W „Głowie Minotaura” jest dwóch bohaterów: znany już dobrze były radca kryminalny, aktualnie oficer Abwehry, nienawidzący gestapowskiego współpracownika, oraz komisarz Edward Popielski z policji we Lwowie. Kolejne, szóste, śledztwo Eberharda Mocka rozgrywa się zatem głównie poza przestrzenią Breslau, stąd w tytule książki brak niemieckiej nazwy Wrocławia. Popielski przywołuje w pewnym momencie polską wersję, przedstawiając cel wizyty detektywów właścicielce katowickiego biura matrymonialnego (sporą część akcji spędzamy na Śląsku). Tu zwłaszcza Mock oddaje się rozkoszom polskich kobiet o słynnej na Europę urodzie. Zresztą jego lwowski kompan też lubi lekkie towarzystwo, regularnie korzysta z usług prostytutek. Obaj mniej więcej w tym samym wieku, podobnie bezwzględni, niemal identyczni w upodobaniach pozazawodowych. Uwielbiają filologiczne subtelności, są miłośnikami łaciny, alkoholu, elegancji, czystych butów. Spółka Mock&Popielski wydaje się w serii powieści Marka Krajewskiego całkiem rozwojowa, może być i tak, że w przyszłości dostaniemy kilka kryminałów z Eduardem, jak Ebi nazywa swego nowego przyjaciela, w roli głównej.
Właściwie tak dzieje się już tutaj. Mock jest postacią ważną, ale to wokół Popielskiego zacieśniają się kręgi fabuły i o nim dowiadujemy się więcej. Najwyraźniej Krajewski na Eberharda nie ma aktualnie nowego pomysłu, więc potrzebował kogoś, kto odświeżyłby mu serię, nie zmieniając zbyt wiele. Stworzył więc Mockowi duchowego brata, na przekór tradycji duetów typu Holmes&Watson. Zabieg zadziałał, również dzięki przeniesieniu akcji do nowego, szczególnego miejsca. Tak jak bowiem blisko charakterowi Mocka do osobowości Popielskiego, tak dzisiaj patrzymy na Lwów i Wrocław, połączone losami historii. Lwowski koloryt nie dorównuje tu jeszcze mrocznym barwom Breslau z poprzednich odsłon firmowego cyklu Marka Krajewskiego, co tylko wzmaga apetyt i pozwala z zaciekawieniem czekać na ciąg dalszy. Autor „Głowy Minotaura” spędził we Lwowie zaledwie kilka tygodni, nie miał zatem czasu na kwerendę bardzo pogłębioną. Zdaje się jednak, że w lwowskich klimatach czuje się jak u siebie; tę książkę zadedykował wujowi pochodzącemu z jednego z najpiękniejszych kiedyś miast Rzeczpospolitej.
Fabuła wciąga, choć bardziej stylem niż wyrafinowaniem. Wzorowe językowe rzemiosło Krajewskiego sprawia czytelnikowi przyjemność, mimo okrucieństwa opisów. Tytułowy Minotaur gwałci i zabija dziewice, odgryzając im część twarzy (niekoniecznie w takiej kolejności). Policjanci odwiedzają najgorsze lokale, Popielski naraża się półświatkowi, jest mordobicie i kijobicie, przebijanie laską, ścinanie toporem. A przy tym znajduje się tu także miejsce na elementy komiczne, nawet farsowe. Zwykle zamierzone, lecz rzadko potrzebne: jak nazwiska postaci (Ernestyna Nierobisch, Gertruda Wozignój) albo koguci pojedynek na docinki, gdy para podtatusiałych bohaterów chce olśnić piękną panią wicedyrektor szpitala psychiatrycznego. Momentami postaci mówią o jedno zdanie za dużo (Mock po naradzie z lwowskim zwierzchnikiem), lecz całość wypada smakowicie (dla fanów czarnej, brutalnej, podlanej erudycyjnym sosem powieści). Pojawiają się legendarni uniwersyteccy matematycy (Banach, Chwistek, Steinhaus), brzmi lokalne bałakanie, ale literacko najlepsze są fragmenty gatunkowo czyste, kiedy Krajewski nie wychodzi poza celny, ostry, męski ton kryminału.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………….
Marek Krajewski GŁOWA MINOTAURA, W.A.B., 2009
Friday, May 15, 2009
Saturday, May 9, 2009
SZAJBA (Teatr Polski we Wrocławiu)
Nie ma we mnie po „Szajbie” potrzeby analizy stosunków polsko-polskich, co może sugerowałby temat tego przedstawienia. Tematem jest bowiem Polska, spersonifikowana tutaj w finale, który, jak przystało na komediowy teatr narodowy, staje się taneczną sceną zbiorową. No bo przecież inaczej spektaklu o rodaczych marach skończyć nie wypada. Nie ma we mnie poczucia, że obejrzałem jakieś niepospolite wydarzenie zapewniające Janowi Klacie kolejną wrocławską nagrodę za sztukę sezonu. I dobrze, należy nam się odmiana. Nie ma też wreszcie tej oczyszczającej euforii, jaką daje pełna humoru, tempa i pomysłów farsa. Do Brytyjczyków jednak nam w takim gatunku daleko. Co wcale nie znaczy, iż „Szajba” to słajba (czyli, jak by wyjaśnił profesor Bralczyk, kombinacja tytułu utworu scenicznego z oceniającym przymiotnikiem).
Przez 90 minut siedzimy w szklarni, gdzie przyglądamy się podfoliowemu życiu typowego małżeństwa. On – polityk, premier, wracający z teczką do doniczek, otrębów i jej ciała, ona – żona pozbawiona błyskotliwości, ale wszystkorozumiejąca i wszechstęskniona, oczywiście niezaspokojona w uczuciach. Taka telenowela. Tylko co tu robią ci po arabsku zaśpiewujący terroryści z rzęsą w oku i cygarem w kaburze, a zwłaszcza te baśniowe postaci zapylające żółte kwiatki rzepaku? Pewnie, że można załatwić odpowiedź jednym wytrychem, że pure nonsense, opary absurdu, latający cyrk. Ale terroryści planują zamach na poważnie, pod wodzą Osamy Bin Ladena, a jedna z baśniowych postaci to Dziwka (jej głosem mówi zresztą Polska, jakże odkrywczo). No i na kiełbaski wpada Hans (Marian Czerski), sąsiad z zaprzyjaźnionego kraju, kombatant sprzeciwu wobec Hitlera, Niemiec wzorcowy, brat łata, co wraz z milionem obywateli nadszprewskiej republiki ujmował się za Polakami w czasie II wojny, kocha Żydów, po biskupiemu przebacza największe zbrodnie polskiego narodu (jak rozpijanie niemieckich chłopów i zabicie Jezusa Chrystusa). Więc, owszem, pure nonsense, lecz i komentarz do rzeczywistości, publicystyka jednym słowem. Paweł Demirski plus John Cleese (jeszcze sprzed reklamy banku).
Kłopot z „Szajbą” polega na tym, że wszystko już było, a tabu, którego istnienie napędzałoby gagi i podteksty sztuki, nie istnieje. Sam Klata tyle się tych tabu nadekonstruował…, ciągle robią to gadający co popadnie w każdych niepolskich-wszechpolskich-średniopolskich mediach politycy. Od takiej strony rzecz zatem nie działa. Czasem śmieszy, bo autorka tekstu Małgorzata Sikorska-Miszczuk to inteligentna autorka, a reżyser Jan Klata to inteligentny reżyser. Trzymający poziom, ale też człowiek. Po kilku ambitnych-wybitnych przedstawieniach (ostatnio „Trylogia”, wcześniej „Sprawa Dantona”) nie da się od razu zrobić „Szajby obiecanej”. Zamiast tego wyszła „Szajba” po prostu, do obejrzenia i już. Jak zwykle, pomogli wrocławscy aktorzy. Świetna (tak, znowu, znowu świetna) Kinga Preis w roli żony-Wiktorii oraz bardzo, bardzo przekonujący mężczyźni: Michał Majnicz (terrorysta Zachar), Wojciech Ziemiański (ludzki premier Ble), Marcin Czarnik (99 Groszy, wbrew imieniu też terrorysta), Edwin Petrykat (we wdzięcznym wcieleniu profesora Bralczyka).
Sikorska-Miszczuk pisała tę sztukę podobno w twórczym amoku, Jan Klata reżyserował na wiosennym rauszu. Nie załapałem się ani na jedno, ani na drugie. Momentami czułem raczej wiosenne zmęczenie i odtwórczą grę konwencjami. Ale finał (tuż przed kliszowym tańcem) odebrałem emocjonalnie. Tę sympatycznie skromną, pogodną i godną Polskę (Czesława Dąbrowska), którą prowadzi Dziwka (Anna Ilczuk). Jeśli pójdę kiedyś na „Szajbę” raz jeszcze, w tym miejscu wstanę i się ukłonię. Tak mi dopomóż, panie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………
Małgorzata Sikorska-Miszczuk SZAJBA, reż. Jan Klata, Teatr Polski we Wrocławiu, 9 maja 2009
Przez 90 minut siedzimy w szklarni, gdzie przyglądamy się podfoliowemu życiu typowego małżeństwa. On – polityk, premier, wracający z teczką do doniczek, otrębów i jej ciała, ona – żona pozbawiona błyskotliwości, ale wszystkorozumiejąca i wszechstęskniona, oczywiście niezaspokojona w uczuciach. Taka telenowela. Tylko co tu robią ci po arabsku zaśpiewujący terroryści z rzęsą w oku i cygarem w kaburze, a zwłaszcza te baśniowe postaci zapylające żółte kwiatki rzepaku? Pewnie, że można załatwić odpowiedź jednym wytrychem, że pure nonsense, opary absurdu, latający cyrk. Ale terroryści planują zamach na poważnie, pod wodzą Osamy Bin Ladena, a jedna z baśniowych postaci to Dziwka (jej głosem mówi zresztą Polska, jakże odkrywczo). No i na kiełbaski wpada Hans (Marian Czerski), sąsiad z zaprzyjaźnionego kraju, kombatant sprzeciwu wobec Hitlera, Niemiec wzorcowy, brat łata, co wraz z milionem obywateli nadszprewskiej republiki ujmował się za Polakami w czasie II wojny, kocha Żydów, po biskupiemu przebacza największe zbrodnie polskiego narodu (jak rozpijanie niemieckich chłopów i zabicie Jezusa Chrystusa). Więc, owszem, pure nonsense, lecz i komentarz do rzeczywistości, publicystyka jednym słowem. Paweł Demirski plus John Cleese (jeszcze sprzed reklamy banku).
Kłopot z „Szajbą” polega na tym, że wszystko już było, a tabu, którego istnienie napędzałoby gagi i podteksty sztuki, nie istnieje. Sam Klata tyle się tych tabu nadekonstruował…, ciągle robią to gadający co popadnie w każdych niepolskich-wszechpolskich-średniopolskich mediach politycy. Od takiej strony rzecz zatem nie działa. Czasem śmieszy, bo autorka tekstu Małgorzata Sikorska-Miszczuk to inteligentna autorka, a reżyser Jan Klata to inteligentny reżyser. Trzymający poziom, ale też człowiek. Po kilku ambitnych-wybitnych przedstawieniach (ostatnio „Trylogia”, wcześniej „Sprawa Dantona”) nie da się od razu zrobić „Szajby obiecanej”. Zamiast tego wyszła „Szajba” po prostu, do obejrzenia i już. Jak zwykle, pomogli wrocławscy aktorzy. Świetna (tak, znowu, znowu świetna) Kinga Preis w roli żony-Wiktorii oraz bardzo, bardzo przekonujący mężczyźni: Michał Majnicz (terrorysta Zachar), Wojciech Ziemiański (ludzki premier Ble), Marcin Czarnik (99 Groszy, wbrew imieniu też terrorysta), Edwin Petrykat (we wdzięcznym wcieleniu profesora Bralczyka).
Sikorska-Miszczuk pisała tę sztukę podobno w twórczym amoku, Jan Klata reżyserował na wiosennym rauszu. Nie załapałem się ani na jedno, ani na drugie. Momentami czułem raczej wiosenne zmęczenie i odtwórczą grę konwencjami. Ale finał (tuż przed kliszowym tańcem) odebrałem emocjonalnie. Tę sympatycznie skromną, pogodną i godną Polskę (Czesława Dąbrowska), którą prowadzi Dziwka (Anna Ilczuk). Jeśli pójdę kiedyś na „Szajbę” raz jeszcze, w tym miejscu wstanę i się ukłonię. Tak mi dopomóż, panie.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………
Małgorzata Sikorska-Miszczuk SZAJBA, reż. Jan Klata, Teatr Polski we Wrocławiu, 9 maja 2009
Friday, May 8, 2009
John Grogan NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ DO DOMU
Na okładce amerykańskiego wydania tej książki mamy zdjęcie małego Grogana, który siedzi na podłodze domowego salonu. Polski wydawca zdecydował się na inną fotografię. Tutaj mały John jedzie dziecięcym samochodem, trzymając na kolanach psa. Co mogłoby sugerować, że najnowsza powieść autora bestsellerowego „Marleya i mnie” też będzie o przyjaźni zwierzęco-ludzkiej. Ale nie. Tym razem chodzi o autobiograficzną, rodzinno-obyczajową, sentymentalną historię, jaką opowiada mąż, ojciec, a przede wszystkim syn.
I nie jest to tak zajmująca rzecz, jak „Marley i ja”. W pierwszej części bardzo konwencjonalnie, choć zgrabnie, Grogan opisuje swoje dzieciństwo i lata nastoletnie, gdy bawił się z dziećmi z sąsiedztwa, całował dziewczynę po raz pierwszy, a w szkole parafialnej miał kłopoty z powodu piosenki „Supergirl” zespołu The Fugs (mimo odważnie postępowych metod wychowawczych siostry Nancy). Jedno ze wstydliwych wspomnień dotyczy wycieczki do kręgielni Sylvan Lanes, gdzie stał automat z papierosami, a Johnowi zamiast męskich mocnych wyskoczyło pudełko babskich niskonikotynowych. Okazuje się też, że już jako nastolatek John Grogan znalazł się na pierwszej stronie lokalnej gazety „Oakland Press”. Jego wizerunek ilustrował artykuł na temat policyjnej obławy antynarkotykowej.
Burzliwe więc to dzieciństwo autora było nie było, lecz, opowiedziane z wdziękiem, przypomina nam o własnych chwilach takiego szczęścia i takiego wstydu, jakie potem będą nam się zdarzać nadzwyczaj rzadko. Druga część książki to czasy znane już z powieści o szalonym labradorze (o psie są tylko wzmianki), początek reporterskiej pracy Grogana, moment poznania Jenny, urodziny dzieci. Pierwszoplanowym wątkiem jest relacja Johna z rodzicami. On stopniowo odchodzi od modelu praktykującego katolika, oni próbują walczyć o religijność syna, który żeni się z prezbiterianką. Dylematy Johna są życiowe, ale nie mogą zaciekawić choćby w połowie tak jak przygody z Marleyem w roli głównej.
Książkę „Najdłuższa podróż do domu” oceniano na Zachodzie jako przeciętną, wydaną po to, by po światowym bestsellerze ciągle istnieć na rynku, no i wykorzystać rynek do zarobienia kolejnej fury pieniędzy. Nawet jeśli taki był cel, Grogan włożył w pisanie swej drugiej powieści sporo serca i szczerością wyznania w końcu się obronił. Nie ma jednak co ukrywać, że to, co było siłą debiutu, czyli felietonowa werwa, nie działa w książce w całości stworzonej jako książka. Autor stara się trzymać w ramach, jakie zapewniły mu wcześniej sukces, lecz w tym przypadku zbyt często brakuje i tematów, i weny.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................................................
John Grogan NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ DO DOMU, przeł. R. Śmietana, Znak, 2009
I nie jest to tak zajmująca rzecz, jak „Marley i ja”. W pierwszej części bardzo konwencjonalnie, choć zgrabnie, Grogan opisuje swoje dzieciństwo i lata nastoletnie, gdy bawił się z dziećmi z sąsiedztwa, całował dziewczynę po raz pierwszy, a w szkole parafialnej miał kłopoty z powodu piosenki „Supergirl” zespołu The Fugs (mimo odważnie postępowych metod wychowawczych siostry Nancy). Jedno ze wstydliwych wspomnień dotyczy wycieczki do kręgielni Sylvan Lanes, gdzie stał automat z papierosami, a Johnowi zamiast męskich mocnych wyskoczyło pudełko babskich niskonikotynowych. Okazuje się też, że już jako nastolatek John Grogan znalazł się na pierwszej stronie lokalnej gazety „Oakland Press”. Jego wizerunek ilustrował artykuł na temat policyjnej obławy antynarkotykowej.
Burzliwe więc to dzieciństwo autora było nie było, lecz, opowiedziane z wdziękiem, przypomina nam o własnych chwilach takiego szczęścia i takiego wstydu, jakie potem będą nam się zdarzać nadzwyczaj rzadko. Druga część książki to czasy znane już z powieści o szalonym labradorze (o psie są tylko wzmianki), początek reporterskiej pracy Grogana, moment poznania Jenny, urodziny dzieci. Pierwszoplanowym wątkiem jest relacja Johna z rodzicami. On stopniowo odchodzi od modelu praktykującego katolika, oni próbują walczyć o religijność syna, który żeni się z prezbiterianką. Dylematy Johna są życiowe, ale nie mogą zaciekawić choćby w połowie tak jak przygody z Marleyem w roli głównej.
Książkę „Najdłuższa podróż do domu” oceniano na Zachodzie jako przeciętną, wydaną po to, by po światowym bestsellerze ciągle istnieć na rynku, no i wykorzystać rynek do zarobienia kolejnej fury pieniędzy. Nawet jeśli taki był cel, Grogan włożył w pisanie swej drugiej powieści sporo serca i szczerością wyznania w końcu się obronił. Nie ma jednak co ukrywać, że to, co było siłą debiutu, czyli felietonowa werwa, nie działa w książce w całości stworzonej jako książka. Autor stara się trzymać w ramach, jakie zapewniły mu wcześniej sukces, lecz w tym przypadku zbyt często brakuje i tematów, i weny.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
.....................................................
John Grogan NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ DO DOMU, przeł. R. Śmietana, Znak, 2009
Tuesday, May 5, 2009
Agnieszka Drotkiewicz TERAZ
Zyskanie uznania Kazimiery Szczuki ma swoją cenę w rzeczywistości Planety Tesco-Ikei albo Planety TVN, jak kto woli. Agnieszka Drotkiewicz została siostrzanie pocałowana przez doktora nauk humanistycznych-gwiazdę mediów już jakiś czas temu. Teraz (w książce pt. „Teraz”) uczyniła bohaterką doktora nauk humanistycznych-szaraka z Kabatów. Kontrast jest oczywisty, zwłaszcza że książkowa Karolina z uniwersyteckiego Zakładu Kultury w Kryzysie ciągle szuka swojej tożsamości, kobiecości, no i sposobu na życie, a Kazimiera z Instytutu Badań Literackich ten okres pożegnała świetlny moment temu, a dziś zajmuje się nim analitycznie. Drotkiewicz jest również podopieczną innej znaczącej postaci polskiego rynku literackiego, Pawła Dunina-Wąsowicza, który wydał jej dwie pierwsze powieści, z uporem maniaka widząc w młodej autorce słabego „Paris, London, Dachau” materiał na pisarza. No i zdaje się, iż Szczuka z Wąsowiczem mieli rację, bo „Teraz” to książka miejscami ciekawa, choć też miejscami irytująca.
Irytuje przede wszystkim zamiłowanie Drotkiewicz do podrobów stylistycznych, chowania się za czyimś literackim parawanem, choć znajdą się tacy, co zobaczą w tej technice zwierciadło naszego teraz. Epoki telewizyjnych formatów, „Niani” w wersji polskiej. Karolina z powieści „Teraz” stoi w przeciągu między światem wartości coraz mniej znaczących (jak „literki”, literatura, kultura, nauki humanistyczne), a przestrzenią blichtru, o jakim marzy każda dziewczyna. Blichtru tak niemiłosiernie wykpiwanego przez Karolinę Korwin-Piotrowską, z którą Drotkiewicz rozmawiała na łamach „Wysokich obcasów”. „Wiem, że mam ostry język i potrafię celnie strzelić. Ten program pomaga budować pewne kryteria" - łudzi się Korwin-Piotrowska. - "Coraz bardziej lubię to robić i wiem, że cały show-biznes to ogląda”. "Widzisz, ja nie chcę być petentką w kolejce do stypendium socjalnego, ja chcę być królową" - wyznaje Pogorska. Czyli podobieństwo-kontrast kolejny. Tylko Karolinie z powieści „Teraz” dalej do gwiazd, bliżej do Emmy Bovary, przywołanej już na pookładkowym starcie cytatem z Flauberta.
Ale to, że bohaterce bliżej do Emmy, nie zbliża do pomysłu Drotkiewicz o Emmie jako patronce tej opowieści o trzydziestokilkulatce wyrażającej schizofreniczny stosunek do tytułowego teraz i siebie samej. Bovary Flauberta była mieszkanką trochę jednak innej kultury, żoną uwikłaną w społeczno-panieńskie wyobrażenia. Karolina jest wolna, nic jej nie grozi za wypróbowanie chudego Ryszarda, doktora Szymona czy Pawła Szwarcmana. Przeciwnie, dzięki mężczyznom sklei własne ja. Więc nie przekonuje mnie Drotkiewicz wyjściowo, bo trudno uwierzyć w prozę, która programowo nie chce zdobyć się na samowystarczalność. Jak feminizm Kazimiery Szczuki, pasożytnicze show Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Tymczasem w czytaniu okazuje się, iż książka „Teraz” wcale nie potrzebuje kontekstu Flauberta, żeby znaczyć, powiedzieć jakąś część prawdy o współczesnej inteligentce z wielkiego miasta. Nie potrzebuje też publicznie jałowych dyskusji o tożsamości i przesadzonych diagnoz o cywilizacji hipermarketu, rubieżach kultury wysokiej. Ma bowiem wartą zauważenia bohaterkę. To ona zajmuje uwagę do logicznego finału, a nie zbyt liczne i zbyt powierzchowne komentarze do rzeczywistości.
Zastanawiam się, co by było, gdyby Agnieszka Drotkiewicz spróbowała samotnego literackiego rejsu, bez uwikłań w magazynowy styl twój, bez poszukiwania osobowych punktów odniesień, no i bez uporczywego dialogu z taką lub inną konwencją. Myślę, że, szczęśliwie, nie czytalibyśmy zdań takich jak „Przynosiłam ci z krwiobiegu miasta to, co najważniejsze”, ale też byłoby pewnie mniej krytycznych zachwytów. A w zamian więcej autorskiej satysfakcji.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………….
Agnieszka Drotkiewicz TERAZ, W.A.B., 2009
Irytuje przede wszystkim zamiłowanie Drotkiewicz do podrobów stylistycznych, chowania się za czyimś literackim parawanem, choć znajdą się tacy, co zobaczą w tej technice zwierciadło naszego teraz. Epoki telewizyjnych formatów, „Niani” w wersji polskiej. Karolina z powieści „Teraz” stoi w przeciągu między światem wartości coraz mniej znaczących (jak „literki”, literatura, kultura, nauki humanistyczne), a przestrzenią blichtru, o jakim marzy każda dziewczyna. Blichtru tak niemiłosiernie wykpiwanego przez Karolinę Korwin-Piotrowską, z którą Drotkiewicz rozmawiała na łamach „Wysokich obcasów”. „Wiem, że mam ostry język i potrafię celnie strzelić. Ten program pomaga budować pewne kryteria" - łudzi się Korwin-Piotrowska. - "Coraz bardziej lubię to robić i wiem, że cały show-biznes to ogląda”. "Widzisz, ja nie chcę być petentką w kolejce do stypendium socjalnego, ja chcę być królową" - wyznaje Pogorska. Czyli podobieństwo-kontrast kolejny. Tylko Karolinie z powieści „Teraz” dalej do gwiazd, bliżej do Emmy Bovary, przywołanej już na pookładkowym starcie cytatem z Flauberta.
Ale to, że bohaterce bliżej do Emmy, nie zbliża do pomysłu Drotkiewicz o Emmie jako patronce tej opowieści o trzydziestokilkulatce wyrażającej schizofreniczny stosunek do tytułowego teraz i siebie samej. Bovary Flauberta była mieszkanką trochę jednak innej kultury, żoną uwikłaną w społeczno-panieńskie wyobrażenia. Karolina jest wolna, nic jej nie grozi za wypróbowanie chudego Ryszarda, doktora Szymona czy Pawła Szwarcmana. Przeciwnie, dzięki mężczyznom sklei własne ja. Więc nie przekonuje mnie Drotkiewicz wyjściowo, bo trudno uwierzyć w prozę, która programowo nie chce zdobyć się na samowystarczalność. Jak feminizm Kazimiery Szczuki, pasożytnicze show Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Tymczasem w czytaniu okazuje się, iż książka „Teraz” wcale nie potrzebuje kontekstu Flauberta, żeby znaczyć, powiedzieć jakąś część prawdy o współczesnej inteligentce z wielkiego miasta. Nie potrzebuje też publicznie jałowych dyskusji o tożsamości i przesadzonych diagnoz o cywilizacji hipermarketu, rubieżach kultury wysokiej. Ma bowiem wartą zauważenia bohaterkę. To ona zajmuje uwagę do logicznego finału, a nie zbyt liczne i zbyt powierzchowne komentarze do rzeczywistości.
Zastanawiam się, co by było, gdyby Agnieszka Drotkiewicz spróbowała samotnego literackiego rejsu, bez uwikłań w magazynowy styl twój, bez poszukiwania osobowych punktów odniesień, no i bez uporczywego dialogu z taką lub inną konwencją. Myślę, że, szczęśliwie, nie czytalibyśmy zdań takich jak „Przynosiłam ci z krwiobiegu miasta to, co najważniejsze”, ale też byłoby pewnie mniej krytycznych zachwytów. A w zamian więcej autorskiej satysfakcji.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
………………………………………………………………….
Agnieszka Drotkiewicz TERAZ, W.A.B., 2009
Friday, April 17, 2009
Bill Bryson ZAPISKI Z MAŁEJ WYSPY
Bryson wydał tę książkę w roku swojego powrotu do Stanów Zjednoczonych. Do połowy lat 90. bowiem mieszkał z żoną i dziećmi w Anglii przez prawie 20 lat. Pracował jako dziennikarz „The Times” i „The Independent”, by w końcu poświęcić się wyłącznie pisaniu bestsellerowych książek podróżniczych, ciekawostkowych, językowych. W 2003 roku Brytyjczycy uznali „Zapiski z małej wyspy” za książkę najlepiej oddającą charakter ich kraju. W tym samym czasie Brysonowie pożegnali Stany i wybrali hrabstwo Norfolk na swoje kolejne miejsce zamieszkania. Bryson wyznał reporterowi australijskiej telewizji ABC, że kocha Wielką Brytanię jak własną żonę (Brytyjkę rzecz jasna). „Ona pasuje do mnie, ja do niej”, mówi Amerykanin w Anglii, oficer orderu imperium.
Czytanie „Zapisków…” w momencie kryzysu, który odmitologizował materialną rajskość największej europejskiej wyspy będzie pewnie dla (byłych) polskich emigrantów sprawą sentymentalną. Tak jak sentymentalny jest duch notatek Brysona. Dla kogoś, kto na emigrację się nie zapisał, książka-relacja z podróży po wielkomiejskiej i prowincjonalnej Brytanii to okazja przede wszystkim do uśmiechu, niespecjalnie poznawczego, raczej anegdotycznego. Zaczyna się oczywiście, od Dover, dokąd pewnej mglistej marcowej nocy dociera trzydziestoletni wtedy autor, z trudem znajdując okropny pensjonat pani Smegmy. To okres przełomu dla podróżnika, ale też kraju, sama końcówka epoki przedtaczerowskiej, początek ery systemu dziesiętnego, pierwsze tygodnie podatku VAT. Potem jedziemy do Londynu, już tego z lat 80., bliskiej upadku socjalnej arkadii. Tu Bryson pracuje jako dziennikarz ekonomiczny i obserwuje miasto i ludzi, upewnia się, że życiowy wybór był słuszny. Skoro w Anglii jeździ się lewą stroną szosy, mańkutowi nie mogłoby być lepiej nigdzie indziej.
Wspominki Brysona bywają bardzo konwencjonalne, lecz trafiający w sedno, cięty język autora „Krótkiej historii prawie wszystkiego” potrafi tę zwyczajność doprawić narracyjnym pieprzem. Zresztą Wielka Brytania i Brytyjczycy wdzięcznie się do rozmaitych krytyk nadają. Jak londyńscy taksówkarze, którzy zawsze znajdą przecznicę, żeby jak najdłużej wieźć przybysza do celu, zwłaszcza gdy nie mają pojęcia, gdzie znajduje się żądany hotel. Ale przytyki Brysona nigdy nie przekraczają granicy życzliwości, bo w gruncie rzeczy „tak naprawdę było całkiem przyjemnie”, „mogło być gorzej”, cytując brytyjskie poczucie optymizmu.
„Brytyjczykom bardzo łatwo jest sprawić radość. Coś niezwykłego. Oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych. Podejrzewam, że właśnie dlatego tak wiele spośród ich specjałów – krakersy, scones, crumpets, keks maślany, herbatniki – ma tak powściągliwe walory smakowe. Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru” – pisze rozanielony Bryson, przywołując zaraz dla kontrastu amerykańskie podejście. – „Dla Amerykanina cały sens życia polega na tym, żeby maksymalnie skracać okres pomiędzy kolejnymi rozkoszami zmysłowymi. Przyjemność uważa on za swoje przyrodzone prawo. Czy zaprotestujesz: ‘Och, nie powinienem’, kiedy ktoś ci powie, żebyś oddychał?”.
Spędzamy więc w tej lekturze czas przyjemny, wędrując przez rubieże tego dziwnego kraju: Sudland, gdzie zobaczymy siedem gatunków brytyjskich gadów i zostaniemy napadnięci przez sforę spuszczonych ze smyczy psów, Exeter, gdzie znowu pada, smutne miasto Bradford, „nie całkiem pozbawione atrakcji”, zaśmiecony Liverpool, przyszłościowy (wtedy) Manchester. Kończymy oglądem „piekła wczasowicza”, czyli Walii, by kilka rozdziałów dalej znaleźć się na „pogrążających się w mroku” ulicach Glasgow i gdzie w pubie zapytają nas swojsko: „D’ya hae a hoo and a poo?”. Czyż nie nabieramy ochoty, by powtórzyć za autorem ostatnie słowa jego książki? „Wsiadłem do samochodu i wiedziałem, że na sto procent tutaj wrócę”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………
Bill Bryson ZAPISKI Z MAŁEJ WYSPY, przeł. T. Bieroń, ZYSK I SKA, 2009
Czytanie „Zapisków…” w momencie kryzysu, który odmitologizował materialną rajskość największej europejskiej wyspy będzie pewnie dla (byłych) polskich emigrantów sprawą sentymentalną. Tak jak sentymentalny jest duch notatek Brysona. Dla kogoś, kto na emigrację się nie zapisał, książka-relacja z podróży po wielkomiejskiej i prowincjonalnej Brytanii to okazja przede wszystkim do uśmiechu, niespecjalnie poznawczego, raczej anegdotycznego. Zaczyna się oczywiście, od Dover, dokąd pewnej mglistej marcowej nocy dociera trzydziestoletni wtedy autor, z trudem znajdując okropny pensjonat pani Smegmy. To okres przełomu dla podróżnika, ale też kraju, sama końcówka epoki przedtaczerowskiej, początek ery systemu dziesiętnego, pierwsze tygodnie podatku VAT. Potem jedziemy do Londynu, już tego z lat 80., bliskiej upadku socjalnej arkadii. Tu Bryson pracuje jako dziennikarz ekonomiczny i obserwuje miasto i ludzi, upewnia się, że życiowy wybór był słuszny. Skoro w Anglii jeździ się lewą stroną szosy, mańkutowi nie mogłoby być lepiej nigdzie indziej.
Wspominki Brysona bywają bardzo konwencjonalne, lecz trafiający w sedno, cięty język autora „Krótkiej historii prawie wszystkiego” potrafi tę zwyczajność doprawić narracyjnym pieprzem. Zresztą Wielka Brytania i Brytyjczycy wdzięcznie się do rozmaitych krytyk nadają. Jak londyńscy taksówkarze, którzy zawsze znajdą przecznicę, żeby jak najdłużej wieźć przybysza do celu, zwłaszcza gdy nie mają pojęcia, gdzie znajduje się żądany hotel. Ale przytyki Brysona nigdy nie przekraczają granicy życzliwości, bo w gruncie rzeczy „tak naprawdę było całkiem przyjemnie”, „mogło być gorzej”, cytując brytyjskie poczucie optymizmu.
„Brytyjczykom bardzo łatwo jest sprawić radość. Coś niezwykłego. Oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych. Podejrzewam, że właśnie dlatego tak wiele spośród ich specjałów – krakersy, scones, crumpets, keks maślany, herbatniki – ma tak powściągliwe walory smakowe. Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru” – pisze rozanielony Bryson, przywołując zaraz dla kontrastu amerykańskie podejście. – „Dla Amerykanina cały sens życia polega na tym, żeby maksymalnie skracać okres pomiędzy kolejnymi rozkoszami zmysłowymi. Przyjemność uważa on za swoje przyrodzone prawo. Czy zaprotestujesz: ‘Och, nie powinienem’, kiedy ktoś ci powie, żebyś oddychał?”.
Spędzamy więc w tej lekturze czas przyjemny, wędrując przez rubieże tego dziwnego kraju: Sudland, gdzie zobaczymy siedem gatunków brytyjskich gadów i zostaniemy napadnięci przez sforę spuszczonych ze smyczy psów, Exeter, gdzie znowu pada, smutne miasto Bradford, „nie całkiem pozbawione atrakcji”, zaśmiecony Liverpool, przyszłościowy (wtedy) Manchester. Kończymy oglądem „piekła wczasowicza”, czyli Walii, by kilka rozdziałów dalej znaleźć się na „pogrążających się w mroku” ulicach Glasgow i gdzie w pubie zapytają nas swojsko: „D’ya hae a hoo and a poo?”. Czyż nie nabieramy ochoty, by powtórzyć za autorem ostatnie słowa jego książki? „Wsiadłem do samochodu i wiedziałem, że na sto procent tutaj wrócę”.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
…………………………………………………………
Bill Bryson ZAPISKI Z MAŁEJ WYSPY, przeł. T. Bieroń, ZYSK I SKA, 2009
Wednesday, April 15, 2009
Wrocławska Nagroda Poetycka - KSIĄŻKA ROKU
Wrocławską Nagrodę Poetycką, czyli Silesiusa, za całokształt zdobył w tym roku Stanisław Barańczak, co zostało już ogłoszone, zadekretowane i nie wzbudziło żadnych kontrowersji. W ubiegłym roku wygrał Różewicz, teraz Barańczak, za rok, hm, pewnie Szymborska, może Zagajewski. Najważniejsze silesiusowe rozstrzygnięcie dotyczy jednak poetyckiej książki roku. W 2009 nominowane są ostatnie dotąd tomy Honeta, Miłobędzkiej, Pasewicza, Sendeckiego, Tkaczyszyna-Dyckiego, Wiedemanna, Zadury. Który wygra?
Pewniaków jest dwoje: Zadura i Miłobędzka, ze wskazaniem na poetkę. Niejeden z jurorów chwalił jej książkę. Grzegorz Jankowicz nie szczędził entuzjazmu: „Miłobędzka z całą mocą rzuca nam metafizyczne wyzwanie: o tym nic, co odbiera mowę, trzeba mówić mimo wszystko”. Justyna Sobolewska tak analizowała wiersze autorki mieszkającej w Puszczykowie koło Poznania: „Nic dziwnego, że właśnie ta poezja jest dziś wnikliwie czytana, naśladowana i interpretowana. Znajdzie się w niej miejsce bowiem i na Odmieńca, królowe życia, króla Lula, i każdego, kto tylko potrafi być blisko ze słowami”. Miłobędzka próbuje w tej książce zgubić język, by go odnaleźć dla siebie na nowo, określić własne stany jej, nie czyimiś, słowami. Robi dokładnie to, co uwielbiają specjaliści, szuka w języku. Czyżbyśmy więc mieli absolutną faworytkę?
Z Miłobędzką może być tylko jeden kłopot: że jej poprzedni tom „Po krzyku” był jeszcze lepszy. Więc z zanadrza jurorzy będą mogli wyciągnąć innego asa, Bohdana Zadurę. Też świetnie ocenionego za najnowsze wiersze, a przy tym jednego z niewielu prawdziwych mistrzów polskiej poezji. Rzeczywiście, jego „Wszystko” to kilkadziesiąt zajmujących stron osobistych wyznań i komentarzy do współczesności, to zabranie głosu w sprawach ważnych, bez chowania pióra w piasek wieloznaczności i sztuczności, bez lęku o odsłonięcie, bez pomocy zmyśleń, tworów pośrednich, bez awersji do sentymentu. No i męskie spojrzenie w lustro, które się nieuchronnie starzeje.
Każdy inny werdykt jury, pomijający Miłobędzką i Zadurę, będzie niespodzianką. Ewentualnym czarnym koniem można by nazwać Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego z książką „Piosenka o zależnościach i uzależnieniach”. Nie jestem wprawdzie fanem tego tomu, wydaje mi się miejscami pusty w znaczeniach i nieodkrywający właściwie niczego, czego nie wiedzielibyśmy o poecie i jego stylu z poprzednich tomów. Kolejna seria czarnych piosenek o sobie w świecie małych zdarzeń najważniejszych, pisanych „z Bogiem i mimo Boga” jest propozycją mocną, także mocno liryczną momentami (i wtedy najciekawszą). I kto wie, kto wie, czy się tak głosowania nie ułożą, że Dycki będzie dla jurorów wyborem uzależniającym kompromis. A może to raczej Edward Pasewicz z tomem „Drobne! Drobne!” okaże się najbardziej nieoczekiwanym zwycięzcą roku? Bo tkwi w tej książce poważna siła przemawiająca do odbiorcy: siła współodczuwania i współwzruszenia. Coś tak prostolinijnie szczerego, że czytając o czymś, wiemy, że to znamy. „Zmywam naczynia, tak najlepiej oderwać się od/ tych zdań, co się ich nie chce, ale są, przychodzą/ i domagają się” – pisze Pasewicz w wierszu „Terapia”. Bardzo dobra książka!
W zestawie nominowanych czeka jeszcze na ewentualne szczęście „Baw się” Romana Honeta, znanego z oryginalnego stylu, poety obiecującego , że tutaj „czytelnicy zobaczą wiersze zapisane wobec utraty, śmierci, wobec tego, co definitywne, ostateczne, nierozstrzygalne”. Obietnicę spełnił. Ośmielam się sobie wyobrazić, że na Honeta mógłby zagłosować juror-profesor Marian Stala. Kto zagłosuje na gejowski dziennik poetycki Adama Wiedemanna? Szanse są, bo Wiedemann to jeden z tych złotych chłopców, których się lubi i hołubi, cokolwiek by napisali. „Filtry” są opowieścią o sprawach codziennych tę codzienność przekraczających. Nie każdy się na umistycznianie rzeczywistości w ujęciu tego autora łapie, ale w połączeniu z rysunkami Macieja Sieńczyka wiersze-filtry Wiedemanna zyskały. „Trap” Marcina Sendeckiego jest tutaj pozycją najbardziej hermetyczną, krótkim zapisem zapisków z kontaktów, widzianych okiem kojarzącym i przetwarzającym obraz w coś, co czasem wcale nie wydaje się poezją. Intrygująca rzecz, ale tylko tyle. Dowiadując się o wyróżnieniach dla takich książkach myślę zawsze: nominowali, bo nie rozumieją.
Werdykt w piątek wieczorem podczas uroczystej gali na otwarcie 14. Portu Literackiego Wrocław 2009.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
PS
Wygrała, oczywiście, Miłobędzka.
Pewniaków jest dwoje: Zadura i Miłobędzka, ze wskazaniem na poetkę. Niejeden z jurorów chwalił jej książkę. Grzegorz Jankowicz nie szczędził entuzjazmu: „Miłobędzka z całą mocą rzuca nam metafizyczne wyzwanie: o tym nic, co odbiera mowę, trzeba mówić mimo wszystko”. Justyna Sobolewska tak analizowała wiersze autorki mieszkającej w Puszczykowie koło Poznania: „Nic dziwnego, że właśnie ta poezja jest dziś wnikliwie czytana, naśladowana i interpretowana. Znajdzie się w niej miejsce bowiem i na Odmieńca, królowe życia, króla Lula, i każdego, kto tylko potrafi być blisko ze słowami”. Miłobędzka próbuje w tej książce zgubić język, by go odnaleźć dla siebie na nowo, określić własne stany jej, nie czyimiś, słowami. Robi dokładnie to, co uwielbiają specjaliści, szuka w języku. Czyżbyśmy więc mieli absolutną faworytkę?
Z Miłobędzką może być tylko jeden kłopot: że jej poprzedni tom „Po krzyku” był jeszcze lepszy. Więc z zanadrza jurorzy będą mogli wyciągnąć innego asa, Bohdana Zadurę. Też świetnie ocenionego za najnowsze wiersze, a przy tym jednego z niewielu prawdziwych mistrzów polskiej poezji. Rzeczywiście, jego „Wszystko” to kilkadziesiąt zajmujących stron osobistych wyznań i komentarzy do współczesności, to zabranie głosu w sprawach ważnych, bez chowania pióra w piasek wieloznaczności i sztuczności, bez lęku o odsłonięcie, bez pomocy zmyśleń, tworów pośrednich, bez awersji do sentymentu. No i męskie spojrzenie w lustro, które się nieuchronnie starzeje.
Każdy inny werdykt jury, pomijający Miłobędzką i Zadurę, będzie niespodzianką. Ewentualnym czarnym koniem można by nazwać Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego z książką „Piosenka o zależnościach i uzależnieniach”. Nie jestem wprawdzie fanem tego tomu, wydaje mi się miejscami pusty w znaczeniach i nieodkrywający właściwie niczego, czego nie wiedzielibyśmy o poecie i jego stylu z poprzednich tomów. Kolejna seria czarnych piosenek o sobie w świecie małych zdarzeń najważniejszych, pisanych „z Bogiem i mimo Boga” jest propozycją mocną, także mocno liryczną momentami (i wtedy najciekawszą). I kto wie, kto wie, czy się tak głosowania nie ułożą, że Dycki będzie dla jurorów wyborem uzależniającym kompromis. A może to raczej Edward Pasewicz z tomem „Drobne! Drobne!” okaże się najbardziej nieoczekiwanym zwycięzcą roku? Bo tkwi w tej książce poważna siła przemawiająca do odbiorcy: siła współodczuwania i współwzruszenia. Coś tak prostolinijnie szczerego, że czytając o czymś, wiemy, że to znamy. „Zmywam naczynia, tak najlepiej oderwać się od/ tych zdań, co się ich nie chce, ale są, przychodzą/ i domagają się” – pisze Pasewicz w wierszu „Terapia”. Bardzo dobra książka!
W zestawie nominowanych czeka jeszcze na ewentualne szczęście „Baw się” Romana Honeta, znanego z oryginalnego stylu, poety obiecującego , że tutaj „czytelnicy zobaczą wiersze zapisane wobec utraty, śmierci, wobec tego, co definitywne, ostateczne, nierozstrzygalne”. Obietnicę spełnił. Ośmielam się sobie wyobrazić, że na Honeta mógłby zagłosować juror-profesor Marian Stala. Kto zagłosuje na gejowski dziennik poetycki Adama Wiedemanna? Szanse są, bo Wiedemann to jeden z tych złotych chłopców, których się lubi i hołubi, cokolwiek by napisali. „Filtry” są opowieścią o sprawach codziennych tę codzienność przekraczających. Nie każdy się na umistycznianie rzeczywistości w ujęciu tego autora łapie, ale w połączeniu z rysunkami Macieja Sieńczyka wiersze-filtry Wiedemanna zyskały. „Trap” Marcina Sendeckiego jest tutaj pozycją najbardziej hermetyczną, krótkim zapisem zapisków z kontaktów, widzianych okiem kojarzącym i przetwarzającym obraz w coś, co czasem wcale nie wydaje się poezją. Intrygująca rzecz, ale tylko tyle. Dowiadując się o wyróżnieniach dla takich książkach myślę zawsze: nominowali, bo nie rozumieją.
Werdykt w piątek wieczorem podczas uroczystej gali na otwarcie 14. Portu Literackiego Wrocław 2009.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
PS
Wygrała, oczywiście, Miłobędzka.
Sunday, April 5, 2009
SAMSON I DALILA (Opera Wrocławska)
Ciekawe, że najnowsza premiera wrocławskiej opery, „Samson i Dalila”, miała dotąd tylko dwie realizacje w powojennej Polsce, w Operze Bałtyckiej i Operze Wrocławskiej (tuż przed objęciem dyrekcji przez Ewę Michnik). Oczekiwanie było zatem długie, ale w pełni zaspokojone. Bo ta trzecia inscenizacja, autorstwa Michała Znanieckiego, wyprodukowana wraz z teatrami Bolonii, Liège i Triestu, pokazuje dzieło Camille’a Saint-Saënsa wyjątkowo pięknie.
Piękno ma tutaj dwie główne twarze: Samsona, lidera podbitego przez pogańskich najeźdźców narodu Izraela, oraz Dalilę, Filistynkę, która odwraca wolnościowy bunt Izraelitów, zwabiając przywódcę w zasadzkę. To opowieść o konflikcie dwóch odmiennych światów religijnych i obyczajowych, dających się czasem pogodzić w literaturze poprzez miłość młodych kochanków. Samson jest Romeem, Dalila Julią, lecz między nimi nie ma miłości niezabarwionej innymi emocjami. Oprócz wypełnienia misji kontrrewolucyjnej Dalila mści się za odrzucone wcześniej uczucie, gdy Samson walkę o sprawy narodowe przedłożył nad osobiste. Ona staje się femme fatale, on męczennikiem, który do końca wini się za męską słabość. Znaniecki zaprezentował to starcie z dramatyczną przenikliwością. Odwrócił klasyczną szekspirowską scenę balkonową, wgrywając w poetyckie libretto Lemaire’a głębszy ton. To drugi akt tego przedstawienia decyduje o jego uniwersalnej wartości, akt bolesnego unaocznienia ludzkiej zdrady, okrutnego kłamstwa na temat miłości. Sztuka zwykle stara się miłość ocalać, widząc w niej ocalającą siłę, tym razem kuszenie Samsona kieruje się przeciw miłości. Słynne „Dalila, Dalila, je t’aime!” brzmi u Znanieckiego jak wyrok, ale Samson nie wzbudza jeszcze żalu, a czyn Dalili już przestaje budzić zrozumienie.
Przydałoby się temu spektaklowi mocniejsze otwarcie. Nie każdego bowiem bez reszty zachwyca eklektyczna muzyka Saint-Saënsa. Akt pierwszy rozwija się powoli, napięcia pozostają w stanach średnich. Może dlatego, że wizyjnie pomyślana scena bitwy nie ma tempa. Może dlatego, że Steven Harrison (Samson) ma głos bardziej liryczny niż heroiczny, co wprawdzie nadrabia niezłym aktorstwem, lecz czegoś jednak brakuje. Bardziej przekonująco wypada w pierwszej części Abimelech Zbigniewa Kryczki. Mistrzowską klasę prezentuje chór, rozwiązania baletowe muszą się podobać, tak jak pomysłowa realizacja świateł, surowa scenografia i kontrastujące kostiumy Izraelitów i Filistynów. Po przerwie zaczyna być już tylko znakomicie. Duety zachwycają nie tylko wokalnie, Harrison też lepiej daje sobie radę z taką materią.
Pierwszoplanową postacią jest Dalila w doskonałej interpretacji Edyty Kulczak, na co dzień śpiewaczki nowojorskiej Met. Kulczak śpiewa tak jakby mezzosopranowe evergreeny Saint-Saënsa zostały napisane właśnie dla niej, przyciąga uwagę ruchem, gestem i spojrzeniem. Bezbłędnie partneruje jej świetny Mariusz Godlewski (Arcykapłan). Inscenizacyjny rozmach Znanieckiego ujawnia się w pełni podczas trzeciego aktu, kiedy obserwujemy rewelacyjnie zaplanowaną i zagraną scenę mordu połączonego z bachanaliami. To baletowo-muzyczne dzieło w dziele (choreografia Aline Nari, kierownictwo muzyczne Chikary Imamury), no i prawdziwy popis możliwości reżysera.
Aktualny sezon Opery Wrocławskiej to absolutny sukces, dzięki któremu właśnie Wrocław trzeba dziś uznać za miejsce numer jeden w polskiej przestrzeni operowej. Na Dolnym Śląsku opera Ewy Michnik jest teraz teatrem najlepszym, miejscem, gdzie dzieją się rzeczy najciekawsze, dla wszystkich. Organizatorzy i jury niedawno rozstrzyganej Dolnośląskiej Nagrody Teatralnej powinni wreszcie zauważyć, że opera to teatr i włączyć jej spektakle w regulaminowy zestaw konkursowy. Trudno by było premiery ze Świdnickiej pokonać, ale podobno konkurencja ma sens.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………….
Camille Saint-Saëns SAMSON I DALILA, libretto F. Lemaire, reż. M. Znaniecki, kier. muz. Ch. Imamura. Premiera w Operze Wrocławskiej 4.04.2009
Piękno ma tutaj dwie główne twarze: Samsona, lidera podbitego przez pogańskich najeźdźców narodu Izraela, oraz Dalilę, Filistynkę, która odwraca wolnościowy bunt Izraelitów, zwabiając przywódcę w zasadzkę. To opowieść o konflikcie dwóch odmiennych światów religijnych i obyczajowych, dających się czasem pogodzić w literaturze poprzez miłość młodych kochanków. Samson jest Romeem, Dalila Julią, lecz między nimi nie ma miłości niezabarwionej innymi emocjami. Oprócz wypełnienia misji kontrrewolucyjnej Dalila mści się za odrzucone wcześniej uczucie, gdy Samson walkę o sprawy narodowe przedłożył nad osobiste. Ona staje się femme fatale, on męczennikiem, który do końca wini się za męską słabość. Znaniecki zaprezentował to starcie z dramatyczną przenikliwością. Odwrócił klasyczną szekspirowską scenę balkonową, wgrywając w poetyckie libretto Lemaire’a głębszy ton. To drugi akt tego przedstawienia decyduje o jego uniwersalnej wartości, akt bolesnego unaocznienia ludzkiej zdrady, okrutnego kłamstwa na temat miłości. Sztuka zwykle stara się miłość ocalać, widząc w niej ocalającą siłę, tym razem kuszenie Samsona kieruje się przeciw miłości. Słynne „Dalila, Dalila, je t’aime!” brzmi u Znanieckiego jak wyrok, ale Samson nie wzbudza jeszcze żalu, a czyn Dalili już przestaje budzić zrozumienie.
Przydałoby się temu spektaklowi mocniejsze otwarcie. Nie każdego bowiem bez reszty zachwyca eklektyczna muzyka Saint-Saënsa. Akt pierwszy rozwija się powoli, napięcia pozostają w stanach średnich. Może dlatego, że wizyjnie pomyślana scena bitwy nie ma tempa. Może dlatego, że Steven Harrison (Samson) ma głos bardziej liryczny niż heroiczny, co wprawdzie nadrabia niezłym aktorstwem, lecz czegoś jednak brakuje. Bardziej przekonująco wypada w pierwszej części Abimelech Zbigniewa Kryczki. Mistrzowską klasę prezentuje chór, rozwiązania baletowe muszą się podobać, tak jak pomysłowa realizacja świateł, surowa scenografia i kontrastujące kostiumy Izraelitów i Filistynów. Po przerwie zaczyna być już tylko znakomicie. Duety zachwycają nie tylko wokalnie, Harrison też lepiej daje sobie radę z taką materią.
Pierwszoplanową postacią jest Dalila w doskonałej interpretacji Edyty Kulczak, na co dzień śpiewaczki nowojorskiej Met. Kulczak śpiewa tak jakby mezzosopranowe evergreeny Saint-Saënsa zostały napisane właśnie dla niej, przyciąga uwagę ruchem, gestem i spojrzeniem. Bezbłędnie partneruje jej świetny Mariusz Godlewski (Arcykapłan). Inscenizacyjny rozmach Znanieckiego ujawnia się w pełni podczas trzeciego aktu, kiedy obserwujemy rewelacyjnie zaplanowaną i zagraną scenę mordu połączonego z bachanaliami. To baletowo-muzyczne dzieło w dziele (choreografia Aline Nari, kierownictwo muzyczne Chikary Imamury), no i prawdziwy popis możliwości reżysera.
Aktualny sezon Opery Wrocławskiej to absolutny sukces, dzięki któremu właśnie Wrocław trzeba dziś uznać za miejsce numer jeden w polskiej przestrzeni operowej. Na Dolnym Śląsku opera Ewy Michnik jest teraz teatrem najlepszym, miejscem, gdzie dzieją się rzeczy najciekawsze, dla wszystkich. Organizatorzy i jury niedawno rozstrzyganej Dolnośląskiej Nagrody Teatralnej powinni wreszcie zauważyć, że opera to teatr i włączyć jej spektakle w regulaminowy zestaw konkursowy. Trudno by było premiery ze Świdnickiej pokonać, ale podobno konkurencja ma sens.
GRZEGORZ CHOJNOWSKI
……………………………………………………………….
Camille Saint-Saëns SAMSON I DALILA, libretto F. Lemaire, reż. M. Znaniecki, kier. muz. Ch. Imamura. Premiera w Operze Wrocławskiej 4.04.2009
Subscribe to:
Posts (Atom)