr.
2. TROILUS I KRESYDA Luka Percevala. Kto wie, jak by się to przedstawienie oglądało bez bariery językowej, bo tkwi w nim uwierająca siła. Kłopot w tym, że nie ma widowiska. W ujęciu Percevala na scenie nie dzieje się wiele, więcej w słowach wypowiadanych przez znakomitych (podobnie jak u Marthalera) aktorów, którzy szukają na początku klucza do wystawienia pogmatwanej sztuki Szekspira. Dla reżysera istotny w TROILUSIE I KRESYDZIE jest brak wojny, stan zawieszenia między walką wpisaną w ludzki charakter, a nieobecnością walki w życiu urodzonych wojowników. I pokazuje Perceval ten stan w sposób tak nieatrakcyjny, jakim się pewnie wydaje bohaterom. Rząd miednic na scenie i ciągle kapiąca w nie woda. Biegnie czas, skrapla się przesilające wszystko zło, kobieta przechodzi z rąk do rąk, miłość nie ma szans, wynik wojny nie ma znaczenia. Chodzi o to, żeby było się czym zająć. Niestety, po godzinie szwankowała mi percepcja, a sąsiad z lewej strony wręcz zasnął.
3. MIĘDZY NAMI DOBRZE JEST Grzegorza Jarzyny i Doroty Masłowskiej. Podkreślam rolę autorki tekstu, ponieważ jej wina jest istotna. Masłowska napisała kolejny utwór-kpinę, mając na celu, jak chcą miłośnicy, odsłonić mechanizmy polskiej rzeczywistości, głównie postępującą bezrefleksyjność kolejnych pokoleń, uwiąd porozumienia. Nie kupuję programu młodej pisarki od czasu przeczytania jej drugiej książki, czyli „Pawia królowej”. Za mało ma mi do zaproponowania ktoś, kto z szyderstwa czyni swe podstawowe zajęcie. Jakkolwiek by to szyderstwo było dobrze skonstruowane, jakkolwiek podszyte dobrymi chęciami. Ja Masłowskiej nie wierzę. Oglądam scenki z życia tej teatralnej rodzinki jakbym oglądał okazy w ZOO, a próba pogłębienia tematu i finałowy okrzyk „chleba, chleba!” zupełnie po wcześniejszej wyliczance kabaretowych skeczów nie przekonuje. Mimo Danuty Szaflarskiej, która DIALOG oglądała także jako widz, dziękuję.
PS
Minister kultury Bogdan Zdrojewski ofiarował Krystynie Meissner na otwarcie festiwalu srebrną Glorię Artis i zapowiedział, że złotą przywiezie za 10 lat, na 10. edycję DIALOGU. Mógł przywieźć od razu złotą, bo przecież laureatka już zasłużyła swą artystyczną biografią. W kontekście ochłodniałych relacji między szefową festiwalu, a miastem (prezydent Dutkiewicz nie doszedł na uroczystość i chyba nie bywał na sztukach) nie wiadomo, czy dziesiąta edycja będzie i czy stworzy ją Krystyna Meissner, która mówi tylko: "teraz interesuje mnie kolejna". Czyli nr 6, za dwa lata. W tzw. międzyczasie wygaśnie jej kontrakt dyrektorki Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Byłoby źle, gdyby wygasł również jej autorski DIALOG.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................
5 Międzynarodowy Festiwal Teatralny DIALOG, autor: Krystyna Meissner, Wrocław 10-17.10.2009
Monday, October 19, 2009
Tuesday, October 6, 2009
Janusz Degler WITKACEGO PORTRET WIELOKROTNY
„Z papuśkiem nic – jestem z nim na ty. Debora jest nudna, bo jest chumanistyczna [sic!], a nie absolutna i formalna. Filozofię piszę, ale w ogóle wszystko wydaje mi się diaska warte. Szelążek przysłał 1500, ale na razie Tobie nie dam, bo w domu formalna nędza. [...] Pimpilucha traktuj pogardliwie, o ile nie możesz dać mu w mordę”. Tak pisał Witkacy do żony Jadwigi, odpowiadając na serię jej zapytań, w lipcu 1930 roku. Ten list cytuje w jednym z rozdziałów swojej najnowszej książki o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu uczony najwytrwalej zgłębiający życie najoryginalniejszego polskiego artysty.
Można by przysłowiowo stwierdzić, że Janusz Degler stracił na badaniach nad Witkacym zęby i włosy, ale wrocławskiemu profesorowi nie brakuje ani jednego, ani drugiego. Narzekać mógłby tylko na parę białych plam w Witkacowej biografii oraz dwadzieścia dramatów, które pozostają w stanie jak dotąd permanentnego zagubienia. Jest wśród nich „Persy Zwierżontkowskaja” i tej, jak wierzy Degler, najbliżej do statusu wykopaliska. Autor „Witkacego, portretu wielokrotnego” wykopuje tymczasem nowe fakty dotyczące swego bohatera, z pierwszowojennym epizodem rosyjskim na czele, z niedoszłą karierą filmową, z przyjaźnią międzyfilozoficzną, nieuskutecznionym pojedynkiem o plotkę związaną z czyjąś żoną czy odkrywaniem kart w sprawie współautorstwa „Narkotyków”. Prawie sześćsetstronicowa praca , ułożona przez stuprocentowego naukowca, z definicji gatunku powinna trącić nudą, lecz tutaj czeka czytelników wartka niespodzianka. Sięgam po tę księgę już drugi tydzień i ciągle czuję nienasycenie, zawsze znajduję coś pasjonującego.
Wzruszające są słowa ekscentrycznego kobieciarza, gdy w wieku 46 lat, po konflikcie z drugą kobietą jego życia, wieloletnią kochanką Czesławą Oknińską-Korzeniewską, przyznaje: „Babami (piętrząc takowe jedna na drugą) zapychałem kompletną pustkę, która się teraz (...) zdemaskowała. Jestem jak ryba na brzegu. Nie jestem artystą (...)”. I to wszystko w liście do żony, najbardziej chyba wyjątkowej powierniczki jakiegokolwiek męża, kochanej, ale i wystawianej na niezwykłą próbę miłości, cierpliwości przez surzwyczajne korespondencyje prywatnego warjata. Kilka dni później: „Wczoraj dostałem telegram od Czesi, że godzi się ze mną pod warunkiem poprawy”. Czesława będzie Witkacemu towarzyszyć do śmierci w Jeziorach we wrześniu 1939 (profesor Degler odrzuca wszelkie dywagacje na temat alternatywnych wersji), a Jadwiga powie po latach: „Małżeństwo nasze nie było szczęśliwe”.
Jak felieton czyta się kalendarium życia Witkiewicza pomiędzy rokiem 1918 a 1939, jak gawędę – eseje na tematy różne („Witkacy u formistów”, „Witkacy się żeni”, „Witkacy oszukany” i inne). Numerem jeden są listy (do żony, do Edmunda Wiercińskiego, Kazimierza Czachowskiego, Brunona Schulza albo Kornela Makuszyńskiego). Można się z nich dowiedzieć i o wewnętrznych dylematach autora „Niemytych dusz”, i o towarzyskich ekscesach niekoniecznie tylko autorskich. Np. (do Makuszyńskiego): „Pani Iszkowska (słynna piękność zakopiańska) ma 9 białych szczurów oswojonych, każdy nazywa się inaczej”, „Boy przywiózł z Paryża melon (kapelusz) za 45 franków”, „nie mogę się do ciebie dodzwonić – jakieś zmiany numerów – czort wie co”. To ogromna wartość tej książki i niesłabnącej pracy Janusza Deglera skupionej także na tym, by zwrócić ludzki rumieniec na twarz portretowo zasępionego, zamyślonego malarza, poety, powieściopisarza, dramaturga i filozofa. Można czytać bez końca.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................................
Janusz Degler WITKACEGO PORTRET WIELOKROTNY, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2009
Można by przysłowiowo stwierdzić, że Janusz Degler stracił na badaniach nad Witkacym zęby i włosy, ale wrocławskiemu profesorowi nie brakuje ani jednego, ani drugiego. Narzekać mógłby tylko na parę białych plam w Witkacowej biografii oraz dwadzieścia dramatów, które pozostają w stanie jak dotąd permanentnego zagubienia. Jest wśród nich „Persy Zwierżontkowskaja” i tej, jak wierzy Degler, najbliżej do statusu wykopaliska. Autor „Witkacego, portretu wielokrotnego” wykopuje tymczasem nowe fakty dotyczące swego bohatera, z pierwszowojennym epizodem rosyjskim na czele, z niedoszłą karierą filmową, z przyjaźnią międzyfilozoficzną, nieuskutecznionym pojedynkiem o plotkę związaną z czyjąś żoną czy odkrywaniem kart w sprawie współautorstwa „Narkotyków”. Prawie sześćsetstronicowa praca , ułożona przez stuprocentowego naukowca, z definicji gatunku powinna trącić nudą, lecz tutaj czeka czytelników wartka niespodzianka. Sięgam po tę księgę już drugi tydzień i ciągle czuję nienasycenie, zawsze znajduję coś pasjonującego.
Wzruszające są słowa ekscentrycznego kobieciarza, gdy w wieku 46 lat, po konflikcie z drugą kobietą jego życia, wieloletnią kochanką Czesławą Oknińską-Korzeniewską, przyznaje: „Babami (piętrząc takowe jedna na drugą) zapychałem kompletną pustkę, która się teraz (...) zdemaskowała. Jestem jak ryba na brzegu. Nie jestem artystą (...)”. I to wszystko w liście do żony, najbardziej chyba wyjątkowej powierniczki jakiegokolwiek męża, kochanej, ale i wystawianej na niezwykłą próbę miłości, cierpliwości przez surzwyczajne korespondencyje prywatnego warjata. Kilka dni później: „Wczoraj dostałem telegram od Czesi, że godzi się ze mną pod warunkiem poprawy”. Czesława będzie Witkacemu towarzyszyć do śmierci w Jeziorach we wrześniu 1939 (profesor Degler odrzuca wszelkie dywagacje na temat alternatywnych wersji), a Jadwiga powie po latach: „Małżeństwo nasze nie było szczęśliwe”.
Jak felieton czyta się kalendarium życia Witkiewicza pomiędzy rokiem 1918 a 1939, jak gawędę – eseje na tematy różne („Witkacy u formistów”, „Witkacy się żeni”, „Witkacy oszukany” i inne). Numerem jeden są listy (do żony, do Edmunda Wiercińskiego, Kazimierza Czachowskiego, Brunona Schulza albo Kornela Makuszyńskiego). Można się z nich dowiedzieć i o wewnętrznych dylematach autora „Niemytych dusz”, i o towarzyskich ekscesach niekoniecznie tylko autorskich. Np. (do Makuszyńskiego): „Pani Iszkowska (słynna piękność zakopiańska) ma 9 białych szczurów oswojonych, każdy nazywa się inaczej”, „Boy przywiózł z Paryża melon (kapelusz) za 45 franków”, „nie mogę się do ciebie dodzwonić – jakieś zmiany numerów – czort wie co”. To ogromna wartość tej książki i niesłabnącej pracy Janusza Deglera skupionej także na tym, by zwrócić ludzki rumieniec na twarz portretowo zasępionego, zamyślonego malarza, poety, powieściopisarza, dramaturga i filozofa. Można czytać bez końca.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.......................................................
Janusz Degler WITKACEGO PORTRET WIELOKROTNY, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2009
Monday, September 28, 2009
ZIEMIA OBIECANA (Teatr Polski we Wrocławiu)
Już rok temu, kiedy „Ziemia obiecana” była w repertuarowych planach, przedstawienie jeszcze nieistniejące zostało wykreowane na sensację kolejnego sezonu. W tak zwanym międzyczasie udała się Klacie (i dramaturgowi Sebastianowi Majewskiemu) „Trylogia” w Starym Teatrze, a za „Sprawę Dantona” dostał następny deszcz nagród z wielką nagrodą toruńskiego Kontaktu i Laurem Konrada. No więc nic dziwnego, że znów chcieliśmy przeboju. Jak w Lidze Mistrzów albo w zawodowym boksie, jak w Formule 1 i tenisowym Wielkim Szlemie. Twórcy się trochę od takich wymagań dystansowali, ubezpieczając w razie ewentualnych potknięć. Po łódzkiej premierze entuzjazmu nie było. I nie mam pojęcia, dlaczego. Czyżby we Wrocławiu artyści zaprezentowali inny spektakl? Bo we Wrocławiu wyszedł Hit i jest Wydarzenie!
Więc zamiast pisać, o czym, w jakim duchu i w którym kierunku powędrowała interpretacja reymontowskiej powieści, co nam chcieli powiedzieć błyskotliwi adaptatorzy, zapraszam na listę przebojów „Ziemi obiecanej”. Przy czym zaznaczam, że absolutnie wszystkie sceny warte są uwagi, wykonawcy wspaniali, a całość godna sławy.
10. „Meet The Flintstones” albo Mistrzowie drugiego planu. Numer w stylu wrocławskiego Teatru Polskiego. Marian Czerski (Wilczek), Edwin Petrykat (Kessler), Dominika Figurska (Trawińska), Michał Mrozek (Kundel), Andrzej Wilk (Trawiński), Jakub Giel (Maks) w równej formie odgrywają i kabaret, i dramat swoich postaci. Każdy ma chwilowe solo, a nawet mocny duet, każdy na sto procent.
9. „Zdzisław Kuźniar”, czyli gościnny popis aktora pamiętającego film Wajdy, tutaj w podwójnej roli. Obydwa wcielenia pokazują świat upadły i upadający, obie też postaci umierają podczas spektaklu, bo pod naporem biznesu zginął świat wartości niematerialnych (stary Borowiecki), a i w biznesie panują inne metody działania i do nich nie dostosowuje się magnat Bucholc. Za to Zucker stosuje je doskonale.
8. „Beg For It”, a więc Zucker błaga Karola, żeby na krzyż przysiągł, że nie śpi z jego żoną. Wojciech Ziemiański wieńczy dzieło, przyjmując wypowiedziane w pijackim amoku zapewnienie. Kłamstwo szybko wyjdzie na jaw, lecz Zucker go nie zobaczy, bo przecież kontroluje wszystko, nie kontrolując niczego. Za to przynajmniej kocha żonę. Chyba.
7. „Rock This Party”, znany też jako „Imieniny u Niny”. Trawińska nie chce, ale musi sprzedać mały przezroczysty designerski stolik, gadżet-symbol, niepotrzebny i o wiele za drogi, lecz podobnie świadczący o statusie posiadacza, co niezamieszkany pałac Mϋllera („inni budują, to i ja kazałem postawić”). Dla Trawińskiej przedmiot ma jeszcze podtekst sentymentalno-wolnościowy, szybko przesłonięty stajnią codzienności.
Oraz ex aequo
"Horse And I" - szczotkowanie Kesslera, a potem ujeżdżanie go przez dżokejkę Trawińską to jeszcze jedna odsłona seksualnej prawdy przemysłowej rzeczywistości. Miłość, a nawet pożądanie podporządkowane są wyższemu bóstwu: chciwości. "Greed is Good", jak głoszą neony, więc bez szemrania jedni się perwersyjnie sprzedają, a drudzy perwersyjnie kupują.
6. „Wałęsa! Oddaj moje 100 milionów”, inaczej „Jak Mϋller z Weltem targu dobijali”. Twardy i wiochowaty zarazem Wiesław Cichy w futrze rosyjskiego oligarchy przychodzi do Welta po dług. Nie wiadomo, kto wygrywa, zresztą nieważne, dopóki toczy się giełda. Michał Majnicz jest niezwykle ciekawym Morycem, w ogóle nie czuć w nim Żyda (jak nie czuć Bauma Niemcem, a Borowieckiego Polakiem), tylko przebiegłego gracza. Momentami przypomina się Wojciech Pszoniak, lecz aktor nie pozwala sobie na naśladowanie, prowadzi swą postać konsekwentnie i dojrzale, polemizując z gwiazdorem Wajdy (tak zresztą robią i inni wykonawcy, co słychać w przerysowanej intonacji dialogów). A w piosence Abby to on jedyny śpiewa własnym głosem, prawda?
5. „Money, Money, Money” i być może najefektowniejsza scena, w formie karaoke (nie przez wszystkich dość opanowanej). Podsumowanie pierwszej części przedstawienia, pełnej skeczów dotyczących plakatowej diady: buy-sell, dziś terminów nierozłącznych. Nie liczmy również na trzecie wyjście, bo takiego nie ma.
4. „I Love You But”, mianowicie postać Anki, panienki z dworku u Reymonta i Wajdy, tutaj kobiety bez złudzeń, próbującej przetrwać na rynku, najlepiej w związku z chłopcem, którego kocha. Potrafi wziąć pod uwagę opcję B, no i wycofać się, zachowując chyba jednak honor. Proszę popatrzeć na mimikę twarzy Pauliny Chapko, gdy siedzą z Madą przy nieotworzonym szampanie. Dobrze wymyślona, uwspółcześniona i oczywiście zagrana rola.
3. „Guilty Conscience”, to znaczy finał. Marcin Czarnik, określany tu mianem Bum Bum, więc czegoś/kogoś w rodzaju sumienia jako kaskader. Niesamowite i dojmujące. Ostatnia z serii scen chwytających widzów za gardło i zaglądających w oczy prawdzie. Trans i powaga, a Lucy Zucker (wprost oszałamiająca Ewa Skibińska) zjawia się jak Biała Dama z odmiennej baśni. Na koniec niespodzianka z autorskim podpisem. Potem zasłużone oklaski!
2. „The Man Who Sold The World”, to jest przedmałżeński kurs Mady i Karola. Anna Ilczuk pokazuje klasę ekstra już wtedy, gdy z teatralnym ojcem otwierają laptop (celowo starego typu, by zaakcentować przaśność tego towarzystwa) i zachwalają zalety posiadłości. Ilczuk przyciąga uwagę od początku (od spojrzenia zakochanej kozy wgapionej w Borowieckiego) po końcówkową, bolesną psychicznie i fizycznie etiudę z Bartoszem Porczykiem, Karolem naszych czasów, z filmowym wąsikiem Olbrychskiego, ale bez skrupułów. Najmniejszych. Brawo dla obojga!
1. „In The Air Tonight”, słowem pożądanie. Ewa Skibińska i Bartosz Porczyk dokonują niemożliwego, czyli na podobnym artystycznie poziomie inaczej kreują jeden z najsłynniejszych erotycznych duetów w polskiej popkulturze. To, co wyczyniała u Wajdy Kalina Jędrusik wydawało się nie do pobicia, nie do zrównania. Skibińska jest jednak wielka, jej Lucy ma wszelkie szanse na legendę. Pomaga Phil Collins w ujmującym skreczu Jana Klaty, nie ustępuje partner. Ukłony!
PS
O tym, że wyjazd do przepompowni Świątniki to pomysł na siłę nadmieniam z obowiązku. O tym, że Scena na Świebodzkim w pełni by wystarczyła przekonywać nie muszę. O tym, że tytuły przebojów pochodzą z piosenek bardziej lub mniej znanych na wszelki przypadek informuję. Za to, że wszystkich cytatów i nawiązań nie odczytałem, nie przepraszam.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................................................
ZIEMIA OBIECANA wg Władysława Reymonta, reż. Jan Klata, dramaturgia Sebastian Majewski. Teatr Polski we Wrocławiu, 25.09.2009
Więc zamiast pisać, o czym, w jakim duchu i w którym kierunku powędrowała interpretacja reymontowskiej powieści, co nam chcieli powiedzieć błyskotliwi adaptatorzy, zapraszam na listę przebojów „Ziemi obiecanej”. Przy czym zaznaczam, że absolutnie wszystkie sceny warte są uwagi, wykonawcy wspaniali, a całość godna sławy.
10. „Meet The Flintstones” albo Mistrzowie drugiego planu. Numer w stylu wrocławskiego Teatru Polskiego. Marian Czerski (Wilczek), Edwin Petrykat (Kessler), Dominika Figurska (Trawińska), Michał Mrozek (Kundel), Andrzej Wilk (Trawiński), Jakub Giel (Maks) w równej formie odgrywają i kabaret, i dramat swoich postaci. Każdy ma chwilowe solo, a nawet mocny duet, każdy na sto procent.
9. „Zdzisław Kuźniar”, czyli gościnny popis aktora pamiętającego film Wajdy, tutaj w podwójnej roli. Obydwa wcielenia pokazują świat upadły i upadający, obie też postaci umierają podczas spektaklu, bo pod naporem biznesu zginął świat wartości niematerialnych (stary Borowiecki), a i w biznesie panują inne metody działania i do nich nie dostosowuje się magnat Bucholc. Za to Zucker stosuje je doskonale.
8. „Beg For It”, a więc Zucker błaga Karola, żeby na krzyż przysiągł, że nie śpi z jego żoną. Wojciech Ziemiański wieńczy dzieło, przyjmując wypowiedziane w pijackim amoku zapewnienie. Kłamstwo szybko wyjdzie na jaw, lecz Zucker go nie zobaczy, bo przecież kontroluje wszystko, nie kontrolując niczego. Za to przynajmniej kocha żonę. Chyba.
7. „Rock This Party”, znany też jako „Imieniny u Niny”. Trawińska nie chce, ale musi sprzedać mały przezroczysty designerski stolik, gadżet-symbol, niepotrzebny i o wiele za drogi, lecz podobnie świadczący o statusie posiadacza, co niezamieszkany pałac Mϋllera („inni budują, to i ja kazałem postawić”). Dla Trawińskiej przedmiot ma jeszcze podtekst sentymentalno-wolnościowy, szybko przesłonięty stajnią codzienności.
Oraz ex aequo
"Horse And I" - szczotkowanie Kesslera, a potem ujeżdżanie go przez dżokejkę Trawińską to jeszcze jedna odsłona seksualnej prawdy przemysłowej rzeczywistości. Miłość, a nawet pożądanie podporządkowane są wyższemu bóstwu: chciwości. "Greed is Good", jak głoszą neony, więc bez szemrania jedni się perwersyjnie sprzedają, a drudzy perwersyjnie kupują.
6. „Wałęsa! Oddaj moje 100 milionów”, inaczej „Jak Mϋller z Weltem targu dobijali”. Twardy i wiochowaty zarazem Wiesław Cichy w futrze rosyjskiego oligarchy przychodzi do Welta po dług. Nie wiadomo, kto wygrywa, zresztą nieważne, dopóki toczy się giełda. Michał Majnicz jest niezwykle ciekawym Morycem, w ogóle nie czuć w nim Żyda (jak nie czuć Bauma Niemcem, a Borowieckiego Polakiem), tylko przebiegłego gracza. Momentami przypomina się Wojciech Pszoniak, lecz aktor nie pozwala sobie na naśladowanie, prowadzi swą postać konsekwentnie i dojrzale, polemizując z gwiazdorem Wajdy (tak zresztą robią i inni wykonawcy, co słychać w przerysowanej intonacji dialogów). A w piosence Abby to on jedyny śpiewa własnym głosem, prawda?
5. „Money, Money, Money” i być może najefektowniejsza scena, w formie karaoke (nie przez wszystkich dość opanowanej). Podsumowanie pierwszej części przedstawienia, pełnej skeczów dotyczących plakatowej diady: buy-sell, dziś terminów nierozłącznych. Nie liczmy również na trzecie wyjście, bo takiego nie ma.
4. „I Love You But”, mianowicie postać Anki, panienki z dworku u Reymonta i Wajdy, tutaj kobiety bez złudzeń, próbującej przetrwać na rynku, najlepiej w związku z chłopcem, którego kocha. Potrafi wziąć pod uwagę opcję B, no i wycofać się, zachowując chyba jednak honor. Proszę popatrzeć na mimikę twarzy Pauliny Chapko, gdy siedzą z Madą przy nieotworzonym szampanie. Dobrze wymyślona, uwspółcześniona i oczywiście zagrana rola.
3. „Guilty Conscience”, to znaczy finał. Marcin Czarnik, określany tu mianem Bum Bum, więc czegoś/kogoś w rodzaju sumienia jako kaskader. Niesamowite i dojmujące. Ostatnia z serii scen chwytających widzów za gardło i zaglądających w oczy prawdzie. Trans i powaga, a Lucy Zucker (wprost oszałamiająca Ewa Skibińska) zjawia się jak Biała Dama z odmiennej baśni. Na koniec niespodzianka z autorskim podpisem. Potem zasłużone oklaski!
2. „The Man Who Sold The World”, to jest przedmałżeński kurs Mady i Karola. Anna Ilczuk pokazuje klasę ekstra już wtedy, gdy z teatralnym ojcem otwierają laptop (celowo starego typu, by zaakcentować przaśność tego towarzystwa) i zachwalają zalety posiadłości. Ilczuk przyciąga uwagę od początku (od spojrzenia zakochanej kozy wgapionej w Borowieckiego) po końcówkową, bolesną psychicznie i fizycznie etiudę z Bartoszem Porczykiem, Karolem naszych czasów, z filmowym wąsikiem Olbrychskiego, ale bez skrupułów. Najmniejszych. Brawo dla obojga!
1. „In The Air Tonight”, słowem pożądanie. Ewa Skibińska i Bartosz Porczyk dokonują niemożliwego, czyli na podobnym artystycznie poziomie inaczej kreują jeden z najsłynniejszych erotycznych duetów w polskiej popkulturze. To, co wyczyniała u Wajdy Kalina Jędrusik wydawało się nie do pobicia, nie do zrównania. Skibińska jest jednak wielka, jej Lucy ma wszelkie szanse na legendę. Pomaga Phil Collins w ujmującym skreczu Jana Klaty, nie ustępuje partner. Ukłony!
PS
O tym, że wyjazd do przepompowni Świątniki to pomysł na siłę nadmieniam z obowiązku. O tym, że Scena na Świebodzkim w pełni by wystarczyła przekonywać nie muszę. O tym, że tytuły przebojów pochodzą z piosenek bardziej lub mniej znanych na wszelki przypadek informuję. Za to, że wszystkich cytatów i nawiązań nie odczytałem, nie przepraszam.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................................................
ZIEMIA OBIECANA wg Władysława Reymonta, reż. Jan Klata, dramaturgia Sebastian Majewski. Teatr Polski we Wrocławiu, 25.09.2009
Tuesday, September 22, 2009
J.M.G. Le Clézio MUZYKA GŁODU
I znowu bardziej podoba mi się tytuł oryginalny, a także sposób, w jaki z przekładu tytułu tej książki wybrnął choćby tłumacz na język hiszpański. Tam jest „Muzyka głodu”, co zdecydowanie lepiej współgra z francuskim „Ritournelle de la Faim” niż polski „Powracający głód”. Ritournelle albo ritornello to przecież wynalazek muzycznego baroku oznaczający motyw, który w utworze powraca. Jest wcale nie taka subtelna różnica między frazami, co również ma znaczenie dla odbioru powieści. Poza tym polski przekład czyta się nieźle, choć trudno wybaczyć zaniedbanie tytułu (i niezauważone w redakcji „cofnie się daleko wstecz” ze strony 125).
Francuski noblista opowiada tu historię Ethel Brun, którą poznajemy, gdy jako dziesięcioletnia dziewczynka spaceruje w paryskim parku ze stryjecznym bratem swojego dziadka. Pan Soliman wspomina afrykańskie czasy pobytu w Kongo, gdzie pracował jako lekarz wojskowy. Tożsamości bohaterów „Muzyki głodu” (takiej wersji tytułu będę używał) mają istotne znaczenie dla czasu opowieści. Są lata 30., więc epoka pomiędzy wojnami, pomiędzy głodami. Do Paryża przyjeżdżają na przykład wdowy po dostojnikach carskiej Rosji, córka jednej z nich, Ksenia Antonina, to pierwsza przyjaciółka Ethel. W niedzielnym salonie państwa Brun sentymenty pobrzmiewają refrenem młodości spędzonej przez ojca na Mauritiusie, gdzie „wszystko jeszcze istniało, wielki dom, ogrody, wieczory na werandzie”. Stopniowo i tutaj wkracza nastrój przyszłości, w rozmowach o rewolucji, anarchii, kryzysie, o Hitlerze, pomieszany z klimatem muzycznych przerywników, podczas których córka akompaniuje ojcu, amatorskiemu, lecz znakomitemu fleciście i śpiewakowi.
Dorastająca Ethel zacznie zauważać jałowość świata zatrzymanego w salonowej sonacie: „Cała ta paplanina, te wszystkie ploty! – rzuci pewnego dnia. – Pewnie tak samo ględzono w salonie Titanica, kiedy szedł na dno!”. Będzie notować obrazoburcze frazy, od nadmiaru zakręci się w jej nastoletniej głowie. Powoli też wejdzie w dorosłe życie, wykłócając się z architektem i firmami budowlanymi o obniżenie kosztów powstawania inwestycji, możliwej dzięki spadkowi po zmarłym już panu Solimanie. Chłopak w mundurze brytyjskiej armii wyjedzie z Dworca Północnego, ojciec sprzeda kolejne przedmioty, ku przerażeniu żony i córki. Po „bieganinie, zgiełku, a potem kilku bombach” zdarzy się „cisza nad Paryżem i łagodny deszcz spadający na opuszczony ogród”, no i dekrety antyżydowskie. Przyjdzie rok 1942, w którym Alexandre (ojciec) osunie się zgnębiony na fotel, a władzę przejmie zaaferowana Justine (matka). Zjawi się też głód.
A po latach nie bardzo jeszcze w Polsce znany autor, mimo że noblista, opisze „tę historię, żeby uczcić pamięć młodej dziewczyny, która wbrew sobie została bohaterką w wieku dwudziestu lat”. Jak wiele jej rówieśniczek, w różnych kątach Europy. Koncert, nie książka.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................................
J.M.G. Le Clézio MUZYKA GŁODU, przeł. H. Igalson-Tygielska, WAB, 2009
Francuski noblista opowiada tu historię Ethel Brun, którą poznajemy, gdy jako dziesięcioletnia dziewczynka spaceruje w paryskim parku ze stryjecznym bratem swojego dziadka. Pan Soliman wspomina afrykańskie czasy pobytu w Kongo, gdzie pracował jako lekarz wojskowy. Tożsamości bohaterów „Muzyki głodu” (takiej wersji tytułu będę używał) mają istotne znaczenie dla czasu opowieści. Są lata 30., więc epoka pomiędzy wojnami, pomiędzy głodami. Do Paryża przyjeżdżają na przykład wdowy po dostojnikach carskiej Rosji, córka jednej z nich, Ksenia Antonina, to pierwsza przyjaciółka Ethel. W niedzielnym salonie państwa Brun sentymenty pobrzmiewają refrenem młodości spędzonej przez ojca na Mauritiusie, gdzie „wszystko jeszcze istniało, wielki dom, ogrody, wieczory na werandzie”. Stopniowo i tutaj wkracza nastrój przyszłości, w rozmowach o rewolucji, anarchii, kryzysie, o Hitlerze, pomieszany z klimatem muzycznych przerywników, podczas których córka akompaniuje ojcu, amatorskiemu, lecz znakomitemu fleciście i śpiewakowi.
Dorastająca Ethel zacznie zauważać jałowość świata zatrzymanego w salonowej sonacie: „Cała ta paplanina, te wszystkie ploty! – rzuci pewnego dnia. – Pewnie tak samo ględzono w salonie Titanica
A po latach nie bardzo jeszcze w Polsce znany autor, mimo że noblista, opisze „tę historię, żeby uczcić pamięć młodej dziewczyny, która wbrew sobie została bohaterką w wieku dwudziestu lat”. Jak wiele jej rówieśniczek, w różnych kątach Europy. Koncert, nie książka.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.........................................................
J.M.G. Le Clézio MUZYKA GŁODU, przeł. H. Igalson-Tygielska, WAB, 2009
Saturday, September 19, 2009
John Eliot Gardiner. Artysta i farmer
Był bez wątpienia jedną z największych gwiazd tegorocznej edycji festiwalu Wratislavia Cantans, jest z pewnością jednym z najwspanialszych dyrygentów na świecie, specjalistą właściwie od wszystkiego. W naszej rozmowie Sir John Eliot Gardiner opowiada o byciu farmerem (ekologicznym), Haendlu, Beethovenie, a także o wrocławskich korzeniach swojej rodziny. No i portrecie Bacha, też pochodzącym z Breslau.
Thursday, September 17, 2009
Paul McCreesh: Nikomu nie obniżam poprzeczki

Operowe przeboje w wykonaniu jednej z najlepszych polskich wokalistek, Aleksandry Kurzak, młodzieżowej orkiestry i dziecięcego chóru zabrzmią na wrocławskiej Pergoli w ramach festiwalu Wratislavia Cantans. Wstęp wolny! Koncert odbędzie się w sobotę, 18 września. Nie tylko o nim opowiada nam Paul McCreesh, szef festiwalu. Obrazek przedstawia okładkę znakomitej płyty Maestra.
PS za współpracę przy tłumaczeniu dziękuję Joannie Hardukiewicz przekladalnia.blogspot.com
Dźwięk z serwisu www.prw.pl. W programie koncertu utwory Musorgskiego, Borodina, Dvořáka, Moniuszki, Rossiniego, Verdiego. Zaśpiewa Aleksandra Kurzak z towarzyszeniem chórów szkolnych Ogólnopolskiego Programu MKiDN „Śpiewająca Polska", chóru Filharmonii Wrocławskiej i Młodzieżowej Orkiestry Festiwalowej. Dyryguje, oczywiście, Paul McCreesh.
Wednesday, September 16, 2009
Krzysztof Penderecki: Nie może się nie udać
fO9BK(DYcSS-!~~_35.jpg)
Jest z pewnością najbardziej dziś znanym w świecie polskim kompozytorem. Wielu uważa go za najwybitniejszego kompozytora XX wieku, stawiając tuż obok Strawińskiego. Mistrz wystąpił na 44. Międzynarodowym Festiwalu Wratislavia Cantans, prezentując program złożony z własnych utworów chóralnych. W Bazylice św. Elżbiety we Wrocławiu zabrzmiały m.in.: "Psalmy Dawida", "Stabat Mater", "Agnus Dei" z 'Requiem Polskiego" czy fragmenty "Pasji św. Łukasza". Nam opowiada o rodzinnej Dębicy, o dworze w Lusławicach, filmie "Katyń", awangardzie, która zerwała z muzyką i muzyce, która jest mu szczególnie bliska.
Subscribe to:
Posts (Atom)