Friday, September 11, 2009

Olga Pasiecznik: Bach i długo, długo nikt

Olga Pasiecznik wybrała tym razem mozartowskie arie na swój występ podczas festiwalu Wratislavia Cantans. Bo Mozart wspaniałym kompozytorem był, bo jej głos idealnie do Mozarta pasuje. Mówi, że utwory Amadeusza będzie śpiewać do końca życia, ale jej największą muzyczną miłością pozostaje Jan Sebastian, autor "najbardziej uduchowionej muzyki, jaka powstała". W rogu okładka tegorocznej płyty z "Juliuszem Cazarem" Haendla i popisową rolą Kleopatry w wykonaniu Olgi Pasiecznik, z którą rozmawiałem wczoraj.











Dźwięk z www.prw.pl. A tutaj można posłuchać Olgi Pasiecznik w utworze "Confitebor" Monteverdiego (gra zespół Altri Stromenti): Confitebor

Thursday, September 10, 2009

Arundati TERAPIA NARODU ZA POMOCĄ SEKSU GRUPOWEGO

Tym razem posłuchaj:



................................................................................
Arundati TERAPIA NARODU ZA POMOCĄ SEKSU GRUPOWEGO. ZAPISKI KOBIETY SPEŁNIONEJ, Wydawnictwo Czarna Owca, 2009

Saturday, September 5, 2009

Eva di Stefano GUSTAW KLIMT

Trudno o ciekawiej zaplanowany, zilustrowany, a przede wszystkim napisany album dotyczący twórczości i życia Gustawa Klimta, jednego z najbardziej znaczących malarzy XIX i XX wieku. We włoskim oryginale książka nosi metaforyczny podtytuł zachowany przez tłumacza polskiej wersji, czyli „Uwodzicielskie złoto”, gdy przekład angielski zyskał bardziej informacyjną frazę „Wizjoner Art Nouveau”. Jakkolwiek by to nie brzmiało, najważniejsze są przeżycia estetyczne i wyjątkowo ciekawy komentarz Evy di Stefano, kuratorki i historyka sztuki, autorki choćby znakomitego studium o związkach greckich mitów ze sztuką współczesną. Te motywy znajdziemy także u Klimta, na przykład na plakacie pierwszej wystawy Secesji, gdzie mamy nagiego Tezeusza obserwowanego przez Atenę. Nagiego jednak tylko na pierwotnym projekcie plakatu, bo na ocenzurowanym oficjalnym rysunku genitalia bohatera przysłania domalowany pień drzewa. Tezeusz zabijający Minotaura, jak pisze di Stefano, wydał się Klimtowi najwłaściwszym „symbolem rewolty pokolenia, zamierzającego uwolnić sztukę od daniny składanej konwencjom”.

Gustaw Klimt chciał w czasach przełomu stuleci prawdziwego przełomu w sztuce. Skrzętnie ukrywane i wypierane w społeczeństwie XIX wieku pragnienia, popędy miały się w jego dziełach ujawnić, przekazując ważną prawdę o człowieku. Łatwo odczytać w manifeście austriackiego malarza związki z psychoanalizą, która zawładnęła światem nauki trochę później. Klimt był twórcą dojrzewającym do własnego przełomu, na początku hołdował stylowi akademickiemu, przez moment widziano w nim nawet kandydata do tytułu profesora wiedeńskiej akademii. Kiedy w 1898 roku przedstawił szkice dekoracji auli Uniwersytetu w Wiedniu, spotkał się z krytyką, 2 lata później wybuchł już skandal. Mimo zwycięstwa obrazu „Filozofia” na wystawie światowej w Paryżu, wiedeńscy profesorowie nie pozwolili na umieszczenie obrazoburczych dzieł w reprezentacyjnej sali uczelni. Klimt bowiem zaproponował malowidła przedstawiające niepewność, niestabilność, bezradność nauki w zetknięciu z żywiołem życia, podkreślał rolę ciemnych mocy targających człowiekiem. Ale autorytetu nie stracił, mimo utraty zamówień publicznych. Niestety, dzieła te spłonęły w 1945 roku, pozostała po nich zaledwie dokumentacja, którą możemy zobaczyć na książkowych reprodukcjach.

Oprócz wnikliwych analiz utworów Klimta oraz opowieści o jego czasach, kontekstach środowiskowych i artystycznych, di Stefano nie zapomniała o wątkach prywatnych. Malarz nie był wprawdzie największym skandalistą epoki, nie lubił podróży, ale prowadził ożywione życie erotyczne. O Klimcie mówi się jako o mężczyźnie kochającym kobiety, miał podobno „sto związków: kobiety, dzieci, siostry, które z powodu jego miłości stawały się wzajemnie swoimi wrogami”. Nie potrafił wybrać jednej, stąd mieszkał z matką i siostrami. W azylu pracowni oddawał się i malarstwu, i kochaniu, hojnie odwdzięczając się modelkom-kochankom. Marie Zimmerman urodziła mu dwóch synów, Emilie Floege towarzyszyła mu na łożu śmierci. Obok tych najważniejszych pojawiały się inne, uwiecznione potem jako postaci na obrazach. Pisze di Stefano: "Od Moreau po Rodina, od Khnopffa po Muncha, wszyscy artyści będący pod największym wrażeniem tajemnicy kobiecości, pozostawali w stanie bezżennym, aby nie zniszczyć marzenia, ale także, by nie popaść we władanie owego niepokoju, lęku, że dali się ujarzmić przedmiotowi swego kultu”.

„Umiem malować i rysować – mówił sam Klimt. – Wierzę w to i paru ludzi też w to wierzy. Ale nie jestem pewien, czy to prawda”. Kokieteria mistrza wiele zdradza z jego charakteru. Di Stefano portretuje malarza wszechstronnie, zarówno z podziwem, jak i autorskim dystansem. Znakomicie potrafi wprowadzić w świat twórcy przełomowego, dla którego zawsze najważniejsza okazywała się sztuka. Sztuka prawdy utrwalonej w ponadczasowej lśniącej materii złota.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………….
Eva di Stefano GUSTAW KLIMT, przeł. T. Łozińska, Arkady, 2009

Tuesday, September 1, 2009

Whitney Houston I LOOK TO YOU

To z pewnością najbardziej oczekiwany muzyczny powrót ostatnich lat, może nawet ważniejszy dla samej artystki niż dla jej publiczności. W nowojorskim Lincoln Center, gdzie oficjalnie zaprezentowano premierowe piosenki z nowego albumu, Whitney wyglądała (i zachowywała się) wspaniale, jakby nigdy nie opuściła swojego szczytu. „Like I Never Left” to zresztą tytuł jednego z utworów na płycie „I Look To You”. Ale w rzeczywistości Whitney Houston nie było w muzyce od kilku ładnych lat, zmagała się z prywatnym piekłem, z niegdyś sławnym, dziś upadłym gwiazdorem-mężem Bobbym Brownem, no i z własnym uzależnieniem od narkotyków. Miała poważne kłopoty z samą sobą i z głosem, wydawało się nawet, że kariera wokalistki stanie się już tylko piękną pieśnią przeszłości, wielkich sukcesów artystycznych i komercyjnych z lat 80., umiejętnie rozwijanych w kolejnej dekadzie, dekadzie także aktorskiej. Lata 2000., kiedy Whitney przekroczyła czterdziestkę, zaczęły się nieźle, bo na listy przebojów zawędrowała balladowo-hiphopowa piosenka „My Love Is Your Love”, napisana przez męską część The Fugees. Może nie było all right, ale było OK, jak stało w tytule innego hitu z tamtego albumu, sprzedanego do dziś w 12 milionach egzemplarzy. A potem zdarzył się potężny regres, kłopoty rodzinne, spadek popularności, odwyk, wreszcie rozwód, walka o opiekę nad córką, a teraz świetnie rozegrany powrót.

Singlem promującym album jest „Million Dollar Bill”, skoczny, funkujący numer autorstwa Alicii Keys. Trudno powiedzieć, czy to strzał w dziesiątkę, bo na „I Look To You” są lepsze utwory, ale chodziło tu też o czytelną informację. Że 45-letnia diva chce istnieć nie tylko w sentymentach dawnych fanów, lecz również na dzisiejszym parkiecie. Na razie Whitney nie triumfuje w zestawieniach, może z powodu trochę oldskulowego brzmienia, wymyślonego przez Swizz Beatza, producenta piosenki, aktualnego chyba jeszcze życiowego partnera Alicii Keys. Nie wiedzie się też dotąd tytułowej balladzie „I Look To You”, teraz to zaledwie 99. pozycja listy Billboardu. Pewnie lepiej poradzi sobie cały album, którego amerykańska premiera, jak zwykle w Stanach, we wtorek. Młodzi Amerykanie zdają się chętniej słuchać najnowszych dokonań Mariah Carey (11. miejsce Billboardu). Nie zapominajmy jednak, iż z pierwszej płyty Whitney najwięcej osiągnął ostatni singiel „Greatest Love of All”. Jakkolwiek będzie, nie gorące setki czy dziesiątki liczą się w tym przypadku. W roku śmierci Michaela Jacksona wraca bowiem autentyczna gwiazda uznana już przez tzw. opinię publiczną za zjawisko zamierzchłe. Tymczasem jeden z najlepszych głosów w historii muzyki pop znowu brzmi i to naprawdę dobrze.

Reinkarnacja siostrzenicy Dionne Warwick, dziecka Cissy Houston i chrzestnej córki Arethy Franklin, przebiegała pod okiem słynnego Clive’a Davisa. Wybrano producentów znanych i zdolnych, z norweskim duetem Stargate i Akonem na czele. Piosenkarka zaufała autorom-pewniakom, jak Diane Warren (firmowa pompa „I Didn’t Know My Own Strength”), R. Kelly („I Look To You”, „Salute”), Claude Kelly, Eric Hudson czy Johnta Austin. Mamy również cover przeboju Leona Russella „A Song For You”. Co ciekawe, nie ballady tworzą klimat tego albumu, lecz rytmiczne utwory do bujania, przy okazji z niezłym tekstem. W „Nothin’ But Love”, na przykład, Whitney bezpretensjonalnie śpiewa o miłości dla wszystkich, którzy coś w jej życiu znaczyli, także dla wrogów. Tej płyty będzie się słuchać tej jesieni. Muzycznie Houston nie odstaje od produkcji najnowszych, pamiętając, że pochodzi z trochę innych czasów. Stąd raczej soulowe zacięcie zamiast hip-hopowego. Whitney śpiewa starannie, melodyjnie, nie popisuje się forsownymi wokalizami, mimo momentami bardzo emocjonalnych treści. Słychać na „I Look To You” dojrzałą kobietę po przejściach, pogodzoną z tym, co było, czującą współczesny rytm muzyki, z niepłonnymi nadziejami na przyszłość. Od początku do końca płyta warta długiego czekania na nią, bez jednej niepotrzebnej piosenki.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
..................................................
Whitney Houston I LOOK TO YOU, Sony Music, 2009

Tuesday, June 30, 2009

Jerzy Grotowski KU TEATROWI UBOGIEMU

We Wrocławiu kończy się festiwal teatralny ŚWIAT MIEJSCEM PRAWDY, impreza, którą pewnie długo będzie się tu wspominać. Są w mieście bowiem największe osobowości współczesnej sztuki poszukującej, z Peterem Brookiem, Piną Bausch czy Eugeniem Barbą, Krystianem Lupą. Zestaw uzupełniają: japoński mistrz Tadashi Suzuki, Włoch Roberto Bacci, amerykański awangardysta Richard Schechner, Rosjanin Anatolij Wasiljew, Grek Teodoros Terzopoulos i Polak Krzysztof Warlikowski. Gość specjalny to Ludwik Flaszen, partner Jerzego Grotowskiego w przedsięwzięciu-legendzie, Teatrze Laboratorium. Bo Grotowski jako patron roku swojego imienia (zainicjowanego przez UNESCO) jest również postacią spajającą festiwalowe prezentacje spektakli wielkich mistrzów, spotkania z nimi, projekcje filmowe.

Warto przy okazji sięgnąć po którąś z książek o magu teatralnej alchemii. W latach dwutysięcznych sypnęło co najmniej kilkoma godnymi uwagi tytułami, więc jest w czym wybierać. Są wspomnienia, analizy krytyczne (np. „Mój Grotowski”, teksty nieżyjącego wrocławianina Tadeusza Burzyńskiego, zebrane i ułożone przez Janusza Deglera), dokumenty uczniów ( m.in. Brooka i Barby). Najważniejsza pozostaje wydana 2 lata temu rzecz samego twórcy Laboratorium „Ku teatrowi ubogiemu”. Najistotniejsza nie tylko z powodu autorstwa, lecz także dlatego, że autor za życia nie zgadzał się na polski przekład swej księgi. Oryginał w języku angielskim ukazał się już w 1968 roku i wtedy też przygotowano wersję polskojęzyczną. Ale Grotowski nie zgodził się na publikację, odrzucając, według niego, nieścisłą pracę translatora. Sam natomiast nigdy nie pochylił się nad własnym tłumaczeniem tekstu, zasłaniając się brakiem czasu.

„Ku teatrowi ubogiemu” to zbiór wywiadów, artykułów, uwag mistrza, opracowany przez Eugenia Barbę, który jako młody student przyjechał do Polski z Włoch, by chłonąć nasze zagłębie teatralne. Towarzyszył Teatrowi Laboratorium przez kilka lat (jeszcze w okresie opolskim). Dziś jest uznanym twórcą, reżyserem i dramaturgiem, wykładowcą, autorem wielu książek z antropologii teatru. Rysuje się w tym zbiorze najważniejsza idea Jerzego Grotowskiego, koncepcja „teatru ubogiego”, czyli scenicznej rezygnacji z wszystkich zbędnych elementów maszynerii inscenizacyjnej: scenografii, światła, nawet kostiumu, charakteryzacji czy muzyki. Chodzi o to, by między aktorem i widzem kontakt przebiegał możliwie bez zakłóceń. Łatwo doszukać się w pomyśle Grotowskiego założeń dużo późniejszej filmowej dogmy. Z tym, że polski mistrz radykalnie się własnej teorii trzymał w praktyce, czego nie da się powiedzieć o dogma-tykach.

Jerzy Grotowski obawiał się, że w epoce dynamicznego rozwoju telewizji i filmu teatr nie będzie w stanie stawić im czoła, stosując podobne techniki. Proklamował ascezę zamiast wyścigu, powrót do źródeł, rytualnych zachowań, wołając: „teatr musi wreszcie uznać swoje granice”. Jak się okazało po latach, niewielu za nim poszło. Do teatru wkroczyły multimedia, rzeczywiście często stosowane na siłę, aby było inaczej. Nie szlachetna koncepcja teatru ubogiego jest zatem w książce najważniejsza, lecz to, co mistrz wykłada o sztuce aktorskiej. Nie bez powodu „Ku teatrowi ubogiemu” uważa się na świecie za najbardziej znaczącą pracę na temat aktorstwa od czasu Stanisławskiego. Bo Grotowski polecał podróż w głąb samego siebie, w mroki i cienie osobowości, chciał przekraczania barier wewnętrznych, równie niezmierzonych, co te kosmiczne. I w tym sensie jego przesłanie dotyczy każdego czytelnika, choćby nie był aktorem teatru. Istnieje w końcu pojęcie sztuki życia, ciągle nie dość zdefiniowane. A w tej dziedzinie zawsze brakuje specjalistów.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………
Jerzy Grotowski KU TEATROWI UBOGIEMU, przeł. G. Ziółkowski, Instytut im. Grotowskiego, 2007

PS
Właśnie ukazał się rewelacyjnie przystępny GROTOWSKI. PRZEWODNIK pióra Dariusza Kosińskiego.

Tuesday, June 23, 2009

Roman Kaleta SENSACJE Z DAWNYCH LAT

Roman Kaleta to zmarły 20 lat temu historyk literatury polskiej, zanurzony w Oświeceniu, wieku rozumu, ale i przeróżnych ludzkich swawoli. Także literackich. Jego "Sensacje z dawnych lat" były kiedyś bestsellerem. Kiedyś, czyli w czasach, gdy mimo szarego widoku z M2, z ciekawością grzebaliśmy w naszej historii niepolitycznej, dowcipnej, a nawet rubasznej. No i kochaliśmy książki. Kochał je i profesor Kaleta, pracowity badacz, kolekcjoner wycinków, wyjątków, wypisków z ksiąg publicznych i prywatnych, wydawanych dawniej nierzadko z próżności. Po latach te księgi przydały się literaturoznawcy, by stworzyć jedną z najbardziej fascynujących kompilacji w historii polskiego piśmiennictwa.

Czego tu nie ma?! Czytamy m.in. opowieść o pierwszym polskim lotniku Janie Potockim, autorze "Rękopisu znalezionego w Saragossie", co to wzbił się balonem ponad stolicę u schyłku XVIII wieku w towarzystwie „Turka niepośledniej urody". Jest artykuł z "Pszczółki Krakowskiej" o tym, jak Tadeusz "szczodry" Kościuszko wysłał kogoś z alkoholowym prowiantem do zaprzyjaźnionego pastora, pożyczając umyślnemu własnego konia. Posłaniec jednak z misji wrócił niezadowolony, bo koń zatrzymywał się przy każdym ubogim proszącym o jałmużnę i stał dopóki jeździec nie sięgnął po monetę. Warto na przykład zgłębić serię anegdot o Mickiewiczu, dla którego „najcięższą i najprzykrzejszą pracą było przepisywanie rękopisów. Toteż mawiał, że z ‘wierszami jak z dziećmi, najtrudniej jest myć je i czesać' ". A i poezji różnej u Kalety nie brakuje, tej na cześć 3 Maja, tej powstańczej oraz sztambuchowej czy plebejsko-przysłowiowej. "Kiedy sześćdziesiątka mija/ Dłuższa torba niz fuzyja" - brzmiało porzekadło myśliwskie.

Silva rerum, jak przekonuje łaciński przekład, to las rzeczy, las różności wziętych od tego i owego, na nowo złożony (posadzony) w gościnnej przestrzeni księgi. Groch z kapustą, kapusta z grochem, kiedyś bardziej księga domowa lub rodzinna (jak podaje Kopaliński), w której pisano o drobnych albo i ważniejszych wydarzeniach. Można powiedzieć, pierwowzór współczesnych blogów internetowych z linkami do stron, podstron, zapyziałych, zabawnych miejsc ludzkich powiastek. Bogactwo charakterów i autorskich talentów. Miała polska szlachta tę fantazję i chęć szczerą, by ocalić fragment własnych, panie, dziejów dla najczęściej bliskiej potomności. Gatunek sylwy zaczął się kończyć, gdy cywilizacja wymyśliła fotografię, kamerę, magnetofon, kiedy zamiast próbować szczęścia w opisywaniu, znaleźliśmy łatwiejszy sposób na zachowanie chwili.

Roman Kaleta zbierał te sylwiczne facecje, dowcipy, anegdoty i gawędy zewsząd, by publikować w odcinkach jako rodzaj gazetowego felietonu. Swoje dokładali czytelnicy. Pokaźną kolekcję Kaletowego drobiazgu mamy dziś okazję przeczytać w jednym dziewięćsetstronicowym tomie, opublikowanym dzięki wdowie po profesorze, znanej wrocławskiej dziennikarce. Każdy się w tych klimatach odnajdzie, bo to w końcu nasza krew, nasz etos zlepiony z narodowej dumy, głupoty, lecz i serdecznej mądrości, jaka się z tych tekstów sensacyjnie wyłania. Dobrze, że książka Kalety trafia pod strzechę XXI wieku, gdyż jest na dzisiejszym rynku absolutnym rarytasem, niespodzianką podobną do zobaczenia żubra w niebiałobrzeskich lasach.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
...................................................
Roman Kaleta SENSACJE Z DAWNYCH LAT, Iskry, 2009

Sunday, June 7, 2009

KRÓL LEAR ( Wrocławski Teatr Współczesny)

Znamienne, że w programie przedstawienia Bogusław Kierc, który gra tutaj postać tytułową, został wymieniony na miejscu ósmym, po paniach, wśród panów, według alfabetu. Lear bowiem jest, jest ważny, ale trudno powiedzieć, że to rola główna. Spektakl Cezarisa Graužinisa może burzyć porządek myślenia o inscenizacjach tej tragedii Shakespeare’a. Są tacy, co otwierają szeroko oczy i po niespełna dwóch godzinach wychodzą zawiedzeni, rzucając „Tragedia”. Ale to nieprawda. Graužinis wymyślił zupełnie innego, własnego Leara, uszczuplając tekst, krojąc podteksty, wydobywając prywatny, a nie egzystencjonalny element. I stworzył jedno z najlepszych przedstawień sezonu.

Znajdujemy się raczej w domu wariatów niż w pałacu. Dziwaczne córki Leara recytują wyuczony tekst. Wszyscy, z wyjątkiem króla, brzmią od początku nienaturalnie. Gloucester (Szymon Czacki) mógłby wziąć udział w teatrzyku lalek lub animowanej bajce, podkładając piskliwy skrzek pod jakąś zrzędzącą postać. Edgar i Edmund zdają się być chłopcami specjalnej troski. Nie coś, lecz wszystko jest nie tak, a widz bije się z myślami: to już tak (nie tak) do końca czy przyjdzie moment, kiedy sztuka zbliży się do realności, Lear wygłosi swój słynny monolog. Bo że nie pojawi się Kent, jedyny rozsądny z Learowej galerii Shakespeare’a, wiadomo od razu. Na rozum, rozsądek, przywiązanie, szczerość i współczucie niewiele tu przestrzeni. Mamy za to Błazna, który nie opuszcza sceny ani na chwilę (choć u stratfordczyka znika w trzecim akcie). Teraz to on (ona, Maria Czykwin) rozdaje karty, królowi pokazując głupotę, rządzę, nienawiść, zemstę, małoduszność, zazdrość. Lear ma u Graužinisa niewiele do powiedzenia, co wcale nie kłóci się z przesłaniem oryginału. Skoro sam się pozbawił władzy i wpływów, milczenie jest jego resztą.

„Król Lear” Wrocławskiego Teatru Współczesnego to tragikomedia o ludzkiej naturze, więc rzecz z ducha bardzo szekspirowska. Dzieci potrafią być okrutne wobec rodziców (i odwrotnie), człowiek łatwo się degeneruje, od świadomości do szaleństwa niedaleko, tak jak od życia do śmierci, od życia do teatru. Prawdy oczywiste, tysiąckrotnie w różnych Learach i nie Learach podawane. Mimo to wersja litewskich artystów zaskakuje. Zwłaszcza inscenizacyjną konsekwencją, także niezwykłą dbałością o detale (Edgar-Tomek ma komplementarne białe łzy na twarzy, gdy stoi obok Gloucestera, któremu z oczodołów płynie czarna maź). Cały czas gra muzyka Martynasa Bialobžeskisa, w jej rytmie dzieją się sceny z komedii i z horroru, z niemego filmu i teatru absurdu. Marijus Jacovskis tak wymyślił scenografię (z niesięgającymi nieistniejącego sufitu filarami), by była połączeniem zamknięcia i otwarcia, odzwierciedleniem kruchej stabilności ludzkich stanów. Nic dziwnego, że aktorzy poczuli sceniczną krew. Bogusław Kierc miał pewnie większe oczekiwania po koronnej roli teatralnych gwiazd, lecz potrafił przyjąć to, co mu Graužinis zostawił z tego tortu i bezbłędnie to zagrać. Partnerzy nie zostają w tyle, uważając, by groteskowa szarża nie zmieniła się w farsę. Krzysztof Boczkowski dużo ciekawiej wypada tu jako bękart Edmund niż w wiodącej roli z „Cementu”, a jego teatralny brat Tomasz Cymerman (Edgar) rozbija w Learze aktorski bank, kreując najlepszą postać spektaklu. Maria Czykwin dostała najtrudniejszą rolę Błazna, z jednej strony podatną na przerysowanie, z drugiej wymagającą subtelności i dystansu. Czasami jeszcze przesadza, utrzymując przeponowy ton lub zbyt często udając klauna.

Wrocławski „Król Lear” to znakomite przedstawienie, na wysokim poziomie inscenizacyjno-aktorskim. Rzecz, z którą można podróżować przez kontynenty i wszędzie będzie zrozumiała i oklaskiwana. Teatr objazdowy i odjazdowy. To wartka współczesna opowieść o tym, że gdy chcemy porzucić swoją rolę, wystawiamy się na łaskę królewskiego żywiołu. Żywiołu życia.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………
KRÓL LEAR, wg W. Shakespeare’a, reż. C. Graužinis, Wrocławski Teatr Współczesny, 6.06.2009